Niniejszy tekst stanowi próbę (siłą rzeczy, bardzo ogólną i skrótową) spojrzenia na wizję polityczną i kulturową propagowaną w GW. Koncentruję się na pierwszych latach jej istnienia, gdyż jest to okres najważniejszy – wtedy wizja owa przyjmowała kształt ostateczny i miała największą możliwość oddziaływania na setki tysięcy czytelników.
Od razu należy zauważyć, że najczęściej używanym instrumentem oddziaływania na czytelników stosowanym przez redakcję GW był strach i konsekwentne budowanie nastroju zagrożenia. Niekiedy można odnieść wrażenie, że gazetę redagują obsesjonaci maniakalnie przerażeni rzeczywistością zaistniałą po roku 1989. Zresztą sam redaktor naczelny GW pisał o sobie w roku 1992: Należę do tych, którzy od dwóch lat żyją z obsesją zagrożeń specyficznym syndromem posttotalitarnym. Na ten syndrom składają się: populizm, ksenofobia, spiskowa wizja świata, pokusa religijnego fundamentalizmu i autorytarna tęsknota za władzą silnej ręki (GW, 3 II 1992).
Strach przed „polskim nacjonalizmem”
Już w październiku 1989 roku A. Michnik przestrzegał, że w Polsce idea demokratyczna zderzać się będzie teraz z tęsknotą za autokracją; idea europejska z nacjonalistycznym zaściankiem, społeczeństwo otwarte ze społeczeństwem zamkniętym (GW, 7-9 X 1990). By przeczucie redaktora stało się udowodnioną tezą, używano „argumentu z uczonego”, czyli powoływano się na opinie naukowców regularnie publikujących na łamach GW (długo związanych ze środowiskiem dawnych rewizjonistów nazywających się od lat 70. lewicą laicką).
Na przykład w roku 1990 prof. Jerzy Jedlicki odwoływał się do pojęcia dwóch Polsk: Jak w roku 1918, tak i teraz – po latach uśpienia – dwie Polski budzą się razem do nowego życia. Polska otwartych umysłów i serc, boleśnie doświadczona, lecz wierząca we własne siły i gotowa odpowiedzieć na wyzwania nadchodzącego czasu. I Polska zagrzęzła w historycznych kompleksach i uprzedzeniach, podejrzliwa, a zarazem naiwna, zgnębiona powikłaniami historii i gotowa złożyć odpowiedzialność za swój los w ręce swojego wybrańca (GW, 19 XI 1990). Ta figura dwóch Polsk będzie analogicznie stosowana wobec polskiego Kościoła (teoria dwóch Kościołów).
Z kolei publikujący również w roku 1990 na łamach GW Leszek Kołakowski podkreślał niepewność epoki demokratycznej, a jednym ze źródeł sił antydemokratycznych był dlań wzrastający na całym świecie złośliwy nacjonalizm.
Jerzy Sosnowski – na początku lat 90. regularnie goszczący na łamach GW – pisał w sierpniu 1991 roku o Polactwie jako o rodzimej odmianie nacjonalizmu, którego fala objęła obecnie całą Europę. Dalej publicysta GW wyjaśniał, posługując się charakterystycznym dla tego dziennika słownictwem z pogranicza politologii i psychiatrii, że nasz znerwicowany patriotyzm z jednej strony wierzy w znaczenie więzów krwi, a z drugiej z upodobaniem podkreśla swój katolicki charakter (…) nasz sfrustrowany patriotyzm nie znosi zatem sporów i dyskusji. Siłą rzeczy nie lubi także intelektualistów, tych nosicieli wątpliwości. Chętnie składa się ku ideałowi władzy charyzmatycznej, mechanizmom demokracji przypatrując się co najmniej podejrzliwie.1
Zauważmy, że nacjonalizm jest tutaj rozpatrywany jako „pakiet łączony” z katolicyzmem, ciągotami ku dyktaturze i antyintelektualnymi fobiami i ma ogólnoeuropejską „siłę rażenia”. Generalnie ignorowano fakt, że polski nacjonalizm (rozumiany tutaj nie jako epitet, ale jako opis kierunku politycznego stawiającego naród w centrum swoich rozważań) po roku 1939 spotkał się z okrutnymi represjami ze strony dwóch totalitaryzmów: hitlerowskiego i komunistycznego (Stronnictwo Narodowe po roku 1945 nie miało szansy nawet na tak krótką legalną działalność jak PSL Mikołajczyka). Obraz przekazywany na łamach GW był zgoła odmienny. Bazował na tezie wypowiedzianej przez jej redaktora na początku 1990 roku, że konający totalitaryzm pozostawia w spadku agresywny nacjonalizm i plemienną nienawiść.2
Do tego dochodziła teoria „zamrażarki”, a więc przekonanie publicystów GW, że ponad 40 lat komunistycznej dyktatury (tępiącej przecież działaczy narodowo-demokratycznych!) tylko zamroziło demony polskiego nacjonalizmu, które po roku 1989 zostały na nowo uwolnione.3 Bo przecież – jak wyjaśniał pod koniec 1990 roku Jerzy Jedlicki – społeczeństwa postkomunistyczne dławią się zakamuflowaną w nich agresją, a w Europie Wschodniej odruch [antysemicki i nacjonalistyczny – G.K.] może być latami utajony, a przynajmniej wstydliwy i publicznie nie manifestowany; wystarczy jednak, aby walka polityczna nałożyła się na stan społecznej frustracji, a zaczyna się natychmiast podejrzliwe tropienie Żydów, bez względu na to czy są, czy ich nie ma. Jest to zastępcze wyładowanie zgeneralizowanej nieufności do nieczystego świata polityki.4
Strach przed integryzmem
Obok „nacjonalizmu”, powodu do poważnych obaw (by nie powiedzieć – używając słów A. Michnika – obsesji) GW dostarczał zespół zagadnień związanych z katolicyzmem, Kościołem i relacjami Kościół – państwo czy Kościół – społeczeństwo. Narrację odnośnie tych kwestii budowano w oparciu o dwa podstawowe założenia: konstatację zaistnienia w Polsce po roku 1989 zimnej wojny religijnej oraz wyraźnie dostrzegany podział polskiego Kościoła na „integrystyczny” i „otwarty”. Z tych dwóch podstawowych założeń wyprowadzano następne wnioski: o zagrożeniu „państwem wyznaniowym”, sprzymierzonym z „teologią endecką”, a tym samym wrogim również demokracji.5
Jak stwierdzał w roku 1992 Adam Michnik w rozmowie z generałem Jaruzelskim, w Kościele polskim po roku 1989 nastąpił proces od Soboru [Watykańskiego II] do Syllabusa6. Oto pojawiło się całkiem realne zagrożenie integrystyczne, ścierające się ze stanowiskiem akcentującym autonomię sfery stosunków politycznych.7 W roku 1991 Michnik pisał: Kościół posoborowy, Kościół Jana XXIII, Kościół aggiornamento i dialogu – ten Kościół jest naturalnym sojusznikiem i gwarantem idei społeczeństwa otwartego, państwa pluralistycznego i tolerancyjnego. Wszelako częściej obecny jest wśród nas duch Kościoła wyklinającego nowoczesność i ekumenię, Kościoła inkwizytorskiego monologu, bardziej niż pasterskiego dialogu, Kościoła, który odmiennych w wierze raczej zepchnie w płomień stosu niż weźmie w ramiona krzyża.8
Integryzm mógł się czaić wszędzie, bowiem wedle definicji tego pojęcia zaproponowanej przez Michnika integryzm to próba organizowania w pluralistycznym państwie zamkniętego świata chrześcijańskiego. W czym widzę tę tendencję? W Polsce powstaje związek dziennikarzy katolickich, za chwilę będą taksówkarze katoliccy i piekarze katoliccy9. Można przy tej okazji zapytać: a co z liberalną zasadą nieskrępowanego zrzeszania się obywateli?(...)