
Nigdy w życiu nie znalazłam nawet najmniejszego smardza: po prostu w moich rodzinnych stronach one nie rosną - zaś poza krajem lat dziecinnych na grzyby wybieram się obecnie w pełni sezonu, czyli we wrześniu-październiku (w zależności od roku), gdy sezon na smardze już dawno minął. A ostatnio - smardz. I to nie w lesie, lecz na własnej działce (nie ukrywam, że w takiej właśnie intencji co roku dokupuję korę:) Mam oczywiście nadzieję, że jedynak (który obecnie suszy się na grzejniku) będzie mieć w najbliższej przyszłości liczne towarzystwo :)








