Sława tak się ma do chwały, jak Herod do Trzech Króli.
Nie wiadomo, czy trzech króli było trzech, wiadomo za to, że nie byli królami. A kim byli? Za komuny funkcjonowała opinia, że byli jednymi z pierwszych komunistów, bo przyszli ze Wschodu, gwiazda ich prowadziła i pchali się do żłobu. To by się jednak za bardzo nie zgadzało, bo królowie przynieśli dary i poszli, a komuniści odwrotnie: nakradli się i zostali. Tak więc niewiele wiemy o tych ludziach, ale też wiedzieć nie musimy, bo nie o nich chodziło, tylko o Jezusa. To uroczystość Objawienia Pańskiego, a nie królewskiego, mędrcowego czy jakiego tam jeszcze.
Chociaż – to znamienne – kto czci Jezusa, kto Go w różny sposób objawia, ten sam staje się sławny. Kto dziś słyszałby w ogóle o jakichś Mędrcach ze Wschodu, gdyby nie to, że przyszli do Jezusa? Takich jak oni przed Chrystusem i po Chrystusie było mnóstwo – ale spośród nich wszystkich to oni trwale przeszli do historii. To jest ten nieznany światu sposób zdobywania sławy: przez oddanie chwały Jezusowi. Oddanie – czyli przekazanie tej chwały, którą chciałoby się zachować dla siebie. To jest dopiero dar. Tak objawiają Jezusa święci – jedyni ludzie naprawdę sławni. O takiej sławie, jakiej oni zażywają, żywej, pełnej miłości i szczerego podziwu, daremnie marzyli satrapowie i celebryci wszystkich epok. Stawiali sobie kosztowne pomniki i mauzolea, kazali zapisywać swoje wyczyny na kamiennych tablicach, a zdobyli jedynie zacierającą się z każdym dniem beznamiętną pamięć.
Gdy powojennym pokoleniom wtłaczano do głów, że „Lenin wiecznie żywy”, a potwierdzały to jego wszechobecne wizerunki, kto z nas śmiał marzyć, że nadejdzie taki czas, gdy usłyszymy z ust młodych ludzi: „Lenin, Lenin… A tak, to ten z Beatlesów”. A jednak te czasy nadeszły. I choć żałosne truchło wodza rewolucji wciąż jeszcze konserwuje się w Moskwie, to nikt już nie powie, że on żywy.
A skoro o Beatlesach mowa, to i oni się przecenili. Gdy zdobyli sławę na skalę globu, zachłysnęli się nią. „Jesteśmy sławniejsi od Jezusa!” – zakrzyknął John Lennon. Być może miał rację: niewykluczone, że na tamtą chwilę, gdy to mówił, więcej ludzi słyszało o nich niż o Jezusie. Ale to była tamta chwila – sława jednego sezonu. Beatlesi jednak, otoczeni tłumem mdlejących panienek, myśleli, że są bliscy nieśmiertelności. „Nie wiem co pierwsze minie – rock & roll czy chrześcijaństwo” – zastanawiał się Lennon. Teraz już wiesz, John, już wiesz.
Dziś są kolejni idole, tak samo podatni na uwielbienie tłumów, i tak samo nietrwali. A Jezus? „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13,8). W żłobie czy w kościele, na krzyżu czy na obłokach – wciąż ten sam: żyjący i działający. Nic się nie zmieniło – Jezus jest Panem. A wokół Niego nieprzeliczony tłum sławnych ludzi – to zbawieni, a więc święci. Wśród nich „trzej królowie”. I nic to, że my, tu na ziemi, niewiele o nich wiemy. Wszyscy ich znają tam, gdzie jest prawdziwe życie. Tam wszystkich otacza huragan chwały – bo chwała zawsze powraca do tych, co ją oddali Bogu.(...)
