Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Premier Arsenij Jaceniuk ma się udać do Waszyngtonu. Jakie znaczenie może mieć ta wizyta?
– Jeceniukowi chodzi przede wszystkim o większe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych po stronie Ukrainy: gwarancje militarne, a przede wszystkim finansowe. Na razie administracja amerykańska zagwarantowała pomoc dla Ukrainy w wysokości 1 miliarda dolarów, co w stosunku do potrzeb tego kraju jest kroplą w morzu potrzeb. Ukrainie od ręki potrzeba przynajmniej 35 miliardów dolarów. I oto będzie prosił premier Jeceniuk w rozmowie z amerykańskim prezydentem Barackiem Obamą. Trzeba też pamiętać, że cały system obronny Ukrainy jest niedoinwestowany. W tej sytuacji siły zbrojne tego kraju poza kilkoma jednostkami nie są w stanie samodzielnie stawić czoła Rosjanom.
Zwracając się o większe zaangażowanie militarne do Stanów Zjednoczonych, Ukraina, która nie jest nawet członkiem NATO, nie prosi o coś, czego nie może otrzymać?
– Stany Zjednoczone w momencie bezpośredniego zaangażowania wojskowego na Ukrainie stałyby się stroną konfliktu i takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Zresztą zwiększyłoby to prawdopodobieństwo prowokacji i walki pomiędzy jednostkami rosyjskimi i amerykańskimi. Obama zdaje sobie sprawę z tego, że tej granicy przekroczyć nie może, bo oznaczałoby to eskalację konfliktu poza Ukrainę na inne miejsca w świecie, a zwłaszcza na cały Bliski Wschód. Bezpieczeństwo na świecie byłoby poważnie zagrożone. Biorąc to wszystko pod uwagę, bardziej prawdopodobne jest m.in. wsparcie sprzętowe dla Ukrainy, np. w systemach antyrakietowych. Jednak w mojej ocenie na pierwszym miejscu oczekiwań Jaceniuka będą pieniądze, bez których za parę miesięcy Ukrainę może czekać rewolucja socjalna, a polityka i wybory zejdą na dalszy plan. Taka rewolucja może zmieść każdy rząd.
Władimir Putin, który liczył, że Ukraińcy dadzą się sprowokować, nie jest zawiedziony przebiegiem wydarzeń na Krymie?
– Z pewnością jest zawiedziony tym faktem. Pamiętajmy jednak, że Krym stanowi wprawdzie terytorium Ukrainy, ale większość ludzi wita zakamuflowanych żołnierzy rosyjskich jako wyzwolicieli. Oddziały samoobrony, jakie tworzone są na Krymie, nie powstają w obawie przed Rosjanami, ale przed armią ukraińską. Mamy zatem do czynienia z konfliktem z jednej strony o charakterze międzynarodowym, a z drugiej wewnątrzukraińskim, gdzie część społeczeństwa występuje przeciwko państwu ukraińskiemu. Jest to wystąpienie w formie zorganizowanej z powołaniem quasi-państwowości krymskiej, zaś Rosja występuje tu jedynie w roli podmiotu, który zabezpiecza na tym obszarze swoje interesy. Pokrywają się one z interesami separatystów. Nie jest to zatem klasyczny konflikt, kiedy jedno państwo wkracza na teren drugiego wbrew woli ludności z obszarów, które zajmuje. Dotyczy to wschodnich i południowych obszarów Ukrainy, gdzie właściwie nie ma oporu ze strony ukraińskich jednostek wojskowych, które zachowują bierność, zamknęły się w koszarach i będąc lojalne wobec państwa ukraińskiego, nie podejmują żadnych ruchów. Również Rosjanie nie prowokują, nie podejmując typowych działań zbrojnych. Próbują jedynie presją wymusić poddanie się żołnierzy stacjonujących w koszarach. Ta wojna, ta agresja na Ukrainę jest bardzo specyficzna. Tu ludzie nie bronią się przed agresorem, ale witają go kwiatami jako wyzwoliciela. Stany Zjednoczone i kraje Europy Zachodniej doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Kazus Krymu może być zachętą także dla innych szaleńców do stosowania podobnych metod agresji i zajmowania terytoriów innych krajów?
(...)
http://www.naszdziennik.pl/swiat/70778,swiat-nie-pojdzie-na-wojne-z-rosj...