Budżet partycypacyjny w praktyce. Rozmowa z Grzegorzem Gajewskim

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  0
 O tym, jak wygląda warszawski budżet partycypacyjny, widziany oczyma autora zgłoszonego do niego projektu, mówi Grzegorz Gajewski z warszawskiego Mokotowa. Rozmowa została przeprowadzona dla portalu Pogotowie Dziennikarskie.
 
Dlaczego postanowiłeś złożyć wniosek do budżetu partycypacyjnego?
 
Po prostu usłyszałem o pomyśle budżetu partycypacyjnego w Warszawie na 2015, śledziłem to dosyć wnikliwie i stwierdziłem, że spróbuję przygotować i złożyć projekt, dotyczący mojego podwórka, które jest bardzo zaniedbane. Uznałem, że jest to jedyna możliwość, żeby coś tam zmienić, ponieważ miasto oczywiście w życiu złotówki nie wyda na rewitalizację jednego z tysięcy podobnych podwórek. Wygląda ono kiepsko, jak zresztą wiele innych, a to jedyna możliwość, żeby zmobilizować okolicznych mieszkańców i w ten sposób głosami wyrazić tę potrzebę zmiany.
 
Jaki jest twój związek z tym miejscem?
 
Jestem administratorem wspólnoty mieszkaniowej a przede wszystkim po prostu tam mieszkam, od urodzenia. Zależy mi, żeby ta przestrzeń publiczna, to otoczenie się zmieniło. Pamiętam jeszcze, że gdy byłem mały, to inaczej wyglądało, dużo lepiej. Generalnie staram się podejmować lokalne inicjatywy dotyczące sąsiedztwa. W zeszłym roku urządziliśmy na przykład, wspólnie z mieszkańcami 60.lecie budynku. Na podwórku mieliśmy spotkanie: był grill, stół pyszności przygotowanych przez sąsiadów, piosenki warszawskie. A budżet partycypacyjny? Nigdy wcześniej nie było tego w Warszawie, stwierdziłem, że warto spróbować. Niestety się nie udało.
 
Co myślisz o samej idei budżetu partycypacyjnego?
 
Idea jest bardzo słuszna, jest to forma bezpośredniej partycypacji społecznej w zarządzaniu miastem. De facto mieszkańcy nie mają wielkiego wpływu na to, co wymyślą sobie radni, nie mają wpływu na najbliższą okolicę, na własne sąsiedztwo. Urzędników to na ogół nie obchodzi, liczą się wielkie, widowiskowe przedsięwzięcia typu metro, most - a o podwórkach, skwerach, lokalnych placach zabaw, zwykłych koszach na śmieci czy ławkach tutaj nikt nie pamięta. Idea więc słuszna, wykonanie niekoniecznie udane, przynajmniej w tym roku. To jest jednak pierwszy rok, może więc to się dotrze. Mam kilka uwag i propozycji.
 
Pierwsza sprawa: duże dzielnice, takie jak Śródmieście czy Ursynów, które są terytorialnie różnorodne na przykład ze względu na wiek i potrzeby mieszkańców, warunki mieszkaniowe - czy to są domki jednorodzinne, kamienice, czy bloki - powinny być dzielone na podobszary, rejony, tak, jak to było na Pradze-Południe i Mokotowie. Wiem, że w Śródmieściu pojawił się taki problem, że bardzo wiele projektów zostało odrzuconych, ponieważ według uchwały Rady Miasta maksymalnie 50 projektów może zostać poddanych pod głosowanie w danej dzielnicy/obszarze. To samo działo się na Ursynowie. Podziały istniejące trzeba zaś udoskonalić - jeśli chodzi o Mokotów, było 8 rejonów. Na każdy przewidziano budżet składający się z dwóch elementów - części stałej, w wysokości 156 tys. złotych niezależnie od wielkości czy liczby mieszkańców i drugiej, proporcjonalnej do liczby osób. Tymczasem wydaje mi się, że byłoby bardziej sprawiedliwie, gdyby całość tej kwoty była liczona według liczby mieszkańców. Dziś Siekierki, na których mieszka ponad dziewięć razy mniej osób niż na Starym Mokotowie, dostały raptem dwa razy mniej pieniędzy. Zainteresowanie mieszkańców też jest bardzo różne. Na Starym Mokotowie, mimo, że to jest podrejon, sporo projektów zostało odrzuconych, by zmieścić się w 50, na Siekierkach złożono zaledwie kilkanaście projektów. To oczywiście tylko przykład.
 
Równie ważna sprawa, to zdecydowanie za mała kwota budżetu obywatelskiego w Warszawie. Rozumiem, że był to pierwszy raz, próba. Jednak w wielu dzielnicach kwota powinna być dwa razy wyższa, ponieważ jest dużo naprawdę ciekawych i potrzebnych projektów i po prostu jest dziwne gdy z 40 - 50 projektów przechodzi jeden, dwa. To działa też silnie demotywująco na osoby zaangażowane w te projekty. Kwota powinna być znacznie zwiększona przede wszystkim tam, gdzie było wysokie zainteresowanie, a  pieniądze śmiesznie małe.
 
Rozrzut wartości projektów był bardzo duży.
 
To prawda, od kilkuset złotych do 3 milionów. Te małe projekty miały służyć dopełnianiu kwoty, która nie została w pełni zajęta przez zwycięskie projekty w danym budżecie dzielnicy. Przeszły zatem projekty, które dostały mniej głosów, nie miały zbyt wielkiego poparcia, ale były tanie i zostaną zrealizowane, bo zmieściły się w budżecie. Niedobrze, jeśli jeden projekt wyczerpuje budżet całej dzielnicy, tak było na przykład na Ursynowie. W innych dzielnicach/rejonach tak samo były projekty na pełne kwoty danego budżetu, które jednak nie wygrały. To powinno być maksymalnie 70-80%, żeby inne projekty też miały szanse zostać zrealizowane.
 
Trzeba też poprawić system informatyczny, który został stworzony na potrzeby tego budżetu. Wiele osób skarżyło się na to, że bezbłędnie wypełniło formularz internetowy, wpisało PESEL, zagłosowało… Dalsza procedura była taka, że na adres mailowy powinno przyjść potwierdzenie, które do wielu osób nie przyszło. Te osoby, chcąc oddać ważny głos wpisywały dane jeszcze raz, a wtedy system twierdził, że taka osoba zagłosowała, a zgodnie z regulaminem głos jest nieważny, bo nie został potwierdzony. I to też ciekawe, jak dużo było głosów nieważnych (ponad 10% - K.K.), internetowych i papierowych. To dość duże liczby, nie sądzę, żeby wynikało to z analfabetyzmu, dużo osób miało kłopoty z logowaniem się. Jeśli chodzi o formularze papierowe, to zbierając podpisy pod swoim projektem zauważyłem, że wiele osób nie wypełniało ich do końca prawidłowo. Było to dosyć skomplikowane, słabo widoczne było na przykład miejsce złożenia podpisu. Tam, gdzie trzeba było zaznaczyć, że głosowało się na wybrane projekty, niektórzy wpisywali numer tego projektu a nie liczbę projektów. To niuanse, ale wiele osób się myliło. Być może trzeba to trochę uprościć.
 
 Osobiście uważam też, że nie powinny być zgłaszane projekty dotyczące remontów placówek oświatowych. Jest to wypaczenie idei budżetu. Remont stołówki w przedszkolu, w której odpadają kafelki lub jest grzyb na suficie, remont sali gimnastycznej w szkole, w której sanepid zamknął taką salę dla uczniów, to są tak naprawdę obligatoryjne zadania samorządu – jednostki prowadzącej. Samorząd zarządza szkołami i przedszkolami i na bieżąco powinien je utrzymywać w przyzwoitym stanie. To nie są żadne fanaberie, ale obowiązki. Czym innym jest projekt zamontowania solarów na dachu w kilku szkołach, czy dodatkowe zajęcia taneczne dla uczniów, to wykracza poza bieżące zadania samorządu, to jest coś ekstra, coś innego. Natomiast remont ściany w sali czy wymiana wypadających okien, to są obowiązkowe zadania gminy. Inna sprawa, że projekty generalnie powinny dotyczyć potrzeb lokalnej społeczności, na które urzędnik normalnie nie zwróci uwagi. Oczywiście wszystkie zgłaszane projekty przewidziane są na terenie miasta, ale są to innego rodzaju pomysły, to inicjatywy polepszające jakość życia, zmieniające wygląd Warszawy - sadzenie drzew, dodatkowe latarnie, ścieżki rowerowe, kontrapasy, place zabaw, ulepszenie zieleńców… Natomiast nie chodzi o to, by projekt zakładał strzyżenie trawy czy wymianę przepalonych żarówek przy danej ulicy - to są sprawy bieżące. Pojawiły się np. ciekawe projekty powstania jakiejś fontanny na lokalnym skwerze, ustawienia ławki przy bazarku, grilla w parku, domków dla kotów wolnożyjących, organizacji święta danej ulicy, osiedla… Takie rzeczy za miejskie pieniądze są robione niezwykle rzadko, urzędnicy zazwyczaj nie znają na tyle miasta, nie znają lokalnych zakamarków. Wracając jeszcze do szkół i przedszkoli, jest to też trochę niesprawiedliwe z drugiego powodu. Taka instytucja publiczna jest niesamowitą siłą, ciężko jest konkurować lokalnym, oddolnym projektom danej ulicy czy podwórka, czy jednego budynku ze szkołą, gdzie jest kilkuset uczniów, są nauczyciele, dzieci, rodzice, znajomi... Jest to podwójnie niesprawiedliwe.
 
Wreszcie kosztorys - to jest kolejna wątpliwość. Zrobiłem kosztorys na ok. 100 tys. Miasto weryfikuje to po swojemu i zupełnie nie wiadomo, na czym opiera swoje wyliczenia. Ponieważ trochę się na tym znam, wiem, że mój kosztorys był rzetelny, a miasto zmieniło moje 100 na 150 tys., czyli 50% więcej. Przy budżecie na 350 tys, 50 tys. to jest już duża różnica. Takie zmiany w kwocie budżetu mogą skutkować utrąceniem projektu, choć tak naprawdę mój projekt po przetargu może kosztować przecież 90, a nie 150.
 
Na koniec ciekawa sprawa, dotycząca nazewnictwa. W jednym z rejonów dostał bardzo dużo głosów - i zostanie zrealizowany - projekt "Ustawienie pojemników na psie odchody". Taka była nazwa. Większość osób, z którymi rozmawiałem myślała, że dotyczy to całego objętego budżetem obszaru, tymczasem chodziło o ustawienie dwóch pojemników przy jednej uliczce. Padło na to dużo głosów, myślę, że ze względu na to, że pomysł dobry, ale gdzie dokładnie to jest, nikt się nie zagłębiał.
 
Głosować można było elektronicznie i na kartach papierowych. Jak wygląda część papierowa głosowania od strony technicznej? Ty, jako strona zainteresowana drukujesz karty i zbierasz u siebie głosy wśród ludzi?
 
Większość osób zaangażowanych w projekty tak właśnie robiła - drukowała karty, roznosiła plakaty i ulotki,  potem zbierała wypełnione karty, by zawieźć je do Urzędu. Widziałem ogłoszenia o projekcie dotyczącym pewnej szkoły - profesjonalne duże plakaty na pocztach, na bazarkach, na wszystkich okolicznych pustostanach miasta (na szybach lokali), w bibliotekach. Gdy zwróciłem się o powieszenie informacji o moim projekcie dotyczącym podwórka w gablocie domu kultury, usłyszałem, że jest to jednostka samorządowa i ona nie może popierać żadnych projektów. Tymczasem inne popierały dosyć mocno. Ja nie mogę, szkoły mogą, nie do końca jest to przejrzyste.

zdjecie z archiwum Grzegorza Gajewskiego
 
O czym pamiętać, zgłaszając własny projekt?
 
Złożenie projektu nie jest trudne - to wypełnienie formularza. Nie trzeba do tego załączać projektów graficznych, choć oczywiście można. Musimy krótko opisać nasz pomysł i wskazać cel projektu oraz jego odbiorców.
 
Teren, którego dotyczy nasz projekt, musi być własnością miasta lub spółdzielni. W tym drugim przypadku musimy dysponować jej zgodą na zgłoszenie projektu.
 
Musimy zebrać minimum 15 podpisów popierających projekt.
Projekt musi zawierać realistyczny kosztorys, który zostanie zweryfikowany przez miasto.
 
Projekt powinien mieć prostą, chwytliwą nazwę.
 
Po przejściu do drugiego etapu musimy zadbać o promocję. Warto reklamować go wśród sąsiadów, lokalnej społeczności. Oprócz ulotek, plakatów czy kampanii w mediach społecznościowych dobrze jest nawiązać bezpośredni kontakt z potencjalnymi zainteresowanymi – rozmawiać, przedstawiać korzyści z projektu.
 
 
 
 
5
5 (1)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>