
Dziś obchodzimy rocznicę urodzin śp. Macieja Rybińskiego. To dobry moment, by poczytać sobie jego felietony, niekoniecznie te ostatnie. Ja, wiedząc zresztą, czego szukam, zajrzałem do tych z jesieni 2005 roku, pisanych zaraz po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość.
Zważywszy na późniejszy, mocno krytyczny stosunek Rybińskiego do PO można się nieźle zdziwić faktem, że to właśnie na partię Donalda Tuska i jego samego felietonista głosował w tym przełomowym dla polskiej polityki roku. Nie piszę tego po to, by się jakoś pastwić nad zmarłym, który wcześniej i potem dużo mądrych i cennych rzeczy napisał, i któremu zawdzięczamy nie tylko mnóstwo felietonów, ale i spory wkład w scenariusz serialu „Alternatywy 4”. Swoją drogą szkoda, że nigdy nie wyszło nic z zapowiadanej kilka razy kontynuacji, którą miał współtworzyć. „Dylematu 5” w reżyserii Grzegorza Warchoła okazało się taką porażką, że nawet pisząc o największych serialowych wtopach polskich stacji telewizyjnych nie wypada przywoływać tego tytułu. Nie o tym miałem pisać. Ba, w ogóle nie planowałem tej notki, tylko widzę, że dziś sporo znajomych przypomina – i słusznie – Macieja Rybińskiego. A mi jakoś tak się smutno zrobiło, bo oprócz wielu szkód, jakie Polsce wyrządziła Platforma, jest jeszcze ta – nieuchwytna, może nawet niepoliczalna a jednak przecież bardzo poważna.
Gdy rozpoczęła się medialna histeria, Rybiński dziwił się mediom, że wprowadzają atmosferę strachu, choć nie dzieje się nic. Oskarżał je o to, że chcą poróżnić dwie partie, które rozmawiają o stworzeniu rządu. Pisał wreszcie „Głosowałem na PO i jak parę milionów innych Polaków oczekuję, że weźmie współodpowiedzialność za państwo. Że nie da się otumanić ani przestraszyć.” Dziś wiemy, że Platforma naprawdę nie potrzebowała wtedy mediów, ponieważ od początku nie miało być żadnej koalicji z PiS. Miał być PiS zmuszony do współpracy z Samoobroną i LPR i społeczeństwo, już wcześniej straszone taką wizją. Po latach okazało się, że i Giertych miał swoją rolę w tej historii. Dziś nikogo to nie dziwi, a przecież w 2005 roku nie trzeba jeszcze było być lemingiem lub zakochanym w III RP beneficjentem przemian lub wręcz kimś zakorzenionym w służbach PRL. Nie trzeba było być ani Michnikiem, ani Urbanem, ani Czempińskim wreszcie, by Platformę popierać. Ba, można było być naprawdę kumatym felietonistą, jak Rybiński – a co jakiś czas pytam, kto jeszcze z „naszych”, a oni nie chcą mi odpowiedzieć – i się na to wszystko nabierać. Można było, jak Rybiński, dość szybko połapać się w sytuacji. Na tyle szybko, by dziś w ogóle o tym poparciu w wyborach Tuska przez pana Macieja nie pamiętać. I ok, sam wychodzę z założenia, że w roku 2005 zdarzało się na PO głosować ludziom w dobrych intencjach, choć trochę tej naiwności się dziwię. Ba, pewnie i w 2007 kilku takich naiwnych (i znów – skoro badania wykazały, że ponad 80% dziennikarzy poparło w 2007 roku Platformę, to na pewno byli wśród nich również niezależni i niepokorni) się znalazło. Później, w obliczu praktyki rządów Tuska już naprawdę nie wiem, ile trzeba by mieć naiwności, by zachować złudzenia. Przerasta mnie to jako socjologa i blogera, ale to znów już nie jest na temat. Zastanawiam się natomiast, ilu z tych ludzi, którzy w roku 2005 kierowało się szczerymi i dobrymi pobudkami nie umiało już przyznać się do błędu, a zamiast rzeczywistości uzależniło się od propagandy, zamiast zmianą zaczęło żyć pogardą i nienawiścią? Ilu ludzi wpadło w tę pułapkę, z której po roku 2010 wyjść już praktycznie się nie da.
Piekło nie ma dna, jak pisał pewien forumowicz kilku prawicowych, dawno upadłych forów internetowych. I tak to jakoś smutno mi się wszystko przypomniało, gdy zobaczyłem, jak moi znajomi okolicznościowo wspominają Macieja Rybińskiego. Wybitnego felietonistę, który przynajmniej przed sobą miał odwagę przyznać, że dał się nabrać. Ilu tej odwagi nie miało?
Zważywszy na późniejszy, mocno krytyczny stosunek Rybińskiego do PO można się nieźle zdziwić faktem, że to właśnie na partię Donalda Tuska i jego samego felietonista głosował w tym przełomowym dla polskiej polityki roku. Nie piszę tego po to, by się jakoś pastwić nad zmarłym, który wcześniej i potem dużo mądrych i cennych rzeczy napisał, i któremu zawdzięczamy nie tylko mnóstwo felietonów, ale i spory wkład w scenariusz serialu „Alternatywy 4”. Swoją drogą szkoda, że nigdy nie wyszło nic z zapowiadanej kilka razy kontynuacji, którą miał współtworzyć. „Dylematu 5” w reżyserii Grzegorza Warchoła okazało się taką porażką, że nawet pisząc o największych serialowych wtopach polskich stacji telewizyjnych nie wypada przywoływać tego tytułu. Nie o tym miałem pisać. Ba, w ogóle nie planowałem tej notki, tylko widzę, że dziś sporo znajomych przypomina – i słusznie – Macieja Rybińskiego. A mi jakoś tak się smutno zrobiło, bo oprócz wielu szkód, jakie Polsce wyrządziła Platforma, jest jeszcze ta – nieuchwytna, może nawet niepoliczalna a jednak przecież bardzo poważna.
Gdy rozpoczęła się medialna histeria, Rybiński dziwił się mediom, że wprowadzają atmosferę strachu, choć nie dzieje się nic. Oskarżał je o to, że chcą poróżnić dwie partie, które rozmawiają o stworzeniu rządu. Pisał wreszcie „Głosowałem na PO i jak parę milionów innych Polaków oczekuję, że weźmie współodpowiedzialność za państwo. Że nie da się otumanić ani przestraszyć.” Dziś wiemy, że Platforma naprawdę nie potrzebowała wtedy mediów, ponieważ od początku nie miało być żadnej koalicji z PiS. Miał być PiS zmuszony do współpracy z Samoobroną i LPR i społeczeństwo, już wcześniej straszone taką wizją. Po latach okazało się, że i Giertych miał swoją rolę w tej historii. Dziś nikogo to nie dziwi, a przecież w 2005 roku nie trzeba jeszcze było być lemingiem lub zakochanym w III RP beneficjentem przemian lub wręcz kimś zakorzenionym w służbach PRL. Nie trzeba było być ani Michnikiem, ani Urbanem, ani Czempińskim wreszcie, by Platformę popierać. Ba, można było być naprawdę kumatym felietonistą, jak Rybiński – a co jakiś czas pytam, kto jeszcze z „naszych”, a oni nie chcą mi odpowiedzieć – i się na to wszystko nabierać. Można było, jak Rybiński, dość szybko połapać się w sytuacji. Na tyle szybko, by dziś w ogóle o tym poparciu w wyborach Tuska przez pana Macieja nie pamiętać. I ok, sam wychodzę z założenia, że w roku 2005 zdarzało się na PO głosować ludziom w dobrych intencjach, choć trochę tej naiwności się dziwię. Ba, pewnie i w 2007 kilku takich naiwnych (i znów – skoro badania wykazały, że ponad 80% dziennikarzy poparło w 2007 roku Platformę, to na pewno byli wśród nich również niezależni i niepokorni) się znalazło. Później, w obliczu praktyki rządów Tuska już naprawdę nie wiem, ile trzeba by mieć naiwności, by zachować złudzenia. Przerasta mnie to jako socjologa i blogera, ale to znów już nie jest na temat. Zastanawiam się natomiast, ilu z tych ludzi, którzy w roku 2005 kierowało się szczerymi i dobrymi pobudkami nie umiało już przyznać się do błędu, a zamiast rzeczywistości uzależniło się od propagandy, zamiast zmianą zaczęło żyć pogardą i nienawiścią? Ilu ludzi wpadło w tę pułapkę, z której po roku 2010 wyjść już praktycznie się nie da.
Piekło nie ma dna, jak pisał pewien forumowicz kilku prawicowych, dawno upadłych forów internetowych. I tak to jakoś smutno mi się wszystko przypomniało, gdy zobaczyłem, jak moi znajomi okolicznościowo wspominają Macieja Rybińskiego. Wybitnego felietonistę, który przynajmniej przed sobą miał odwagę przyznać, że dał się nabrać. Ilu tej odwagi nie miało?
(6)
3 Comments
(...)i znów – skoro badania
04 March, 2015 - 23:10
Z poglądami politycznymi podobnie, jak nie gorzej, Otóż, ja, (załóżmy, akurat nie popełniłem rzeczonego błędu, ale nieważne - teoretycznie, mogłem) wyborca PO, miałbym zmienić poglądy. Diametralnie, bo przepaść głęboka została wykopana - al Pankracy i hrabia Henryk. Czyli musiałbym przyznac, że zrobili mnie w konia, dałem się ogłupić. Boli. Ale mniejsza.
U nas ze zmianą poglądów politycznych związana jest także zmiana całego światopoglądu. To już etos MWzWM niefajny? Już nie jestem elitą? Ciemnogród mógł mieć rację? A jak ja się potem pokażę na oczy kolegom z pracy, skłamię, nie przyznam się? Boli trzykrotnie bardziej - to może... Może poudajemy (a media sprzyjajaą), że wszystko cacy? Furda, że jakos gorzej mi się żyje - w górę serce i sztandar, dla idei.
A tak naprawdę... Nie, nie dla idei - dla własnego komfortu i spokoju ducha...
Sympatie polityczne w Polsce zostały, w mentalności szarego wyborcy, skutecznie połączone z rojeniami o statusie społecznym, ze swoistym dla danej warstwy społecznej "savoir vivre". Powiedziałbym: "koronkowa robota", gdyby nie fakt, ze raczej grubymi ściegami to było zszywane. Ale podziałało. Ambicje, kompleksy, lęk przed ośmieszeniem, pozorna nobilitacja przez współwyznawanie właściwej opcji. Wszystko propagandowo opakowane, sprzedane i eksploatowane do bólu - aż do teraz.
Zrobili z nas - wyborców - kibiców. Byle tylko "nasi" wygrali - a że po drodze jedne z rugim fauluje, kopie po kostkach, gryzie i pluje - a nieważne, "nasz" jest. Bo liczy się zwycięstwo. Tylko, moment, czy to na pewno nasz team gra i o co ten mecz?
"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
wszystko prawda, Panie... a z
05 March, 2015 - 00:27
Sam też się dałem nabrać na
05 March, 2015 - 13:51