
Ciekawy dzień. Oto poleciał Durczok, oczywiście w taki sposób, że nic tak naprawdę nie zostało załatwione – ale znając polskie realia, na tym afera się skończy. Za ukrywanie przestępstwa nikt nie odpowie, a czy sam Durczok będzie miał kłopoty inne, niż zawodowe, tego też nie byłbym taki pewien.
Po programie z Urbanem Polsat jednak zrezygnował z audycji Gozdyry, ale już nie z jej wywiadów z politykami. Byłem ciekaw, który z prawicowych polityków pierwszy pójdzie sobie, jak gdyby nigdy nic, z panią, co odkryła, że nawet po upadku Palikota w telewizji jest miejsce na świński ryj, a śmierć księdza może być zabawna. Poszedł Paweł Kukiz. Wiele razy broniłem go jako człowieka, nie zgadzając się z nim, jako politykiem, ale tym razem już nie mam na to ochoty. Kukiz nie pierwszy raz pokazuje, że aby głosić swoje poglądy gotów gadać z każdym i wszędzie. Tymczasem był już taki jeden, który mówił, że „z samym szatanem” – skończył jako pośmiewisko, dostarcza światu własne śmieszne zdjęcia i śni mu się pałowanie dawnych kolegów-związkowców. Jeśli chcesz być taki sam, to mi już nic do tego. Gozdyra więc niby oberwała, a została. I pewnie jeszcze niejeden polityk do niej pójdzie, uważając, że tak trzeba, bo inaczej nie dotrze do wyborców. Malo to budujące.
Jakby mało było Durczoka i Gozdyry, okazało się, że prawo wreszcie zaczęło interesować się intensywniej Pawłem Adamowiczem, prezydentem Gdańska, któremu postawiono sześć zarzutów w związku z jego oświadczeniami majątkowymi. Choć w Gdańsku byłem chyba tylko dwa razy, moje życie splecione jest z Adamowiczem z racji dzielenia ksywy. Od rana czytam więc doniesienia, mówiące o „końcu Budynia” i za każdym razem chwilę muszę się zastanowić. Niech on się wreszcie skończy. Najlepiej razem z sąsiednim Karnowskim, od którego oddziela mnie poczucie przyzwoitości i jedna litera nazwiska. A tu Karnowski broni Budynia, a znajomi nie mają dla mnie litości, podsyłając mi linki do tych wszystkich artykułów.
W Warszawie natomiast rozkręca się na całego wojna między ratuszem, z samorządowcami z Bemowa, których władzy pani prezydent nie chce uznać. Ci rewanżują się stroną „Putin Warszawy” i powieszeniem na ratuszu dzielnicy podobizn Putina i Gronkiewicz-Waltz. Mam niejasne wrażenie, że na ich narrację niektórzy, kierując się zrozumiałą antypatią do HGW zdają się nabierać, chciałbym więc przypomnieć, skąd wzięła się bemowska opozycja. Wzięła się z PO, w ramach której to właśnie na Bemowie rządziła na tyle bezczelnie, że – choć po drodze pan Dąbrowski awansował nawet z dzielnicy na pl. Bankowy, skąd po wybuchu afery wyleciał –zaczęły się tym interesować nie tylko warszawskie ruchy miejskie, a później opozycja, lecz również media. Również te Platformie sprzyjające. Ja, majać na Bemowo dość daleko, o włodarzach tej dzielnicy pierwszy raz usłyszałem, gdy wybuchł skandal, związany z radykalnymi oszczędnościami w szkolnych stołówkach, który na swój użytek nazwałem „eksperymentalnym programem karmienia dzieci gównem”. Później był protest rodziców, którzy na zebraniu rady dzielnicy zostali spacyfikowani przez pracowników, w tym gościa przebranego za maskotkę dzielnicy – ot, taki przewrotny humor i bezczelność do kwadratu. Cóż, opłaciła się, skoro po wszystkim wesołe towarzystwo przemalowało się na ruch miejski i uzyskało znów mandat od swoich wyborców. Po drodze rozwalając bemowską Platformę, co może cieszyć, ale co to za radość, gdy nie wygrywa lepszy, a co najwyżej bardziej cwany. Pamiętajcie o tym, zanim opowiecie się po którejś stronie tego konfliktu. Sporo pisałem o tym w swoim czasie dla Pogotowia Dziennikarskiego, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę na portalu „Bemowo”, by do tamtych tekstów dotrzeć.
Takich ciekawych dni będzie teraz coraz więcej, ale czy przełożą się na jakąś zmianę? Mój optymizm jest już chyba wystarczająco dobrze znany, bym darował sobie odpowiedź. Tak, czy inaczej, znów zaczynają się żreć między sobą. Wygląda na to, że również na linii Tusk-Komorowski nie jest najlepiej, co przekłada się na nagły wysyp krytyki tego pierwszego w mediach nie tak znów odległych od reżimu. Czy Tusk ma jeszcze kogoś na miejscu, czy na arzie zupełnie sobie odpuścił? Czy też wreszcie niczego nawet nie musi robić, bo prezydent pracuje uczciwie na rzecz wszystkich swoich przeciwników, z partii i opozycji? Cóż, weźmy lornetki i wejdźmy na krzesła, by lepiej widzieć. Z tym ostatnim oczywiście żartowałem, nie ma co się samemu pchać do kryminału.
Po programie z Urbanem Polsat jednak zrezygnował z audycji Gozdyry, ale już nie z jej wywiadów z politykami. Byłem ciekaw, który z prawicowych polityków pierwszy pójdzie sobie, jak gdyby nigdy nic, z panią, co odkryła, że nawet po upadku Palikota w telewizji jest miejsce na świński ryj, a śmierć księdza może być zabawna. Poszedł Paweł Kukiz. Wiele razy broniłem go jako człowieka, nie zgadzając się z nim, jako politykiem, ale tym razem już nie mam na to ochoty. Kukiz nie pierwszy raz pokazuje, że aby głosić swoje poglądy gotów gadać z każdym i wszędzie. Tymczasem był już taki jeden, który mówił, że „z samym szatanem” – skończył jako pośmiewisko, dostarcza światu własne śmieszne zdjęcia i śni mu się pałowanie dawnych kolegów-związkowców. Jeśli chcesz być taki sam, to mi już nic do tego. Gozdyra więc niby oberwała, a została. I pewnie jeszcze niejeden polityk do niej pójdzie, uważając, że tak trzeba, bo inaczej nie dotrze do wyborców. Malo to budujące.
Jakby mało było Durczoka i Gozdyry, okazało się, że prawo wreszcie zaczęło interesować się intensywniej Pawłem Adamowiczem, prezydentem Gdańska, któremu postawiono sześć zarzutów w związku z jego oświadczeniami majątkowymi. Choć w Gdańsku byłem chyba tylko dwa razy, moje życie splecione jest z Adamowiczem z racji dzielenia ksywy. Od rana czytam więc doniesienia, mówiące o „końcu Budynia” i za każdym razem chwilę muszę się zastanowić. Niech on się wreszcie skończy. Najlepiej razem z sąsiednim Karnowskim, od którego oddziela mnie poczucie przyzwoitości i jedna litera nazwiska. A tu Karnowski broni Budynia, a znajomi nie mają dla mnie litości, podsyłając mi linki do tych wszystkich artykułów.
W Warszawie natomiast rozkręca się na całego wojna między ratuszem, z samorządowcami z Bemowa, których władzy pani prezydent nie chce uznać. Ci rewanżują się stroną „Putin Warszawy” i powieszeniem na ratuszu dzielnicy podobizn Putina i Gronkiewicz-Waltz. Mam niejasne wrażenie, że na ich narrację niektórzy, kierując się zrozumiałą antypatią do HGW zdają się nabierać, chciałbym więc przypomnieć, skąd wzięła się bemowska opozycja. Wzięła się z PO, w ramach której to właśnie na Bemowie rządziła na tyle bezczelnie, że – choć po drodze pan Dąbrowski awansował nawet z dzielnicy na pl. Bankowy, skąd po wybuchu afery wyleciał –zaczęły się tym interesować nie tylko warszawskie ruchy miejskie, a później opozycja, lecz również media. Również te Platformie sprzyjające. Ja, majać na Bemowo dość daleko, o włodarzach tej dzielnicy pierwszy raz usłyszałem, gdy wybuchł skandal, związany z radykalnymi oszczędnościami w szkolnych stołówkach, który na swój użytek nazwałem „eksperymentalnym programem karmienia dzieci gównem”. Później był protest rodziców, którzy na zebraniu rady dzielnicy zostali spacyfikowani przez pracowników, w tym gościa przebranego za maskotkę dzielnicy – ot, taki przewrotny humor i bezczelność do kwadratu. Cóż, opłaciła się, skoro po wszystkim wesołe towarzystwo przemalowało się na ruch miejski i uzyskało znów mandat od swoich wyborców. Po drodze rozwalając bemowską Platformę, co może cieszyć, ale co to za radość, gdy nie wygrywa lepszy, a co najwyżej bardziej cwany. Pamiętajcie o tym, zanim opowiecie się po którejś stronie tego konfliktu. Sporo pisałem o tym w swoim czasie dla Pogotowia Dziennikarskiego, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę na portalu „Bemowo”, by do tamtych tekstów dotrzeć.
Takich ciekawych dni będzie teraz coraz więcej, ale czy przełożą się na jakąś zmianę? Mój optymizm jest już chyba wystarczająco dobrze znany, bym darował sobie odpowiedź. Tak, czy inaczej, znów zaczynają się żreć między sobą. Wygląda na to, że również na linii Tusk-Komorowski nie jest najlepiej, co przekłada się na nagły wysyp krytyki tego pierwszego w mediach nie tak znów odległych od reżimu. Czy Tusk ma jeszcze kogoś na miejscu, czy na arzie zupełnie sobie odpuścił? Czy też wreszcie niczego nawet nie musi robić, bo prezydent pracuje uczciwie na rzecz wszystkich swoich przeciwników, z partii i opozycji? Cóż, weźmy lornetki i wejdźmy na krzesła, by lepiej widzieć. Z tym ostatnim oczywiście żartowałem, nie ma co się samemu pchać do kryminału.
(4)
3 Comments
@autor
11 March, 2015 - 09:51
O Bemowie sporo, i całkiem
11 March, 2015 - 20:39
Wojna między gangami, a nawet w ramach gangu, to rzecz sympatyczna, ale i trochę niebezpieczna, bo gdy chłopcy idą na materace, to rykoszety ...
Stawiam taką oto roboczą hipotezę, że w tych szczególnych czasach - Drugiego Początku Histoii - gdy układ sił na świecie zmienia się na naszych oczach (a nawet najlepsi analitycy ogarniają wzrokiem tylko dwie granice od nas), w Polsce też trwa próba przetasowania sił.
A że Loża Minus Pięć jest nieznana i jeszcze długo taka pozostanie, to obserwujemy wyłącznie teatr cieni.
Co bywa wielce malownicze!
a to chętnie sprawdzę, bo ja
12 March, 2015 - 10:23
pozdrawiam