Jaruzelski nie przyszedł

 |  Written by Ursa Minor  |  0

Z dr. Leszkiem Kitą, synem ppłk. Aleksandra Adama Kity, zamordowanego 3 grudnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

To prawda, że Pana Ojciec chciał być lekarzem?

– Tak. Ojciec pochodził ze skromnej rodziny ziemiańskiej. Urodził się w 1912 r. w Annopolu koło Kocka, gdzie jego ojciec pracował w dworze hrabiego Żółtowskiego, z którym się zresztą przyjaźnił. Gdy tato się urodził, miał dobre warunki ekonomiczne. Był najstarszym synem, miał kilkoro rodzeństwa. Do dziś żyje dwóch jego braci. Ojciec skończył gimnazjum w Łukowie i bardzo dobre liceum o profilu klasycznym im. Stanisława Staszica w Lublinie. Około 1932 r. w rodzinie jego ojca nastąpił kryzys finansowy, związany z kryzysem światowym, z którym dziadek sobie nie poradził. Sprzedał więc swój majątek i przeprowadził się w okolice Warszawy. Ojciec bardzo chciał być lekarzem wojskowym, ale nie było wtedy na to wystarczających środków. Poszedł do podchorążówki w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie przebywał do 1935 roku. Następnie, już jako podporucznik, dostał przydział do wspaniałej jednostki z tradycjami, 45. Pułku Strzelców Kresowych, która stacjonowała w Równem. Tam został do wybuchu wojny. Awansował, w 1939 r. był porucznikiem, dowódcą kompanii ckm-ów we wspomnianym pułku. Należeli do Armii „Prusy”, ale skierowani zostali na zachodni brzeg Wisły w okolice Radomia i Kielc, skąd mieli wędrować w kierunku Warszawy. W stoczonych tam bitwach ojciec nieźle się zasłużył.

W boju na Wiśle pod Ryczywołem, osłaniając odwrót swojej dywizji, zniszczył dwa czołgi niemieckie.

– To prawda. Cofając się w kierunku Warszawy, dostał się do niewoli. Z przekazu stryja wiem, że Niemcy na tyle go uhonorowali, że zostawili mu nawet szablę. To był taki gest uznania z ich strony. Jeszcze przed wojną ojciec poznał mamę, ślub mieli wziąć w grudniu 1939 r., ale wybuch wojny to uniemożliwił. Mama Jarosława, która już nie żyje, była też wybitną osobą. Gdy rozpoczęła się wojna, jako 22-letnia dziewczyna była nauczycielką i dyrektorką tajnego liceum ogólnokształcącego, w którym wielu partyzantów AK zdawało u niej maturę. To była szkoła nadzorowana przez rząd londyński. Rodzice czekali na siebie, gdyż w tym czasie tato przebywał w niemieckich obozach jenieckich, głównie w oflagu II C Woldenberg, gdzie skończył studia pedagogiczne i za zasługi wrześniowe dostał z rządu londyńskiego stopień kapitana. Był człowiekiem wysokiej klasy, wszechstronnie wykształconym, o wielu sprawnościach i umiejętnościach, a także poliglotą znającym cztery języki.

Jak ułożyło się jego życie po wyjściu na wolność?

– W 1945 r. spotkał się z mamą i w kwietniu, o ile dobrze pamiętam, odbył się ich ślub. Ojciec nie bardzo garnął się do wojska, bo widział, jak jest, podjął pracę w kuratorium oświaty w Toruniu. Już w maju 1945 r. przypomniano sobie jednak o nim i wcielono go do wojska. Przeszedł jakieś przeszkolenia w Rembertowie, wiem, że dostał awans na stopień majora i został oddelegowany do Kamienia Pomorskiego, gdzie pracował jako oficer. Mama była tam założycielką i dyrektorem pierwszego liceum ogólnokształcącego. W 1946 r. przyszedł na świat mój starszy brat, a rok później ojca przeniesiono do Warszawy do Sztabu Generalnego. Przez chwilę był okres spokoju, w 1948 r. ja się urodziłem. Mama była wtedy wicedyrektorem liceum warszawskiego, a ojciec, awansowany do stopnia podpułkownika, pracował nadal w sztabie. W 1950 r. ruszyła fala aresztowań wśród jego przyjaciół, zapewne po cichu zapadały już wyroki i tych oficerów wyższej rangi Sztabu Generalnego poprzenoszono w różne inne miejscowości.

Tak też stało się z Pana Ojcem?

– Tak. Tato trafił w 1951 r. do Piły. Został skierowany do Oficerskiej Szkoły Samochodowej, gdzie pełnił funkcję wykładowcy. Pamiętam ten czas już dobrze i wyprowadzkę z Warszawy. Spokój nie trwał długo. 23 maja 1952 r. ojca aresztowali funkcjonariusze Zarządu Informacji pod fałszywym zarzutem udziału w tzw. spisku w wojsku. Odbyło się to na terenie szkoły oficerskiej. Choć ledwie skończyłem wtedy 4 lata, to pamiętam pewne obrazy, bo były to dla mnie mocne przeżycia. Wiem od świadków, jak to dokładnie wyglądało. Tak się bowiem złożyło, że w Pile mieszkałem 27 lat, dopiero od kilku lat mieszkam w Toruniu. Wiele osób się do mnie tam zgłaszało, jak już można było, i informowało mnie. Opowiadali nawet, kto był katem, ten człowiek – zresztą oficer – zgłosił się na ochotnika. Wyjawili mi jego imię i nazwisko.

Może Pan powiedzieć, kto to był?

(...)

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/71209,jaruzelski-nie-przyszedl.html

5
5 (1)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>