blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Mówili o niej „skarpeta”, a jej wersję Sport uznano za najpiękniejsze auto „zza żelaznej kurtyny”.
     
     
            W maju 1953 roku KC PZPR podjął uchwałę o budowie nowego popularnego samochodu, „oszczędzającego czas środek przewozu przy wykonaniu czynności służbowych i wypoczynku, przeznaczonego dla racjonalizatorów, przodowników pracy, aktywistów, naukowców i przodujących przedstawicieli inteligencji”.
     
     
            Gdy w 1947 roku władze PRL chciały kupić licencję od włoskiego Fiata, który oferował pomoc w budowie fabryki, Stalin sprzeciwił się uznając, że państwa socjalistyczne powinny się wzajemnie wspierać, a nie korzystać z pomocy kapitalistów.
     
     
             W rezultacie w 1950 roku PRL kupił od ZSRR licencję na samochód GAZ-M20 Pobieda (po rosyjsku: Zwycięstwo). Było to auto wzorowane na jednym z modeli amerykańskiego Forda, który sprzedał licencję ZSRS jeszcze przed II wojną światową. W PRL-u stało się znane jako Warszawa.
     
     
               Projektowi nowego samochodu nadano nazwę Syrena i tak już zostało. „Było w tym trochę partyzantki, ale także tego, czego dzisiaj już nie ma: każdy chciał, żeby to jakoś poszło – wspominał Wojciech Świerzewski, specjalista do spraw obsługi technicznej w FSO.
     
     
             Najpierw chciano zbudować auto z czterosuwowym silnikiem oraz nadwoziem o nowoczesnym opływowym kształcie. Niestety, w PRL-u wszystkiego brakowało, zbudowano więc auto, z tego było pod ręką. Wiele części, na przykład koła czy kierownicę, zaczerpnięto z samochodu Warszawa. Dlatego niektórzy nawet żartowali, że Syrena powstała jako uboczna produkcja przy montażu Warszawy.
     
     
               Pierwszy prototyp Syreny był gotowy na 31 grudnia 1953 roku. Silnik skonstruował inżynier Fryderyk Bluemke, który przed II wojną światową projektował motocykle Sokół. Po wojnie pracował w Wytwórni Sprzętu Mechanicznego w Bielsku-Białej, która wytwarzała dwusuwowe silniki do pomp dla straży pożarnej. Prototypowa Syrena otrzymała taki właśnie zmodyfikowany silnik od sikawki strażackiej – miał dwa cylindry, pojemność 690 centymetrów sześciennych i moc 22 KM (ostatecznie do produkcji weszła wersja o pojemności 744 centymetrów i mocy 27 KM, która pozwalała się rozpędzić do około 100 km/h).
     
     
               Nadwozie stworzył Stanisław Panczakiewicz, jeden z najwybitniejszych polskich konstruktorów – samochody projektował już przed wojną, a w PRL-u budował ciężarówki marki Star. Wobec tego, iż nie mógł do budowy wykorzystać tłoczonych blach, gdyż pochodziły z importu, zaprojektował nadwozie z … z drewna i płyt pilśniowych, pokrytych dermą. Po wypadku testowego auta, w czasie którego kawałki dermy i drewna fruwały dookoła,   postanowił wykonać nadwozie z kawałków ręcznie klepanej blachy, które łączono ze sobą pojedynczymi spawami.
     
     
            „Te blachy, spawane ręcznie, sprawiały, że Syrena w czasie jazdy cała dygotała jak młoda panna na ślubie” – opowiadał inżynier Jerzy Kałwa.
     
     
            Projekt nadwozia wzbudzał skrajne emocje. Jedni zawzięcie go krytykowali, podczas gdy dla innych przód auta przypominał sportowy, włoski samochód Cisitalia 202 Pinin Farina z 1946 roku, który został uznany za dzieło sztuki wzornictwa przemysłowego i trafił do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku.
     
     
            Produkcja Syreny ruszyła pełną parą we wrześniu 1958 roku. Przy linii montażowej w warszawskiej fabryce FSO na Żeraniu zaśpiewał Jan Kiepura, światowej sławy polski tenor mieszkający w Nowym Jorku, który akurat przyjechał z recitalem do kraju.
     
     
              Zaplanowano, że FSO będzie opuszczało 10 tysięcy Syren rocznie. Ale w pierwszym roku udało się zbudować zaledwie 700, a w kolejnym – niewiele ponad 1000. Dopiero na początku lat 70. produkcja rozkręciła się do 20 tysięcy.
     
     
               Produkcja Syreny natkała na opór Władysława Gomułki, który uważał auto za zbyt luksusowe dobro dla robotnika. „Mamy ważniejsze sprawy, musimy budować mieszkania, a poza tym auta te są zbyt wyszukane, burżuazyjne” – mówił w 1959 roku Gomułka w czasie wizyty w FSO.
     
     
               Syrenę nazywano „skarpetą”, od charakterystycznej błękitnej smużki, wydzielanej przez dwusuwowy silnik, która – jak niektórzy twierdzili – śmierdziała niczym stara skarpeta. Drzwi montowane w pierwszych wersjach syren otwierały się odwrotnie niż w większości dwudrzwiowych samochodów. Złośliwi mówili na nie „kurołapy” – gdy jechało się przez wieś, można było je otworzyć i łapać nimi kury, które same wpadały do środka.
     
     
               Krążył też dowcip na temat szczelności Syren i Mercedesów. Aby ją sprawdzić, należało w obu autach zamknąć na noc kota. Mercedes był szczelny, jeśli kot rano jeszcze żył, a Syrena – jeśli w środku jeszcze był.
     
     
               Ale żarty nikomu nie przeszkadzały, bo w PRL-u samochód był przedmiotem marzeń i po Syreny ustawiały się długie kolejki.
     
     
               Szczęśliwcy, którzy nabyli Syrenę 100, czyli pierwszą, najstarszą jej wersję, otrzymywali, dołączony do instrukcji obsługi, kategoryczny zakaz dodawania gazu na zakręcie.
     
     
               W 1960 roku FSO postanowiła wysłać dwie Syreny na słynny rajd Monte Carlo. Mimo początkowego sceptycyzmu oba samochody dojechały do mety, choć jedna z Syren prowadzona przez Marka Varisellę przekroczyła linię mety tyłem, bo zepsuła się skrzynia biegów i działał tylko wsteczny bieg.
     
     
               Syreny startowały w rajdzie jeszcze trzykrotnie – po raz ostatni w 1964 roku, budząc duże zainteresowanie kibiców i uczestników rajdu.
     
     
               Inżynierowie z FSO próbowali unowocześnić syrenę oraz wprowadzić do produkcji nowe modele. W 1959 roku powstał prototyp siedmioosobowego Mikrobusu, a rok później dwuosobowej Syreny Sport. Zaprojektował je Cezary Nawrot, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (późniejszy twórca nadwozi motocykla WSK i Poloneza Caro).
     
     
               Prototyp Syreny Sport był przechowywany przez ponad dekadę w garażu w podwarszawskiej Falenicy. Na początku lat 70. władze PRL-u poleciły go zniszczyć. Powołały nawet specjalną komisję, która czuwała nad tym, aby z auta nic nie pozostało. Zachowały się tylko nieliczne zdjęcia. Syrena Sport przypomina na nich Porsche albo Ferrari. To dwumiejscowy supernowoczesny samochód, który wyprzedzał swoje czasy.  Auto miało czerwoną karoserię z tworzywa sztucznego oraz silnik typu boxer, podobny do tych, które napędzały motocykle BMW.
     
     
             Kilka lat później powstała Syrena 110 – jeden z pierwszych na świecie hatchback, czyli auto z tylną klapą otwieraną do góry. Syrena 110 miała być nowoczesnym samochodem małolitrażowym i zastąpić pierwsze wersje auta. Jednak Tadeusz Wrzaszczyk, dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego, późniejszy minister przemysłu maszynowego i wicepremier – jedna z najbardziej wpływowych postaci w ekipie Edwarda Gierka, sprzeciwił się wejściu tego modelu do produkcji, uznając, że FSO bardziej skorzysta na zakupie licencji na zachodnie auto, bo wraz z nią otrzyma dostęp do nowoczesnej technologii.
     
     
            W rezultacie FSO kupiła licencję od włoskiego Fiata i w 1967 roku rozpoczęła produkcję Fiata 125p.
     
     
             Edward Gierek w odróżnieniu od Gomułki stawiał na przemysł motoryzacyjny. Zakupiono więc od Włochów licencję na tani, mały samochód, który miał być dostępny „dla każdego Polaka”. Fiat 126p stał się symbolem lat 70. i najpopularniejszym autem w PRL. To właśnie „maluch” okazał się najgroźniejszym konkurentem Syreny, którą produkowano od 1972 roku w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Bielsku Białej.
     
     
             W Bielsku produkowano Syrenę 105. Była to już kolejna, udoskonalona wersja auta. W przeciwieństwie do poprzednich – oznaczonych numerami od 100 do 104 – miała drzwi otwierane tak jak w innych autach, z zawiasami w przedniej części nadwozia i klamkami zapożyczonymi z Fiata 125p. Powstał nawet model 105 Lux, w którym drążek zmiany biegów zamontowano w podłodze (a nie, jak dotąd, przy kierownicy) oraz można było regulować kąt oparcia przednich foteli.
     
     
               Do produkcji wprowadzono też wersję dostawczą R20 – ze skrzynią na towary, oraz rolniczą Syrenę Bosto – furgonetkę do przewozu warzyw.
     
     
              Ostatnia Syrena zjechała z taśmy montażowej 30 czerwca 1983 roku. Ogółem wyprodukowano ponad 521 tysięcy Syren, z czego 177 tysięcy w FSO w Warszawie,
     
     
               Syrena była jedynym autem całkowicie polskiej konstrukcji, które weszło do masowej produkcji. W dodatku produkowano ją najdłużej spośród wszystkich aut – licząc od powstania pierwszego prototypu – równo 30 lat. Nic dziwnego, że stała się legendą – ikoną PRL
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    P. Lipiński. M. Matys – Absurdy PRL-u
     
    A. Glajzer - Prawdy i legendy. Syrena Sport
     
    P. Lipiński Piotr - Wyścigowe skarpety
     
    W. Skoczyński , A. Glajzer Andrzej - Podróż sentymentalna przystanek S-17
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Afera hotelu „Orbis-Silesia” w Katowicach dobrze ukazywała skrywane oblicze peerelowskiej rzeczywistości, nie tylko w hotelowej perspektywie.


               „Jeżeli chodzi o częstowanie mnie alkoholem, - wyjaśniał oskarżony Zimny - to gdy zabawa się rozkręciła, czasami niektóre panie stawiały mi drinka. Tylko że ja rzadko kiedy z tego korzystałem. Wyglądało to tak, że bez mojej wiedzy zamawiały alkohol u danej barmanki. Dopiero po wyjściu gości z lokalu barmanki mówiły mi, że ta czy tamta postawiła mi alkohol. Ja albo wypijałem, co zdarzało się rzadko, albo po prostu wycofywałem pieniądze”.
     

               Furman i Zimny – podobnie jak Henryk Bujak – zgodnie kwestionowali również wyliczoną im przez prokuraturę kwotę wypitych drinków, uważając ją za dużo mniejszą.
     

               Oskarżony Andrzej Chłodnicki zaprzeczył, jakoby przyjmował od barmanek jakiekolwiek korzyści majątkowe. „(…) Były wypadki, że z panem dyrektorem Bujakiem wypiliśmy po kieliszku. – wyjaśniał -  Miało to miejsce na przykład podczas urodzin czy innych uroczystości. Zawsze płaciliśmy przed wypiciem za ten alkohol”.
     

               Oskarżone barmanki generalnie przyznały się do wręczania korzyści majątkowych Bujakowi, Furmanowi, Zimnemu i Chłodnickiemu, twierdząc jednak, że były to sumy dużo niższe niż wyliczone przez prokuratora.
     
     
               Zeznająca oskarżona Kawka oświadczyła, iż nie poczuwa się do polskości, gdyż jej matka była Niemką. Także jej mąż uważa się za Niemca. Oskarżenie uznaje za wynik prześladowania jej za narodowość.
     

               W trakcie składania przez nią wyjaśnień, obecny na sali jej małżonek zaczął coś wykrzykiwać po niemiecku. Sąd upomniał go i zagroził, że w razie powtórzenia się nieodpowiedzialnych wystąpień z jego strony zostanie wydalony z sali.


               Prokurator  „z uwagi na prowokacyjny charakter wyjaśnień składanych przez oskarżoną Kawkę w dniu wczorajszym”, wniósł o „utrwalenie na zasadzie artykułu 133 kodeksu postępowania karnego przebiegu czynności sądowych w dniu dzisiejszym za pomocą aparatury utrwalającej dźwięk”. Sąd – po naradzie – wyraził zgodę.
     

               Największą sensację wśród zgromadzonej na sali rozpraw publiczności wzbudziła defilująca przed obliczem Wysokiego Sądu galeria pań lekkich obyczajów. Sama elita katowickiej prostytucji dewizowej: słynna „Baśka Fiat 1100”, Wanda „Druciara”, Zośka zwana „Chinką”, Kryśka „Fabryka” czy „Mama Leone” – prawdziwa legenda hotelu „Silesia”, o której mówiono z podziwem, że najlepiej na świecie robi „Kaczki w Przeciwstawnym Locie”, co by to nie było.
     

               Dewizowe „panienki” chętnie opowiadały o tym, któremu kierownikowi i ile stawiały, czy też wręczały gotówki za umożliwienie wejścia do nocnego baru. Niektóre płaciły za to „w naturze”.
     
     
               Ostatecznie w czasie procesu ustalono, iż  oskarżony Henryk Bujak wypił tylko za 50 tysięcy złotych, co sąd wycenił na dwa lata pozbawienia wolności, 50 tysięcy złotych grzywny i zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych na lat trzy.
     
     
               Marian Furman został skazany na półtora roku za kratkami, 30 tysięcy złotych grzywny i dwa lata zakazu zajmowania stanowisk kierowniczych. Dokładnie taki sam wyrok dostał Henryk Zimny, chociaż przyjął od panienek mniej gotówki o całe dziesięć tysięcy złotych  i „sprzedał nie mając do tego uprawnień w barze nocnym własnego alkoholu” o sześć tysięcy mniej niż kolega.
     
     
               Andrzej Chłodnicki, który do końca konsekwentnie zarzekał się, że nigdy w życiu nie przyjął od nikogo żadnej łapówki, dostał rok pozbawienia wolności, 15 tysięcy złotych grzywny i dwa lata zakazu zajmowania stanowisk.
     
     
               Janinę Kawkę skazano na półtora roku w zawieszeniu na trzy lata i 20 tysięcy złotych grzywny. Na tyle samo sąd wycenił działalność jej koleżanki za barowej lady Anny Kotowskiej-Marek.
     
     
               Ewę Budniok i Joannę Muchę sąd uznał za winne zarzucanych im czynów, postępowanie wobec obu pań umorzył jednak z powodu amnestii.
     
     
               Sam hotel „Silesia” został zamknięty 16 grudnia 2006 roku.  Po kolejnych trzynastu latach budynek został wyburzony w 2019 roku.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Słowiński - Wielkie afery. Mroczny PRL
     
    I. Kienzler - Kronika PRL 1944-1989. Afery i skandale
     
    M. Gerlich – Biurwy, mewki, arabeski. Prostytucja w czasach PRL
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W peerelowskich hotelach niejednokrotnie dochodziło do nadużyć gospodarczych.
     
     
           Kiedy w maju 1971 roku dokonywano w Katowicach uroczystego otwarcia, „Silesia” uchodził za jeden z najdroższych i najbardziej luksusowych hoteli w PRL. Stanowiła namiastkę wielkiego świata. „Pobyt w hotelu „Silesia” to pełny relaks po trudach dnia codziennego” – brzmiało jego hasło reklamowe.
     
     
           W hotelu były sto dziewięćdziesiąt cztery pokoje, w tym sześć apartamentów, wszystkie z łazienkami, z telewizorami, radioodbiornikami i telefonami. Goście mogli korzystać z kantoru wymiany walut, salonu fryzjerskiego, salonu kosmetycznego, sklepu spożywczego, kiosku i Peweksu. A przy hotelu był garaże oraz strzeżony parking.
     
     
          W hotelu była też renomowana restauracja oraz klub nocny ze striptizem. Swoje wdzięki pokazywały Czeszki i Węgierki, bo Polkom początkowo nie było wolno.
     
     
         Nocowali w hotelu m.in.: Charles Aznavour, noblista Josif Brodski, Krzysztof Penderecki, Czesław Miłosz  oraz narodowe drużyny piłkarskie Niemiec i Szwecji.
     
     
          Z okazji  oddania pieca martenowskiego w Hucie Katowice zorganizowano w hotelu wykwintne przyjęcie , w którym uczestniczył sam Aleksiej Kosygin, premier Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.
     
     
         Jak każdy luksusowy hotel w PRL-u, także i „Silesia” miała swoje tajemnice. Obok recepcji, za lustrem wiedeńskim był prowadzony nasłuch gości. Peerelowskie hotele były miejscem permanentnej inwigilacji gości, zazwyczaj zagranicznych gości.
     
     
          Po holu hotelu kręciły się córy Koryntu, zwane wtedy „dewizówkami”. Na podjazdach czaili się taksówkarze, a cinkciarze nagabywali obcokrajowców: czeńdż many, czeńdż many. Wszyscy oni współpracowali ze służbami specjalnymi.
     
     
          W okresie PRL-u prostytucja stanowiła temat tabu. Takie zjawisko oficjalnie po prostu nie istniało.  Prawdziwy boom w tej profesji zaczął się w latach siedemdziesiątych za rządów Edwarda Gierka i nawiązaniu przez władze współpracy z Zachodem. Rozkwit prostytucji wynikał nie tylko z obecności znacznej liczby zachodnich turystów, ale także nawiązania przez kraje bloku wschodniego politycznej i gospodarczej współpracę z państwami arabskimi.
     
     
          Obywatele krajów Bliskiego Wschodu praktycznie bez żadnych przeszkód mogli przekraczać zarówno granice Polski. W ten sposób zaczęła się rozwijać seksturystyka; arabscy fachowcy, którzy pracowali na kontraktach w zachodnich Niemczech, otrzymywali wypłatę w twardej walucie. „Ponieważ w RFN za „numerek” musieli zapłacić ponad 40 dolarów, a w Polsce za podobną usługę córy Koryntu żądały tylko 10, kraj nad Wisłą co weekend odwiedzali liczni przybysze o śniadej cerze (…)”.
     
     
          Dewizowe prostytutki były cennym źródłem informacji dla Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Dzięki nim funkcjonariusze mieli wgląd w działalność półświatka, a przede wszystkim do chutliwych zagranicznych dyplomatów i inżynierów. Zdjęcia i nagrania z pokojów hotelowych służyły później do przekonania „amanta”, aby rozpoczął współpracę z tajnymi służbami peerelowskimi.
     
     
         Pomimo opieki służb specjalnych dochodziło do nadużyć gospodarczych. Tak też i było w „Silesii”.
     
     
              Funkcjonariusze MO w 1977 roku ustalili, iż w latach 1973-1976 kierownicy sali restauracyjnej oraz baru nocnego przyjmowali łapówki od prostytutek za wpuszczanie ich do baru nocnego.
     
     
            W toku dalszych czynności śledczych odkryto, iż grupa pracowników „wprowadzała własne produkty do sprzedaży w prowadzonych przez siebie bufetach”.
     
     
           W rezultacie prowadzonych przez katowicką milicję czynności, na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Katowicach, zasiadło osiem osób: Henryk Zimny, Marian Furman,  Henryk Bujak, Andrzej Chłodnicki, Janina Kawka, Anna Kotowska-Marek, Ewa Budniok i Joanna Mucha.
     
     
          Rozprawie sądowej, która rozpoczęła się 9 listopada 1977 roku, przewodniczył sędzia Zdzisław Majkowski, a w charakterze ławników ludowych wystąpili: Zbigniew Ziemniak, Jan Zarzycki, Emanuel Malota i Maria Nędza. Protokołował Przemysław Słowiński, oskarżał zaś (z ramienia Prokuratury Wojewódzkiej) Włodzimierz Wolny.
     
     
           Marian Furman i Henry Zimny zostali oskarżeni o czerpanie „korzyści majątkowych z cudzego nierządu w postaci pieniędzy’ o łącznej wartości około 50 tysięcy zł. oraz wprowadzenie do obrotu – w porozumieniu z barmankami – własnego alkoholu o wartości około 30 tyś, zł.
     

               Andrzej Chłodnicki został oskarżony o przyjęcie od dwóch barmanek korzyści majątkowych w wysokości ok. 20 tyś. zł. w zamian z za ustalenie dla nich dogodnego harmonogramu pracy. Cztery barmanki zostały oskarżone za wręczanie korzyści majątkowych.
     
     
               Z kolei  Henryk Bujak (zastępca dyrektora hotelu ds. eksploatacji) został oskarżony o przyjmowanie od barmanek „korzyści majątkowych w postaci winiaku o łącznej wartości około 103 tysięcy zł.”. Pan Henryk miał zwyczaj żądać nalaniu mu po przyjściu do pracy jednej lub dwóch kieliszków winiaku, za który nie płacił.
     

               Od samego początku zarówno Henryk Bujak jak i jego obrońca starali się przekonać wysoki sąd, że żadnego stawiania winiaków oskarżony na barmankach nie wymuszał i że wszystkie kobiety czyniły to jedynie z czystej sympatii do niego oraz zgodnie z panującymi w branży gastronomicznej zwyczajami.
     

               „Nigdy nie prosiłem żadnej z barmanek o nalanie mi alkoholu. Zdarzały się natomiast wypadki, że się spieszyłem i nawet odmawiałem wypicia postawionego mi alkoholu – dowodził z godnością dyrektor  – Były wypadki, że płaciłem za postawiony mi winiak, ale niestety – tu rozłożył bezradnie ręce – barmanki odmawiały przyjęcia pieniędzy.”
     
     
              Widząc, że  sąd niespecjalnie podziela jego tok rozumowania, skupił się na kwestionowaniu wyliczonej przez prokuraturę wartości wypitego alkoholu. Sporo czasu zajęło więc szczegółowe ustalanie cen: ile kosztował winiak w barze nocnym,  jak zmieniały się ceny trunku na przestrzeni lat. Miał o co walczyć, gdyż w latach 70. „mienie znacznej wartości” określone zostało jako mienie o wartości przekraczającej sto tysięcy złotych.
     
     
             Jednocześnie oskarżony dowodził, że pijał jedynie „Winiak Luksusowy”, najtańszy alkohol w barze, w dodatku rodzimej produkcji, gardząc możliwością konsumpcji dużo droższych alkoholi pochodzących ze „zgniłego” Zachodu.
     

               Panowie Zimny i Furman przyznali się do zarzucanych im w akcie oskarżenia czynów „częściowo”. To znaczy przyznali się, że przyjmowali od prostytutek alkohol w postaci stawianych im drinków i że za te niewypite kasowali od barmanek ekwiwalent w postaci gotówki, stanowczo zaprzeczyli jednak zgodnie, aby którykolwiek z nich dostał od „nocnych panienek” choćby złotówkę.  Mieli chłopaki swoją ……godność.
     

               „(…) Nie wiem za co kobiety trudniące się nierządem stawiały mi alkohol. – zeznawał Furman -  Przypuszczam, że po prostu starały mi się przypochlebić. Ja sam nigdy im tego nie proponowałem. Od innych gości, prócz tych kobiet trudniących się nierządem napiwków nie dostawałem. No, może z wyjątkiem napiwków od mężczyzn będących w towarzystwie tych kobiet. Kobiet trudniących się nierządem przychodziło do hotelu „Silesia” około dwudziestu. Wszystkie te kobiety traktowałem tak jak innych konsumentów. Jeżeli zachowywały się prawidłowo, to nie miałem z nimi konfliktów. Z wieloma jednak miałem. Czasami nie chciały płacić za wypity alkohol, bywało, że zaczepiały mężczyzn, którzy sobie tego nie życzyli”.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1975 roku rozpoczął się w Warszawie proces tzw. „złotogłowych”, członków największego w PRL gangu przemycającego złoto.
     
     
            1 grudnia 1975 roku „złotogłowi” zasiedli na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, wykryci po długotrwałym śledztwie prowadzonym przez Biuro Śledcze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W sumie przed sądem stanęli: Witold Mętlewicz, Mieczysław Młynarczyk, Włodzimierz Chryniewiecki, Leon Dygas, Witold Oksztel, Roman Matela, Wanda Dębińska, Bożena Listkiewicz,  Zofia Młynarczyk oraz Mieczysława Mętlewicz.
     
     
          Jeszcze przed procesem MSW zarekwirowało oskarżonym luksusowe wille, drogie zagraniczne samochody,  dzieła sztuki, waluty obce i polskie złotówki.  W sumie skonfiskowano majątek wyceniony na ćwierć miliarda złotych – kwotę wówczas gigantyczną.
     
     
          Za stołem sędziowskim zasiadło trzech sędziów zawodowych: przewodniczący Mieczysław Malik oraz Włodzimierz Skrzypiński i Maria Chłopecka.
     
     
         Liczący sto stron akt oskarżenia odczytał prokurator Kazimierz Radomski. Oskarżył grupę o wywiezienia z Polski osiemnastu milionów dolarów oraz przywiezienie i sprzedanie szesnastu ton złota w sztabkach i złotych monet. Ponadto oskarżył ich o wywiezienie i sprzedanie zagranicznym antykwariuszom cennych dzieł sztuki, częstokroć stanowiących niepowtarzalne pamiątki narodowe.
     
     
          Treść artykułu 135 Kodeksu karnego z 1969 roku (zwanego popularnie Kodeksem Andrejewa), z którego mieli odpowiadać, brzmiała groźnie: „Kto w porozumieniu z innymi osobami bez wymaganego zezwolenia albo wbrew jego warunkom nabywa, zbywa lub wywozi za granicę wartości dewizowe w wielkich ilościach, narażając przez to interesy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na wielką szkodę, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze 25 lat pozbawienia wolności”.
     
     
          Artykuł ten występował w akcie oskarżenia w związku z artykułem 58 kk, który stanowił, że „w razie skazania za przestępstwo ciągłe [a takim był niewątpliwie dokonany przez oskarżonych czyn] sąd może orzec karę w granicach do najwyższego ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę (…)”.
     
     
         Na ławach obrończych zasiadło kilkunastu obrońców, kwiat warszawskiej palestry, między innymi mecenasi: Tadeusz de Virion, Jacek Wasilewski, Mieczysław Maślanko, Maciej Dubois, Władysław Pociej, Włodzimierz Mizgier-Chojnacki i Kazimierz Łojewski.
     
     
         Perspektywa tak wysokiej kary rozbiła mafijną solidarność. Już w śledztwie sypali jedni drugich na wyrywki, obciążając się wzajemnie odpowiedzialnością.
     
     
         Oskarżeni szybko przyznali się do handlu złotem, nie chcieli natomiast mówić o obrazach, rzeźbach, starym srebrze, porcelanie, antycznych meblach, czy starym szkle, które bez najmniejszych skrupułów wywozili do Wiednia z tak ograbionego wojną kraju.
     
     
          „Tych ton złota, setek tysięcy złotych monet przeciętny zjadacz chleba nie mógł sobie wyobrazić – przekonuje Jerzy Kochanowski – Dlatego ta sprawa budziła skrajne uczucia: zazdrość i nienawiść”. Warszawa dosłownie ziała nienawiścią do oskarżonych, co znajdowało wyraz w licznych listach nadchodzących do redakcji gazet.
     
     
          18 grudnia 1976 roku, po trzystu osiemdziesięciu czterech dniach procesowych, przewodniczący Malik ogłosił wyrok w największej w PRL aferze przemytniczo-dewizowej. Witolda Mętlewicza i Mieczysława Młynarczyka sąd skazał na kary po dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności i po milionie złotych grzywny. Leon Dygas został skazany na  dwanaście lat więzienia, skonfiskowano mu ponad 250 obrazów (dużo ze szkoły flamandzkiej), 617 wyrobów ze srebra, 73 rzeźby i wyroby z porcelany, 124 starodruki. Wanda Dębińska dostała dziewięć lat i milion złotych grzywny, Bożena Listkiewicz – jedenaście lat i milion dwieście tysięcy grzywny, Roman Matela – jedenaście lat i milion, Witold Oksztel – dziewięć lat i milion, Włodzimierz Chryniewiecki – osiem lat i milion, Leon Dygas – dwanaście lat i milion. Zofia Młynarczyk została skazana na cztery lata więzienia i dwieście tysięcy grzywny, a Mieczysława Metlewicz  na pięć lat i trzysta tysięcy grzywny.
     
     
           Ministerstwo Spraw Wewnętrznych hojnie nagrodziło osoby zaangażowane w wykrycie afery. Dyrektor Biura Śledczego Tadeusz Kwiatkowski otrzymał dwadzieścia pięć tysięcy złotych, a inspektorzy i prokuratorzy dostali po dziesięć tysięcy złotych, sędziowie z I instancji od ośmiu do trzynastu tysięcy, a szeregowi funkcjonariusze MSW po 1500 zł.
     
     
          Większość skonfiskowanych oskarżonym wilii zagarnęli prominenci – m.in. dom Metlewicza otrzymał gen. Mirosława Milewski. Po ujawnieniu jesienią 1990 roku afery „Żelazo” Milewski został zmuszony do zwrotu państwu zajętej willi Mętlewicza przy ulicy Łowickiej.
     
     
           Skonfiskowane złoto i waluty przejął Narodowy Bank Polski. Samochody (w tym Mercedesa 230 Młynarczyka, BMW 1600 oraz Volkswagena 1300 Mętlewicza) wzięło MSW.
     
     
          W kwietniu 1978 roku Muzeum Narodowe zorganizowało wystawę zatytułowaną „Dzieła sztuki odzyskane dla kultury narodowej przez SB i MO”, na której można było obejrzeć „odzyskane” obrazy Aleksandra Gierymskiego, Juliana Fałata, Henryka Siemiradzkiego, Wojciecha i Juliusza Kossaków oraz innych polskich malarzy.
     
     
           Żaden ze skazanych nie odsiedział wyroku do końca. I tak np. główny oskarżony Witold Mętlewicz wyszedł na warunkowe zwolnienie po 15 latach i trzech miesiącach odsiadki w listopadzie 1988 roku.

     
            23 grudnia Sejm PRL uchwalił wniesioną przez rząd Mieczysława Rakowskiego liberalną ustawę o działalności gospodarczej, od nazwiska ministra przemysłu zwaną „ustawą Wilczka”.
     
     
            Niecałe trzy miesiące później – 16 marca 1989 roku – Aleksander Gawronik (również współpracownik SB) otworzył na granicy w Świecku pierwszy prywatny kantor wymiany walut.
     
     
           Witold Mętlewicz zmarł 11 stycznia 1997 roku i pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. W tym samym grobie spoczęły doczesne szczątki Tomasza Mętlewicza, który zmarł 4 stycznia 2010 roku.
     
     
           Leon Dygas zmarł po wyjściu z więzienia na warunkowe zwolnienie. Został pochowany na  cmentarzu parafialnym we wsi Wieliszewo nieopodal Legionowa. Uratowany przed SB  kapitał ulokowany w szwajcarskim banku posłużył jego dzieciom w rozkręceniu biznesów.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Słowiński - Wielkie afery. Mroczny PRL
     
    I. Kienzler - Kronika PRL 1944-1989. Afery i skandale
     
    J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
     
    S. Podemski - Pitawal PRL-u
    0
    No votes yet
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Zwolennicy obecnej koalicji rządzącej nie mogą się nadziwić sytuacją w KGSie? Minął ponad rok od zmiany rządu, a Marek Zagórski były poseł i minister PIS, nadal pełni funkcję prezesa Spółki (i prawdopodobnie będzie nim do marca, kiedy skończy się kadencja obecnego zarządu)? Jaka była w tym rola wiceministra Zbigniewa Ziejewskiego?

     

    Rząd się zmienia, Zagórski pozostaje

    Krajowa Grupa Spożywcza to spółka strategiczna, podlegająca ministrowi aktywów państwowych. Bezpośrednią kontrolę z ramienia Skarbu Państwa pełni wiceminister aktywów państwowych Zbigniew Ziejewski i departament nadzoru II.

    Początkowo wydawało się, że minister Zbigniew Ziejewski jest przeciwnikiem istniejącego układu w KGSie. W styczniu 2024 roku wymienieni zostają członkowie rady nadzorczej. Następnie odwoływani zostają wszyscy członkowie zarządu z ramienia Skarbu Państwa poza … prezesem Markiem Zagórskim, byłym ministrem ds. cyfryzacji za rządu Morawieckiego, współodpowiedzialnym za przekazanie danych PESEL Poczcie Polskiej ws. tzw. wyborów kopertowych.

    Dziwnym trafem, pierwotnie Zagórski znika z listy „świadków” przed sejmową komisją śledczą ds. wyborów kopertowych, a powraca dopiero po ujawnieniu tego faktu przez wp.pl. Pozostaje na stanowisku po ujawnieniu szacowanej straty na rok 2024/25 w wysokości 600 mln zł, po ujawnieniu udziału KGS w kampanii wyborczej z 2023 roku (zyciestolicy.com.pl) po przegranym z kretesem przetargu przez KGS na terminal zbożowy w Gdyni (mimo zaangażowania 3 wiceministrów) i także po skierowaniu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sejmową komisję śledczą itd itd.

    O dziwo odwołane zostaje posiedzenie sejmowej komisji rolnictwa z 15.10.2024 roku poświęcone Krajowej Grupie Spożywczej, a przewodniczący Komisji nie zwołuje posiedzenia mimo wniosku Związku Zawodowego Rolnictwa „Korona” w tej sprawie (cenyrolnicze.pl).

    Jak informował wp.pl MAP, pytane o Zagórskiego, odsyłał do rady nadzorczej KGS (w której 8 na 12 członków powoływanych jest przez MAP), która z kolei nie miała zastrzeżeń do prezesa i nie podjęła (mimo przywołanych wyżej okoliczności) żadnych działań w celu zmiany prezesa. Dlaczego?

    Być może odpowiedź na to pytanie, leży w niektórych decyzjach KGS i spółek zależnych?

     

    Sponsoring Klubu Piłkarskiego

    W ramach podpisanej umowy logotypy Pomorsko Mazurskiej Hodowli Ziemniaka oraz Grupy Kapitałowej Krajowej Grupy Spożywczej znalazły się na koszulkach i spodenkach meczowych pierwszej drużyny GKS-u Wikielec, promowane będzie także na nośnikach reklamowych na Stadionie Gminnym w Wikielcu. Wizerunek marki Sponsora umacniany będzie także poprzez reklamę na stronie internetowej oraz w klubowych mediach społecznościowych. Elementem zawartej współpracy jest także Świąteczny Turniej Halowej Piłki Nożnej o Puchar Pomorsko Mazurskiej Hodowli Ziemniaka oraz Grupy Kapitałowej Krajowej Grupy Spożywczej, który 21 grudnia odbędzie się na hali sportowej w Wikielcu.

    – czytamy 16 grudnia na profilu facebooka i na  stronie Klubu GKS Wikielec

    Ktoś powie, zwykły kolejny sponsoring GK KGS SA. Ale czemu sponsorować mało znany III-ligowy klub sportowy (znany w przeszłości z powiązań z konkurencyjnym w zakresie nasiennictwa – Rolimpexem) i równocześnie rezygnować ze sponsorowania KZ Pomezania z Malborka, czyli miejscowości w której KGS i Elewarr mają swoje oddziały (malbork.naszemiasto.pl)? Czy ta polityka sponsoringowa ma jakikolwiek sens?

     

    Szczególne związki Ziejewskiego z GKS Wikielec?

    Otóż GKS Wikielec kojarzony jest z wiceministrem aktywów państwowych Zbigniewem Ziejewkim, nadzorującym KGS.

    Listopad 2020 roku Sponsorem GKS Wikielec zostaje spółka Ziemiar. Udziałowcem i prezesem spółki Ziemiar jest poseł PSL Zbigniew Ziejewski (GKS Wikielec).

    2023 06 17 uroczystosci na meczu z jeziorakiem 16Czerwiec 2023.

    Zbigniew Ziejewski, poseł na Sejm i właściciel sponsorującej nas firmy Ziemar, sprezentował nam tablicę świetlną, z której skorzystaliśmy już podczas meczu z Jeziorakiem…

    2023 06 17 uroczystosci na meczu z jeziorakiem 09My z kolei wręczyliśmy pamiątkowe statuetki, dziękując za wsparcie i przychylność, naszym lokalnym VIP-om:  wójtowi gminy Iława Krzysztofowi Harmacińskiemu, przewodniczącemu rady gminy Iława Romanowi Piotrkowskiemu, posłowi na Sejm Zbigniewowi Ziejewskiemu, posłowi na Sejm Zbigniewowi Babalskiemu

    – czytamy na stronie Klubu.

    W lutym 2024 roku w czasie gminnej Gali Sportu i Kultury w Szkole Podstawowej w Wikielcu w dziedzinie sportu w kategorii Serce dla Sportu nagrodzony zostaje Zbigniew Ziejewski – Vice Minister Aktywów Państwowych, Poseł na Sejm X kadencji (Gazeta Olsztyńska)

    A zatem czy kogoś dziwi sponsoring GKS Wikielec ze strony GK KGS i PMHZ? Czyżby nieformalny deal a może chęć przypodobania się ministrowi?

    Co ciekawe, umowy zawarto w grudniu, tuż przed ogłoszeniem konkursów na prezesa i innych członków zarządu na następną kadencję? Czy dlatego rozciągnięto postępowanie konkursowe aż do lutego? Czysty zbieg okoliczności? Ktoś w to uwierzy?

     

    „Afera KHBC” pod dywan?

    W połowie października do Krajowej Grupy Spożywczej, Ministerstwa Aktywów Państwowych, Krajowej Administracji Skarbowej, organów samorządowych trafiło zawiadomienie sygnalisty dotyczących politycznych zatrudnień i nieprawidłowości gospodarczych w KHBC (Kutnowska Hodowla Buraka Cukrowego). Informacje dotarły także w tym zakresie do naszego portalu (Życie Stolicy). Zarzuty zgłoszone w zawiadomieniu sygnalisty są bardzo poważne i dotyczą m.in celowej niegospodarności ze strony aktualnego kierownictwa spółki.

    Nie nam oceniać zasadność tych zarzutów, ale według uzyskanych przez nas kopii dokumentów postępowanie w sprawie prowadzi Krajowa Administracja Skarbowa, a także na skutek powiadomienia przez Burmistrza Kłodawy i Urząd Marszałkowski w Łodzi – także prokuratura w Kole (postępowanie wyjaśniające).

    Gdy zwróciliśmy się do MAP o stanowisko w sprawie najpierw szukano pretekstu formalnego do odwlekania odpowiedzi a następnie przytoczono jakieś ogólniki, że MAP nie posiada informacji nt. zmian w zakresie zatrudnienia w KHBC i że w przypadku nieprawidłowości podejmuje działania wyjaśniające przy wykorzystaniu prawem narzędzi korporacyjnych.

    Tymczasem na podstawie maila sygnalisty, możemy stwierdzić że informację o nieprawidłowościach zostały przesłane do Departament Nadzoru Właścicielskiego II MAP podlegający wiceministrowi Zbigniewowi Ziejewskiemu. Więcej 14 listopada w KHBC pojawił się z wizytą wiceminister Zbigniew Ziejewski (PSL), który obficie fotografował się z kierownictwem Spółki. Co miała oznaczać ta wizyta? Poparcie dla zarządu (przypomnijmy powołanego w kwietniu br przez zarząd KGS)? Krajowa Grupa Spożywcza co prawda zleciła kontrolę spółki, ale jak do tej pory nie słychać o jakichkolwiek jej skutkach  (Życie Stolicy).

     

    Przeniesienie siedziby Elewarru do Malborka?

    Okręgiem wyborczym posła ministra Zbigniewa Ziejewskiego jest okręg elbląski, który obejmuje m.in Malbork. W mieście tym KGS posiada cukrownię, a Elewarr – oddział. W sierpniu 2024 roku Życie Stolicy został powiadomiony przez pracowników Elewarru o planach przeniesienia siedziby spółki z Warszawy do … Malborka.

    Ten absurdalny pomysł, który przyniesie więcej szkody niż pożytku forsowany miał być zdaniem pracowników forsowany przez prezesa Elewarru Jacka Łukaszewicza (dla którego byłoby bliżej do swej macierzystej firmy – PZZ Stoisław), prezesa KGS – Marka Zagórskiego (czyżby w ten sposób „wkupywał się” w łaski Ziejewskiego) i Andrzeja Stalińskiego – dyrektora biura wykonawczego segmentu zbożowo-młynarskiego KGS (który miałby tam biuro i bliżej do domu). Oczywiście nowa siedziba oznaczałoby zwolnienie pracowników w Warszawie i zatrudnienia w Malborku (także lokalnych znajomych ministra), a że ekonomicznie będzie to nieopłacalne …

    Do przeniesienia jeszcze nie doszło, ale pomysł nie został zarzucony. Prawdopodobnie będzie próba realizacji w tym roku.

     

    Minister rozegrany?

    Czy minister Zbigniew Ziejewski wszedł w układ z Zagórskim i jego środowiskiem, czy też dał się zwyczajnie rozegrać?

    Jak „zorientowani” twierdzą:

    gdyby wybory wygrała nie obecna koalicja, a PIS, to Zbigniew Ziejewski dołączyłby do lokalnego PISu.

    Czy to prawda?

    Nie dowiemy się, ale może coś było na rzeczy, skoro na czele KGS wciąż stoi (i prawdopodobnie do marca) były prominentny minister PIS, współodpowiedzialny za przekazanie danych PESEL Poczcie Polskiej w tzw. wyborach kopertowych i wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

    Jak oceniają pracownicy:

    Skutkiem jednak jest betonowanie układów i zależności w ramach KGS, a skutki tego będą odczuwalne przez dłuższy okres.

    Czy o to ministrowi chodziło?

    ( za https://zyciestolicy.com.pl)

    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od 1971 roku rozpoczęły się aresztowania członków gangu „złotogłowych”, dotychczas pozostających pod ochroną służb specjalnych.
     
     
             W działalności przestępczej oskarżonych można wyróżnić trzy odrębne fazy. Początkowo wykorzystywano w obrocie własną walutę wywożoną przez dyplomatów do Szwajcarii. Tam kupowano złote dwudziestodolarówki, ruble, dukaty austriackie i złoto w sztabkach stugramowych rafinerii szwajcarskich lub południowoafrykańskich próby 1000, oznaczonej czterema dziewiątkami. Brazylijscy dyplomaci przywozili to wszystko w bagażu dyplomatycznym do Polski. Następnie, kasując za usługę 10-15 procent wartości, przekazywali złoto odbiorcom: Mętlewiczowi, Listkiewiczowej, Oksztelowi i Młynarczykowi. Ci z kolei przekazywali je następnym kontrahentom, otrzymując zapłatę z reguły w dolarach. Otrzymywane dolary wracały podobną drogą – przez tych samych pośredników i udziałowców – do Brazylijczyków. I tak koło się zamykało.
     
     
              W Szwajcarii dostarczaniem złota zajmował się bankier René Charpie, związany wspólnymi interesami z dyplomatami. On też opiekował się zagranicznymi kontami Mętlewicza i Młynarczyka pilnując, by odpowiednie prowizje przelewane były na ich nazwiska.


              Handel dziełami sztuki ruszył od roku 1959. Głównym organizatorem i głównym odbiorcą przemycanego towaru był Czesław Bednarczyk. Współpracowali z nim trzej inni antykwariusze z Wiednia: Tomasz Mętlewicz, Zenon Morawski i Alexander Axelerad oraz Andrzej Kozłowski z Paryża i Oskar Labiner z Monachium. Interesem w Polsce kierował Witold Mętlewicz, mający świetne rozeznanie w tym rynku.
     
     
              Zakupione dzieła sztuki zagranicę wywozi w bagażu dyplomatycznym brazylijscy dyplomaci. Paczki docierały do Wiednia, do Czesława Bednarczyka, któremu przysługiwało prawo pierwokupu. Resztę otrzymywali pozostali antykwariusze. Dzieła sztuki sprzedawane były najczęściej bezpośrednio w antykwariatach wymienionych odbiorców. Czasami wstawiano je do salonów aukcyjnych w Austrii, RFN, Francji lub w innych krajach zachodniej Europy. Uzyskane ze sprzedaży pieniądze wracały poprzez dyplomatów do Polski. Czasem nabywano za nie złoto albo lokowano na kontach członków gangu w  Union de Banques Suisses w Genewie. MSW nigdy nie zdołało położyć na nich łapy.
     
     
             Większość wywiezionych dzieł sztuki stanowiły przedmioty o znacznej wartości zabytkowej i muzealnej. Niektóre miały wręcz unikalny charakter, jak na przykład wyroby ze srebra firmy Fabergé, przedmioty z porcelany miśnieńskiej czy sewrskiej, wreszcie obrazy znanych mistrzów polskich i obcych.
     
     
             Formalnie obowiązywał zakaz wywozu dzieł sztuki z kolekcji prywatnych i państwowych, jednak w ustawie „O ochronie dóbr kultury” z 15 lutego 1962 roku istniała furtka – zgodnie z artykułem 5 ustawy: „Nie podlegają zakazowi wywozu przedmioty, wymienione w art. 5, o ile wyrazi na to zgodę wojewódzki konserwator zabytków”. Gdy konserwator jednego województwa odmawiał członkom gangu na wywóz, zwracano się do innego. A województw było siedemnaście.
     
     
             Gang specjalizował się również w oszukiwaniu klientów, głównie zagranicznych, sprzedając im falsyfikaty, na przykład „antyczne” srebra. Dysponowali do tego celu odpowiednimi narzędziami uzyskanymi od wytrawnego fałszerza o ksywie „Senator”. Były to imitacje XVIII-wiecznych puncy do znakowania sreber. Fałszywego Rembrandta przyciemniano syropem od kaszlu.
     
     
             Świetnie zorganizowany interes kręcił się znakomicie przez lata, przy cichym wsparciu służb specjalnych. Mętlewicz i inni członkowie gangu od dawna znajdowali się na celowniku organów ścigania, ale zlikwidowanie przestępczego procederu postępowała jakoś dziwnie opornie.
     
     
             Sprawa „wypłynęła” dopiero po  wykrycia w 1971 roku działalności braci Iwanickich, właścicieli składu pasz w Warszawie przy ulicy Tarczyńskiej, oskarżonych o przestępstwa dewizowe na dużą skalę.
     
     
             Stało się to w momencie zmiany szefa MSW, którym w lutym 1971 roku został Franciszek Szlachcic, którego postanowił zlikwidować rekinów czarnego rynku walutowego. Sygnał do tego dało zapewne posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR, na którym rozpaczano nad tragicznym brakiem dewiz w budżecie państwa. Ekspert z Ministerstwa Finansów wspomniał o ludziach, którzy nie sieją, nie orzą…
     
     
            Jednymi z pierwszych „ofiar” nowej polityki stali się właśnie bracia Iwaniccy, a w dalszej kolejności także „złotogłowi”.
     
     
            Prowadzenie śledztwa w sprawie gangu „złotogłowych” powierzono Wydziałowi I Biura Śledczego MSW, którego szefem był  płk. Tadeusz Kwiatkowski. Kolejni aresztowani wsypywali innych członków gangu.
     
     
             Aresztowany w 1973 roku Mieczysława Młynarczyka napisał list do kolejnego szefa MSW Stanisława Kowalczyka, w którym przypomniał, od 1951 roku był agentem, który przekazał co najmniej sześćset pisemnych meldunków, podpisując je kryptonimami „Hieronim” albo „Stefan” oraz kilkaset informacji ustnych. Pozyskany został do współpracy w celu kontrwywiadowczego zabezpieczenia poselstwa Brazylii.
     
     
            „(…) Układ był taki: – pisał Młynarczyk. – Ponieważ nie otrzymuję pensji z MSW, to, co zarobię, będzie moją zapłatą”.
     
     
             Młynarczyk chwalił się, że „w 1963 roku usunąłem podstępem strażnika, aby pracownicy MSW mogli wejść do ambasady (…) W 1972 roku wywiad radziecki zwrócił się o uruchomienie mnie w celu zdobycia szyfrów. Aresztowanie zniweczyło wykonanie mojego ostatniego zadania: zdobycia odcisków kluczy do drzwi wejściowych i od kuchni ambasady”.
     
     
             Tak więc MSW doskonale wiedziało o jego udziale w nielegalnym handlu złotem i dolarami. Przymykano na to oko dopóki interes operacyjny – być może prowadzony nawet na zlecenie Moskwy – był priorytetem.
     
     
              Jeszcze przed rozpoczęciem procesu Młynarczyk zobowiązał się zachować współpracę w tajemnicy, „niezależnie od wysokości grożącej kary”.
     
     
              Także inny uczestnik gangu Witold Metlewicz został w 1963 roku agentem SB. W zamian za paszport zobowiązał się donosić  na wiedeńskiego antykwariusza Czesława Bednarczyka, przyjaciela rodziny Mętlewiczów. Z każdej wyprawy do Wiednia Mętlewicz sporządzał donos na temat obiektu inwigilacji, lecz wyraźnie starał się antykwariusza chronić. „W Polsce nie ma już rzeczy, które by mnie jako antykwariusza interesowały” – cytował w rozmowie z esbekami słowa Bednarczyka.
     
     
             Ulokowany w Wiedniu agent „Senior” donosił, że Bednarczyk „dorobił się, odsprzedając z zyskiem szmaragdy, brylanty, złoto i futra kupione od emigrantów żydowskich, którzy po 1956 roku jechali przez Polskę do Izraela”. Inny agent „Senior” informował o kanale przerzutowym dolarów, złota i dzieł sztuki, obsługiwanym przez brazylijskich dyplomatów.
     
     
             „To była dziwna sprawa – twierdzi Andrzej Gass, który w 1976 roku relacjonował proces „złotogłowych” dla tygodnika „Kultura”. – Ludzie z Biura Śledczego MSW nie wychodzili z sali rozpraw. Jakby czegoś pilnowali.”
     
     
             „Było jasne, że oskarżeni mieli protektorów w MSW – uważa mecenas Jacek Kondracki, obrońca jednego ze „złotogłowych”. – Głośna była sprawa generała Matejewskiego [do 1965 r. szefa kontrwywiadu, potem wiceszefa MSW nadzorującego SB]. Mówiło się o „koniach Matejewskiego”, ludziach, którzy mieli indywidualne zezwolenia na handel dewizami”.
     
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Największą aferą związaną z przemytem złota, dewiz i dzieł sztuki w całej historii PRL była sprawa „złotogłowych”.
     
     
              Kryzys berliński z 1961 roku, czy kubański z roku 1962, a także powtarzające się pogłoski o wymianie pieniędzy lub podwyżkach, powodowały nie tylko szalony wykup towarów spożywczych ze sklepów, ale również zwiększony popyt na złoto. Wielki nawis
     
     
             Złote monety i sztabki oraz wyroby użytkowe były w Polsce droższe niż w ZSRS czy na Zachodzie. Należało je więc nabyć (za przemycone dewizy) tam, gdzie były tańsze, a potem przywieźć do kraju. Oczywiście nielegalnie, bo wysokie cła robiły interes nieopłacalnym.
     
     
               „Złote gangi działały i działają w przeróżnych konfiguracjach osobowych, kojarzą ludzi o tak różnych poziomach kultury, wiedzy, stanowisk, mentalności, że nic już nie jest w stanie nas zdziwić – pisała w 1973 roku dziennikarka czasopisma „Odgłosy”. – Tysiące ludzi pragnie, na wzór legendarnego Midasa, otaczać się złotem”.
     
     
            Złoto w mniejszych lub większych ilościach przemycali niemalże wszyscy Polacy, którym udało się wyjechać za granicę. Wykorzystywano zarówno tradycyjny przemyt przez zieloną granicę (specjalność Podhala), jak i masowy ruch turystyczny, przy założeniu, że „plecakowi” turyści nie są tak drobiazgowo kontrolowani.
     
     
           Pomysłowość ludzka w przemycaniu złota była nieograniczona.  Jeden ze znanych warszawskich aktorów estradowych powracający z tournée po ZSRS wykorzystał na przykład pojemną atrapę mikrofonu do przemycenia większej ilości wyrobów ze złota. Pierścionki czy łańcuszki ukrywano wewnątrz wydrążonych owoców cytrusowych, w obcasach obuwia czy w spodach damskich peruk.
     
     
         Na oryginalny sposób wpadł niejaki Jerzy Paszkowski, technik dentystyczny z Łodzi. Dewizy wywoził z Polski w wydrążonych wędlinach. Sproszkowane złoto przywoził zaś w „fabrycznie” zamkniętych puszkach z kawą. Oddzielenie złota od kawy i przetopienie go w sztabki nie nastręczało mu większych problemów. W ten sposób w ciągu 5 lat przemycił do kraju trzydzieści kilogramów złota.
     
     
          Masowo trudnili się przemytem złota sportowcy, chociażby Janusz Sidło, Władysław Komar, Włodzimierz Trams czy piłkarze Legii Warszawa: Janusz Żmijewski i Władysław Grotyński.
     
     
          Do przerzutu złota nadawali się też idealnie dyplomaci, dla których uszczelnianie granic nie było żadną przeszkodą. W 1962 roku nakryto na tym nielegalnym procederze szajkę kurierów MSZ i Departamentu I MSW (wywiadu). Korzystając z poczty dyplomatycznej przemycili do Polski między innymi cztery tysiące złotych dwudziestodolarówek, sztabki etc., wywożąc co najmniej sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów.
     
     
          Masowo trudnili się przemytem sportowcy, chociażby Janusz Sidło, Władysław Komar, Włodzimierz Trams czy piłkarze Legii Warszawa: Janusz Żmijewski i Władysław Grotyński.
     
     
          Do przerzutu złota nadawali się też idealnie dyplomaci, dla których uszczelnianie granic nie było żadną przeszkodą. W 1962 roku nakryto na tym nielegalnym procederze szajkę kurierów MSZ i Departamentu I MSW (wywiadu). Korzystając z poczty dyplomatycznej przemycili do Polski między innymi cztery tysiące złotych dwudziestodolarówek, sztabki etc., wywożąc co najmniej sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów.
     
     
           Takie rozwiązania było jednak dobre dla detalistów. Hurtownicy potrzebowali kanałów pewniejszych i gwarantujących większą przepustowość, wymagającą skomplikowanej logistyki i skorumpowania służb granicznych. Korumpowano tych, którzy podróżowali najczęściej, to znaczy marynarzy, kolejarzy i załogi samolotów.
     
     
          Grupa Leonarda Smolińskiego wywiozła za granicę w latach 1960-1963 ponad siedemset sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów, pięćdziesiąt tysięcy rubli oraz sześćset tysięcy złotych polskich w banknotach pięćsetzłotowych. Sprowadziła do kraju ponad dziesięć tysięcy monet dwudziestodolarowych o łącznej wadze trzystu kilogramów.
     
     
          Największą aferą związaną z przemytem złota, dewiz i dzieł sztuki w całej historii PRL była sprawa tzw. „złotogłowych”.
     
     
           W latach 1951-1973 gang wywiózł z kraju miliony dolarów, które na Zachodzie zamieniono na złote monety lub stugramowe sztabki. MSW szacowało, że oskarżeni przeszmuglowali z Zachodu szesnaście ton cennego kruszcu.
     
     
            Na ławie oskarżonych zabrakło obywateli Brazylii: Annibala de Albuquerque Maranhao (byłego konsula w Gdyni), J. A. Goncalvesa de Jesusa oraz Roberto Chalu Pacheko – głównego dostarczyciela złotych monet na teren Polski. Od 1956 roku aż do końca roku 1968 pełnił on funkcje III, a potem I sekretarza przedstawicielstwa Brazylii. Jako dyplomata mógł ominąć kontrolę celną. Zdarzało się, że w bagażniku swego dodge’a przewoził do stu pięćdziesięciu kilogramów złota. Brał za to dziesięć do piętnastu procent prowizji.
     
     
             Kiedy w maju 1975 roku ambasador PRL w Brazylii poinformował rząd Brazylii o aferze, prezydent Ernesto Geisel powołał komisję śledczą. Ostatecznie  prezydent Geisel jedynie zdymisjonował dyplomatów.
     
     
               Jak twierdzi Jerzy Kochanowski: „Także pracownicy ambasad włoskiej, meksykańskiej, fińskiej, irańskiej nie byli krystalicznie uczciwi. W latach 70. obliczano, że koszty utrzymania ambasad w ok. 80 proc. były finansowane z czarnorynkowej wymiany walut.
     
     
              Na ławie oskarżonych warszawskiego sądu zabrakło również obywateli polskich, głównych odbiorców dzieł sztuki na Zachodzie: Czesława Bednarczyka i Tomasza Mętlewicza, brata oskarżonego Witolda Mętlewicza. Obaj zawczasu wyjechali z Polski i otworzyli w Wiedniu antykwariaty.
     
     
           Czesław Bednarczyk był uratowanym przez polską rodzinę Żydem, który przed wojną nazywał się Bernard Weinstein i był synem bogatego żydowskiego handlowca. Po wojnie otrzymał stanowisko zastępcy kierownika wydziału kwaterunkowego miasta Warszawy. Gigantyczny braki mieszkań w Warszawie rodziły niewyobrażalne wręcz pole do korupcji. Żeby otrzymać przydział na mieszkanie, ludzie byli gotowi zrobić wszystko. Bednarczyk szybko został bardzo bogatym człowiekiem, który zbudował dla siebie i swej rodziny luksusową willę na ulicy Nowoprojektowanej, niedaleko skoczni narciarskiej na Mokotowie. 
     
     
            Po pewnym czasie musiał rozstać się z pracą w kwaterunku z powodu „niewłaściwego korzystania ze swych uprawnień”.  Wkrótce został rzeczoznawcą dzieł sztuki w państwowym komisie „Veritasu” z antykami przy ulicy Marszałkowskiej. W tym czasie zaprzyjaźnił się z Tomaszem Mętlewiczem, który pracował w antykwariacie na rogu Brackiej i placu Trzech Krzyży.
     
     
             W 1960 roku Bednarczyk wyjechał legalnie z Polski do Austrii i otworzył w Wiedniu przy Dorotheergasse 12 duży antykwariat, który upodobali sobie dyplomaci. Oskarżeni na procesie twierdzili, że Bednarczyk wywiózł co najmniej sto cennych obrazów, a także część sławnego serwisu łabędziego z serwisu „Augustus Rex”, wykonanego w 1737 roku w jednym egzemplarzu w manufakturze miśnieńskiej dla pierwszego ministra Augusta III Sasa Henryka Brühla.
     
     
            W 1969 roku w ogłoszeniu zamieszczonym w niemieckim czasopiśmie antykwarycznym „Weltkunst” Bednarczyk oferował do sprzedaży znajdujące się w jego wiedeńskim antykwariacie obrazy polskich mistrzów z XIX i początku XX wieku. W sumie dziewięćdziesiąt płócien Leona Wyczółkowskiego, Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Juliusza i Wojciecha Kossaków, Aleksandra Gierymskiego, Jana Matejki, Artura Grottgera, Józefa Chełmońskiego i Józefa Mehoffera.
     
     
           Gdy w 1976 roku rola Bednarczyka wypłynęła na światło dzienne, zapewniał on dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel”, że jest to szyta grubymi nićmi prowokacja komunistyczna. – „Nawet 1 proc. moich zbiorów nie pochodzi z Polski. Zbiór malarstwa polskiego kupiłem w Nowym Jorku za 30 tys. dolarów, uprzedzając Ministerstwo Kultury PRL”.
     
     
             Z kolei Tomasz Mętlewicz, uprzedzony przez życzliwych o toczącym się przeciwko niemu postępowaniu, uciekł z kraju wraz z żoną, zanim zdążono go aresztować. „Jednak nikt nie zajął na poczet długów wobec skarbu państwa ich mieszkania przy ulicy Odyńca – opowiadała „Gazecie Warszawskiej” Izabela Brodacka. – (…) Miałam jednak nieprzyjemność przyglądać się panu Tomaszowi Mętlewiczowi z bliska. Otóż wszedł on w posiadanie parteru rodzinnego domu na rogu Odyńca i Czeczota w Warszawie gdzie mieszkałam. Państwo Mętlewiczowie zajmowali się rzekomo szyciem krawatów. W piwnicy naszego domu stała nigdy nie używana maszyna do szycia z wdzięcznie zawieszonym niedokończonym krawatem. Gdy państwo Mętlewiczowie urządzali raut, samochody komunistycznych notabli blokowały całą ulicę Odyńca. Bardzo często bywał u nich Eugeniusz Szyr”.
     
     
            To niewątpliwie dowodzi, iż szajka musiała mieć wsparcie służb specjalnych oraz komunistycznych prominentów, aby tak długo bezkarnie działać.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Wyobraźcie sobie grupę wyborców Komorowskiego. Tak około miliona sztuk. Przyłóżmy do nie wektor siły, albo siłę wektora. W każdym razie czymś im przyłóżmy. W efekcie tego wektora w drugiej turze trzysta tysięcy dalej głosuje na Bronka, trzysta zostanie w domu, ale 300 000 zagłosuje na Dudę. A sto tysięcy nie wiadomo. No to na czyją korzyść zadziałał ów wektor?

    Piszę o tym gdyż wśród pisowców powinien szerzyć się ferment intelektualny. Powinni masowo szukać metod zachęcenia konfiarzy do głosowania w drugiej turze na Nawrockiego. I jeszcze peeselowców wraz z częścią 3 drogi. Przy czym pisowce nie rozumieją, że partia nie jest tożsama z elektoratem, bo ten głosuje z różnych przyczyn, których sobie często nie uświadamia.

    Pisowce bardzo długo były w koalicji z PO. Ktoś wie, czy dalej są? Koalicja ta była przeciw Konfie: był zakaz popieranie jakichkolwiek projektów ustaw konfiarskich i różnych innych rzeczy. Koalicja ta obejmowała również PSL i w zasadzie wszystkich. PiS przepisywał potem te projekty konfiarskie i zgłaszał jako swoje. Pretensje do konfiarzy że nie głosowali za PiS po tych wszystkich akcjach są wysoce niestosowne. Niech platformersi za wami głosują skoro są takimi dobrymi kolegami waszymi.

    Przy czym w 2 turach władze konfiarstwa raczej wskazywały na pisiora, żeby głosować na niego, co umyka jakże kalekiej percepcji pisowców. Wszelakie wynurzenia Mentzena i Bosaka o obecnym neobezprawiu postsocjalistycznym są też wymowne. Pamiętajcie też, że opozycja buduje swoją popularność w elektoracie na jechaniu po reżimie. Konfiarstwo jechało zatem kiedyś po PiSie, ale teraz jedzie po Tusku. Zamiast rozumieć tą zależność pisowce się unoszą: bo o nas kiedyś powiedzieli. Kiedyś była inna sytuacja a tera jest inna. Raz się fuksło w 2020 roku a teraz się nie fukśnie. Wybory 2023 roku niczego ich nie nauczyły. A mieli cały rok aby zakumać, że potrzebują 50 procent + jeden głos w 2 turze.

    Nadzieją dla PiS jest utrata TVP Info, która powodowała obniżenie notowań. Sakiewicz z jednej strony robi powtórkę TVP Info w TV Republika, z drugiej nie do końca. Republika wygląda jakby była robiona nawet nie dla 30% elektoratu pisoskiego, tylko dla 10% największego betonu. Ów beton daje fidbeck, angażuje się ściągając telewizje w swoją stronę. Z drugiej strony Ziemkiewicz dostał tam nowy program z Jastrzębowskim, podsumowanie tygodnia przeniesione na popołudnie osiąga milionową widownię bez mała, a z powtórką półtorej miliona. Dochodzi do tego tak wyrafinowana audycja jak Salonik Polityczny. Wysoka oglądalność tych programów wskazuje jasno, że istnieje grupa elektoratu pisoskiego która oczekuje krytyki PiS, inaczej nie będą głosować. I RAZ, de facto wylany z TVP, stał się jej trubadurem. Krytykuje on Republikę za siermiężność, PiS za lewactwo i odklejenie. Jeśli chcecie kolejnego tryumfu Kaczora to musicie dawać więcej krytyki PiSu. Taki jest wniosek i tego się trzymajcie. Tryumf Trumpa daje tu pewną nadzieję. Hołownia naprawdę myśli, że skręci wybory i Trump się na to zgodzi konserwując Tuska?

     

    Przypisy:

    1 - Chyba, że będzie druga tura Nawrocki-Stanowski. To na Stanowskiego zagłosują. Zastanówcie się teraz kogo mobilizuje Stanowski swoim startem i komu to służy?

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Hun  |  1
    Szanowni Państwo,
    Mamy do zakomunikowania bardzo smutną wiadomość. Odszedł nasz Przyjaciel. Przemek. Tutaj znany jako Max, na X jako Alfa. Mądry, serdeczny i ciepły człowiek. Erudyta o naprawdę szerokiej, bogatej wiedzy. Współzałożyciel i admin tego portalu a wcześniej Niepoprawnych. Spoczywaj w pokoju, Przemku.



     
    5
    5 (1)

    1 Comments

    Kazimierz Suszyński's picture

    Kazimierz Suszyński

    Zdążyłem poznać Przemka osobiście. Doceniam Jego zaangażowanie i moc dobrej woli i służenia pomocą. 

    Udało mi się uczestniczyć w Jego ostatniej, tutejszej, drodze.
    Obiecywaliśmy sobie więcej kontaktów - i tak wyszło. :( 
     

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W II RP celebryci propagowali wzorce nowoczesnego mężczyzny.
     
     
               Od początku swej kariery Kiepura lubił popisywać się w czasie ulicznych występów. Pewnej wiosennej nocy na spacerze z Jasińskim w Alejach Ujazdowskich śpiewał tak głośno i z takim zapałem, że musiała go upominać policja. Jednak gdy stał się już sławny mógł całkiem bezkarnie uwodzić rozentuzjazmowane tłumy, dając recitale z dachu samochodu lub hotelowego balkonu o każdej, nawet bardzo późnej porze.
     
     
                 Przełom w karierze, która odtąd nabrała zawrotnego tempa, przyniósł mu występ w operze wiedeńskiej jesienią 1926 roku. Kiepura odniósł tam ogromny sukces, publiczność i krytycy byli zachwyceni jego głosem i scenicznym temperamentem. Kolejne role w przedstawieniach operowych na scenach Wiednia, Berlina, Budapesztu, koncerty w londyńskim Royal Albert Hall sprawiły, że jeszcze przed rokiem nieznany, początkujący śpiewak stał się międzynarodową sensacją.
     
     
               Kiepura pomógł w rozwoju kariery młodszego brata, Władysława, który także został śpiewakiem operowym i występował pod pseudonimem artystycznym „Ladis”. Dla rodziców zbudował Patrię, elegancki hotel w Krynicy. Projekt zamówiono u wziętego architekta Bohdana Pniewskiego, który podobnie jak Kiepura pod koniec lat dwudziestych rozpoczynał zawrotną karierę zawodową. Podobno, kiedy podał wysokość honorarium, Kiepura próbował się targować: „Panie, taki projekt zrobiłbym sam za połowę tej sumy!”. „Za połowę tej sumy to ja mogę panu zaśpiewać” – odparował architekt.
     
     
               „Patrię” okrzyknięto jednym z najnowocześniejszych pensjonatów Europy. Bywało w nim wiele gwiazd międzywojennego kina, jedna z nich, Jadwiga Smosarska, została nawet żoną inżyniera Protasewicza. W hotelu kręcono zdjęcia do komedii „Książątko” z Eugeniuszem Bodo. W styczniu 1937 roku do „Patrii” zjechali jej najbardziej utytułowani goście, księżna holenderska Juliana z mężem, których właściciel powitał osobiście.
     
     
                Kiepura był najbardziej znanym i popularnym w dwudziestoleciu polskim artystą, który zrobił światową karierę. Należał już do nowego pokolenia gwiazd, które pojawiło się w Europie wraz ze zmianami politycznymi, ekonomicznymi i obyczajowymi po pierwszej wojnie światowej. Kolorowa prasa, ukazująca się w pokaźnych nakładach, kino i radio dostępne dla milionów obywateli demokratycznych państw dawały szansę ogromnej, jak dziś mówimy, masowej, popularności.
     
     
               Po pierwszej wojnie światowej nowoczesne kobiety skróciły fryzury, mężczyźni zaś – zgolili brody. Gombrowicz we „Wspomnieniach polskich” zniknięcie męskiego zarostu uznał za zmianę niemal symboliczną, niosącą znaczne następstwa w obyczajach. „Nigdy nie zapomnę wrzasku – opowiadał – jaki podniosła jedna moja kuzynka na widok ojca wchodzącego do mieszkania z twarzą zupełnie ogoloną – właśnie zostawił brodę i wąsy u fryzjera, zgodnie z duchem czasu. Był to krzyk przeraźliwy kobiety, obrażonej w najgłębszej swojej wstydliwości, gdyby ojciec był goły nie narobiłaby okropniejszego krzyku i właściwie miała rację, bo to rzeczywiście był bezwstyd pierwszej klasy ta twarz ojcowska, dotąd zawsze ukryta w uwłosieniu, teraz po raz pierwszy wyłaniająca się skandalicznie”.
     
     
              Panowie starej daty, wbrew modzie, często zachowywali swój zarost. Choćby premier Aleksander Prystor, który z powodu kształtu swojej bródki nazywany był Ramzesem. Nigdy nie pozbył się wąsów Józef Piłsudski. W swoim mieszkaniu w budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich golił się w specjalnym małym pomieszczeniu, gdzie stała toaletka z dużym lustrem i miejscem na przybory do golenia – mydło w metalowej tubie, pędzel i maszynkę z żyletką, wynalazek sprzed pierwszej wojny światowej Amerykanina Kinga Campa Gillette’a, który w ten sposób uwolnił mężczyzn od konieczności golenia się u cyrulika lub fryzjera.
     
     
               Niewielki, zadbany wąsik nosili czasem nawet najwytworniejsi mężczyźni dwudziestolecia – Marian Hemar czy Antoni Sobański, choć dla nich, jak i dla całej ówczesnej Europy, największym autorytetem w sprawach męskiej mody był zawsze bardzo dokładnie ogolony książę Walii Edward Windsor, późniejszy król Edward VIII.
     
     
               Wąsami niewiarygodnej długości szczycił się niejaki Bazewicz, z zawodu kartograf, popularny w Warszawie bywalec dancingów i balów. „Proszę sobie tylko wyobrazić czterdzieści centymetrów czarnego wiechcia wyrastającego prostopadle spod nosa. Ładne, co?” – wspominał wąsatego dziwaka Kazimierz Krukowski.
     
     
               Ekspertem w sztuce golenia mianował się Witkacy, który stosowne wykłady na ten, jak się okazało, skomplikowany temat, zamieścił w „Narkotykach” i „Niemytych duszach”. W Narkotykach dowodził: „Ktoś powiedział: „Dobrze się namydlić i mieć ostrą brzytwę czy nożyk do maszynki – oto wszystko”. Otóż nieprawda: golenie się jest rzeczą stokroć zawilszą. Nie każdy człowiek obowiązany wprost do posiadania całkowitej o nim wiedzy naprawdę ją ma w wymaganym dla jego potrzeb stopniu. Obserwacja wielu znajomych i fakt ten, że po dwudziestu pięciu latach golenia się teraz dopiero doszedłem do niektórych podstawowych wiadomości, skłania mnie do poświęcenia temu trudnemu problemowi kilku stronic tego appendixu”.
     
     
              W "Niemytych duszach" dorzucał kilka fachowych rad dla „samogolących się”: „Golić się trzeba pod włos od razu [...]. Niech zamilkną szczekacze twierdzący, że raz trzeba się golić za włosem, a drugi raz pod włos – jest to tylko niepotrzebne rozdrażnianie skóry i nerwów: przy dobrym namydleniu się pędzlem (do omdlenia ręki) problem ten nie istnieje. Następnie koniecznie przy goleniu w ten sposób wąsów trzeba wydymać podwąsowe tereny (lepiej nie całe policzki, tylko przy pewnym zwężeniu narządów pyszczkowych samo podwąsie) powietrzem ścieśnionym w jamie ustnej [...], zaś tereny podbródkowe wypuczać przy pomocy podkładania pod nie z całej siły owego języka. Przy czym ostrze ma mieć kąt 45 stopni do kierunku ruchu żyletki. Skończyłem”.
     
     
              Panowie miewali jednak także inne problemy ze swoim wyglądem i czasem potrzebowali profesjonalnej pomocy kosmetyczki. „Należy pamiętać, że kosmetyka nie może być uznawana za dowód zniewieściałości” – uspokajał panów „Współczesny Pan”.
     
     
               Pierwszy salon kosmetyczny dla mężczyzn otwarto w Warszawie przy ulicy Piusa XI, dzisiejszej Pięknej, w 1937 roku. Klienci mogli uzyskać tam pomoc w przypadku wypadania włosów, kłopotów z cerą i podrażnieniami skóry po goleniu, a także poddać się masażom wyszczuplającym. „Nie trzeba podkreślać, z jakim uznaniem wiadomość ta spotka się w najszerszych kołach mężczyzn, którzy jak doświadczenie wskazuje, krępowali się odwiedzać ogólne salony kosmetyczne. Po prostu przykro było chodzić z najrozmaitszymi defektami skóry do pań kosmetyczek, zajętych damskim maquillagem – donosiła prasa. – Mężczyzna, jeśli dba o estetyczny wygląd twarzy, musi u nas albo pokątnie zapraszać do siebie kosmetyczkę, albo też wchodzić w konszachty z nierutynowanymi fryzjerami, którzy poza nielicznymi wyjątkami nic nie mają wspólnego z kosmetyką”.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. i J. Łozińscy - W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne.
     
     
    A. Mieszkowska -  Jestem Járosy. Zawsze ten sam.
     
     
    S. Grodzieńska - Urodził go „Niebieski Ptak”
     
     
    R. Groński - Jak w przedwojennym kabarecie
     
     
    J. Iwaszkiewicz - Książka moich wspomnień.
     
     
    R. Jasiński -  Zmierzch Starego Świata.
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Przedwojenni celebryci reklamowali ekskluzywne produkty, zarabiając na tym duże pieniądze.
     
     
            Wśród arbitrów klasycznej elegancji dominowali filmowi gwiazdorzy. Zapraszani na pokazy mody prezentowali męskie ubrania pochodzące z renomowanych, głównie warszawskich, pracowni krawieckich. Kazimierz Krukowski opowiadał, jak kuszono gwiazdy do udziału w podobnych imprezach: „Panie Dodku, dwudziestego drugiego urządzamy wielki bal mody, bez Dymszy się nie obędzie. Pan rozumie – monolożek, wspomni pan o fraku od Borkowskiego, który JUŻ jest pańską własnością... przecież tego nikt lepiej od pana zrobić nie potrafi, a małżonka będzie mogła wybrać sobie parę kapeluszy u „Ewelin” według swego gustu, a lepszego gustu od pani nikt w Warszawie nie posiada. No?”.
     
     
               Popularni aktorzy reklamowali garnitury, koszule, krawaty, kapelusze, buty, kosmetyki również w prasie i magazynach ilustrowanych. Ukazywały się tam, między wieloma innymi, anonse firmy Chojnackiego, produkującej cenione krawaty, krawca męskiego Hermana Lipszyca, który prowadził swój zakład w prestiżowym miejscu – pod filarami gmachu opery czy też usytuowanej pobliżu, przy Bielańskiej, pracowni krawieckiej Daniela Danzingera, lansowanej zwłaszcza przez „Współczesnego Pana”.
     
     
             Na reklamach pudru Sudoryn pokazywał się Adolf Dymsza, Jan Kiepura polecał wodę toaletową Przemysławka, Wedel dołączał do swoich czekoladek kolekcjonerskie zdjęcia gwiazd, a firma Gustaw Molenda i Syn zyskiwała co raz to nowych zamożny klientów dzięki temu, że szyła ubrania dla króla mody – Żabczyńskiego.
     
     
            Rozwój kina przyniósł aktorom niewyobrażalną wcześniej popularność, z której szybko nauczyli się korzystać. Współpraca gwiazd z przedsiębiorcami i firmami obu stronom zapewniała pokaźne profity. Czasem jednak dochodziło do przykrych nieporozumień. „ABC Mody” w numerze z 1931 roku donosiło: „Jeden z renomowanych zakładów krawieckich wystąpił na drogę sądową przeciwko znanemu artyście p.T. o zapłacenie należności za smoking. Podczas przewodu sądowego p.T. twierdził, że prawie wszyscy artyści w Warszawie ubierają się za darmo u najlepszych krawców. Ma to być rekompensatą za reklamę danego zakładu... W rezultacie, p.T. [...] zażądał od tegoż krawca zapłaty aż... 2 tys. zł. za użycie jego fotografii w tymże smokingu w jednym stołecznych pism ilustrowanych!”.
     
     
               Gwiazdą kina, która miała wyjątkowy talent, również do zarabiania pieniędzy, był Eugeniusz Bodo. Zawsze szykowny król mody roku 1936 – reklamował luksusowe męskie ubrania: marynarki ze sklepu Old England, krawaty od Chojnackiego, kapelusze od Młodkowskiego, buty od Kielmana. Z szerokim uśmiechem, ukazującym nieskazitelnie białe zęby, namawiał do używania angielskiej pasty Gosnella, a kiedy indziej do czytania „Przeglądu Sportowego”.
     
     
               Bodo nie zdecydował się nigdy na reklamowanie alkoholu, odrzucił ofertę znanej lwowskiej firmy Baczewski, produkującej likiery i wódki. Był zdeklarowanym abstynentem od czasu samochodowej kraksy w 1929 roku, którą spowodował, prowadząc auto, jak sugerowała policja, po pijanemu. W wypadku zginął jeden z pasażerów, aktor Witold Konopka. Dla Eugeniusza Bodo śmierć kolegi z teatrzyku „Morskie Oko” i relacjonowany przez prasę proces sądowy, w którym uczestniczył jako oskarżony, były ogromnym przeżyciem, po którym już nigdy nie wziął alkoholu do ust.
     
     
               Bodo nie był typowym amantem jak „gładki” Żabczyński. Z mocno zarysowaną szczęką, stanowczym, czasem twardym spojrzeniem z powodzeniem grywał czarne charaktery. Lecz kiedy się uśmiechał, jego rysy łagodniały, nabierały wdzięku, a serca kobiet topniały jak lód!
     
     
            Uwielbiał psy, a jego wielkiego doga arlekina o imieniu Sambo znała cała Warszawa. Gwiazdor woził go na siedzeniu swojego kabrioletu, zabierał do eleganckich restauracji, pozował do wspólnych fotografii.
     
     
             Ubóstwiany „Gienijuś” miał opinię nielichego kobieciarza, szczególnie lubił  egzotyczne, ciemnoskóre piękności. Z młodziutką Polinezyjką Anną Chevalier, miss piękności dalekiej wyspy Tahiti, aktorką i tancerką, występującą pod pseudonimem „Reri”, pozostawał w związku aż trzy lata. W Warszawie aktorka zaczęła mocno nadużywać alkoholu i to zapewne stało się powodem końca obiecującego romansu.
     
     
              Gwiazdą kabaretów, nie mniej uwielbianą niż aktorzy, był konferansjer i reżyser, Fryderyk Járosy. Węgier z pochodzenia pojawił się w Polsce w 1924 roku i na stałe zamieszkał w międzywojennej Warszawie. „Niezwykłość tego konferansjera polegała między innymi na niespotykanym kontakcie... nie, nie z widownią. Z każdym widzem osobno. Była to magia. Kto nie widział, jak Járosy wychodził na proscenium i trzymając lewą ręką brzeg kurtyny, mówił swoje słynne „prouszi państwa” po prostu niech żałuje” – pisała w swoich wspomnieniach Stefania Grodzieńska.
     
     
               Po przyjeździe do Warszawy Járosy dołączył do zespołu Qui Pro Quo, działającego już od pięciu lat w Galerii Luksenburga przy Senatorskiej. Wdzięk, inteligencja i błyskotliwy dowcip nowego konferansjera szybko zjednały mu kabaretową publiczność, choć na początku nie znał ani słowa po polsku.
     
     
              Po upadku Qui Pro Quo w 1931 roku Járosy założył kabaret Banda, potem Cyganerię, Cyrulika Warszawskiego – w latach trzydziestych teatrzyki rewiowe i kabarety, choć nie mogły narzekać na brak publiczności, powstawały i upadały niezwykle często. Potentaci ówczesnej rozrywki – Jerzy Boczkowski, Włast, Hemar, Tuwim i Járosy – tworzyli coraz to nowe zespoły, zawiązywali kolejne spółki, którym jednak niełatwo było konkurować z coraz popularniejszym, ekspansywnym kinem.
     
     
             Widownię kabaretów i teatrzyków rewiowych dwudziestolecia zapełniała publiczność o większych aspiracjach kulturalnych i towarzyskich, a także zamożniejsza niż ta, którą zazwyczaj spotykało się w kinach. Wieczorne wyjście do teatru wymagało specjalnych przygotowań nie tylko od pań, ale również od towarzyszących im panów. „Współczesny Pan”, przypominał: „Gdy się zaprasza znajomą do teatru, należy przede wszystkim pomyśleć o stroju. Wieczorowa suknia harmonizuje ze smokingiem, natomiast zatraca się popołudniowa. Są to katastrofy gorsze niż uderzenie piorunu lub epidemie dżumy. [...] Nie trzeba zapominać o tym, że w teatrze strój zależy od miejsca, na którym siedzicie. Tańsze miejsca wymagają skromnego ubioru. Każdy Pan powinien także zapamiętać sobie, że wszystkie nieprzyjemności zdarzają się wyłącznie z winy mężczyzny”.
     
     
             W kabarecie bawili się świetnie także członkowie rządu, dyplomaci, wyżsi oficerowie, choć to oni byli często obiektami politycznej satyry, żart padających ze sceny, a także podszytej ironią adoracji. Podczas wieczoru z udziałem artystów Qui Pro Quo, który odbył się nie na Senatorskiej, lecz w kasynie 1 Pułku Szwoleżerów, Járosy powitał z estrady byłego dowódcę pułku, generała Wieniawę-Długoszowskiego słowami: „Prouszi państwa, teatr Qui Pro Quo ma dużo wspólnego ze szwoleżerami – Qui Pro Quo to szwoleżerowie teatru, a szwoleżerowie to Qui Pro Quo armii!”.
     
     
             Járosy był kolejną gwiazdą z międzywojennej scenicznej plejady, która bez trudu oczarowywała i zdobywała kobiety. Szarmancki, doskonale ubrany, o „wielkopańskich manierach”, jak wspominała Grodzieńska, jeździł luksusową lancią i prowadził wystawne życie. Polacy wybaczali mu nawet, że unikał alkoholu i że nie urządzał przyjęć.
     
     
             W miłosnych podbojach zupełnie nie przeszkadzało mu, że miał dzieci i żonę, arystokratkę rosyjskiego pochodzenia, Natalię von Wrotnowski, którą poślubił w 1912 roku w Monachium. W przedwojennej Warszawie jego wybrankami bywały wyłącznie młode aktorki – mówiono, że to Járosy odkrywał drzemiące w nich gwiazdy.
     
     
             Wielkim sukcesem Járosy’ego i teatrzyku Cyrulik Warszawski, którym kierował, był wystawiony jesienią 1936 roku wodewil „Kariera Alfa Omegi”. Muzykę skomponował Henryk Wars, tekst napisali niezawodni Tuwim i Hemar. Autorzy bawili publiczność żartami z ówczesnego premiera, generała Felicjana Sławoja Składkowskiego, jednak główną ofiarą ich satyrycznej pas stał się polski tenor o międzynarodowej sławie, tytułowy Alfa Omega, Jan Kiepura.
     
     
            Na scenie Cyrulika postać Alfa Omegi odtwarzał Adolf Dymsza, który rewelacyjnie parodiował legendarne uliczne występy tenora, śpiewającego dla tłumów z dachu samochodu. W jednym ze skeczów żartował też ze słabości Kiepury do kabotyńskich przechwałek: „Pewien hiszpański lord chciał zostać moim pedikiurzystą i płacić mi za to tysiąc dolarów tygodniowo. Zgodziliśmy się na tysiąc pięćset!”
     
     
               Nawet ostra kabaretowa krytyka nie mogła zagrozić sławie i ogromnej popularności Kiepury. Zanim utalentowany tenor ostatecznie poświęcił się karierze muzycznej, studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Kiepura rzucił obiecujące studia i postanowił całkowicie poświęcić się śpiewaniu. Nie zniechęciły go ani uporczywe kłopoty z gardłem i diagnoza lekarska zabraniająca mu śpiewu, ani to, że pierwsze warszawskie występy młodego tenora nie wzbudziły spodziewanego zainteresowania widowni.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wraz z rozwojem kina w II RP pojawili się celebryci.
     
     
               Zaledwie trzy lata po odzyskaniu niepodległości miłośnicy kina w Polsce mieli już do dyspozycji co najmniej 400 kin. Nie były to obiekty specjalnie projektowane i budowane na potrzeby kinematografów. Urządzano je zazwyczaj w budynkach dawnych teatrzyków, a nawet w przerabianych stajniach, wozowniach, garażach.
     
     
              W ostatnich latach przedwojennej Warszawy co wieczór ponad 30 tysięcy widzów bawiło się w 60 salach kinowych dostępnych wówczas w stolicy! W najlepszych kinach Śródmieścia, tak zwanych zero-ekranach, odbywały się premierowe projekcje. „Proszę wyjrzeć wieczorem [...] na Nowy Świat, na Marszałkowską, na Chmielną... Co najświetniej błyszczy? Kino „Majestic”, kino „Coloseum” kino „Pan”, kino „Światowid”, kino „Atlantic”. Gdzie najgęstszy tłok? Bramy kinoteatrów jak fantastyczne pieczary, usiane gwiazdami reklam i fotosami gwiazd – kipią od nerwowych tłumów” – pisała Maria Kuncewiczowa.
     
     
            Kinowa publiczność najchętniej oglądała komedie i melodramaty. Widz, który utożsamiał się z bohaterami ekranu, naśladował ich wygląd, styl bycia, tęsknił za dostatkiem, pięknem i miłością, jakie były ich udziałem. „Bo kino – pisała Kuncewiczowa – jest teraz jałowym, ciepłym schronem, gdzie mieszczanin może przemarzyć dwie dziesiąte współczesnego czasu. Gdzie nic mu nie przeszkadza czuć się Rockefellerem, kuzynem carowej i kochankiem Patti”.
     
     
            Znacznie żywsze zainteresowanie niż zagraniczne gwiazdy budziły nasze własne – Jadwiga Smosarska, Lena Żelichowska, Hanka Ordonówna, Loda Halama, Tola Mankiewiczówna, Helena Grossówna, Nora Ney... To za nimi szalała męska część filmowej widowni.
     
     
             Z kolei panie czarował z ekranu ca zastęp aktorów amantów. „Amant – człowiek, którego zawodem jest miłość. Są doktorzy, inżynierowie, muzycy, malarze pokojowi, biuraliści... Są też i amanci” – pisał popularny tygodnik „Kino”. Kazimierz Junosza-Stępowski, nieślubny (lecz uznany) syn ziemianin uwodził manierami i stylem bycia „wyższych sfer”. Adam Brodzisz, przystojny lwowianin, w roli Adama Halnego, oficera marynarki w „Rapsodii Bałtyku”, stał się uosobieniem prawdziwego mężczyzny – człowieka honoru, lojalnego w przyjaźni i miłości. Franciszek Brodniewicz, filmowy doktor Murek ordynat Michorowski, był bez wątpienia jednym z największych amantów polskiego kina. Bardzo męski – wysoki, barczysty, dystyngowany.
     
     
             Z kolei Igo Sym – jak pisał Tadeusz Wittlin – „wybitnej urody postawny brunet jest inteligentny, wykształcony, oczytany i płynnie włada kilkoma językami. W prywatnym życiu jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych. Nie może tylko pochwalić się aktorskim talentem, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą”. Jerzy Pichelski, porównywany z amerykańskim Garym Cooperem, Witold Conti, amant o chłopięcej, delikatnej urodzie, Mieczysław Cybulski, aktor, a także, co w tamtych czasach szczególnie dodawało męskości, zawodowy kierowca – to kolejni gwiazdorzy międzywojennego kina nieustannie obecni na okładkach kolorowych pism, w prasowych wywiadach i rubrykach towarzyskich.
     
     
            Zainteresowanie damskiej widowni zdobył bez trudu także Aleksander Żabczyński. Komedia muzyczna „Manewry miłosne”, która weszła na ekrany w 1935 roku, stała się jego ogromnym sukcesem. „Naprawdę był „zabójczo przystojny” – wspominała Stefania Grodzieńska. – W ogóle dla nas kobiet był królewiczem z bajki: elegancja, którą się ma, taka, której nie sposób się nauczyć, do tego maniery, gracja, sylwetka... Plotki o szlacheckim pochodzeniu, ojciec generał – to jeszcze bardziej go w naszych oczach „nobilitowało”, upiększało. Słowem: amant. Dżentelmen. Naprawdę Ktoś”.
     
     
              Na męski wdzięk Żabczyńskiego nawet jego filmowe partnerki nie zawsze okazywały się wystarczająco odporne. Latem 1933 roku głośno było o romansie aktora z Lodą Halamą, która po zerwaniu z nim szukała ukojenia i samotności w jasnogórskim klasztorze
     
     
               Koniecznym atrybutem rasowych amantów był nienaganny, modny strój – przyciągał uwagę kobiet, dla mężczyzn stawał się wzorem do naśladowania. Na urządzanych w warszawskim Hotelu Europejskim dorocznych Balach Mody tytuł królowej mody przyznawano najlepiej ubranej pani, spośród panów wybierano arbitra elegancji. W 1934 roku to zaszczytne miano uzyskał Igo Sym, wicearbitrem został Aleksander Żabczyński.
     
     
              Znaczna część mężczyzn, nawet tych którzy mogli pozwolić sobie na zakupy w drogich sklepach, nie znała się na modzie. „Są wypadki, gdy mężczyzna będący na wysokiem stanowisku ubiera się źle: ubranie niestosowne, kolor skarpet kłóci się z garniturem, krawat wprost razi niedbałością wiązania. Są to braki indywidualne w guście, niemniej jednak dużą winę ponosi tu krawiec i konfekcjonista oraz... żona” – narzekał reporter magazynu „ABC Mody” w 1931 roku. I zaraz potem wymieniał najczęstsze grzechy męskiego stroju: „Nosimy w zimie fularowe krawaty, do granatowych spodni jasnożółte buty, wieczorem bryczesy, nie mamy na balach rękawiczek, do smokinga kraciaste chustki do nosa, do wizytowego garnituru wykładany kołnierzyk, lakierki do sportowego garnituru, getry do fraka, brudne rękawiczki it.d. – aż do okropności!”.
     
     
               Prasa zalecała panom unikanie „banalnych kolorowych prążków. Najwytworniej wygląda jednobarwny i gładki jedwab oraz płótno”. Narzekano, że zbyt często marynarka „jest zanadto obwisła, marszczy się, linia ramion jest opadająca albo śmiesznie kwadratowa, bo idąc za modą kawiarnianych gigolaków, wypychamy sobie rękawy”. Przypominano panom, że „spodnie, które się załamują na półbuciku, wołają o pomstę do... krawca”, że skarpetki powinny być jednobarwne, dobrane do koloru krawata albo garnituru – „zastosowane do koszuli i mankietów, świadczą o pewnej pretensjonalności. Co drugi gwiazdor filmowy nosi granatową jedwabną koszulę, granatowe skarpetki i ciemnoniebieskie oczy”.
     
     
               Dżentelmen nie powinien też kupować byle jakich butów, z cienką podeszwą i tandetnymi dziurkowaniami. „Kwestia butów – jest kwestią życia i opinii. Ostatecznie można zaoszczędzić na czym innym, ale obuwie powinno być wykonane niezwykle starannie, dopasowane do stopy, zaopatrzone w mocne „nie do zdarcia” podeszwy. Wystarczy na całe życie. Mężczyźni potrafią nosić po 20 lat obuwie, przywiązują się bowiem niego i nie mają siły się z nim rozstać. Ileż to scen małżeńskich wynikło stąd, że magnifika na własną rękę darowała biednemu 15-letnie buty swego męża” pisał „Współczesny Pan”.
     
     
               Równocześnie wielu autorów nawoływało o zachowanie umiaru w hołdowaniu nowościom mody dla panów. „Kwestia męskiego stroju jest w porównaniu z ubiorem kobiety znacznie uproszczona – przypominała Konstancja Hojnacka w swoim Kodeksie towarzyskim. – Bo jakkolwiek i męskie mody ulegają wahaniom, to jednak nigdy takim nagłym i gwałtownym skokom, które by dyskwalifikowały ubrań z sezonu na sezon. Wszelkie przesady i ekstrawagancje rażą w ubiorze męskim o wiele więcej, aniżeli w kobiecym”.
     
     
             Ekscentryczność stroju wybaczano jedynie artystom. Słynny pod Giewontem kolorowy, pasiasty sweter oraz „renesansowy” aksamitny beret Stanisława Ignacego Witkiewicza, spodnie w łowickie pasy, w których chadzał po Zakopanem August Zamoyski budziły zainteresowanie, ale też pobłażliwą akceptację – rozumiano, że takie ubraniowe wybryki są częścią artystycznej ekspresji.
     
     
              „Jasny płaszcz przepasany skórzanym paskiem (taki wówczas panował fason), - wspominał Witkiewicza Roman Jasiński - granatowy beret i potężna laska były głównymi, charakterystycznymi szczegółami kostiumu Witkacego w owej epoce. [...] On sam, wysoki, barczysty, doskonale zbudowany, o bladej, pociągłej, pięknej i pełnej wyrazu twarzy oraz niesamowicie wprost wyrazistych, przeszywających oczach, już samym swym zewnętrznym wyglądem fascynował każdego, kto w jakikolwiek sposób z nim się zetknął”.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Kluczową rolę w tradycji budowania szopek odegrał św. Franciszek z Asyżu (1181-1226).
     
     
               Tradycja szopek bożonarodzeniowych sięga średniowiecznych kościelnych misteriów, które dały początek ludowym jasełkom i teatrzykom kukiełkowym.
     
               Rozważania św. Franciszka nad życiem Chrystusa skłoniły go do stworzenia pierwszej na świecie szopki w Greccio we Włoszech w 1223 roku. Uważa się, że inspiracją dla Franciszka do stworzenia żywej sceny narodzin Jezusa była jego wyprawa do Ziemi Świętej w latach 1219–1220
     
               24 grudnia 1223 roku zorganizował on w Greccio pierwszą na świecie żywą szopkę bożonarodzeniową. Przedstawiała ona wnętrze stajenki betlejemskiej w naturalnej skali, wraz z osobami i żywymi zwierzętami.
     
               W znajdującej się na wysokości 750 m n.p.m. włoskiej miejscowości Greccio mieścił się klasztor franciszkański. Miejsce pod jego budowę zostało podarowane Franciszkowi przez szlachcica Jana Wetlinę. To tam, w pobliskiej grocie, Święty po raz pierwszy zbudował szopkę z okazji wigilii Bożego Narodzenia.
     
               Franciszek pragnął w ten sposób przybliżyć prostym ludziom tajemnicę zbawienia. Grotę wypełniono sianem. Braciszkowie złożyli na nim wyrzeźbioną w drzewie figurkę Jezusa, a obok niego ustawili żywego woła i osła. W postacie Świętej Rodziny wcielili się mieszkańcy Greccio. Odegrali oni na żywo scenę narodzenia.
     
               Tomasz Celano, pierwszy biograf świętego, napisał: „Nadszedł dzień radości, dzień wesela. Z wielu miejsc zostali wezwani bracia. Mężowie i niewiasty owej ziemi z radością przygotowywali, wedle możności, świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, która błyszczącą gwiazdą oświetliła wszystkie dni i lata. Przybył wreszcie Święty Boży, a znalazłszy wszystko przygotowane, ucieszył się. Przygotowano żłób, kładąc w nim siano, a do groty wprowadzono wołu i osła. Prostota otoczona jest czcią, wywyższone zostaje ubóstwo, zalecona wszystkim pokora, a Greccio staje się jakby nowym Betlejem".
     
               Gdy w 1225 roku zmarł św. Franciszek, jego zakon kontynuował zwyczaj budowania szopek. Okazało się, że ten prosty sposób prezentowania treści ewangelicznych w szczególny sposób trafia do wiernych.
     
               Początkowo szopki powstawały tylko przy klasztorach franciszkańskich, jednak z czasem tradycja ich budowania rozpowszechniła się w całej Europie. Najbardziej rozwinęła się we Włoszech, gdzie można je oglądać nie tylko w czasie Bożego Narodzenia.
     
               Wczesne szopki to grupa drewnianych figur pokrytych polichromią. Jedną z najstarszych pochodzi z 1287 roku, z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Jest tu Maryja z dzieciątkiem, św. Józef, Trzech Króli oraz byk z osłem. We Włoszech w produkcji szopek wyspecjalizował się Neapol. A wszystko dzięki św. Kajetanowi z Thieny, który według legendy w 1530 roku w kościele Santa Maria della Stelletta stworzył postacie ubrane w stroje z epoki. Tutaj zaczęto też szopki rozbudowywać – obok osła i wołu pojawiły się kozy, psy i owce. Neapolitańskie szopki przedstawiały nawet całe wsie czy miasteczka. Obok postaci biblijnych tętniło życie codzienne: szewcy naprawiali buty, kobiety prały, bawiły się dzieci. Podkreślało to, że Chrystus narodził się dla wszystkich: biednych i bogatych.
     
            W Polsce tradycja ta zapoczątkowana została u schyłku XIII wieku przez zakon franciszkanów,
     
           Początkowo prawo ich budowania mieli tylko zakonnicy, z czasem jednak coraz więcej świeckich osób zaczęło je tworzyć. Zwyczaj budowania bożonarodzeniowych szopek stał się szczególnie popularny w XIX w. w Krakowie, gdzie do tej pory można podziwiać piękne kolorowe szopki krakowskie. Za twórców tradycji budowania krakowskich szopek uznaje się tamtejszych murarzy, którzy tworzyli zarówno niewielki szopki na sprzedaż, jak i piękne duże szopki wigilijne z kukiełkami, które nabierały charakteru obnośnego teatrzyku.
     
           Krakowskie szopki powstają z lekkich i nietrwałych materiałów, takich jak tektura, sreberka i celuloid. Szopki wzorowane są na charakterystycznych krakowskich budowlach: Sukiennicach, Wieży Ratusza czy kościele Mariackim. Obok sceny narodzenia pojawiały się figurki Lajkonika czy Pana Twardowskiego, biało-czerwone flagi, elementy wprawiane w ruch.
     
           Po I wojnie światowej zwyczaj budowy szopek podupadł. Jerzy Dobrzycki wpadł więc na pomysł, by organizować konkurs dla budowniczych szopek. Pierwszy konkurs odbył się 21 grudnia 1937 roku. Zwycięzcy dostali w nagrodę butelki wina i pęta kiełbasy.
     
           Najbogatszą kolekcję szopek krakowskich ma w swoich zasobach Muzeum Historyczne Miasta Krakowa. Muzeum gromadzi także szopki z innych krajów. Jedną z najbardziej oryginalnych, pochodzącą z Meksyku wyrzeźbioną w jednej zapałce. Inną wydziergano na drutach w Irlandii.
     
     
    Niniejszym życzę czytelnikom mojego blogu Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego i  przede wszystkim Zdrowego Nowego Roku.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Oficerowie, a zwłaszcza kawalerzyści słynęli z zamiłowania do zabaw i trunków.
     
     
               Międzywojenna Warszawa oferowała mnóstwo kuszących rozrywek – teatry, kina, kabarety, dancingi i lokale otwarte do rana.
     
     
               Wyżsi oficerowie, adiutanci przyboczni prezydenta, naczelnego wodza, szefa sztabu generalnego mieli ogromne wpływy w kręgach elit towarzyskich, z ich zdaniem i wymaganiami liczyli się właściciele warszawskich scen i restauracji.
     
     
               Programy kabaretowe z udziałem ówczesnych gwiazd w „Qui Pro Quo” lub w „Morskim Oku”, kolacja w „Oazie”, u Simona i Steckiego, w Bristolu, najlepszy parkiet do tańca w „Adrii” – co wieczór były do dyspozycji warszawskiej kadry oficerskiej.
     
     
               W czasie karnawału  „rzadko kiedy młodemu oficerowi wystarczyło spędzenie wieczoru i nocy w jednym miejscu”, wspominał Henryk Comte. „Najczęściej wędrowałem z jednej zabawy na drugą, ażeby doznać jak największych wrażeń w różnym towarzystwie, nastroju i klimacie”.
     
     
               Oficerów, doskonale tańczących, o nienagannych manierach i prezencji, chętnie zapraszano na bale w Hotelu Europejskim, w salonach Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Operze Warszawskiej, Resursie Kupieckiej i Resursie Obywatelskiej. Wytworne bale urządzano także w Kasynie Garnizonowym w alei Szucha, którego wystrój - ściany wyłożone ogromnymi lustrami, imponujący żyrandol, balkon dla orkiestry, komfortowy buduar dla pań, wyposażony w złocone tremo z marmurowym blatem, dywany, wygodne fotele i pufy – czynił zeń jeden z najbardziej eleganckich reprezentacyjnych lokali stolicy.
     
     
               Przełożeni zazwyczaj tolerowali udział swych podwładnych w różnych formach eleganckiej rozgrywki, pod warunkiem, iż nie wpływało to na ich służbę w jednostce.
     
     
               Jeden z autorów „Przeglądu Kawaleryjskiego”, podporucznik Stanisław Szczawiński, nie dziwił się wcale, że po latach koszarowej dyscypliny absolwenci podchorążówek w czasie wolnym od służby szukali wesołego towarzystwa i rozrywki. „Nie myślę bynajmniej potępiać ani kawiarni, ani bilardu i kart. Przeciwnie: niech młody oficer „się rozpręży”, „szerzej odetchnie”, niech się bawi, niech nawet hula (za własne pieniądze)”, pod warunkiem, aby to „rozprężenie” „nie utrwaliło się na zawsze!”.
     
     
               Nieodzownym towarzyszem owego „rozprężania” był alkohol. Przyjęcia i bale urządzano w kasynach przy każdej nadarzającej się okazji – na święto pułku, w Dniu Żołnierza, w imieniny Marszałka Piłsudskiego, a w kawalerii także w dzień św. Huberta, patrona myśliwych i jeźdźców.
     
     
               Oficerska zabawa była zazwyczaj „ciężką próbą wytrzymałości na alkohol”. Jerzy Kirchmayer, oficer w 3 Pułku Artylerii Ciężkiej, wspominał, iż „w latach 1922–24 wypito tam chyba roczną produkcję Baczewskiego”. Pewien major Korpusu Ochrony Pogranicza zwykł mawiać: „a piję wódkę szklankami, bo po co i komplikować”!
     
     
                „W kasynie i knajpach pito obficie i często. – wspominał Kirchmayer - Nieraz były to trzydniówki. Zdarzało się, że zaimprowizowana o godzinie 12 popijawa w naszym kasynie szła w najlepsze i bez przerwy jeszcze o godzinie 7 następnego dnia, a o godzinie 12 sytuacja stabilizowała się na nowe popołudnie i noc. Do takiej popijawy najlepiej nadawał się mały zaciszny pokoik za kuchnią, tak zwana „mordownia”. [...] Gdy pijakom znudziło się kasyno, przenosili się do restauracji w mieście i wyczyniali tam różne burdy”.
     
     
               Każdy oficer, widząc na ulicy innego, nawet nieznajomego pijanego oficera, musiał jak najdyskretniej odstawić go do domu. Żadna okoliczność nie zwalniała go z tego obowiązku, chodziło wszak o honor munduru!
     
     
               Słabość do alkoholu niekoniecznie rujnowała wojskową karierę, nie mogło być inaczej, skoro sam szef Departamentu Sprawiedliwości i Naczelnego Prokuratora Wojskowego wydał okólnik instruujący prokuratorów i szefów sądów, że „fakt zamroczenia alkoholem można by ewentualnie przyjąć przy wymiarze kary jako okoliczność łagodzącą”.
     
     
               Przysłowiowa ułańska fantazja i brawura rosły szybko wraz z ilością spożywanych trunków. Po alkoholu oficerowie częściej wdawali się w sprzeczki, gwałtownie reagowali na zachowania uwłaczające ich dobremu imieniu. W 1922 roku w „Polsce Zbrojnej” pisano: „Przy czwartej flaszce wódki bywa rozmaicie, a tym bardziej wśród oficerów wychowanych w sferze wysokich wojskowych pojęć. W tych wysokich sferach, gdy zanosi się w kasynie oficerskim na zamroczenie alkoholem, poczucie honoru śpi, budzi się dopiero po trzeciej flaszce wódki przy akompaniamencie obelg, bijatyki i strzelania. Rzecz oczywista, że przy takich warunkach trudno zgadnąć, kto, kiedy i za co się obrazi i kto, kogo i jak znieważy”.
     
     
               W podobnych sytuacjach konflikty rozwiązywano według wskazań Polskiego kodeksu honorowego – pojedynkiem.
     
     
                Choć kodeks Boziewicza nie miał żadnej mocy prawnej, a pojedynki były zakazane, oficerom, którzy go nie przestrzegali, groził wojskowy sąd honorowy, skutkujący nawet wykluczeniem z armii!
     
     
               Sam Boziewicz potrzebę pojedynków tłumaczył w przedmowie do wydanego w 1919 roku kodeksu: „można śmiało zaryzykować twierdzenie, że dopóki prawna kultura naszych społeczeństw karać będzie czynną zniewagę dżentelmena 24-godzinnym aresztem, zamienionym na 10 zł grzywny – dopóty istnieć będzie ten rodzaj współrzędnego sądownictwa honorowego, uzupełniającego państwowy wymiar sprawiedliwości”.
     
     
               Za zdolnych do dawania i żądania satysfakcji honorowej uznawano mężczyzn posiadających co najmniej średnie wykształcenie lub takich, „którzy swoją inteligencją lub wybitnymi zdolnościami w rzeczywistości dorośli, jeśli nie przewyższyli, poziom średniego wykształcenia”, na przykład artystów malarzy, literatów – z uznaną pozycją pomimo braku matury.
     
     
               Status dżentelmena, bez względu na wykształcenie, miały osoby pochodzenia szlacheckiego, a także te, które zajmowały „wybitne stanowisko społeczne”. A ponieważ wszyscy dżentelmeni byli sobie równi – arystokrata nie mógł odmówić satysfakcji honorowej robotnikowi, jeśli ten był na przykład posłem na sejm.
     
     
               Oprócz pojedynku kodeks Boziewicza wskazywał jeszcze inną drogę do odzyskania czci splamionej zniewagą: „Każdemu człowiekowi honorowemu, który został czynnie znieważony, przysługuje prawo czynnego reagowania na zniewagę każdą bronią lub przedmiotem, znajdującym się pod ręką, i zwrócenia go przeciw wszystkim osobom trzecim, które by mu chciały przeszkodzić w tym zamiarze. Uwaga. Niniejszy przepis odnosi się w pierwszym rzędzie do oficerów i członków armii”.
     
     
                „Oficer uderzony ma prawo – a nawet obowiązek – zastrzelić albo siebie, albo tego, co uderzył – pisał Słonimski w jednej ze swoich Kronik tygodniowych. – To prawo wyboru jest dość niebezpieczne dla cywilów, tak się już bowiem składa na świecie, że ludzie mniej chętnie strzelają we własny łeb niż w łeb cudzy”.
     
     
               Znajomość języków obcych przez kadrę oficerską była całkiem niezła. Największą popularnością cieszył się oczywiście język francuski. Szlifowano go podczas częstych wyjazdów służbowych, związanych z rozmaitymi szkoleniami, kursami i stażami we Francji.  Francuskim władał biegle co trzeci oficer. Najczęstsza była jednak znajomość niemieckiego (około 70%) i rosyjskiego (około 60%), co związane było z tym, iż wielu oficerów wykształconych było w  armiach państw zaborczych. Zaledwie około 5% wszystkich oficerów znało język angielski.
     
     
               Wielu oficerów, szczególnie w latach 20. miało problemy z poprawną polszczyzną, kalecząc ją germanizmami lub rusycyzmami.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. i J. Łozińscy – Ułani, poeci, dżentelmeni.  Męski świat przedwojennej Polski
     
    H. Comte - Zwierzenia adiutanta. W Belwederze i na Zamku
     
    G. Cydzik - Ułani, ułani...
     
    P. Jaźwiński Piotr, - Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej,
     
    F. Kusiak -  Życie codzienne oficerów Drugiej Rzeczypospolitej
     
    S. Radomyski - Wspomnienia o odrębnościach, zwyczajach i obyczajach kawaleryjskich II Rzeczypospolitej
     
    A. Tarczyński - Kodeks i pistolet. O niektórych przejawach honoru w międzywojennej Polsce
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W międzywojennej Polsce szwoleżerowie i ułani tworzyli elitę wojska.
     
     
            Obdarzani podziwem i sympatią, w oczach rodaków uosabiali te cechy, które uważano za wyznaczniki prawdziwego bohatera, patrioty, a także mężczyzny.
     
     
              „Psychologia wielkiej miary kawalerzysty to nie psychologia rębajły, szukając kawaleryjskich talentów, nie wystarczy poprzestać na takich, co to i do tańca, i do butelki, do szabli i do dzwonków – pisał w 1939 roku w „Przeglądzie Kawaleryjskim” generał Stanisław Rostworowski. – Testy psychologiczne, propagowane często w kierunku kawaleryjskiej fantazji, zawieść mogą łatwo. Sądzę, że trzeba wprowadzić jeszcze nowe cechy charakteru jako warte zbadania. Jedna z nich – to gorącość serca”.  Jednocześnie Generał dowodził, iż „połączenie gorącej krwi z mocnym charakterem tworzy psychologiczny zespół cech prawdziwego kawalerzysty. Odwaga, zaciętość, wytrwałość, rozmach, energia, szybkość decyzji i umiejętność opanowania siebie i rwących w boju z kopyta myśli własnych mieszczą się w pojęciu takiego zespołu cech. Trzeba dwóch rzeczy, by dobrą stal zrobić: twardego żelaza i gorącego ognia. Dlatego wybitnych kawalerzystów tak mało na świecie!”.
     
     
               Kawalerzyści cieszyli się wielkim powodzeniem u kobiet, z czego ochoczo korzystali. Musieli jednak przestrzegać zasady, ustalonej przez gen. Wieniawę-Długoszowskiego: „Nie pożądaj ani konia, ani żony czy też kochanki twego kolegi. Koni jest na świecie dużo, a kobiet jeszcze więcej. Z wszystkimi przy najlepszych chęciach i kwalifikacjach nie zdołasz się uporać.  Do żon kolegów odnoś się zatem z szacunkiem i koleżeńską życzliwością, bo przekroczenie tych granic grozi i tobie, i twoim kolegom, i oddziałowi twemu szeregiem komplikacji, z których i służba, i twój honor, i honor twoich kolegów nie wyjdą bez szwanku. Z innymi, cywilnymi – że się tak wyrażę – kobietami kawalerzysta powinien flirtować jak najczęściej, a żenić się jak najrzadziej, a nade wszystko jak najpóźniej. Można się zdobyć na teściową względnie bezkarnie, gdy się jest już dojrzałym i dostatecznie na przeciwności losu wytrzymałym mężczyzną, tj. zgodnie z rozkazami przynajmniej rotmistrzem”.
     
     
            W polskim wojsku obowiązywały bardzo surowe przepisy, określające zasady zawierania małżeństw przez oficerów. O zgodę na ślub mógł się starać oficer, który ukończył 24 lata. Przepisy precyzowały minimalną wartość łącznych dochodów małżonków – ustalano ją na poziomie tak wysokim, że oficer młodszy rangą, z niską pensją, musiał szukać narzeczonej z odpowiednim posagiem.
     
     
             Panna zobowiązana była przedstawić świadectwo moralności i dojrzałości. Przyszła małżonka oficera musiała także posiadać umiejętność odpowiedniego zachowania się w towarzystwie. Dziewczęta bez majątku i towarzyskiego obycia, w praktyce nie miały szans na ślub z oficerem. Uważano, że niski status rodziny narzeczonej w przyszłości uniemożliwiałby właściwe stosunki z korpusem oficerskim. „Jeśli lekkomyślny młody oficer żeni się z kucharką i jako żonę wprowadzi ją do salonu, gdzie zechce się ona zachowywać tak, jak do tego przywykła – pisał w „Polsce Zbrojnej” pułkownik Mlączyński – to wielu kolegów i żony ich dom swój przed nią zamkną. Nieprzyjęcie żony oficera wywoła sąd honorowy i inne komplikacje bardzo niepożądane, jak pojedynki lub obrazę czynną”.
     
     
               O tym, czy kandydatka na oficerską żonę była wystarczająco „dobrze wychowana”, decydował dowódca jednostki. Pułkownik Andrzej Zbyszewski wspominał:  „W zależności od zwyczajów panujących w danym pułku kandydat na męża zapraszał swoją wybrankę i dowódcę jednostki na wspólny posiłek w jakimś lokalu lub prowadził ją na wieczorek do kasyna, lub też czynił jedno i drugie. Biedna niewiasta czuła się jak na cenzurowanym. Jednak zawsze wszystko kończyło się dobrze i oficerowie prześcigali się w wyrażaniu uznania dla taktu, inteligencji i urody panienki, chociażby ta była brzydka jak noc i głupia jak gąska”.
     
     
               W niektórych jednostkach działały specjalne komisje małżeńskie, wydające opinie o kandydatkach na żony oficerów. Ich wyroki były zazwyczaj bardzo surowe. „Dlaczego oficer, wyrzekający się dla dobra służby wielu praw obywatelskich, unicestwiony jest również w prawie wyboru towarzyszki życia? Dlaczego komisja małżeńska ma bezapelacyjnie orzekać, czy porucznikowi „X” wolno się żenić z panną „Y”? Apeluję serdecznie: nie wnikajmy w sferę najbardziej intymnych uczuć ludzkich [...] Niech oficer wolnym będzie w sferze uczuć na równi z innymi obywatelami” – apelowała „Polska Zbrojna”.
     
     
               Zdesperowane pary, którym odmówiono zgody na zawarcie małżeństwa, próbowały rozmaitych sposobów, aby osiągnąć upragniony cel. Narzeczone słały listy z prośbami o interwencję do najważniejszych osobistości wojskowych i państwowych, nawet do samego prezydenta. Ten najczęściej odpisywał krótko: „Do starania się o zezwolenie upoważniony jest tylko oficer” .
     
     
               Młodzi powoływali się często na opinie lekarskie – długie narzeczeństwo jakoby pogarszało stan zdrowia. Argumenty te niezmiernie rzadko przynosiły zamierzony skutek,  nawet zaświadczenie o ciąży narzeczonej nie było uwzględniane przez przełożonych. „Polska Zbrojna” donosiła o załamaniach, jakie przeżywali oficerowie, którym nie zezwolono na ożenek: „Odrzucony godzi się z losem, staje się apatyczny, leniwy albo się rozpija, albo i inne nałogi zastąpią szlachetne zamiary i zapał do życia. Jeśli jest energiczny, podaje się do rezerwy, a jeśli nerwowy, to strzela sobie w łeb”.
     
     
               Idealna, czyli zamożna, inteligentna i reprezentacyjna, żona miała ułatwić oficerowi życie na odpowiednio wysokim poziomie materialnym, a także towarzyskim. Uważano, że wymaga tego prestiż polskiego wojska i honor munduru.
     
     
              Oficer w mundurze nie mógł jadać w lokalach gorszej kategorii, w podróży zobowiązany był korzystać wyłącznie z pociągów pierwszej klasy. W mundurze galowym nie mógł wsiąść ani do tramwaju, ani autobusu, pozostawała mu zatem dorożka lub taksówka. Nawet kupując bilety do teatru, musiał pamiętać, aby nie dostały mu się gorsze miejsca.
     
     
              Tam gdzie mogłoby dojść do naruszenia powagi munduru, choćby na targu, podczas zakupów wymagających targowania się ze sprzedawcą, zalecano oficerom wkładanie cywilnego ubrania. Także podczas tańca w publicznym lokalu oficer musiał nosić cywilne ubranie. Musiało ono być modne, eleganckie, koniecznie szyte na miarę!
     
     
            Szczególnie za granicą każdy oficer musiał dbać o właściwe zachowanie się.  „Według otrzymanych meldunków zaszły fakty niewłaściwego zachowania się oficerów za granicą, a zjawiskiem ogólnie obserwowanym jest nieodpowiednie występowanie podyktowane niewłaściwą oszczędnością. Znam fakty, że oficerowie nasi, wysłani za granicę w charakterze półoficjalnym, mimo że otrzymują odpowiednie na ten cel sumy z funduszów skarbowych, występują za granicą źle ubrani, zamieszkują w czwartorzędnych kwaterach... Zwracam uwagę, że strój cywilny oficerów za granicą powinien być również jak mundur specjalnie staranny, by nie przynosił ujmy godności oficerskiej” – napisał w tajnym rozkazie minister spraw wojskowych w 1927 roku.
     
     
               Mundur oficera musiał także być nienaganny. Najczęściej braki w schludności zdarzało się wytropić u oficerów lotnictwa, najrzadziej u kawalerzystów, którzy słynęli przecież z wyjątkowej dbałości o strój. Gen. Wieniawa-Długoszowski przyznawał, że nienaganna prezencja jest jedną z niezbędnych cech dobrego kawalerzysty: „werwa, temperament, szczodrość serca i szczerość, wesołość i humor nigdy nieodstępny w najgorszych nawet tarapatach, ale jeszcze ponadto te właśnie dobrze skrojone rajtuzy, te cholewy – do licha – błyszczące jak owalne czarne zwierciadła i ta czapa z okapem okutego daszka na prawe ucho z fantazją zaiwaniona” .
     
     
               Lista rzeczy, w które musieli zaopatrzyć się młodzi oficerowie kawalerii, była długa i kosztowna. Oprócz munduru polowego, a więc kurtki, bryczesów, butów z cholewami, pasa, furażerki, konieczny był jeszcze strój galowy, a więc szasery, czyli długie spodnie z lampasami, i noszone do nich lakierowane sztyblety, dwurzędowy płaszcz oficerski, rogatywka, jedwabny pas z rapciami. Do tego co najmniej cztery komplety bielizny i oczywiście szabla oficerska, pistolet, lornetka.  Największy wydatek stanowił jednak rząd koński – siodło i uzda. Za najtańszy trzeba było zapłacić około 800 złotych, za lepszy, robiła je na przykład warszawska firma Lassoty, aż 1200 złotych.
     
     
             Dla większości młodych oficerów były to astronomiczne sumy, i o ile nie pochodzili z zamożnych domów, musieli zaciągać pożyczki spłacane przez wiele lat z niewysokich pensji, które i tak obciążone były jeszcze wieloma „dobrowolnymi świadczeniami” na rzecz pułku, składkami na fundusz święta pułkowego, bale garnizonowe, na bibliotekę pułkową, Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, na prenumeratę „Polski Zbrojnej” i rozmaite inne cele.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    W pawilonach na osiedlu, na którym  mieszkali Hiobowscy , od wielu lat znajdował się zakład słynnej sieci fryzjerskiej "Wehrmacht Friseur". Ale nie był to zwykły zakład fryzjerski, o nie! Bardziej skupiał się na tym co w głowie, niż na tym co na głowie swoich klientek. Bo to był głównie fryzjer damski. Łukaszek i jego tata zawędrowali tam przypadkiem, a było to tak.
    Mało kto z mężczyzn zaglądał do wewnątrz, chociaż fryzjerki zachęcały twierdząc, że są najlepszym, najbardziej obiektywnym, najbardziej demokratycznym, uśmiechniętym zakładem fryzjerskim po tej stronie Drogi Mlecznej. Panowie jednak nie chadzali. Owszem, zdarzało się, że któryś uchylił drzwi i zajrzał do środka, ale uciekał potem z krzykiem, a w jego opowieści co tam zobaczył to nikt nie chciał wierzyć.
    Mama Łukaszka chodziła się czesać tylko tam. Babcia Łukaszka od lat młodości chodziła do fryzjera "Same Balejaże", a siostra Łukaszka chadzała do "Fryzjer shore". Obie panie krytykowały "Wehrmacht Friseur" za niski poziom usług.
    - Nawet balejażu nie zrobią - krzywiła się babcia Łukaszka. A siostra dorzucała:
    - Jak wracasz stamtąd to tylko masz podcięte końcówki i tyle!
    Ale mama Łukaszka ripostowała, że dla niej najważniejsza jest atmosfera lokalu. Tam może oddychać wolnością.
    I jak to w życiu bywa kilka rzeczy stało się jednocześnie tego samego dnia. Zaczęło się od tego, że Łukaszek przeczytał w internecie, że cały zespół pawilonów osiedlowych ma być wystawiony na sprzedaż. Jakoś galeria sztuki "Wymioty feminizmu" ani stołówka LGBT gdzie serwowano zup pomidorowy albo kotletę schabową nie cieszyły się powodzeniem i balansowały na granicy upadku.
    - A ten zakład fryzjerski? - zapytał tata Łukaszka.
    - Jak całe pawilony to fryzjer też - rzekł Łukaszek i od razu obu im się humor poprawił.
    Uśmiech szybko zniknął z ich twarzy kiedy okazało się, że poszli po zakupy a żaden z nich nie wziął kluczy. Na szczęście trafili na męża dozorczyni, pana Sitko. Pił piwo udając, że zamiata liście. Owszem, widział mamę Łukaszka. Weszła do zakładu fryzjerskiego "Wehrmacht Friseur".
    - Odradzam tam wchodzić! - wołał za nimi przerażony pan Sitko. - Mój znajomy jest ateistą, a kiedy tam wszedł to się przeżegnał!
    - Przecież nie może być tak źle - pocieszali się nawzajem Łukaszek i jego tata.
    Dotarli do pawilonów, stanęli pod drzwiami zakładu nie namyślając się wiele - po prostu weszli.
    Weszli i stanęli nie wierząc własnym oczom. Na czarno-czerwono-żółtych ścianach wisiały plakaty z hasłami "Jedźcie na roboty do Niemiec", "Wstydź się Polski", "Polak twój wróg", "Polak to podczłowiek", "Nieważne czy Polska będzie czy jej nie będzie,ważne bylebyśmy byli w Europie", "Niech żyją migranci", i wiele wiele innych...
    Na ich widok zamilkły rozmowy klientek, personel zatrzymał się wpół ruchu nożyczek. Podeszła do nich przysadzista tleniona blondyna w mundurze Obergrzywkafuehrera.
    - Ostrzyc czy ogolić? - szczeknęła.
    - Żony... Szukam... - bąknął niepewnie tata Łukaszka. Spod drugiej suszarki po lewej wynurzyła się głowa mamy Łukaszka. Wyglądała dokładnie tak samo jak przedtem, tylko z suszarki wydobywał się cichy głos: "Tunald-Dosk zbawcą narodu... Tylko jemu można ufać... Tunald-Dosk nie jest żadnym proniemieckim politykiem, on jest fuer Polen"...
    - K... Klucze - wystękał tata Łukasza. Mama Łukaszka sięgnęła do torebki i podała mu je.
    - Nie będzie żadnego strzyżenia? - dotarło do blondyny.
    - Nie - odparł tata Łukaszka. - Wychodzimy.
    I wtedy klientki się odblokowały werbalnie i pod ich adresem posypały się szyderstwa. Że są bezzębnym, biednym elektoratem, który nawet nie potrafi trafić do dobrego fryzjera.
    - Przecież trafiliśmy - wzruszył ramionami Łukaszek.
    - Ale mówiłyśmy o dobrym fryzjerze - zaśmiała się jedna z fryzjerek i została skarcona fizycznie przez blondynę.
    - Wkrótce będziemy przychodzić tu częściej - dodał Łukaszek i widząc zaniepokojone spojrzenia sprzedał informację, że jest kupiec na pawilony handlowe.
    Teraz panie zaniepokoiły się na dobre.
    - Wiadomo kto? - spytał tata Łukaszka.
    - Sieć "Kebaby kresowe jak ze Lwowa".
    Zaniepokojenie sięgnęło piku. Obergrzywkafuehrerin sięgnęła po telefon i łamanym niemieckim zaczęła rugać jakiegoś Oskara, że natychmiast ma coś z tym zrobić. Następnie rozłączyła się i oznajmiła triumfalnie:
    - Jutro nasz zakład fryzjerski zostanie wpisany na listę spółek strategicznych i żeby nas kupić będzie potrzebna zgoda rządu.
    - Po pierwsze kupią nie was, a całe pawilony - tata Łukaszka zaczął się śmiać. - A po drugie: jak prywatna, zagraniczna firma może być polską spółką strategiczną? To taki sam bezsens jak gdyby zrobić taką spółką... Ja wiem... O, na przykład TVN!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie 1919 roku upadły nadzieje komunistów na utworzenie Czerwonej Gwardii oraz Czerwonej Armii Polskiej.
     
     
               Dużym ciosem dla rozbudowy Czerwonej Gwardii było aresztowanie w marcu 1919 roku przez polskie służby bezpieczeństwa  Stefana Żbikowskiego, a nieco później Edwarda Próchniaka. Utrata w tak krótkim czasie głównego koordynatora polityki partii w sferze wojskowej, a następnie faktycznego szefa „Wojskówki”,  postawiła pod dużym znakiem zapytania szanse realizacji operacji dezintegracji Wojska Polskiego i stworzenia silnych struktur Czerwonej Gwardii.
     
     
                Próchniak oraz kilku innych aresztowanych komunistów zostało następnie wymienionych na aresztowanych przez bolszewików członków Polskiej Organizacji Wojskowej. Po wyjeździe do Rosji bolszewickiej musieli skoncentrować się na tworzeniu w Rosji formacji bolszewickich.
     
     
               Komuniści zabiegali u władz bolszewickich w przekształcenie Zachodniej Dywizji Strzelców w Polską Operacyjną Grupę Armijną, która miało stać się zalążkiem Czerwonej Armii Polskiej. Jednocześnie w celu rozbudowy tej formacji sięgnięto nie tylko po Polaków, ale także po Rosjan, Białorusinów, Litwinów, Ukraińców i Żydów.  Za  koncepcją „umiędzynarodowienia" szeregów przyszłej Czerwonej Armii Polskiej przemawiały nie tylko ograniczone możliwości mobilizacyjne, lecz także silna nieufność komunistów wobec polskich wojskowych. W memoriale skierowanym do Lenina, sformułowano ocenę, że wyłącznie 1 Brygada Strzelców może być traktowana jako ,,(…) jedyny duży i pewny oddział w Rosji”.
     
     
                Paranoidalna wręcz nieufność polskojęzycznych komunistów wobec własnych rodaków pogłębiała jeszcze bardziej ich wyalienowanie ze środowiska polskiego, potęgując tym samym uzależnienie polskich komunistów od ich bolszewickich protektorów. Bez ich ukrytego czy jawnego wsparcia  nie było możliwości przechwycenia władzy w Polsce przez komunistów.
     
     
               Równocześnie polskojęzyczni komuniści uznali, iż południowo-wschodnie rubieże rewolucyjnej Polski miały opierać się na Bugu, a północno-wschodnie - obejmować powiaty: bielski, białostocki, ewentualnie sokólski oraz zamieszkałe przez Polaków fragmenty dawnej guberni suwalskiej. W tym samym czasie plany operacyjne Frontu Zachodniego zakładały wcielenie do Rosji Lubelszczyzny i Białostocczyzny. Oznaczało to, że w bolszewickich  kręgach władzy rozważana była opcja jeszcze bardziej drastycznego, niż to proponowała KPRP, ograniczenia polskiego obszaru etnicznego. Ostatecznie obie strony uznały ten problem za drugorzędny i postanowiły odsunąć wiążące decyzje w sprawie linii rozgraniczenia na okres późniejszy.
     
     
               W ramach programu przekształcenia Zachodniej Dywizji Strzelców w Polską Operacyjną Grupę Armijną  sztab „polskiej dywizji”  przeniesiony został do Mińska, a nowym dowódcą jednostki mianowano Romana Lągwę. Na czele 1 Brygady Strzelców stanął Kazimierz Majewski, który rezydował w Wilnie.  W 2 Brygadzie Strzelców funkcję dowódcy pełnił Stanisław Kowalski, a jej sztab natomiast ulokowano w Baranowiczach. Na siedzibę sztabu 3 Brygady Strzelców wyznaczono zaś Lidę, a pełniącym obowiązki dowódcy został Władysław Dobrowolski.
     
     
               Komuniści podjęli także dość chaotyczne próby rozbudowy sieci punktów werbunkowych, których zadaniem było pozyskiwanie chętnych do służby w „polskich” formacjach rewolucyjnych. W ich tworzenie kierownictwo  KPRP w Rosji zaangażowało wszystkie terenowe komórki partyjne, którym zalecono udostępnienie własnych lokali dla potrzeb biur werbunkowych i wsparcie ich organizatorów. Rozwinięciem tej inicjatywy było stworzenie dwóch „punktów etapowych”,  jeden z nich zorganizowano w Wilnie z myślą o chętnych przebywających na terenach L-BSRR, drugi zaś powstał w Mińsku, dokąd kierować zamierzano ochotników z terenów ukraińskich i RSFRR. Łącznie działało 30 punktów rozrzuconych od Wilna po Orenburg i od Niżnego Nowogrodu po Odessę.
     
     
               Pomimo szerokiej akcji propagandowej oraz wsparcia władz bolszewickich do połowy marca 1919 roku szeregi „polskiej dywizji" powiększyły się zaledwie o około 800 ochotników. Przez następne trzy miesiące, w czasie których kontynuowano werbunek, odnotowano porównywalne zainteresowanie służbą w tej jednostce.


             Niezadowalające efekty działalności Wydziału Werbunkowego wymusiły na KPRP odstąpienie od realizacji pierwotnych zamierzeń. W praktyce oznaczało to konieczność skoncentrowania się niemal wyłącznie na poczynaniach indoktrynacyjnych prowadzonych przez Wydział Polityczny wśród żołnierzy Zachodniej Dywizji Strzelców.
     
     
                Zamiast stworzenia Czerwonej Armii priorytetem stało się jedynie utrzymanie etatów i dozbrojenie Zachodniej Dywizji Strzelców. Nie było to  łatwe, gdyż pojawiły się symptomy załamywania się u części żołnierzy „rewolucyjnego morale ". Dotyczyło to przede wszystkim tych, którzy za wszelką cenę pragnęli powrócić w rodzinne strony.
     

               Obejmowanie w administrację przez odrodzone państwo polskie coraz bardziej na wschód wysuniętych obszarów dotąd okupowanych przez Niemców sprawiło, że rejony koncentracji „polskiej dywizji” znalazły się w bezpośrednim sąsiedztwie linii granicznej wyznaczonej polsko-niemiecką umową białostocką. Ta „bliskość Polski" w połączeniu z oddalającą się perspektywą wkroczenia do ojczyzny pod czerwonymi sztandarami jednostek, wystawiła na próbę lojalność tej grupy mundurowych wobec rewolucji. Na jej podtrzymaniu skupili się aktywiści KPRP oddelegowani do pracy w Wydziale Politycznym. W celu intensyfikacji agitacji Rada Wojskowo-Rewolucyjna Zachodniej Dywizji Strzelców zaczęła nawet wydawać w Mińsku specjalny organ prasowy ukazujący się pod tytułem „Kronika Żołnierza Komunisty”.
     
     
              Przysłowiową czarę goryczy przelała związana z marcowym odwrotem głównych sił bolszewickich obawa, że podążając wraz z nimi na wschód, definitywnie utracona zostanie szansa powrotu do kraju. Do tego wszystkiego destrukcyjny wpływ na morale żołnierzy wywierały trudności aprowizacyjne. Anarchizacja szeregów żołnierskich w 3 Pułku Siedleckim osiągnęła w pewnym momencie taki poziom, że w obawie przed otwartym buntem zdecydowano się na czasowe ich rozbrojenie.
     
     
               Postępująca anarchizacja ujawniała się nie tylko w postawach szeregowych żołnierzy, ale także zaczęła dotykać kadry oficerskiej. Najbardziej spektakularnym tego wyrazem było „przejście na stronę przeciwnika” dowódcy 2 Dywizjonu Artylerii Lekkiej Waleriana Zaniepokojeni tym wszystkim bolszewiccy komisarze ludowi zmuszeni zostali do wykorzystania czekistów do prowadzenia działań prewencyjnych wszędzie tam, gdzie po jawiały się choćby symptomy nieposłuszeństwa .
     
     
               Gorliwość funkcjonariuszy Czeki wywoływała czasami odwrotny od oczekiwanego efekt. Taka sytuacja miała miejsce 7 marca w Baranowiczach, gdzie po aresztowaniu kilku „niepewnych żołnierzy” ich koledzy z 4 Pułku Warszawskiego otoczyli sztab 2 Brygady, by wymóc na zwierzchnikach pomoc w uwolnieniu zatrzymanych. „Porządek” musiano zaprowadzić siłami kawalerii.   Do równie drastycznych kroków musiano się uciec, tłumiąc bunt w 6 Pułku Grodzieńskim.
     
     
               W ramach realizacji polskiej operacji wileńskiej l oraz 2 Brygada Zachodniej Dywizji Strzelców znalazły się na głównych kierunkach uderzeń polskiej ofensywy.  W pierwszych bratobójczych starciach, do których wówczas doszło w rejonie Lidy i Baranowicz, większą bitnością wykazały się jednostki polskiej armii.
     
     
               Po zajęciu przez Wojsko Polskie Lidy, Nowogródka, Baranowicz i Wilna regularne walki na kilka tygodni ustały. Dochodziło jedynie do lokalnych starć . Kolejna faza polskich działań ofensywnych, prowadzonych na większą skalę, podjęta została pod koniec czerwca. Zgrupowanie dowodzone przez gen. Stanisława Szeptyckiego przystąpiło do ataku w kierunku Wilejki, Mołodeczna i Mińska. W rejonie drugiego z wymienionych miast doszło do walk pomiędzy oddziałami 3 Brygady a 2 Dywizją Piechoty Legionów. Podobnie jak w kwietniu zakończyły się one klęską komunistycznej jednostki.
     
     
               Te niepowodzenia doprowadziły do przekształcenia 3 Brygady w 52 Dywizję Strze1ców. W połowie lipca, walcząc już jako regularna formacja Armii Czerwonej, wzięła ona udział w nieudanej próbie do kontruderzenia wyprowadzanego z przedpola Mińska. W trakcie walk 52 Dywizja poniosła bardzo duże straty.
     
     
               Klęski na froncie,  załamanie się akcji werbunkowej oraz ferment wśród żołnierzy, skłoniły kierownictwo KPRP  do oficjalnego ogłoszenia decyzji o odstąpieniu od formowania Polskiej Operacyjnej Grupy Armijnej.
     
     
               Tym samym uznano, iż  rewolucję nad Wisłą wesprzeć mogła jedynie Armia Czerwona.  Ewentualne komunistyczne powstanie w Polsce przebiegać musiało bez udziału choćby szczątkowych polskich formacji rewolucyjnych.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    A. Miodowski – Polityka wojskowa radykalnej lewicy 1917-1921
     
     
    Materiały archiwalne do historii stosunków polsko-radzieckich, red. N. Gąsiorowska 
     
     
    A. Pepłoński - Kontrwywiad II Rzeczypospolitej
     
     
    A. Leinwand -  Pogotowie Bojowe i Milicja Ludowa w Polsce 1917-1919
     
     
    I. Pawłowski, K. Sobczak -  Walczyli o Polskę. Polacy i oddziały polskie w rewolucji październikowej i wojnie domowej w Rosji 1917-1921.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    14 listopada w serwisie PAP Media Room ukazał się materiał pochodzący z KGS (Krajowej Grupy Spożywczej), w którym Spółka chwali się wynikiem finansowym i inwestycjami. Ale to jak chwalić się sukcesem, którego nie ma i gdy porażka nieuchronnie się zbliża.

    Na koniec roku obrotowego Krajowa Grupa Spożywcza osiąga dobry wynik finansowy i wciąż rozwija swój potencjał. W ciągu ostatnich miesięcy spółki wchodzące w skład Grupy Kapitałowej zrealizowały strategiczne inwestycje – do użytku oddano oczyszczalnię ścieków w Cukrowni Malbork za 95 mln zł, czy nowoczesną oborę w Danko o wartości ponad 20 mln zł… Z końcem września Krajowa Grupa Spożywcza S.A. zakończyła rok obrotowy 2023/2024. Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Wypracowany zysk jest niewątpliwie dowodem na skuteczność w budowaniu istotnej roli Grupy w sektorze rolno-spożywczym.

    – informuje Krajowa Grupa Spożywcza (https://pap-mediaroom.pl/biznes-i-finanse/kgs-sa-konczy-kolejny-rok-obrotowy-z-zyskiem)

     

    Tajny wynik finansowy?

    Wspaniale, ale jaki jest wynik finansowy KGS?

    Tego czytelnik się nie dowie, bo KGS go nie ujawnił. Chyba po raz pierwszy w historii, Spółka szczyci się dobrym wynikiem finansowym po zakończeniu roku obrotowego, nieznanym, utajnionym. Czy to jakiś nowy rodzaj transparentności?

    Wynik finansowy jest tak dobry, że nie można go ujawnić

    – żartuje jeden z pracowników.

    Pewną wskazówką może stanowić informacja KGS, że Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Problem w tym, że jak wynika ze sprawozdania zarządu KGS za rok 2022/23, wynik finansowy brutto był o 433 tys. zł, a netto o 32,716 mln zł wówczas niższy od zaplanowanego. Czy zatem ktoś nie zagalopował się powyższym stwierdzeniem? I co sądzić o obecnej zapowiedzi dotyczącej roku 2023/24?

    Przypomnijmy wyniki finansowe w roku obrotowym:

    2020/21 – brutto: 121,599 mln, netto: 84,499 mln zł

    2021/22 – brutto: 374,410 mln zł, netto: 284,90 mln zł

    2022/23 – brutto: 578,873 mln zł, netto: 430,7 mln zł

    Czyli obserwowaliśmy do 2023 roku trend wzrostowy w zakresie wyniku finansowego brutto i netto.

    Wynik finansowy za rok 2023/24 będzie znacznie niższy niż w latach ubiegłych, a za rok prognozowana strata jakiej jeszcze nie było.

    – twierdzą nasze źródła?

     

    Porażka się zbliża

    I rzeczywiście z szacunków byłego prezesa Elewarru dra Daniela Alain Korony z czerwca br. wynikało, że strata KGS w roku 2024/25 może sięgać 600 mln zł. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-i-elewarr-zamkna-rok-obrotowy-stratami/. Przy obecnych cenach cukru i kosztach produkcji przy założeniu że ceny cukru nie wzrosną, nie można wykluczyć straty rzędu 800 mln – 1 mld zł. Wprawdzie w ostatnich dniach ceny cukru zaczęły lekko rosnąć, ale ceny są wciąż daleko niższe od kosztów produkcji.

    Trend spadkowy cen cukru był widoczny od dawna, ale z informacji z posiedzeń rady nadzorczej które ujawniliśmy wynikało, że zlekceważono ten fakt, nie podjęto (a przynajmniej o nich nie wiemy) żadnych działań zmierzających do obniżenia kosztów na rok 2024/25. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-spokojnie-ceny-cukru-tylko-spadaja/

    Ale jest gorzej, gdyż nawet po zmniejszeniu cen skupu buraka cukrowego w kontraktacji na rok 2025/26, KGS może nadal wykazywać ujemne wyniki finansowe. https://zyciestolicy.com.pl/burak-nieoplacalny-dla-rolnikow-cukier-dla-kgs/

     

    Fatalne zarządzanie?

    Ale dla KGS i jego prezesa, ważniejszy okazał się temat oczyszczalni ścieków. Czy naprawdę 95 mln wydanych na tą inwestycję (być może nawet i potrzebne) jest ważniejszym osiągnięciem niż wynik KGS i spółek zależnych? Czy KGS chce kojarzyć się oczyszczalnią ścieków, zamiast np. z terminalem zbożowym (KGS przegrał przetarg), magazynami zasypanymi polskim zbożem (skup Elewarru był bardzo słaby) i rolnikami zadowolonymi ze współpracy (na razie uciekają od Elewarru do konkurencji np. w Bielsku Podlaskim).

    Ten artykuł jest kabaretowy. Ktoś nie docenia inteligencji rolników, branży i myśli że kogoś nabierze na autopromocję prezesa Zagórskiego.

    – mówi nam jeden z pracowników.

    Faktem jest, że ta promocja KGS w PAPie kłóci się z odczuciami wielu pracowników, którzy wskazują że:

    spółki zależne są gorzej zarządzane niż gdy były pod Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa, rozmnożyły się zatrudnienia i wynagrodzenia najbliższych współpracowników prezesa, a jedynym sukcesem prezesa jest trwanie na stanowisku.

    To oczywiście tylko pogląd, ale czy bezpodstawny?

    W segmencie zbożowo-młynarskim w roku 2023/24 spółki miały uzyskać dodatnie wyniki finansowe. Tymczasem Elewarr zakończy rok obrotowy według naszych szacunków ze stratą 18-20 mln zł (i to po dokapitalizacji z KPO i sprzedaży ZZZ), Zamojskie Zakłady Zbożowe musiały zostać dokapitalizowane (co KGS przedstawia jako wsparciem spółek zależnych, czego dowodem jest podjęcie w ostatnich dniach przez Zarząd KGS S.A. uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego „Zamojskich Zakładów Zbożowych” sp. z o.o.) gdyż spółka miała trudności ze spłatą odsetek od pożyczki udzielonej przez Krajową Grupę Spożywczą S.A., wynoszących ponad 170 tys. zł miesięcznie, a wyniki finansowe PZZ Stoisław z kolei pozostawiają do życzenia…

    A zatrudnienia np. w Elewarrze wzbudzają kontrowersje, specjalista od restrukturyzacji (z PKD w zakresie pogrzebów), dyrektor ds. logistyki w oddziale Gądki (choć takiej potrzeby nie ma), działacz Agrounii w Rzeszowie (choć firma tego działacza ma w PKD działalność konkurencyjną), prezes Łukasiewicz … – jak mówią pracownicy – lepiej nie mówić.

     

    Jedyny sukces: trwanie prezesa Zagórskiego?

    A zatem być może rzeczywiście jedynym sukcesem jest trwanie na stanowisku prezesa Zagórskiego tj. byłego posła i ministra w czasach PIS, wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła zawiadomienie do prokuratury w związku z przekazaniem danych PESEL Poczcie Polskiej w sprawie wyborów kopertowych, wbrew elektoratowi obecnej koalicji rządzącej (KO-Lewica-Trzecia Droga) i pomimo publicznych deklaracji premiera Tuska, ministrów o rozliczeniach.

    Komunikat powinien dotyczyć autoprezentacji jak trwać na stanowisku i tańczyć chocholi taniec z PSL i premierem Tuskiem , na tyle skutecznie że chcą go oglądać i słuchać na stanowisku prezesa?

    – komentuje jeden z pracowników.

    Może czas by ten spektakl się już wreszcie zakończył

    (za https://zyciestolicy.com.pl)

    0
    No votes yet
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    14 listopada w serwisie PAP Media Room ukazał się materiał pochodzący z KGS (Krajowej Grupy Spożywczej), w którym Spółka chwali się wynikiem finansowym i inwestycjami. Ale to jak chwalić się sukcesem, którego nie ma i gdy porażka nieuchronnie się zbliża.

    Na koniec roku obrotowego Krajowa Grupa Spożywcza osiąga dobry wynik finansowy i wciąż rozwija swój potencjał. W ciągu ostatnich miesięcy spółki wchodzące w skład Grupy Kapitałowej zrealizowały strategiczne inwestycje – do użytku oddano oczyszczalnię ścieków w Cukrowni Malbork za 95 mln zł, czy nowoczesną oborę w Danko o wartości ponad 20 mln zł… Z końcem września Krajowa Grupa Spożywcza S.A. zakończyła rok obrotowy 2023/2024. Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Wypracowany zysk jest niewątpliwie dowodem na skuteczność w budowaniu istotnej roli Grupy w sektorze rolno-spożywczym.

    – informuje Krajowa Grupa Spożywcza (https://pap-mediaroom.pl/biznes-i-finanse/kgs-sa-konczy-kolejny-rok-obrotowy-z-zyskiem)

     

    Tajny wynik finansowy?

    Wspaniale, ale jaki jest wynik finansowy KGS?

    Tego czytelnik się nie dowie, bo KGS go nie ujawnił. Chyba po raz pierwszy w historii, Spółka szczyci się dobrym wynikiem finansowym po zakończeniu roku obrotowego, nieznanym, utajnionym. Czy to jakiś nowy rodzaj transparentności?

    Wynik finansowy jest tak dobry, że nie można go ujawnić

    – żartuje jeden z pracowników.

    Pewną wskazówką może stanowić informacja KGS, że Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Problem w tym, że jak wynika ze sprawozdania zarządu KGS za rok 2022/23, wynik finansowy brutto był o 433 tys. zł, a netto o 32,716 mln zł wówczas niższy od zaplanowanego. Czy zatem ktoś nie zagalopował się powyższym stwierdzeniem? I co sądzić o obecnej zapowiedzi dotyczącej roku 2023/24?

    Przypomnijmy wyniki finansowe w roku obrotowym:

    2020/21 – brutto: 121,599 mln, netto: 84,499 mln zł

    2021/22 – brutto: 374,410 mln zł, netto: 284,90 mln zł

    2022/23 – brutto: 578,873 mln zł, netto: 430,7 mln zł

    Czyli obserwowaliśmy do 2023 roku trend wzrostowy w zakresie wyniku finansowego brutto i netto.

    Wynik finansowy za rok 2023/24 będzie znacznie niższy niż w latach ubiegłych, a za rok prognozowana strata jakiej jeszcze nie było.

    – twierdzą nasze źródła?

     

    Porażka się zbliża

    I rzeczywiście z szacunków byłego prezesa Elewarru dra Daniela Alain Korony z czerwca br. wynikało, że strata KGS w roku 2024/25 może sięgać 600 mln zł. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-i-elewarr-zamkna-rok-obrotowy-stratami/. Przy obecnych cenach cukru i kosztach produkcji przy założeniu że ceny cukru nie wzrosną, nie można wykluczyć straty rzędu 800 mln – 1 mld zł. Wprawdzie w ostatnich dniach ceny cukru zaczęły lekko rosnąć, ale ceny są wciąż daleko niższe od kosztów produkcji.

    Trend spadkowy cen cukru był widoczny od dawna, ale z informacji z posiedzeń rady nadzorczej które ujawniliśmy wynikało, że zlekceważono ten fakt, nie podjęto (a przynajmniej o nich nie wiemy) żadnych działań zmierzających do obniżenia kosztów na rok 2024/25. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-spokojnie-ceny-cukru-tylko-spadaja/

    Ale jest gorzej, gdyż nawet po zmniejszeniu cen skupu buraka cukrowego w kontraktacji na rok 2025/26, KGS może nadal wykazywać ujemne wyniki finansowe. https://zyciestolicy.com.pl/burak-nieoplacalny-dla-rolnikow-cukier-dla-kgs/

     

    Fatalne zarządzanie?

    Ale dla KGS i jego prezesa, ważniejszy okazał się temat oczyszczalni ścieków. Czy naprawdę 95 mln wydanych na tą inwestycję (być może nawet i potrzebne) jest ważniejszym osiągnięciem niż wynik KGS i spółek zależnych? Czy KGS chce kojarzyć się oczyszczalnią ścieków, zamiast np. z terminalem zbożowym (KGS przegrał przetarg), magazynami zasypanymi polskim zbożem (skup Elewarru był bardzo słaby) i rolnikami zadowolonymi ze współpracy (na razie uciekają od Elewarru do konkurencji np. w Bielsku Podlaskim).

    Ten artykuł jest kabaretowy. Ktoś nie docenia inteligencji rolników, branży i myśli że kogoś nabierze na autopromocję prezesa Zagórskiego.

    – mówi nam jeden z pracowników.

    Faktem jest, że ta promocja KGS w PAPie kłóci się z odczuciami wielu pracowników, którzy wskazują że:

    spółki zależne są gorzej zarządzane niż gdy były pod Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa, rozmnożyły się zatrudnienia i wynagrodzenia najbliższych współpracowników prezesa, a jedynym sukcesem prezesa jest trwanie na stanowisku.

    To oczywiście tylko pogląd, ale czy bezpodstawny?

    W segmencie zbożowo-młynarskim w roku 2023/24 spółki miały uzyskać dodatnie wyniki finansowe. Tymczasem Elewarr zakończy rok obrotowy według naszych szacunków ze stratą 18-20 mln zł (i to po dokapitalizacji z KPO i sprzedaży ZZZ), Zamojskie Zakłady Zbożowe musiały zostać dokapitalizowane (co KGS przedstawia jako wsparciem spółek zależnych, czego dowodem jest podjęcie w ostatnich dniach przez Zarząd KGS S.A. uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego „Zamojskich Zakładów Zbożowych” sp. z o.o.) gdyż spółka miała trudności ze spłatą odsetek od pożyczki udzielonej przez Krajową Grupę Spożywczą S.A., wynoszących ponad 170 tys. zł miesięcznie, a wyniki finansowe PZZ Stoisław z kolei pozostawiają do życzenia…

    A zatrudnienia np. w Elewarrze wzbudzają kontrowersje, specjalista od restrukturyzacji (z PKD w zakresie pogrzebów), dyrektor ds. logistyki w oddziale Gądki (choć takiej potrzeby nie ma), działacz Agrounii w Rzeszowie (choć firma tego działacza ma w PKD działalność konkurencyjną), prezes Łukasiewicz … – jak mówią pracownicy – lepiej nie mówić.

     

    Jedyny sukces: trwanie prezesa Zagórskiego?

    A zatem być może rzeczywiście jedynym sukcesem jest trwanie na stanowisku prezesa Zagórskiego tj. byłego posła i ministra w czasach PIS, wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła zawiadomienie do prokuratury w związku z przekazaniem danych PESEL Poczcie Polskiej w sprawie wyborów kopertowych, wbrew elektoratowi obecnej koalicji rządzącej (KO-Lewica-Trzecia Droga) i pomimo publicznych deklaracji premiera Tuska, ministrów o rozliczeniach.

    Komunikat powinien dotyczyć autoprezentacji jak trwać na stanowisku i tańczyć chocholi taniec z PSL i premierem Tuskiem , na tyle skutecznie że chcą go oglądać i słuchać na stanowisku prezesa?

    – komentuje jeden z pracowników.

    Może czas by ten spektakl się już wreszcie zakończył - konkluduje portal https://zyciestolicy.com.pl 

    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Oprócz indoktrynacji polskich żołnierzy komuniści podjęli również próbę utworzenia Czerwonej Armii.
     
     
               Jej pierwociny powstały już pod koniec października 1918 roku w Zagłębiu Dąbrowskim. Początkowo szeregi bojowców zasilili wyłącznie członkowie SDKPiL oraz PPS Lewicy. Z upływem czasu dzięki prowadzonej agitacji zdołano powiększyć ich stany osobowe poprzez przyciągnięcie grupy robotników bezpartyjnych.
     
     
               W Instrukcji dla Komitetów Robotniczych, Kopalnianych, Fabrycznych,  Hutniczych i Folwarcznych  zapisano, iż ,, (…) zbrojne zastępy Czerwonej Gwardii, które podlegają kierownictwu Rad Delegatów Robotniczych, mają być na jej wezwanie w każdej chwili gotowe do wystąpienia w obronie klasy robotniczej i wydania boju śmiertelnego wrogom proletariatu”.
     
     
               Pod tym sformułowaniem kryła się zapowiedź użycia siły zbrojnej w trakcie próby przejęcia władzy w Polsce.
     
     
               Równocześnie zaczęto tworzyć dla oddziałów Czerwonej Gwardii sieć punktów koncentracji określanych mianem wartowni. Lokowano je w strategicznie ważnych punktach usytuowanych w pobliżu kopalń, hut i fabryk. W celu wykorzystania potencjału kilkuset uzbrojonych czerwonogwardzistów rozproszonych na terenie Sosnowca, Dąbrowy, Sędzina, Czeladzi, Grodźca, Wojciechowic i Milowic, konieczne stało się powołanie ośrodków kierowniczo-koordynujących. Jeden z nich – pod nazwą Sekcja Uzbrojenia Robotniczego -  powstał w lutym 1919 roku przy Radzie Delegatów Robotniczych  Okręgu Dąbrowskiego.  Do jej najważniejszych zadań należało „sprawowanie kontroli nad oddziałami Czerwonej Gwardii i przygotowanie sił zbrojnych proletariatu do rewolucji".
     

               Priorytetową sprawą było zorganizowanie oddziałów Czerwonej Gwardii w stolicy odradzającego się państwa. Z kilkutygodniowym poślizgiem w stosunku do Zagłębia stosowne działania podjęła pod koniec listopada 1918 r. warszawska Rada Delegatów Robotniczych. Osobą odpowiedzialną za ich powstanie był Stanisław Budzyński, b. wiceprzewodniczący piotrogrodzkiego CKW RDRiŻ oraz członek dowództwa delegowanie Zachodniej Dywizji
    Strzelców.
     
     
               Na początku grudnia 1918 roku stołeczna RDR wystosowała apel do robotników,w którym podkreślono, iż  na „drodze ku organizowaniu władzy rad powinni robotnicy gromadzić siły do ostatecznej z wrogiem rozprawy. Rząd oparty na gwałcie, na sile zbrojnej tylko przemocą obalić potrafimy. Dlatego robotnicy powinni się skupić w jednostki bojowe, powinni się zbroić. Powszechnym hasłem w dzielnicach robotniczych powinna być Czerwona Gwardia, która powstała z łona proletariatu i przezeń kierowana w niedalekiej przyszłości stanie się jednym z najważniejszych ośrodków groźnej i potężnej siły, która obali współczesny ustrój kapitalistyczny, a dzisiejszych jego obrońców zasypie gruzami. Tworzenie proletariackiej Czerwonej Gwardii jest zadaniem dnia, wytężmy siły nasze w tym kierunku, a zwycięstwo przed nami”.
     
     
            Wezwanie to spotkało się raczej z umiarkowanym odzewem wśród warszawskich robotników.
     
     
             Nieudaną próbę zamachu na rząd Jędrzeja Moraczewskiego, przeprowadzoną przez środowiska prawicowe w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku, komuniści wykorzystali do zgłoszenia rezolucji wzywającej rząd do „uzbrojenia ludu i utworzenia Czerwonej Gwardii podporządkowanej całkowicie Radom Delegatów Robotniczych, (…) która zdobyć może i utrwalić pełną wolność i dać robotnikom możność wyzwolenia się spod krwawych szponów kapitału”.
     
     
               W ten sposób starano się doprowadzić do powtórzenia się w Polsce sytuacji, do jakiej doszło we wrześniu 1917 roku w Rosji w związku z puczem gen. Ławra Korniłowa. Jędrzej Moraczewski w przeciwieństwie do Aleksandra Kiereńskiego nie zgodził się na uzbrojenie bojowców Czerwonej Gwardii. Przeciwnie, przyspieszył,  zapoczątkowany już 18 grudnia 1918 roku, proces likwidacji oddziałów Czerwonej Gwardii i ich struktur kierowniczych.
     
     
              Ostatnie zakrojone na szeroką skalę działania przeprowadzono w połowie lutego 1919 roku, aresztując m.in. dwóch komisarzy czerwonogwardyjskich kierujących formacjami na terenie Okręgu Dąbrowskiego i Sosnowieckiego.
     
     
             Nie mogąc liczyć na powiększenie własnych arsenałów drogą wymuszonego okolicznościami przydziału rządowego, zdecydowano się więc poszukiwać innych źródeł zaopatrzenia w broń. Jej pozyskanie stanowiło bowiem jeden z warunków urzeczywistnienia planów rozbudowy Czerwonej Gwardii.
     
     
              O wadze tej sprawy świadczyło zaangażowanie znacznych sił i środków w celu zorganizowania i zaopatrzenia magazynów z uzbrojeniem. W Warszawie nadzór nad nimi powierzono Kazimierzowi Wincentemu Łąkowskiemu. Był on osobą „najwyższego zaufania” zaangażowaną w kluczowe przedsięwzięcia komunistów. Z ramienia „Wojskówki” tworzył Radę Delegatów Robotniczych oraz organizował akcje indoktrynacyjne w szeregach pepeesowskiej Milicji Ludowej.
     
     
              Charakteryzując swoje obowiązki i rolę partyjnego zbrojomistrza, stwierdził, iż  ,,(…) kontrolowałem zawartość, jakość oraz pielęgnację broni. Z tych składów podejmowano broń w czasie samoobrony przeciwko szpiclom i prowokatorom oraz na ewentualne opanowanie pozycji wroga" .
     
     
               Komunistyczne plany zdobycia władzy na drodze zbrojnego zamachu niosły ze sobą konieczność znaczącego powiększenia dotychczas zgromadzonych arsenałów. Próbowano tego dokonać, przemycając broń przekazywaną przez bolszewickich komisarzy ludowych i pozyskując ją nielegalnie z krajowych źródeł. Ze względu na obecność w strefie nadgranicznej znacznych sił Wojska Polskiego dostawy broni z Rosji bolszewickiej były znacznie utrudnione.. Pozostawało więc przede wszystkim szukanie sposobów nielegalnego zaopatrzenia na miejscu.
     
     
                Z raportów Biura Wywiadowczego MSW wynika, że po tym jak ,,(…) Centralny Komitet wydał rozkaz mobilizacyjny na terenie całego Królestwa, (…) wydano instrukcję zaopatrywania się w broń. Instrukcja ta odnosi się również do sympatyków KPRP. Sformowane oddziały lotne skupują broń lub na podstawie sfałszowanych dokumentów konfiskują. Zachodzi obawa, że komuniści będą przekupywać żołnierzy i napadać na posterunki wojskowe w celu zdobywania broni".  Ta obawa okazała się w pełni uzasadniona. Z późniejszych informacji wywiadowczych wiadomo, iż (…) żołnierze z arsenału Cytadeli Warszawskiej sprzedają rewolwery komunistom", a „dwaj oficerowie, czy też osoby przebrane w ich uniformy, dostarczyli z ulicy Elektoralnej do lokalu partyjnego na Woli pudła zawierające 27 rewolwerów i 4 bomby”.
     
     
              Wykorzystywano także więzy rodzinne. Służący w 7 Pułku Piechoty Legionów ppor. Kędra przekazał miejscowym ,,(…) komunistom większą ilość karabinów, zaś granaty ręczne i amunicja zostały przez tamtejszą żandarmerię skonfiskowane, nim zdołał je dostarczyć". Na rolę „zaopatrzeniowca" zdecydował się ze względu na żonę, której siostry były znanymi aktywistkami komunistycznymi.
     
     
              Znacznym ułatwieniem dla zdobywania broni było pozyskiwanie osób o legionowym rodowodzie. Szczególnym przykładem takiej postaci był Kazimierz Lauer, dawny oficer 2 Brygady Legionów Polskich. W strukturach „Wojskówki” zajmował dość eksponowane stanowiska, jako łącznik wydziału z warszawskim Komitetem Miejskim i zastępca takiegoż do spraw kontaktów z KC KPRP.  Zanim Biuro Wywiadowcze MSW zdołało zidentyfikować jego kontakty udało mu się pozyskać sporo broni.  Jeden ze współpracowników „Ludwika" wskazywał, iż miał on ,,(…) stopień oficerski oraz wiedzę fachową, co ułatwiało mu podejście do żołnierzy, znał też rozmieszczenie oddziałów wojskowych w terenie, miał znajomości wśród wojskowych, którzy doręczali nam karty służbowe na wyjazdy oraz bezpłatne bilety kolejowe. W karty te i bilety kolejowe zaopatrywaliśmy naszych dwóch ludzi, którzy w mundurach wojskowych rozwozili literaturę KPRP po całej Polsce".
     
     
              Zakup uzbrojenia finansowany był z pieniędzy dostarczanych z Rosji bolszewickiej.
     
     
               Aresztowania wśród mundurowych ułatwiających i prowadzących handel uzbrojeniem, a zwłaszcza represje wobec najbardziej aktywnych w tej sferze działaczy KPRP pozwoliły zahamować rozrost arsenałów partyjnych powiększanych z myślą o Czerwonej Gwardii.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)