blogi

  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Hiobowscy siedzieli w kuchni, gdy do pomieszczenia wsunęła się siostra Łukaszka i położyła na stole pustą torbę.
    - A gdzie zakupy? - zapytała babcia. - Nie byłaś w sklepie?
    - Byłam - odparła posępnie siostra.
    - To czemu niczego nie kupiłaś?
    - Bo był draka. Aresztowali pana Sitko.
    No i siostra przez moment poczuła się jak premier Tunald-Dosk: nikt jej nie uwierzył.
    - Naprawdę - zaklinała się. - Możecie iść do pani Sitko i zapytać.
    Hiobowscy ruszyli na parter. W mieszkaniu dozorczyni było już kilka osób. Wszystkie płakały. Pani Sitko na widok siostry rozpłakała się jeszcze bardziej.
    - To moja wina! Stwierdziłam, że za dużo pije wódki i...
    - I...? - podchwycili wszyscy.
    - I wysłałam go do sklepu po jakiś zagraniczny - załkała dozorczyni. - Miał kupić o takiej śmiesznej nazwie: glin.
    - Gin - poprawił odruchowo tata Łukaszka.
    - Byłam przy tym - zaznaczyła siostra.
    Wszyscy zażądali wyjaśnień.
    - Stał w kolejce trzy osoby przede mną - opowiadała siostra Łukaszka. - Kiedy nadeszła jego kolej pokazał na półkę z alkoholem i powiedział, że chce gin. Ale pan sprzedawca jest przygłuchy. Więc pan Sitko kilka razy krzyczał "gin, gin" pokazując na półkę. A nad nią wisiał plakat z Orzym-Jewsiakiem...
    - W tym roku Największa Kwesta sprzedawała małpki z cytrynówką zbierając na pomoc dla alkoholików - wyjaśnił Łukaszek. - Stąd ten plakat nad półką z alkoholami.
    - No i pewnym momencie zawołał" gin, człowieku" - westchnęła siostra.
    Zapadła cisza, którą przerwała pani Sitko:
    - Kto go aresztował?
    - Wojewódzki Oddział Śmiechu Publicznego.
    Powiało grozą i kiszoną kapustą z kuchni.
    I nie wiadomo co byłoby dalej gdyby nie rozległ się dzwonek do drzwi. Po chwili do mieszkania wszedł sam pan Sitko, który zginął w potężnym uścisku żony.
    - Puścili cię! - krzyczała pani Sitko, po czym nagle przestała, odsunęła się i zapytała co to za chomąto jej małżonek ma na szyi. Małżonek odwinął szal i pokazał wszystkim co: elektroniczną obrożą z migającą zieloną diodą.
    - Puścili, ale dali dozór elektroniczny - poinformował pan Sitko rozbierając się. - Ta zabawka ma cały czas nadawać co robię, gdzie jestem i takie tam. Nie mogę jej zdjąć. Nawet w czasie kąpieli.
    - A w czasie... - pani Sitko urwała, zaczerwieniła się i uciekła spojrzeniem na meblościankę.
    - Też - mruknął pan Sitko. - Już próbowałem zdjąć. Nie da się. To jest niezniszczalne.
    - No nic - pani Sitko podeszła do meblościanki. - Najważniejsze, że już jesteś. Od dziś koniec z alkoholem.
    Pan Sitko poruszył się niespokojnie.
    - Tym zagranicznym - uściśliła dozorczyni. - Krajowy może być. On nam pecha nie przynosił.
    I sięgnęła po butelkę i kieliszek. Pan Sitko spojrzał z dezaprobatą na małość naczynia, ale szybko się rozchmurzył pod bacznym wzrokiem małżonki. Pani Sitko nalała, pan Sitko uniósł kieliszek. Był bardzo zdenerwowany - tym chyba jedynie można tłumaczyć niezręczność jaką popełnił. Bo zdarzyło mu się coś, czego prawdziwy Polak nigdy nie robi.
    Pan Sitko rozlał wódkę.
    Ale tylko troszeczkę. Parę kropli.
    Na obrożę.
    Dioda zmieniła kolor na czerwony, zamrugała nerwowo kilka razy i zgasła. Potem rozległ się syk, obręcz obroży topiła się jak pokład Nostromo pod śliną Obcego. Obroża rozpadła się na dwie części i spadła do stóp pana Sitko.
    - No! - i pan Sitko odpiął guzik swetra pod szyją. - To proszę państwa zaczynamy walkę o wolność! Kto ze szklanki, kto z kieliszka?
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     W 1942 roku na froncie wschodnim pojawiły się pierwsze „Tygrysy”.
     
     
               Niespodziewane dla Niemców pojawienie się na froncie sowieckich czołgów typu T-34 oraz KW-1 latem 1941 roku stanowiło wstrząs dla niemieckich żołnierzy, gdy bezskutecznie ostrzeliwali te potężne czołgi przeciwpancernymi pociskami.
     
     
               W tej sytuacji przyspieszeniu uległy plany budowy niemieckiego ciężkiego czołgu.
     
     
               Już pod koniec 1937 roku powstał prototypowy DW 1 (Durchbruchswagen – czołg przełamania), który przeszedł wszechstronne testy. Niedługo potem opracowano model DW2. W 1939 roku firma Henschel opracowała projekt czołgu VK 30.01, w  którym zastosowano wypróbowaną już, typową dla niemieckich wozów bojowych konfigurację: montowany z tyłu silnik oraz układ jezdny w przedniej części kadłuba. Płyty pancerne, czołowa i tylna, były niemal pionowe, a elementy nadwozia nie wystawały spod pancerza bocznego.
     
     
               Mniej więcej w tym samym czasie także Ferdinand Porsche otrzymał zlecenie opracowania czołgu ciężkiego. Tak jak w przypadku DW 1 i DW 2, czołg ten miał mieć wieżę z działem 7,5-cm KwK L/24 – identycznym jak w PzKpfw IV. Wkrótce jednak zaproponowano wykorzystanie w roli uzbrojenia głównego armaty kalibru 105 mm, jednak takie działo zajmowało zbyt dużo miejsca w czołgowej wieży i w ciasnym wnętrzu czołgu należało wygospodarować dodatkowe miejsce dla większej amunicji.
     
     
               Z końcem 1941 roku był gotów pierwszy pojazd testowy Porsche VK 30.01(P), znany też jako Typ 100. Wyposażono go w działo  8,8-cm KwK L/56 – była ona  wersją rozwojową niezwykle skutecznej i groźnej Flugzeugabwehrkanone 88-milimetrowej (8,8-cm FlaK). Wkrótce potem powstał projekt Typ 101, w którym wzmocniono pancerz czołowy z 50 mm do 100 mm,  boczny z 40 mm do 80 mm i tylny do 80 mm.  Koła jezdne z gumowymi bandażami zastąpiono pełnymi kołami stalowymi.
     
     
               Równocześnie firma Henschel przedstawiła kolejny prototyp, oznaczony symbolem VK 45.01(H), który wbrew oznaczeniu ważył ponad 55 ton.
     
     
               Powołana w kwietniu 1942 roku celu oceny obu projektów komisja przetestowała na terenie jednostki wojskowej w Kętrzynie modele firm Porsche i Henschel. Testy wykazały spore różnice w osiągach i manewrowości pojazdów na niekorzyść Porsche. W maju powtórzono próby na poligonie w mieście Berka. Okazało się, że czołg Henschla, opracowany pod kierownictwem Erwina Adersa, nadal wykazywał przewagę nad zbyt awaryjnym prototypem Porsche. Zwycięski projekt (Henschel) otrzymał oznaczenie SdKfz 181 Panzerkampfwagen VI Tiger Ausf. H1 (później, po wprowadzeniu czołgów Tiger II, zmieniono oznaczenie na Ausf. E).
     
     
               Czołg ważył 56 ton, a jego opancerzenie było – jak na standardy 1942 roku -  imponujące. Czołowe partie kadłuba i wieży miały po 100 mm grubości, a płyty boczne i tylne 80 mm.  To, że kadłub miał kanciasty, pudełkowaty kształt, nie zmieniało faktu, iż zapewniał załodze dobrą ochronę. Pod koniec 1942 roku alianci nie dysponowali działem ani amunicją mogącymi poważniej uszkodzić PzKpfw VI Tiger z odległości powyżej 100 metrów.
     
     
               Tygrys uzbrojony był w armatę kalibru 88 mm oraz 2 karabiny maszynowe MG 34 kat. 7,92 mm. Jej lufa miała długość 4,93 m (L/56 – 56-krotna wielokrotność kalibru działa), a znaczna prędkość początkowa wystrzeliwanych z niej pocisków przeciwpancernych umożliwiała atakowania wozów bojowych przeciwnika ze znacznej odległości. Spory kaliber armaty pozwalał również na strzelanie pociskami odłamkowo- burzącymi, zabójczo skutecznymi w zwalczaniu nieufortyfikowanych celów oraz tzw. siły żywej
     
     
                Tygrys wyposażony był w 12-cylindorowy silnik benzynowy Maybach HL 210 P30 (skrót „HL” oznaczał Hochleistung – wysokowydajny), o mocy maksymalnej około 640 KM (478 kW). Silnik ten jednak miał tendencję do przegrzewania się, a jego układ chłodzenia ciągle sprawiał kłopoty. Przewody paliwowe w silnikach HL 210 również powodowały problemy, ponieważ produkowano je z materiałów marnej jakości, które łatwo się odkształcały i wysuwały ze złączy. Czasem przewody te zaczynały przeciekać, co nierzadko prowadziło do pożaru silnika.
     
     
               Po montażu serii 250 PzKpfw VI, w „Tygrysach” postanowiono zastosować potężniejszy silnik Maybach HL 230 P45, o mocy maksymalnej 690 KM (515 kW).
     
     
                W czołgu zamontowano najlepszą z dostępnych podówczas skrzyń biegów – półautomatyczną Maybach Olvar. W odróżnieniu od innych niemieckich skrzyń biegów z tamtych lat Olvar umożliwiała kierowcy szybkie wybranie odpowiedniego biegu, a następnie hydrauliczny mechanizm płynnie realizował cały proces. Olvar  Tiger, w związku z łatwym zmienianiem biegów, odznaczał się lepszym przyspieszeniem od sporo lżejszego czołgu PzKpfw V Panther, choć też rozwijał mniejszą prędkość w czasie jazdy terenowej.
     
     
               W czołgu Tiger Ausf E gąsienica często spadała z koła napędowego podczas skrętu w lewo czy w prawo przy jeździe do tyłu. A w czasie walki mogło to doprowadzić nie tylko do utraty samej gąsienicy, ale nawet całego czołgu oraz śmierci jego załogi.
     
     
               Tiger był wyposażony w wyrzutnie granatów dymnych, rozmieszczone po obu stronach wieży. Z granatów tych korzystano w razie zagrożenia – konieczności szybkiego odwrotu z pola walki pod osłoną chmury gęstego dymu. Jednak podczas pierwszych poważniejszych starć z udziałem „Tygrysów” okazało się, że owe wyrzutnie i znajdujące się w nich granaty zapalają się łatwo od ognia z nieprzyjacielskiej broni ręcznej albo od odłamków większych pocisków, co utrudniało załodze czołgu obserwowanie bezpośredniego otoczenia czołgu. Z tej przyczyny wyrzutnie demontowano z czołgowych wież. W 1944 roku wprowadzono nowy ekwipunek: Nachverteidigungswaffe (broń do obrony bezpośredniej). Był to miotacz granatów, dymnych lub też odłamkowych, odpalanych z wnętrza czołgu. Granaty dymne maskowały położenie czołgu, a odłamkowe rozrywały się nad czołgiem i raniły lub zabijały żołnierzy nieprzyjacielskiej piechoty, znajdujących się w pobliżu.
     
     
                Skomplikowany wóz bojowy, jakim był Tiger, wymagał częstej i starannej konserwacji. Zużycie podzespołów i różnych innych elementów było średnio czterokrotnie większe od zapasu części zamiennych. Wiele jednostek meldowało  braku takich części; radzono sobie z tym doraźnie, rozmontowując wiele najpoważniej uszkodzonych „Tygrysów”
     
     
               We wrześniu 1942 roku Hitler zażądał podjęcia seryjnej produkcji schweres Sturmgeschütz (ciężkiego działa szturmowego), z wykorzystaniem kadłuba i układu jezdnego czołgu zbudowanego w wytwórni Porsche. Na początku 1943 roku dostarczono wojsku pierwsze z tych dział, które zasłynęły jako Ferdinandy (od imienia profesora Porschego). Po dokonanych następnie przeróbkach, ich nazwę zmieniono na Elefant („Słoń”).
     
     
                Produkcja seryjna czołgów Tygrys odbywała się w zakładach Henschel (Werk III), w Kassel-Mittelfeld i Wegman (montaż wież do kadłubów).
     
     
               Równolegle z produkcją czołgu Tiger Ausf E  (w sumie zbudowano 1346 pojazdów tego typu), pracowano nad następcą tego wozu bojowego – Tiger II.  Płyty pancerza nowego czołgu były pochyłe, co sprawiło, iż z wyglądu przypominał nieco PzKpfw V Panther. Grubość opancerzenia czołowego znacznie zwiększono (ze 100 mm do 150 mm); boki i tył nadal miały po 80 mm, jednak poprawiono ich kształt. Jako uzbrojenie główne zastosowano armatę 8,8 cm KwK 43, której  lufa (L/74 – 74-krotność kalibru) oraz walory balistyczne pocisków zapewniały doskonałą skuteczność.  Masa czołgu Tiger II (Ausf B) przekraczała 70 ton. Silnik Maybach HL 250 P45, wykorzystany uprzednio w PzKpfw V Panther, miał napędzać pojazd cięższy od „Pantery” o 15 ton.
     
     
                W rezultacie powstał prawdziwy czołg ciężki, porównywalny z jedynie z sowieckim IS-2. Ten ostatni był lżejszy o 20 ton, a przy tym uzbrojony w potężne działo D 25-T, kalibru 122 mm. Ogółem powstało 489 PzKpfw Tiger Ausf B (znanych też jako Tiger II lub Königstiger).
     
     
               Do sierpnia 1942 roku Wehrmacht przejął zaledwie dziewięć czołgów Tiger Aus E, które przydzielono do sPzAbt 502.
     
     
              PzKpfw VI zazwyczaj przydzielano batalionom podporządkowanym bezpośrednio dowództwom grup armii, a baony te formalnie składały się ze Schwere Kompanie (ciężkich kompanii).
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wprowadzenie Panther do uzbrojenia nastąpiło zdecydowanie zbyt szybko – bez odpowiednich prób i testów. Chrzest bojowy „Pantery” pod Kurskiem zakończył się niepowodzeniem, którego można było uniknąć.
     
     
               Zgodnie z wytycznymi ze stycznia 1943 roku batalion czołgów Panther miał liczyć 96 czołgów. Dowódcą pierwszego batalionu Panther – 51. batalionu pancernego został kapitan Heinrich Meyer. Pierwszą partię 20 Panter dostarczono pod koniec lutego 1943 roku. Szybko okazało się, że proces formowania i szkolenia jednostki natrafił na znaczne problemy, ponieważ dostarczone czołgi odznaczały się szeregiem poważnych defektów technicznych. W tej sytuacji czołgi zwrócono celem dokonania w nich szeregu napraw i modyfikacji. Nowe czołgi po modyfikacjach zaczęto ponownie wysyłać do batalionu Meyera po 10 maja 1943 roku, łącznie do końca miesiąca wysyłając w 9 partiach komplet 96 maszyn. Proces zgrywania batalionu, wciąż natrafiający na trudności z racji awarii i koniecznych usprawnień czołgów, przerwano na początku trzeciej dekady czerwca. Wkrótce jednostka została załadowana do transportów kolejowych i skierowana w kierunku stacji docelowej Borisowka na północ od Charkowa, gdzie przybyła wraz z końcem czerwca, a na początku lipca (1-3 tego miesiąca) przeszła w rejon wyczekiwania do ataku w rejonie na zachód od miasteczka Tomarowka nieopodal Biełgorodu.
     

               W tym samym czasie zaczęto formować drugi batalion Panther, który otrzymał nazwę 52. batalion pancerny samodzielny. Jego dowódcą został rotmistrz Karl von Sivers. 15 maja 1943 roku wyekspediowano do jednostki pierwszych 8 czołgów po modernizacji, a do końca tego miesiąca wysłano łącznie w 8 partiach komplet 96 czołgów. 24 czerwca 52. batalion pancerny otrzymał rozkazy kierujące go w rejon Charkowa, dokąd wyruszył koleją cztery dni później, docierając do miejsca przeznaczenia 3-4 lipca, a następnie przegrupowując się w rejon wyjściowy na zachód od Tomarowki.
     

               Oba bataliony, decyzją OKH z czerwca 1943 roku, zostały podporządkowane na czas operacji dowództwu 39. Pułku Pancernego, którego dowódcą był major Meinrad von Lauchert, doświadczony pancerniak, służący wcześniej na stanowiskach dowódczych w 35. Pułku Pancernym 4. DPanc. Od nazwiska dowódcy jednostkę nazywano także „Panzer Regiment (Panther) von Lauchert”.
     
     
                Po przegranej bitwie pod Stalingradem niemiecki sztab generalny zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę, aby odzyskać inicjatywę na froncie wschodnim.
     
     
               Początkowe prognozy wydawały się korzystne dla Niemców. Skoncentrowane pod Kurskiem 22 dywizje pancerne i grenadierów pancernych, dysponowały ponad 2000 czołgami i działami pancernymi.  Decydującą rolę miały też odegrać jednostki wyposażone częściowo w sprzęt nowego typu – czołgi Panther i  Tygrys oraz niszczyciel czołgów Ferdinand.
     
     
               W związku z opóźnieniem dostaw nowych maszyn  wielokrotnie przesuwano moment rozpoczęcia operacji „Cytadela”, co wykluczyło efekt zaskoczenia. Zaalarmowani Sowieci rozbudowali pozycje obronne na kurskim odcinku frontu. W oczekiwaniu na niemiecki atak stworzono rozciągnięte na wiele kilometrów i głęboko urzutowane linie obrony, chronione przez pola minowe i wkopane w ziemię działa przeciwpancerne.
     
     
               Do obrony Łuku Kurskiego Armia Czerwona przerzuciła z innych sektorów większość odwodowych związków pancernych i lotniczych. Większość sowieckich
     
     
               Pod Kurskiem „Pantery” miały się zmierzyć z sowieckimi czołgami T-34.  Pod względem danych taktyczno-technicznych „Pantera” miała sporą przewagę nad przeciwnikiem, mogąc zniszczyć oddalony o ponad 2000 m czołg T-34 i to przy użyciu lżejszych pocisków PzGr 39.  Jednocześnie  „Pantery” były wrażliwe na ostrzał boczny – pancerz boczny był za słaby.
     
     
               Pod Kurskiem źle funkcjonowało  współdziałanie poszczególnych kompanii „Panter” z innymi oddziałami. Wiara w potęgę nowych czołgów sprawiała, że umieszczano je na szpicy nacierającego ugrupowania. Artyleria nie dość szybko podążała za czołgami, szwankowało też tworzenie tak ważnej w przypadku „Panter” osłony skrzydeł przez niszczyciele czołgów. Nie wykryto lub nie unieszkodliwiono na czas zapór minowych.
     
     
               „Pantery”  przewyższały ruchliwością pojazdy grenadierów pancernych i innych formacji, dlatego w terenie transportery opancerzone szybko zostawały w tyle. Tym samym na nic się zdały atuty „Pantery” – wzmocniony pancerz czołowy i doskonała dalekosiężna armata. W miarę zbliżania się do linii nieprzyjacielskich siła ognia armaty traciła na znaczeniu. W trakcie podchodzenia do sowieckich linii lub ich przełamywania nadzwyczaj silna obrona przeciwpancerna mogła z łatwością razić wrażliwe boki „Panter”.
     
     
               Jednak w czasie bitwy na Łuku Kurskim Panthery zawiodły przede wszystkim z powodu licznych problemów technicznych (nieszczelne zbiorniki paliwa wskutek wadliwie wykonanych spawów, liczne pożary silników wskutek uszkodzeń pomp paliwowych, wadliwa skrzynia biegów, niezdolność do forsowania przeszkód wodnych po dnie, poważne problemy z wentylacją przedziału silnikowego, blokowanie wieży przez klapy włazów kierowcy i radio‐operatora, niedostatecznie sprawne oddymianie wnętrza wieży).
     
     
                 W bitwie utracono (niektóre wróciły na front po remontach)  około 150 czołgów tego typu z użytych 204, zdecydowaną większość z powodu awarii napędu i silnika. Walki dowiodły jednak wysokiej jakości opancerzenia – tylko kilka pojazdów zostało zniszczonych trafieniami artylerii, a ani jedno bezpośrednie trafienie w płytę czołową kadłuba nie okazało się groźne.
     
     
               Większość usterek natury technicznej wynikała z faktu, że „Pantery” zbyt wcześnie trafiły do produkcji seryjnej. Ostatecznie na front wysłano czołg, który przed pierwszymi akcjami na froncie nie przeszedł odpowiednich prób ani testów. W drugiej połowie 1943 roku producenci czołgu zdołali wprowadzić znaczne ulepszenia.
     
     
               Na początku 1944 roku „choroby wieku dziecięcego” czołgu Panther udało się w znacznej mierze opanować. Podatne na awarie pozostały tylko zbyt delikatne zwolnice oraz skrzynia biegów. O gotowości bojowej „Panter” przesądzały od tego czasu przede wszystkim umiejętności kierowców oraz sprawność ekip naprawczych i dostawy uzupełnień
     
     
               Na wiosnę 1944 roku  w wersji AusF G zwiększono grubość bocznego pancerza z 40 do 60 mm.  W produkcji seryjnej zastosowano w ograniczonym zakresie koła jezdne bez gumowych bandaży.
     
     
               Po wyeliminowaniu wad fabrycznych Pantery szybko stały się groźnym przeciwnikiem dla sowieckich i alianckich sił pancernych.
     
     
               Równocześnie z projektem „Panther” prowadzono prace nad Panther II. Zasadniczą różnicę stanowił wzmocniony pan cerz. Grubość pancerza czołowego w kadłubie została zwiększona z 80 do 100 mm, bocznego – z 40 do 60 mm. Opancerzenie górnych płyt kadłuba wzmocniono do 30 mm. Płytom bocznym nadano wyraźnie uproszczony kształt.
     
     
               W połowie 1943 roku zapadła jednak decyzja o  wstrzymaniu realizacji projektu budowy „Pantery II”.
     
     
               Po wstrzymaniu prac nad Panther II po wrócono do pomysłu wykorzystania zmodyfikowanego podwozia czołgu typu Panther I. W dużym kadłubie zamontowano armatę 8,8 cm KwK 43, czyli najpotężniejsze wówczas działo czołgowe. Powstał pojazd z pochyłymi ścianami kadłuba, równie trudny do zniszczenia jak „Pantera”. Pojazd, określany początkowo mianem Jagdpan zer, otrzymał ostatecznie nazwę Jagdpanther. Do końca wojny wyprodukowano ok. 470 tych wozów bojowych.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    T. Anderson – Pantera. Legendarny czołg
     
     
    A. Zasieczny – Broń pancerna III Rzeszy
     
     
    Ch. McNab – Czołgi Hitlera
     
     
    E. Żygulski – „Cytadela” – klęska Panter
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Na początku 1942 roku rozpoczęto prace nad projektem nowego niemieckiego czołgu – Pantery.
     
     
               Po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej, zaskoczenie związane z pojawieniem się nowoczesnego sowieckiego czołgu T-34, który zdecydowanie dominował nad wszystkimi ówczesnymi niemieckimi czołgami, sprawiło iż w 1942 roku  rozpoczęto prace nad projektem prawdopodobnie najlepszego czołgu średniego drugiej wojny światowej, PzKpfw V Panther.
     
     
               Kadłub T-34 składał się ze spawanych płyt, o różnych kątach nachylenia (przód 60˚, boki 40˚, tył 48˚). Pochyłość płyt pancerza zapewniała dobrą ochronę załodze czołgu. Rzeczywista odporność pancerza była dużo większa od typowego pancerza tej samej grubości. Pociski nieprzyjaciela rykoszetowały, nie wyrządzając pojazdowi większych szkód.
     
     
               T-34 był napędzany przez dobry silnik wysokoprężny o mocy 500 KM. Silnik, skrzynia biegów i inne elementy układu napędowego znajdowały się z tyłu kadłuba, co z jednej strony  zabezpieczało przed ostrzałem, z drugiej – taki układ pozwalał zaoszczędzić wiele cennego miejsca we wnętrzu pojazdu. Przy masie czołgu, wynoszącej 28 t, można było dzięki wysokiej mocy silnika osiągnąć ponadprzeciętną prędkość i zwrotność.
     
     
                W swoim raporcie z listopada 1941 roku Guderian przeanalizował zaistniałą sytuację, wskazując na problem, przed którym stanęły niemieckie formacje pancerne, wyekwipowane częściowo w słabszy ekwipunek i niedorównujące już sprzętowi nieprzyjaciela.  Rozwiązaniem była budowa nowego czołgu o zdecydowanie lepszym uzbrojeniu, większej mobilności oraz mocniejszym opancerzeniu.
     
     
               Równocześnie rozpoczęto prace nad dwoma projektami – czołgiem średnim oraz ciężkim.  Za projekt i budowę prototypów odpowiadało w przypadku obu tych czołgów dwóch producentów. Jeśli chodzi o czołg ciężki, były to firmy Henschel i Porsche. Prace nad projektem czołgu średniego zlecono natomiast inżynierom z wytwórni Daimler-Benz i MAN.
     
     
               W przypadku czołgu średniego do produkcji skierowano projekt VK 2002(M) firmy MAN.
     
     
               Kadłub czołgów zbudowany był z płyt spawanych, montowanych ukośnie, by zapewnić dobrą ochronę przed pociskami. Jeśli chodzi o niemieckie konstrukcje czołgowe, to wprowadzenie pochyłych płyt pancerza stanowiło novum – niewątpliwie więc inspirowano się konstrukcją czołgu T-34.
     
     
               Pancerz czołowy miał grubość 80 mm przy 55-stopniowym odchyleniu od pionu. Opancerzenie boków i tyłu kadłuba wynosiło 40 mm (przy pochyleniu 35˚). Czołowe opancerzenie wieży wynosiło 80 mm, a boczne 45 mm. Boczne pancerze grubości 40 mm nie zapewniały jednak wystarczającej ochrony przed pociskami dział 76,2 mm na typowych dystansach. Również opancerzenie wieży i górnych po wierzchni kadłuba krytykowano jako za słabe.
     
     
               Wytwórnia MAN przywiązywała wyjątkową wagę do kwestii podwozia czołgu. Na początku działań wojennych w wielu niemieckich wozach bojowych stosowano przemienny układ kół, znany z ciągników pół gąsienicowych i transporterów piechoty. W firmie MAN zaprojektowano kosztowny w produkcji układ podwójnych drążków skrętnych, z czterema znajdującymi się wewnątrz kadłuba amortyzatorami, poważnie zwiększającymi zalety tego systemu. Miał on zapewniać lepsze resorowanie, a co za tym idzie zminimalizować kołysanie się pojazdu. Dzięki temu czołg, jako platforma dla armaty, wykazywał się dużą stabilnością.
     
     
               Kolejnym celem było poruszanie się z możliwie największą prędkością po nierównym terenie. Na utwardzonych drogach zastosowane rozwiązanie pozwalało z kolei utrzymywać znaczną prędkość przejazdową.
     
     
               Zachodzące na siebie koła zapewniały bardzo dobry rozkład obciążenia oddziałującego na gąsienice czołgu. Duże koła jezdne stanowiły też dodatkową osłonę kadłuba. Zredukowano również maksymalnie niekorzystny wpływ błota czy śniegu na cały układ jezdny.
     
     
               Wczesne egzemplarze czołgu  miały amortyzatory przy pierwszym i ostatnim kole jezdnym i wahaczu. W pojazdach seryjnych przemieszczono je ze względu na oszczędność miejsca do drugiego i siódmego koła, co jednak jedynie w niewielkim stopniu pogorszyły warunki jazdy terenowej.
     
     
               W ramach prac nad czołgiem zaprojektowano kilka silników. Początkowo prototyp wyposażony został  silnik Maybach HL 210 o mocy maksymalnej 650 KM. Silnik ten był odpowiedni dla czołgu o masie ok. 36 ton. Zwiększenie masy czołgu do ok. 44-45 ton wymusiło wyposażenie go w silnik  Maybach HL 230 P30.
     
     
               Do „Pantery” wybrano ręczną siedmiobiegową skrzynię biegów marki ZF o znacznie prostszej konstrukcji niż postulowana przez Guderiana półautomatyczna skrzynia biegów typu Olvar.
     
     
               W celu zapewnienia nowemu czołgowi przewagi ogniowej Urząd Uzbrojenia Wojsk Lądowych zlecił firmie Rheinmetall-Borsig zaprojektowanie armaty (kalibru 75 mm) o znacznej skuteczności i długości lufy odpowiadającej 60 kalibrom (L/60). Miała ona przebijać pancerz grubości 140 mm na dystansie do 1000 m. Próbne strzelania wykazały, że siła ognia tego działa nie jest wystarczająca, dlatego zadecydowano o wydłużeniu lufy do 70-krotnej wielokrotności kalibru armaty (L/70)
     
     
               Walory balistyczne nowej armaty (znaczna prędkość początkowa pocisków) sprawiły, że zrezygnowano z wprowadzenia pocisków kumulacyjnych.
     
     
               Czołg wyposażony został także w dwa karabiny maszynowe. MG 34 montowany był z przodu kadłuba przed stanowiskiem radiotelegrafisty. Kaem wysuwano, otwierając opancerzoną klapę. Później zaczęto stosować bardziej efektywne jarzmo kuliste. Drugi karabin maszynowy znajdował się w wieży, po prawej stronie armaty. Po unowocześnieniu służył także do obrony przeciwlotniczej.
     
     
               Do stawiania zasłony dymnej podczas prowadzenia do raźnych napraw w warunkach polowych albo do maskowania własnej pozycji podczas odwrotu z pola walki służyły zamontowane na wieży wyrzutnie granatów dymnych. Ponieważ wyrzutnie te łatwo ulegały uszkodzeniom, a same granaty zapalały się od nieprzyjacielskiego ostrzału, w połowie 1943 roku zrezygnowano z nich. W 1944 roku pod stropem wieży zaczęto montować obrotowy granatnik. Można było dzięki niemu zarówno stawiać zasłonę dymną, jak i miotać granaty odłamkowe, eksplodują ce nad czołgiem. Była to skuteczna metoda walki z nieprzyjacielskimi żołnierzami, próbujący mi zniszczyć czołg z bliskiej odległości.
     
     
               Ostatecznie 4 czerwca 1942 roku rozpoczęto produkcję Panther w czterech wytwórniach: MAN w Norymberdze, Daimler-Benz w Berlinie-Marienfelde,  Henschel w Kassel i MNH w Hanowerze.  Ogółem do końca wojny zbudowano ponad 6000 egzemplarzy tego czołgu.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Dr Daniel Alain Korona ze Związku Zawodowego Rolnictwa "Korona" na posiedzeniu sejmowej komisji rolnictwa z 21.02.2025 ws. „Omówienia sytuacji związanej z występowaniem w Niemczech pryszczycy wśród bydła oraz działań jakie zamierza podjąć Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi w celu zapobiegnięcia rozprzestrzenienia się jej na terytorium Polski.” Korona mówi o zagrożeniu pryszczycą (także dla ludzi) i przywołuje Kazimierza Wielkiego, który w XIV wieku nie dopuścił do rozszerzenia epidemii dżumy w Polsce.

    https://www.youtube.com/watch?v=MJ6ItZ2hEME
     
     
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Pomimo wielkich strat niemieckie samoloty transportowe nie były w stanie dostarczyć zaopatrzenia, pozwalającego na przetrwanie okrążonej w Stalingradzie 6 Armii.


               10 stycznia 1943 roku gen. Rokossowski rozpoczął operację „Pierścień”, której przecięcia kotła w kierunku wschodnim i likwidacji obu jego części po kolei. Pomimo zaciętego oporu sowieccy żołnierze stopniowo wypierali Niemców z kolejnych pozycji obronnych.
     
     
               Paulus zameldował Mansteinowi, że nie ma już żadnych perspektyw na utrzymanie się do połowy lutego, kiedy to nowe zgrupowanie Hitlera miało rozpocząć odsiecz.
     
     
               16 stycznia wojska sowieckie zaatakowały Pitomnik, główne lotnisko wewnątrz kotła, miażdżąc wszelki opór.  
     

               Po upadku Pitomnika Richthofen rozkazał siłom Luftwaffe w kotle przygotować Gumrak, stare sowieckie lotnisko o niewielkim rozmiarze i marnej jakości, do jak najszybszego rozpoczęcia działań zaopatrzeniowych. Wcześniejsze próby rozbudowy tego lotniska napotykały na opór 6 Armii, która posiadała w Gumraku kwaterę, a także szpitale, infrastrukturę zaopatrzeniową oraz punkty dowodzenia dwóch korpusów. Nie chciała więc, żeby aktywność budowlana ściągnęła uwagę Rosjan.
     
     
               Początkowo lotnisko nie miało radiolatarni, tak więc samoloty nie mogły na nim lądować. Zamiast tego zrzucano zaopatrzenie na spadochronach w specjalnie w tym celu skonstruowanych zasobnikach, ale czasami również wypychając skrzynie przez otwarte drzwi. Bez paliwa 6. Armia nie była w stanie zbierać wszystkich ładunków. Wiele zasobników, skrzyń i beczek z paliwem leżało przysypanych śniegiem do końca walk w Stalingradzie
     
     
              Jednocześnie Niemcy zostali zmuszeni do wycofania się z Salka, głównej bazy Ju 52. budowy prowizorycznego lotniska w Zwieriewie.
     
     
               W odpowiedzi Hitler powierzył Milchowi misję dowodzenia mostem powietrznym do Stalingradu.  „Nic nie ucieszyłoby mnie bardziej, - napisał Richthofen -  niż Milch odnajdujący niespodziewanie kamień filozoficzny, który, jak najwidoczniej wierzą nasze najwyższe władze, leży gdzieś tutaj w okolicy. Nam z całą pewnością nie udało się go znaleźć”.
     
     
               Obrażony tą decyzją Fiebig zapisał w dzienniku: „Zgadzamy się z Richthofenem, że zrobiliśmy wszystko co leżało w ludzkich możliwościach. Nikt nie może nas winić za zaniechanie wysiłków. Każdy w najwyższym stopniu spełnił swój obowiązek. Możemy stanąć z podniesioną głową oraz czystym sumieniem wobec każdej kontroli”.
     

               Milch był wstrząśnięty, kiedy dowiedział się, że odsetek maszyn sprawnych w grupach transportowych spadł do około 20%. Flota posiadała zaledwie 42 sprawnych Ju 52, 41  He 111 oraz 1 Fw 200 Condor.
     
     
               Ponadto załamała się organizacja naziemna w Gumraku. Załogi samolotów musiały same rozładowywać swe maszyny, a następnie bronić się przed żołnierzami napierającymi na samoloty w nadziei wdrapania się na pokłady i ucieczki z kotła.

               Po wysłaniu obsługi technicznej, 18 stycznia w Gumraku ponownie wylądowały samoloty, choć lądowanie na jego wąskim pasie startowym usianym kraterami po bombach i wystawionym na ogień rosyjskiej artylerii, nadal było trudne nawet dla najlepszych i najodważniejszych pilotów.
     
     
               Stan prowizorycznych lotnisk, na których stacjonowały samoloty przewożące zaopatrzenia do kotła był fatalny.  Temperatura wewnątrz  baraków wynosiła  -10°C, ponieważ wszystkie okna zostały wybite w czasie nalotów.  „Ci ludzie nie mają najmniejszej możliwości, żeby się ogrzać. Proszę sobie wyobrazić co to znaczy pracować w 25 stopniach morzu, w zawiei wyjącej z prędkością 80 km/h wokół uszu dzień i noc, bez ustanku – napisał Milch w raporcie.
     
     
               23 stycznia Niemcy stracili  Gumrak, jedyne funkcjonujące lotnisko w kotle.
     

               Tego samego dnia  Paulus przesłał naczelnemu dowództwu następującą wiadomość: „Racje wyczerpane. Ponad 12 000 pozostawionych samym sobie rannych w kotle. Jakie rozkazy mam wydać żołnierzom, którzy nie mają już amunicji i są wystawieni na zmasowane ataki wspierane przez intensywny ogień artylerii? Potrzebna jest bardzo szybka decyzja, bowiem gdzieniegdzie rozpoczyna się już rozpad”.
     
     
               W odpowiedzi Hitler zabronił mu kapitulować, wskazując, że 6 Armia wiązała silne sowieckie armie, umożliwiając rozpoczęcie przygotowań do kontrofensywy.
     
     
               Uruchomiono prowizoryczne lotnisko w  Stalingradzkim,  jednak gdy kilkanaście He 111 próbowało tam wylądować, sześć rozbiło się przez „obfity śnieg oraz głębokie kratery po bombach na pasie startowym”.
     

               W efekcie Milch  zakazał wszelkich lądowań, zastępując je wyłącznie zrzutami. Nie miało to większego znaczenia, gdyż 24 stycznia sowieccy żołnierze zdobyli lotnisko w Stalingradzkim.
     
     
               Resztki 6. Armii – niegdyś najpotężniejszej armii w niemieckim Wehrmachcie – zostały skazane na zagładę. Nacierające wojska sowieckie przebiły się przez „twierdzę” do samej Wołgi, tym samym dzieląc ją na dwa niewielkie kotły.
     
     
                Paulus oskarżał Luftwaffe o zagładę swoich żołnierzy, utrzymując, że wbrew obietnicom marszałka Rzeszy, lotnictwu nie udało się zapewnić przetrwania oraz zachowania wartości bojowej jego armii.
     

               W odpowiedzi Milch polecił przekazać Hitlerowi, że „każdy jeden człowiek wkłada pełnię sił w operację zaopatrzeniową. To czego dokonują tu nasi ludzie, przerasta wszystkie inne osiągnięcia na tej płaszczyźnie w dotychczasowych losach wojny”.
     
     
               W efekcie nieprzerwanych sowieckich natarć obszar kotła szybko zmniejszał się. Pomimo tego Milch  rozkazał aby zaopatrzenie powietrzne kotła było kontynuowane.
     
     
               31 stycznia  1943 roku Paulus się poddał. Północny kocioł pod dowództwem gen. Karla Streckera walczył jeszcze przez dwa dni.
     

               2 lutego Milch nakazał samolotom latać nad Stalingradem i zrzucać zaopatrzenie wszystkim wyraźnie zidentyfikowanym niemieckim oddziałom. Kiedy maszyny powróciły z tej misji, Fiebig zameldował Milchowi, że wszystko stracone:  „Nie zauważono ognia artylerii. Kolumna wrogich pojazdów z włączonymi światłami posuwa się z północnego zachodu do miejsca, gdzie dawniej był północny kocioł (…). Front tej kolumny jest już niemal przy naszej dawnej strefie zrzutu”.
     
     
               W czasie 72 dni i nocy, od 24 listopada 1942 roku do 2 lutego 1943 roku, Luftwaffe przetransportowała lub zrzuciła okrążonym oddziałom 8350,7 t racji żywnościowych, paliwa i amunicji, czyli średnio 117,6 t dziennie. W tym samym okresie ewakuowała 30 000 rannych żołnierzy.
     
     
               Jednak cena była bardzo wysoka. Głównie przez złą pogodę, ale również w wyniku ataków sowieckiego lotnictwa artylerii przeciwlotniczej, Luftwaffe straciła 166 zniszczonych samolotów, 108 zaginionych i 214 wycofanych ze służby w wyniku uszkodzeń. Podniesienie się po stracie 488 maszyn miało zająć wiele czasu.
     
     
               2 lutego pułkownik Rohde, oficer łącznikowy przy kwatermistrzostwie generalnym, powiedział  że „łączne straty stanowią równowartość pięciu pułków lotniczych, lub nieco więcej niż pełnego korpusu lotniczego”. Grupy Ju 52 straciły 266 samolotów, czyli jedną trzecią całej ich liczby w Luftwaffe, a grupy He 111 165 maszyn. Pozostałe straty obejmowały 46 Ju 86, 9 Fw 200, 5 He 177 i 1 Ju 290.
     
     
               Zginęło prawie 1000 lotników, w tym wielu z najbardziej doświadczonych pilotów, nawigatorów i instruktorów lotnictwa bombowego i transportowego.
     
     
     

    Wybrana literatura:
     
     
    J. Hayward – Zatrzymani pod Stalingradem. Klęska Luftwaffe i Hitlera na Wschodzie 1942-1943
     
    A. Beevor – Stalingrad
     
    T. Konecki – Stalingrad
     
    G. Knopp – Stalingrad
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Od osobistości takich jak Redaktor Łukasz Warzecha, lewicowy publicysta Rafał Otoka-Frąckiewicz czy Marcin Palade nie dowiemy się niczego o Rosji. Nie powiedzą nic o zagrożeniach ze strony rosyjskiej. Np. przy okazji spodziewanego rozejmu nie wypowiadają się na temat sankcji. Że zostaną one zniesione i do Rosji popłynie strumień nowoczesnej techniki wojskowej, a z rosji strumień ropy i gazu, za który sfinansuje sobie ona dalszą inwazję. Że po rozejmie dopiero dadzą nam łupnia. O uzależnieniu Niemiec od rosyjskich surowców i chińskich podzespołów, które wpycha Niemcy w ramiona. Nie. Tylko o Ukrainie że stanowi problem i Ukraińcy. Że przyjadę weterani, że operacje, że to, że sio. Czy rozejm pogorszy naszą sytuację? W sensie takim, że teraz jest niedobrze a będzie jeszcze gorzej?

    Z drugiej strony Stretegy & Futore z Markiem Budziszem i dr Bartosiakiem nie doceniają komprodorskiego charakteru obecnego reżimu, który realizuje interesy Niemiec, a i Rosji też. Bartośiak wydał apel dzisiaj, niesensowny. Jak Tusk może coś tam zrealizować czy tam coś, jak musi blokować CPK, żeglugę na Odrze, porty, elektrownie atomowe itp.? Mimo wszystko działalność owego Fiuczera oceniam najbardziej pozytywnie.

    Jeśli mówimy o PiS to tu jest tyle do skomentowania, że pewnie o połowie rzeczy zapomnę i jeszcze jedną notkę będę musiał spłodzić:

    Najważniejsza kwestią jest sam modus operandi, czyli sposób działania, o którym było w poprzedniej notce: moralne wzmożenie, odklejenie, itp. co opisuje wspomniany Sadkowski. Utożsamienie włąsnego interesu z uniwersalną słusznością, nie negocjowanie, itp. To nigdy, w żadnej sprawie się nie uda i zawsze spowoduje porażkę.

    Oni mają jakiś opór mentalny wobec polskiej korzyści. Jak im się powie, że Polska powinna skorzystać na tej wojnie to nie – mamy stratę ponosić, cierpieć za miliony i się dać wyślizgać.

    Żadne normalne państwo nie przyznaje się do niczego jeśli nie musi. Dlatego nie winię tu Ukraińców za sprawę Wołynia, Bandery itp. Jak PiS chciał ekshumacji to powinien negocjować wtedy, kiedy pozycja była najsilniejsza. Czołgi Twardy i Kraby użyć jako argumentu.Domagać się kwitowania odpowiednio dostaw powinni. Żeby Ukraińcy ogłaszali głośno i wyraźnie naszą przewodnią rolę. Owszem, nam zależy na skutecznej walce z sovietem, ale Ukraińcom też powinno zależeć. I jeśli wolą obyć się bez Twardych to chyba aż tak im nie zależy? Włażeniem Ukraińcom w zadek sprawili, że ci stwierdzili, że i tak będziemy robić, co nam Amerykanie każą. I przestali się liczyć z pisiorstwem kompletnie.

    U nas natomiast pisowce nie były w stanie przełamać oporu lobby blokującego. Nie jest takie przełamanie łatwe, jedyna droga to to co teraz Trump robi: wywalić wszystkich i potem przyjąć paru. Mówię o lobby blokującym modernizację armii: nie był możliwy zakup uzbrojenia antyrosyjskiego u nas, o czym wielokrotnie pisałem. Aby uwalić Kraba np. Komorowski wywalił Szeremietiewa. Ten Szeremietiew zaś jest poważnie odklejony, opowiada takie bajania o II RP że głowa mała. Co poradzisz na to? W każdym razie nie dało się nic groźnego dla Rosji przeprowadzić poza F 16 bez bomb. F 16 już musiały przejść bo nie było innej rady, ze względu na zobowiązania NATO.

    Metody bloku były rozmaite: nierealistyczne wymagania, misjonarskość, jakieś Andersy, lobby poszczególnych producentów zagranicznych blokowało przetargi, cięcie wydatków (korweta Gawron irp.) Każdy koleś opowiadający o wymaganiach współczesnego pola walki i ich spełnianiu się skompromitował i powinien być odcięty od wszystkiego. Szczególnie przy okazji pozbywania się sprzętu typu czołgi T-72 i T-55. W razie wojny to wszystko się bowiem przydaje, co widać na Ukrainie. Ileż ja się naużerałem z towarzystwem. Ich linia była taka, że to przestarzałe jest, jak się ich pocisnęło to przechodzili na stanowisko, że wojna nam nie grozi, że ruskie to nasze druzja i towarzysze wspólnych szkoleń w ramach Układu Warszawskiego. Że tylko misje nam grożą.

    W każdym razie PiS nie potrafił rozpędzić towarzycha ale postanowił je obejść, co jest gigantycznym plusem. Minusem zaś jest nieuzasadnianie racjonalne poszczególnych zakupów. Szczególnie kwestii ilościowych, czy to wszystko jest realne? Z totalnymi taka dyskusja jest niecelowa, bo oni bełkocą mając wieloletnie doświadczenie w utrzymywaniu Polski w stanie kompletnej bezbronności przed Rosją. Stratedży ęd Fiuczer Bartosiaka miało natomiast pomysł nie tworzenia nowych jednostek, tylko wzmocnienia istniejących.

    Koncepcja odstraszania jest za to fatalna: że nowe uzbrojenie ma odstraszyć bolszewię. Bo jak ona nie da się odstraszyć to będzie karamba. Koncepcja odstraszania powoduje, że kupujemy to, co widać, a tego czego nie widać nie kupujemy. A to czego nie widać jest potrzebne do prowadzenia wojny. Do odstraszania nie jest potrzebne, bo nie widać.

    Dalej: 300 000 armia jest nierealna i ten postulat jest słaby. Zaczęli wcielać hydraulików itp. obsługę cywilną, żeby się zgadzało. Nie ma tylu ludzi u nas po prostu. Obrona Terytorialna jest za to super, bo jest to formacja stricte antytosyjska, co wzbudzało furię totalnych.

    Przypominam że jeśli projekt jest nierealny i trzeba ciąć bo brakuje środków to w efekcie możemy wydać kupę kasy i nie dostaniemy nic. Albo bardzo niewiele. Okaże się np. że zrobili śrubki ale na nakrętki nie starczyło. Albo że mamy samoloty ale nie mamy lotnisk i rakiet do nich. Itp. Tu studia nad Rydzem-Śmigłym dostarczają cennych wskazówek. Takie badania mitomanii i wzmożenia przeprowadziłem i wnioski przedstawiałem. Doktryna Rayskiego kufnia.

    Przypominam też, że mój plan zaproponowałem: 10 lat zbrojeń i potem wchodzimy na sam koniec, na wyczerpaną Rosję? 

    A jak Błaszczak oświadczał, że jesteśmy chronieni to oddawał się w ręce Rosjan. Bo obrona przeciwlotnicza jest dziurawa, zawsze były przekroczenia, np. przemyt ludzi czy papierosów. I w dowolnym momencie ruskie mogą wystrzelić rakietę, która doleci pod Bydgoszcz.

    Mamy jeszcze tu pojmowanie polityki zagranicznej jako głośnego mówienia czego chcemy i czego nie chcemy. Żadnych konkretnych działań. O tym zrobię kiedyś wpisa, Czemu Orban staje się coraz bardziej znaczący a my nie rozumiemy, że nasz interes nie jest do końca zbieżny z interesem Ukrainy, USA (z interesem Niemiec w ogóle jest niezbieżny), i PiS w ogóle odmawiał sformułowania go. Starcie z tezami Warzechy czy Otoki by im się przydało, a potrafią wyzywać tylko od onuc. Jak patrzę na Sakiewicza to mi się żal robi.

    O totalnych nie piszę tutaj, bo są niesamodzielni. Przy okazji zagranicznych działań (Niemcy) o nich napiszą. Jakieś linki dam w komciu, albo nie dam.

    W każdej dyskusji w TV powinien pojawiać się głos, że Putin jak zwykle nie dotrzyma i Trump powie: chciałem, a widzicie co się stało. Teraz nie chcę ale muszem dostarczyć Ukrainie 20 000 rakiet manewrujących, które ona wystrzeli taką salwą, która zmiecie wszystkie mosty, magazyny, zapasy moskiewskie. Czy tak będzie? Chyba nie. Ale trzeba się z tym liczyć. 

    Odezwa Bartosiaka:

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Porażka niemieckiej próby przebicia się do stalingradzkiego kotła była wyrokiem dla żołnierzy 6 Armii.
     
     
               Pomimo wielkiej ofiarności niemieckich lotników  6. Armia każdego dnia otrzymywała mniej niż 20% dostaw uznanych za niezbędne dla jej przetrwania.
     
     
               Chociaż w pierwszym tygodniu grudnia dostawy wzrosły do 110 ton  a 7 grudnia wyniosły nawet 360 ton, sytuacja żołnierzy Paulusa stawała się coraz bardziej beznadziejna.
     
     
               W tej sytuacji jedyną nadzieję upatrywano w sukcesie przygotowywanej przez Mansteina odsieczy.
     
     
                Manstein przeprowadził szereg rozmów telefonicznych, podczas których omówił sytuację z Richthofenem, stanowczo upierającym się, że jego flota powietrzna nie ma możliwości dostarczenia 6. Armii ilości zaopatrzenia choćby zbliżonej do niezbędnej dla jej przetrwania. Richthofen przekonywał, iż Paulus winien natychmiast się przebijać, wyrażał także sceptycyzm wobec szans przedarcia się  do kotła i ocalenia 6. Armii. Manstein podzielał ten pogląd, gdyż wątpił, iż otrzyma wystarczające siły, aby uratować armię Paulusa.
     
     
                 Mimo wszystko opracował śmiały plan, opatrzony kryptonimem Operacja Wintergewitter („Zimowa Burza”), przewidujący wysłanie potężnej kolumny wojsk, która przerwie kordon wokół 6. Armii i oswobodzi ją z duszącego uścisku wroga. Przez stworzony tym sposobem korytarz miano wysłać paliwo i amunicję, by zwiększyć jej mobilność i siłę. Następnie, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, miał przesłać 6. Armii komunikat radiowy „Donnerschlag” („grzmot”), sygnał, że ma przedrzeć się przez ten sam korytarz.
     

               IV Korpus Lotniczy Pflugbeila, który miał wspierać uderzenie Mansteina miał za mało samolotów (zaledwie ok. 200 sprawnych maszyn), aby zapewnić natarciu skuteczną pomoc.
     

               W momencie rozpoczęcia się operacji Mansteina okrążone wojska  zużywały o wiele więcej żywności, paliwa i amunicji, niż otrzymywały. 8 grudnia sytuacja stała się tak krytyczna, że Paulus, chcąc zachować część zapasów żywności do chwili aż siły Mansteina przełamią okrążenie, zmniejszył racje wszystkich żołnierzy kotle o dwie trzecie. Wiedział, że 6. Armia nie przetrwa długo, jeżeli odsiecz zawiedzie.


               12 grudnia przed świtem LVII Korpus Pancerny Hotha  (w rzeczywistości jedynie 6. i 23. Dywizja Pancerna)  rozpoczął natarcie z Kotelnikowa w kierunku odległej o 110 km „twierdzy Stalingrad”. Początkowo atak Niemców zaskoczył Rosjan i dopiero skierowanie na front doborowej 2. Armii Gwardyjskiej z Frontu Dońskiego doprowadziło do powstrzymania uderzenia Hotha.
     
     
                Wsparcie dla niemieckiego natarcia oraz pogorszenie się pogody sprawiło, iż samoloty Luftwaffe dostarczały do kotła coraz mniej zaopatrzenia. „Przez złą pogodę nie możemy zrobić absolutnie nic” – napisał Richthofen - Biedna 6. Armia”.
     
     
                  16 grudnia 1943 roku sytuacja Niemców dramatycznie się pogorszyła. Tego dnia rozpoczęła się operacja Mały Saturn. Sowieckie natarcie skupiło się na pozycjach zajmowanych przez włoskich żołnierzy.  Włochów opierali się dzielnie i pomimo ciężkich strat przeprowadzili kilka niewielkich kontrataków w desperackiej próbie uratowania frontu. Jednak pomimo usilnych starań, zostali przytłoczeni przez o wiele liczniejsze siły wroga i musieli się wycofać, pociągając za sobą rumuńskie dywizje. Rosjanie nacierali w kierunku głównych niemieckich baz lotniczych pomiędzy Dońcem a Czyrem.
     
     
               Jednocześnie w trzecim tygodniu grudnia flota transportowa działała z maksymalną wydajnością i spisywała się najlepiej od otwarcia mostu powietrznego. W tym okresie zdołano przerzucić do kotła tylko 1077 t zaopatrzenia, czyli dziennie średnio 215 ton.
     
     
                Jednak 24 grudnia Niemcy w ostatniej chwili ewakuowali lotnisko w Tacynsku, tracąc jednak ponad 40 samolotów oraz setki ton zaopatrzenia. Dostawy do stalingradzkiego kotła znacznie zmalały.
     

               Sytuacja szybko stawała się coraz gorsza. Czołgi Hotha ugrzęzły w ciężkich walkach w odległości 50 km od kotła. Manstein poinformował naczelne dowództwo, iż należy rozważyć  tylko jedno rozwiązanie: 6. Armia powinna się przebić, stopniowo cofając swój północny i wschodni front, i posuwając się w kierunku dywizji Hotha na południowym zachodzie. Pozwoliłoby to ocalić chociaż część żołnierzy i materiałów wojennych.
     

               Hitler nie chciał jednak opuszczać Stalingradu i odmówił pozwolenia na wyrwanie się 6 Armii z kotła. Liczył, iż wzmocniony dwoma dywizjami pancernymi korpus Hotha będzie w stanie wznowić natarcie na Stalingrad.
     
     
               Manstein miał diametralnie inny pogląd na sytuację, czym doprowadził Hitlera do furii. Führer przestał odbierać telefony feldmarszałka i odmówił mu prawa do zameldowania się osobiście.
     

               Jednak nieustające naciski generałów oraz stałe postępy Rosjan sprawiły, iż Hitler 28 grudnia zgodził się na wycofanie obu armii z Kaukazu i przeniesienie wielu ich dywizji do Grupy Armii Mansteina.
     
     
               Przesunięcie niemieckich lotnisk na zachód, wydłużyło odległość do Stalingradu. Samoloty transportowe potrzebowały więcej paliwa, przez co  były zmuszone do zmniejszenia przewożonych ładunków. Samoloty nie mogły też wykonywać kilku lotów dziennie, zamiast tego podejmowały tylko jeden W ostatnich dniach grudnia Niemcy przerzucali do kotła średnio 80 ton, jedynie 31 grudnia udało im się dostarczyć do kotła 310 ton. Głodujący i przemarznięci żołnierze Paulusa otrzymywali za mało dostaw, żeby mogli przetrwać przez dłuższy czas, nie wspominając nawet o zachowaniu wartości bojowej.
     
     
               Jednocześnie do końca grudnia 1942 roku niemieckie samoloty ewakuowały ponad 18 tyś. rannych lub chorych żołnierzy 6 Armii.
     

               W grudniu 1942 roku Niemcy stracili aż 62 Ju 52, a 24 doznało tak rozległych uszkodzeń, że musiały zostać wycofane ze służby i odesłane na większe remonty. Za około 50% strat odpowiedzialna była pogoda; za resztę artyleria przeciwlotnicza nieprzyjaciela oraz działania sowieckiego lotnictwa.
     
     
               Zwiększony dystans z baz macierzystych do kotła zmuszał niemieckie samoloty do obierania najkrótszych tras, a położenie lotnisk wewnątrz kotła do ograniczenia się do zaledwie kilku wariantów podejść. Dzięki temu odsady sowieckich dział przeciwlotniczych szybko poznały powszechnie wykorzystywane niemieckie trasy i pułapy. Byli w stanie zadawać straty, nawet gdy warunki atmosferyczne ograniczały ich widoczność. Gdy tylko usłyszeli charakterystyczne brzęczenie Ju 52, rozpoczynali ostrzał korytarza powietrznego, często trafiając samoloty, których nawet nie byli w stanie dostrzec.


               Na początku stycznia dowództwo sowieckiego lotnictwa utworzyło wokół kotła stalingradzkiego pierścień, rozciągający się na 50 km od jego krawędzi. Następnie podzieliło go na pięć sektorów i do każdego z nich przydzieliło odpowiednie jednostki powietrzne. Dzięki temu znacząco wzrosła liczba strąceń niemieckich maszyn.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Donald Trump negocjuje w sposób normalny, czyli od góry. Jest to jedyna skuteczna metoda z Ruskimi, czy tam Chińczykami. Trzeba zacząć od maksymalnych postulatów, a potem schodzić w dół. Zaczynamy od żądań typu: zrzucimy na was atom, spalimy miasta, zaoramy, żywa noga nie wyjdzie. A potem w trakcie negocjacji zmniejszamy groźby aż do osiągnięcia kompromisu, który jest trwały. Oczywiście są tu niuanse, np. musimy mieć możliwości realizacji gróźb i tamci muszą wierzyć, że faktycznie je wcielimy w życie. Nie można pajacować.

    Tak trzeba rozumieć ostatnie stanowisko wobec Ukrainy i drugie stanowisko wobec Unii Europejskiej. Sytuacja rozwija się tak dynamicznie, że człowiek (i smok) nie jest w stanie się odnieść do wszystkich ważnych aspektów. Teraz nastąpi seria dygresji, które naświetlą:

    1. Pamiętajcie o taktyce Ochrany rozbijania: nasyłają radykalnych prowokatorów, którzy dokonują destrukcji środowiska atakując od strony radykalizmu. Popatrzcie kto atakuje PiS za prorosyjskość? Dlatego nie trzeba się kierować tym, co kto mówi, ale tym, co robi. Pisowce na przykład kupiły czołgi, założyły WOTa a peowce kwestionowały te zakupy, wcześniej utrzymując nas w stanie permanentnej bezbronności wobec Rosji. Bronek opowiadał o pomocy sojuszników tutaj. Pisałem o tym wielokrotnie, a teraz wspominam bo ma znaczenie aktualne.

    2. Przypominam doktrynę pisoską moralnego wzmożenia, która po raz kolejny została interesująco omówiona na Xsie:

    https://x.com/JanSadkiewicz/status/1706382391365787907

    image

    I obecnie jest podniesiona przez czynniki unijne, aby dać odpór zdecydowanym działaniom Trumpa:

    https://x.com/lkwarzecha/status/1890076525074223170

    image

    Zwolennicy Unii prężą tutaj muskuł, opowiadają, jak to ZSRS ma 440 milionów ludzi a USA zaledwie 330, Rosja zaledwie 140. Co to oni nie są. Jak to powinni dojechać Rosję sankcjami i wydatną pomocą dla Ukrainy.

    Tymczasem rzeczywistość wygląda zgoła inaczej, dlatego muszę tu popełnić krótką egzegezę wynurzeń Trumpa i jego wice J.D. Vance’a:

    Otóż gorzka prawda jest taka, że UE nic nie ma. Korzystała z amerykańskiego parasola ochronnego, który umożliwiał redukcję europejskich wydatków na obronę. I Trump wyraźnie mówił, że z tym koniec, dokładnie po linii powyższej propagandy ełrokołchozowej. Macie wydawać na zbrojenia i skoro macie tyle milionów ludzi to wybudujcie sobie 12 atomowych lotniskowców, fregaty, okręty podwodne, naprodukujcie czołgów itp. bombowców strategicznych jak mrówków. W skrócie armie państw Unii powinny mieć siłę równą armii USA. Teraz dodadzą jeszcze pewnie wyrównanie za ostatnie 25 lat zaniedbań.

     

     

    Funkcjonariat unijny rozdziera szaty i labidzi o wartościach moralnych. Ale nie takie są oczekiwania. Trump oczekuje konkretnej oferty: przejęcia finansowania pomocy dla Ukrainy, czyli Unia będzie płacić USA za uzbrojenie dla Ukrainy. Unia nie ma bowiem nic (Niemcy mają 300 czołgów np.), nie ma fabryk amunicji itp. Ale kasy też nie ma i nie przejmie finansowania tej pomocy, bo nie ma za co. Owszem, środki ze zbrojeń przerzucali na poziom życia, ale ostatnio wszystko przemarnili na zielone łady, zamykanie kopalń, wiatraki, walkę z klimatem itp. I nie ma. Dlatego ów viceprezydentus może sobie pozwalać na wystąpienia wywołujące białą gorączkę totalniactwa.

    image

     

    Teraz Trump dzwoni do Putina i ustala za plecami, bo USA finansuje pomoc. Jakby UE finansowało pomoc to by von der Leyen mogła dzwonić i ustalać nie za plecami Ukrainy. Warto ponosić koszta? Opłaca się?

    image

     

    Ja zaś w momencie rozpoczęcia sovieckiej inwazji zauważyłem, że PiS powinien domagać się uczynienia z obrony przed Rosją priorytetu unijnego i przekierowania środków z wiatraków na czołgi. PiS tego nie zrobił i teraz mają. Nie ma wspólnoty interesów między Europą Środkową a resztą. Niemcy są bowiem uzależnieni od surowców rosyjskich i półproduktów chińskich. Generalnie oddadzą bez większych problemów tereny na wschód od Wisły Putinowi w zamian za gaz, za pomocą którego będą zarządzać Europą. Rosja nie jest postrzegana przez Europę Zachodnią jako zagrożenie, o czem wielokrotnie pisałem. Ale to grochem o ścianę. Pisałem też, że dla Tuska i totalnych ruska inwazja na Polskę jest lepszym wyjściem niż przegrana w wyborach i oddanie władzy.

    image

     

    Tutaj pojawiła się nowa audycja dr Bartosiaka, który opisuje rozmaite koniunkcje od lat. Muszę posłuchać. Ja zaś otwarcie stawiałem pytanie: co trzeba dać Orbanowi aby opłacało mu się zmienić politykę? Nie było odzewu. Teraz zaś pojawia się moda na politykę transakcyjną więc zobaczymy.

    O wyskokach pisowców zaś będzie jeszcze. 

    PS: O widzę że Radzio zaczął bredzić:

    https://www.salon24.pl/newsroom/1428174,mocne-slowa-sikorskiego-od-wyniku-wojny-zalezy-wiarygodnosc-usa

    Za czasów tzw Majdanu ekscytował on Ukraińców i zastanawiałem się mówiąc szczerze co będzie jak Soviet jednak wjedzie na Ukrainę. Czy będą bronić Majdanu własną piersią, czy spierniczą? Taka ekscytacja, narażająca na konsekwencje jest jednak nieetyczna. 

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Most powietrzny do Stalingradu został otwarty 25 listopada, jeszcze zanim przybyła większość dodatkowych Ju 52 i przerobionych bombowców.
     

               Generalny kwatermistrz Luftwaffe zmuszony był zabrać kilkaset samolotów szkoleniowych wraz z najlepszymi załogami instruktorskimi, przez co zadał śmiertelny cios programowi szkoleniowemu. Zarekwirował też licznym agencjom rządowy samoloty transportowe i kurierskie, co miało negatywny wpływ na służby łączności i poczty.  Wycofał również wiele bombowców i samolotów dalekiego rozpoznania z grup na wszystkich frontach i przekształcił je w prowizoryczne transportowce powietrzne.
     

               Przybycie tych posiłków na lotniska 4. Floty Powietrznej wokół Stalingradu zajęło sporo czasu. Jednak do pierwszego tygodnia grudnia większość jednostek przydzielonych Richthofenowi przybyła na miejsce i rozpoczęła działania w ramach zaopatrzenia powietrznego. Stworzono wielką flotę transportową, składającą się z niemal dziewięciu pułków Ju 52; silnego zgrupowania He 111, dwóch pułków przekształconych Ju 86; pułku przekształconych He 177; a nawet formacji dalekiego zasięgu wyposażonej w samoloty Fw 200 Condor, Ju 90 i Ju 290.
     

               W sumie było to ok. 500 samolotów, z tym, że część z nich – zwłaszcza He 177 – nie nadawało się do roli transportowców i wkrótce stały się ciężarem. Oficerem odpowiedzialnym za zaopatrzenie 6 Armii drogą powietrzną został generał Victor Carganico.
     
     
                 Jednakże największą trudnością było utrzymanie działania lotnisk położonych wewnątrz kotła, pomimo bombardowań sowieckich samolotów.
     

               Carganico i jego sztabowi brakowało doświadczenia w dowodzeniu operacjami na tak dużą skalę, stąd też już 29 listopada Richthofen mianował gen.  Fiebiga nowym dowódcą odpowiedzialnym za zaopatrzenie drogą powietrzną .
     
     
               Od samego początku niesprzyjające warunki pogodowe utrudniały lotnicze zaopatrzenie 6 Armii.  Richthofen i Fiebig na próżno ostrzegali naczelne dowództwo, że pojawi się ten problem.  Średnia temperatura zimowa w Stalingradzie wynosiła -8,0 stopnia C, a okres w którym średnia temperatura spada poniżej zera trwał od 15 listopada do 21 marca. Dodatkowym utrudnieniem były duże opady śniegu, tworzące wielkie zaspy śniegu. W Zagłębiu Donieckim, gdzie  znajdowały się główne bazy 4. Floty Powietrznej – pokrywa śnieżna była tak gruba, że drogi były przejezdne jedynie, jeżeli nieustannie kursowały po nich zmotoryzowane pługi śnieżne.
     
     
                Podczas zamieci śnieżnych trudne okazywało się nawet wykonywanie połączeń telefonicznych. „Nic nie działa w tych cholernych warunkach”. -  narzekał Richthofen - Bardzo fatalna pogoda. Mgła. Oblodzenie. Zamieć. Brak działań w powietrzu, zaopatrzenie niemożliwe”.
     

               Niskie zachmurzenie (poniżej 650 m), połączone z występującą często przygruntową mgłą, utrudniało  starty i lądowania, i w znacznej mierze redukowało widoczność po wzniesieniu się w powietrze.
     
     
               Podczas pośpiesznej ewakuacji z lotnisk na wschód od Czyru, porzucono wiele specjalnie stworzonych urządzeń grzewczych oraz duże ilości sprzętu wykorzystywanego do rozmrażania silników innymi sposobami. Zostawiono również sporo pługów śnieżnych, kluczowych do oczyszczania pasów startowych ze śniegu.
     
     
               Pojawianie się dziesiątków samolotów transportowych każdego dnia w pierwszych dwóch tygodniach funkcjonowania mostu powietrznego, jedynie pogorszyło sytuację, zmuszając już i tak przeciążony personel naziemny do gorączkowych wysiłków mających na celu zapewnienie funkcjonowania lotnisk i samolotów.
     
     
               Generał Pickert wspomniał później: „Mróz powodował niewyobrażalne trudności w odpalaniu silników samolotów, a także w ich konserwacji, i to pomimo świetnie znanych, sprawdzonych procedur odpalania na mrozie. Bez jakiejkolwiek osłony przed zimnem czy zamieciami śnieżnymi, personel naziemny harował bez ustanku do czasu zamarznięcia dłoni. Mgła, oblodzenie i zamiecie wywoływały coraz większe trudności, dodatkowo potęgowane nocą”.
     
     
               4 grudnia gen. Fiebig zapisał w swoim dzienniku:  „Nocą miało miejsce pilne odmrażanie w Pitomniku [głównym lotnisku wewnątrz kotła], ale nadal nie da się startować przez gęstą mgłę. Wszyscy znajdują się pod presją, czekają w gotowości na okazję do startu. Wszyscy – personel naziemny i lotnicy – robią co w ich mocy. Ale kto może mierzyć się z siłami natury?”.
     
     
                W pierwszych tygodniach funkcjonowania mostu powietrznego kiepska widoczność powodowana przez zamiecie śnieżne, mgły i niskie chmury utrudniały działania Luftwaffe bardziej niż mróz. Starty były niebezpieczne i trudne, a nawet doświadczeni piloci nienawidzili lądować swoimi w pełni załadowanymi maszynami wewnątrz „twierdzy” w częstych okresach słabej widoczności.
     
     
               Gęsta mgła okrywająca lotniska w kotle często zmuszała nawet najodważniejszych pilotów do zawrócenia bez podjęcia próby lądowania, pomimo że na obu lotniskach znajdowały się radiolatarnie.
     
     
               Z sześciu lotnisk położonych wewnątrz kotła, tylko Pitomnik był odpowiednio wyposażony do radzenia sobie z operacjami na dużą skalę. Lotnisko posiadało nawet światła, oświetlenie pasów startowych oraz sprzęt łącznościowy do operacji nocnych. Pozostałe – z wyjątkiem Basargina, które pośpiesznie wyposażono w najbardziej potrzebny sprzęt – były jedynie gołymi trawiastymi pasami startowymi, na których brakowało wszelkich niezbędnych urządzeń do komunikacji i kontroli lotów. Te zasypane śniegiem lądowiska były praktycznie bezwartościowe dla Luftwaffe.
     
     
               Pickert pracował niestrudzenie, żeby zagwarantować, by dwa główne lotniska w kotle funkcjonowały jak najbardziej wydajnie, a rozładunek i dalszy transport zaopatrzenia przebiegał szybko i sprawnie. „Tutaj cały impet prac skupia się na operacji zaopatrzenia powietrznego, - zapisał w dzienniku - ewakuacji rannych i ich zakwaterowaniu do czasu odlotu”.
     
     
                Położenie rannych było koszmarne. Obsługa lotniska wielokrotnie była świadkiem „tragicznego widoku zamarzających rannych, czekających z sanitariuszami na ewakuację”. Wielu umierało przy pasach startowych, zwłaszcza w dniach, w których działania lotnictwa były skrępowane przez złą pogodę.
     
     
               Od końca listopada sowieckie myśliwce, bombowce i samoloty szturmowe skupiły się na Pitomniku, zdając sobie sprawę, ze znaczenia tego lotniska dla całego mostu powietrznego.
     
     
               Natomiast sowieckie informacje o zestrzeleniu wielu niemieckich samolotów transportowych nie są prawdziwe. Choć straty poniesione w przypadku działalności sowieckiego lotnictwa były kosztowne dla mostu powietrznego, to w rzeczywistości utrudniały operację w o wiele mniejszym stopniu niż pogoda i spowodowane przez nią wypadki podczas lądowań i startów.
     
     
             Jednak aktywność sowieckiego lotnictwa zmusiła Niemców do skierowania myśliwców do obowiązków związanych z eskortowaniem i osłoną lotnisk, choć były pilnie potrzebne na innych odcinkach frontu. W sumie Niemcy w rejonie Stalingradu dysponowali ok. 90 sprawnymi myśliwcami. Było za ich mało i nie dysponowały zasięgiem umożliwiającym eskortowanie transportowców w czasie długiej drogi powrotnej, a ponadto przez cały czas musiały strzec przestrzeni powietrznej nad kotłem.
     
     
              W ciągu pierwszych pięciu dni niemieckie samoloty zdołały przerzucić ok,. 300 ton zaopatrzenia, czyli tyle, ile  Göring obiecał dostarczać jednego dnia.
     
     
              Mimo wszystko gen. Pickert  nie mógł nadziwić się odwagi i znakomitych umiejętności pilotażu wykazywanych przez lotników, którzy z powodzeniem lądowali w złej pogodzie, czasami nawet w potężnych „zamieciach”. 29 listopada zapisał w dzienniku: „W najbardziej koszmarnej pogodzie, przy chmurach wiszących zaledwie na 80 m (…) zaopatrzeniowe He 111 pojawiały się na miejscu, genialne osiągnięcie. Wychwalam je pod niebiosa!”.
     
     
               Odwadze i umiejętnościom załóg dorównywały energia i coraz wyższa wydajność personelu naziemnego Pickerta. Nie korzystając z żadnych maszyn, duże zespoły nieustannie oczyszczały pasy startowe ze śniegu i wraków samolotów, którym nie udało się szczęśliwie wylądować. Odzyskiwały z tych szczątków wszelki ładunek i części maszyn, a następnie spychały je poza krawędź pasów startowych. Zespoły szybko obsługiwały przylatujące samoloty. Zazwyczaj rozładowywały ich ładunek i, pełne rannych, wysyłały z powrotem w powietrze w dwie godziny. Jednak  zimno oraz nieustanne nękanie przez wroga stopniowo rujnowały ich siły i morale. Pod koniec stycznia czas rozładunku i załadunku wzrósł do ponad czterech godzin.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Zamknięcie w stalingradzkim kotle niemieckiej 6 Armii doprowadziło do uruchomienia mostu lotniczego.
     
     
             Kontrofensywa sowiecka, która ruszyła 19 listopada 1942 roku, przełamała pozycje rumuńskie, zagrażając okrążeniem niemieckich armii w Stalingradzie. Następnego dnia rozpoczęło się drugie sowieckie natarcie na pozycje rumuńskie, tym razem na południa od Stalingradu.
     
     
            Ze względu na złą pogodę niemieckie samoloty odegrały niewielką rolę w powstrzymaniu  sowieckiego ataku  „Pogoda była koszmarna” – napisał gen. Richthofen w swoim dzienniku -  „Marznąca mgła, śnieg i zacinający deszcz. Nie byliśmy w stanie prowadzić żadnych działań. Właśnie dlatego nie mogliśmy nawet uzyskać jasnego obrazu sytuacji z powietrza”.
     
     
               Jedynie samolotom VIII Korpusu Lotniczego udało się w pierwszych dniach sowieckiego natarcia wykonać ponad 100 lotów bojowych. „Sztukasy” bombardowały i ostrzeliwały sowieckie oddziały, pojazdy, a zwłaszcza jednostki pancerne i kawaleryjskie.
     
     
               „Nieubłaganie zrzucam bomby na wroga – wspominał Hans-Ulrich Rudel - i kieruję serie z karabinu maszynowego w bezbrzeżne, żółto-zielone fale nadciągających żołnierzy (…) Nie został mi ani jeden pocisk, nawet żeby się bronić podczas ewentualnego ataku pościgowego. Teraz szybko wracam po amunicję i paliwo. Przy tych hordach nasze ataki są jedynie kroplą w morzu, ale nie chcę teraz o tym myśleć. Lecąc z powrotem znów obserwujemy uciekających Rumunów; mają szczęście, że zabrakło mi amunicji, żeby powstrzymać ten tchórzliwy pogrom”.
     
     
               Szybkie tempo sowieckiego natarcia sprawiło, iż Niemcy utracili szereg lotnisk polowych, pozostawiając na nich mnóstwo zaopatrzenia i wyposażenia.
     

               23 listopada 1942 roku jednostki obu sowieckich ramion kontrofensywy spotkały się pod miasteczkiem Sowietskij, 20 km na południowy wschód od Kałacza. W ten sposób Sowieci okrążyli ok 250 tysięcy niemieckich żołnierzy, wchodzących w skład 6. Armii  gen. Paulusa, liczne elementy 4. Armii Pancernej Hotha oraz resztki dwóch rumuńskich armii, a także szereg rozmaitych jednostek specjalistycznych i pomocniczych.
     

               W kotle znalazło się również ponad 12 000 żołnierzy Luftwaffe, w tym większość 9. Dywizji Artylerii Przeciwlotniczej generała majora Pickerta  kilka grup łączności, personel naziemny dwóch lotnisk, elementy 3. Pułku Myśliwskiego oraz 12., 14, i 16. Grup Rozpoznania Taktycznego. Ich dowódcą został gen. Pickert.
     

               W obliczu okrążenia niemieckich jednostek wezwany przez Hitlera do Berghofu  gen. Jechonnek (szef sztabu generalnego Luftwaffe) zapewnił go, że jeżeli zostaną wykorzystane samoloty transportowe i bombowce, i jeżeli uda się utrzymać odpowiednie lotniska wewnątrz i na zewnątrz kotła, to Luftwaffe zdoła dostarczyć armii potrzebne zaopatrzenie. Przypomniał, iż  minionej zimy lotnictwo z powodzeniem wspierało 100 000 ludzi w kotle demiańskim przez kilka miesięcy. Zapomniał jednak zaznaczyć, iż sowieckie siły lotnicze pod Demiańskiem były bardzo słabe, co pozwalało na ciągłe działania niemieckiego lotnictwa bez strat własnych.
     
     
               Sytuacja pod Stalingradem była zupełnie inna. Po pierwsze, było tam okrążonych niemal trzy razy więcej ludzi nić pod Demiańskiem. Jeżeli 100 000 żołnierzy potrzebowało 300 t zaopatrzenia dziennie, to, logicznie rzecz biorąc, 250 000 będzie potrzebowało ok. 750 t, co było tonażem niemożliwym do przerzucenia. Po drugie, Luftwaffe posiadała zdecydowanie za mało samolotów transportowych i dostępnych bombowców do dostarczenia tylu ładunków. Po trzecie, siły sowieckie siły lotnicze pod Stalingradem były obecnie znacznie liczniejsze niż pod Demiańskiem.
     

               Spontaniczne i nieprzemyślane zapewnienie Jeschonnka, że lotnictwo jest w stanie utrzymać przy życiu 6. Armię w Stalingradzie ucieszyło Führera, który mógł pozwolić 6 Armii opuścić miasta, skoro dwa tygodnie wcześniej  odtrąbił w monachijskim Löwenbräukeller, że jego wojska zajęły „miasto o żywotnym znaczeniu (…) noszące imię samego Stalina”.
     

               Hitler nie przewidywał mostu powietrznego o skali i czasie funkcjonowania tego spod Demiańska, gdyż wierzył, że Manstein szybko przełamie sowieckie okrążenie. W tej sytuacji 6. Armia musiała być  zaopatrywana drogą powietrzną tylko w międzyczasie.
     
     
               W tym samym czasie wyżsi oficerowie 6. Armii uważali, że o ile natychmiast nie wyrwą się z okrążenia (co bez powodzenia zalecali), to ich armia będzie musiała być zaopatrywana drogą powietrzną przez całe tygodnie, jeżeli nie miesiące.


               Richthofen uważał plan obrony okrężnej pod Stalingradem Paulusa oraz oparcie jego  nadziei na tym, że Luftwaffe będzie zaopatrywać ich armię, był szaleństwem. Lotnictwu po prostu brakowało możliwości jej zaopatrywania. „Podejmuję wszelkie wysiłki, - napisał w dzienniku - żeby ją przekonać, że nie da się tego osiągnąć, ponieważ niezbędne środki transportu są niedostępne”. Podczas „nieopisanej liczby rozmów telefonicznych (…), trwających do późnej nocy”, ostrzegał wszystkich rozmówców – w tym Göringa w Berlinie, Zeitzlera w Prusach Wschodnich, Jeschonnka w Berchtesgaden i Weichsa w kwaterze Grupy Armii B – że nie ma środków transportu, by zaopatrywać armię Paulusa.  Dlatego uważał, iż 6 Armia powinna podjąć natychmiastową próbę wyrwania się z okrążenia.


              Należy jednak zaznaczyć, iż gdy Jeschonnek dowiedział się, iż okrążenie 6. Armii potrwa dłużej niż pierwotnie twierdzono, a jego początkowe pospieszne kalkulacje były błędne, przyznał się do błędu i próbował wyperswadować pomysł Hitlerowi i Göringowi. Ci jednak zignorowali jego ostrzeżenia.
     
     
              Prawie miesiąc przed sowiecką ofensywą rozpoczął się atak Montgomery’ego na pozycje Rommla pod El Alamein, a w nocy z 7 na 8 listopada 1942 roku doszło do lądowania oddziałów brytyjsko-amerykańskie w Maroku i Algierii.
     
     
              A zatem Hitler, zdekoncentrowany wydarzeniami nad Morzem Śródziemnym, nie był w stanie skupić swojej uwagi wyłącznie na katastrofalnej sytuacji na wschodzie. Decyzję o rzuceniu do Tunezji znacznej liczby żołnierzy i sprzętu w owym krytycznym okresie, należy ocenić jako jedną z gorszych w historii.  81 000 niemieckich żołnierzy, którzy wylądowali w Tunezji, a także 250 Ju 52 wykorzystane do ich transportu, zostały zmarnowane na pozbawioną szans na sukces kampanię o niewielkiej wartości strategicznej. Ci żołnierze i te samoloty mogły w kluczowy sposób wpłynąć na losy Niemców w znacznie ważniejszym rejonie Don-Doniec, gdyby zamiast do Tunezji zostały przekazane Mansteinowi i Richthofenowi.
     

               Hitler kompletnie zignorował wielokrotne apele i ostrzeżenia swoich polowych dowódców wojsk lądowych i lotnictwa, niesprawiedliwie nazywając ich „defetystami” ponieważ podważyli jego formułę „niezłomnej obrony”, którą wyniósł do rangi doktryny. Z radością przyjął obietnice i gwarancje Göringa, pomimo że marszałek Rzeszy nie podjął rzeczywistych kroków w kierunku zapoznania się z sytuacją pod Stalingradem.
     
     
                Z kolei Göring na żadnym etapie funkcjonowania mostu powietrznego nie rzucił na szalę swojej rzekomej „brutalnej energii”, żeby zapewnić powodzenie całemu przedsięwzięciu. Przeciwnie, zamiast zostać na miejscu i samemu organizować oraz nadzorować tę kluczową operację, wyjechał na zakupy do Paryża, a potem, już po powrocie, rzadko starał się angażować w jej postępy.
     
     
               Większość jednostek transportowych Richthofena było w akcji bez przerwy od lata 1942 roku, a odbudowa i doposażenie jednostek bojowych zawsze miało pierwszeństwo nad ich potrzebami. W rezultacie ich średni odsetek maszyn sprawnych, wynoszący ok. 40%, był o 10% niższy niż w jednostkach bojowych. Większość jego samolotów transportowych wykonywało ważne zadania na innych odcinkach frontu. W rezultacie 25 listopada 1942 Richthofen mógł zaangażować w zaopatrywanie 6. Armii zaledwie 30 ze swoich 295 samolotów transportowych..
     
     
               Zaopatrzenie 6. Armii w 300 t ładunku dziennie – absolutne minimum potrzebne armii (w rzeczywistości potrzebowała 500 t) – wymagało, aby każdego dnia w kotle lądowało średnio 150 w pełni wyładowanych Ju 52. Oczywiście ze względu na to, że w wiele dni pogoda uniemożliwiłaby transport tego tonażu, podczas dobrej aury należało przerzucić znacznie więcej niż 300 t. Ładowanie i rozładowywanie zaopatrzenia było czasochłonne, więc każdy samolot mógł wykonać jeden, najwyżej dwa loty dziennie.
     
     
              W związku z tym Richthofen potrzebował przynajmniej 800 Ju 52, żeby spełnić obietnice Göringa i sprostać najskromniejszym potrzebom 6. Armii. Jednak w tym czasie cała Luftwaffe posiadała tylko 750 takich maszyn, a ponad połowa z nich operowała na śródziemnomorskim teatrze działań wojennych.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Prezydent Donald Tramp popełnił spory błąd wywodząc, że są tylko dwie płcie: kobiety i mężczyźni. A gdzie feministki? Poza tą wpadką front robót który przeprowadza jest jednak imponujący. Rozgrzebał rozliczne fronta, gdzie przeprowadza rozmaite ofensywy. Wstrzymał kasiorkę dla Krytyki Politycznej np. Świat nieco oniemiał widząc, co się dzieje. Dynamika działań połączona z druzgotaniem oporu budzi podziw połączony z przerażeniem. Sprawa Kolumbii, która odmówiła przyjęcia samolotu z nielegalną imigracją jest znamienna: przez kilka godzin lewaki się ekscytowały, że niby fiasko. A tu padła groźba ceł 25% i Kolumbia sama przysłała samolot po nich. To budzi uznanie, ale jest zaskakujące dla nie słuchających nauk Korwina:

    JKM, powołując się na kogoś tam wywodził już dawno że na reformy jest 3 miesiące czasu. Po tym okresie biurokracja zwiera szeregi i udaremnia zrobienie czegokolwiek. W tym świetle działania Trumpa jawią się niezwykle przemyślanymi i dynamicznymi. On wiedział wcześniej, co zamierza i się przygotował. Jest to zachowanie odmienne od standardów europejskich. Jest też ten drugi Musk, który specjalizuje się w wywalaniu złogów. Z Tłitera (X) wywalił całą cenzurę i teraz jest płacz lewaków, ale atmosfera się oczyściła.

    Jak widać skuteczne jest zatrzymanie wszystkiego, a potem włączenie pojedynczych rzeczy. A nie deliberacja nad każdą pierdołą. Pamiętacie co było z kartą pływacką czy rowerową u nas? Ja już średnio pamiętam.

    ****

    Czytam sobie ostatnio Dzienniki Kisiela (Stefan Kisielewski, artysta i publicysta) które są niezwykle aktualne. Wychodzi tam Broniarek i stwierdza, że de Gaulle (de Gol, prezydent Francji, walczył we wojnie z bolszewikami) za bardzo wygrał wybory i musi rządzić bez opozycji, bo ta jest słaba. I to jest idiotyzm. Jednostkom totalnym wytłumaczyć muszę paradoks, bo nie pojmą: otóż w PRL nie było żadnej oficjalne opozycji w owym czasie. Koło Znaku itp. nie spełnia znamion definicji. Skoro bez opozycji się nie da a u nas nie ma to chyba nie da się rządzić sprawnie w PRL? Jest też drugie wyjaśnienie: opozycja wcale nie jest specjalnie potrzebna i Broniarek bredzi, jak to ma w zwyczaju. Zawsze na dwie strony przynajmniej można takie wnioskowania rozwiązywać. My, mając tego świadomość wrzucamy zwykle wysoko przetworzoną szyderę z podobnych bredni totalnych, którzy się wzorują na Trybunie Ludu. A oni nie rozumieją tego w ogóle bo jakby zrozumieli to by przestali być totalnymi.

    Podobnie jeśli w USA ktoś biadolił w prasie, że nie ma tam wolności to oznaczało, że wolność tam jest, bo może to pisać w oficjalnym obiegu. U nas zaś w Trybunie Ludu nikt nie pisał, że nie ma u nas wolności. Wprost przeciwnie – pisali, że jest. I dlatego wolności u nas nie było. Jest to niezwykle aktualne przy rozpatrywaniu kwestii poniższej:

    ****

    Sporo uwagi poświęcaliśmy problemowi takiemu:

    Czy da się przeprowadzić rewolucję neopaździernikową nie dysponując aparatem terroru, a wyłącznie środkami zawstydzania?

    Okazuje się, że jednak nie. Grecia nie wystarczy. Jeśli pozostawione zostają wybory to w końcu ludzie zaczną głosować przeciw. Tamci zaś są osłabieni niemożnością otwartego przedyskutowanie tego problemu. Udawać muszą. Dlatego obecnie przechodzą do terroru klasycznego, we Wielkiej Brytanii wsadzają do pudła za lajki itp. U nas widać co się dzieje, jest Rumunia itp. Ciało demokratyczne zakłada, że jak przegrało wybory to musi przeanalizować, co zrobiło źle, pokajać się i przygotować do następnych. A nie twierdzić, że jak przegrali to nie ma demokracji. Jak widać pisiory to stronnictwo demokratyczne, Trump też jest demokratyczny. A Platforma nie.

    Walka z klimatem, zawstydzanie poprzez wyzywanie ludzi, że są rasistami, xenofobami, grifterami, hejterami nie przynosi sukcesu. Ludzie jak mogą to przestają kupować gry. Oglądać filmy przestają i głosują w wyborach. Tamci tymczasem te wszystkie zjawiska widzą oddzielnie. Ich nieporadność intelektualna, wyrażająca się zdziwieniem oporem społeczeństwa, które się broni, bo chce żyć, pozbawiła ich resztek autorytetu w szerokich kręgach społecznych. O kim z czystym sumieniem można powiedzieć, że jest głupszy niż prof. Markowski czy Sadurski? No o ministerzycy Kotuli można np. A o ministerze Nowackiej?

    Istnieje taki gościu Tomasz Markiewka. Oto co on rozumie z przemian odbywających się na naszych oczach:image

    Podstawowa niemożność hierarchizacji problemów i ich analizy. Zapewne jest dumny z bycia dziedzicem głupot Broniarka. No jest. Takie ma ałtoryteta. Demokracja jest dla niego zjawiskiem nieznanym. Powinien domagać się respektowania wyników wyborów. Zmienia się władza i do koryta dochodzą jej akolici, a akolici poprzedniej idą na dietę. Tego powinien się domagać intelektualista jeden.

    Taki sposób myślenia, że przeznaczymy jeden procent na AIDS i dlatego mają nam zostawić 99% pozostałe bo się koryto lewakom należy jest żałosny. Ciekawe czy Polityce też obciął Trump kasę. Czy tylko Wyborczej i Krytyce Politycznej? Dyletanckie jest to wszystko.

    No nic kończę na razie, bo nie nadążam za samym wymienieniem wyczynów Trumpa. Red. Warzecha nakręcił audycję o nich, aż se obejrzę. Dodam, że wcale nie jest pewne czy fundusz na rzecz AIDS w Afryce faktycznie pomagał na to AIDS. Raczej jest wątpliwe. 

    Na zdjęciu: Status Quo

    O Status  Quo:

    https://youtu.be/EIxsPBbZ_b8?si=TxkFLcfsENUtclfA

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Status_Quo_(zespół_muzyczny)

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Mówili o niej „skarpeta”, a jej wersję Sport uznano za najpiękniejsze auto „zza żelaznej kurtyny”.
     
     
            W maju 1953 roku KC PZPR podjął uchwałę o budowie nowego popularnego samochodu, „oszczędzającego czas środek przewozu przy wykonaniu czynności służbowych i wypoczynku, przeznaczonego dla racjonalizatorów, przodowników pracy, aktywistów, naukowców i przodujących przedstawicieli inteligencji”.
     
     
            Gdy w 1947 roku władze PRL chciały kupić licencję od włoskiego Fiata, który oferował pomoc w budowie fabryki, Stalin sprzeciwił się uznając, że państwa socjalistyczne powinny się wzajemnie wspierać, a nie korzystać z pomocy kapitalistów.
     
     
             W rezultacie w 1950 roku PRL kupił od ZSRR licencję na samochód GAZ-M20 Pobieda (po rosyjsku: Zwycięstwo). Było to auto wzorowane na jednym z modeli amerykańskiego Forda, który sprzedał licencję ZSRS jeszcze przed II wojną światową. W PRL-u stało się znane jako Warszawa.
     
     
               Projektowi nowego samochodu nadano nazwę Syrena i tak już zostało. „Było w tym trochę partyzantki, ale także tego, czego dzisiaj już nie ma: każdy chciał, żeby to jakoś poszło – wspominał Wojciech Świerzewski, specjalista do spraw obsługi technicznej w FSO.
     
     
             Najpierw chciano zbudować auto z czterosuwowym silnikiem oraz nadwoziem o nowoczesnym opływowym kształcie. Niestety, w PRL-u wszystkiego brakowało, zbudowano więc auto, z tego było pod ręką. Wiele części, na przykład koła czy kierownicę, zaczerpnięto z samochodu Warszawa. Dlatego niektórzy nawet żartowali, że Syrena powstała jako uboczna produkcja przy montażu Warszawy.
     
     
               Pierwszy prototyp Syreny był gotowy na 31 grudnia 1953 roku. Silnik skonstruował inżynier Fryderyk Bluemke, który przed II wojną światową projektował motocykle Sokół. Po wojnie pracował w Wytwórni Sprzętu Mechanicznego w Bielsku-Białej, która wytwarzała dwusuwowe silniki do pomp dla straży pożarnej. Prototypowa Syrena otrzymała taki właśnie zmodyfikowany silnik od sikawki strażackiej – miał dwa cylindry, pojemność 690 centymetrów sześciennych i moc 22 KM (ostatecznie do produkcji weszła wersja o pojemności 744 centymetrów i mocy 27 KM, która pozwalała się rozpędzić do około 100 km/h).
     
     
               Nadwozie stworzył Stanisław Panczakiewicz, jeden z najwybitniejszych polskich konstruktorów – samochody projektował już przed wojną, a w PRL-u budował ciężarówki marki Star. Wobec tego, iż nie mógł do budowy wykorzystać tłoczonych blach, gdyż pochodziły z importu, zaprojektował nadwozie z … z drewna i płyt pilśniowych, pokrytych dermą. Po wypadku testowego auta, w czasie którego kawałki dermy i drewna fruwały dookoła,   postanowił wykonać nadwozie z kawałków ręcznie klepanej blachy, które łączono ze sobą pojedynczymi spawami.
     
     
            „Te blachy, spawane ręcznie, sprawiały, że Syrena w czasie jazdy cała dygotała jak młoda panna na ślubie” – opowiadał inżynier Jerzy Kałwa.
     
     
            Projekt nadwozia wzbudzał skrajne emocje. Jedni zawzięcie go krytykowali, podczas gdy dla innych przód auta przypominał sportowy, włoski samochód Cisitalia 202 Pinin Farina z 1946 roku, który został uznany za dzieło sztuki wzornictwa przemysłowego i trafił do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku.
     
     
            Produkcja Syreny ruszyła pełną parą we wrześniu 1958 roku. Przy linii montażowej w warszawskiej fabryce FSO na Żeraniu zaśpiewał Jan Kiepura, światowej sławy polski tenor mieszkający w Nowym Jorku, który akurat przyjechał z recitalem do kraju.
     
     
              Zaplanowano, że FSO będzie opuszczało 10 tysięcy Syren rocznie. Ale w pierwszym roku udało się zbudować zaledwie 700, a w kolejnym – niewiele ponad 1000. Dopiero na początku lat 70. produkcja rozkręciła się do 20 tysięcy.
     
     
               Produkcja Syreny natkała na opór Władysława Gomułki, który uważał auto za zbyt luksusowe dobro dla robotnika. „Mamy ważniejsze sprawy, musimy budować mieszkania, a poza tym auta te są zbyt wyszukane, burżuazyjne” – mówił w 1959 roku Gomułka w czasie wizyty w FSO.
     
     
               Syrenę nazywano „skarpetą”, od charakterystycznej błękitnej smużki, wydzielanej przez dwusuwowy silnik, która – jak niektórzy twierdzili – śmierdziała niczym stara skarpeta. Drzwi montowane w pierwszych wersjach syren otwierały się odwrotnie niż w większości dwudrzwiowych samochodów. Złośliwi mówili na nie „kurołapy” – gdy jechało się przez wieś, można było je otworzyć i łapać nimi kury, które same wpadały do środka.
     
     
               Krążył też dowcip na temat szczelności Syren i Mercedesów. Aby ją sprawdzić, należało w obu autach zamknąć na noc kota. Mercedes był szczelny, jeśli kot rano jeszcze żył, a Syrena – jeśli w środku jeszcze był.
     
     
               Ale żarty nikomu nie przeszkadzały, bo w PRL-u samochód był przedmiotem marzeń i po Syreny ustawiały się długie kolejki.
     
     
               Szczęśliwcy, którzy nabyli Syrenę 100, czyli pierwszą, najstarszą jej wersję, otrzymywali, dołączony do instrukcji obsługi, kategoryczny zakaz dodawania gazu na zakręcie.
     
     
               W 1960 roku FSO postanowiła wysłać dwie Syreny na słynny rajd Monte Carlo. Mimo początkowego sceptycyzmu oba samochody dojechały do mety, choć jedna z Syren prowadzona przez Marka Varisellę przekroczyła linię mety tyłem, bo zepsuła się skrzynia biegów i działał tylko wsteczny bieg.
     
     
               Syreny startowały w rajdzie jeszcze trzykrotnie – po raz ostatni w 1964 roku, budząc duże zainteresowanie kibiców i uczestników rajdu.
     
     
               Inżynierowie z FSO próbowali unowocześnić syrenę oraz wprowadzić do produkcji nowe modele. W 1959 roku powstał prototyp siedmioosobowego Mikrobusu, a rok później dwuosobowej Syreny Sport. Zaprojektował je Cezary Nawrot, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (późniejszy twórca nadwozi motocykla WSK i Poloneza Caro).
     
     
               Prototyp Syreny Sport był przechowywany przez ponad dekadę w garażu w podwarszawskiej Falenicy. Na początku lat 70. władze PRL-u poleciły go zniszczyć. Powołały nawet specjalną komisję, która czuwała nad tym, aby z auta nic nie pozostało. Zachowały się tylko nieliczne zdjęcia. Syrena Sport przypomina na nich Porsche albo Ferrari. To dwumiejscowy supernowoczesny samochód, który wyprzedzał swoje czasy.  Auto miało czerwoną karoserię z tworzywa sztucznego oraz silnik typu boxer, podobny do tych, które napędzały motocykle BMW.
     
     
             Kilka lat później powstała Syrena 110 – jeden z pierwszych na świecie hatchback, czyli auto z tylną klapą otwieraną do góry. Syrena 110 miała być nowoczesnym samochodem małolitrażowym i zastąpić pierwsze wersje auta. Jednak Tadeusz Wrzaszczyk, dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego, późniejszy minister przemysłu maszynowego i wicepremier – jedna z najbardziej wpływowych postaci w ekipie Edwarda Gierka, sprzeciwił się wejściu tego modelu do produkcji, uznając, że FSO bardziej skorzysta na zakupie licencji na zachodnie auto, bo wraz z nią otrzyma dostęp do nowoczesnej technologii.
     
     
            W rezultacie FSO kupiła licencję od włoskiego Fiata i w 1967 roku rozpoczęła produkcję Fiata 125p.
     
     
             Edward Gierek w odróżnieniu od Gomułki stawiał na przemysł motoryzacyjny. Zakupiono więc od Włochów licencję na tani, mały samochód, który miał być dostępny „dla każdego Polaka”. Fiat 126p stał się symbolem lat 70. i najpopularniejszym autem w PRL. To właśnie „maluch” okazał się najgroźniejszym konkurentem Syreny, którą produkowano od 1972 roku w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Bielsku Białej.
     
     
             W Bielsku produkowano Syrenę 105. Była to już kolejna, udoskonalona wersja auta. W przeciwieństwie do poprzednich – oznaczonych numerami od 100 do 104 – miała drzwi otwierane tak jak w innych autach, z zawiasami w przedniej części nadwozia i klamkami zapożyczonymi z Fiata 125p. Powstał nawet model 105 Lux, w którym drążek zmiany biegów zamontowano w podłodze (a nie, jak dotąd, przy kierownicy) oraz można było regulować kąt oparcia przednich foteli.
     
     
               Do produkcji wprowadzono też wersję dostawczą R20 – ze skrzynią na towary, oraz rolniczą Syrenę Bosto – furgonetkę do przewozu warzyw.
     
     
              Ostatnia Syrena zjechała z taśmy montażowej 30 czerwca 1983 roku. Ogółem wyprodukowano ponad 521 tysięcy Syren, z czego 177 tysięcy w FSO w Warszawie,
     
     
               Syrena była jedynym autem całkowicie polskiej konstrukcji, które weszło do masowej produkcji. W dodatku produkowano ją najdłużej spośród wszystkich aut – licząc od powstania pierwszego prototypu – równo 30 lat. Nic dziwnego, że stała się legendą – ikoną PRL
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    P. Lipiński. M. Matys – Absurdy PRL-u
     
    A. Glajzer - Prawdy i legendy. Syrena Sport
     
    P. Lipiński Piotr - Wyścigowe skarpety
     
    W. Skoczyński , A. Glajzer Andrzej - Podróż sentymentalna przystanek S-17
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Afera hotelu „Orbis-Silesia” w Katowicach dobrze ukazywała skrywane oblicze peerelowskiej rzeczywistości, nie tylko w hotelowej perspektywie.


               „Jeżeli chodzi o częstowanie mnie alkoholem, - wyjaśniał oskarżony Zimny - to gdy zabawa się rozkręciła, czasami niektóre panie stawiały mi drinka. Tylko że ja rzadko kiedy z tego korzystałem. Wyglądało to tak, że bez mojej wiedzy zamawiały alkohol u danej barmanki. Dopiero po wyjściu gości z lokalu barmanki mówiły mi, że ta czy tamta postawiła mi alkohol. Ja albo wypijałem, co zdarzało się rzadko, albo po prostu wycofywałem pieniądze”.
     

               Furman i Zimny – podobnie jak Henryk Bujak – zgodnie kwestionowali również wyliczoną im przez prokuraturę kwotę wypitych drinków, uważając ją za dużo mniejszą.
     

               Oskarżony Andrzej Chłodnicki zaprzeczył, jakoby przyjmował od barmanek jakiekolwiek korzyści majątkowe. „(…) Były wypadki, że z panem dyrektorem Bujakiem wypiliśmy po kieliszku. – wyjaśniał -  Miało to miejsce na przykład podczas urodzin czy innych uroczystości. Zawsze płaciliśmy przed wypiciem za ten alkohol”.
     

               Oskarżone barmanki generalnie przyznały się do wręczania korzyści majątkowych Bujakowi, Furmanowi, Zimnemu i Chłodnickiemu, twierdząc jednak, że były to sumy dużo niższe niż wyliczone przez prokuratora.
     
     
               Zeznająca oskarżona Kawka oświadczyła, iż nie poczuwa się do polskości, gdyż jej matka była Niemką. Także jej mąż uważa się za Niemca. Oskarżenie uznaje za wynik prześladowania jej za narodowość.
     

               W trakcie składania przez nią wyjaśnień, obecny na sali jej małżonek zaczął coś wykrzykiwać po niemiecku. Sąd upomniał go i zagroził, że w razie powtórzenia się nieodpowiedzialnych wystąpień z jego strony zostanie wydalony z sali.


               Prokurator  „z uwagi na prowokacyjny charakter wyjaśnień składanych przez oskarżoną Kawkę w dniu wczorajszym”, wniósł o „utrwalenie na zasadzie artykułu 133 kodeksu postępowania karnego przebiegu czynności sądowych w dniu dzisiejszym za pomocą aparatury utrwalającej dźwięk”. Sąd – po naradzie – wyraził zgodę.
     

               Największą sensację wśród zgromadzonej na sali rozpraw publiczności wzbudziła defilująca przed obliczem Wysokiego Sądu galeria pań lekkich obyczajów. Sama elita katowickiej prostytucji dewizowej: słynna „Baśka Fiat 1100”, Wanda „Druciara”, Zośka zwana „Chinką”, Kryśka „Fabryka” czy „Mama Leone” – prawdziwa legenda hotelu „Silesia”, o której mówiono z podziwem, że najlepiej na świecie robi „Kaczki w Przeciwstawnym Locie”, co by to nie było.
     

               Dewizowe „panienki” chętnie opowiadały o tym, któremu kierownikowi i ile stawiały, czy też wręczały gotówki za umożliwienie wejścia do nocnego baru. Niektóre płaciły za to „w naturze”.
     
     
               Ostatecznie w czasie procesu ustalono, iż  oskarżony Henryk Bujak wypił tylko za 50 tysięcy złotych, co sąd wycenił na dwa lata pozbawienia wolności, 50 tysięcy złotych grzywny i zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych na lat trzy.
     
     
               Marian Furman został skazany na półtora roku za kratkami, 30 tysięcy złotych grzywny i dwa lata zakazu zajmowania stanowisk kierowniczych. Dokładnie taki sam wyrok dostał Henryk Zimny, chociaż przyjął od panienek mniej gotówki o całe dziesięć tysięcy złotych  i „sprzedał nie mając do tego uprawnień w barze nocnym własnego alkoholu” o sześć tysięcy mniej niż kolega.
     
     
               Andrzej Chłodnicki, który do końca konsekwentnie zarzekał się, że nigdy w życiu nie przyjął od nikogo żadnej łapówki, dostał rok pozbawienia wolności, 15 tysięcy złotych grzywny i dwa lata zakazu zajmowania stanowisk.
     
     
               Janinę Kawkę skazano na półtora roku w zawieszeniu na trzy lata i 20 tysięcy złotych grzywny. Na tyle samo sąd wycenił działalność jej koleżanki za barowej lady Anny Kotowskiej-Marek.
     
     
               Ewę Budniok i Joannę Muchę sąd uznał za winne zarzucanych im czynów, postępowanie wobec obu pań umorzył jednak z powodu amnestii.
     
     
               Sam hotel „Silesia” został zamknięty 16 grudnia 2006 roku.  Po kolejnych trzynastu latach budynek został wyburzony w 2019 roku.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Słowiński - Wielkie afery. Mroczny PRL
     
    I. Kienzler - Kronika PRL 1944-1989. Afery i skandale
     
    M. Gerlich – Biurwy, mewki, arabeski. Prostytucja w czasach PRL
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W peerelowskich hotelach niejednokrotnie dochodziło do nadużyć gospodarczych.
     
     
           Kiedy w maju 1971 roku dokonywano w Katowicach uroczystego otwarcia, „Silesia” uchodził za jeden z najdroższych i najbardziej luksusowych hoteli w PRL. Stanowiła namiastkę wielkiego świata. „Pobyt w hotelu „Silesia” to pełny relaks po trudach dnia codziennego” – brzmiało jego hasło reklamowe.
     
     
           W hotelu były sto dziewięćdziesiąt cztery pokoje, w tym sześć apartamentów, wszystkie z łazienkami, z telewizorami, radioodbiornikami i telefonami. Goście mogli korzystać z kantoru wymiany walut, salonu fryzjerskiego, salonu kosmetycznego, sklepu spożywczego, kiosku i Peweksu. A przy hotelu był garaże oraz strzeżony parking.
     
     
          W hotelu była też renomowana restauracja oraz klub nocny ze striptizem. Swoje wdzięki pokazywały Czeszki i Węgierki, bo Polkom początkowo nie było wolno.
     
     
         Nocowali w hotelu m.in.: Charles Aznavour, noblista Josif Brodski, Krzysztof Penderecki, Czesław Miłosz  oraz narodowe drużyny piłkarskie Niemiec i Szwecji.
     
     
          Z okazji  oddania pieca martenowskiego w Hucie Katowice zorganizowano w hotelu wykwintne przyjęcie , w którym uczestniczył sam Aleksiej Kosygin, premier Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich.
     
     
         Jak każdy luksusowy hotel w PRL-u, także i „Silesia” miała swoje tajemnice. Obok recepcji, za lustrem wiedeńskim był prowadzony nasłuch gości. Peerelowskie hotele były miejscem permanentnej inwigilacji gości, zazwyczaj zagranicznych gości.
     
     
          Po holu hotelu kręciły się córy Koryntu, zwane wtedy „dewizówkami”. Na podjazdach czaili się taksówkarze, a cinkciarze nagabywali obcokrajowców: czeńdż many, czeńdż many. Wszyscy oni współpracowali ze służbami specjalnymi.
     
     
          W okresie PRL-u prostytucja stanowiła temat tabu. Takie zjawisko oficjalnie po prostu nie istniało.  Prawdziwy boom w tej profesji zaczął się w latach siedemdziesiątych za rządów Edwarda Gierka i nawiązaniu przez władze współpracy z Zachodem. Rozkwit prostytucji wynikał nie tylko z obecności znacznej liczby zachodnich turystów, ale także nawiązania przez kraje bloku wschodniego politycznej i gospodarczej współpracę z państwami arabskimi.
     
     
          Obywatele krajów Bliskiego Wschodu praktycznie bez żadnych przeszkód mogli przekraczać zarówno granice Polski. W ten sposób zaczęła się rozwijać seksturystyka; arabscy fachowcy, którzy pracowali na kontraktach w zachodnich Niemczech, otrzymywali wypłatę w twardej walucie. „Ponieważ w RFN za „numerek” musieli zapłacić ponad 40 dolarów, a w Polsce za podobną usługę córy Koryntu żądały tylko 10, kraj nad Wisłą co weekend odwiedzali liczni przybysze o śniadej cerze (…)”.
     
     
          Dewizowe prostytutki były cennym źródłem informacji dla Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Dzięki nim funkcjonariusze mieli wgląd w działalność półświatka, a przede wszystkim do chutliwych zagranicznych dyplomatów i inżynierów. Zdjęcia i nagrania z pokojów hotelowych służyły później do przekonania „amanta”, aby rozpoczął współpracę z tajnymi służbami peerelowskimi.
     
     
         Pomimo opieki służb specjalnych dochodziło do nadużyć gospodarczych. Tak też i było w „Silesii”.
     
     
              Funkcjonariusze MO w 1977 roku ustalili, iż w latach 1973-1976 kierownicy sali restauracyjnej oraz baru nocnego przyjmowali łapówki od prostytutek za wpuszczanie ich do baru nocnego.
     
     
            W toku dalszych czynności śledczych odkryto, iż grupa pracowników „wprowadzała własne produkty do sprzedaży w prowadzonych przez siebie bufetach”.
     
     
           W rezultacie prowadzonych przez katowicką milicję czynności, na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Katowicach, zasiadło osiem osób: Henryk Zimny, Marian Furman,  Henryk Bujak, Andrzej Chłodnicki, Janina Kawka, Anna Kotowska-Marek, Ewa Budniok i Joanna Mucha.
     
     
          Rozprawie sądowej, która rozpoczęła się 9 listopada 1977 roku, przewodniczył sędzia Zdzisław Majkowski, a w charakterze ławników ludowych wystąpili: Zbigniew Ziemniak, Jan Zarzycki, Emanuel Malota i Maria Nędza. Protokołował Przemysław Słowiński, oskarżał zaś (z ramienia Prokuratury Wojewódzkiej) Włodzimierz Wolny.
     
     
           Marian Furman i Henry Zimny zostali oskarżeni o czerpanie „korzyści majątkowych z cudzego nierządu w postaci pieniędzy’ o łącznej wartości około 50 tysięcy zł. oraz wprowadzenie do obrotu – w porozumieniu z barmankami – własnego alkoholu o wartości około 30 tyś, zł.
     

               Andrzej Chłodnicki został oskarżony o przyjęcie od dwóch barmanek korzyści majątkowych w wysokości ok. 20 tyś. zł. w zamian z za ustalenie dla nich dogodnego harmonogramu pracy. Cztery barmanki zostały oskarżone za wręczanie korzyści majątkowych.
     
     
               Z kolei  Henryk Bujak (zastępca dyrektora hotelu ds. eksploatacji) został oskarżony o przyjmowanie od barmanek „korzyści majątkowych w postaci winiaku o łącznej wartości około 103 tysięcy zł.”. Pan Henryk miał zwyczaj żądać nalaniu mu po przyjściu do pracy jednej lub dwóch kieliszków winiaku, za który nie płacił.
     

               Od samego początku zarówno Henryk Bujak jak i jego obrońca starali się przekonać wysoki sąd, że żadnego stawiania winiaków oskarżony na barmankach nie wymuszał i że wszystkie kobiety czyniły to jedynie z czystej sympatii do niego oraz zgodnie z panującymi w branży gastronomicznej zwyczajami.
     

               „Nigdy nie prosiłem żadnej z barmanek o nalanie mi alkoholu. Zdarzały się natomiast wypadki, że się spieszyłem i nawet odmawiałem wypicia postawionego mi alkoholu – dowodził z godnością dyrektor  – Były wypadki, że płaciłem za postawiony mi winiak, ale niestety – tu rozłożył bezradnie ręce – barmanki odmawiały przyjęcia pieniędzy.”
     
     
              Widząc, że  sąd niespecjalnie podziela jego tok rozumowania, skupił się na kwestionowaniu wyliczonej przez prokuraturę wartości wypitego alkoholu. Sporo czasu zajęło więc szczegółowe ustalanie cen: ile kosztował winiak w barze nocnym,  jak zmieniały się ceny trunku na przestrzeni lat. Miał o co walczyć, gdyż w latach 70. „mienie znacznej wartości” określone zostało jako mienie o wartości przekraczającej sto tysięcy złotych.
     
     
             Jednocześnie oskarżony dowodził, że pijał jedynie „Winiak Luksusowy”, najtańszy alkohol w barze, w dodatku rodzimej produkcji, gardząc możliwością konsumpcji dużo droższych alkoholi pochodzących ze „zgniłego” Zachodu.
     

               Panowie Zimny i Furman przyznali się do zarzucanych im w akcie oskarżenia czynów „częściowo”. To znaczy przyznali się, że przyjmowali od prostytutek alkohol w postaci stawianych im drinków i że za te niewypite kasowali od barmanek ekwiwalent w postaci gotówki, stanowczo zaprzeczyli jednak zgodnie, aby którykolwiek z nich dostał od „nocnych panienek” choćby złotówkę.  Mieli chłopaki swoją ……godność.
     

               „(…) Nie wiem za co kobiety trudniące się nierządem stawiały mi alkohol. – zeznawał Furman -  Przypuszczam, że po prostu starały mi się przypochlebić. Ja sam nigdy im tego nie proponowałem. Od innych gości, prócz tych kobiet trudniących się nierządem napiwków nie dostawałem. No, może z wyjątkiem napiwków od mężczyzn będących w towarzystwie tych kobiet. Kobiet trudniących się nierządem przychodziło do hotelu „Silesia” około dwudziestu. Wszystkie te kobiety traktowałem tak jak innych konsumentów. Jeżeli zachowywały się prawidłowo, to nie miałem z nimi konfliktów. Z wieloma jednak miałem. Czasami nie chciały płacić za wypity alkohol, bywało, że zaczepiały mężczyzn, którzy sobie tego nie życzyli”.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1975 roku rozpoczął się w Warszawie proces tzw. „złotogłowych”, członków największego w PRL gangu przemycającego złoto.
     
     
            1 grudnia 1975 roku „złotogłowi” zasiedli na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, wykryci po długotrwałym śledztwie prowadzonym przez Biuro Śledcze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W sumie przed sądem stanęli: Witold Mętlewicz, Mieczysław Młynarczyk, Włodzimierz Chryniewiecki, Leon Dygas, Witold Oksztel, Roman Matela, Wanda Dębińska, Bożena Listkiewicz,  Zofia Młynarczyk oraz Mieczysława Mętlewicz.
     
     
          Jeszcze przed procesem MSW zarekwirowało oskarżonym luksusowe wille, drogie zagraniczne samochody,  dzieła sztuki, waluty obce i polskie złotówki.  W sumie skonfiskowano majątek wyceniony na ćwierć miliarda złotych – kwotę wówczas gigantyczną.
     
     
          Za stołem sędziowskim zasiadło trzech sędziów zawodowych: przewodniczący Mieczysław Malik oraz Włodzimierz Skrzypiński i Maria Chłopecka.
     
     
         Liczący sto stron akt oskarżenia odczytał prokurator Kazimierz Radomski. Oskarżył grupę o wywiezienia z Polski osiemnastu milionów dolarów oraz przywiezienie i sprzedanie szesnastu ton złota w sztabkach i złotych monet. Ponadto oskarżył ich o wywiezienie i sprzedanie zagranicznym antykwariuszom cennych dzieł sztuki, częstokroć stanowiących niepowtarzalne pamiątki narodowe.
     
     
          Treść artykułu 135 Kodeksu karnego z 1969 roku (zwanego popularnie Kodeksem Andrejewa), z którego mieli odpowiadać, brzmiała groźnie: „Kto w porozumieniu z innymi osobami bez wymaganego zezwolenia albo wbrew jego warunkom nabywa, zbywa lub wywozi za granicę wartości dewizowe w wielkich ilościach, narażając przez to interesy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na wielką szkodę, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze 25 lat pozbawienia wolności”.
     
     
          Artykuł ten występował w akcie oskarżenia w związku z artykułem 58 kk, który stanowił, że „w razie skazania za przestępstwo ciągłe [a takim był niewątpliwie dokonany przez oskarżonych czyn] sąd może orzec karę w granicach do najwyższego ustawowego zagrożenia zwiększonego o połowę (…)”.
     
     
         Na ławach obrończych zasiadło kilkunastu obrońców, kwiat warszawskiej palestry, między innymi mecenasi: Tadeusz de Virion, Jacek Wasilewski, Mieczysław Maślanko, Maciej Dubois, Władysław Pociej, Włodzimierz Mizgier-Chojnacki i Kazimierz Łojewski.
     
     
         Perspektywa tak wysokiej kary rozbiła mafijną solidarność. Już w śledztwie sypali jedni drugich na wyrywki, obciążając się wzajemnie odpowiedzialnością.
     
     
         Oskarżeni szybko przyznali się do handlu złotem, nie chcieli natomiast mówić o obrazach, rzeźbach, starym srebrze, porcelanie, antycznych meblach, czy starym szkle, które bez najmniejszych skrupułów wywozili do Wiednia z tak ograbionego wojną kraju.
     
     
          „Tych ton złota, setek tysięcy złotych monet przeciętny zjadacz chleba nie mógł sobie wyobrazić – przekonuje Jerzy Kochanowski – Dlatego ta sprawa budziła skrajne uczucia: zazdrość i nienawiść”. Warszawa dosłownie ziała nienawiścią do oskarżonych, co znajdowało wyraz w licznych listach nadchodzących do redakcji gazet.
     
     
          18 grudnia 1976 roku, po trzystu osiemdziesięciu czterech dniach procesowych, przewodniczący Malik ogłosił wyrok w największej w PRL aferze przemytniczo-dewizowej. Witolda Mętlewicza i Mieczysława Młynarczyka sąd skazał na kary po dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności i po milionie złotych grzywny. Leon Dygas został skazany na  dwanaście lat więzienia, skonfiskowano mu ponad 250 obrazów (dużo ze szkoły flamandzkiej), 617 wyrobów ze srebra, 73 rzeźby i wyroby z porcelany, 124 starodruki. Wanda Dębińska dostała dziewięć lat i milion złotych grzywny, Bożena Listkiewicz – jedenaście lat i milion dwieście tysięcy grzywny, Roman Matela – jedenaście lat i milion, Witold Oksztel – dziewięć lat i milion, Włodzimierz Chryniewiecki – osiem lat i milion, Leon Dygas – dwanaście lat i milion. Zofia Młynarczyk została skazana na cztery lata więzienia i dwieście tysięcy grzywny, a Mieczysława Metlewicz  na pięć lat i trzysta tysięcy grzywny.
     
     
           Ministerstwo Spraw Wewnętrznych hojnie nagrodziło osoby zaangażowane w wykrycie afery. Dyrektor Biura Śledczego Tadeusz Kwiatkowski otrzymał dwadzieścia pięć tysięcy złotych, a inspektorzy i prokuratorzy dostali po dziesięć tysięcy złotych, sędziowie z I instancji od ośmiu do trzynastu tysięcy, a szeregowi funkcjonariusze MSW po 1500 zł.
     
     
          Większość skonfiskowanych oskarżonym wilii zagarnęli prominenci – m.in. dom Metlewicza otrzymał gen. Mirosława Milewski. Po ujawnieniu jesienią 1990 roku afery „Żelazo” Milewski został zmuszony do zwrotu państwu zajętej willi Mętlewicza przy ulicy Łowickiej.
     
     
           Skonfiskowane złoto i waluty przejął Narodowy Bank Polski. Samochody (w tym Mercedesa 230 Młynarczyka, BMW 1600 oraz Volkswagena 1300 Mętlewicza) wzięło MSW.
     
     
          W kwietniu 1978 roku Muzeum Narodowe zorganizowało wystawę zatytułowaną „Dzieła sztuki odzyskane dla kultury narodowej przez SB i MO”, na której można było obejrzeć „odzyskane” obrazy Aleksandra Gierymskiego, Juliana Fałata, Henryka Siemiradzkiego, Wojciecha i Juliusza Kossaków oraz innych polskich malarzy.
     
     
           Żaden ze skazanych nie odsiedział wyroku do końca. I tak np. główny oskarżony Witold Mętlewicz wyszedł na warunkowe zwolnienie po 15 latach i trzech miesiącach odsiadki w listopadzie 1988 roku.

     
            23 grudnia Sejm PRL uchwalił wniesioną przez rząd Mieczysława Rakowskiego liberalną ustawę o działalności gospodarczej, od nazwiska ministra przemysłu zwaną „ustawą Wilczka”.
     
     
            Niecałe trzy miesiące później – 16 marca 1989 roku – Aleksander Gawronik (również współpracownik SB) otworzył na granicy w Świecku pierwszy prywatny kantor wymiany walut.
     
     
           Witold Mętlewicz zmarł 11 stycznia 1997 roku i pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. W tym samym grobie spoczęły doczesne szczątki Tomasza Mętlewicza, który zmarł 4 stycznia 2010 roku.
     
     
           Leon Dygas zmarł po wyjściu z więzienia na warunkowe zwolnienie. Został pochowany na  cmentarzu parafialnym we wsi Wieliszewo nieopodal Legionowa. Uratowany przed SB  kapitał ulokowany w szwajcarskim banku posłużył jego dzieciom w rozkręceniu biznesów.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Słowiński - Wielkie afery. Mroczny PRL
     
    I. Kienzler - Kronika PRL 1944-1989. Afery i skandale
     
    J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
     
    S. Podemski - Pitawal PRL-u
    0
    No votes yet
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Zwolennicy obecnej koalicji rządzącej nie mogą się nadziwić sytuacją w KGSie? Minął ponad rok od zmiany rządu, a Marek Zagórski były poseł i minister PIS, nadal pełni funkcję prezesa Spółki (i prawdopodobnie będzie nim do marca, kiedy skończy się kadencja obecnego zarządu)? Jaka była w tym rola wiceministra Zbigniewa Ziejewskiego?

     

    Rząd się zmienia, Zagórski pozostaje

    Krajowa Grupa Spożywcza to spółka strategiczna, podlegająca ministrowi aktywów państwowych. Bezpośrednią kontrolę z ramienia Skarbu Państwa pełni wiceminister aktywów państwowych Zbigniew Ziejewski i departament nadzoru II.

    Początkowo wydawało się, że minister Zbigniew Ziejewski jest przeciwnikiem istniejącego układu w KGSie. W styczniu 2024 roku wymienieni zostają członkowie rady nadzorczej. Następnie odwoływani zostają wszyscy członkowie zarządu z ramienia Skarbu Państwa poza … prezesem Markiem Zagórskim, byłym ministrem ds. cyfryzacji za rządu Morawieckiego, współodpowiedzialnym za przekazanie danych PESEL Poczcie Polskiej ws. tzw. wyborów kopertowych.

    Dziwnym trafem, pierwotnie Zagórski znika z listy „świadków” przed sejmową komisją śledczą ds. wyborów kopertowych, a powraca dopiero po ujawnieniu tego faktu przez wp.pl. Pozostaje na stanowisku po ujawnieniu szacowanej straty na rok 2024/25 w wysokości 600 mln zł, po ujawnieniu udziału KGS w kampanii wyborczej z 2023 roku (zyciestolicy.com.pl) po przegranym z kretesem przetargu przez KGS na terminal zbożowy w Gdyni (mimo zaangażowania 3 wiceministrów) i także po skierowaniu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sejmową komisję śledczą itd itd.

    O dziwo odwołane zostaje posiedzenie sejmowej komisji rolnictwa z 15.10.2024 roku poświęcone Krajowej Grupie Spożywczej, a przewodniczący Komisji nie zwołuje posiedzenia mimo wniosku Związku Zawodowego Rolnictwa „Korona” w tej sprawie (cenyrolnicze.pl).

    Jak informował wp.pl MAP, pytane o Zagórskiego, odsyłał do rady nadzorczej KGS (w której 8 na 12 członków powoływanych jest przez MAP), która z kolei nie miała zastrzeżeń do prezesa i nie podjęła (mimo przywołanych wyżej okoliczności) żadnych działań w celu zmiany prezesa. Dlaczego?

    Być może odpowiedź na to pytanie, leży w niektórych decyzjach KGS i spółek zależnych?

     

    Sponsoring Klubu Piłkarskiego

    W ramach podpisanej umowy logotypy Pomorsko Mazurskiej Hodowli Ziemniaka oraz Grupy Kapitałowej Krajowej Grupy Spożywczej znalazły się na koszulkach i spodenkach meczowych pierwszej drużyny GKS-u Wikielec, promowane będzie także na nośnikach reklamowych na Stadionie Gminnym w Wikielcu. Wizerunek marki Sponsora umacniany będzie także poprzez reklamę na stronie internetowej oraz w klubowych mediach społecznościowych. Elementem zawartej współpracy jest także Świąteczny Turniej Halowej Piłki Nożnej o Puchar Pomorsko Mazurskiej Hodowli Ziemniaka oraz Grupy Kapitałowej Krajowej Grupy Spożywczej, który 21 grudnia odbędzie się na hali sportowej w Wikielcu.

    – czytamy 16 grudnia na profilu facebooka i na  stronie Klubu GKS Wikielec

    Ktoś powie, zwykły kolejny sponsoring GK KGS SA. Ale czemu sponsorować mało znany III-ligowy klub sportowy (znany w przeszłości z powiązań z konkurencyjnym w zakresie nasiennictwa – Rolimpexem) i równocześnie rezygnować ze sponsorowania KZ Pomezania z Malborka, czyli miejscowości w której KGS i Elewarr mają swoje oddziały (malbork.naszemiasto.pl)? Czy ta polityka sponsoringowa ma jakikolwiek sens?

     

    Szczególne związki Ziejewskiego z GKS Wikielec?

    Otóż GKS Wikielec kojarzony jest z wiceministrem aktywów państwowych Zbigniewem Ziejewkim, nadzorującym KGS.

    Listopad 2020 roku Sponsorem GKS Wikielec zostaje spółka Ziemiar. Udziałowcem i prezesem spółki Ziemiar jest poseł PSL Zbigniew Ziejewski (GKS Wikielec).

    2023 06 17 uroczystosci na meczu z jeziorakiem 16Czerwiec 2023.

    Zbigniew Ziejewski, poseł na Sejm i właściciel sponsorującej nas firmy Ziemar, sprezentował nam tablicę świetlną, z której skorzystaliśmy już podczas meczu z Jeziorakiem…

    2023 06 17 uroczystosci na meczu z jeziorakiem 09My z kolei wręczyliśmy pamiątkowe statuetki, dziękując za wsparcie i przychylność, naszym lokalnym VIP-om:  wójtowi gminy Iława Krzysztofowi Harmacińskiemu, przewodniczącemu rady gminy Iława Romanowi Piotrkowskiemu, posłowi na Sejm Zbigniewowi Ziejewskiemu, posłowi na Sejm Zbigniewowi Babalskiemu

    – czytamy na stronie Klubu.

    W lutym 2024 roku w czasie gminnej Gali Sportu i Kultury w Szkole Podstawowej w Wikielcu w dziedzinie sportu w kategorii Serce dla Sportu nagrodzony zostaje Zbigniew Ziejewski – Vice Minister Aktywów Państwowych, Poseł na Sejm X kadencji (Gazeta Olsztyńska)

    A zatem czy kogoś dziwi sponsoring GKS Wikielec ze strony GK KGS i PMHZ? Czyżby nieformalny deal a może chęć przypodobania się ministrowi?

    Co ciekawe, umowy zawarto w grudniu, tuż przed ogłoszeniem konkursów na prezesa i innych członków zarządu na następną kadencję? Czy dlatego rozciągnięto postępowanie konkursowe aż do lutego? Czysty zbieg okoliczności? Ktoś w to uwierzy?

     

    „Afera KHBC” pod dywan?

    W połowie października do Krajowej Grupy Spożywczej, Ministerstwa Aktywów Państwowych, Krajowej Administracji Skarbowej, organów samorządowych trafiło zawiadomienie sygnalisty dotyczących politycznych zatrudnień i nieprawidłowości gospodarczych w KHBC (Kutnowska Hodowla Buraka Cukrowego). Informacje dotarły także w tym zakresie do naszego portalu (Życie Stolicy). Zarzuty zgłoszone w zawiadomieniu sygnalisty są bardzo poważne i dotyczą m.in celowej niegospodarności ze strony aktualnego kierownictwa spółki.

    Nie nam oceniać zasadność tych zarzutów, ale według uzyskanych przez nas kopii dokumentów postępowanie w sprawie prowadzi Krajowa Administracja Skarbowa, a także na skutek powiadomienia przez Burmistrza Kłodawy i Urząd Marszałkowski w Łodzi – także prokuratura w Kole (postępowanie wyjaśniające).

    Gdy zwróciliśmy się do MAP o stanowisko w sprawie najpierw szukano pretekstu formalnego do odwlekania odpowiedzi a następnie przytoczono jakieś ogólniki, że MAP nie posiada informacji nt. zmian w zakresie zatrudnienia w KHBC i że w przypadku nieprawidłowości podejmuje działania wyjaśniające przy wykorzystaniu prawem narzędzi korporacyjnych.

    Tymczasem na podstawie maila sygnalisty, możemy stwierdzić że informację o nieprawidłowościach zostały przesłane do Departament Nadzoru Właścicielskiego II MAP podlegający wiceministrowi Zbigniewowi Ziejewskiemu. Więcej 14 listopada w KHBC pojawił się z wizytą wiceminister Zbigniew Ziejewski (PSL), który obficie fotografował się z kierownictwem Spółki. Co miała oznaczać ta wizyta? Poparcie dla zarządu (przypomnijmy powołanego w kwietniu br przez zarząd KGS)? Krajowa Grupa Spożywcza co prawda zleciła kontrolę spółki, ale jak do tej pory nie słychać o jakichkolwiek jej skutkach  (Życie Stolicy).

     

    Przeniesienie siedziby Elewarru do Malborka?

    Okręgiem wyborczym posła ministra Zbigniewa Ziejewskiego jest okręg elbląski, który obejmuje m.in Malbork. W mieście tym KGS posiada cukrownię, a Elewarr – oddział. W sierpniu 2024 roku Życie Stolicy został powiadomiony przez pracowników Elewarru o planach przeniesienia siedziby spółki z Warszawy do … Malborka.

    Ten absurdalny pomysł, który przyniesie więcej szkody niż pożytku forsowany miał być zdaniem pracowników forsowany przez prezesa Elewarru Jacka Łukaszewicza (dla którego byłoby bliżej do swej macierzystej firmy – PZZ Stoisław), prezesa KGS – Marka Zagórskiego (czyżby w ten sposób „wkupywał się” w łaski Ziejewskiego) i Andrzeja Stalińskiego – dyrektora biura wykonawczego segmentu zbożowo-młynarskiego KGS (który miałby tam biuro i bliżej do domu). Oczywiście nowa siedziba oznaczałoby zwolnienie pracowników w Warszawie i zatrudnienia w Malborku (także lokalnych znajomych ministra), a że ekonomicznie będzie to nieopłacalne …

    Do przeniesienia jeszcze nie doszło, ale pomysł nie został zarzucony. Prawdopodobnie będzie próba realizacji w tym roku.

     

    Minister rozegrany?

    Czy minister Zbigniew Ziejewski wszedł w układ z Zagórskim i jego środowiskiem, czy też dał się zwyczajnie rozegrać?

    Jak „zorientowani” twierdzą:

    gdyby wybory wygrała nie obecna koalicja, a PIS, to Zbigniew Ziejewski dołączyłby do lokalnego PISu.

    Czy to prawda?

    Nie dowiemy się, ale może coś było na rzeczy, skoro na czele KGS wciąż stoi (i prawdopodobnie do marca) były prominentny minister PIS, współodpowiedzialny za przekazanie danych PESEL Poczcie Polskiej w tzw. wyborach kopertowych i wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

    Jak oceniają pracownicy:

    Skutkiem jednak jest betonowanie układów i zależności w ramach KGS, a skutki tego będą odczuwalne przez dłuższy okres.

    Czy o to ministrowi chodziło?

    ( za https://zyciestolicy.com.pl)

    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od 1971 roku rozpoczęły się aresztowania członków gangu „złotogłowych”, dotychczas pozostających pod ochroną służb specjalnych.
     
     
             W działalności przestępczej oskarżonych można wyróżnić trzy odrębne fazy. Początkowo wykorzystywano w obrocie własną walutę wywożoną przez dyplomatów do Szwajcarii. Tam kupowano złote dwudziestodolarówki, ruble, dukaty austriackie i złoto w sztabkach stugramowych rafinerii szwajcarskich lub południowoafrykańskich próby 1000, oznaczonej czterema dziewiątkami. Brazylijscy dyplomaci przywozili to wszystko w bagażu dyplomatycznym do Polski. Następnie, kasując za usługę 10-15 procent wartości, przekazywali złoto odbiorcom: Mętlewiczowi, Listkiewiczowej, Oksztelowi i Młynarczykowi. Ci z kolei przekazywali je następnym kontrahentom, otrzymując zapłatę z reguły w dolarach. Otrzymywane dolary wracały podobną drogą – przez tych samych pośredników i udziałowców – do Brazylijczyków. I tak koło się zamykało.
     
     
              W Szwajcarii dostarczaniem złota zajmował się bankier René Charpie, związany wspólnymi interesami z dyplomatami. On też opiekował się zagranicznymi kontami Mętlewicza i Młynarczyka pilnując, by odpowiednie prowizje przelewane były na ich nazwiska.


              Handel dziełami sztuki ruszył od roku 1959. Głównym organizatorem i głównym odbiorcą przemycanego towaru był Czesław Bednarczyk. Współpracowali z nim trzej inni antykwariusze z Wiednia: Tomasz Mętlewicz, Zenon Morawski i Alexander Axelerad oraz Andrzej Kozłowski z Paryża i Oskar Labiner z Monachium. Interesem w Polsce kierował Witold Mętlewicz, mający świetne rozeznanie w tym rynku.
     
     
              Zakupione dzieła sztuki zagranicę wywozi w bagażu dyplomatycznym brazylijscy dyplomaci. Paczki docierały do Wiednia, do Czesława Bednarczyka, któremu przysługiwało prawo pierwokupu. Resztę otrzymywali pozostali antykwariusze. Dzieła sztuki sprzedawane były najczęściej bezpośrednio w antykwariatach wymienionych odbiorców. Czasami wstawiano je do salonów aukcyjnych w Austrii, RFN, Francji lub w innych krajach zachodniej Europy. Uzyskane ze sprzedaży pieniądze wracały poprzez dyplomatów do Polski. Czasem nabywano za nie złoto albo lokowano na kontach członków gangu w  Union de Banques Suisses w Genewie. MSW nigdy nie zdołało położyć na nich łapy.
     
     
             Większość wywiezionych dzieł sztuki stanowiły przedmioty o znacznej wartości zabytkowej i muzealnej. Niektóre miały wręcz unikalny charakter, jak na przykład wyroby ze srebra firmy Fabergé, przedmioty z porcelany miśnieńskiej czy sewrskiej, wreszcie obrazy znanych mistrzów polskich i obcych.
     
     
             Formalnie obowiązywał zakaz wywozu dzieł sztuki z kolekcji prywatnych i państwowych, jednak w ustawie „O ochronie dóbr kultury” z 15 lutego 1962 roku istniała furtka – zgodnie z artykułem 5 ustawy: „Nie podlegają zakazowi wywozu przedmioty, wymienione w art. 5, o ile wyrazi na to zgodę wojewódzki konserwator zabytków”. Gdy konserwator jednego województwa odmawiał członkom gangu na wywóz, zwracano się do innego. A województw było siedemnaście.
     
     
             Gang specjalizował się również w oszukiwaniu klientów, głównie zagranicznych, sprzedając im falsyfikaty, na przykład „antyczne” srebra. Dysponowali do tego celu odpowiednimi narzędziami uzyskanymi od wytrawnego fałszerza o ksywie „Senator”. Były to imitacje XVIII-wiecznych puncy do znakowania sreber. Fałszywego Rembrandta przyciemniano syropem od kaszlu.
     
     
             Świetnie zorganizowany interes kręcił się znakomicie przez lata, przy cichym wsparciu służb specjalnych. Mętlewicz i inni członkowie gangu od dawna znajdowali się na celowniku organów ścigania, ale zlikwidowanie przestępczego procederu postępowała jakoś dziwnie opornie.
     
     
             Sprawa „wypłynęła” dopiero po  wykrycia w 1971 roku działalności braci Iwanickich, właścicieli składu pasz w Warszawie przy ulicy Tarczyńskiej, oskarżonych o przestępstwa dewizowe na dużą skalę.
     
     
             Stało się to w momencie zmiany szefa MSW, którym w lutym 1971 roku został Franciszek Szlachcic, którego postanowił zlikwidować rekinów czarnego rynku walutowego. Sygnał do tego dało zapewne posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR, na którym rozpaczano nad tragicznym brakiem dewiz w budżecie państwa. Ekspert z Ministerstwa Finansów wspomniał o ludziach, którzy nie sieją, nie orzą…
     
     
            Jednymi z pierwszych „ofiar” nowej polityki stali się właśnie bracia Iwaniccy, a w dalszej kolejności także „złotogłowi”.
     
     
            Prowadzenie śledztwa w sprawie gangu „złotogłowych” powierzono Wydziałowi I Biura Śledczego MSW, którego szefem był  płk. Tadeusz Kwiatkowski. Kolejni aresztowani wsypywali innych członków gangu.
     
     
             Aresztowany w 1973 roku Mieczysława Młynarczyka napisał list do kolejnego szefa MSW Stanisława Kowalczyka, w którym przypomniał, od 1951 roku był agentem, który przekazał co najmniej sześćset pisemnych meldunków, podpisując je kryptonimami „Hieronim” albo „Stefan” oraz kilkaset informacji ustnych. Pozyskany został do współpracy w celu kontrwywiadowczego zabezpieczenia poselstwa Brazylii.
     
     
            „(…) Układ był taki: – pisał Młynarczyk. – Ponieważ nie otrzymuję pensji z MSW, to, co zarobię, będzie moją zapłatą”.
     
     
             Młynarczyk chwalił się, że „w 1963 roku usunąłem podstępem strażnika, aby pracownicy MSW mogli wejść do ambasady (…) W 1972 roku wywiad radziecki zwrócił się o uruchomienie mnie w celu zdobycia szyfrów. Aresztowanie zniweczyło wykonanie mojego ostatniego zadania: zdobycia odcisków kluczy do drzwi wejściowych i od kuchni ambasady”.
     
     
             Tak więc MSW doskonale wiedziało o jego udziale w nielegalnym handlu złotem i dolarami. Przymykano na to oko dopóki interes operacyjny – być może prowadzony nawet na zlecenie Moskwy – był priorytetem.
     
     
              Jeszcze przed rozpoczęciem procesu Młynarczyk zobowiązał się zachować współpracę w tajemnicy, „niezależnie od wysokości grożącej kary”.
     
     
              Także inny uczestnik gangu Witold Metlewicz został w 1963 roku agentem SB. W zamian za paszport zobowiązał się donosić  na wiedeńskiego antykwariusza Czesława Bednarczyka, przyjaciela rodziny Mętlewiczów. Z każdej wyprawy do Wiednia Mętlewicz sporządzał donos na temat obiektu inwigilacji, lecz wyraźnie starał się antykwariusza chronić. „W Polsce nie ma już rzeczy, które by mnie jako antykwariusza interesowały” – cytował w rozmowie z esbekami słowa Bednarczyka.
     
     
             Ulokowany w Wiedniu agent „Senior” donosił, że Bednarczyk „dorobił się, odsprzedając z zyskiem szmaragdy, brylanty, złoto i futra kupione od emigrantów żydowskich, którzy po 1956 roku jechali przez Polskę do Izraela”. Inny agent „Senior” informował o kanale przerzutowym dolarów, złota i dzieł sztuki, obsługiwanym przez brazylijskich dyplomatów.
     
     
             „To była dziwna sprawa – twierdzi Andrzej Gass, który w 1976 roku relacjonował proces „złotogłowych” dla tygodnika „Kultura”. – Ludzie z Biura Śledczego MSW nie wychodzili z sali rozpraw. Jakby czegoś pilnowali.”
     
     
             „Było jasne, że oskarżeni mieli protektorów w MSW – uważa mecenas Jacek Kondracki, obrońca jednego ze „złotogłowych”. – Głośna była sprawa generała Matejewskiego [do 1965 r. szefa kontrwywiadu, potem wiceszefa MSW nadzorującego SB]. Mówiło się o „koniach Matejewskiego”, ludziach, którzy mieli indywidualne zezwolenia na handel dewizami”.
     
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Największą aferą związaną z przemytem złota, dewiz i dzieł sztuki w całej historii PRL była sprawa „złotogłowych”.
     
     
              Kryzys berliński z 1961 roku, czy kubański z roku 1962, a także powtarzające się pogłoski o wymianie pieniędzy lub podwyżkach, powodowały nie tylko szalony wykup towarów spożywczych ze sklepów, ale również zwiększony popyt na złoto. Wielki nawis
     
     
             Złote monety i sztabki oraz wyroby użytkowe były w Polsce droższe niż w ZSRS czy na Zachodzie. Należało je więc nabyć (za przemycone dewizy) tam, gdzie były tańsze, a potem przywieźć do kraju. Oczywiście nielegalnie, bo wysokie cła robiły interes nieopłacalnym.
     
     
               „Złote gangi działały i działają w przeróżnych konfiguracjach osobowych, kojarzą ludzi o tak różnych poziomach kultury, wiedzy, stanowisk, mentalności, że nic już nie jest w stanie nas zdziwić – pisała w 1973 roku dziennikarka czasopisma „Odgłosy”. – Tysiące ludzi pragnie, na wzór legendarnego Midasa, otaczać się złotem”.
     
     
            Złoto w mniejszych lub większych ilościach przemycali niemalże wszyscy Polacy, którym udało się wyjechać za granicę. Wykorzystywano zarówno tradycyjny przemyt przez zieloną granicę (specjalność Podhala), jak i masowy ruch turystyczny, przy założeniu, że „plecakowi” turyści nie są tak drobiazgowo kontrolowani.
     
     
           Pomysłowość ludzka w przemycaniu złota była nieograniczona.  Jeden ze znanych warszawskich aktorów estradowych powracający z tournée po ZSRS wykorzystał na przykład pojemną atrapę mikrofonu do przemycenia większej ilości wyrobów ze złota. Pierścionki czy łańcuszki ukrywano wewnątrz wydrążonych owoców cytrusowych, w obcasach obuwia czy w spodach damskich peruk.
     
     
         Na oryginalny sposób wpadł niejaki Jerzy Paszkowski, technik dentystyczny z Łodzi. Dewizy wywoził z Polski w wydrążonych wędlinach. Sproszkowane złoto przywoził zaś w „fabrycznie” zamkniętych puszkach z kawą. Oddzielenie złota od kawy i przetopienie go w sztabki nie nastręczało mu większych problemów. W ten sposób w ciągu 5 lat przemycił do kraju trzydzieści kilogramów złota.
     
     
          Masowo trudnili się przemytem złota sportowcy, chociażby Janusz Sidło, Władysław Komar, Włodzimierz Trams czy piłkarze Legii Warszawa: Janusz Żmijewski i Władysław Grotyński.
     
     
          Do przerzutu złota nadawali się też idealnie dyplomaci, dla których uszczelnianie granic nie było żadną przeszkodą. W 1962 roku nakryto na tym nielegalnym procederze szajkę kurierów MSZ i Departamentu I MSW (wywiadu). Korzystając z poczty dyplomatycznej przemycili do Polski między innymi cztery tysiące złotych dwudziestodolarówek, sztabki etc., wywożąc co najmniej sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów.
     
     
          Masowo trudnili się przemytem sportowcy, chociażby Janusz Sidło, Władysław Komar, Włodzimierz Trams czy piłkarze Legii Warszawa: Janusz Żmijewski i Władysław Grotyński.
     
     
          Do przerzutu złota nadawali się też idealnie dyplomaci, dla których uszczelnianie granic nie było żadną przeszkodą. W 1962 roku nakryto na tym nielegalnym procederze szajkę kurierów MSZ i Departamentu I MSW (wywiadu). Korzystając z poczty dyplomatycznej przemycili do Polski między innymi cztery tysiące złotych dwudziestodolarówek, sztabki etc., wywożąc co najmniej sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów.
     
     
           Takie rozwiązania było jednak dobre dla detalistów. Hurtownicy potrzebowali kanałów pewniejszych i gwarantujących większą przepustowość, wymagającą skomplikowanej logistyki i skorumpowania służb granicznych. Korumpowano tych, którzy podróżowali najczęściej, to znaczy marynarzy, kolejarzy i załogi samolotów.
     
     
          Grupa Leonarda Smolińskiego wywiozła za granicę w latach 1960-1963 ponad siedemset sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów, pięćdziesiąt tysięcy rubli oraz sześćset tysięcy złotych polskich w banknotach pięćsetzłotowych. Sprowadziła do kraju ponad dziesięć tysięcy monet dwudziestodolarowych o łącznej wadze trzystu kilogramów.
     
     
          Największą aferą związaną z przemytem złota, dewiz i dzieł sztuki w całej historii PRL była sprawa tzw. „złotogłowych”.
     
     
           W latach 1951-1973 gang wywiózł z kraju miliony dolarów, które na Zachodzie zamieniono na złote monety lub stugramowe sztabki. MSW szacowało, że oskarżeni przeszmuglowali z Zachodu szesnaście ton cennego kruszcu.
     
     
            Na ławie oskarżonych zabrakło obywateli Brazylii: Annibala de Albuquerque Maranhao (byłego konsula w Gdyni), J. A. Goncalvesa de Jesusa oraz Roberto Chalu Pacheko – głównego dostarczyciela złotych monet na teren Polski. Od 1956 roku aż do końca roku 1968 pełnił on funkcje III, a potem I sekretarza przedstawicielstwa Brazylii. Jako dyplomata mógł ominąć kontrolę celną. Zdarzało się, że w bagażniku swego dodge’a przewoził do stu pięćdziesięciu kilogramów złota. Brał za to dziesięć do piętnastu procent prowizji.
     
     
             Kiedy w maju 1975 roku ambasador PRL w Brazylii poinformował rząd Brazylii o aferze, prezydent Ernesto Geisel powołał komisję śledczą. Ostatecznie  prezydent Geisel jedynie zdymisjonował dyplomatów.
     
     
               Jak twierdzi Jerzy Kochanowski: „Także pracownicy ambasad włoskiej, meksykańskiej, fińskiej, irańskiej nie byli krystalicznie uczciwi. W latach 70. obliczano, że koszty utrzymania ambasad w ok. 80 proc. były finansowane z czarnorynkowej wymiany walut.
     
     
              Na ławie oskarżonych warszawskiego sądu zabrakło również obywateli polskich, głównych odbiorców dzieł sztuki na Zachodzie: Czesława Bednarczyka i Tomasza Mętlewicza, brata oskarżonego Witolda Mętlewicza. Obaj zawczasu wyjechali z Polski i otworzyli w Wiedniu antykwariaty.
     
     
           Czesław Bednarczyk był uratowanym przez polską rodzinę Żydem, który przed wojną nazywał się Bernard Weinstein i był synem bogatego żydowskiego handlowca. Po wojnie otrzymał stanowisko zastępcy kierownika wydziału kwaterunkowego miasta Warszawy. Gigantyczny braki mieszkań w Warszawie rodziły niewyobrażalne wręcz pole do korupcji. Żeby otrzymać przydział na mieszkanie, ludzie byli gotowi zrobić wszystko. Bednarczyk szybko został bardzo bogatym człowiekiem, który zbudował dla siebie i swej rodziny luksusową willę na ulicy Nowoprojektowanej, niedaleko skoczni narciarskiej na Mokotowie. 
     
     
            Po pewnym czasie musiał rozstać się z pracą w kwaterunku z powodu „niewłaściwego korzystania ze swych uprawnień”.  Wkrótce został rzeczoznawcą dzieł sztuki w państwowym komisie „Veritasu” z antykami przy ulicy Marszałkowskiej. W tym czasie zaprzyjaźnił się z Tomaszem Mętlewiczem, który pracował w antykwariacie na rogu Brackiej i placu Trzech Krzyży.
     
     
             W 1960 roku Bednarczyk wyjechał legalnie z Polski do Austrii i otworzył w Wiedniu przy Dorotheergasse 12 duży antykwariat, który upodobali sobie dyplomaci. Oskarżeni na procesie twierdzili, że Bednarczyk wywiózł co najmniej sto cennych obrazów, a także część sławnego serwisu łabędziego z serwisu „Augustus Rex”, wykonanego w 1737 roku w jednym egzemplarzu w manufakturze miśnieńskiej dla pierwszego ministra Augusta III Sasa Henryka Brühla.
     
     
            W 1969 roku w ogłoszeniu zamieszczonym w niemieckim czasopiśmie antykwarycznym „Weltkunst” Bednarczyk oferował do sprzedaży znajdujące się w jego wiedeńskim antykwariacie obrazy polskich mistrzów z XIX i początku XX wieku. W sumie dziewięćdziesiąt płócien Leona Wyczółkowskiego, Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Juliusza i Wojciecha Kossaków, Aleksandra Gierymskiego, Jana Matejki, Artura Grottgera, Józefa Chełmońskiego i Józefa Mehoffera.
     
     
           Gdy w 1976 roku rola Bednarczyka wypłynęła na światło dzienne, zapewniał on dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel”, że jest to szyta grubymi nićmi prowokacja komunistyczna. – „Nawet 1 proc. moich zbiorów nie pochodzi z Polski. Zbiór malarstwa polskiego kupiłem w Nowym Jorku za 30 tys. dolarów, uprzedzając Ministerstwo Kultury PRL”.
     
     
             Z kolei Tomasz Mętlewicz, uprzedzony przez życzliwych o toczącym się przeciwko niemu postępowaniu, uciekł z kraju wraz z żoną, zanim zdążono go aresztować. „Jednak nikt nie zajął na poczet długów wobec skarbu państwa ich mieszkania przy ulicy Odyńca – opowiadała „Gazecie Warszawskiej” Izabela Brodacka. – (…) Miałam jednak nieprzyjemność przyglądać się panu Tomaszowi Mętlewiczowi z bliska. Otóż wszedł on w posiadanie parteru rodzinnego domu na rogu Odyńca i Czeczota w Warszawie gdzie mieszkałam. Państwo Mętlewiczowie zajmowali się rzekomo szyciem krawatów. W piwnicy naszego domu stała nigdy nie używana maszyna do szycia z wdzięcznie zawieszonym niedokończonym krawatem. Gdy państwo Mętlewiczowie urządzali raut, samochody komunistycznych notabli blokowały całą ulicę Odyńca. Bardzo często bywał u nich Eugeniusz Szyr”.
     
     
            To niewątpliwie dowodzi, iż szajka musiała mieć wsparcie służb specjalnych oraz komunistycznych prominentów, aby tak długo bezkarnie działać.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Wyobraźcie sobie grupę wyborców Komorowskiego. Tak około miliona sztuk. Przyłóżmy do nie wektor siły, albo siłę wektora. W każdym razie czymś im przyłóżmy. W efekcie tego wektora w drugiej turze trzysta tysięcy dalej głosuje na Bronka, trzysta zostanie w domu, ale 300 000 zagłosuje na Dudę. A sto tysięcy nie wiadomo. No to na czyją korzyść zadziałał ów wektor?

    Piszę o tym gdyż wśród pisowców powinien szerzyć się ferment intelektualny. Powinni masowo szukać metod zachęcenia konfiarzy do głosowania w drugiej turze na Nawrockiego. I jeszcze peeselowców wraz z częścią 3 drogi. Przy czym pisowce nie rozumieją, że partia nie jest tożsama z elektoratem, bo ten głosuje z różnych przyczyn, których sobie często nie uświadamia.

    Pisowce bardzo długo były w koalicji z PO. Ktoś wie, czy dalej są? Koalicja ta była przeciw Konfie: był zakaz popieranie jakichkolwiek projektów ustaw konfiarskich i różnych innych rzeczy. Koalicja ta obejmowała również PSL i w zasadzie wszystkich. PiS przepisywał potem te projekty konfiarskie i zgłaszał jako swoje. Pretensje do konfiarzy że nie głosowali za PiS po tych wszystkich akcjach są wysoce niestosowne. Niech platformersi za wami głosują skoro są takimi dobrymi kolegami waszymi.

    Przy czym w 2 turach władze konfiarstwa raczej wskazywały na pisiora, żeby głosować na niego, co umyka jakże kalekiej percepcji pisowców. Wszelakie wynurzenia Mentzena i Bosaka o obecnym neobezprawiu postsocjalistycznym są też wymowne. Pamiętajcie też, że opozycja buduje swoją popularność w elektoracie na jechaniu po reżimie. Konfiarstwo jechało zatem kiedyś po PiSie, ale teraz jedzie po Tusku. Zamiast rozumieć tą zależność pisowce się unoszą: bo o nas kiedyś powiedzieli. Kiedyś była inna sytuacja a tera jest inna. Raz się fuksło w 2020 roku a teraz się nie fukśnie. Wybory 2023 roku niczego ich nie nauczyły. A mieli cały rok aby zakumać, że potrzebują 50 procent + jeden głos w 2 turze.

    Nadzieją dla PiS jest utrata TVP Info, która powodowała obniżenie notowań. Sakiewicz z jednej strony robi powtórkę TVP Info w TV Republika, z drugiej nie do końca. Republika wygląda jakby była robiona nawet nie dla 30% elektoratu pisoskiego, tylko dla 10% największego betonu. Ów beton daje fidbeck, angażuje się ściągając telewizje w swoją stronę. Z drugiej strony Ziemkiewicz dostał tam nowy program z Jastrzębowskim, podsumowanie tygodnia przeniesione na popołudnie osiąga milionową widownię bez mała, a z powtórką półtorej miliona. Dochodzi do tego tak wyrafinowana audycja jak Salonik Polityczny. Wysoka oglądalność tych programów wskazuje jasno, że istnieje grupa elektoratu pisoskiego która oczekuje krytyki PiS, inaczej nie będą głosować. I RAZ, de facto wylany z TVP, stał się jej trubadurem. Krytykuje on Republikę za siermiężność, PiS za lewactwo i odklejenie. Jeśli chcecie kolejnego tryumfu Kaczora to musicie dawać więcej krytyki PiSu. Taki jest wniosek i tego się trzymajcie. Tryumf Trumpa daje tu pewną nadzieję. Hołownia naprawdę myśli, że skręci wybory i Trump się na to zgodzi konserwując Tuska?

     

    Przypisy:

    1 - Chyba, że będzie druga tura Nawrocki-Stanowski. To na Stanowskiego zagłosują. Zastanówcie się teraz kogo mobilizuje Stanowski swoim startem i komu to służy?

     
    5
    5 (1)

Pages