
Kilkanaście dni, które dzielą nas od zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych nad wschodnią Ukrainą, władzom Rosji i jej rozsianej po świecie agenturze upłynęło na przekonywaniu, że kraj ten nie miał z dramatem nic wspólnego. Równolegle polskie władze i media nie ustają w wysiłkach, by nikt nie zestawił tragedii z lipca 2014 z katastrofą smoleńską. Utożsamienie tych dwóch wydarzeń jest największym nieszczęściem dla polskiego rządu, ale pomimo wysiłków, podjętych natychmiast po dotarciu przerażających informacji, zdaje się być ono czymś nieuniknionym.
Zestawienie reakcji władz i lotniczych ekspertów, porównanie retoryki dotyczącej Rosji sprzed czterech lat i z ostatnich dni za każdym razem jest celnym i spektakularnym ciosem w Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego i rządowych ekspertów lotniczych. W połowie drugiej kadencji Platformy Obywatelskiej śledzący polską politykę widz lub czytelnik może poczuć się jak uczestnik Orwellowskiego wiecu, w trakcie którego zmienił się nagle przeciwnik, z którym Oceania toczy wojnę. Jeszcze mamy w pamięci zachwyty nad wyjątkowo otwartą i współczującą postawą rosyjskich władz po 10 kwietnia 2010 roku, rosyjskojęzyczne przeprosiny Pawła Grasia czy palenie zniczy na grobach sowieckich żołnierzy. Tymczasem dziś ze zdziwieniem odkrywamy, że nasze władze dramat Ukrainy chcą przedstawić wyborcom i światu jako potwierdzenie swojej dotychczasowej polityki nieufności do Rosji. Pojawiają się nawet wypowiedzi o państwie bandyckim i pułkowniku KGB Putinie. Tak, jakby postsowieckie imperium zła istniało z tajemniczą przerwą w okolicach wiosny cztery lata temu. Wówczas na chwilę zastąpiła je współczująca, cywilizowana Rosja. A że miała ona tą samą twarz pułkownika Putina – nie wypadało pisać wtedy, a tym bardziej teraz.
W wieczór tragedii samolotu Malaysia Airlines przewidywałem, że najczęstszym komentarzem z jakim będziemy spotykać się w kolejnych dniach będą słowa „tych spraw nie wolno porównywać”. Władza i powiązane z nią środowiska bardzo chciałyby uniknąć wszelkich skojarzeń, pokazują one bowiem ich naiwność i uległość wobec strony rosyjskiej – a i to przy najkorzystniejszych dla nich interpretacjach zachowania naszych elit po katastrofie smoleńskiej. Dlatego na łączenie tych faktów politycy reagują nerwowo, jak minister Sikorski, który na swoim twitterze zdążył już obrazić jednego z przedstawicieli rodzin, później zaś samych bliskich ofiar z 10 kwietnia, sugestią o materialnych motywacjach ich działań (Dopytałbym czy rodziny wolałyby wrak, czy odszkodowania. Mogą dojść do wniosku, że brytyjscy prawnicy lepsi od niemieckich), lub mówiąc mimowolnie za dużo, jak Bogdan Klich. Dawny szef MON niechcący obnażył nasze marginalne znaczenie dla państw Zachodu, porównując echa obu dramatów. Reakcja Zachodu jest inna, gdyż w tej katastrofie nad Ukrainą zginęli obywatele innych krajów, a nie tylko Polski. Tam zginęli obywatele wielu krajów zachodnich, w związku z tym jest presja wewnętrzna na rządy tych krajów: rząd holenderski, rząd niemiecki, amerykański, brytyjski, żeby tą sprawą się zająć. Dlatego w sposób naturalny reakcja społeczności międzynarodowej w tym przypadku jest inna niż wcześniej.- mówił Klich portalowi wpolityce.pl, stawiając pod znakiem zapytania rządową propagandę dotyczącą polityki zagranicznej. Oto Polska – kraj marginalny, którego obywatele, łącznie z prezydentem, nie obchodzą ani Unii Europejskiej, ani NATO. Jest to dość odległe od tego, co słyszymy na co dzień, gdy mowa o silnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej, a którą to pozycję zawdzięczamy polityce Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego. Bierne nastawienie naszych władz, jakże inne od obserwowanej przez nas postawy do tej pory przychylnych Rosjanom Holendrów, pozwoliły Zachodowi umyć ręce. Nałożyła się na to ugodowa i krótkowzroczna polityka Amerykanów i tradycyjnie prorosyjskiej (z wyjątkiem Anglii i Szwecji) starej Europy.
Monika Olejnik 24 lipca napisała: Wyznawcy teorii trotylowo-bombowej usiłują znaleźć podobieństwa między tymi tragediami. Szkoda, że udają, iż nie wiedzą o tym, że jednoznacznie stwierdzono: boeing 777 został zestrzelony pociskiem ziemia-powietrze. Amerykański wywiad stwierdził, że prorosyjscy separatyści mieli broń, wyrzutnie i czołgi od Rosjan, szkoleni byli przez Putina. Czy gdyby amerykański wywiad wiedział cztery lata temu o zamachu na polskiego prezydenta i 95 osób, ukryłby to? Czy ze strachu przed Putinem wszystkie wywiady świata zmówiłyby się przeciwko Polsce? Czy prezydent Obama w ramach resetu ukryłby "prawdę" o tym, co zrobił Putin? Czołowa dziennikarka salonu nie pamięta lub nie chce pamiętać, że wcześniej – w imię jedności „koalicji antyfaszystowskiej” wolny świat potrafił przejść do porządku dziennego nad o wiele potężniejszą zbrodnią Sowietów. Podstawmy w miejsce faszystów - terrorystów i zobaczymy relacje Zachód - Rosja sprzed kilku miesięcy. Napaść na Ukrainę zachwiała lekko status quo, jednak zamach na samolot z obywatelami Holandii na pokładzie może być przypieczętowaniem nowej zimnej wojny.
Wyśmiewane przez dziennikarzy i polityków nadzieje, że przy okazji wyjaśnienia zamachu z 17 lipca poznamy prawdę o 10 kwietnia, mają pewne podstawy. Świat przyglądając się Ukrainie zaczyna doświadczać déjà vu, poczucia, że dramat, w innej odsłonie i z użyciem innych rekwizytów, rozgrywa się przed jego oczami po raz drugi. Dla mediów kierujących się względami komercyjnymi, a nie ochroną władzy, jest to zestawienie nośne i atrakcyjne. Co więcej, w chwili, gdy Rosja staje się figurą negatywną, trafia ono w potrzeby odbiorców. To fatalna wiadomość dla naszych władz, ale dobra dla tych, którym zależy na dojściu do prawdy. W wypowiedziach ukraińskich polityków, zachodnich ekspertów i analityków ostrość sądów w sprawie ukraińskiego dramatu pozwala odważniej stawiać hipotezy dotyczące rosyjskiej winy w katastrofie polskiego tupolewa. O swoich wątpliwościach opowiadał niedawno niemiecki dziennikarz śledczy Jurgen Roth, przygotowujący książkę o Smoleńsku. Doradzająca prezydentowi Ukrainy Petrowi Poroszence dr Lada Roslycky mówi o bardzo smutnym podobieństwie między tym co się stało z malezyjskim samolotem na Ukrainie, a maszyną ze Smoleńska, kiedy to polskie demokratyczne władze zostały zestrzelone. Głosy z zagranicy trudno przedstawić jako element polskiej partyjnej gry, nie da się też z każdego, kto wspomina o katastrofie Tupolewa pokazać jako oszołoma.
Z oszołomami też jest zresztą problem. Ostanie dni przyniosły wiadomość o włączeniu profesora Wiesława Biniendy do jednego z ciał doradzających prezydentowi USA. Zaproszenie to pokazuje, że jest on cenionym w Stanach naukowcem, nie zaś przypadkowym oszołomem, jakim przedstawiały go polskie media. Fakt, czy doradzać ma w sprawach lotnictwa, czy szeroko pojętych innowacji, nie ma tu żadnego znaczenia. „To nie czyni go ekspertem lotniczym” – mówią dziś ludzie o związanym z projektowaniem samolotów naukowcu ludzie, którzy wcześniej koncesje specjalistów od lotnictwa przyznawali chętnie publicystom, pisarzom, aktorom. Oczywiście wtedy, kiedy głosili oficjalną wersję zdarzeń.
Dotychczasowa narracja została tym razem zaatakowana z zewnątrz. Rządowi eksperci kompromitują się na każdym kroku powtarzaniem wersji rosyjskiej lub zaprzeczaniem swoim wcześniejszym słowom. Nie brak osób, które zgodnie z interesem władzy unikać będą porównań. Pamiętajmy, że na pierwszych demonstracjach solidarności z Majdanem zdarzało się przecież wygwizdywanie przywołujących pamięć o Smoleńsku. Rząd ma jednak kłopot. Po aferze taśmowej zaufanie do ekipy Tuska drastycznie spadło. Dramat Ukraińców i pasażerów tragicznego lotu pozwala zakwestionować kolejny obszar jego polityki. Niewygodne pytania brzmieć będą coraz głośniej.
Autorska wersja tekstu, który ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
Zestawienie reakcji władz i lotniczych ekspertów, porównanie retoryki dotyczącej Rosji sprzed czterech lat i z ostatnich dni za każdym razem jest celnym i spektakularnym ciosem w Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego i rządowych ekspertów lotniczych. W połowie drugiej kadencji Platformy Obywatelskiej śledzący polską politykę widz lub czytelnik może poczuć się jak uczestnik Orwellowskiego wiecu, w trakcie którego zmienił się nagle przeciwnik, z którym Oceania toczy wojnę. Jeszcze mamy w pamięci zachwyty nad wyjątkowo otwartą i współczującą postawą rosyjskich władz po 10 kwietnia 2010 roku, rosyjskojęzyczne przeprosiny Pawła Grasia czy palenie zniczy na grobach sowieckich żołnierzy. Tymczasem dziś ze zdziwieniem odkrywamy, że nasze władze dramat Ukrainy chcą przedstawić wyborcom i światu jako potwierdzenie swojej dotychczasowej polityki nieufności do Rosji. Pojawiają się nawet wypowiedzi o państwie bandyckim i pułkowniku KGB Putinie. Tak, jakby postsowieckie imperium zła istniało z tajemniczą przerwą w okolicach wiosny cztery lata temu. Wówczas na chwilę zastąpiła je współczująca, cywilizowana Rosja. A że miała ona tą samą twarz pułkownika Putina – nie wypadało pisać wtedy, a tym bardziej teraz.
W wieczór tragedii samolotu Malaysia Airlines przewidywałem, że najczęstszym komentarzem z jakim będziemy spotykać się w kolejnych dniach będą słowa „tych spraw nie wolno porównywać”. Władza i powiązane z nią środowiska bardzo chciałyby uniknąć wszelkich skojarzeń, pokazują one bowiem ich naiwność i uległość wobec strony rosyjskiej – a i to przy najkorzystniejszych dla nich interpretacjach zachowania naszych elit po katastrofie smoleńskiej. Dlatego na łączenie tych faktów politycy reagują nerwowo, jak minister Sikorski, który na swoim twitterze zdążył już obrazić jednego z przedstawicieli rodzin, później zaś samych bliskich ofiar z 10 kwietnia, sugestią o materialnych motywacjach ich działań (Dopytałbym czy rodziny wolałyby wrak, czy odszkodowania. Mogą dojść do wniosku, że brytyjscy prawnicy lepsi od niemieckich), lub mówiąc mimowolnie za dużo, jak Bogdan Klich. Dawny szef MON niechcący obnażył nasze marginalne znaczenie dla państw Zachodu, porównując echa obu dramatów. Reakcja Zachodu jest inna, gdyż w tej katastrofie nad Ukrainą zginęli obywatele innych krajów, a nie tylko Polski. Tam zginęli obywatele wielu krajów zachodnich, w związku z tym jest presja wewnętrzna na rządy tych krajów: rząd holenderski, rząd niemiecki, amerykański, brytyjski, żeby tą sprawą się zająć. Dlatego w sposób naturalny reakcja społeczności międzynarodowej w tym przypadku jest inna niż wcześniej.- mówił Klich portalowi wpolityce.pl, stawiając pod znakiem zapytania rządową propagandę dotyczącą polityki zagranicznej. Oto Polska – kraj marginalny, którego obywatele, łącznie z prezydentem, nie obchodzą ani Unii Europejskiej, ani NATO. Jest to dość odległe od tego, co słyszymy na co dzień, gdy mowa o silnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej, a którą to pozycję zawdzięczamy polityce Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego. Bierne nastawienie naszych władz, jakże inne od obserwowanej przez nas postawy do tej pory przychylnych Rosjanom Holendrów, pozwoliły Zachodowi umyć ręce. Nałożyła się na to ugodowa i krótkowzroczna polityka Amerykanów i tradycyjnie prorosyjskiej (z wyjątkiem Anglii i Szwecji) starej Europy.
Monika Olejnik 24 lipca napisała: Wyznawcy teorii trotylowo-bombowej usiłują znaleźć podobieństwa między tymi tragediami. Szkoda, że udają, iż nie wiedzą o tym, że jednoznacznie stwierdzono: boeing 777 został zestrzelony pociskiem ziemia-powietrze. Amerykański wywiad stwierdził, że prorosyjscy separatyści mieli broń, wyrzutnie i czołgi od Rosjan, szkoleni byli przez Putina. Czy gdyby amerykański wywiad wiedział cztery lata temu o zamachu na polskiego prezydenta i 95 osób, ukryłby to? Czy ze strachu przed Putinem wszystkie wywiady świata zmówiłyby się przeciwko Polsce? Czy prezydent Obama w ramach resetu ukryłby "prawdę" o tym, co zrobił Putin? Czołowa dziennikarka salonu nie pamięta lub nie chce pamiętać, że wcześniej – w imię jedności „koalicji antyfaszystowskiej” wolny świat potrafił przejść do porządku dziennego nad o wiele potężniejszą zbrodnią Sowietów. Podstawmy w miejsce faszystów - terrorystów i zobaczymy relacje Zachód - Rosja sprzed kilku miesięcy. Napaść na Ukrainę zachwiała lekko status quo, jednak zamach na samolot z obywatelami Holandii na pokładzie może być przypieczętowaniem nowej zimnej wojny.
Wyśmiewane przez dziennikarzy i polityków nadzieje, że przy okazji wyjaśnienia zamachu z 17 lipca poznamy prawdę o 10 kwietnia, mają pewne podstawy. Świat przyglądając się Ukrainie zaczyna doświadczać déjà vu, poczucia, że dramat, w innej odsłonie i z użyciem innych rekwizytów, rozgrywa się przed jego oczami po raz drugi. Dla mediów kierujących się względami komercyjnymi, a nie ochroną władzy, jest to zestawienie nośne i atrakcyjne. Co więcej, w chwili, gdy Rosja staje się figurą negatywną, trafia ono w potrzeby odbiorców. To fatalna wiadomość dla naszych władz, ale dobra dla tych, którym zależy na dojściu do prawdy. W wypowiedziach ukraińskich polityków, zachodnich ekspertów i analityków ostrość sądów w sprawie ukraińskiego dramatu pozwala odważniej stawiać hipotezy dotyczące rosyjskiej winy w katastrofie polskiego tupolewa. O swoich wątpliwościach opowiadał niedawno niemiecki dziennikarz śledczy Jurgen Roth, przygotowujący książkę o Smoleńsku. Doradzająca prezydentowi Ukrainy Petrowi Poroszence dr Lada Roslycky mówi o bardzo smutnym podobieństwie między tym co się stało z malezyjskim samolotem na Ukrainie, a maszyną ze Smoleńska, kiedy to polskie demokratyczne władze zostały zestrzelone. Głosy z zagranicy trudno przedstawić jako element polskiej partyjnej gry, nie da się też z każdego, kto wspomina o katastrofie Tupolewa pokazać jako oszołoma.
Z oszołomami też jest zresztą problem. Ostanie dni przyniosły wiadomość o włączeniu profesora Wiesława Biniendy do jednego z ciał doradzających prezydentowi USA. Zaproszenie to pokazuje, że jest on cenionym w Stanach naukowcem, nie zaś przypadkowym oszołomem, jakim przedstawiały go polskie media. Fakt, czy doradzać ma w sprawach lotnictwa, czy szeroko pojętych innowacji, nie ma tu żadnego znaczenia. „To nie czyni go ekspertem lotniczym” – mówią dziś ludzie o związanym z projektowaniem samolotów naukowcu ludzie, którzy wcześniej koncesje specjalistów od lotnictwa przyznawali chętnie publicystom, pisarzom, aktorom. Oczywiście wtedy, kiedy głosili oficjalną wersję zdarzeń.
Dotychczasowa narracja została tym razem zaatakowana z zewnątrz. Rządowi eksperci kompromitują się na każdym kroku powtarzaniem wersji rosyjskiej lub zaprzeczaniem swoim wcześniejszym słowom. Nie brak osób, które zgodnie z interesem władzy unikać będą porównań. Pamiętajmy, że na pierwszych demonstracjach solidarności z Majdanem zdarzało się przecież wygwizdywanie przywołujących pamięć o Smoleńsku. Rząd ma jednak kłopot. Po aferze taśmowej zaufanie do ekipy Tuska drastycznie spadło. Dramat Ukraińców i pasażerów tragicznego lotu pozwala zakwestionować kolejny obszar jego polityki. Niewygodne pytania brzmieć będą coraz głośniej.
Autorska wersja tekstu, który ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
(3)