Z niepokojem obserwujemy wojskową interwencję Rosji na Ukrainie i błyskawiczną aneksję przez nią Krymu. Warto jednak zauważyć, że dokładnie przed piętnastu laty miało miejsce zakwestionowanie suwerenności i integralności granic jednego z państw europejskich. Stało się ono precedensem, na który dziś z lubością powołują się agresorzy, dokonujący rewizji granic.
24 marca 1999 r. rozpoczął się atak NATO na Jugosławię. Podjętą bez legitymacji ONZ zbrojną interwencję uzasadniano wówczas ochroną ludności Kosowa przed czystkami etnicznymi, jakich miały tam dokonywać jugosłowiańskie siły bezpieczeństwa. Z perspektywy czasu wiadomo już jednak, iż znaczna część argumentacji używanej tak przez zachodnich polityków jak i media, została starannie spreparowana i pozostawała w luźnym związku z rzeczywistością.
Jest prawdą, że zarówno serbskie siły bezpieczeństwa, jak i armia działały w czasie zbrojnego konfliktu w prowincji w sposób brutalny i poświadczone są fakty ich przestępczych działań przeciw niesankcjonowanym celom, czyli cywilom. Jednak teza, jakoby realizowały one w latach 1998-1999 generalną akcję o charakterze ludobójstwa czy czystki etnicznej, zaplanowaną przez władze polityczne i sztab wojskowy, co sugerowano wówczas opinii publicznej państw NATO, w tym Polski, nie wytrzymuje dziś krytyki.
Wymuszanie społecznego przyzwolenia
W istocie realizując koncepcję „wymuszenia przyzwolenia społecznego” dla działań polityczno-militarnych ówcześni zachodni liderzy polityczni i wojskowe sztaby kładły podwaliny pod skonceptualizowaną niedługo potem teorię wojny sieciowej, której jednym z nieodzownych elementów powinna być „przewaga informacyjna”. Przykład ataku na Jugosławię dowodzi jak łatwo dla zbudowania takiej przewagi zmobilizować środki masowego przekazu, chcące wszak uchodzić za niezależne.
Wojna propagandowa z Serbią w 1999 r. była o tyle łatwiejsza, że oparto ją na obrazach i stereotypie ukształtowanym w czasie wcześniejszego konfliktu w Bośni. Ciągle mało znany jest fakt, że w czasie wojny w Jugosławii rząd Chorwacji zaangażował na swoje potrzeby profesjonalną firmę lobbingową Ruder Finn Global. Według Łukasza Szurmińskiego, autora książki „Mechanizmy propagandy. Wizerunek konfliktu kosowskiego w publicystyce” strategia tej agencji opierała się na czarnym PR wobec Serbów i Federacyjnej Republiki Jugosławii. Zakładała ona dwa cele: zdefiniowanie Serbów jako szowinistycznego narodu posuwającego się w trakcie konfliktu do metod stosowanych przez III Rzeszę oraz ukazanie ówczesnego prezydenta FRJ a także samego państwa jugosłowiańskiego jako głównego czy wręcz jedynego odpowiedzialnego za wybuch wojny.
Kluczowym elementem okazało się żonglowanie sformułowaniem „serbskich obozów koncentracyjnych”, które użyto po raz pierwszy w 1992 na określenie obozów dla uchodźców. Kluczowym momentem było także zmobilizowanie do protestów społeczności żydowskiej w Ameryce – miała być ona ostatecznym arbitrem w kwestii „nazizmu” Serbów i faktycznie do takich antyserbskich deklaracji z jej strony doszło, choć pojawiły się ze strony niektórych organizacji żydowskich protesty przeciw takim porównaniom. Zostały one wszakże przemilczane przez większość mediów. Dotyczy to nie tylko w USA. Jednym z czołowych, niezwykle napastliwych krytyków Jugosławii i Serbów w Polskich mediach był piszący na łamach „Gazety Wyborczej”, pod pseudonimem Dawida Warszawskiego, Konstanty Gebert - działacz społeczności żydowskiej w Polsce.(...)