fot. radeksikorski.pl
Jak się okazuje, marszałek Sikorski - poza ośmiorniczkami i dobrym winem - kocha też szybką jazdę. Na koszt podatnika - oczywiście.
„Fakt” przyłapał polityka partii rządzącej, gdy niczym „Frog” gnał ulicami Warszawy… Ale nie na niezwykle ważne, urzędowe spotkanie, tylko na partyjną konwencję. Oczywiście pędził nie samochodem prywatnym - którym, jak wynika z rozliczeń powinien jeździć przecież bardzo często - tylko urzędową limuzyną. Wystarczy kogut na dachu i można na drodze szaleć. Prywatnym samochodem marszałek by tak nie mógł - sprawa trafiłaby na policję, a potem do prokuratury, która wnioskowałaby o uchylenie immunitetu.
W drodze z mieszkania w centrum stolicy na konwencję Platformy w Forcie Sokolnickiego na Żoliborzu kierowca marszałka złamał kilka - jeżeli nie kilkanaście - przepisów.
Przekraczał prędkość, jechał środkiem dwóch pasów ruchu, przecinał podwójną ciągłą, a nawet wjeżdżał pod prąd ku przerażeniu nadjeżdżających z naprzeciwka. Oczywiście kiedy było to wygodne, kierowca włączał sygnalizację świetlną i spychał innych kierowców na krawężniki
— czytamy na fakt.pl.
Jednak włączanie sygnalizacji przez BOR też ma swoje podstawy prawne. W tym przypadku rzecznik biura nie chce tłumaczyć jaki był powód.
Nie udzielamy takich informacji. Skoro sygnalizacja została włączona, to kierownictwo zmiany musiało mieć uzasadnione ku temu powody
— mówi tabloidowi.
„Fakt” sugeruje, że poważnych motywacji nie było. Marszałek Sikorski po prostu się zasiedział i nie chciał się spóźnić.
W jakim świetle stawia marszałka ta historia pod względem zarzutów dotyczących „kilometrówek”? Czy naprawdę Sikorski mógł wyjeździć taką ilość swoim prywatnym samochodem, skoro naprawdę wszędzie - nawet na partyjne spotkania - jeździ samochodem służbowym?
http://wpolityce.pl/polityka/226053-sikorskiego-szalenczy-rajd-przez-war...