
Wieczorne wyniki sondażowe są bardzo ważne psychologicznie, ale ilość doniesień na temat nadużyć wokół przygotowywania głosowania budzi niepokój i każe liczyć się z każdym rozwojem sytuacji, zwłaszcza podczas drugiej tury. Raport NIK sporządzony po poprzednich wyborach uzasadnia – tak gorliwie wyśmiewaną przez medialny front zgody i bezpieczeństwa – nieufność wobec prac komisji. Urny zaklejane łatwą do zerwania taśmą malarską również nie przydadzą wiarygodności procesowi wyborczemu, tak, jak powagi nie dodają mu wykorzystywane w ich charakterze pojemniki na odpady.
W niedzielę Polacy kładli się spać z informacją, że pierwszą turę wyborów wygrał Andrzej Duda, taki też komunikat otrzymali w poniedziałek rano z gazet i portali. Wiadomość ta wywołuje bardzo mocny efekt psychologiczny. Kandydat PiS, a wraz z nim cała partia, dostał do ręki poręczny młotek do rozbijania prawdziwych i wyimaginowanych szklanych sufitów. Część wyborców nieprzekonanych, a także pewna grupa zwolenników Pawła Kukiza może zasilić szeregi elektoratu Dudy jako kandydata atrakcyjniejszego, zwycięzcy. To olbrzymia zmiana w stosunku do lansowanego stereotypu PiS jako „wiecznego przegranego”.
W wieczór wyborczy ludzie zobaczyli inny obraz. Gdy w sztabie Dudy panowała radość, Komorowski przedstawił słabe i krótkie przemówienie – kolejny raz posiłkując się kartką, co zrobiło fatalne wrażenie również wśród wielu osób niebędących jego krytykami, po czym nastąpiła ucieczka osób z jego otoczenia. Prezydent, któremu kilka miesięcy temu dawano w sondażach ponad 60% głosów, uzyskał ostatecznie jedynie trochę ponad połowę spodziewanego wówczas poparcia, co więcej, na rzecz Dudy stracił, według pierwszych szacunków, ok. 15% wyborców.
W piątkowy wieczór w pobliżu warszawskiego Starego Miasta obył się tzw. tweet up, spotkanie Andrzeja Dudy z użytkownikami Twittera. Specyfiką tego typu imprezy jest, że jej uczestnicy znają się z na ogół tylko z internetu, a w jej trakcie nie rozstają się z telefonami, rzadziej laptopami i cały czas wysyłają w świat swoje wrażenia i zdjęcia, zrobione sobie z kandydatem. Tak było i tym razem, gdy w ogrodach Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu spotkali się na ogół młodzi ludzie, wspierający kampanię kandydata PiS w sieci. Nim jednak sympatyczna impreza Dudy rozpoczęła się na dobre, część jej uczestników rzuciła się, by na wielkim telewizorze obejrzeć spotkanie prezydenta Komorowskiego z dziennikarzami TVN (Duda takie samo spotkanie odbył dzień wcześniej). Wszyscy spodziewali się powtórzenia scenariusza z podobnej audycji Polsatu, gdzie trzech dziennikarzy w prawie wszystkim zgadzało z prezydentem, a pytania, choćby umiarkowanie trudne, były dobrem nad wyraz deficytowym. Tymczasem na antenie doszło do zdarzenia, które mogło okazać się kluczowe dla ostatecznego, słabego wyniku Bronisława Komorowskiego. Oto bowiem Bogdan Rymanowski doprowadził prezydenta do furii, pytając o wydarzenia opisane w najnowszej książce Wojciecha Sumlińskiego. Komorowski zaczął strofować dziennikarza, wprost wydając mu polecenie zmiany tematu, zaś widzowie jego wypowiedzi odebrali jako zawoalowane groźby. Przeciętny odbiorca telewizyjnych wiadomości po raz pierwszy miał okazję zobaczyć prawdziwą twarz prezydenta, przed którą tak skutecznie chroniły go wszystkie duże stacje (główne serwisy informacyjne nie prezentowały na ogół ani wpadek, ani tym bardziej wybuchów agresji Komorowskiego). Co więcej, zobaczył ją w medium dla siebie całkowicie wiarygodnym. Być może to właśnie ów „efekt Rymanowskiego” zdecydował o utracie kluczowych dla wyniku Bronisława Komorowskiego 2-3% głosów.
Kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi w roku 2015 zdominowało trzech kandydatów (Duda, Komorowski, Kukiz). Kilkoro kolejnych zdołało zaistnieć w mediach i świadomości wyborców, lecz byli i tacy, o których istnieniu wyborcy dowiedzieli się podczas telewizyjnej debaty i nie jest pewne, że w okolicach drugiej tury będą jeszcze w stanie przypomnieć sobie, kim był Paweł Tanajno. W podobnej sytuacji jest zresztą Jacek Wilk, choć obecny szef Nowej Prawicy zdołał przynajmniej zrobić dobre wrażenie na potencjalnych wyborcach. Tanajno w przedwyborczy wtorek szansę tę zmarnował, dając zapamiętać się głównie z dziwacznego stroju i domagania się dodatkowego czasu.
W ostatnich dniach szanse, jakie stworzyły gościnne występy na terenie wroga, jakim są dla nich studia telewizyjne, wykorzystali Magdalena Ogórek, Marian Kowalski i, przede wszystkim, Grzegorz Braun. Ogórek początkowo kojarzona była wyłącznie z urodą i niejasnymi relacjami z partią, której formalnie była kandydatką. Kowalski zrobił wrażenie nie dając się przegadać nastawionej na jego zniszczenie Beacie Tadli, z którą, według niektórych głosów, poradził sobie lepiej, niż Andrzej Duda. Grzegorz Braun natomiast wywołał szok wśród elit, lecz także zwykłych wyborców, często kojarzących go najwyżej z okupacją PKW, mówiąc spokojnym głosem o rzeczach, których w telewizji nie mówił dotąd nikt. Nastroje elektoratu PiS wskazywały, że ten kandydat mógł odebrać głosy Dudzie, jednak był dla systemu zbyt radykalny, by przeprowadzono tego typu operację.
Wybory miały być jednak przede wszystkim pojedynkiem między Andrzejem Dudą i Bronisławem Komorowskim. Kandydatów odróżnia wszystko – od poglądów politycznych do stylu prowadzenia kampanii. Duda młody, energiczny i na ogół (poza kilkoma sytuacjami medialnymi, które wymagały innej konwencji) naturalny, nie unikający kontaktu z ludźmi i rozmów z przeciwnikami. Komorowski – przysypiający i nudzący, bądź nadmiernie podniecony i pokrzykujący. Duda całkowicie zaprzeczył wizerunkowi (wcześniej zresztą często uzasadnionym) PiS jako partii nierozumiejącej nowych mediów, tymczasem Komorowski całkowicie się wraz ze współpracownikami w świecie internetu pogubił.
To zemściło się bardzo w rozłożeniu sympatii wśród najmłodszych wyborców. W tej grupie najwięcej, ponad 40% uzyskał Paweł Kukiz. Jednak wbrew już uruchomionej mantrze „Dudę popierali starsi wyborcy”, kandydat PiS zdobył tu prawie dwa razy tyle głosów młodzieży, co Komorowski. Kukiz jawi się jako czarny koń, a dla wielu czarny charakter wyborów. Najpierw lekceważony, później lansowany z intencją zaszkodzenia Dudzie, w ostatniej fazie kampanii padł ofiarą obrzydliwej manipulacji, gdy przerwę spowodowaną stanem zdrowia ojca TVN przedstawiła jako wycofanie się z wyborów. Tymczasem Paweł Kukiz zdobył ponad 20% wyborców, daleko w tyle zostawiając odwołującego się do podobnych emocji Janusza Korwin-Mikke. Na te głosy liczą dziś obaj kandydaci, przy czym Komorowski jest w gorszej sytuacji - jego otoczenie zdążyło już muzyka obrazić, a i po ogłoszeniu wyborów jego elektorat bardzo mocno skrytykował sam Adam Michnik. Paweł Kukiz tymczasem myśli już o wyborach parlamentarnych, posługując się nadal mocną antysystemową i patriotyczną retoryką, która zdaje się być korzystniejsza z punktu widzenia Andrzeja Dudy. Trudno jednak przewidzieć, co zrobi sam Kukiz, który, co mogliśmy zobaczyć w niedzielę, jednego wieczoru potrafi bardzo mocno krytykować TVN, a podczas rozmowy z gwiazdą tej stacji, Moniką Olejnik, deklarować sympatię i podziw dla jej dziennikarstwa.
Niezależnie od wyborczych procentów odnotować trzeba mobilizację społeczną na skalę niespotykaną od wiosny 2010 roku. „Ukradzione” wybory samorządowe przyniosły zaskakujący obfitością plon w postaci potężnego zrywu Ruchu Kontroli Wyborów czy wyśmiewanej przez polityków PO i ich medialnych chłopców na posyłki akcji „Weź swój długopis na wybory”, w której udział wzięło wielu wyborców o bardzo różnych politycznych przekonaniach. Byłoby bardzo dobrze, gdyby ten potencjał nie został zaprzepaszczony, bez względu na obrót sytuacji w drugiej turze.
Kandydaci krytyczni wobec III RP zyskali w niedzielę zdecydowaną większość głosów. Poza krótkim epizodem w kampanii Kukiza i koncesjonowanymi okienkami w telewizjach i radiu, nie mieli oni oparcia w mediach głównego nurtu, popularność budując od dołu, w olbrzymim stopniu przez internet i funkcjonujące w nim społeczności. Niezależnie od partyjnych szyldów i nazwisk, mamy do czynienia z dużą jakościową zmianą. Druga strona walczy o życie, historia pokazuje, że również w wymiarze całkowicie dosłownym, dlatego przed utratą wpływów bronić się będzie wszelkimi siłami. A jednak, dysponując własną determinacją i rosnącą niezależnością od medialnej oligarchii, zwolennicy zmian nie są w walce o nową Polskę całkowicie bez szans.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie, pisany był w niedzielę i poniedziałek do południa.
PS. Statystki wyborcze wskazują, że Bronisław Komorowski we wszystkich województwach zdobył wynik słabszy w porównaniu z I turą głosowania w roku 2010. Andrzej Duda w 12 województwach zdobył wynik gorszy, niż Jarosław Kaczyński 4 lata wcześniej, w czterech - lepszy, przy czym straty Dudy do Kaczyńskiego są o wiele mniejsze, niż Komorowskiego do Komorowskiego. Tak czy inaczej ten wynik pokazuje, że zarówno stwierdzenia o tym, że Kaczyński odstrasza wyborców jak i, ze Duda nie ma szans, bo jest nieropoznawalny, okazały się - co za zaskoczenie! - niewiele warte.
W niedzielę Polacy kładli się spać z informacją, że pierwszą turę wyborów wygrał Andrzej Duda, taki też komunikat otrzymali w poniedziałek rano z gazet i portali. Wiadomość ta wywołuje bardzo mocny efekt psychologiczny. Kandydat PiS, a wraz z nim cała partia, dostał do ręki poręczny młotek do rozbijania prawdziwych i wyimaginowanych szklanych sufitów. Część wyborców nieprzekonanych, a także pewna grupa zwolenników Pawła Kukiza może zasilić szeregi elektoratu Dudy jako kandydata atrakcyjniejszego, zwycięzcy. To olbrzymia zmiana w stosunku do lansowanego stereotypu PiS jako „wiecznego przegranego”.
W wieczór wyborczy ludzie zobaczyli inny obraz. Gdy w sztabie Dudy panowała radość, Komorowski przedstawił słabe i krótkie przemówienie – kolejny raz posiłkując się kartką, co zrobiło fatalne wrażenie również wśród wielu osób niebędących jego krytykami, po czym nastąpiła ucieczka osób z jego otoczenia. Prezydent, któremu kilka miesięcy temu dawano w sondażach ponad 60% głosów, uzyskał ostatecznie jedynie trochę ponad połowę spodziewanego wówczas poparcia, co więcej, na rzecz Dudy stracił, według pierwszych szacunków, ok. 15% wyborców.
W piątkowy wieczór w pobliżu warszawskiego Starego Miasta obył się tzw. tweet up, spotkanie Andrzeja Dudy z użytkownikami Twittera. Specyfiką tego typu imprezy jest, że jej uczestnicy znają się z na ogół tylko z internetu, a w jej trakcie nie rozstają się z telefonami, rzadziej laptopami i cały czas wysyłają w świat swoje wrażenia i zdjęcia, zrobione sobie z kandydatem. Tak było i tym razem, gdy w ogrodach Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu spotkali się na ogół młodzi ludzie, wspierający kampanię kandydata PiS w sieci. Nim jednak sympatyczna impreza Dudy rozpoczęła się na dobre, część jej uczestników rzuciła się, by na wielkim telewizorze obejrzeć spotkanie prezydenta Komorowskiego z dziennikarzami TVN (Duda takie samo spotkanie odbył dzień wcześniej). Wszyscy spodziewali się powtórzenia scenariusza z podobnej audycji Polsatu, gdzie trzech dziennikarzy w prawie wszystkim zgadzało z prezydentem, a pytania, choćby umiarkowanie trudne, były dobrem nad wyraz deficytowym. Tymczasem na antenie doszło do zdarzenia, które mogło okazać się kluczowe dla ostatecznego, słabego wyniku Bronisława Komorowskiego. Oto bowiem Bogdan Rymanowski doprowadził prezydenta do furii, pytając o wydarzenia opisane w najnowszej książce Wojciecha Sumlińskiego. Komorowski zaczął strofować dziennikarza, wprost wydając mu polecenie zmiany tematu, zaś widzowie jego wypowiedzi odebrali jako zawoalowane groźby. Przeciętny odbiorca telewizyjnych wiadomości po raz pierwszy miał okazję zobaczyć prawdziwą twarz prezydenta, przed którą tak skutecznie chroniły go wszystkie duże stacje (główne serwisy informacyjne nie prezentowały na ogół ani wpadek, ani tym bardziej wybuchów agresji Komorowskiego). Co więcej, zobaczył ją w medium dla siebie całkowicie wiarygodnym. Być może to właśnie ów „efekt Rymanowskiego” zdecydował o utracie kluczowych dla wyniku Bronisława Komorowskiego 2-3% głosów.
Kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi w roku 2015 zdominowało trzech kandydatów (Duda, Komorowski, Kukiz). Kilkoro kolejnych zdołało zaistnieć w mediach i świadomości wyborców, lecz byli i tacy, o których istnieniu wyborcy dowiedzieli się podczas telewizyjnej debaty i nie jest pewne, że w okolicach drugiej tury będą jeszcze w stanie przypomnieć sobie, kim był Paweł Tanajno. W podobnej sytuacji jest zresztą Jacek Wilk, choć obecny szef Nowej Prawicy zdołał przynajmniej zrobić dobre wrażenie na potencjalnych wyborcach. Tanajno w przedwyborczy wtorek szansę tę zmarnował, dając zapamiętać się głównie z dziwacznego stroju i domagania się dodatkowego czasu.
W ostatnich dniach szanse, jakie stworzyły gościnne występy na terenie wroga, jakim są dla nich studia telewizyjne, wykorzystali Magdalena Ogórek, Marian Kowalski i, przede wszystkim, Grzegorz Braun. Ogórek początkowo kojarzona była wyłącznie z urodą i niejasnymi relacjami z partią, której formalnie była kandydatką. Kowalski zrobił wrażenie nie dając się przegadać nastawionej na jego zniszczenie Beacie Tadli, z którą, według niektórych głosów, poradził sobie lepiej, niż Andrzej Duda. Grzegorz Braun natomiast wywołał szok wśród elit, lecz także zwykłych wyborców, często kojarzących go najwyżej z okupacją PKW, mówiąc spokojnym głosem o rzeczach, których w telewizji nie mówił dotąd nikt. Nastroje elektoratu PiS wskazywały, że ten kandydat mógł odebrać głosy Dudzie, jednak był dla systemu zbyt radykalny, by przeprowadzono tego typu operację.
Wybory miały być jednak przede wszystkim pojedynkiem między Andrzejem Dudą i Bronisławem Komorowskim. Kandydatów odróżnia wszystko – od poglądów politycznych do stylu prowadzenia kampanii. Duda młody, energiczny i na ogół (poza kilkoma sytuacjami medialnymi, które wymagały innej konwencji) naturalny, nie unikający kontaktu z ludźmi i rozmów z przeciwnikami. Komorowski – przysypiający i nudzący, bądź nadmiernie podniecony i pokrzykujący. Duda całkowicie zaprzeczył wizerunkowi (wcześniej zresztą często uzasadnionym) PiS jako partii nierozumiejącej nowych mediów, tymczasem Komorowski całkowicie się wraz ze współpracownikami w świecie internetu pogubił.
To zemściło się bardzo w rozłożeniu sympatii wśród najmłodszych wyborców. W tej grupie najwięcej, ponad 40% uzyskał Paweł Kukiz. Jednak wbrew już uruchomionej mantrze „Dudę popierali starsi wyborcy”, kandydat PiS zdobył tu prawie dwa razy tyle głosów młodzieży, co Komorowski. Kukiz jawi się jako czarny koń, a dla wielu czarny charakter wyborów. Najpierw lekceważony, później lansowany z intencją zaszkodzenia Dudzie, w ostatniej fazie kampanii padł ofiarą obrzydliwej manipulacji, gdy przerwę spowodowaną stanem zdrowia ojca TVN przedstawiła jako wycofanie się z wyborów. Tymczasem Paweł Kukiz zdobył ponad 20% wyborców, daleko w tyle zostawiając odwołującego się do podobnych emocji Janusza Korwin-Mikke. Na te głosy liczą dziś obaj kandydaci, przy czym Komorowski jest w gorszej sytuacji - jego otoczenie zdążyło już muzyka obrazić, a i po ogłoszeniu wyborów jego elektorat bardzo mocno skrytykował sam Adam Michnik. Paweł Kukiz tymczasem myśli już o wyborach parlamentarnych, posługując się nadal mocną antysystemową i patriotyczną retoryką, która zdaje się być korzystniejsza z punktu widzenia Andrzeja Dudy. Trudno jednak przewidzieć, co zrobi sam Kukiz, który, co mogliśmy zobaczyć w niedzielę, jednego wieczoru potrafi bardzo mocno krytykować TVN, a podczas rozmowy z gwiazdą tej stacji, Moniką Olejnik, deklarować sympatię i podziw dla jej dziennikarstwa.
Niezależnie od wyborczych procentów odnotować trzeba mobilizację społeczną na skalę niespotykaną od wiosny 2010 roku. „Ukradzione” wybory samorządowe przyniosły zaskakujący obfitością plon w postaci potężnego zrywu Ruchu Kontroli Wyborów czy wyśmiewanej przez polityków PO i ich medialnych chłopców na posyłki akcji „Weź swój długopis na wybory”, w której udział wzięło wielu wyborców o bardzo różnych politycznych przekonaniach. Byłoby bardzo dobrze, gdyby ten potencjał nie został zaprzepaszczony, bez względu na obrót sytuacji w drugiej turze.
Kandydaci krytyczni wobec III RP zyskali w niedzielę zdecydowaną większość głosów. Poza krótkim epizodem w kampanii Kukiza i koncesjonowanymi okienkami w telewizjach i radiu, nie mieli oni oparcia w mediach głównego nurtu, popularność budując od dołu, w olbrzymim stopniu przez internet i funkcjonujące w nim społeczności. Niezależnie od partyjnych szyldów i nazwisk, mamy do czynienia z dużą jakościową zmianą. Druga strona walczy o życie, historia pokazuje, że również w wymiarze całkowicie dosłownym, dlatego przed utratą wpływów bronić się będzie wszelkimi siłami. A jednak, dysponując własną determinacją i rosnącą niezależnością od medialnej oligarchii, zwolennicy zmian nie są w walce o nową Polskę całkowicie bez szans.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie, pisany był w niedzielę i poniedziałek do południa.
PS. Statystki wyborcze wskazują, że Bronisław Komorowski we wszystkich województwach zdobył wynik słabszy w porównaniu z I turą głosowania w roku 2010. Andrzej Duda w 12 województwach zdobył wynik gorszy, niż Jarosław Kaczyński 4 lata wcześniej, w czterech - lepszy, przy czym straty Dudy do Kaczyńskiego są o wiele mniejsze, niż Komorowskiego do Komorowskiego. Tak czy inaczej ten wynik pokazuje, że zarówno stwierdzenia o tym, że Kaczyński odstrasza wyborców jak i, ze Duda nie ma szans, bo jest nieropoznawalny, okazały się - co za zaskoczenie! - niewiele warte.
(2)
1 Comments
@Budyń
13 May, 2015 - 16:46
Byłbym bardzo ostrożny przed prognozowaniem zwycięstwa Dudy, mimo ewentualnego wygrania debat i świetnej kampanii prezydenckiej. PKW trzeba patrzeć na ręce, nie na próżno PSL wysłało swoich "specjalistów" do sztabu Komorowskiego.
Pozdrawiam.
Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów.
Empedokles