
Zanim jeszcze Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło kandydaturę Andrzeja Dudy, media pełne były domysłów, kto reprezentować będzie PiS w wyborach prezydenckich. Niektóre próbowały lansować własnych kandydatów, inne skupiły się na profilaktycznej krytyce osób, którym plotki przypisywały udział w wyścigu do „dużego pałacu”. Nazwisko Dudy w tych dyskusjach pojawiało się rzadko. Gdy było jasne, że to on podejmie walkę z Bronisławem Komorowskim, pojawiły się obawy, że jest on osobą mało rozpoznawalną, to zaś przesądzać miało o braku szans na wygraną, a nawet na drugą turę.
Trudno było mi się z tym zgodzić. W sytuacji zgrania w społecznym odbiorze całej klasy politycznej (którą wyborcy często niesłusznie traktują jako całość) świeżość, idąca za brakiem rozpoznawalności, jest atutem, nie zagrożeniem. Dziwiłem się, że kolejny raz jako argumentu używa się słabych początkowych sondaży, choć te wystarczająco skompromitował rok 2010. Najwyraźniej zawodowi analitycy sceny politycznej zapomnieli, że Jarosław Kaczyński w pierwszych badaniach opinii publicznej zdobywał kilkuprocentowe poparcie, co nie przeszkodziło mu wejść do drugiej tury. Konserwatywny elektorat anty-PO z reguły bywa rozbity w pierwszych tygodniach kampanii, jednak posiada zdolność mobilizacji i koncentracji wokół najsilniejszego kandydata w kolejnych miesiącach. Tak samo stanie się w roku 2015 wokół Andrzeja Dudy.
Po udanej konwencji wahadło nastrojów przechyliło się w drugą stronę. Część komentatorów, niepomna doświadczeń z wyborów samorządowych, ogłosiła pewne zwycięstwo i zaczęła je z góry świętować. „Nawet zadaniowi redaktorzy w stylu Jarosława Kulczyckiego już mu (Bronisławowi Komorowskiemu – K.K.) nie pomogą. Chyba, że przy pakowaniu.” – ogłosił 8 lutego Ryszard Makowski w tekście opublikowanym przez wpolityce.pl. O tym, że obóz prezydencki i zaprzyjaźnione media zareagowały nerwowo, świadczyły pierwsze reakcje. W TVP Info red. Kulczycki obrażał Łukasza Warzechę (któremu trudno przypisywać sympatie dla Prawa i Sprawiedliwości) pytaniem, czy jest opłacany przez tę partię. Redaktor Konrad Piasecki wpadł na trop nieistniejącego promptera, zaś politycy bliscy obozu władzy skupili się na krytyce tak oczywistego elementu tego rodzaju imprez, jak baloniki i konfetti. Kampania prezydenta Komorowskiego w pierwszym okresie skupiła się na przyjmowaniu hołdów samorządowców (co sprowokowało pytania o finansowanie ich udziału w kampanii, wykorzystanie infrastruktury, wreszcie o związek poparcia z powstawaniem korzystnej dla nich prezydenckiej ustawy o samorządach) i przedstawicieli zadowolonych elit. Narracja ta, w sytuacji narastających problemów społecznych, świadczy o całkowitym rozjechaniu się nastrojów góry i dołu, przywodzącym na myśl czasy upadku Unii Wolności. Później w Polskę ruszyły puste bronkobusy, witane z reguły przez garstkę lokalnych działaczy na opustoszałych rynkach. Duda w tym samym czasie kontynuował spotkania z mieszkańcami miast i miasteczek, nie unikając trudnych pytań. Tam, gdzie pojawiał się Komorowski, gładkie samozadowolenie prezydenta i witających go oficjeli zderzało się z protestami i gwizdami młodych ludzi, najczęściej ze środowisk związanych o dziwo nie z PiS, a narodowcami czy Januszem Korwin-Mikkem. W Krakowie zatrzymano człowieka z krzesłem (echo japońskiej wpadki), co stało się początkiem fali kpin i przynoszenia wywrotowego mebla na kolejne spotkania. W Rzeszowie BOR zakneblował protestującego, co nikogo już nie rozbawiło, za to kolejnym symbolem tej kampanii uczyniło taśmę klejącą. Prezydent Komorowski zdecydowanie przegrywał, koncentrując się na nielicznych beneficjentach III RP, jego główny kontrkandydat odwołał się do grup przez nią zagrożonych: pozbawionej szans młodzieży, ofiar dominacji zagranicznych banków, zagrożonych wykupem ziemi rolników – i każdemu przedstawił konkretną ofertę.
Otoczenie prezydenta nie ma szczęścia nie tylko „w realu”, lecz również w sieci. O ile jeszcze w latach 2005 – 2007, a być może i późniejszych, Platforma dominowała w internecie, o tyle dziś zdaje się rozumieć to medium o wiele gorzej od sztabowców Dudy. Już w dniu konwencji Komorowskiego pojawiła się w sieci tajemnicza strona, pozwalająca bez żadnej cenzury generować memy wyrażające poparcie dla urzędującej głowy państwa. Natychmiast została zdominowana przez jego przeciwników, po czym zniknęła, zaś do jej autorstwa nikt nie chciał się przyznać. Później prezydent zaliczył całą serię wpadek na Twitterze, portalu, na którym Duda jest mocno aktywny, zaś jego sztab prowadzi ożywiony dialog z sympatykami. Wspólnie próbują zastępować i uzupełniać przekaz dominujących mediów, jak zwykle stronniczy i jawnie skupiony na promowaniu prezydenta i tuszowaniu jego wpadek. Na tym się zresztą nie kończy, gdyż zarówno media, jak i rozmaite instytucje państwowe włączają się w atak na kandydata PiS i jego partię. Chwilami wydaje się, że to nie sztab, a KNF prowadzi kampanię wyborczą.
Kiedy osoba z otoczenia Bronisława Komorowskiego zapowiedziała atak o mocy bomby atomowej wymierzony w Dudę, początkowo wzięto za niego publikację Newsweeka opisującą żydowskie korzenie rodziny żony krakowskiego polityka. Wkrótce okazało się jednak, że tematem przewodnim kampanii w marcu są SKOKi. Medialną wrzutkę dotyczącą Grzegorza Biereckiego i mającą uderzać w Prawo i Sprawiedliwość, w tym Andrzeja Dudę i nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, od razu skontrowano przypomnieniem związków Bronisława Komorowskiego z oficerami WSI i fundacją Pro Civili, stojącymi za okradzeniem wołomińskiego SKOK, największego konkurenta kas skupionych wokół senatora PiS. Z pomocą władzy przyszły media, które temat podejrzanych związków Komorowskiego, a także jego syna właściwie ucięły (symboliczne jest zachowanie wspomnianego już redaktora Piaseckiego, który przerwał przed czasem wywiad z Jackiem Kurskim, gdy zaczął on zadawać pytania o związki syna prezydenta z ludźmi zamieszanymi w tę sprawę), skupiono się natomiast na lansowaniu fałszywej narracji o SKOK jako jednej całości, w której za przekręty oficerów WSI z Wołomina odpowiada Bierecki. W tej walce obie strony mogą się nawzajem pokaleczyć, jednak tylko jedna liczyć może na uczynnych dziennikarzy, którzy rzucą się na pomoc z medialnymi okładami i plastrami. Czy jednak uda się tą sprawą odwrócić uwagę od innych problemów? Nie jest to pewne, ponieważ kłopoty wielu ludzi z bankami i kredytami są dla społeczeństwa o wiele istotniejsze, niż kwestia Biereckiego, która ich tak naprawdę w żaden sposób nie dotyka. Klienci kasy z Wołomina odzyskali już w większości swoje oszczędności, więc nawet jeśli dadzą nabrać się na rzekomą odpowiedzialność Biereckiego, niekoniecznie będzie ona motywować ich wybory. Dla wielu osób jest to po prostu temat zastępczy. Tymczasem głośniej dzięki niemu o sprawach, które dotąd, choćby przy okazji procesu Sumlińskiego, nie mogły przebić się do opinii publicznej. Dziś, pomimo wysiłków salonu, wypływają – w najgorszym dla Komorowskiego momencie. Przed nami zaś jeszcze prawie dwa miesiące.
Od początku było jasne, że walka pomiędzy Komorowskim i Dudą będzie brutalna, jednak otoczenie prezydenta nie spodziewało się, ze będzie tak wyrównana. Ciosy, choć mocne, sprawiają wrażenie wyprowadzanych na oślep i powodują duże straty własne. Kolejne osoby, grzejące się w cieniu prezydenta zaczynają mieć kłopoty z prawem. Na plotkarskim portalu Agory znajdziemy zdjęcia z premiery „Bitwy Warszawskiej 1920”, na których szefowie SKOK Wołomin, stojący niedaleko Komorowskiego mają zamazane twarze – to bardzo wymowny symbol.
W poniedziałkowy ranek kampania prezydencka wraca na utarte tory. W radiu – oczywiście u Piaseckiego – Marek Dukaczewski powtarza kłamstwa Palikota na temat Lecha Kaczyńskiego. Wygląda na to, że obecny prezydent ma ambicję wygrać z nieżyjącym poprzednikiem, a nie dzisiejszym kontrkandydatem, zaś jedyny problem, który widzi, to co najmniej 1/3 część społeczeństwa, nie podzielająca jego poglądów.
Andrzej Duda tymczasem cały czas skupia się na konkretnych zobowiązaniach wobec grup społecznych i na ogół unika wciągnięcia w narzucane mu narracje, równocześnie sprawnie korzystając z nadarzających się okazji do podjęcia nośnych wątków. Czy wystarczy to do wygrania wyborów? Nie odpowiem na to pytanie, jednak myślę, że wbrew niedawnemu sondażowi, Duda ma szanse wygrać z Komorowskim w grupie wiekowej 18 – 25 i zdobyć dobry wynik wśród trzydziestolatków – ludzi, którym dzisiejsza Polska do zaoferowania ma jedynie emigrację a którzy informacje czerpią częściej z internetu, niż telewizora. Tym bardziej, że po serii awantur na wiecach trudno wyobrazić sobie, by Bronisława Komorowskiego poparli w nieuchronnej drugiej turze wyborcy JKM, Kukiza czy Kowalskiego. Ta zaś wygrana sama w sobie poważnie zdemoluje wieloletnią narrację i narzucane przez PO podziały społeczne. Nie tracąc z oczu głównej wygranej i o ten, zupełnie realny, cel warto walczyć.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codzienie. Pisany był w niedzielę i poniedziałek rano.
Również wczoraj, na blogu, ukazał się tekst Polska racjonalna. W tym szaleństwie jest metoda, będący uzupełnieniem powyższego artykułu.
Trudno było mi się z tym zgodzić. W sytuacji zgrania w społecznym odbiorze całej klasy politycznej (którą wyborcy często niesłusznie traktują jako całość) świeżość, idąca za brakiem rozpoznawalności, jest atutem, nie zagrożeniem. Dziwiłem się, że kolejny raz jako argumentu używa się słabych początkowych sondaży, choć te wystarczająco skompromitował rok 2010. Najwyraźniej zawodowi analitycy sceny politycznej zapomnieli, że Jarosław Kaczyński w pierwszych badaniach opinii publicznej zdobywał kilkuprocentowe poparcie, co nie przeszkodziło mu wejść do drugiej tury. Konserwatywny elektorat anty-PO z reguły bywa rozbity w pierwszych tygodniach kampanii, jednak posiada zdolność mobilizacji i koncentracji wokół najsilniejszego kandydata w kolejnych miesiącach. Tak samo stanie się w roku 2015 wokół Andrzeja Dudy.
Po udanej konwencji wahadło nastrojów przechyliło się w drugą stronę. Część komentatorów, niepomna doświadczeń z wyborów samorządowych, ogłosiła pewne zwycięstwo i zaczęła je z góry świętować. „Nawet zadaniowi redaktorzy w stylu Jarosława Kulczyckiego już mu (Bronisławowi Komorowskiemu – K.K.) nie pomogą. Chyba, że przy pakowaniu.” – ogłosił 8 lutego Ryszard Makowski w tekście opublikowanym przez wpolityce.pl. O tym, że obóz prezydencki i zaprzyjaźnione media zareagowały nerwowo, świadczyły pierwsze reakcje. W TVP Info red. Kulczycki obrażał Łukasza Warzechę (któremu trudno przypisywać sympatie dla Prawa i Sprawiedliwości) pytaniem, czy jest opłacany przez tę partię. Redaktor Konrad Piasecki wpadł na trop nieistniejącego promptera, zaś politycy bliscy obozu władzy skupili się na krytyce tak oczywistego elementu tego rodzaju imprez, jak baloniki i konfetti. Kampania prezydenta Komorowskiego w pierwszym okresie skupiła się na przyjmowaniu hołdów samorządowców (co sprowokowało pytania o finansowanie ich udziału w kampanii, wykorzystanie infrastruktury, wreszcie o związek poparcia z powstawaniem korzystnej dla nich prezydenckiej ustawy o samorządach) i przedstawicieli zadowolonych elit. Narracja ta, w sytuacji narastających problemów społecznych, świadczy o całkowitym rozjechaniu się nastrojów góry i dołu, przywodzącym na myśl czasy upadku Unii Wolności. Później w Polskę ruszyły puste bronkobusy, witane z reguły przez garstkę lokalnych działaczy na opustoszałych rynkach. Duda w tym samym czasie kontynuował spotkania z mieszkańcami miast i miasteczek, nie unikając trudnych pytań. Tam, gdzie pojawiał się Komorowski, gładkie samozadowolenie prezydenta i witających go oficjeli zderzało się z protestami i gwizdami młodych ludzi, najczęściej ze środowisk związanych o dziwo nie z PiS, a narodowcami czy Januszem Korwin-Mikkem. W Krakowie zatrzymano człowieka z krzesłem (echo japońskiej wpadki), co stało się początkiem fali kpin i przynoszenia wywrotowego mebla na kolejne spotkania. W Rzeszowie BOR zakneblował protestującego, co nikogo już nie rozbawiło, za to kolejnym symbolem tej kampanii uczyniło taśmę klejącą. Prezydent Komorowski zdecydowanie przegrywał, koncentrując się na nielicznych beneficjentach III RP, jego główny kontrkandydat odwołał się do grup przez nią zagrożonych: pozbawionej szans młodzieży, ofiar dominacji zagranicznych banków, zagrożonych wykupem ziemi rolników – i każdemu przedstawił konkretną ofertę.
Otoczenie prezydenta nie ma szczęścia nie tylko „w realu”, lecz również w sieci. O ile jeszcze w latach 2005 – 2007, a być może i późniejszych, Platforma dominowała w internecie, o tyle dziś zdaje się rozumieć to medium o wiele gorzej od sztabowców Dudy. Już w dniu konwencji Komorowskiego pojawiła się w sieci tajemnicza strona, pozwalająca bez żadnej cenzury generować memy wyrażające poparcie dla urzędującej głowy państwa. Natychmiast została zdominowana przez jego przeciwników, po czym zniknęła, zaś do jej autorstwa nikt nie chciał się przyznać. Później prezydent zaliczył całą serię wpadek na Twitterze, portalu, na którym Duda jest mocno aktywny, zaś jego sztab prowadzi ożywiony dialog z sympatykami. Wspólnie próbują zastępować i uzupełniać przekaz dominujących mediów, jak zwykle stronniczy i jawnie skupiony na promowaniu prezydenta i tuszowaniu jego wpadek. Na tym się zresztą nie kończy, gdyż zarówno media, jak i rozmaite instytucje państwowe włączają się w atak na kandydata PiS i jego partię. Chwilami wydaje się, że to nie sztab, a KNF prowadzi kampanię wyborczą.
Kiedy osoba z otoczenia Bronisława Komorowskiego zapowiedziała atak o mocy bomby atomowej wymierzony w Dudę, początkowo wzięto za niego publikację Newsweeka opisującą żydowskie korzenie rodziny żony krakowskiego polityka. Wkrótce okazało się jednak, że tematem przewodnim kampanii w marcu są SKOKi. Medialną wrzutkę dotyczącą Grzegorza Biereckiego i mającą uderzać w Prawo i Sprawiedliwość, w tym Andrzeja Dudę i nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, od razu skontrowano przypomnieniem związków Bronisława Komorowskiego z oficerami WSI i fundacją Pro Civili, stojącymi za okradzeniem wołomińskiego SKOK, największego konkurenta kas skupionych wokół senatora PiS. Z pomocą władzy przyszły media, które temat podejrzanych związków Komorowskiego, a także jego syna właściwie ucięły (symboliczne jest zachowanie wspomnianego już redaktora Piaseckiego, który przerwał przed czasem wywiad z Jackiem Kurskim, gdy zaczął on zadawać pytania o związki syna prezydenta z ludźmi zamieszanymi w tę sprawę), skupiono się natomiast na lansowaniu fałszywej narracji o SKOK jako jednej całości, w której za przekręty oficerów WSI z Wołomina odpowiada Bierecki. W tej walce obie strony mogą się nawzajem pokaleczyć, jednak tylko jedna liczyć może na uczynnych dziennikarzy, którzy rzucą się na pomoc z medialnymi okładami i plastrami. Czy jednak uda się tą sprawą odwrócić uwagę od innych problemów? Nie jest to pewne, ponieważ kłopoty wielu ludzi z bankami i kredytami są dla społeczeństwa o wiele istotniejsze, niż kwestia Biereckiego, która ich tak naprawdę w żaden sposób nie dotyka. Klienci kasy z Wołomina odzyskali już w większości swoje oszczędności, więc nawet jeśli dadzą nabrać się na rzekomą odpowiedzialność Biereckiego, niekoniecznie będzie ona motywować ich wybory. Dla wielu osób jest to po prostu temat zastępczy. Tymczasem głośniej dzięki niemu o sprawach, które dotąd, choćby przy okazji procesu Sumlińskiego, nie mogły przebić się do opinii publicznej. Dziś, pomimo wysiłków salonu, wypływają – w najgorszym dla Komorowskiego momencie. Przed nami zaś jeszcze prawie dwa miesiące.
Od początku było jasne, że walka pomiędzy Komorowskim i Dudą będzie brutalna, jednak otoczenie prezydenta nie spodziewało się, ze będzie tak wyrównana. Ciosy, choć mocne, sprawiają wrażenie wyprowadzanych na oślep i powodują duże straty własne. Kolejne osoby, grzejące się w cieniu prezydenta zaczynają mieć kłopoty z prawem. Na plotkarskim portalu Agory znajdziemy zdjęcia z premiery „Bitwy Warszawskiej 1920”, na których szefowie SKOK Wołomin, stojący niedaleko Komorowskiego mają zamazane twarze – to bardzo wymowny symbol.
W poniedziałkowy ranek kampania prezydencka wraca na utarte tory. W radiu – oczywiście u Piaseckiego – Marek Dukaczewski powtarza kłamstwa Palikota na temat Lecha Kaczyńskiego. Wygląda na to, że obecny prezydent ma ambicję wygrać z nieżyjącym poprzednikiem, a nie dzisiejszym kontrkandydatem, zaś jedyny problem, który widzi, to co najmniej 1/3 część społeczeństwa, nie podzielająca jego poglądów.
Andrzej Duda tymczasem cały czas skupia się na konkretnych zobowiązaniach wobec grup społecznych i na ogół unika wciągnięcia w narzucane mu narracje, równocześnie sprawnie korzystając z nadarzających się okazji do podjęcia nośnych wątków. Czy wystarczy to do wygrania wyborów? Nie odpowiem na to pytanie, jednak myślę, że wbrew niedawnemu sondażowi, Duda ma szanse wygrać z Komorowskim w grupie wiekowej 18 – 25 i zdobyć dobry wynik wśród trzydziestolatków – ludzi, którym dzisiejsza Polska do zaoferowania ma jedynie emigrację a którzy informacje czerpią częściej z internetu, niż telewizora. Tym bardziej, że po serii awantur na wiecach trudno wyobrazić sobie, by Bronisława Komorowskiego poparli w nieuchronnej drugiej turze wyborcy JKM, Kukiza czy Kowalskiego. Ta zaś wygrana sama w sobie poważnie zdemoluje wieloletnią narrację i narzucane przez PO podziały społeczne. Nie tracąc z oczu głównej wygranej i o ten, zupełnie realny, cel warto walczyć.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codzienie. Pisany był w niedzielę i poniedziałek rano.
Również wczoraj, na blogu, ukazał się tekst Polska racjonalna. W tym szaleństwie jest metoda, będący uzupełnieniem powyższego artykułu.
(1)
3 Comments
@autor
26 March, 2015 - 10:02
Mamy 10 kwietnia po drodze,
26 March, 2015 - 11:06
@Budyń
26 March, 2015 - 11:11