Sztorm na „archipelagu zadowolonych”

 |  Written by Danz  |  1
„Obyś żył w ciekawych czasach” – głosi chińskie przekleństwo. Ktoś może powiedzieć, że czasy zawsze są ciekawe. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, co potencjalnie czeka nas w nadchodzącym roku, można mieć pewność co do jednego: że słowa z Kraju Środka są dziś bardziej aktualne niż inne, bliższe współczesnym – przepowiednie o „końcu historii”

Słowa o tym, że oto nastąpił „koniec historii”, a narody szarpane przez XX wiek kolejnymi wojnami, deptane buciorami totalitaryzmów, pogrążą się teraz w błogiej produkcji PKB, wypowiedział amerykański politolog Francis Fukuyama. Profesorowi, który w 1992 r. wydał książkę „Koniec historii i ostatni człowiek”, chodziło z grubsza o to, że uważał on demokrację za ostateczną formę ustrojową, swoisty raj na ziemi. Głosił on kompromitację innych projektów: monarchii, komunizmu, faszyzmu. Nieco wcześniej, bo w 1979 r., francuski filozof Jean-Francois Lyotard, uznawany za papieża postmodernizmu, z pełną powagą opublikował pracę: „Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy”. Ogłosił tam „upadek wielkich narracji”. To właśnie jemu zawdzięczamy teorię, jakoby nie istniały już wartości nadrzędne. Każda jest równorzędna, każda jest dopuszczalna i jedynie doraźny utylitaryzm powoduje, którą uznamy za potrzebną, konieczną, aktualnie obowiązującą. Każdy może wybrać sobie z  talii kart (aktualnie wykładanych na stół) tę, która mu akurat odpowiada. 
Produkcja nowego człowieka
Splot tych dwóch narracji jest swoistym podglebiem, na którym wyrastał dzisiejszy człowiek Zachodu. Przekonany o życiu w wiecznej demokracji, skonstruowany z kolportowanych przez mass media wzorców, człowiek-konstrukcja. Coraz częściej żyjący własnym awatarem, wyobrażeniem samego siebie, zajęty jego budowaniem na podstawie tego, jak widzi się w oczach innych, takich samych jak on.
Taki jest dziś świat, w którym podobno „historia się skończyła”. Pełen awatarów, przekonanych o swojej wyjątkowości ludzi-klonów, tożsamych w różnorodności i żyjących jedynie w teraźniejszości. Nic odkrywczego – jeśli słyszymy, że nic już nam nie zagraża, a wszelkie narracje są równorzędne, nikt nie będzie odwoływał się do takich abstrakcji jak religia, państwo czy naród. Ich miejsce zajmą: samodoskonalenie, kreacja siebie, „róbta co chceta” i przekonanie, że najważniejsze jest „tu i teraz”. Skoro historia się skończyła, nie mamy nic innego do roboty. 
Władze będą zadowolone. Oczywiście tylko wtedy, jeśli władzę sprawują, przekonani o własnej wyjątkowości, zadowoleni z siebie reprezentanci społeczeństwa. Europa Zachodnia pełna jest wychowanych na Fukujamie i Lyotardzie „tłustych kotów”, którzy z poziomu unijnych ministerstw zajmują się tylko tym, by „było tak jak jest” – zatrzymaniem obecnego stanu rzeczy przy jednoczesnym niedopuszczeniu (teoretycznym i praktycznym) do zmiany na poziomie ideowym, społecznym, ustrojowym. Skutkuje to wzmożeniem kontroli i cenzury – zmniejszeniem liczby kart w wykładanej na stół talii. Ale kto by się tym przejmował, skoro żyjemy tylko przez chwilę?
Nowy kształt  
Projekt pod nazwą Unia Europejska w założeniu miał być związkiem państw narodowych, opartym na wolnym handlu, przepływie ludzi,  usług. Od tego czasu wiele się zmieniło. W pewnym momencie za sprawą modnych filozofów i różnorakiej interpretacji ich myśli rozpoczął się powolny dryf w stronę zarządzanego przez kastę biurokratów „archipelagu zadowolonych”. Znów – identycznych w swej różnorodności krain, pełnych identycznych w swej różnorodności mieszkańców. Zlepionych z treści podawanych przez mass media, wykrawanych przez unijne regulacje.
Uciekająca z komunizmu Polska, za sprawą kolejnych rządów III RP, bezrefleksyjnie zgłaszała akces do kolejnych form. Postkomunistyczna bylejakość była pudrowana koncepcjami ślepo zapożyczonymi z Zachodu, a ich nieprzystawalność była ignorowana. Rozpoczęło się usilne wpychanie kwadratowych polskich klocków w zachodnie otwory w kształcie kółka. Gdy okazało się to niemożliwe, klocki szlifowano, łupano, wreszcie rżnięto na chama, byle tylko się dostosować. Kształceni w PRL władcy III RP pamiętali przy tym zapewne słowa Jakuba Bermana, komunistycznego ideologa: „Naród musi się wpoić w nowy kształt. My skazani jesteśmy dźwigać ogromny bagaż tysiącletnich doświadczeń i proces odrywania się od tradycji i zachowanie się w nowym kształcie nie jest przez to procesem łatwym. Musi powodować wstrząsy, jestem jednak przekonany, że suma konsekwentnie i umiejętnie prowadzonych przez nas działań przyniesie w końcu efekty i stworzy nową świadomość Polaków”.
Cóż, nie ma nic dziwnego w tym, że myśl komunistów zdaje się coraz to przebijać z myśli politycznej elit III RP. Sami byli przecież nią kształtowani, a jeśli nawet ją odrzucali, to i tak w ramach habitusu – siatki pojęciowej, którą komuniści im przez kilkadziesiąt lat wpajali. Tak było także przy dziejowej transformacji 1989 r., kiedy niewyobrażalne było dla dopuszczonych do (okrągłego) stołu, wyselekcjonowanych wybrańców wywrócenie go do góry nogami. Dokonali więc „transformacji” – zmiany jednego stanu rzeczy w inny. 
Gdy okazało się, że projekt zawiódł, władcy III RP postanowili dokonać tego, do czego byli jedynie zdolni. Transformować po raz kolejny. Tym razem na wzór wykrojony myślami Fukuyamy i Lyotarda. Z cichym przyzwoleniem Jakuba Bermana. W założeniu ta nowa świadomość, ten nowy kształt Polaków miał zacząć przypominać zachodnio-Europejczyka, człowieka Zachodu.  Gdy okazało się, że polskich klocków nie wystarczy zwyczajnie przemalować, wpychano je na siłę, wreszcie ciachano je z tego balastu, który w sobie nosiły. Nie był to jednak balast stosunkowo świeży, komunistyczny, lecz wewnętrzny, tysiącletni. 
Ubogi krewny
Po pozbyciu się tego ciężaru – tożsamości, kultury i historii schowanych przez lata w herbertowskiej „srebrnej szkatułce niewinnych pamiątek” – miał Polaka zastąpić „identyczny w różnorodności człowiek europejski”. Tak jakby ubogi krewny chciał na siłę popisać się przed bogatą rodziną, burząc zaniedbany stuletni dom, a na jego miejsce budując szpanerską chałupę z pożyczonych od tejże rodziny pieniędzy.
Ale ten projekt zawiódł na całej linii.  W Unii i w Polsce, choć w różny sposób. Zawiódł, ponieważ nie wszyscy czytali Fukuyamę i Lyotarda, a nawet jeśli czytali, to nie brali ich poważnie. Kilkadziesiąt kilometrów od wschodnich rubieży Unii Europejskiej od lat triumfowali niebawiący się w dwuznaczności ideowi nauczyciele Jakuba Bermana. Jeszcze dalej, tam, gdzie żadna myśl Europy nie jest brana na poważnie, księga jest jedna – Koran (choć w rzeczy samej interpretowany na iście postmodernistyczną modłę).
Niestety, wbrew chciejstwu, propagandzie i zakłamywaniu rzeczywistości Europa nie jest już i na pewno nie będzie archipelagiem zadowolonych. Nadchodzą ciekawe czasy. Wraz z nimi na archipelag przybywają ci, którzy nie czytali modnych filozofów i nie bawią się w „różnicowanie w jednorodności”. Mają za to wielowiekową wprawę w przycinaniu innych na swój obraz i podobieństwo. Mają swoje książki i swoich filozofów.
Całość w internetowej edycji GP.
Polecam!!!

http://www.gazetapolska.pl/33763-sztorm-na-archipelagu-zadowolonych
5
5 (2)

1 Comments

Danz's picture

Danz
Polecam analizę Wojciecha Muchy, felietonista GP, który pisze ciekawie i analitycznie.
Zupełnie nieznany "prawicowej publiczności", a szkoda!
Pozdrawiam i naprawdę polecam.
 

Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
Empedokles

Więcej notek tego samego Autora:

=>>