blogi

  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Mamy już nowy rok, czyli jest pora na ostateczne (w miarę) podsumowanie starego. Mogą być pewne spoilery po zestawieniu, które zamieszczam:

    Produkcja roku: Orville, The, sezon 3. Serial Hulu/Disnej Plas.

    Rozczarowanie roku: Rings of Pała. serial Amazon.

    1. Orville

    2. Peacemaker

    3. Xięga Bobusia

    4. Star Trek: Lower Decks

    5. Łensdej

    6. Ród Smoka

    7. Strażnicy Sprawiedliwości.

    8. Star Trek: Strange New Words

    9. Vox Machina

    10 Boys

    Teraz kilka zdań podsumowujących poszczególne produkcje:

    Orville rozumie ducha Gwiezdnych Wojen i widać, że się twórcy starają. Serial jest robiony w odróżnieniu przez ludzi, którzy chcą go robić. Przez fanów jest robiony. Pierwsze sezony musiały udawać parodię bo w USA nie da się pozwać parodii (tak słyszałem). Stąd dużo gagów które podzieliły widownię: części się podoba brak gagów, a części gagi. Wszystkim nie dogodzisz. Twórca, Seth MacFarlane musiał udawać przed wytwórnią Fox że robi jakiegoś Family Gaja w kosmosie. Jakby tylko jeden serial mógł robić. Sezon 3 to długie odcinki (dzięki przeniesieniu na striming Hulu), ciekawe fabuły. Gwiezdne wojny robią, tzn biją się w kosmosie. Mamy tu kontynuację najlepszych tradycji Star Treka, łącznie z wszelakimi patologiami o których już było. Estetyka jest estetyczna: oświetlenie, kadrowanie jest tak robione, aby przyjemnie się oglądało: Kadrowanie, kolorystyka, filtry. Poruszają różne problemy współczesności. Są romanse i śpiewają. Kończy się ślubem w stylu Potopu. I Klajden to dziewczynka.

     

    Pozostałe produkcje startrekowe to Strange New Words i Lower Decks. Lower Decks to parodia kreskówkowa, tocząca bekę z różnych aspektów. Przy czym Mariner, bohaterka główna nie jest Mary Sue bo zostaje zdrowo przeczołgana i popełnia błędy. Reszta bohaterów jest sympatyczna dzięki czemu się to fajnie ogląda. Ja lubię Star Treka więc serial startrekowy ma szansę być wysoko w zestawieniu albo na samym dnie. SNW oparte jest na mrocznej tajemnicy kapitana Pike: wskutek fluktuacji czasoprzestrzennej zobaczył on swoją śmierć więc wie, kiedy zginie. Ale wie też że nie zginie dopóki nie zginie, czyli mu nic nie grozi na razie. Załoga Enterprise też jest sympatyczna i dobrze pokazana. Jedna sternika jest słaba. Przygody mają startrekowe. Kurtzmann musiał się cofnąć pod naciskiem niezadowolenia i zrobić serial z sensem. Spoko. Również się to dobrze ogląda z uwagi na kadrowanie, kolorystykę itp.

    Przechodzimy teraz do superbohaterów:

    Strażnicy Sprawiedliwości (dalej SS) to mroczna historia obnażająca ciemną stronę superbohaterszczyzny na Netflixie. Coś w stylu Boys ale nie do końca. W każdym razie jest to zwarta historia opowiedziana w konkretny sposób. Jednosezonowa, skończyli i koniec. Boys wygląda tak, że ogladam cały sezon i już się kończy i będzie konkluzja ale przychodzi gościu z pizza i się wszystko rozłazi i jeszcze jeden sezon i znowu koniec i już ma być rozwiązanie ale pita przywieźli i trzeba wypełnić i next sezon....

    Peacemeker wyciąga zaś na wyższy poziom postać złola z filmu. Ciekawe to jest, epatuje zaburzeniami psychicznymi, śmieszny wróg, walka ze słabościami, fajne. DC robi coś z sensem zanim upadnie.

     

    Wednesday na Netflixie opiera się na klasycznych zasadach, czyli kontraście między bohaterkami. Nie oglądam Harrego Pottera więc nie przeszkadza mi tu podobieństwo. Nie jestem tez fanem Rodziny Addamsów. Ważne, że mają tu różne pomysły i Łensdej nie jest Mary Sue. Nie uderza ona tez w samczą dominację. Interesująco rozwiązują zagadkę.

    Zostaje Ród Smoka, o którym było i Vox Machina. Vox podpada pod patologię z mroczną tajemnicą więc też jest fajne. Xięga Bobusia jest zaś robiona w stylu fanowskim, podpasowały mi zarówno przygody Boby Fetta u Tuskenów, jak i Mando w kosmosie. Skutery Vespy były słabe i reżyseria walk ma sporo niedociągnięć. Jon Favreau, twórca wraz z Filonim, jest zaangażowany w Orville też.

    II Słabizny:

    1. Rings of Pała - najgorsza produkcja roku!

    2. Wiedźmin, Rodowód Krwi

    3. Star Trek Discovery sezon 4

    4. Kenobi

    5. She Hulk

    Nie mam siły rozpisywać się o tym badziewiu. Jedno gorsze od drugiego. Kenobi nie rozumie Gwiezdnych Wojen. Wiedźmin to żenua. Idźmy dalej:

    III

    Niektóre produkcje albo mi nie podeszły, albo nie miałem siły aby w nie wniknąć. Np. Cyberpunk. Andor zaś to taka nuda bezbarwna. Picard s02 balansuje na krawędzi. Primal s02: stwierdziłem że wygląda jak Samuraj Jack i nie bede oglądał. 

    W 2023 roku kandydatem do sukcesu jest 3 sezon Mando. A tak to nie wiem co jeszcze wyjdzie. Na ten rok przechodzi Willow, który jest słaby. 

     

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Że ja nie zrozumiałem tekstu „Money For Nothing”? Jak ja nie rozumiem to kto niby rozumie? Występuje tem Chudy i Gruby którzy noszą lodówki, mikrofalówki i kolorowe telewizory. Instalują. Jest też pieseł i Sting. I o tym jest ta piosenka. Nie no jest to dżołk z tej audycji:

    https://youtu.be/vWoXKiyrmqQ
    Omawiają tam muzyczne aspekty utworu, który ma genezą taką, że Knopfler usłyszał coś, co go poruszyło i zrobił piosenkę. Taki sposób tworzenia jest dla niego typowy i częsty. Trzeba umieć tak działać i byle kto nie potrafi. 

    https://youtu.be/_4-rrbvcSJU

     

    Teraz jednak chciałem przypomnieć zapomniany maxisingiel ExtendedancEPlay, trwa on 16 minut i jest to prawie pół płyty. Jakby coś dołożyli do tego to by była fajna płyta. A tak to te 4 piosenki są traktowane po macoszemu. A w zasadzie dwie, bo „Two Young Lovers” i „Twisting by the Pool” uchowały się na koncertówkach i składankach. Minialbum ten można potraktować jako zapowiedź stylistyki płyty „Brothers in Arms”, w sensie że w różne dziwne formy muzyczne też umieją. Ale mało kto o tym wiedział w owych czasach u nas, dlatego „Brothers in Arms” było wywróceniem ustalonego poprzednimi płytami porządku rzeczy:

    Cyfrowa technologia CD-ROM umożliwiła wydłużenie płyty o połowę względem winyli: do 60 minut. Co ciekawe nie poszli tu w mnożenie utworów, bo jest ich 9. Poszli w niekomercję bo mamy tu 5 piosenek trwających ponad 6 minut w tym 2 powyżej ośmiu. Nie ma szans żeby grali to w radiu, gdzie pożądana długość to trzy minuty z hakiem. Można powiedzieć śmiało, że mamy tu podwójne piosenki – dwie w jednym. Z rozbudowaną częścią instrumentalną.

    Dalej: mamy trollowanie słuchacza przez tzw „intra” – czyli wstępy, szczególnie „Money For Nothing”, które jak wspomniałem ma też pieseła. Ma też wspaniały tzw riff, jeden z najbardziej rozpoznawalnych do tej pory. Intra te wywołują konfuzję słuchacza swą odmiennością. Nie ma natomiast tu cymbałków, dlatego album ten jest klasyfikowany jako pop-rock a nie rock progresywny [1].  

    II

    „Brothers in Arms” oprócz długości cechuje się ciekawym wykorzystaniem syntezatorów. W takim syntezatorze jak wciśniesz klawisz to dźwięk trwa tyle czasu, ile chcesz. I połowa utworu z głowy. Mimo takich ułatwień BiA jest ciężkie do śpiewania. Metallica np. ma ciężko:

     

     

    https://youtu.be/MJkWfIft4Oo

    Pod górkę ma.

    Posłuchajmy teraz refleksji artystki:

    https://youtu.be/68GFSVJ9SKg

     

     

    w dwóch częściach

    https://youtu.be/3vPE30Aqivc

     

    Mamy tu dialog gitara-wokal (ciężki do wyśpiewania), tematykę i teledysk. Piosenka się wzięła z wypowiedzi, że Argentyńczycy są towarzyszami broni Rosjan czy coś takiego. Był to bowiem czas Wojny o Falklandy (Malwiny) która zaprzątała ówcześnie umysły społeczeństw. I stąd się wziął ten utwór. Mamy jeszcze teledysk, utrzymany w technologii animowanej, modna ówcześnie kreska jak u A-ha. Całość zrobiła potworne wrażenie na publice. Nie ma lepszych piosenek.

    A tu wypowiada się inny muzyk:

    https://youtu.be/qHsx52yK29I

     

    III

    Potem mieliśmy jeszcze „Brothers in Arms II” czyli „On Every Street” i koniec Dire Straits i początek solowej kariery Marka Knopflera. Nie dało się bowiem nagrać nic tak dobrego jak BiA. 

    https://youtu.be/x7IDjMwS9dc

     

    Chociaż obiektywnie ostatni album Knopflera „Down the Road Wherever”? 

    https://youtu.be/JIBCHh-fMUE

     

    Przypisy: 

    1 wiem, że te cymbałki to nie są cymbałki tylko wibrafon.

    2 nie wiem czy Pulse to najlepsza koncertówka Pink Floydów.

     

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     
    Interwencje mieszkańców domów, położonych w pobliżu budek z piwem, doprowadziły w latach 70. do likwidacji większości z nich.
     

          Zanim to nastąpiło budki z piwem były stałym miejsce spotkań towarzyskich piwoszy,
     

            „Przy kiosku z piwem ciżba tłoczyła się hiperboliczna. – pisał Edward Stachura - Są  pewne rzeczy, które mówią same za siebie. Była sobota, to raz. I było przed pierwszym, to  dwa. Na wódkę nie stało pieniędzy. W sklepach zresztą dzisiaj nie sprzedawali, a na metach trzeba było przepłacać. Chcąc nie chcąc, trzeba było kołysać się z piwem. (…) Wzięliśmy po  butelce i stanęliśmy za kioskiem, gdzie paru piło, paru się dalej odlewało, i tak na zmianę”.
     

          „Ludzie, wracając z roboty, – opisywał Marek Nowakowski - zatrzymywali się przed  budką i oparci łokciami o parapet  popijali sobie na stojąco. Żadnych sanitariatów  nie było,  a  piwo – jak wiadomo – pędzi, więc  piwosze  poszczywali gdzie bądź w pobliżu. Często z  tego  powodu popadali w konflikty z  gliniarnią, która urządzała na szczochów polowania. Ale  mimo tych istotnych braków budki z  piwem odgrywały dobroczynną rolę. Dawały szansę  ugaszenia pragnienia i towarzyskiej  wymiany poglądów. Sprzedawca był spowiednikiem-doradcą. Ludzie potrzebują takich miejsc prywatnej, luźnej intymności”.
     

         Piwo można było wypić także w siarczyste mrozy: było podawane podgrzewane i dla chętnych: z sokiem. Zawsze była też wystawiona sól - na spodeczkach, nieraz w słoiczkach. Sól sypało się do butelki ze zmrożonym piwem. Miała rzekomo chronić gardło.
     

        Do budki z piwem można też było udać się po większe zaopatrzenie. Wymagane było tylko własne naczynie. – „Nie raz chodziłem z bańkami po piwo, w domu przyrządzane z  przyprawami i korzeniami” – wspomina Roman Modzelewski.
     

         Budki z piwem, otwarte od rana, stały niemal na każdym przystanku tramwajowym. Idąc do pracy, można było zatrzymać się więc nawet w kilku.
     
     
          Budki z piwem stawiano w miastach również na na  najelegantszych ulicach (np, w Alejach  Ujazdowskich w Warszawie były dwie - jedna przy zbiegu z Piękną, druga na pl. Na Rozdrożu). Na Ochocie budka stała u zbiegu ulic  Wawelskiej i  Pasteura. „W pewną sobotę  naliczono przy pobieżnej obserwacji z okien  przeciwległego domu od godziny 12 do 20 aż 87  klientów podlewających kiosk” – napisał  Express Wieczornego” w czerwcu 1968 roku.
     

          Podobne kłopoty mieli mieszkańcy miast w całej Polsce. Ludzie, którzy mieli nieszczęście mieszkać w sąsiedztwie budek, szukali ratunku w Społecznym Komitecie Antyalkoholowym, którego aktywiści przez wiele lat żądali zastąpienia budek piwiarniami znajdującymi się w pomieszczeniach zamkniętych i wyposażonych w toalety.
     

           U schyłku lat 60. budki zaczęły znikać z ulic miast, aczkolwiek w latach 70. można je było jeszcze tu i ówdzie spotkać, z reguły na obrzeżach miast. Zastępowały je piwiarnie, za których otwieranie i prowadzenie odpowiadały wojewódzkie zarządy przemysłu gastronomicznego, spółdzielnie Społem oraz Samopomoc Chłopska.
     

          Marże narzucało przez ministerstwo były znacznie mniejsze niż przy wyszynku wódki, więc nie rwano się do otwierania piwiarń. Nieliczne zatłoczone lokale natychmiast zamieniały się w mordownie, a z powodu tłoku w zadymionym wnętrzu część konsumentów wystawała na zewnątrz z kuflami czy butelkami w ręku i po staremu sikała w pobliskich krzakach czy na zapleczu lokalu.  Najsłynniejsza warszawska piwiarnia znajdowała się przy ulicy Świętokrzyskiej i  zwano ją  „Zlew”.
     

           Dopiero po 1989 roku doszło stopniowo do uzdrowienia sytuacji, a większość  Polaków przestała pić przed pracą.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    P. Nehring – Pod budką z piwem
    A. Blinkiewicz  - Duże jasne na stojaka, czyli na piwko w PRL
    B. Brzostek  -Za progiem. Codzienność w przestrzeni publicznej Warszawy lat 1955-1970
    K. Kosiński – Historia pijaństwa w czasach PRL
    M. Nowakowski – Mój słownik PRL-u
    E. Stachura - Cała jaskrawość
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Polska Ludowa nie była krajem piwnym. Jakość piwa pozostawiała wiele do życzenia. Z  wyjątkiem piw idących na eksport, złocisty napój był raczej wodnisty i słaby.
     
          W ramach planu sześcioletniego do miast ściągnęły setki tysięcy mieszkańców wsi, by pracować w istniejących już fabrykach bądź wznosić je od podstaw. Przyjeżdżający  przeważnie ludzie trafiali do hoteli robotniczych, gdzie po pracy głównie się piło wódkę.
     
          W tej sytuacji postanowiono doprowadzić  do  rozwoju branży piwnej. „Konsumpcja piwa w Polsce – w porównaniu ze spożyciem w innych krajach – jest nikła. W Polsce  wynosiła w ub. roku [tj. 1949 r.] tylko 6 l na głowę. W planie sześcioletnim przewidziane  jednak zostało zwiększenie piwa o 75 proc. Sprawi to, że zmaleje spożycie wódki”.
     
         I rzeczywiście Polacy zaczeli coraz więcej pić piwa. Celowali w tym zwłaszcza ludzie młodzi, studenci, aczkolwiek wciąż nie stanowiło ono konkurencji dla wódki. Piwo jako alkohol  niskoprocentowy traktowane było jak napój orzeźwiający albo tzw. popitka czy utrwalacz mający utrzymać pijącego w stanie euforii po wypiciu wódki.
     
        Rozwój branży piwnej wspierały budki wznoszone od początku lat 50. I tak np. w Warszawie w 1962 roku. funkcjonowało 327 kiosków piwnych, w Łodzi – 175, w Szczecinie – 225. Budki z piwem rzadko spotykało się na wsi, gdzie nieformalnym miejscem pospiesznej konsumpcji piwa bywało obejście sklepu spożywczego.
     
           Budki z piwem w PRL jako półprywatna gastronomia były własnością Miejskiego Handlu  Detalicznego (MHD) lub Spółdzielczości „Społem”. Oddawano je w dzierżawę  ajentom, którzy pełnili funkcję szynkarzy.
     
         Większość kiosków z piwem było niedużą cylindryczną budą, pomalowaną przeważnie na  zielono, z drzwiami od tyłu, okienkiem z przodu i przybitym do frontowej ściany pulpitem. W  środku urzędował ajent, który wydawał piwko. Początkowo bywało beczkowe, sprzedawane  na  kufle, później zastąpiło je butelkowane.
     
         Wśród zapomnianych producentów można wymienić następujące browary i piwa: Łańcut,  Krakus, Jurand, Hevelius, Nadbużańskie, Podkarpackie. Wśród butelek dominował przez wiele lat  tzw. bączek - mała perkata flaszka 0,33, który ostatnio na fali  sentymentu z powrotem zaczął pojawiać się w sklepach.
     
         Złocisty napój – nawet w sklepach - nigdy nie chłodził się w lodówce.
     
         „Przy budzie z piwem u Heńka spotkałem Ślepego Olka, Króla Albanii i jeszcze paru  innych chłopaków. – napisał  Jan Himilsbach w opowiadaniu  „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy”  - Zawołałem dla siebie duże piwo. Heniek ucieszył się szczerze, jak posłyszał mój  głos. Potem jeszcze przyszedł pod budę Stefan Cykulada i przywitaliśmy się ze Stefanem, a  na samym końcu jakaś cholera przyniosła naszego dzielnicowego. (…) Zamówił sobie duże  piwo i z kuflem w ręku odszedł nieco na bok, a potem długo wpatrywał się w ten kufel. (...). Po jego nagłym pojawieniu się między nami zapadło absolutne milczenie. Każdy zajął  się własnymi myślami. Ja na szczęście byłem czysty, ale inni z pewnością dokonywali w  swoich myślach obrachunku sumienia, rzeczy dobrych i złych. Dokończyłem swojego piwa i  odstawiłem Heńkowi kufel, wytarłem usta chusteczką i zacząłem kolejno żegnać się z   chłopakami. (...) Dzielnicowy psim swędem wyczuł, że niemiłe jest nam jego towarzystwo i  że chcemy jak najszybciej zmyć się z jego oczu, bo kiedy wraz ze Stefanem odeszliśmy od  budy kilka kroków odezwał się: – Panie Karolak – powiedział. – Chwileczkę. Zatrzymałem  się i spojrzałem na niego. Dzielnicowy odstawił Heńkowi pusty kufel i krokiem od niechcenia  ruszył w moją stronę. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości i z tej odległości zapytał: – Ja chciałbym wiedzieć, dlaczego pan się tu kręci?”.
     
         Opowiadanie to zostało zekranizowanego w 1973 roku przez Jerzego Gruzę. Główną rolę zagrał Zdzisław Maklakiewicz, który śpiewa otwierającą film piosenkę:
     
    „Gdy ci życie ucieka kochany, to nie goń go,
    Gdy już tydzień chodzisz jak we śnie, jak we śnie, to nie łudź się,
    Małe piwko, małe piwko z korzeniami – wyrośnie ci,
    Małe piwko, małe piwko z korzeniami – zaśpiewa ci.
    Jeden kiosk, drugi kiosk, trzeci, czwarty…
    Małe piwko, małe piwko z korzeniami – zastąpi łzy,
    Małe piwko, małe piwko z korzeniami – przebaczysz mi”.
     
         Scena pod budką z piwem w wykonaniu Maklakiewicza i grupy naturszczyków to rodzaj dokumentu ukazującego świat sezonowych robotników, ludzi z marginesu i wiecznych łazęgów.
     
         Film przeleżał siedem lat na półce, i został pokazany - już po powstaniu „Solidarności” -  w październiku 1980 roku.
     
    CDN
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    Krótkie oświadczenie w sprawie panzerfausta komendanta:

    Oczywiście jest to skandal bo w ogóle nie można mieć granatnika. Dodatkowo oni go odpalili czym spowodowali zagrożenie. Nie można też ich usprawiedliwiać że nie wiedzieli bo to u nas nie jest żadne wytłumaczenie. Nie za takie rzeczy u nas ścigają. Nadaje się ta akcja na początek upadku PiS, ale jest tu jednak pewne ale:

    1. Bajka o pastuszku i wilkach. Totalni powinni sobie opowiadać ją co wieczór do znudzenia.

    2. Klasyfikacja punktowa: mamy taką sytuację że nie wystarczy wyciągnąć afery. Decyduje bowiem stosunek afer prawdziwych do fałszywych: jeśli ogłosili a tak ze 30 afer fejkowych i 5 prawdziwych to ludzie to podliczają i ponieważ jest 30:5 dla PiS oceniają tą partię pozytywnie. No niestety.

    3. Podobnie exPBK Bronek nie beknął za marychę znalezioną na jego polu, tylko został uznany za pokrzywdzonego. Wnioski?

    A teraz Wiedźma z Bachmutu i inne nagrania z terenów walk:

    https://www.cda.pl/video/128878918f

    https://www.cda.pl/video/1288809545

    https://www.cda.pl/video/12890087bb

    Przechodząc do tematu: Nie dowiemy się od D Kamizeli o identyczności K9 i Kraba. W sensie to jest to samo podwozie a wieża jest inna. Ciekawym zagadnieniem jest wymienność elementów: czy da się posadowić wieże od Kraba na podwoziu K9 i na odwrót? Pewnie się nie da ale czy w warunkach wojennych przy odpowiedniej determinacji? K9 które dostajemy mają to podwozie zresztą gorsze niż krabowe, bo nie mają np. generatora. Nie powie też nam ów szpecu nawet do spółki z J Wolskim że jest perspektywa wysłania sprzętu na Ukrainę.

    Co do FA 50 to już w ogóle bredzą:

    F 16 w trakcie nalotu jest w stanie zrzucić jedną (1) bombę precyzyjną, którą zniszczy 1 cel. Kiedyś aby zniszczyć cel trzeba było zrzucić a nawet ze 20 bomb nieprecyzyjnych, która porażały pewien obszar. W każdym razie okazuje się, że grupa F 16 z bombami osłaniana przez inne F 16 jest w stanie zaatakować raz. 1 nalot zrobić. Bo potem a to jednym brakuje paliwa, bo musieli depnąć w dopalacze, a to się wszystko się rozłazi i ciężko zebrać do kupy, a to przeciwdziałanie wroga. A to to, a to sio. I w zadaniach tego typu FA 50 jest w stanie zastąpić F 16 bo weźmie jedną bombę i ją zrzuci w jednym nalocie precyzyjnym.

    Nie dowiemy się od nich o potrzebach naszych: że potrzebujemy określonej ilości sztuk samolotu żeby się wyrobić z zadaniami. 20 sztuk używanych Jurofajterów czy F 16 nie zastąpi 48 sztuk FA 50. Nie powiedzą nam oni tez o radarach w pierwszych F 16: były one badziewne i te F 16 służyły do szybkiego wprowadzenia typu do uzbrojenia i przeszkolenia na nim personelu. Jak już wyprodukowali docelowe F 16 to te wczesne poszły do modernizacji. To jest cywilizowana metoda która przerasta ich horyzonta.

    Co za porażka. I Egipt dalej chce FA 50?



    III Weźmy Zychowicza i jego Historię Realną:

    https://youtu.be/oMxbFXmWbZw



    W 27 minucie 20 sekundzie płk Lewandowski się odkleja: już mamy 30 Abramsów szkolnych na których idzie szkolenie pełną parą. Wstyd. Zakup K2 w Korei z tego co widać został przyśpieszony o kilka lat stąd mniej ich będzie w wersji PL. Organizacja jednostek w nie wyposażonych będzie zatem nieco chaotyczna, bo przyśpieszona. Ale tu mamy konieczność wyrównania dostaw na Ukrainę. Nie pojmują oni też sensu FA 50, co jest typowe.

    Hajmarsy: USA ma oprócz 6-pociskowych na kołach jeszcze 2x tyle 12-pociskowych na gąsienicach. Dodatkowo mają wiele innych środków wsparcia jak lotniskowce atomowe z samolotami czy pociski manewrujące. My tego wszystkiego nie mamy i dlatego Hajmars ma pełnić ich rolę.

    Mamy tu jeszcze artykuł 5: aby zadziałał musimy poczekać aż nas ruskie napadną i dopiero wtedy możemy kontratakować. I w momencie ataku soviet powinien dostać taką salwę z Hajmarsa żeby jego ofensywa się skończyła zanim by się jeszcze zaczęła. No i mają być od szczebla brygady w górę. Jeśli mamy o czymś debatować to właśnie o konsekwencjach Artykułu 5.

    Koszty utrzymania są tu do oszacowania. Nie pojmują oni chyba (a Zychowicz na pewno), że załoga w starym Goździku kosztuje nas tyle samo co w nowej K9. Podobnie garaż. Chyba że Goździki stoją pod chmurką to wtedy nie: garaż trzeba postawić. Trzeba też wyraźnie tu dodać, że wszystkie Abramsy, K2, K9, Hajmarsy, Kraby muszą być obsadzone w czasie pokoju. 18 Dywizja ma być odpowiednikiem amerykańskiej dywizji ciężkiej więc powinna być obsadzona w 100 procentach. Takie szpece powinny oszacować przewidywany wzrost liczebności jednostek liniowych. Nie oszacowały chyba jednak. Najpierw istniejących a potem te 2 dodatkowe dywizje co mają być. Zamienienie Goździka na K9 nie zwiększa zapotrzebowania czy zwiększa? Hajmarsy zwiekszają.

    Co do Apaczy to 96 Apaczy nie zostało kupionych, poszło zapytanie do Amerykanów. Zobaczymy co odpowiedzą. Będzie konkret to będę dywagował. Na razie nie – nie zauważyli chyba że zamówienie na AH-64 nie ma. Czy może jest?

    Największym curiosum jest wywód, że jak będziemy za mocni to się wbijemy w pychę i nie będziemy żebrać o wsparcie innych. Sami se damy radę i bez łaski. No i bardzo dobrze. Sformułowałem koncepcję że powinnyśmy być tak silni żeby uniemożliwić wszelaką agresję w rejonie: jeśli mamy agresora i ofiarę to my+ofiara zawsze powinniśmy być silniejsi od agresora i to na tyle, żeby rozumiał on że nie ma szans. Obojętnie czy w NATO, czy nie w NATO. Totalni, których czołową figurą jest exPBK czyli Bronek Komorowski utrzymywali nas celowo w stanie permanentnej nędzy, której skutki widzimy dzisiaj. Nie rozumiem takiego rozumowania, ze musimy się płaszczyć i błagać.

    IV

    Trzeba jednak pilnować pisowców bo mówią oni poważnie o tym odstraszaniu. Co będzie jednak jak bolszewia nie odstraszy się? Np. dlatego że jest głupia i źle oceni ryzyko? Musimy szykować się do walki a nie do odstraszania. Trzeba społeczeństwu powiedzieć, że szykujemy się do obrony. Obawiam się, że oni myślą że faktycznie wystarczy nakupować żelastwa i to wystarczy. Słusznie tu Bartosiak krytykuje polityków. Musimy uzyskać zdolności konkretne do porażenia agresora. Drony i systemy musimy mieć. Sytuacja się bowiem wyklarowała i można powiedzieć, że grozi nam ruski napad. A jak się skończyły sanacyjne próby odstraszania (Łosie) dobrze wiemy.

    Przechodzę jednak do ocen, bo są w miarę sensowne. Moje propozycje:

    Abrams i K2: 5

    K9: 5

    FA-50: +4

    Co im tam jeszcze nie pasiło? Tryb zawierania zamówień. Że nie ma papiera z doktryną według której kupują. Wolałbym jednak żeby tu się szerzej wypowiedzieli o konsekwencjach Artykułu 5 i innych uwarunkowaniach. Wydawało się, że Zychowicz coś tam pojął wskutek rozmów z Bartosiakiem ale jednak słabo: niewiele do niego dotarło. A tu przedstawiam zarys problemu w formie video:

    https://youtu.be/PTM30BVOZ9w



    Podsumowując: wbrew pozorom ekipa u Zychowicza nie jest jeszcze taka najgorsza. Ciekawie nawijają z sensem. A u Wolskiego Kamizela się odkleja. Jest to „taki tuwimowski straszny mieszczanin co widzi wszystko oddzielnie: że radar, że udźwig, że zasięg, że prędkość maksymalna, że skromny katalog przenoszonego uzbrojenia.” Tak go zelżono.

    Co do polityki to jest tu nieprzezwyciężalna różnica w koncepcjach: totalnym wystarczą zestawey 3 żerdzi i jednej deski do budowania bram powitalnych a pisiory kupują czołgi.

    UWAGA: pisząc Hajmars mam również na myśli koreańskie wyrzutnie, bo to wszystko jest jeden pies. Czyli odpowiedniki funkcjonalne to są. 
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Pierwsza solidna awantura na osiedlu, na którym mieszkali Hiobowscy, miały miejsce czwartego stycznia. I nie były to żadne porachunki grup przestępczych, kiboli czy migrantów. Doszło do niej w niewielkiej osiedlowej drogerii, pomiędzy poważnymi zdawałoby się ludźmi, czyli mamą Wiktymiusza i sąsiadem z parteru. Czynnikiem zapalnym była siostra Łukaszka.
    Zaczęło się od tego, że siostrze Łukaszka skończył się niespodziewanie szampon. Bez namysłu udała się więc tam, gdzie zawsze go kupowała, czyli do osiedlowej drogerii. Jak na taki mały sklepik było w nim dużo osób. Oprócz pana sprzedawcy znajdowała się w nim dwójka osób oglądających towar: mama Wiktymiusza oraz sąsiad z parteru. siostra Łukaszka odczekała chwilę i widząc, że nikt nie podchodzi do lady zdecydowała się działać. Chwyciła szampon z półki i podeszła do sprzedawcy.
    - Trzy euro - oznajmił pan sprzedawca.
    - O! - ucieszyła się siostra Łukaszka. - Nie podrożał! A mówili, że po Nowym Roku szampony też podrożeją...
    Z tyłu zapiszczała gumowa kaczuszka. Siostra Łukaszka obróciła się. To zmieniona na twarzy mama Łukaszka maltretowała zabawkę w zaciśniętej pięści.
    - Bo miały podrożeć - wycedziła. - Komisja Europejska nakazała podnieść VAT do dwudziestych trzech procent!
    ~ Ale cena nie podrożała - przypomniała siostra Łukaszka.
    - Bo on obniżył cenę - mama Wiktymiusza pokazała palcem sprzedawcę.
    - Przecież cena jest ta sama - wybąkała siostra.
    - Cena składa się z ceny właściwej i podatku! - mama Wiktymiusza zacisnęła drugą pięść. - Skoro podnieśli podatek to musiał obniżyć cenę właściwą!
    - He he he - śmiał się sprzedawca. - Dzięki temu klienci nadal zapłacą tyle samo i nadal będą u mnie kupować!
    - Dlaczego pan wcześniej nie obniżył?! - wrzasnęła mama Wiktymiusza. - Okradł ją pan!
    - Jak to? - wystraszyła się siostra. - W jaki sposób?
    - Ceną - wysyczała mama Wiktymiusza.
    - Ale... Cena była taka sam jak jest teraz... - szepnęła siostra Łukaszka. - To nie mogli mnie okraść...
    - Okradli! - tupnęła nogą mama Wiktymiusza. - Cena w zeszłym roku mogła być niższa!
    - Mogła być też wyższa - wtrącił się sprzedawca.
    - Milcz faszysto! Okradasz ludzi!!
    - Ale cena jest przecież ta sama... - wyjąkała siostra Łukaszka i cofnęła się dwa kroki.
    - Na tym polega kradzież!!!
    - Ale przecież wtedy i dzisiaj płacę tyle samo... - wielkie oczy siostry wypełniły się łzami i wylały na śliczną buzię.
    - On cię wtedy okradł!!!
    - Niech ją pani zostawi - od półek odwrócił się sąsiad z parteru.
    - Dziękuję panu - szepnęła siostra. - Wreszcie ktoś, kto uważa, że w zeszłym roku pan sprzedawca mnie nie okradł.
    Sąsiad przytaknął głową z uśmiechem.
    - Dziękuję panu - szepnął sprzedawca. - Wreszcie ktoś, kto uważa, że nikogo w ogóle nie okradałem i nie okradam.
    - Okrada ją pan teraz - rzucił bombę sąsiad z parteru.
    - Co?! - krzyknęła mama Wiktymiusza. - Jak to?
    - Podatki! - sąsiad podniósł palec wskazujący. - Podatki to kradzież w biały dzień, bo te pieniądze w ogóle do obywatela pracującego nie wracają!
    - A co się z nimi dzieje? - zapytała wystraszona siostra płacąc ukradkiem za szampon.
    - Idą na obywateli niepracujących w formie różnych bezsensownych socjali, a przodują w tym Niemcy!
    - Sztuka rządzenia Niemiec była błogosławieństwem dla Europy - wycedziła mama Wiktymiusza.
    - Niby kiedy?
    - Zawsze, poza latami, kiedy zostały zajęte przez nazistów! Autostrady! Unia Europejska!
    - Kołchoz Europejski!
    - Niemcy to też wartości, Goethe, Kant, Benedykt Szesnasty!
    - Rosja i tylko Rosja jest ostatnią ostoją tradycyjnych wartości białego człowieka takich jak religia i heteroseksualizm! - grzmiał sąsiad.
    Siostra Łukaszka wolno przesuwała się w stronę wyjścia.
    - Aaa! - ucieszyła się mama Wiktymiusza. - To już wiem kto pan jesteś! Szur!
    - Brukselska faszystka!
    - Onuca!
    - Folksdojczka!
    ...skrzypnęły drzwi i siostra wymknęła się na zewnątrz. Zderzyła się tam z dwoma osobami. Wystraszyła się. Okazało się, że tych dwóch to policjanci. Też byli wystraszeni.
    - Jakaś awantura w środku? - pytali jeden przez drugiego. - ale chyba nie migranci? Nie ma bijatyki, gwałtu, podpaleń, atakowania strażaków?
    - Nie - uspokoiła ich siostra Łukaszka. - Po prostu dwójka mieszkańców się kłóci.
    Policjanci nabrali animuszu, uśmiechnęli się, wyjęli pałki i runęli do wnętrza interweniować.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Produkcja tanich win przetrwała PRL.
     
     
         W PRL alpagi nazywały się pospolicie: Wino, Myśliwskie, Rycerskie, Zamkowe, Żubr, Okęcie itp. 
     
     
         Do najbardziej wymyślnych nazw należał z pewnością Wigraszek dostępny w regionie augustowskim i na Mazurach.
     
     
          Dopiero w III RP pojawiły się bardziej wyszukane nazwy tanich win.. Na przykład wino Dobre (od powiedzenia: „Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie”), Byk,  Skurczy-Byk, Strzał Mocny, Expert, Belzebub, Bachus, Komuna, Tur, Bolszewik czy Anna Karenina.
     
     
          Można było spotkać także nazwy jak Całodobowe (od całodobowych sklepów z alkoholem), Kapitol, Texas, Arizona, Szeryf, Apacz, Szalony Koń, Szalony Janosik, Menello (z dopiskiem na etykiecie: „bianco”), Odlot, Kosmos, Komandos (strong), Chateau de Patyk i Chateau de Jabol (oba podpisane: „dobre na kaca”), Przeznaczenie, a nawet Platon.
     
     
         Jabola zwanego Mamrot, piją na ławeczce przed sklepem bohaterowie serialu telewizyjnego „Ranczo”.
     
     
           Uwzględnić należy też takie wina jak: Kici-Kici, Go-Goo, Pokusę, Rozkosz, Atrakcję, Balet, Bagdad, Extazę (lub Ekstazę), Sex, Kuszące Wisienki, Cycatkę, Stellę, Violę, Czarną Perłę, Dwadcat Piat czy Nimfę – wszystkie obowiązkowo z biuściastymi, półnagimi blondynami na etykietach.
     
     
          Bogactwo nazewnictwa tanich win wydaje się niewyczerpane.
     
     
           Za III RP na etykietach pojawiły się również nazwy slangowe. W południowej Polsce lokalną popularność zdobyły wina Alpaga Parkowa i Alpaga Bramowa. Na etykiecie jednej widzimy faceta leżącego na ławce w parku, na drugiej gościa podpierającego bramę.
     
     
           W 1971 roku Edward Stachura pisał w „Siekierezadzie”, iż przed wyjściem na wiejską zabawę nalewa się do manierki prawdziwy bimber, bo  w bufecie „jeno będą wina cieniutkim patykiem pisane, la patik, jak my je nie wiadomo dlaczego z francuska nazywali”.
     
     
          Działo się tak, by młodzież, skora do mocniejszych trunków, zbyt szybko się nie popiła. Tak więc w intencji władzy ludowej alpaga stała się narzędziem walki z pijaństwem.
     
     
          W opowiadaniu „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” Jan Himilsbach pisał: „W ciągu tych kilku dni, a często i całych tygodni, kiedy przychodzili tu codziennie od rana [do biura pośrednictwa pracy], zdążyli poznać się, a często nawet zaprzyjaźnić. Często rozmawiali o tym i owym, pili tanie i ohydne wino za dwadzieścia złotych butelka, popularnie nazywane czar pegieeru”.
     
     
          Na cześć alpagi domorośli poeci układali liczne wierszowianki w rodzaju: „Chcesz mieć dzieci ładne, zdrowe/ kup im wino owocowe” albo: „Nic tak życia nie upiększa jak jabola ilość większa”.
     
     
         Wino owocowe oprócz rockowych piosenek i literatury zawędrowało również do filmu.
     
     
          W „Seksmisji” Juliusza Machulskiego bohaterowie znajdują w podziemnych korytarzach stary kalosz, a w nim butelkę po alpadze (na etykiecie napisane „Wino”), która przetrwała zagładę cywilizacji.
     
     
         Wniosek z tego – jak mówi Maks Paradys (Jerzy Stuhr): „Hej! Nasi tu byli!”.
     
     
          Z kolei w filmie „Skazany na bluesa”, historii lidera zespołu Dżem Ryszarda Riedla, wyreżyserowanym przez Jana Kidawę-Błońskiego, jest scenę, w której główny bohater bierze udział w zawodach obalania jabola na czas.
     
     
          W słynnym dokumencie „Arizona” zrealizowanym przez Ewę Borzęcką w 1997 roku mieszkańcy wsi Zagórki pod Słupskiem, gdzie u progu III RP zlikwidowano PGR, zajmują się głownie piciem alpagi, tytułowej Arizony właśnie. Nie wydaje mi się jednak, by ten obyczaj spędzania wolnego czasu nastał we wsi wraz z niepodległością. Mniej więcej w tym samym czasie słyszałem opowieści robotników rolnych z upadłych PGR-ów, porzuconych gdzieś w Beskidzie Niskim lub w Bieszczadach, że tamtejsze tanie wino służyło u schyłku PRL-u i na początku III RP za walutę. Kiedy nie było pieniędzy na wypłaty, zarządcy płacili węglem na zimę, zgodą na zabicie świni lub owcy albo flaszkami alpagi.
     
     
         Według Muzeum Tanich Win w Szklarskiej Porębie miesięcznie produkuje się w Polsce ok. 2,5 mln butelek jabola.
     
     
           W początkach lat 90. XX w. alpagi produkowało ok. 200 przetwórni owocowych. W 2010 roku Najwyższa Izba Kontroli ustaliła, że co czwarta butelka taniego wina nie trzyma żadnych standardów.
     
     
         Wedle tego samego raportu spożycie bełtów podobno spada. Ale czy jest to prawda?
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    P. Smoleński – Wino marki wino
     
    K. Kosiński – Historia pijaństwa w czasach PRL
     
    M. Nowakowski – Mój słownik PRL-u
     
    P. Lipiński i M. Matys Absurdy PRL-u
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Hitem PRL-u była produkcja tanich win owocowych.
     
     
          W okresie PRL-u osławione rodzime wino owocowe nazywano  zazwyczaj alpaga i zostało uwiecznione w licznych piosenkach, np. „Autobiografii” Perfectu  - „Alpagi łyk i dyskusje po świt,/ niecierpliwy w nas ciskał się duch”.
     
     
          Mówiono o nim także bełt - grupa Kombi śpiewała: „Bełta parzący smak, oczu błysk, gniewu błysk”. Albo jabol  - zespół Big Cyc śpiewał: „Jacek i Agatka poznali się w szkole,/ ona była dobra z matmy, a on pił jabole”.
     
     
         Jedna z popularnych kapel rockowych nazwała się z angielska Acid Drinkers, a przecież „acid”, czyli po polsku „kwas” albo też „kwach”, to w slangu nic innego jak alpaga.
     
     
          Inni nazywali je „żur”, „patykiem pisane”, „czar pegeeru”, „czar sołtysa”, „jabcok”, „siara”, „wino marki wino” czy „wińsko”.
     
     
          Produkt ten wytwarzano najczęściej z jabłek, stąd kolor od słomkowego po niemal brunatny. Można było także spotkać alpagę wyprodukowano z innych owoców: truskawek, wiśni lub czereśni.
     
     
          Zawartość alkoholu bywała różna: od 8 do prawie 20 proc.  Za tow. Jaruzelskiego zmniejszono zawartość alkoholu w alpagach do 16-17 proc.
     
     
         Tanim winem owocowym napełniano szklane butelki koloru zielonego, brązowego bądź przezroczyste, kapslowano, a w latach 80. zatykano plastikowym korkiem. Odbijano go   wprawnym uderzeniem w dno butelki, ale tak, by jej przypadkiem nie zbić i stracić drogocennej zawartości.
     
     
         W alpagach gustowali przedstawiciele lumpenproletariatu, ale także młodzież późnolicealna i akademicka.
     
     
          Wedle Stefana Niesiołowskiego:  „Jeśli ktoś nie pił taniego wina, to dla mnie jest podejrzany. Bo albo był wychowany w jakimś obrzydliwym luksusie, albo nigdy nie był młody”.
     
     
         Wina owocowe zawdzięczały swój okropny smak oraz zapach, jak głosiła wieść gminna, dodawanej w procesie produkcji siarce, w rzeczywistości dwutlenku siarki, używanego powszechnie w przemyśle winiarskim. W alpadze było po prostu znacznie więcej niż w markowych winach. Ponadto jakość owoców, z których je produkowano była fatalna – wykorzystywano każde, nawet najbardziej zgniłe, zapleśniałe owoce.
     
     
          „Owoce w absolutnie dowolnym rodzaju trzymać – wspominała osoba pracująca przy ich produkcji -   w skrzynkach trzy dni przy dobrym słońcu, aż zaczną lekko gnić i obficie pokryją się owadami… Zawartość skrzynek wrzucić do prasy i jak najdokładniej wycisnąć, a otrzymany płyn przepuścić przez filtr. Nektar musi być klarowny. Na każdy litr dodać 1 gram pirosiarczynu potasu. Teraz trzeba nagrzać nektar do ok. 65 stopni i ostudzić. Gdy temperatura spadnie do ok. 45 stopni, wlać obliczoną ilość spirytusu, tak aby jego stężenie wynosiło np. 15 proc. W tym momencie powstaje wino. Jeszcze ciepłe wlewamy do butelek i kapslujemy”.
     
     
         Smak tego trunku był paskudny, więc często spożywano go też w okropnych miejscach -  w krzakach w parku, przy śmietniku, nad miejscową rzeczką lub pod mostem. Jedno z takich miejsc – pod mostem Łazienkowskim w Warszawie nazwano „przylądkiem Kennedy’ego”.
     
     
          Często jego konsumpcję poprzedzała tzw. zrzutka, polegająca na tym, że każdy z uczestników wykładał parę złotych.
     
     
          Alpagi zazwyczaj się nie piło, lecz się je „waliło”, „robiło”, „ćwiczyło”, „obalało”, „łoiło” „lub”, „zaprawiało”.
     
     
          Alpagę waliło się z gwinta albo z partytury, to znaczy prosto z butelki.
     
     
          Łojenie alpagi było liczone w grzdylach stanowiących mniej więcej taką samą miarę.
     
     
         Stan uzyskany po wypiciu nazywało się „byciem zaprawionym”, „nawaleniem” czy „uj...niem”. Można było dodać, że jest się uj...ym jak szpadel, a nawalonym jak stodoła lub jak messerschmitt.
     
     
          Piciu alpagi towarzyszył kac. Nawet Stefan Kisielewski przyznawał, iż   „zamroczenie i ból głowy bije tu wszelkie rekordy”.
     
     
          Jakkolwiek oficjalnie władza ludowa zwalczała pijaństwo - istniała nawet Stała Komisja Rady Ministrów ds. Walki z Alkoholizmem), to jednak lobby proalkoholowe z reguły brało gorę. Należały do niego przede wszystkim spółdzielnie Społem i Samopomoc Chłopska, dyrekcje państwowych gospodarstw rolnych, w których działały tzw. gorzelnie rolnicze (30% . PGR-ów było rentownych tylko dzięki produkcji spirytusu), zarządzający handlem hurtowym i detalicznym oraz ajenci sklepów.
     
     
         W efekcie mimo kolejnych ustaw antyalkoholowych produkcja tanich win rosła, a od początku lat 60. XX w. dzięki zaleceniu Ministerstwa Handlu Wewnętrznego alpagi były dostępne w sklepach „ogólnospożywczych, cukierniczych i owocowo-warzywnych”.
     
     
          A wszystko to na przekor ostrzeżeniom psychiatrów, że picie tanich win ma zgubne skutki zdrowotne i „jest dobrą zaprawą do picia wódki”.
     
     
         „W połowie lat 80. – pisał Kosiński – szacowano, że wydatki na alkohol przewyższały o 40 proc. wydatki na mięso, a o 60 proc. wydatki na ubranie. Innymi słowy, Polacy wydawali na alkohol pieniądze, których nie mogli przeznaczyć na inne cele z powodu „braku i niedoborów”. Alkohol okazywał się więc specyficznym bezpiecznikiem antyinflacyjnym”.
     
     
         W latach 80. zaplanowanie budżetu PRL było niemożliwe bez uwzględnienia zysków z monopolu spirytusowego. W tym samym czasie propaganda nagłaśniała zaangażowanie administracji państwowej w zwalczanie pijaństwa”.
     
     
          Niewątpliwie również wpływy ze sprzedaży alpagi odgrywały pewną rolę w rachubach PRL-owskich planistów.
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika KaNo

    KaNo
    Wielka Księga Win Prostych

    Witamy koneserów win krajowych

    Tradycja spożywania produktów winnych ma w Polsce głębokie korzenie. Odkąd sięgają pamięcią najstarsi górale, zawsze w sklepie było jakieś wino. Ogromny wybór gatunków przysparzał nam nieraz duchowej rozterki przy zakupach. Co wybrać? Jaki trunek będzie pasował na towarzyskie spotkanie w murowanej piwnicy (concrete basement party), jaki na wykwintnego grilla w dzielnicy podmiejskiej (suburbia slums barbecue) lub imprezę w ogródkach działkowych z udziałem kolegów z sąsiedniej dzielnicy (diplomatic garden party), a jaki dla dziecka na komunijne przyjęcie?
    ------
    Jeden z przykładów:
    Napój Winny Cocktailowy "AMOREK"
    Ma opinię napoju miłosnego. Każdy, kto go pokosztuje, pokocha, a następnie posiądzie cieleśnie osobę siedzącą z lewej strony. Dlatego też jest najczęściej używane na weselach i ludowych zabawach tanecznych ku uciesze gawiedzi. Będąc zaproszonym na takie przyjęcie, należy pamiętać, aby nie siadać gdzie popadnie, a w szczególności na skraju ławy koło komórki z kozą.



    Wielka Księga kończy się wierszykiem:

    Do sklepu na dole
    Rzucili jabole
    Nie wyjdę stamtąd
    Aż się napier....
    Teraz Polska!!!

    https://www.scritub.com/limba/poloneza/Wielka-Ksiga-Win-Prostych21315112...
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Serdecznie dziękuję za piękne uzupełnienie mojego tekstu.

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Wszyscy szykowali się na sylwestrowy koncert w państwowej telewizji. Tuż przed samym koncertem wynikło zamieszanie z główną zagraniczną gwiazdą wieczoru - uparła się aby wystąpić z opaską na ramieniu przypominającą o prawach osób niewidomych.
    Telewizji się to nie spodobało.
    - Przecież to absurd - dowodził któryś z dyrektorów. - Prawa osób niewidomych nie są w żaden sposób łamane.
    - O przepraszam - uniosła się gwiazda. - Nie ma w tym kraju kin dla osób niewidomych. Wasze władze odmawiają wydawania praw jazdy osobom niewidomym. A poza tym za założenie opaski na ramię podczas koncertu grozi kara w tej reżimowej telewizji!
    - Nie grozi - odparł drugi dyrektor. - Zresztą to o czym pani mówi to przekracza poziom absurdu...
    - Prawa człowieka to nie jest poziom absurdu! - obraziła się gwiazda. Wycofała się z koncertu w Polsce i pojechała do innego kraju grać koncert dla głuchoniemych.
    Państwowa telewizja szybko zorganizowała gwiazdę zastępczą, która miała wystąpić bez opasek promujących prawa osób niewidomych. Kiedy wyszli na scenę cały zespół miał na ramionach czarne opaski.
    - Wygrali! - ucieszyła się mama Łukaszka. - Zagrali na nosie telewizji reżimowej, nie tak jak ta pierwsza gwiazda, która wyszła na tchórza!
    - Telewizja wygrała! - ucieszył się tata Łukaszka. - Pokazał, że nie jest reżimową, można w niej promować różne poziomy absurdu i nie ma kary, a pierwsza gwiazda wyszła na głupka!
    - Przynajmniej wiemy, że pierwsza gwiazda jest największą przegraną - westchnął dziadek Łukaszka.
    Babcia Łukaszka zmieniła kanał. Jakiś reporter rozmawiał na ulicy z panem niewidomym.
    - Właśnie zagraniczny zespół wystąpił w opaskach promujących prawa osób niewidomych - piał ze szczęścia reporter. - Widział pan ten występ?
    - Nie.
    - Nie szkodzi - reporter nie przestawał się uśmiechać. - W Nowy Rok będzie powtórka!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Koniec roku kalendarzowego zawsze obfitował w ogromną ilość manifestacji pojawiających się na mieście. Było to spowodowane tym, że NGO biorące pieniądze z zagranicy obijały się przez dwanaście miesięcy i kiedy na koniec trzeba było zrobić bilans roczny dla sponsora, okazywało się, że muszą w kilka dni wyrobić roczną normę.
    Pod blokiem Hiobowskich falowało morze transparentów.
    Hiobowscy wrócili z przedostatnich w tym roku zakupów (Mama Łukaszka: jest przecież jeszcze Sylwester) i z trudem torowali sobie drogę w tłumie. Już prawie dotarli do drzwi wejściowych, kiedy siostra Łukaszka zaczęła krzyczeć, że nie ma mamy Łukaszka. Nie było rady, musieli się wrócić.
    Mama Łukaszka stała przed jednym z transparentów trzymana przez grupkę dziewcząt w kolorowych włosach.
    - Widziałam już wiele manifestacji i wiele transparentów - wyjąkała mama Łukaszka. - Ale czegoś takiego jeszcze nie.
    Na transparencie widniał napis "Stop taksytucji".
    - Może to błąd ortograficzny - dumała siostra Łukaszka.
    - A jak powinien brzmieć poprawny napis? - zapytał Łukaszek.
    - Nie wiem - zasępiła się siostra.
    - Ma pani prawo nie wiedzieć, bo to skrót - oznajmiła dumnie dziewczyna trzymająca drążek od transparentu. - Chodzi o prostytucję taksówkarską.
    - Chyba nie uważa pani, że każdy taksó... - zaczęła babcia Łukaszka, ale dziewczyna jej przerwała:
    - Nie, nie, ależ nie, oczywiście! Wręcz przeciwnie! To pani, jako klientka taksówkarza go wykorzystuje!
    Babcię zatkało.
    - Przecież on w życiu nie przewiózłby pani swoim samochodem, no i w sumie mu się nie dziwię - dziewczyna zmierzyła babcię spojrzeniem. - Wykorzystuje pani trudną sytuację ekonomiczną tego człowieka, żeby mieć korzyść transportową. Korzyść, której nie będzie pani mieć za darmo, bo nikt pani nie podwiezie. Żałość w czystej postaci.
    Dziadek zdążył babcię odciągnąć zanim zdążyła eksplodować, a tata Łukaszka zapytał dziewczynę:
    - Przepraszam ale czy panie wcześniej nie protestowały w obronie prostytucji?
    - Tak, a skąd pan wie?
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka poszła wyrzucić śmieci i traf chciał, że przy śmietniku spotkała męża dozorczyni pana Sitko. Tak jakoś dyskretnie zajrzała mu przez ramię i ujrzała, że wśród wyrzucanych śmieci przewijają się rybie ości.
    Tak jakoś niedyskretnie zwróciła na to uwagę.
    - Ości się wyrzuca, co?
    - Owszem, ości - odparł pan Sitko. - Jest ryba, to i muszą być ości.
    - Zaraz, moment - zaniepokoiła się mama Łukaszka. - Ale chyba nie kupił pan żywej ryby?
    Pan Siko milczał.
    - Kupiliście żywą rybę?!
    - Proszę pani - westchnął pan Sitko. - Każda ryba z początku jest żywa...
    - Właśnie! - przerwała mu mama Łukaszka i zalała się łzami. - A wyście ją zabili!
    - Przecież rybę nie boli - usprawiedliwiał się pan Sitko.
    - Co pan opowiada! Boli!
    - Ale nie jest człowiekiem - pan Sitko uroczyście podniósł palec.
    Był to cios potężny i mama Łukaszka długo nie mogła dojść do siebie. Wytrząsnęli już oboje śmieci z wiaderek, pan Sitko zdążył jeszcze spalić papierosa, a mama Łukaszka nadal nie mogła znaleźć odpowiedzi. Była na krawędzi paniki. Jak to? Pan Sitko, taki prosty człowiek i nie potrafiła znaleźć odpowiedzi? Och, oczywiście mogła odpowiedzieć, że jest chamem, typowym polskim antysemitą żądnym każdej krwi, nawet rybiej, ale wiedziała, że to nie byłoby to.
    - Tak, ryba nie jest człowiekiem - zaczęła ostrożnie. - Ale człowiekiem jesteśmy my. To jak my traktujemy innych, którzy człowiekami nie są, świadczy o naszym człowieczeństwie. Pan mi tu serwuje piękne słowa, ale wtedy to pewno pan po pijaku tą rybę na żywca tasakiem...
    - A wcale, że nie - odparł gładko pan Sitko. - Zadzwoniłem po karpiowy dream team.
    - Ke? - mama Łukaszka była zaskoczona.
    Pan Sitko pokazał palcem napisy sprajem na sąsiednim bloku "Nigdy nie będziesz filetowała sama" i "Aborcja ryby", Po tym ostatnim był podany telefon. Mamie Łukaszka wydawał się znajomy.
    - A widziałam busa oklejonego fotografiami potraw z ryb z tym numerem, u nas pod blokiem, przed świętami... Zaraz, Chyba mi pan nie powie, że przyjechał do was!
    - A do nas - pan Sitko beztrosko machał wiaderkiem.
    - Zgroza! - mama Łukaszka trzęsła się z oburzenia. - Tyle się zmieniło, że zamiast pana tasakiem machał ktoś inny!
    - Nie było żadnego tasaka. Jest pani zacofana - oświadczył pan Sitko. - To są profesjonaliści. Zrobili to zupełnie inaczej.
    - A jak?
    - Podali rybie tabletkę i spuścili ją w kiblu.
    Mamie Łukaszka wiaderko wypadło z ręki.
    - Tabletka to była nawet prosta sprawa - kontynuował beztrosko pan Sitko. - Ryba w kółko wystawiała pysk nad powierzchnię wody. Włożenie jej tabletki to była żabia prostota.
    - Ale, pan daruje, sam mówił, że rybę spuściliście w ubikacji... Czyli przepadła... Jak wobec tego mogliście ją zjeść i wyrzucać teraz jej ości?
    - Mówiłem pani, że to profesjonaliści - głos pana Sitko zabrzmiał chełpliwie. - Przywieźli własny kibel!
    Mamę Łukaszka zatkało.
    - Tak, tak - kiwał głową pan Sitko. - Mieli ze sobą taki zestaw. Zbiornik na górze, zbiornik na dole, a między tym sedes. Jak zaaplikowali rybie tabletkę i przestała się ruszać, to przełożyli ją do górnego zbiornika i spłukali do dolnego. I już.
    Mama Łukaszka przegrywała do zera ale próbowała jeszcze zdobyć honorowego gola.
    - No ale niech pan tak powie panie Sitko, nie czuł pan wtedy...
    - Proszę pani, pierwsze co ja wtedy zrobiłem to napiłem się kawy. A co ja czułem? Czułem ulgę, olbrzymią ulgę. Razem z małżonką odzyskaliśmy dla siebie miejsce w wannie.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    image
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Powoli zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Rodzina Hiobowskich stała przed blokiem i naradzała się nad dalszą strategią robienia zakupów.
    - Protestuję! - odezwał się obok jakiś młody głos. - Nie możecie robić tych zakupów!
    Obejrzeli się, stał tam jakiś młodzian z różowym rowerem i turkusową grzywką.
    - Jest bieda, inflacja! Osiemdziesiąt procent ludzi musi oszczędzać na jedzeniu!
    Tata Łukaszka zbył słowa młodziana machnięciem ręki.
    - Ja należę do pozostałych dwudziestu procent.
    - Jak to? - nie zrozumiał młodzian.
    - Tak to! - zaszczebiotała siostra Łukaszka. - Dwadzieścia procent to jedna piąta. Czyli jedna osoba z naszej pięcioosobowej rodziny.
    - Pięcioosobowej??? - zatkało Hiobowskich.
    - No tak, pięć - i siostra policzyła: tata, mama, babcia, dziadek i Łukaszek.
    - Dlaczego w takim razie jeździmy sześcioosobowym samochodem? - zapytał rozbawiony tata Łukaszka.
    - Bo to tradycja na Boże Narodzenie, puste miejsce dla niespodziewanego podróżnego, coś jak puste miejsce przy stole wigilijnym - replikowała siostra.
    - Święta obchodzą! Samochodem jeżdżą! - jęczał oburzony młodzian.
    - Powinna jeszcze raz powtarzać podstawówkę - skomentowała babcia Łukaszka popisy swojej wnuczki i z większością rodziny udała się na dalsze zakupy.
    - To jest skandal - pienił się młodzian i usiłował wcisnąć tacie Łukaszka jakąś ulotkę.
    - Co to jest?
    - Jestem aktywistą stowarzyszenia "Wyginiemy jak Barszcz Sosnowskiego"! W tym kraju, gdzie ludzie LGBT nie mogą sobie razem mieszkania kupić, gdzie wycina się lasy na potęgę, gdzie hoduje się zwierzęta na mięso, gdzie kościół narzuca ateistom jak ja co świętować.
    - Za każdym razem kiedy robicie takie ulotki, gdzieś tam na świecie ginie drzewo - replikował tata Łukaszka, po czym razem z siostrą Łukaszka rozstali się z aktywistą.
    Drugi raz spotkali się pod stoiskiem rybnym. Młody aktywista właśnie odchodził z siatką pełną rybich filetów.
    - Jak to? - siostrze Łukaszka zrobiło się przykro. - Przecież jest pan przeciw hodowli zwierząt na mięso...
    - Nawet kościół uważa, że to nie mięso! - zawołał aktywista i zniknął w tłumie.
    Trzeci raz wpadli na niego w punkcie pakowania prezentów w centrum handlowym. Kupował kartki świąteczne i czekał aż mu opakują prezenty.
    - Jak to? - siostra Łukaszka była zaskoczona. - Przecież pan jest ateistą i nie świętuje...
    - A co was obchodzi jak ja świętuję - zawarczał aktywista i oddalił się z prezentami.
    Czwarty raz spotkali się z nim w markecie. Stanęli za nim w kolejce do kasy.
    - Fiu, fiu, czego tu nie ma - rzekł tata Łukaszka patrząc na spiętrzony na taśmie stos towarów, zza którego nie było widać kasjerki.
    - Jak to? - załamała ręce siostra Łukaszka. - Przecież podobno bieda, mówił pan, że osiemdziesiąt procent ludzi oszczędza na jedzeniu!
    - Widocznie pan też jest w tamtych dwudziestu procentach rzekł słodko tata Łukaszka.
    - Robię wszystkie zakupy na raz, oszczędzam czas na jeżdżenie i na transporcie - sumitował się aktywista.
    Piąty raz wpadli na siebie pod marketem kiedy młody aktywista kupował choinkę.
    - Jak to? - siostra Łukaszka była zbulwersowana. - Drzewko z lasu? A ekologia?
    - Nie jest z lasu, jest z plantacji! - usprawiedliwiał się aktywista.
    Kiedy już wyjeżdżali z terenu marketu ktoś przy bramie machał rozpaczliwie.
    - Coś się stało - zaniepokoił się tata Łukaszka i zatrzymał auto.
    Osobą machającą był młody aktywista.
    - Szósty raz się spotykamy - zauważył tata Łukaszka.
    - Zepsuł i się samochód - bąknął aktywista. - Czy podwieźliby mnie państwo? Mam dużo zakupów.
    - Jak to? - nie mogła wyjść zdumienia siostra. - To nie wiezie ich pan swoim rowerem? Pan ma samochód?
    - To nie mój tylko... Kolegi - odparł gładko aktywista. - To jak?
    Tata się zgodził. Podjechali do tamtego auta, przeładowali zakupy. Wysadzili aktywistę w centrum i ruszyli dalej.
    Ujechali kawałek i zobaczyli znowu kogoś machającego rękami przy popsutym aucie.
    - To chyba nie znów ten aktywista? - zaśmiała się siostra Łukaszka.
    - Chyba nie, to mój znajomy... - powiedział tata Łukaszka hamując.
    Okazało się, że znajomy robi w nieruchomościach. I spieszy się do biura by podpisać umowę z klientem.
    - Kawalerkę kupuje - tłumaczył znajomy gdy wysiadali pod biurem. - Widzę, że już na mnie czeka. Przepraszam za spóźnienie.
    - Nic się nie stało - odpowiedział klient, odwrócił się i rozpoznali w nim młodego aktywistę, którego tym samym spotkali po raz siódmy.
    - Jak to? - krzyknęła siostra. - Taka niby inflacja a pan mieszkanie kupuje?
    - Nie sam kupuję, tylko z kimś - odciął się aktywista.
    Wracali już do domu, kiedy zadzwonił telefon. Mama Łukaszka dzwoniła i pytała czy już wrócili do domu z zakupów.
    - Jeszcze nie - powiedział tata Łukaszka.
    - To może byście mnie odebrali? Jestem na takim nowym osiedlu. Syn znajomej właśnie kupił tu mieszkanie do spółki z kimś i je oglądamy. Piękne jest.
    - Ten syn nie jest czasem aktywistą? - zaśmiała się siostra Łukaszka.
    - Nie, nie.
    - Odbierzemy - tata Łukaszka poprosił o adres.
    Weszli do mieszkania, przywitali się z mamą Łukaszka, jej znajomą i jej synem.
    - Kupiłem je do spółki z osobą bliską memu sercu - tłumaczył syn. - Ach, oto i jest!
    Otwarły się drzwi i do mieszkania wszedł młody aktywista.
    - Ósmy raz - tata Łukaszka zrobił facepalma.
    - Jak to? - oburzyła się siostra Łukaszka. - Mówi pan, że ludność LGBT prześladowana w tym kraju, a tu z chłopakiem pan sobie mieszkanie kupuje?
    Aktywista poczerwieniał na twarzy i krzyknął:
    - Macie coś przeciwko gejom?!
    - Nie - odpowiedział tata Łukaszka. - Uważam na przykład, że najpiękniejsze popularne piosenki pop o Bożym Narodzeniu śpiewają właśnie geje.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Łukaszek wraz ze swoją mamą szli ze świątecznymi zakupami. Dotarli do swojego bloku i mama już westchnęła, że będzie usiała szukać kluczy w swojej przestanej torebce, gdy nagle z mroku wyłonił się jakiś młody człowiek niosący jakiś wąski a długi pakunek i przed nimi otworzył drzwi.
    - Dziękuję - powiedziała uradowana mama Łukaszka i poznała w młodym człowieku nowego sąsiada z ich piętra. Wsiedli razem do windy i mama Łukaszka ze zdumieniem skonstatowała, że ów tajemniczy przedmiot niesiony przez sąsiada to choinka.
    - Jak to? Przecież państwo niedawno obchodzili chanukę?
    - No i? - uśmiechnął się sąsiad. - To coś wyklucza?
    - No chyba - bąknęła mama Łukaszka. - Bo jaką pan wyznaje religię?
    - Żadną - odparł beztrosko młody sąsiad i wysiadł z windy. - Ja i moja żona po prostu cieszymy się życiem, bierzemy z niego to, co najlepsze i świętujemy. Żyjemy tak, jakby każdy dzień był świętem.
    - Bardzo to piękne - sapała mama nadążając za nim z trudem. Łukaszek szedł za nimi i nawet nie mrugał ze zdziwienia. Nie był nawet w połowie tak zaskoczony jak wtedy gdy sąsiad otworzył drzwi. Z drzwi bowiem wypłynęła osoba przystrojona wyłącznie w przybranie z siana dla chomików wokół bioder i biustu.
    - Nie mogłam znaleźć trawy w grudniu - zaszczebiotała istota i zauważyła Łukaszka i jego mamę, po czym zasłoniła się gwałtownie.
    Coś brzdęknęło. To Łukaszek upuścił torbę z zakupami.
    - Moja żona Zofia - próbował ratować sytuację sąsiad po czym wciągnął wszystkich do mieszkania.
    Mama Łukaszka zażądała wyjaśnień. Sąsiad z żoną siedzieli na kanapie, a Łukaszek cichrał się w kułak stał przy ścianie pokrytej farbą tablicową i zapisaną do połowy kredą.
    - Dzisiaj świętujemy rocznicę rezolucji ONZ ustanawiającej dwudziestego listopada Dniem Industrializacji Afryki - chlipała sąsiadka.
    - Za dwa dni chcemy świętować Wigilię - rzekł cicho sąsiad.
    - Wigilię czego? - zapytał Łukaszek.
    - Niczego, po prostu Wigilię. Postawimy choinkę, przystroimy ją, siądziemy do stołu, zjemy sushi i będziemy dla siebie mili. Nie wolno nam?
    - Wolno. A kolędy będziecie śpiewać?
    - Oczywiście. Ja bardzo lubię kolędy - uradowała się sąsiadka. - Ja co prawda nie wierzę w Boga, ale "Lulajże Jezuniu" ma taką piękną melodię. Bardzo lubię ją śpiewać, kiedy jestem szczęśliwa. Najchętniej na początku wakacji.
    - Wszystko mamy rozpisane na tablicy - sąsiad pokazał ścianę. - Po Wigilii świętujemy Jul, potem Boxing Day i wreszcie Powstanie Wielkopolskie. W ten sposób świętujemy cały rok.
    - Najbardziej nam się podoba chiński Nowy Rok. Uwielbiam wieszać latawca w kształcie karpia...
    - To chyba oznacza, że rodzina w domu ma syna... - przerwał jej Łukaszka.
    - Nie mamy dzieci, no i co? - rozłożyła ręce sąsiadka. - Nie wolno nam? Ktoś nam zabroni?
    Mama Łukaszka potrząsnęła głową i spojrzała na syna.
    - Nie no, oczywiście, można świętować co się chce. Znam ludzi, którzy świętują liczbę.
    - Dzień pi, czternastego marca. Też świętujemy.
    - Nie. Oni świętują dzisiaj.
    I Łukaszek wziął kredę i napisał na ścianie liczbę 1729.
    - Tylko tyle? I to wszystko? Nie ma jakichś tańców, gadżetów, obrzędów? - sąsiadka była rozczarowana. - Co to w ogóle jest? Co tu jest do świętowania?
    - To numer boczny pewnej taksówki. A dzisiaj są urodziny.
    - Rozumiem, tego taksówkarza.
    - Nie. Kolegi pasażera.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  1
    Choinki w obecnej formie pojawiły się najpierw w Niemczech, lecz zwyczaj strojenia drzewek pochodzi z celtyckiej Brytanii. Z Niemiec zwyczaj ten przywędrował do pozostałych krajów Europy
     

           Pierwsze ozdabiane choinki pojawiły się w Polsce w szlacheckich i mieszczańskich domach dopiero na początku XIX. Pojawienie się choinki wyparło wcześniejsze zwyczaje strojenia domów jemiołą, podłaźniczką czy jeszcze wcześniejszy zwyczaj strojenia snopka siania – przystrajano je jabłkami, słomianymi zabawkami, barwionym opłatkiem. Niekiedy wręcz gałązki świerkowe lub jodłowe przywieszano czubkiem do dołu do drewnianego stropu w izbie.
     

           Z czasem chłopi przejęli ten zwyczaj i szybko go rozpowszechnili. Tradycją stały się na wsi wyprawy do lasu po młode świerki.
     

          Poza bombkami zawieszano na drzewie ręcznie robione ozdoby. Każda taka ozdoba miała swoje znaczenie. Dla przykładu papierowy łańcuch oznaczał więzi rodzinne, dzwonki oznajmiały radosne wydarzenie, a światełka rozświetlały mrok, który nieustannie podąża za ludźmi. Gwiazda betlejemska na szczycie drzewka miała pomagać w powrotach do domu, a światełka na gałązkach odganiały zło.
     

          Drzewo iglaste w wielu kulturach uważane jest za symbol życia i jego odrodzenie.
     
     
    Niniejszym życzę czytelnikom mojego blogu Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego i  przede wszystkim Zdrowego Nowego Roku.
     
     
     
     
     
    5
    5 (3)

    1 Comments

  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Łukaszek wraz ze swoim dziadkiem zmierzali do sklepu osiedlowego po kolejną porcję świątecznych zakupów, gdy przed drzwiami sklepowymi zastąpił im drogę pewien pan. Pan spytał czy zamierzają zrobić zakupy.
    - Owszem, zamierzamy - odparł uprzejmie dziadek.
    Pan, uśmiechając się z zakłopotaniem zapytał czy byliby tak uprzejmi i kupili mu coś.
    - Zapomniał pan zwyczajowego tytułowania kierownikiem albo prezesem - wtrącił Łukaszek.
    Pan zamachał rękami.
    - Nie, nie, nic takiego, panowie. Ja pieniądze mam. Proszę, żeby tylko panowie weszli i mi kupili jedną lub dwie rzeczy.
    - Ochrona nie chce pana wpuścić, bo pan... Kradł? - spytał domyślnie dziadek Łukaszka.
    - Skądże znowu! Wszystko panom później wyjaśnię... Także jakby panowie mogli...
    - No dobrze...
    - To proszę kupić to i tamto... I jeszcze proszę zobaczyć czy w sklepie jest sok z mango.
    - I też kupić?
    - Nie! - krzyknął nagle pan, zacisnął pięści i nagle w jego oczach pojawiły się złe błyski. - Nie kupować! Tylko zobaczyć!
    - Dobrze, dobrze, - dziadek zagarnął wnuka i poszli do sklepu oglądając się jeszcze kilka razy na pana. Pan przykleił się do wystawy i usiłował zajrzeć do środka.
    Kupili to, co mieli kupić, kupili też te dwie rzeczy dla pana pod sklepem. Wyszli.
    Pan przełożył zakupy do swojej siatki, oddał pieniądze i zapytał.
    - A... Sok z mango jest?
    - Jest - rzekł dziadek i odsunął się dwa kroki na wszelki wypadek. Pan co prawda nie eksplodował gniewem, ale i tak jego reakcja była zdumiewająca. Zaciął twarz i zaczął miotać przekleństwa pod adresem soku, jego producentów i konsumentów.
    - Ale co panu ten sok zawinił? - zdumiał się Łukaszek.
    - Przecież się wpycha w nasze życie! - zawołał z rozpaczą pan. - Ludzie, nie widzicie tego? On jest wszędzie! W sklepach! Na bilbordach! W ulotkach reklamowych! Co ma zrobić człowiek, który chce żyć w kraju nieprzesiąkniętym sokiem z mango?! Powinien nastąpić rozdział państwa od soku z mango!
    - Może pan odprowadzimy do domu - zaproponował szybko dziadek Łukaszka, mrugnął na wnuka i chwycili pana pod ręce. Pan nawet nie mieszkał daleko, bo w sąsiednim bloku. Wjechali windą, stanęli u drzwi. Na wycieraczce leżały ładnie wycięte kartki z gazetek reklamowych.
    - Usuwamy wszystkie strony, na których jest sok z mango - wyjaśnił pan i zadzwonił.
    - Kto tam? - rozległ się żeński głos. - Jeśli to akwizytorzy soku z mango to wynoście się do diabła!
    - To ja kochanie - odparł pan.
    Zazgrzytała zasuwa i wyjrzała jakaś przerażona kobieta.
    - Panowie pomogli zrobić mi zakupy... Stało się coś? - zaniepokoił się pan.
    Pani kiwnęła głową.
    - To jest znowu na bilbordzie przy szkole - szepnęła.
    Pan wszedł do wnętrze. W pokoju stał teleskop ustawiony na widok za oknem. Pan przypadł do niego i spojrzał. Łukaszek i dziadek weszli za nim. Nie potrzebowali teleskopu. Wyraźnie było widać reklamę sklepu polecającego w promocji sok z mango.
    - Co tam jest? - z pokoju wyjrzał zaciekawiony mały chłopiec.
    - Won do pokoju gówniarzu! - wrzasnął pan wpychając go z powrotem. - I żebyś się nie ważył odsłaniać okien!
    - Wychowujemy syna w nieświadomości co do istnienia soku w mango - szepnęła pani. - A tu takie coś. Ciągle nam światowy spisek producentów soku z mango rzuca kłody pod nogi.
    - Kiedy będzie dorosły to sam zdecyduje co będzie chciał pić, ale póki mieszka u nas, soku z mango nie dostanie - rzekł z zacięciem pan.
    - Wiecie panowie co się stało w Pawełkowicach? - spytała świszczącym głosem pani. - Jeden człowiek pił ciągle sok z mango. I co? I zabił matkę. To jest napój matkobójców. Jak ktoś może coś takiego produkować?
    - To jest światowy spisek uderzający w kobiety, nie ma kobiet, nie ma dzieci, nie ma dzieci jest depopulacja - wywodził pan. - Pisz Zofia skargę na ten bilbord. Zawłaszczają przestrzeń publiczną. Nie po to wchodziliśmy do Unii Europejskiej żeby teraz mieć wszędzie wszystko oklejone reklamami soku z mango. Nie mogę się doczekać kiedy ludzie przejrzą na oczy, zrzucą kajdany i będzie tańczyć na płonących zgliszczach fabryk tego napoju matkobójców. Panowie już wychodzą?
    - Tak - powiedział słabo Łukaszek.- Jeśli możemy.
    - Możecie, ale może czymś panów poczęstujemy? Mało kto u nas bywa. Goście to rzadkość - westchnęła pani. - Coś do picia?
    - Wody - rzekł szybko dziadek Łukaszka.
    - E tam, wody Mam coś lepszego - i pan sięgnął do szafki po kartonik.
    - Co to jest?
    - Sok z posmacza indyjskiego.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Zarówno mama Łukaszka jak i mama Wiktymiusza zżymały się na samą myśl o Bożym Narodzeniu. Mierził je bardzo religijny charakter tej uroczystości.
    - Te święta powinny być bardziej świeckie - sarkała mama Łukaszka. - A jeśli są osoby, które nie wierzą?
    - To niech idą do pracy - odpowiadali beztrosko Hiobowscy i puszczali koło uszu gwałtowną lawinę argumentów mamy Łukaszka, że przecież święto państwowe i tak dalej.
    - Więc kiedy zrobicie rozdział państwa od kościoła w Boże Narodzenie będzie można pójść do pracy? - zakpiła babcia Łukaszka. Jej postawa dla mamy Łukaszka była ciężkim ciosem. Babcia bowiem, mimo, że niewierząca, z zapałem szykowała kolejne potrawy wigilijne i wspominała jak to pierwszy sekretarz ochrzcił dziecko.
    Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony czyli od taty Łukaszka. Miał wolny dzień, wzruszył się niedolą obu mam i zaoferował, że zrobi świeckie święto. Mama Łukaszka była cały dzień poza domem - demonstrowała na rynku śpiewając ateistyczne kolędy. Kiedy wieczorem wróciła do bloku, najpierw poszła po mamę Wiktymiusza a dopiero potem udała się do swojego mieszkania.
    Mimo ich złych przeczuć już od progu w ich nosy uderzyła miła woń jedzenia, gdzieś w tle cicho szemrało radio nadające świecką muzykę, a tata Łukaszka zaprosił je do dużego pokoju. Weszły, a tam...
    - Nie ma choinki - mama Wiktymiusza była odrobinę rozczarowana.
    - No, jest świecko - mama Łukaszka zaśmiała się nerwowo.
    Obie mamy siadły na kanapie i spoglądały na siebie z wyczekiwaniem.
    Wszedł tata Łukaszka i wniósł świecznik, a następnie zapalił świeczki.
    - Co to jest? - spytała słabo mama Łukaszka.
    - Menora - odparł tata Łukaszka.
    - Co to za święto? - spytała strasznym głosem mama Wiktymiusza.
    - Świecka chanuka.
    - Nie ma czegoś takiego jak świecka chanuka! - mamę Wiktymiusza aż poderwało.
    - Jak nie ma jak jest.
    - To jest antysemityzm!
    - Jak może być antysemityzm skoro świętujemy chanukę?
    - To jest obraza uczuć religijnych!
    - Nie ma czegoś takiego jak obraza uczuć religijnych, zawsze lewica to mówi katolikom - tata Łukaszka z niewzruszonym spokojem zaczął rozstawiać sztućce i talerze.
    - Co to będzie? - mama Łukaszka była zaniepokojona.
    - Tak jak mówiłem, zrobimy świecką chanukę. Nie będziemy niczego świętować, nie będziemy niczego życzyć. Zjemy sobie tylko coś. Mam aż dwa dania, żeby nie było, że nie miałyście wyboru.
    Wrócił po chwili z pierwszym półmiskiem.
    - Co to? - zainter4esowała się mama Łukaszka.
    - Ryba po grecku.
    - Po grecku...! - oburzenie mamy Wiktymiusza nie miało granic. - Odmawiam! To obraza!
    - Jak jedzenie może obrażać - tata Łukaszka wzruszył ramionami i ponownie udał się do kuchni. Wrócił z drugim daniem.
    - Tym razem chyba się paniom spodoba - powiedział. - Danie utrzymane w klimacie święta.
    - Co tym razem? - mama Wiktymiusza była bardzo podejrzliwa.
    - Golonka po żydowsku.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wybory z 1922 roku pogłębiły podziały w społeczeństwie polskim, czego skutkiem było zamordowanie prezydenta Narutowicza.
     

          Tydzień później odbyły się wybory do Senatu, w których wzięło udział ponad 5,5 mln osób, co stanowiło 61,35 % wyborców. Najniższą frekwencję odnotowano w województwach stanisławowskim i tarnopolskim – 31,5 %. Niska (ok. 41%) była również w województwach wileńskim, poleskim, wołyńskim i nowogródzkim. Na terenie d. Królestwa Polskiego frekwencja wyniosła 71,85 %.  Tradycyjnie najwyższa frekwencja była w województwach: poznańskim (86,04 %) i pomorskim (78,10%).
     

           Wybory do Senatu z jeszcze większą przewagą niż do Sejmu wygrała lista Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej, uzyskując 38,87 % głosów. Na drugiej pozycji uplasował się Blok Mniejszości Narodowych – 15,73 %, a na trzecim PLS „Piast” – 13,02 %. Czwarte miejsce zajął PSL „Wyzwolenie” – 9,46%, piąte – PPS – 8,69%, a szóste Narodowa Partia Robotnicza – 5,21.
     

         W rezultacie Chrześcijański Związek Jedności Narodowej uzyskał 48 mandatów, w tym 99 z list okręgowych  ( w tym m.in.  w woj. pomorskim 2 na 3 mandaty, poznańskim 4 na 7 mandatów, stanisławowskim 2 na 3 mandaty, łódzkim 4 na 7 mandatów, warszawskim 5 na 7 mandatów),  Blok Mniejszości Narodowych – 22 mandatów, w tym 18 z list okręgowych   (w tym m.in. w woj. śląskim2 na 4 mandaty, wołyńskie 5 na 5 mandatów i poleskie 2 na 3 mandaty), a PSL „Piast”  - 17 mandatów, w tym 14 z list okręgowych (m.in. w woj. lwowskim 4 na 9 mandatów, krakowskim 4 na 8 mandatów i tarnopolskim 2 na 5 mandatów).
     

          PSL „Wyzwolenie” obsadziło 8 mandatów, PPS – 7 mandatów, NPR – 3 mandaty, a Państwowe Zjednoczenie na Kresach – 1 mandat z woj., nowogródzkiego.
     

         Ostatnie 5 mandatów uzyskali kandydaci niezwiązani z żadną listą państwową – reprezentowali oni Związek Narodowo-Żydowski  (4 mandaty z woj. lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego) oraz przedstawiciel mniejszości białoruskiej (z woj. wileńskiego).
     

         W Sejmie I kadencji posłowie podzieli się na szereg klubów. I np. Chrześcijański Związek Jedności Narodowej utworzył trze odrębne kluby: Związek Ludowo-Narodowy, Klub Chrześcijańsko-Narodowy i Klub Chrześcijańskiej Demokracji. Z Bloku Mniejszości Narodowych wydzielili się posłowie żydowscy tworząc kluby:  Posłów Żydowskiej Rady Narodowej, Związku Żydowskich Posłów Wschodniej Małopolski, Posłów Organizacji Żydów-Ortodoksów „Szlojmej Emunej Izrael”, Żydowskich Posłów Centrali Związku Kupców. Posłowie niemieccy utworzyli klub Zjednoczenie Niemieckie.
     

         Do Sejmu weszło zaledwie 9 kobiet, w tym aż 6 z Chrześcijańskiego Zjednoczenia Jedności Narodowej, pozostałe z list PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Komitetu Zjednoczonych Stronnictw Narodowo-Żydowskich.
     

        Do Senatu wybrano 3 kobiety z list: PSL „Wyzwolenie”, z mniejszości ukraińskiej oraz Chrześcijańskiego Zjednoczenia Jedności Narodowej.
     

         Komentując rozkład głosów w Sejmie i Senacie Stanisław Wojciechowski napisał: „Wyraźnie występujący w ostatnim przesileniu rozkład na prawicę i lewicę pogłębił się w czasie ostatnich wyborów, lecz żadna ze stron walczących nie zdobyła większości mandatów w całym państwie. Ponownie okazało się, że przyjęty u nas system wyborów proporcjonalnych jest sprzeczny z postulatem rządów parlamentarnych, ponieważ sprzyja rozbiciu społeczeństwa na większą liczbę stronnictw, ułatwia słabym przeprowadzenie własnych kandydatur, a przez to niezmiernie utrudnia powstanie stałej większości parlamentarnej. Nie zmniejszyło tych  trudności nawet wprowadzenie systemu list państwowych, mających faworyzować silniejsze stronnictwa”.
     

         Z kolei prof. Roszkowski napisał, iż „W rezultacie wyborów w Sejmie RP powstał nowy układ sił politycznych. Prawica zwiększyła swój stan posiadania do 28 proc. mandatów, centrum poniosło ogromne straty uzyskując zaledwie 29,9 proc. mandatów, lewica wzmocniła się sięgając po 22,1 proc., zaś największe zyski zanotowały mniejszości narodowe gromadząc łącznie 20 proc. mandatów poselskich”.
     

         Uroczyste otwarcie nowego parlamentu odbyło się 28 listopada 1922 r. Przemawiając z tej okazji Naczelnik Państwa Józef Piłsudski powiedział: „Cztery lata temu otwierałem Sejm Ustawodawczy w chwili, gdy w różnych częściach naszego państwa nie byliśmy jeszcze gospodarzami, gdy los nasz był bardzo niepewny, gdy z wielu stron dochodził do nas gorący oddech wojny. Szczęśliwy jestem, że mogę otwierać pierwszy Sejm zwyczajny, nie nawołując do obowiązków walki, lecz do obowiązków spokojnej pracy pokojowej”.
     

         W swoim przemówieniu Piłsudski podkreślał pierwszoplanowe znaczenie zagadnień finansowych i gospodarczych dla niepodległości Polski. Zwracając się do parlamentarzystów apelował również o zgodną i lojalną współpracę dla dobra państwa.
     

          „Jesteście panowie pierwszym Sejmem, opartym o Konstytucję Rzeczypospolitej – mówił marszałek Piłsudski - i stanowicie punkt zwrotny w życiu państwa, które – wychodząc z okresu tymczasowości – wstępuje na drogę normalnego rozwoju. Konstytucja chce, że w tej pracy, która was czeka, razem z wami pracować będą i inne jeszcze równorzędne organy państwowe. Dotychczasowe życie polityczne Rzeczypospolitej nie wykazało wybitnych zdolności do współpracy. Sądzę przeto, że będę w tym wypadku rzecznikiem wszystkiego, co żyje i pracuje poza tą salą, gdy zwrócę się do panów z apelem, ażebyście przykładem swoim stwierdzili, że w naszej ojczyźnie istnieje możliwość lojalnej współpracy ludzi, stronnictw i instytucji państwowych”.
     

          Marszałkiem Sejmu wybrany został Maciej Rataj z PSL „Piast”, natomiast marszałkiem Senatu popierany przez prawicę Wojciech Trąmpczyński – marszałek Sejmu Ustawodawczego.
     

          Pierwszym zasadniczym zadaniem, które stanęło przed nowym parlamentem, był wybór przez Zgromadzenie Narodowe Prezydenta RP.
     

            Kilka dni przed wyborami prezydenckimi Naczelnik Państwa Józef Piłsudski oficjalnie poinformował o rezygnacji z kandydowania, uważając iż ograniczenie uprawnień prezydenta w konstytucji marcowej uniemożliwi mu sprawowanie realnej władzy.

        
           Głosowanie odbyło się 9 grudnia 1922 roku, a o urząd ubiegało się pięciu kandydatów: Jan Baudouin de Courtenay (kandydat mniejszości narodowych), Ignacy Daszyński (Polska Partia Socjalistyczna), Gabriel Narutowicz (bezpartyjny, wystawiony przez Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”), Stanisław Wojciechowski (popierany przez Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast”) oraz Maurycy Zamoyski (związany z prawicą).


             W ostatniej, piątej turze wyborów zwyciężył Gabriel Narutowicz, pokonawszy kandydata prawicy Maurycego Zamoyskiego. O wygranej zdecydowały głosy mniejszości narodowych, które udzieliły poparcia Narutowiczowi po porażce Jana Baudouina de Courtenay.
     

           Wywołało to ogromne oburzenie wśród zwolenników prawicy uważających, że tylko obywatele narodowości polskiej powinni mieć wpływ na wybór prezydenta. Tragicznym skutkiem zaognienia nastrojów społecznych było zamordowanie prezydenta Narutowicza w dniu 16 grudnia 1922 roku przez Eligiusza Niewiadomskiego.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    K. Kacperski – System wyborczy do Sejmu i Senatu u progu Drugiej Rzeczypospolitej
    T. i W. Rzepeccy – Sejm i Senat RP 1922-1927. Podręcznik dla wyborców, zawierający wyniki wyborów w powiatach, okręgach, województwach, podobizny senatorów i posłów sejmowych oraz mapy poglądowe
    Historia sejmu polskiego
    W. Roszkowski – Najnowsza historia Polski 1914-1993
    W. Wojciechowski – Wspomnienia, orędzia, artykuły
    5
    5 (2)