
Hiobowscy dość dobrze znali sąsiadkę, mamę małego przedszkolaka o imieniu Wiktymiusz, natomiast prawie wcale nie znali jej synka. Aż tu któregoś dnia mama Wiktymiusza zadzwoniła do drzwi mieszkania Hiobowskich. Za rękę trzymała swojego syna, który w drugiej ręce ściskał plik jakichś papierków.
- Mam do państwa olbrzymią prośbę - odezwała się mama Wiktymiusza. - Ja muszę zaraz wyjść na marsz Komitetu Obrony Dewiacji. A nie mam z kim zostawić małego.
- To moja wina - wtrącił się Wiktymiusz.
- Cieszę się, że tak mówisz - mama Wiktymiusza pokraśniała z dumy. - Moja szkoła!
- Mam do państwa olbrzymią prośbę - odezwała się mama Wiktymiusza. - Ja muszę zaraz wyjść na marsz Komitetu Obrony Dewiacji. A nie mam z kim zostawić małego.
- To moja wina - wtrącił się Wiktymiusz.
- Cieszę się, że tak mówisz - mama Wiktymiusza pokraśniała z dumy. - Moja szkoła!
(2)









