blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wedle pierwotnych planów agresja niemiecka na Polskę miała rozpocząć się 26 sierpnia 1939 roku.
     
     
               Podczas gdy władze brytyjskie i ich wojskowi doradcy winni byli opracowywać konkretne plany udzielenia pomocy Polsce, lord Fairfax pozwolił na to, żeby przez całe tygodnie uwaga rządu skupiała się na incydencie z udziałem Japonii w Chinach.
     
     
               Z powodu finansowego wsparcia udzielanego Chinom przez Wielką Brytanię Japonia postanowiła 14 czerwca zablokować teren brytyjskiej koncesji w Tiencinie. Chamberlain i Fairfax nakazali wojskowym planistom przygotować projekt działań odstraszających wobec Japonii, w tym przegrupowanie znacznej części Home Fleet do Singapuru. Po niemal dwóch tygodniach bezcelowych debat rząd w końcu zrozumiał, że osłabianie sił Royal Navy na wodach europejskich jedynie zachęci Hitlera do dalszych agresji, toteż z pomysłu tego zrezygnowano. Zaprzepaszczono jednak cenne tygodnie, nie uzyskując żadnych korzyści.
     

               Brytyjscy dyplomaci, przysłuchujący się coraz ostrzejszemu tonowi wypowiedzi Hitlera w sprawie Gdańska, uznając  Gdańsk za miasto de facto niemieckie nie uważali, by mandat Ligi Narodów wart był wojny. Z brytyjskiego punktu widzenia utrata praw w Gdańsku nie zagrażała poważnie polskiej suwerenności, a wynegocjowanie umowy mogło rozładować kryzys.
     
     
               Z perspektywy polskiej utrata Gdańska prowadziłaby wprost do utraty Pomorza, co zachęciłoby Hitlera do domagania się kolejnych ziem.
     
     
               Dlatego stanowiska Wielkiej Brytanii i Polski wobec kryzysu gdańskiego latem 1939 roku były odmienne. Jedna strona skupiała się na rozwiązaniu sporu (nie ponosząc żadnych kosztów), natomiast druga starała się zapobiec jakiemukolwiek naruszeniu granic z 1921 roku.
     

               Gdyby brytyjscy i francuscy przywódcy traktowali poważnie sprawę udzielenia Polsce pomocy w obliczu niemieckiej agresji, wykorzystaliby dostępne środki, żeby zrobić wrażenie na Hitlerze.
     
     
              Warto pamiętać, że kryzys ciągnął się przez niemal osiem miesięcy, w tym czasie można było udzielić Polsce pożyczek na dozbrojenie armii, dostarczyć pewnych ilości uzbrojenia (na przykład obiecanego dywizjonu Hurricane’ów). To wskazywałoby, iż brytyjskie i francuskie gwarancje bezpieczeństwa nie są jedynie pustymi słowami.
     
     
             Bomber Command mogło zorganizować i nagłośnić wspólne ćwiczenia z francuskim lotnictwem, prowadzone w bazach w pobliżu granicy niemieckiej, co wskazałoby, że w pobliżu Zagłębia Ruhry znajdują się bombowce.
     
     
            Zapewne żaden z tych kroków nie zapobiegłyby wybuchowi wojny, jednak brak jakichkolwiek konkretnych działań na rzecz udzielenia pomocy Polsce w oczywisty sposób wystawił ją na niemiecki atak.
     
     
              Latem 1939 roku ustępstwa terytorialne ze strony Polaków – nawet gdyby byli do nich skłonni – już by nie wystarczyły; Hitler chciał wojny. W przemówieniu wygłoszonym 22 sierpnia do dowódców wyższego stopnia Hitler oświadczył, iż  „Priorytetem jest zniszczenie Polski” , dodając: „Celem jest wyeliminowanie aktywnych sił przeciwnika, nie zaś osiągnięcie konkretnej linii. Nawet jeżeli na Zachodzie wybuchnie wojna, podstawowym celem pozostaje zniszczyć Polskę”.
     
     
               Gdy 10 sierpnia 1939 roku Niemcy odwołały swojego ambasadora z Warszawy, stało się jasne, że wyczerpano możliwości dyplomatyczne rozwiązania konfliktu.   Ministerstwo Spraw Wojskowych po cichu mobilizowało kolejne jednostki, niestety szwankowało zaopatrzenia w amunicję, żywność i paliwo. Przed wybuchem wojny polskie armie delegowały większość zapotrzebowania na wsparcie logistyczne do Dowództw Okręgów Korpusów.
     
     
             Okręgi korpusów zwykle zaopatrywały lokalne jednostki podczas manewrów, ale nie gromadziły dużych zapasów amunicji i innego zaopatrzenia bez rozkazu z naczelnego dowództwa. Nie przygotowano też stosownych planów logistycznych.
     
     
            W rezultacie znaczna część polskich jednostek liniowych miała pójść na wojnę z zapasem amunicji, żywności i paliwa wystarczającym tylko na kilka dni walk. Większość zaopatrzenia znajdowała się nadal w kilku wielkich magazynach narażonych na bombardowania.
     
     
               Wieczorem 22 sierpnia szef Sztabu Głównego generał brygady Wacław Stachiewicz odbył sześciogodzinne spotkanie z Rydzem-Śmigłym, podczas którego prosił o mobilizację kolejnych oddziałów. W tym momencie tylko dziewięć z 30 polskich dywizji czynnych było w pełni zmobilizowanych.
     
     
            Rydz-Śmigły zgodził się na mobilizację etapami, by nie antagonizować ani mocarstw zachodnich, ani Niemców. 24 sierpnia nakazał tajną mobilizację alarmową. Zamiast publicznych obwieszczeń do rezerwistów wysyłano kartki odpowiedniego koloru z rozkazami stawienia się do jednostek. W ramach tego rozkazu zmobilizowano cztery kolejne brygady kawalerii i 20 dywizji czynnych.
     

               Proces mobilizacji w niektórych jednostkach przebiegał sprawniej niż w innych, zwłaszcza w kawalerii, którą zawsze utrzymywano na wyższym stopniu gotowości bojowej. Na przykład 7. Wielkopolski Pułk Strzelców Konnych pułkownika Stanisława Królickiego, stacjonujący w Biedrusku 15 kilometrów na północ od Poznania, otrzymał rozkaz mobilizacji 24 sierpnia o godzinie 5.00. Jak większość jednostek kawalerii, pułk należał do kontyngentu „żółtego”, którego zadaniem było wzmocnienie sił broniących granic. Osiągnięcie pełnej gotowości bojowej zajęło pułkowi 36 godzin, przy stanach osobowych około 80 procent. Po przybyciu drugiego dnia większości rezerwistów pułk osiągnął 100 procent stanów po 48 godzinach od rozkazu mobilizacji.
     

               Rząd polski zaczął wydawać maski gazowe i rekwirować wiele cywilnych pojazdów i koni w celu uzupełnienia zasobów wojska.
     
     
             Mimo zagrożenia wojennego nastroje w Warszawie były bardzo dobre; wielu oczekiwało, że w ostatniej chwili kryzys zostanie zażegnany, szczególnie, że Hitler zaczął wahać i wieczorem 25 sierpnia wydał rozkaz odłożenia ataku, który miał rozpocząć się 26 sierpnia.
     
     
            Większość jednostek niemieckich znajdowała się już na pozycjach wyjściowych do ataku i dostarczenie wszystkim rozkazu wstrzymania natarcia wymagało od OKW dużego wysiłku. Rozkaz ten nie dotarł do wszystkich.  Dywersanci Hippla z Kampfverband Ebbinghaus już ruszyli przez polską granicę i nie było z nimi łączności. Jeden trzydziestoosobowy oddział K porucznika Hansa-Albrechta Herznera miał rozkaz zdobyć tunel na Przełęczy Jabłonkowskiej oraz stację kolejową w pobliskiej miejscowości Mosty.
     
     
            Przed świtem 26 sierpnia dywersanci zostali dostrzeżeni koło tunelu przez żołnierzy 21. Dywizji Piechoty Górskiej i ostrzelani. Wobec wykrycia i braku wsparcia dywersanci się wycofali. Zginęło przynajmniej dwóch polskich żołnierzy i paru dywersantów.
     
     
            Dowódca polskiej dywizji, generał Józef Kustroń, zażądał wyjaśnienia. Po pewnym czasie dowódca niemieckiej 7. Dywizji Piechoty, generał major Eugen Ott, przeprosił polskiego generała za godny pożałowania „incydent wywołany przez szaloną osobę”.
     
     
           W Prusach Wschodnich patrol 2. pułku kawalerii przekroczył granicę Polski niedaleko Ostrołęki i został ostrzelany; zginął niemiecki podoficer – to był pierwszy żołnierz niemiecki poległy w II wojnie światowej.
     
     
               Grupa żołnierzy niemieckiej Landespolizei uderzyła na polski konsulat w Kwidzynie i aresztowała konsula oraz jego personel – co było aktem wojny – ale Niemcom udało się ukryć ten fakt dzięki odcięciu linii telefonicznych.
     

               Gdyby Niemcy faktycznie uderzyli rankiem 26 sierpnia, dysponowaliby znacznie większą przewagą liczebną nad Polakami.  Na dodatek polskie lotnictwo jeszcze nie rozproszyło samolotów z lotnisk z czasu pokoju, dzięki czemu Luftwaffe mogłaby o wiele łatwiej je zniszczyć.

     
               Polska mobilizacja do 1 września zmniejszyła niemiecką przewagę z 3:1 do 2:1.
     

               31 sierpnia o 6.30 Hitler rozkazał OKW skierować oddziały na pozycje wyjściowe. Wydana sześć godzin później dyrektywa Führera nr 1 głosiła, że Hitler zdecydował się na „rozwiązanie siłowe” i że Fall Weiss rozpocznie się nazajutrz o 4.45. Tym razem maszyneria poszła w ruch i nie miała się zatrzymać.
     
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    R. Florczyk – Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939
     
    H. Guderian – Wspomnienia żołnierza
     
    A. Nawrocki -  Zabezpieczenie logistyczne wojsk lądowych sił zbrojnych II RP w latach
    1936–39
     
    D. Williamson – Zdradzona Polska. Napaść Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę w 1939 roku
     
    M. Kornat - Polityka zagraniczna Polski 1938–1939. Cztery decyzje Józefa Becka
     
    M. Porwit - Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 r. Część 1: Plany i ich załamanie się
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Wybory prezydenckie wygrane przez Tuska/Trzaskowskiego zalegalizują demokratycznym głosem społeczeństwa obecną sytuację. Funkcjonariusze PiS wyraźnie nie rozumieją tej zależności. A skąd wiem, że Tusk/Trzaskowski wygra? W TV Republika usłyszałem wczoraj fur dojczland, zebrali ekipę  z TVP Info i powtarzają wyskoki kurszczyzny, które przyniosły klęskę w wyborach parlamentarnych. Jeden Ziemkiewicz ze swoi Salonikiem Politycznym nie jest w stanie zmienić tu ogólnego obrazu. Sakiewicz z Pereirą dołożyli swoje do tryumfu obozu 13 grudnia, a teraz jeszcze Pereirę może wezmą do Republiki.

    Idąc analogiem XVIII wiecznym obecnie wchodzimy w epokę Sejmu Grodzieńskiego, który skasował Sejm Czteroletni. Jeszcze rozbiór, Insurekcja i koniec. Z drugiej strony mamy sytuację Partii Centrum z 1933 roku. Swoją drogą ciekawe czemu informacje o niej na Wiki są mocno lakoniczne. W każdym razie PiS spotyka się z terrorem zdegenerowanego reżimu i nie bardzo rozumie, że UE popiera Tuska. I dlaczego popiera? Czemu Tusk znajduje uznanie towarzyszy unijnych?

    Obecnie bezpośrednie represje dotykają kilku osób, ale co do zasady nie odbiegają. Przy czym muszę się zatrzymać na objaśnieniu znaczenia terminu mentalność przegrywa. Nie chodzi tu o odnoszenie sukcesu, bądź nie odnoszenie. Chodzi o nastawienie do rzeczywistości. Oglądam TV Republika i to co się tam wyrabia przekracza ludzkie pojęcie. I kocie. Jak oni tam łkają, jak płaczą, jak kwilą, jak się użalają. Nie da się tego słuchać. Dodatkowo wszystko akceptują i się zgadzają na wszystko. Takie epatowanie sierotyzmem obrzyganym: patrzcie, ten Wąsik taki biedny, tu bezprawnie wygnali, takie sieroty jesteśmy bezradne, wzruszcie się naszą niedolą i na nas zagłosujcie, bo nas biją. I trzymają w świeżo pomalowanej celi. I PKW, którą sami upolityczniliśmy zabrała nam kaskę.

    Z drugiej strony mamy Tuska. On nie ma żadnych sukcesów, ale ma mentalność wygrywa. A ludzie chcą trzymać z wygrywem. Zauważcie, że przez 8 lat rządów PiSu totalne nie tyle labiedziły, co się odgrażały, co to one nie narobiom. Jak to będą odwoływać, oddawać ubeckie emerytury, neosędziowie, izby. Tymczasem pisowce teraz nie zdobywają się na nic. Nawet nie powiedzą, że jak wsadzą Bodnara do aresztu to nie tylko będzie świeżo malowane, nie tylko kajdanki, ale i awaria hydrauliki i zaleją go gównem. Z wszystkim się godzą i łkają. Dlatego Tusk/Trzaskowski wygra i będzie epoka Sejmu Grodzieńskiego. Wszystko odkręcą na legalu.

    PiS zaś marnuje okazje, jakie ma. Np. zmiany narracji. Nie dokonał rozliczenia się z kowida, z KPO, z niczego. Nie jest zatem wiarygodny dla społeczeństwa. Nie dziwi zatem mijanka z PO, która zaszła.przecież jak była akcja z CPK to KAczor z Morawieckim nie bardzo się w to angażowali. T nei był główny przekaz. Oni chcieli opiewać Wąsika, który jest odpowiedzialny za akcję mieszkanie za donos. Red, Ziemkiewicz i Otoka ciekawie tu konstatują. 

    https://youtu.be/DGp3J4_1sfY?si=7n_XpdFB38dzdhru

     

    https://youtu.be/SExaO2xnYRM?si=UDZqX24E0jiNRjk0

     

    https://youtu.be/fsbO639RP08?si=TJWsx5l1rDYaLZfK

     

     

     

    Co do owej partii Centrum to w 1933 roku padła ofiarą terroru i zaprzestała działalności. 

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Latem 1939 roku zarówno Niemcy jak i Polska opracowywali plany zbliżającej się wojny.
     
     
             23 maja Hitler podczas spotkania z najwyższymi dowódcami wojskowymi przyznał, iż trudne położenie niemieckiej gospodarki sprawia, że wojna jest konieczna w celu zdobycia zasobów. Oświadczył, że „dalszych sukcesów nie można osiągnąć bez rozlewu krwi. Polska zawsze będzie po stronie naszych przeciwników. Mimo traktatów o przyjaźni Polska zawsze skrycie miała zamiar wykorzystać każdą okazję, by nam zaszkodzić. Temat Gdańska w ogóle nie podlega dyskusji. To jest kwestia rozszerzenia naszej przestrzeni życiowej na wschodzie i zapewnienia dostaw żywności, kwestia rozstrzygnięcia problemu bałtyckiego. Nie możemy się spodziewać powtórzenia sprawy czeskiej. Będzie wojna. Naszym zadaniem jest odizolowanie Polski. Osiągnięcie tego celu zadecyduje o wszystkim. Nie może być jednoczesnego konfliktu z mocarstwami zachodnimi. Jeśli nie będzie pewne, że konflikt niemiecko-polski nie doprowadzi do wojny z Zachodem, wówczas należy walczyć głównie przeciwko Anglii i Francji. Co więc najważniejsze: konflikt z Polską – rozpoczęty od ataku na Polskę – zakończy się sukcesem tylko wtedy, jeśli mocarstwa zachodnie się nie włączą. Jeśli to będzie niemożliwe, lepiej jest uderzyć na zachodzie i jednocześnie policzyć się z Polską”.
     
     
                Hitler oznajmił również generałom, że Niemcy muszą być gotowe na długą i ciężką wojnę. Jak zaznaczył,  „jeśli Anglia zamierza interweniować w wojnie polskiej, musimy błyskawicznie opanować Holandię. Musimy zmierzać do utworzenia nowej linii obrony na terytorium Holandii aż po Zuiderzee. Wojna z Anglią i Francją będzie starciem na śmierć i życie. Pomysł, że może nam pójść łatwo, jest niebezpieczny; nie ma takiej możliwości. Musimy spalić za sobą mosty i nie jest to już kwestia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości, ale życia lub śmierci 80 milionów ludzi. Siły zbrojne lub rządy każdego kraju muszą starać się o szybką wojnę. Rząd jednak musi być też przygotowany na wojnę trwającą 10–15 lat”.
     

               Miesiąc później, 23 czerwca Göring zwołał spotkanie Rady Obrony Rzeszy celem koordynowania totalnej mobilizacji zasobów ludzkich i materiałowych Niemiec na nadchodzącą wojnę. W trakcie spotkania  Göring ogłosił decyzję Hitlera o powołaniu do wojska 7 milionów mężczyzn. Niedobory siły roboczej miano uzupełnić dzięki pracy przymusowej, wykonywanej między innymi przez Czechów i więźniów obozów koncentracyjnych.
     
     
              Podczas gdy Hitler spędzał czas w Obersalzbergu, sztab OKH w swej siedzibie w położonym 30 kilometrów na południe od Berlina Zossen trudził się nad dopracowaniem Fall Weiss.
     
     
               Ogólna jego koncepcja przewidywała zmasowane jednoczesne uderzenie dwustronne z północy i południa, zmierzające do szybkiego zdobycia Warszawy. Atakiem od północy kierować miał generał pułkownik Fedor von Bock; jego Grupa Armii „Północ” miała uderzać z Prus Wschodnich siłami 3. Armii i z Pomorza siłami 4. Armii. Przed mobilizacją siły Bocka nosiły nazwę Dowództwo Grupy Wojsk 1. Na dowódcę południowego ramienia wyznaczono sześćdziesięcioletniego generała pułkownika Gerda von Rundstedta, który przed Monachium przeszedł w stan spoczynku. Po mobilizacji Rundstedt miał dowodzić głównym uderzeniem prowadzonym przez Grupę Armii „Południe” ze Śląska, Moraw i Słowacji siłami 8., 10. i 14. Armii.
     
     
               Oberkommando der Luftwaffe (OKL, Dowództwo Lotnictwa) także planowało działania w ramach Fall Weiss. Luftwaffe miała wspierać ofensywę dwiema flotami powietrznymi – 1. i 4.
     
     
              Reszta Wehrmachtu miała pozostać na zachodzie w celu obrony Wału Zachodniego.
     

               Równocześnie minister propagandy Joseph Goebbels zajmował się prowadzeniem kampanii prezentującej Polskę jako złowrogiego prześladowcę mniejszości niemieckiej na pograniczu. 17 czerwca Goebbels udał się do Gdańska, gdzie podczas wojowniczego przemówienia do wielotysięcznego tłumu stwierdził, że „Gdańsk jest miastem niemieckim”, a jego powrót do Rzeszy jest przesądzony. Ostrzegł też, że każde państwo, które będzie próbowało temu przeszkodzić, popełni błąd.
     

               W Gdańsku Niemcy zaczęli tworzyć miejscową jednostkę SS, nazwaną SS Heimwehr Danzig, stanowiącą oficjalnie jednostkę policyjną. Himmler posłał do Gdańska wzmocniony batalion (III batalion 4. pułku SS) pod dowództwem Obersturmbannführera Hansa-Friedemanna Götzego, którego żołnierze batalionu przybyli do Gdańska po cywilnemu, oficjalnie po to, żeby wziąć udział w zawodach sportowych.
     
     
             Wehrmacht w tajemnicy zaopatrzył SS Heimwehr Danzig w lekką artylerię i samochody pancerne z zapasów w Prusach Wschodnich.
     
     
             Jednocześnie SA sformowały jednostkę ochrony pogranicza, Verstärkter Grenzaufsichtsdienst (VGAD), która zaczęła wznosić wokół miasta zasieki i przeszkody przeciwczołgowe. Wzmocnieni tymi oddziałami Forster i Greiser starali się ze wszystkich sił podsycać napięcia z Polską, by doprowadzić do poważnego incydentu. Gdańska SA coraz bardziej agresywnie prześladowała polskich strażników granicznych i urzędników celnych. 20 lipca polski strażnik graniczny Witold Budziewicz został zastrzelony przez członków SA. Komisarz generalny RP Marian Chodacki złożył protest w przedstawicielstwie Ligi Narodów i w gdańskim senacie, został jednak zignorowany.
     
     
              W rezultacie polscy strażnicy graniczni zostali uzbrojeni, a 25 sierpnia w kolejnym incydencie zastrzelony został SA-Rottenführer Joseph Wessel.


              Goebbels wykorzystywał to do przedstawiania Polaków jako brutalnych zbirów. Głosił przy tym, że  „tysiące [rodowitych Niemców] uciekło przed polską przemocą pod opiekę Rzeszy”.


                W tym samym czasie z inspiracji SS utworzono wśród Niemców zamieszkałych Polskę Volksdeutscher Selbstschutz (Samoobrona Niemiecka), której celem było wsparcie Wehrmachtu po przekroczeniu polskiej granicy. Członkowie Selbstschutzu prowadzili działania wywiadowcze (szpiegowskie), donosząc Berlinowi o stanie polskiej obrony.
     

               W odpowiedzi na te działania niemieckie Rydz-Śmigły oświadczył 17 lipca, że Polska nie wyrzeknie się swoich praw w Gdańsku bez walki. I zapowiedział, iż „jeśli Niemcy będą nadal forsować swój plan Anschlussu, Polska będzie walczyć, nawet jeśli będzie walczyć sama, bez sojuszników. Cały naród, do ostatniego mężczyzny i kobiety, jest gotów do walki o niepodległość Polski, ponieważ gdy mówimy, że pójdziemy na wojnę z powodu Gdańska, będziemy walczyć o niepodległość Polski. Gdańsk jest niezbędny Polsce. Kto panuje nad Gdańskiem, ten panuje nad naszym życiem gospodarczym. Zabranie Gdańska przez Niemców będzie aktem, który przywiedzie na myśl rozbiory Polski. W przypadku wojny każdy mężczyzna i każda kobieta niezależnie od wieku będzie polskim żołnierzem”.
     

               W tym czasie w bólach rodził się polski plan obrony. Logika wojskowa nakazywała stawić opór za linią Wisły, to jednak oznaczałoby porzucenie bez walki znacznej części terytorium Polski  i zachęcała Niemców do  zastosowania „taktyki salami” (zajęcia niebronionych terenów, a potem przerwania walk i domagania się negocjacji).
     
     
               W rezultacie Armia „Poznań”, składająca się z czterech dywizji piechoty i dwóch brygad kawalerii, znalazła się na eksponowanych pozycjach wzdłuż granicy. Podobnie niedogodne było rozwinięcie Armii „Pomorze”, która miała odstraszyć Niemców przed próbą zaskakującego ataku na Gdańsk lub Pomorze.
     
     
             Rydz-Śmigły obawiał się także, że obecność Niemców na Słowacji grozi oskrzydleniem pozycji obronnych w rejonie Krakowa, pozwalając na szybkie uderzenie przez Przełęcz Dukielską do Galicji i opanowanie kluczowego Centralnego Okręgu Przemysłowego. By zapobiec temu zagrożeniu, 11 lipca Rydz-Śmigły zarządził utworzenie nowej Armii „Karpaty”, która miała zabezpieczyć niemal dwustukilometrowy odcinek górski.
     
     
              Była to armia jedynie z nazwy, składała się z dwóch brygad górskich, samodzielnego pułku piechoty i pułku KOP, łącznie ledwie 10 tysięcy żołnierzy, i małej liczby rezerwistów, którzy mieli napłynąć po mobilizacji powszechnej. Tak więc w rzeczywistości Armia „Karpaty” była właściwie tylko słabym ubezpieczeniem.
     
     
              Z drugiej strony jedna z najlepszych jednostek Wojska Polskiego – 1. Dywizja Piechoty Legionów (1. DPLeg) – została w odległym Wilnie aż do wybuchu wojny, by odstraszyć Litwę od prób zajęcia miasta.
     

               W ramach przygotowań ogólnych oddziały polskie od początku lipca zaczęły budowę fortyfikacji polowych.  20. DP zbudowała szczególnie silne pozycje obronne pod Mławą, o 100 kilometrów na północ od Warszawy.
     
     
     
    CDN.
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     Od początku wiosny 1939 roku narastało napięcie w Europie.
     
     
               20 marca 1939 roku Ribbentrop przekazał ministrowi spraw zagranicznych Litwy ultimatum z żądaniem oddania Niemcom okręgu Kłajpedy (Memel), który Niemcy utraciły na mocy traktatu wersalskiego. W razie odmowy Göring zagroził zbombardowaniem stolicy Litwy. Kowno zdecydowało się spełnić niemieckie żądanie.
     
     
               Trzy dni później na pokładzie pancernika Deutschland eskortowanego przez duży zespół okrętów Kriegsmarine do Kłajpedy przybył Hitler z wielką świtą (w tym Himmlerem, Blombergiem i Raederem). W wygłoszonym przemówieniu Hitler podkreślił:  „Zostaliście niegdyś porzuceni przez Niemcy, które okryły się niesławą i hańbą. Teraz wróciliście do domu, do nowych, potężnych Niemiec, które odzyskały niewzruszone poczucie honoru. Nie powierzą swojego losu obcym. Są gotowe być panem własnego losu, gotowe go kształtować, niezależnie od tego, czy podoba się to światu. 80 milionów Niemców stoi za tymi nowymi Niemcami. Odtąd weźmiecie udział w naszym narodowym życiu, naszej pracy, naszej wierze, naszej nadziei i, jeśli stanie się to konieczne, w naszych ofiarach”.
     
     
              Warszawa natychmiast zareagowała na okupację Kłajpedy. 23 marca Ministerstwo Spraw Wojskowych zarządziło tajną, częściową mobilizację „czarnych” jednostek.
     
     
              Ministerstwo miało dwa plany mobilizacji: plan „Zachód” i plan „Wschód”, które opierały się na oznaczaniu jednostek kolorami: grupa „czerwona” oznaczała osłonę granicy wschodniej, „niebieska” – osłonę granicy zachodniej, „czarna” – wsparcie jednostek operacyjnych na zagrożonym kierunku, „żółta” – wzmocnienie sił osłonowych na każdej z granic, a „brązowa” i „zielona” – uzupełnienia. W poszczególnych Dowództwach Okręgów Korpusów (DOK) jednostki przypisano do określonych grup, a Ministerstwo Spraw Wojskowych mogło nakazywać ich selektywne mobilizacje.
     
     
                 W tym przypadku zmobilizowano grupę „czarną” z dwóch DOK na wschodzie kraju i skierowano je pospiesznie nad granicę zachodnią. Zmobilizowano 9., 20. i 30. Dywizję Piechoty, Nowogródzką Brygadę Kawalerii z DOK IX w Brześciu i 26. Dywizję Piechoty z DOK IV w Łodzi.
     
     
                 Rozwinięcie tych jednostek wymagało czasu: 20. DP i Nowogródzka BK musiały przebyć ponad 450 kilometrów do rejonu Sierpca na północny zachód od Warszawy. Polska nie miała zapasu pojazdów i koni do wyposażenia mobilizowanych oddziałów; jednostki liniowe rekwirowały cywilne środki transportu – co wymagało czasu. Częściowa mobilizacja kosztowała skarb państwa 57 milionów złotych miesięcznie.
     
     
                  Jednocześnie Rydz-Śmigły podjął decyzję w sprawie zorganizowania sił w pięć grup operacyjnych, które nazwano „armiami”. Nadano im nazwy „Modlin”, „Pomorze”, „Poznań”, „Łódź” i „Kraków”.
     
     
                  Każda z armii odpowiadała za obronę swojego odcinka, jednak brakowało szczegółowych wytycznych operacyjnych. Ponadto, zajęcie przez Niemcy Czechosłowacji w połowie marca zdezaktualizowało znaczną część dotychczasowych planów obronnych.
     
     
                  Od jesieni 1938 roku nad modyfikacją polskich planów operacyjnych pracowała grupa wyższych oficerów (Tadeusz Kutrzeba, Juliusz Rómmel, Władysław Bortnowski i Leon Berbecki), jednak zmienione plany okazały się przestarzałe jeszcze przed ich ukończeniem.
     
     
                Gdy Polska prowadziła tajną mobilizację, Brytyjczycy i Francuzi debatowali nad dalszym postępowaniem. Zajęcie Czechosłowacji oraz jawna demonstracja siły przeprowadzona w celu zastraszenia Litwy dobitnie ukazały fiasko polityki Neville’a Chamberlaina.
     
     
                 Tuż przed aneksją Kłajpedy Ribbentrop spotkał się z ambasadorem Lipskim, żeby odbyć dalsze rozmowy na temat Gdańska. Lipski potwierdził polskie stanowisko, że jakakolwiek próba zmiany statusu Wolnego Miasta byłaby casus belli, Ribbentrop zaś odpowiedział, że Niemcy zamierzają dojść swoich praw do Gdańska nawet przy użyciu siły.
     
     
                 Po polskiej odmowie Hitler poinformował Keitla, że w sprzyjającym momencie zamierza zaatakować Polskę. Nazajutrz niemieckie gazety zaczęły zamieszczać doniesienia o rzekomych polskich „prześladowaniach” Niemców, wykorzystując tę samą technikę Gräuelpropaganda, która tak dobrze sprawdziła się w przypadku Czechosłowacji.
     
     
                 W tej sytuacji lord Halifax, brytyjski minister spraw zagranicznych poinformował Becka, iż Wielka Brytania potraktuje zagrożenie dla niepodległości Polski z „wielką obawą”. Równocześnie poprosił polskiego ministra spraw zagranicznych o utrzymanie wszelkich rozmów między Polską a Wielką Brytanią na temat ewentualnego porozumienia w tajemnicy przed Francją, która była formalnie sojuszniczką Polski.
     
     
               W dniach 27–29 marca rząd brytyjski rozważał działania dyplomatyczne, które powstrzymałyby Niemcy przed przeprowadzeniem niespodziewanego ataku na Gdańsk. Podczas tych dyskusji brytyjski wywiad wojskowy (MI6) ujawnił, iż otrzymał, jak oceniał, wiarygodne informacje, że w każdym momencie należy spodziewać się niemieckiej próby opanowania Gdańska.
     
     
               W takich okolicznościach  Chamberlain i Halifax nakłonili gabinet do ogłoszenia udzielenia Polsce gwarancji bezpieczeństwa w oparciu o pogłoski i słabe dowody na to, że w ciągu kilku dni nastąpić może niemiecka próba zajęcia Gdańska lub jakaś inna akcja.
     
     
               31 marca o godzinie 15.00 Chambelain wystąpił w Izbie Gmin i ogłosił udzielenie Polsce gwarancji bezpieczeństwa. Mówiły one, że „na wypadek jakiegokolwiek działania w sposób jasny zagrażającego niepodległości Polski, i któremu to działaniu rząd polski uzna za konieczne przeciwstawić się wszystkimi siłami, Rząd Jego Królewskiej Mości będzie zobowiązany udzielić natychmiast wszelkiej możliwej pomocy”.
     
     
                Chamberlain miał nadzieję, że to jawne ostrzeżenie wystarczy, by zniechęcić Hitlera do dokonania agresji na Polskę, choć nie poczynił żadnych przygotowań na wypadek, gdyby stało się inaczej.
     
     
               Brytyjski premier nie rozumiał, że Hitlera nie można zmusić do zmiany działań słowami, nawet jeśli słowa te zawierały zawoalowaną sugestię możliwości wybuchu większego konfliktu.
     
     
                Co więcej, brak konkretnych zobowiązań Wielkiej Brytanii pozwalał sądzić, że Chamberlain nie chce ponosić żadnych ofiar na rzecz Polski.
     
     
                Gdy Hitler dowiedział się o gwarancjach Chamberlaina, stwierdził gniewnie: „Ugotuję im zupę, którą się udławią”  i rozkazał OKW przygotować trzy plany wariantowe działań przeciwko Polsce: (1) plan ściśle obronny ze zwiększeniem zabezpieczenia granic i przestrzeni powietrznej; (2) Fall Weiss, czyli plan zmasowanej ofensywy na Polskę; (3) plan operacji opanowania Gdańska.
     
     
                Równocześnie oznajmił Keitlowi, że Wehrmacht musi być gotów do wykonania każdego z tych planów nie później niż 1 września 1939 roku.
     
     
                W tym momencie Hitler wciąż jeszcze nie podjął decyzji, czy powinien dążyć do całkowitego wyeliminowania Polski. Ostatecznie na jego decyzję wpłynął fakt, iż Polska zdecydowanie opowiedziała się po stronie obozu antyniemieckiego, oraz jego pewność, że Wielka Brytania nie była gotowa wypełnić gwarancje wobec Polski.
     
     
               W tych warunkach nie miało już sensu rozpoczynanie wojny z Polską wyłącznie w celu zdobycia Gdańska i korytarza. Dlatego też 11 kwietnia poinformował OKW, że zdecydował się na Fall Weiss i że celem jest zniszczenie polskich sił zbrojnych.
     
     
             Dyrektywa OKW głosiła wprost, że walki mają być ograniczone tylko do Polski.
     
     
             28 kwietnia Niemcy wypowiedziały brytyjsko-niemiecką umowę morską z 1935 roku oraz uznały brytyjskie gwarancje za naruszenie polsko-niemieckiego paktu o nieagresji z 1934 roku.
     
     
            Jednocześnie Ribbentrop podpisał pakt stalowy z Włochami, formalizując współpracę wojskową i gospodarczą z Rzymem. Pakt ten był w głównej mierze propagandowym gestem, szczególnie, że  Mussolini poinformował prywatnie Hitlera, że Włochy nie będą gotowe uczestniczyć w dużym konflikcie przed 1942 rokiem, i rekomendował prowadzenie długotrwałej „wojny nerwów”, by wyczerpać mocarstwa zachodnie.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niemiecka doktryna Blitzkriegu – wojny błyskawicznej, miała zagwarantować szybkie i miażdżące zwycięstwo nad przeciwnikiem.

     
             Podstawę niemieckiego zespołu broni połączonych stanowiła piechota. Piechota miała nie tylko bronić terenu opanowanego przez szybkie uderzenia jednostek pancernych, ale także zdobywać mniej ważne punkty własnymi siłami.
     
     
             Od siedmiu dywizji piechoty Reichswehry niemieckie wojska lądowe rozbudowały się do 35 dywizji, które określano jako dywizje 1. Fali (Welle). Wyposażenie tych 35 dywizji było gigantycznym wysiłkiem, jako że potrzebowały łącznie 620 tysięcy żołnierzy, 170 tysięcy koni i 35 tysięcy pojazdów mechanicznych.
     
     
               Sformowane w 1939 roku Dywizje 2. Fali miały się składać w 94 procentach z rezerwistów i landwerzystów, a także nielicznych kadr żołnierzy służby czynnej. Dywizje te uzbrojone były w przestarzałą i nie posiadały np. moździerzy.
     
     
               Tak więc ukrytą słabością niemieckiego zgrupowania broni połączonych było to, że jego zdolności bojowe opierały się na rdzeniu elitarnych dywizji i ich personelu, który w czasie wojny sukcesywnie tracił wartość.
     
     
                W roku 1937 Oberkommando des Heeres zdecydowało się zmotoryzować cztery dywizje piechoty 1. Fali (2., 13., 20. i 29.) celem stworzenia mobilnej piechoty zdolnej podążać za dywizjami pancernymi i bronić opanowanego terenu. Każda z tych dywizji miała trzy razy więcej środków transportu niż zwykła dywizja piechoty; łącznie wyposażenie tych czterech dywizji zmotoryzowanych wynosiło ponad 10 tysięcy pojazdów – niemal jedną trzecią całego ówczesnego parku motorowego Wehrmachtu.
     
     
               Przed rozpoczęciem Fall Weiss nie rozwiązano dokładnie kwestii współdziałania dywizji zmotoryzowanych z dywizjami pancernymi. Guderian doprowadził do włączenia dwóch dywizji zmotoryzowanych wraz z 3. Dywizją Pancerną do XIX Korpusu Armijnego (zmot.), ale dwie pozostałe zostały połączone w XIV Korpusie Armijnym (zmot.) bez wsparcia pancernego.
     
     
                OKH nie sformowało kolejnych jednostek zmechanizowanych szczebla dywizji aż do kryzysu monachijskiego w 1938 roku, gdy zorganizowano dwie nowe dywizje pancerne (4., 5.) i cztery dywizje lekkie (1.–4.). Ponadto rozbudowano Heerestruppen o dwie samodzielne brygady pancerne i dwa samodzielne bataliony; w tym momencie ponad 40 procent niemieckich czołgów nie było przydzielonych do dywizji pancernych.
     
     
               Jeszcze przed ukończeniem organizacji dywizji lekkich okazało się, że formacje te były zbyt duże do prowadzenia działań rozpoznawczych, a do przełamywania frontu brakowało im siły bojowej. W tej sytuacji generał pułkownik Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych, wydał w listopadzie 1938 roku dyrektywę nakazującą do końca 1939 roku przeformować dywizje lekkie w dywizje pancerne, a niektóre jednostki Heerestruppen rozwinąć w nowe dywizje, rozszerzając niemieckie wojska pancerne do dziewięciu dywizji. Kilka pancernych jednostek Heerestruppen miało zostać zatrzymanych dla wspierania piechoty.
     
     
              Gdy więc Wehrmacht uderzył w 1939 roku na Polskę, posiadał trzy różne rodzaje dywizji zmechanizowanych i nie zdecydował jeszcze, jak wykorzystywać je podczas kampanii.
     
     
               Do roku 1939 Wehrmacht stworzył podstawy zgrupowań broni połączonych w postaci czterech flot powietrznych i pięciu dywizji pancernych, które miały współpracować ze sobą. Podstawą tych zgrupowań były dywizje piechoty 1. Fali, które zamierzały stosować taktykę tylko nieco odmienną od metod z 1918 roku.
     
     
             Przedwojenne doświadczenia taktyczne pomogły udoskonalić procedury łączności wojsk lądowych z lotnictwem, Luftwaffe jednak nadal nie miała w 1939 roku praktycznego doświadczenia w bezpośrednim wsparciu jednostek pancernych czy innych jednostek lądowych. Dlatego wolała atakować cele leżące daleko za liniami frontu, by uniknąć rażenia własnych oddziałów.
     
     
              Zapewnianie wsparcia logistycznego w działaniach manewrowych przy przeciwdziałaniu przeciwnika stanowiło nadal wielką niewiadomą.

     
              Niemiecka doktryna Blitzkriegu – wojny błyskawicznej, była odpowiedzią na ograniczone możliwości surowcowe i przemysłowe hitlerowskiej III Rzeszy.
     
     
               Szansę na wygranie przyszłego konfliktu miało dać szybkie i miażdżące zwycięstwo nad przeciwnikiem. Heinz Guderian, jeden z twórców doktryny blitzkriegu, podkreślał, że pokonanie wroga nie powinno polegać na długim niszczeniu jego wojsk, lecz na szybkiej dezorganizacji jego systemu walki. Zadanie to mogła wykonać tylko nowoczesna, zmechanizowana i mobilna armia. Dlatego najważniejszymi narzędziami blitzkriegu były czołgi i samoloty, a towarzyszące czołgom piechota, saperzy i artyleria miały się przemieszczać w transporterach opancerzonych i ciężarówkach.
     
     
              Niemiecka taktyka wojny błyskawicznej zakładała skoncentrowane uderzenie wszystkich rodzajów broni: czołgów, artylerii i lotnictwa, na wąskich wybranych odcinkach frontu w celu dokonania wyłomu w liniach obronnych nieprzyjaciela.
     
     
              Następnie w luki wprowadzano oddziały pancerne i zmotoryzowane. Ich celem było osiągnięcie przestrzeni operacyjnej na tyłach wroga, przecięcie jego linii komunikacyjnych, wprowadzenie chaosu i uniemożliwienie mu ponownej organizacji obrony. Błyskawicznie przemieszczające się czołgi i transportery opancerzone miały omijać napotkane punkty oporu i przeć ku wyznaczonym celom, atakując przy okazji nieprzyjacielskie punkty dowodzenia i zaopatrzenia. W tym czasie postępujące za siłami pancernymi jednostki piechoty i artylerii miały poszerzyć i zabezpieczać wyłom we froncie oraz likwidować odcięte od własnych tyłów wrogie stanowiska.
     
     
               Zadaniem lotnictwa – oprócz zapewnienia wsparcia czołgom i piechocie – było uzyskanie panowania w powietrzu, a potem izolowanie pola walki i atakowanie odwodów przeciwnika tak, aby nie były zdolne do przeciwuderzenia.
     
     
               Ze względu na rewolucyjny charakter nowej niemieckiej doktryny operacyjnej teoria i ćwiczenia mogły tylko w pewnym stopniu ujawnić atuty i ograniczenia tej nowej formy prowadzenia działań. Dopiero rzeczywista kampania wojenna mogła potwierdzić skuteczność niemieckiego zespołu broni połączonych.
     
     
               We wrześniu 1939 roku tylko niewiele jednostek niemieckiej piechoty przemieszczało się na ciężarówkach, a artyleria ciągnięta były przez ciągniki.  Zamiast tego piechota nadal przemieszczała się  pieszo, a działa ciągnięte były przez zaprzęgi konne.
     
     
              Współpraca lotnictwa z piechotą i wojskami pancernymi daleka była od ideału, podobnie wyglądała współpraca czołgów z piechotą. Najlepiej wyglądała natomiast współpraca piechoty z artylerią. I to właśnie niemiecka artyleria odegrała znaczną rolę w pokonaniu Wojska Polskiego we wrześniu 1939 roku.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    R. Florczyk – Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939
     
    H. Guderian – Wspomnienia żołnierza
     
    Th. Jentz – Panzertruppen
     
    Ch. McNab – Wehrmacht. Armia Hitlera
     
    M. Pavelec – Luftwaffe 1933-1945. Fakty, liczby i dane statystyczne
     
    C. Bishop – Niemieckie wojska pancerne w II wojnie światowej
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie lat 30. Niemcy zaczęli wdrażać w życie nową koncepcję wykorzystania lotnictwa i .wojsk pancernych
     
     
               W połowie lat 30. trwała dyskusja w kwestii najlepszej organizacji sił powietrznych na czas wojny. Francja preferowała przydzielenie sił myśliwskich i rozpoznawczych do poszczególnych dowództw armii, natomiast większość jej lotnictwa podlegała pod dowództwa stref powietrznych. W maju 1936 roku brytyjskie Royal Air Force zostały podzielone na Bomber Command (Dowództwo Bombowców, odpowiadające za strategiczne uderzenia powietrzne) i Fighter Command (Dowództwo Myśliwców, odpowiadające za obronę powietrzną Wielkiej Brytanii).
     
     
              Podobnie jak u Francuzów, polskie Lotnictwo Wojskowe przydzieliło część jednostek lotniczych bezpośrednio armiom, najlepsze samoloty jednak skoncentrowało w Brygadzie Pościgowej i Brygadzie Bombowej w celu wykonywania zadań szczebla operacyjnego.
     
     
             W roku 1935 Luftwaffe utworzyła pierwszy związek operacyjny, 1. Dywizję Lotniczą, jednak Staffeln (dywizjonów) formowano w jednolite Gruppen (grupy) liczące 30–40 samolotów, te zaś z kolei łączono w Geschwader (pułki) po 90–120 maszyn. Poszczególne jednostki przydzielano do okręgów lotniczych (Luftgaue), zapewniających wsparcie administracyjne i logistyczne.
     
     
             Początkowo Luftwaffe pozostawała pod wpływem koncepcji Reichswehry o konieczności udzielania wsparcia wojskom lądowym, ale wkrótce jej dowódcy rozumieli konieczność realizowania innych zadań, takich jak zdobywanie przewagi powietrznej i atakowania tyłów przeciwnika. Luftwaffe dążyła do więc  podporządkowania wszystkich zasobów lotniczych jednemu dowódcy.
     
     
              Luftwaffe zdobyła wiele cennych doświadczeń taktycznych w Hiszpanii,  choć były to działania na bardzo małą skalę. Na przykład w osławionym i zmitologizowanym nalocie Legionu Condor na Guernicę w kwietniu 1937 roku wzięło udział mniej niż 30 samolotów.
     
     
             Po powrocie do Niemiec piloci Legionu Condor  pomagali doskonalić taktykę myśliwców, wprowadzając szyk Vierfingerschwarm (cztery palce).
     
     
             Także załogi niemieckich bombowców doskonaliły taktykę w Hiszpanii, choć wspierane przez Luftwaffe oddziały gen. Franco prowadziły wojnę pozycyjną. W takich okolicznościach doświadczenia z Hiszpanii pozwalały na wyciągnięcie niewielu wniosków co do zasadności doktryny działań manewrowych Wehrmachtu.
     
     
             W początkach 1938 roku Luftwaffe sformowała wielkie grupy powietrzne, a w lutym 1939 roku, utworzono cztery floty powietrzne (Luftflotten). Utworzenie tych flot – co nastąpiło podczas wstępnej fazy planowania Fall Weiss – było ważnym czynnikiem sygnalizującym niemieckie zamiary, który wywiad sprzymierzonych zupełnie przeoczył.
     
     
            Każda z flot powietrznych składała się z dwóch dywizji lotniczych, obejmujących samoloty bombowe, szturmowe i rozpoznawcze, a także przydzielonych jednostek artylerii przeciwlotniczej, łączności i logistycznych.
     
     
           Flota powietrzna miała być samodzielną siłą powietrzną, liczącą do tysiąca samolotów, zdolną do wykonywania zadań operacyjnych w ramach planu kampanii.
     
     
           Podstawową wadą był brak zintegrowania sił myśliwskich z flotami powietrznymi. W roku 1939 poszczególne grupy myśliwskie podlegały albo dowództwom okręgów lotniczych (Luftgaukommandos), albo na wpół niezależnemu dowódcy myśliwców (Jagdfliegerführer). Wynikało to w znacznej mierze z faktu, że grupy myśliwskie niechętnie odnosiły się do integracji z flotami powietrznymi, ponieważ nie chciały być wciągane w nieustanne eskortowanie bombowców, co uznawano za odciąganie sił od zadania wywalczania przewagi powietrznej.
     
     
            Dopiero po kampanii francuskiej 1940 roku dowódcy flot powietrznych uzyskali własne jednostki myśliwskie, a floty powietrzne stały się prawdziwymi lotniczymi związkami broni połączonych.
     
     
           Główną kwestią techniczną, którą musiały rozstrzygnąć armie w początkach lat 30., było to, jakie czołgi budować i jak miała być zorganizowane wojska pancerne.
     
     
           Istniały wówczas cztery podstawowe poglądy co do organizacji czołgów: jednostki złożone wyłącznie z czołgów (głównie do zmasowanych ataków i przełamania obrony przeciwnika), czołgi piechoty do wsparcia piechoty w natarciu, kawaleria zmechanizowana (wykorzystująca czołgi do tradycyjnych zadań kawalerii, takich jak rozpoznanie, działania osłonowe i pościg) oraz mobilne bronie połączone (tworzenie wszechstronnych zgrupowań bojowych dla działań manewrowych, zwłaszcza do rozwijania sukcesów i głębokich operacji).
     
     
            Wielka Brytania, Francja i ZSRS przewidywały dla swych czołgów głównie zadanie wsparcia piechoty lub działań kawaleryjskich, ale eksperymentowały (przede wszystkich Armia Czerwona) także z dwoma pozostałymi.
     
     
            W Reichswehrze generał major Oswald Lutz i jego szef sztabu, pułkownik Heinz Guderian, zdecydowanie opowiadali się za rolą mobilnych broni połączonych i pragnęli, żeby wszystkie czołgi zgrupowano w dywizjach broni połączonych. Jednakże pomysł ten, uznawany w roku 1934 za radykalny, natrafił na opór ze strony bardziej konserwatywnie nastawionych oficerów. Generał artylerii Ludwig Beck, szef Sztabu Generalnego wojsk lądowych, sprzeciwiał się koncepcji dywizji pancernych i optował za utworzeniem niezależnych Heerestruppen, jednostek armijnych szczebla pułku lub brygady, którymi można byłoby wzmacniać poszczególne korpusy armijne. Miały być to jednostki czysto pancerne, zdolne do realizacji zadań przełamujących lub wspierania piechoty.
     
     
            Szef sztabu Becka, pułkownik Erich von Manstein, napisał nawet memorandum, w którym zalecał, by każda dywizja piechoty posiadała organiczne wsparcie pancerne – co stało się genezą powstania Sturmartillerie (artylerii szturmowej).
     
     
           Beck, jako artylerzysta, zadbał o to, by jednostki dział szturmowych nie podlegały dowództwu broni pancernej.
     
     
            Do tego jeszcze dochodzili kawalerzyści, którzy naciskali na motoryzację części swych jednostek w celu utrzymania jednostek dywizyjnych (i zapewnienia stanowisk dowódczych dla wyższych oficerów kawalerii). Dlatego w czerwcu 1936 roku OKH zarządziło formowanie trzech dywizji lekkich (leichte-Divisionen), z których każda otrzymać miała własny batalion pancerny, przeznaczonych do wykonywania typowych zadań kawaleryjskich, takich jak rozpoznanie, działania osłonowe i pościgowe.
     
     
            W wyniku tych rywalizacji w latach 1936–1939 istniały trzy rodzaje niemieckich jednostek zmechanizowanych, każdy przygotowany do innych zadań.
     
     
            Podczas gdy Heerestruppen i dywizje lekkie nie pochłaniały wiele zasobów – co było jednym z powodów, dla których optowało za nimi OKH – Lutz proponował bardzo rozbudowane dywizje pancerne, co oznaczało, że przed 1938 rokiem możliwe było sformowanie jedynie trzech.
     
     
             Pierwotna struktura organizacyjna dywizji pancernej była niepotrzebnie skomplikowana – dowództwo brygady pancernej dowodziło dwoma pułkami pancernymi, z których każdy dzielił się na dwa lub trzy bataliony pancerne; w rezultacie zbyt wielu dowódców starało się wydawać rozkazy w zbyt wielu sieciach łączności radiowej.
     
     
            W dywizji pancernej z 1935 roku kompania pancerna liczyła etatowo 30 czołgów – zdecydowanie zbyt wiele, by mógł skutecznie nią dowodzić jeden oficer – batalion zaś 115 czołgów.
     
     
            Lutz i Guderian wyobrażali sobie dywizje pancerne jako zdolne skoncentrować dość czołgów w Schwerpunkt, punkcie ciężkości, by osiągnąć decydujący rezultat. Podstawowym problem było manewrowanie tak licznymi siłami oraz umiejętność skrytej koncentracji. Poważnym wyzwaniem stało się też zapewnienie wsparcia logistycznego dla 400 czołgów i 2 tysięcy innych pojazdów działających na jednej osi natarcia.
     
     
            Hiszpańskie doświadczenia wojsk lądowych były jeszcze mniej przydatne dla doskonalenia sztuki operacyjnej, ponieważ kontyngent lądowy Legionu Condor, dowodzony przez podpułkownika Wilhelma Rittera von Thomę liczył w październiku 1936 roku zaledwie 267 żołnierzy, dysponujących  41 czołgami Pz I i 24 działkami przeciwpancernymi kalibru 37 mm. Zadaniem Niemców było szkolenie Hiszpanów, a  nie bezpośredni udział w walkach. W czasie sporadycznych potyczek okazało się, że czołg Pz I był  niezwykle podatny na ogień dział przeciwpancernych, przez co domagano się od Heereswaffenamt przyspieszenia programów budowy czołgów Pz III i Pz IV.

     
               Jak się miało okazać najskuteczniejszymi w latach 1939–1940 jednostkami w dywizji pancernej były bataliony motocyklistów (Kradschützen-Abteilungen) i zmotoryzowane bataliony rozpoznawcze (Aufklärungs-Abteilung). Obie te jednostki były wykorzystywane w roli szpicy, do wyszukiwania luk w nieprzyjacielskim ugrupowaniu. Liczący 959 żołnierzy batalion motocyklowy był jednostką bardzo mobilną, zdolną przebyć w ciągu jednego dnia 100 lub więcej kilometrów, i wystarczająco dobrze uzbrojoną, by zająć i utrzymać kluczowe punkty. Podobnie liczący 753 żołnierzy batalion rozpoznawczy był bardzo mobilny, a 24 samochody pancerne dodatkowo zwiększały wartość bojową straży przedniej dywizji.
     
     
               Niemcy eksperymentowali także z utworzeniem większych i silniejszych jednostek rozpoznawczych dla korpusów zmechanizowanych ale na wcielenie tej idei przed 1939 rokiem  zabrakło im środków.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ostatecznie 19 sierpnia polscy żołnierze wyparli bolszewików z Ciechanowa.

     
           Dowódca 5 Armii gen. Sikorski dążąc zaktywizowania działań zaczepnych swej armii rozkazał 14 sierpnia 1920  8 Brygadzie Jazdy opanowanie i zdobycie Ciechanowa.
     
     
             Brygada dysponowało jedynie trzema pułkami ułanów (1110 szabel, 30 ckm i 9 dział). W trakcie przemarszu w kierunku miasta polscy ułani rozproszyli i zniszczyli liczne kolumny taborowe bolszewickiej 4 armii Szuwajewa.
     
     
              Najważniejsze zadanie zdobycia i utrzymania  miasta przypadło wyłącznie 203. p.uł. mjr. Podhorskiego. Jego szwadrony wpadły do miasta, zmuszając zaskoczonego Szuwajewa i jego sztab do ucieczki.


               „Wkraczającą do miasta kawalerię ludność miejscowa witała z nieopisanym entuzjazmem – wspominał Tadeusz Machalski -  Wznoszą radosne okrzyki i zasypując formalnie żołnierzy i konie kwiatami. Cały dobytek z zabranych taborów został wydany magistratowi dla rozdania wśród ludności, która od najazdu srodze ucierpiała” .
     

               Szybki marsz na miasto elitarnej bolszewickiej 33 DS. zmusił 203 p.uł. do opuszczenia Ciechanowa. Pozostawiona w mieście  niewielka załoga przebywała w nim przez noc z 15 na 16 sierpnia. Nad ranem 16 sierpnia Ciechanów został ponownie zajęty przez bolszewików.
     

               Drugi etap represji dotknął mieszkańców ziemi ciechanowskiej, w tym Ciechanowa, po ponownym wkroczeniu bolszewików.
     

               Nowa fala prześladowań uzasadniana była współpracą mieszkańców podczas opanowywania miasta przez Wojsko Polskie. Nowa fala gwałtów dotknęła kobiety. Dokonywano też licznych aresztowań i wywózki aresztowanych w nieznanym kierunku.
     
     
              Na szczęście rządy bolszewików nie trwały długo.
     
     
               Po zakończonej bitwie o Nasielsk Dywizja Ochotnicza ppłk. Koca została wyznaczona do ataku na Ciechanów i Maków. Najważniejsze  II Brygadzie, dowodzonej tymczasowo przez  mjr Bernarda Monda.
     
     
             W czasie boju kawalerzyści bolszewiccy we wsi Rzeczki Wolki pojmali kilkunastu żołnierzy 12 kompanii 3 batalionu 201 p.p. , w tym ppor. Tadeusza Wrzesińskiego. Na łąkach położonych na zachód od wsi bolszewicy ścieli szablami ppor. Wrzesińskiego i kilkunastu jego podkomendnych.
     
     
              Był to kolejny bestialski mord kawalerzystów Armii Czerwonej dokonany na bezbronnych polskich jeńcach. Dopuszczali się ich na masową skalę szczególnie kawalerzyści 1. Armii Konnej Budionnego oraz 3. KK Gaja, nie respektując w najmniejszym stopniu przepisów międzynarodowego prawa wojennego
     
     
              19 sierpnia w godzinach popołudniowych Polacy rozpoczęli atak na Ciechanów. Walki o miast trwały nieco ponad godzinę, po Ciechanów był wolny. Ludność z entuzjazmem pomagała żołnierzom oczyszczać je z niedobitków wroga.
     
     
               Bolszewicy nie chcieli się pogodzić z utratą Ciechanowa, inicjując kilka natarć na miasto, w tym nawet szarże kawaleryjskie. Wobec tego walki o utrzymanie miasta trwały do późnego wieczora.
     
     
             Ostatecznie bolszewicy, zniechęceni niepowodzeniem w walkach o odzyskanie miasta, wycofał się w kierunku Mławy.
     
     
               Prześladowania ludności polskiej Ciechanowa przez bolszewików sprawiły, iż mieszkańcy z nienawiścią odnosili się do komunizmu.
     

               „Nigdy i nigdzie – mówił dowódca 22 D ppłk. Koc w wywiadzie dla miejscowej gazety „placówka” ,  – nie byliśmy tak przyjmowani jak teraz, na tej ziemi odzyskanej. Wystarczy, jeżeli powiem, że lud miejski wplata kwiaty w strzemiona naszych żołnierzy, witając ich jak wybawicieli i zbawców, że baby wynoszą naszym wygłodniałym i spragnionym żołnierzom chleb i mleko, że nie żądają za to żadnej zapłaty, że każda chata stoi dla nas otworem, że do żadnych drzwi pukać nie potrzebujemy. Nie zabrakło nam nigdy słomy czy siana, choć zdarzało się, że zabieraliśmy ostatek pozostały po rabunku bolszewickim” .
     
     
             Z kolei ksiądz  Suchcicki za najważniejsze dokonanie uznał, że „lud odwrócił się raz na zawsze od komunizmu”. Podobne zdanie miał ksiądz proboszcz z Sońska.
     
     
              „Gazeta Warszawska” podkreślała, że „kilkudniowe zetknięcie się naszego włościaństwa z bolszewikami więcej uspołeczniło i unarodowiło je, niżby to się dało osiągnąć kilkunastoletnią pracą kulturalną”.
     

               Ostateczne oswobodzenie Ciechanowa i ziemi ciechanowskiej przyjęte zostało przez miejscową ludność z wielkim entuzjazmem. Niektórzy mieszkańcy wzięli udział w przeczesywaniu okolicy w celu wyłapywania bolszewickich uciekinierów oraz zebrania porzuconego uzbrojenia i ekwipunku wojskowego.
     

               Po wyparciu formacji Armii Czerwonej z Ciechanowa i ziemi ciechanowskiej nastał okres nie tylko euforii, ale i rozliczeń za postawę obywateli w czasie bolszewickiej okupacji.
     
     
              Po oddziałach liniowych wkraczała żandarmeria polowa, powróciła też Policja Państwowa, zbierając informacje o przypadkach współpracy z bolszewikami.
     
     
            Aresztowano wiele osób, zarówno Rosjan, Żydów, jak i Polaków.


             Funkcjonowały wojskowe sądy doraźne, stosując w uzasadnionych przypadkach udowodnionych morderstw, rozboju czy gwałtów nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. Wśród rozstrzelanych byli: Klemens Stryjewski, Ciuchciński – ich egzekucja odbyła się na dziedzińcu zamku książąt mazowieckich, oraz Antoni Krajewski, Jan Proszek, Czesław Gogolewski i Jan Kraszewski. Karę śmierci wykonano też na S. Marchofie i Buławko.
     
     
            Wielu aktywistów komunistycznych czy osób współpracujących z bolszewikami trafiło do więzień.
     
     
            Po przeniesieniu działań wojennych na wschód i normalizacji sytuacji na Mazowszu,  sądy pozwalały niektórym osadzonym na opuszczenie więzień.
     
     
              Stopniowo osłabła chęć odwetu. Powoli wracała normalność w Ciechanowie i w powiecie ciechanowskim.
     

               Ciechanów i cały powiat poniósł dotkliwe straty materialne. Zniszczone zostały liczne budynki, w szczególności okoliczne dwory i gmachy państwowe. Także ludność została ograbiona z dóbr materialnych.
     
     
               Szacowaniem strat zajmował się Główny Urząd Likwidacyjny i lokalne Komisje Szacunkowe. Ustalono, iż w powiecie ciechanowskim całkowitemu zniszczeniu uległo 58  budynków.
     
     
              Duże straty notowało rolnictwo. Ludność nie miała żywności z powodu zniszczenia płodów rolnych, rekwizycji zwierząt gospodarczych i inwentarza. Ponadto ludność została obciążona przymusowymi kontyngentami zboża na potrzeby Wojska Polskiego, które kontynuowało wojnę z Rosją bolszewicką.
     
     
               W niewielkim stopniu sytuację aprowizacyjną poprawiały dostawy produktów amerykańskich realizowane w ramach działalności charytatywnej amerykańskiego polityka i  działacza społecznego Herberta Clarka Hoovera, który w latach 1919–1923 kierował pomocą żywnościową dla krajów Europy Środkowej i Wschodniej.
     
     
               Jednocześnie trwał proces odzyskiwania mienia zrabowanego podczas rządów bolszewickich. Mimo zaangażowania policji służba folwarczna niechętnie zwracała przywłaszczone mienie.
     

               Postawa części ludności żydowskiej w czasie rządów bolszewików spowodowała wzrost nastrojów nieprzychylnych Żydom wśród części mieszkańców Ciechanowa. Troski życia codziennego stopniowo złagodziły te nastroje.
     

               Społeczeństwo było bardzo zubożałe, w powiecie ciechanowskim panował głód. Z powodu braku ziarna do zasiewów oraz koni do robót rolnych obsiano jedynie część pól.
     
     
              Problemy życia codziennego sprawiły, iż w coraz mniejszym stopniu interesowano się dalszym przebiegiem wojny z bolszewikami.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    L. Wyszczelski – Ciechanów 1920
     
    D. Piotrowicz - Ciechanów w latach Drugiej Rzeczypospolitej 1918–1939
     
    D. Piotrowicz -  Ciechanów w sierpniu 1920 roku
     
    P. Piotrowski -  Walki o miasta Mazowsza Północnego podczas wojny polsko-rosyjskiej 1920 roku
     
    K. Wysocki - Mobilizacja społeczeństwa do obrony niepodległości latem 1920 roku
     
    B. Skardziński - Polskie lata 1919–1920
     
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    „POL TREK. Na dobre i na jeszcze gorsze” przenosi nas w sferę Star Treka piórem autorki Luizy Dobrzyńskiej (dalej: Eviva) i nakładem wydawnictwa HM. Nie oszukujmy się – jest to parodia, w której bez trudu rozpoznamy bohaterów tej franczyzy, czy też uniwersum, czy też multiwersum. Chociaż multiwersum to tu akurat nie ma. Są za to nasi ulubieni bohaterowie, jak kapitanowie Kirk i Picard, niekapitanowie Data, Troi, Spock, Riker, Worf. Są gatunki takie jak Wolkanie, Romulanie, Ferengi. No i jest ta menda Q. Nie będę nawet pisał, jak się nazywają w książce, sprawdźcie sami. Jest USS Enterprise, występujący tu jako USS Superprice. W dalszej części mamy lekkie spoilery, które są, bo nie chce mi się rozkminiać czy coś tam mogę zapodać, czy też lepiej zataić. Są tu bowiem rzeczy, których nie ogarniam:

    Mamy Unię Planet i z opisów zapodawczych wynika, że Polska do niej nie należy. W książce jednak należy i jej bohater, statek PSS Społem [1], tj. pardon, PSS Hermasz jest częścią Gwiezdnej Armady. Czyli Gwiezdnej Floty. No i po co? Powinien być nasz i latać se gdzie chce. Sensem powieści jest bowiem zbudowanie przez Polskę gwiezdnego korabia, który ma nas reprezentować w Kosmosie. Wyszedł z tego twór pokroju ORP Ślązak w najlepszym razie (kto wie do czego piję to wie, a kto nie wie to niech się dowie o co poszło z Gawronem). W każdym razie mamy tu elementy produkcji takich jak Star Treki: TNG (Star Trek: The Next Generation, Następne pokolenie), TOS (Star Trek: The Original Series, Seria oryginalna), Voyager, DS9 (Star Trek: Deep Space Nine, Stacja Kosmiczna), Discovery. Czy jest coś z Enterprise?

    Nie ma natomiast niczego z Gwiezdnych Wojen co ogranicza potencjalny krąg odbiorców. Fandom startekowy jest u nas bowiem wątły i nieliczny, co innego ten drugi, znacznie bardziej rozbudowany. Gwiezdne wojny przeniosły się natomiast do Star Treka, gdzie są ciekawe bitwy w kosmosie. W Akolicie Disnej odwalił zaś taka manianę w tej dziedzinie, że głowa mała. Żenada.

    Fabuła jest prosta: nasz gwiazdolot PSS Hermasz (ewski się nie zmieściło) pomyka przez Galaktykę, spotykając Koo, czyli Q. Q to menda więc mocno komplikuje życie załodze, która i bez tego ma dość kłopotów sama ze sobą. Mamy tu z jednej strony parodiowanie Treka, a z drugiej nas. Fabuła jest – jak to często bywa w podobnych produkcjach – pretekstowa. Ma być śmiesznie i jest. Nie wszystkie żarty, dżołki i skecze wypalają, ale tych dobrych jest na tyle dużo, że można się dobrze bawić. Mamy bowiem kapitan Liliannę Zakrzewską, której towarzyszą takie osobistości jak Wojciech Cepowski czy ojciec Tadeusz Muchomorek. Są też przedstawiciele sił postępu. Jak pisałem niebagatelną rolę odgrywa komputer pokładowy statku. Sztuczny ów intelekt nie odstaje swym poziomem od reszty załogi. Załoga ta odstawia istny horror wśród gwiazd, głównym motywem jest, że każdy jest wodzem, mamy też stałe elementy, jak pędzenie bimbru w reaktorze. Mamy pokazany kontrast z spizowymi czasami kpt. Pikarda, który przeżywa coś na kształt załamania nerwowego. Głównym wątkiem fabularnym jest darcie ryja, przeplatane pyskowaniem i kacem.

    Czyta sie to dobrze, są jednak pewne niedociągnięcia. I tak: skoro o. Muchomorek ma być reakcyjny to nie może być spowiedzi u zakonnicy. To największy zgrzyt fabularny. Sfera polityczna zestarzała się też dotkliwie, jak zakończenie „Sagi o Wiedźminie” Sapkowskiego. Sapkowski nie przewidział kierunku ataku w scenie śmierci Geralta. Ci co mieli się bronić atakują, a bronią się ci, co u Sapkowskiego mieli atakować. Zmieniło się nastawienie społeczeństwa, które chce CPK, nowoczesności itp. Polska powinna zatem przodować w Unii, staczającej się w otchłań degrengolady, występku i wszelakiej degeneracji. Przedstawicielka feminizmu słabo walczy z patriarchatem, uosabianym przez kapitan Liliannę. Postępowiec wymięka, acz startuje z dobrego poziomu. Jedyne co źle brzmi to feminatywy: ani to śmieszne, ani zabawne, ani nic. Dodatkowo mam ebooka więc nie wiem, jak jest to wydane, nie wiem nawet jakie jest grube. Niech ktoś napisze w komciu.

    Nie wiem na ile dzieło to jest atrakcyjne dla osób nie znających Treka, bo ja mam tu postrzeganie skażone wiedzą tematyczną. Może ktoś się wypowie w komciu. Z kolei każdy sympatyk fantastyki coś tam o ST wie. Autorka nie prowadzi własnego kanału na Yutubie, który nakręciłby popyt. Może wystąpi chociaż u Czerwia Fantastycznego, który też wydaje w Wydawnictwie HM. Wydawnictwo to znalazło sobie niszę i wypuszcza takie ciekawe rzeczy. Jakoś tam wychodzi na swoje. Tak naprawdę jeden człowiek to jest i jest łysy. Picard jest łysy i wydawnictwo też więc tu Piątek łączy strzałki i zagadka publikacji jest rozwiązane. Zastanawialiście się kiedyś, czemu Picard jest łysy? Przy takiej technice powinni mu stworzyć grzywę bez żadnych problemów. Ale nie. A widzieliście blondi na okładce? Ma błękitne białka (które nie są zatem białkami, tylko niebiełkami) ócz, jest zatem na Diunie. Nie ma szczelnego hełmu owa pani, jest dziura na dole. Jak zatem funkcjonuje i gdzie?

    O książce:

    https://wydawnictwohm.pl/produkt/pol-trek-na-dobre-i-na-jeszcze-gorsze-luiza-dobrzynska/

    To 2 część jest, ale funkcjonuje samodzielnie. Spoko możecie czytać na luzaka. Warto bo ciekawa jest. Na poziomie Lower Decka, lepsze od  DS9 i Voyagera, od Orville słabsze. Od Discovery wszystko jest lepsze, poza Akolitą, który jest gorszy. 

    Opis ze strony wydawnictwa: 

    Wiek XXIII naszej ery. Cała Ziemia jest zjednoczona i żyje według praw Unii Planet, grupującej społeczeństwa najróżniejszych ras.

    Cała? Niekoniecznie.

    Jedno małe państwo wciąż opiera się dyktatowi powszechnej szczęśliwości i manifestuje to, budując własnym kosztem statek gwiezdny HERMASZ, obsadzony wziętą z łapanki załogą, śmiało zmierzający tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden Polak.

    Gdy dowództwo Gwiazdowej Armady napotyka poważne problemy, mówi o tym kapitan polskiego statku, dodając uczciwie, że zadanie jest śmiertelnie niebezpieczne lub zgoła niewykonalne.

    W odpowiedzi słyszy: „Tak? To potrzymajcie mi piwo”.
    Bohaterowie… Czyż trzeba ich przedstawiać?
    To ja. Ty. Każdy z nas.

    O wydawnictwie HM:
    https://youtu.be/QhgWJZOg1cg
    Przypisy:

    1. Społem, społem, ale wstołem. 

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po zajęciu Ciechanowa bolszewiccy żołnierze przystąpili do grabieży, gwałtów i mordów.
     
     
            Wkraczających do Ciechanowa 8 sierpnia 1920 roku bolszewickich żołnierzy witała „garstka miejscowych komunistów z czerwonymi opaskami”.  W okolicznych wsiach ich przybycie z radością powitała część fornali.  „Miejscowa ciemnota z niecierpliwością oczekiwała przybycia bolszewików, których przedstawiano sobie, jako wybawców „ludu roboczego”, - napisał Dariusz Piotrowicz – którzy zaprowadzą na modłę sowiecką porządek, tak wychwalany przez agentów żydowskich. Fornale, a nawet włościanie, spodziewali się otrzymać z rąk bolszewickich podzielonych majątków oraz inwentarza martwego i żywego, a także wymarzonej zemsty „burżujów”, słowem zapowiadanego „nowego ładu” .
     
     
           Po zajęciu Ciechanowa przez armię bolszewicką (najpierw przez 15 DK, a potem 53 DS.) w mieście zapanował terror. Rozpoczęło się plądrowanie, grabieże, gwałty, zabójstwa. Przede wszystkim dotyczyło to ludzi zamożnych i duchowieństwa, ale także bogatszej części ludności żydowskiej.
     
     
           W rabunku mienia państwowego i prywatnego przez kawalerzystów Gaja pomagali  miejscowi aktywiści narodowości żydowskiej oraz nieliczni polscy komuniści.
     
     
               Ze szczególnym zapałem rabowano kościoły, domy parafialne, ale też majątki ziemskie, dwory. Tak było m.in. w Grudusku, Sulerzyżu, Luberadzu, Malużynie. W rabowaniu dworów pomagali niektórzy członkowie Związku Zawodowego Robotników Rolnych oraz służba dworska.
     
     
                I tak np.  „W majątku Wróblewo delegaci służby Franciszek Konop i Julian Dąbrowski – napisał Dariusz Piotrowicz - uczestniczyli w rozgrabianiu dworu i magazynów. W Ciemniewku Adam Pawlicki i Ignacy Michalski okazywali wielką życzliwość bolszewikom i pomoc przy omłotach zboża. W trakcie omłotów popsuła się lokomobilia. Wskazali mechanika Wiśniewskiego z Sońska, którego Rosjanie rewolwerem zmusili do naprawy maszyny”.
     
     
               W Rabieżu żołnierze bolszewiccy razem z „fornalami, babami i dzieciarnią wtargnęli do
    dworu. Dzieci zaczynają dzwonić we wszystkie naraz dzwonki elektryczne, walili pięściami w fortepian, starsi rozbierają pomiędzy siebie meble, to znaczy grabią nagrabione, według recepty sowieckiej. Bieritie, eto wsio wasze! – poucza tęgi chłop w czerwonym hiszpańskim kaftanie. Jakoż wzięli” .
     
     
              Podobnie postępować miała służba folwarczna w Sońsku. W miejscowości tej utworzono Rewkom złożony z pisarza gminnego Konieckiego, organisty Paprockiego i sklepikarza Brauna.
     
     
            Inaczej było w Opinogórze w pałacu Krasińskich, gdzie tamtejsza służba nie chciała rabować. Wówczas miał się zjawić niejaki E. Chodyński, instruktor Związku Zawodowego Robotników Rolnych, który nakazał utworzenie Rewkomu, który miał kierować tamtejszą ordynacją.
     
     
             Obiektem szczególnych prześladowań byli duchowni, którzy pozostali z wiernymi. I tak ksiądz Rutkowski, który jako jedyny nie opuścił Ciechanowa, po wkroczeniu czerwonoarmistów został aresztowany pod pozorem ukrywania broni, bicia w dzwony czy sprzyjaniu kontrrewolucji.  Uniknął śmierci dzięki sprzeciwowi i odwadze parafian.
     
     
            Proboszcz parafii z Lekowa, ksiądz Antoni Gutkowski, uprowadzony przez kozaków do Lipna, od niechybnej śmierci został także  uratowany przez zdecydowane wstawiennictwo parafian.
     
     
             Zamordowany został natomiast proboszcz parafii w Sońsku, ksiądz Bolesław Skarżyński.
     
     
               Nie tylko rabowano, ale także niszczono wyposażenie kościołów, instytucji państwowych, szkół. Już 8 sierpnia splądrowano pomieszczenia Stowarzyszenia Spółdzielczego „Łydynia”. Zrabowano niemal wszystko, tak że straty sięgały 100 tys. marek polskich.
     
     
             W pomieszczeniach ograbionego i zdewastowanego miejscowego gimnazjum postanowiono zainstalować tymczasowe koszary, nawet stajnię.
     
     
             Zrabowano zapasy cukru z ciechanowskiej cukrowni, także z cukrowni w Glinojecku i Kraszewie,    podobnie jak wszelkie produkty żywnościowe oraz odzież. W oddalonym od miasta o 3 km Sokołówku zniszczono wyposażenie rolniczej szkoły i internatu.  „Zniszczeniu uległy ławki, tablice, wyposażenie laboratorium, cała zastawa stołowa […], skromny zbiór pomocy naukowych gromadzonych z trudem przed wojną uległ wielkiemu zniszczeniu. […], jak również część biblioteki i dokumentów szkolnych” .
     
     
               Podobny los spotkał słynną szkołę rolniczą w Gołotczyźnie koło Sońska. Jej założyciel Aleksander Świętochowski wspominał, iż „z naczyń szklanych, w których dla użytku pedagogicznego przechowywano rozmaite gady i części zwierząt, wypili spirytus”, następnie wyłamywali drzwi „bo samo burzenie sprawiało im przyjemność” . Oburzenie Świętochowskiego wywoływał nie tylko rabunek, dewastacje i gwałty, ale polscy denuncjatorzy rekrutujący się nie tylko spośród miejscowych agitatorów bolszewickich, ale także niektórych  sołtysów zabiegających o względy nowych panów.
     
     
               Rabowano wszystko, co napotkano – od rzeczy domowych poczynając, na ptactwie kończąc”. Skoszono także część dojrzewającego zboża, rabując go następnie.
     
     
               Skala rabunków i gwałtów na ziemi ciechanowskiej była tak wielka, że zaniepokoiła nawet wojskowe dowództwo bolszewików. Wojskowy komendant miasta Pietrow oraz komisarz wojenny 5. DS z 3. Armii Łazarewicza  wystąpili 9 sierpnia na specjalnym mityngu w pojednawczym tonie, nakazując czerwonoarmistom utrzymywanie w mieście „rewolucyjnego porządku”, ale ostrzegając, by „nie zdarzały się żadne gwałty, grabieże i nadużycia maruderów”. Miało to udowodnić mieszkańcom, „że nie jest prawdą to, co im o nas opowiadają polscy panowie w słowach obelżywych”. Polecali  podległych mu żołnierzy, by „wprowadzając rewolucyjny wzorowy porządek w mieście”, nie pogwałcali przepisów, a winnym ich nieprzestrzegania zagrozili  surowymi karami.
     
     
              Mimo tych zapowiedzi w mieście, ale też w całym powiecie, nadal plądrowano urzędy, kościoły, zakłady przemysłowe i rzemieślnicze, a także mieszkania prywatne. Napływały informacje o licznych gwałtach na kobietach.
     
     
            Pomimo nakazów komisarzy dotyczących ograniczenia rabunków i gwałtów dokonywanych na kobietach, trwały one przez cały okres okupacji miasta przez czerwonoarmistów. Odnotowywano także gwałty dokonywane przez dowódców i komisarzy. Dotyczyło to na przykład dowódcy 15. DK Piotra Piotrowicza Czuganowa.
     
     
          W wyniku gwałtów dużo kobiet zostało zarażonych chorobami wenerycznymi, z powodu których cierpiały wiele lat po wojnie.
     
     
            Przybywający wraz z wojskiem funkcjonariusze partii bolszewickiej i przedstawiciele polskich komunistów, którzy pretendowali do obejmowania władzy w „bolszewickiej” Polsce, a więc także do kierowania administracją Ciechanowa i powiatu, starali się utworzyć „lokalną władzę” w postaci Rewkomu.
     
     
             Na czele Rewkomów stali przedstawiciele organów politycznych poszczególnych jednostek armii bolszewickiej, wspierani głównie przez lewicowo nastawionych Żydów. Jednocześnie w celu nadania ich polskiego charakteru niekiedy siłą dokooptowywano także miejscowych Polaków.
     
     
            Niektórzy członkowie tajnego  Związku Obrony Ojczyzny sami zgłaszali się do tworzonej bolszewickiej administracji, aby realizować zlecane im zadania dywersyjne. Z takim zamiarem część mieszkańców miasta wstąpiła do tworzonej przez komunistów Milicji Obywatelskiej
     
     
             W Ciechanowie utworzono powiatowy Rewkom w składzie: Leopold Czerniak, Czesław Gogolewski, Władysław Krzyżanowski, Jan Klejna, Wincenty Mieszkowski, Antoni Rybicki, Klemens Stryjewski, Kazimierz Tomaszewski.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od początków lipca 1920 roku mieszkańcy Ciechanowa aktywnie uczestniczyli w działaniach na rzecz wzmocnienia polskiej armii.
     
     
               Szybki marsz armii Tuchaczewskiego sprawił, iż przywódcy bolszewiccy nie tylko uwierzyli w szybkie pokonanie Polaków ale także w możliwość eksportu rewolucji do krajów Europy Zachodniej.
     
     
             „Przebijać się na zachód nie w celu zdobycia Polski, - przedstawiała cele wojenne bolszewików gazeta „Krasnoarmijec” - Niemiec, Francji, lecz dla połączenia się z robotnikami polskimi, niemieckimi i angielskimi – oto nasze główne zadanie. Właśnie dlatego biała Polska musi być zniszczona, istnieć zaś powinna Polska proletariacka i sztandar czerwony powinien powiewać nad Warszawą”.
     
     
            Natychmiast po ukonstytuowaniu się Rada Obrony Państwa już 1 lipca 1920 r. podjęła decyzję o utworzeniu Armii Ochotniczej, a następnego dnia  ukazał się rozkaz MSWojsk. o rozpoczęciu werbunku. W sumie do tej armii zgłosiło akces ponad 105 000 ochotników. Najwięcej ochotników pochodziło z Mazowsza i Podlasia (27 % zaciągu).
     
     
           Także w Ciechanowie powołano punkt rekrutacyjny. Wśród ochotników z miasta dominowała młodzież akademicka i szkolna, w tym szczególnie należąca do Związku Harcerstwa Polskiego (ZHP). To oni stanowili 80 procent składu 201. pp, który miał tak znaczący udział w ostatecznym wyzwoleniu Ciechanowa. Do wojska ochotniczo zgłosili się między innymi wszyscy uczniowie szkoły rolniczej z Sokołówka, miejscowości blisko Ciechanowa, z jej dyrektorem Stanisławem Sobkiem na czele.
     
     
           W  obliczu zagrożenia bolszewickiego w całej Polsce  spontanicznie powstawały Obywatelskie Komitety Obrony Państwa. 8 lipca 1920 roku powołany został Obywatelski Komitet Wykonawczy Obrony Państwa z marszałkiem sejmu Wojciechem Trąmpczyńskim na czele, reprezentujący ponad 200 organizacji społecznych.
     
     
           Tworzono wojewódzkie, powiatowe, a nawet gminne Komitety Obrony Państwa. Prowadziły one działalność na rzecz wzmacniania armii, w tym zbiórkę pieniędzy i środków materialnych dla wojska. Obywatelskie Komitety Obrony Państwa prowadziły zbiórkę żywności, środków opatrunkowych, lekarstw i bielizny dla żołnierzy.
     
     
           W Ciechanowie komitetem takim kierował Jan Konopnicki, syn pisarki Marii Konopnickiej. Radę Obywatelską Komitetu stanowili: Józef Choromański, Nikodem Kozakiewicz, Zygmunt Morawski, Feliks Stypułkowski i Jan Konopnicki.
     
     
            Komitet zebrał znaczną kwotę pieniędzy. Związek Ziemian  wyasygnował 186 tys. marek, Towarzystwo Wzajemnego Kredytu – 100 tys., Syndykat Rolniczy – 50 tys. Policjanci zadeklarowali 5 procent swych poborów, co wynieść miało ponad 14 tys. marek. Inni pracownicy miasta i powiatu także zobowiązali się wpłacać na rzecz powiatowego Komitetu Obrony Państwa 5 procent dochodów. Spośród mieszkańców Ciechanowa Jan Konopnicki indywidualnie wpłacił na ten cel 13 850 marek. Zbierane były też datki w kosztownościach, w złocie, które wysyłano do stolicy
     
     
          Komitety miejskie i gminne wyłaniały ze swoich składów sekcje: straży obywatelskiej, rezerwistów, uchodźców oraz finansową.
     
     
           Ważną rolę odgrywał też znajdujący się w Ciechanowie Komitet Pomocy Rezerwistom, który udzielał potrzebującym pomocy materialnej.  Funkcjonowało też Koło Pomocy Żołnierzowi prowadzące gospody oraz punkty żywieniowe. Ziemianie z powiatu ciechanowskiego dobrowolnie zadeklarowali przyjmowanie do swych dworów 2–10 „ozdrowieńców” (rannych odbywających rekonwalescencję).
     
     
            Społeczeństwo polskie czyniło też przygotowania do działalności dywersyjnej na terenach czasowo zajętych przez wroga. Temu celowi miał służyć powołany rozkazem MSWojsk. z 1 sierpnia 1920 r. Związek Obrony Ojczyzny (ZOO). Zamierzano tworzyć oddziały lotne składające się z 5–10 członków związku.
     
     
               Powstały struktury centralne, terenowe i grupy lotne ZOO podobne do struktur byłej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Zadaniem lotnych grup było niszczenie infrastruktury kolejowej i drogowej, napady na obiekty i sztaby nieprzyjaciela oraz działalność wywiadowcza.
     
     
             Równocześnie na polecenie komendanta głównego ZHP gen. Broni Józefa Hallera sierż. Stanisław Rudnicki zorganizował 42-osobowy oddział Harcerskiej Służby Łączności dla Frontu Północno- Wschodniego (po reorganizacji Frontu Północnego). Został on rozwinięty do 133 harcerzy, wśród nich znaleźli się także harcerze hufca ciechanowskiego. Dotyczyło to nie tylko męskich drużyn, również harcerki powiatu ciechanowskiego zgłaszały akces do powołanego w Warszawie Wydziału Pogotowia Wojennego, kierowanego przez druhnę Jadwigę Wocalewską-Szeletyńską.
     
     
             Zdecydowana większość obywateli II Rzeczypospolitej z wielką determinacją stanęła do walki o zagrożoną suwerenność ojczyzny. Nie udało się bolszewikom doprowadzić do wrzenia rewolucyjnego w Polsce, do czego zachęcała Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, prowadząc między innymi agitację przeciwko poborowi do Wojska Polskiego, także do wstępowania do Armii Ochotniczej.
     
     
               Podobne hasła głosiło skrajnie lewicowe skrzydło Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) kierowane przez Jerzego Czeszejkę-Sochackiego, a przede wszystkim aktywiści żydowscy z Bundu i Poalej Syjonu.
     
     
            Licząc na całkowite pobicie wojsk polskich i sowietyzację Polski, KC RKP(b) i Rada Komisarzy Ludowych poleciły przygotować kadry spośród polskich komunistów, które miały stanąć na czele przyszłego rządu rewolucyjnego w Polsce. W tym celu utworzono  Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (TKRP) z Julianem Marchlewskim na czele, który 30 lipca zainstalował się w Białymstoku, gdzie wydał manifest zapowiadający bolszewizację Polski.
     
     
            W polskich miastach i wsiach miały powstać komitety rewolucyjne - rewkomy. Twierdzono, że Zjazd Delegatów Ludu Robotniczego Miast i Wsi utworzy Polską Socjalistyczną Republikę Rad.
     
     
              Ciechanów zamieszkiwała licznie ludność żydowska, która była bardzo podatna na agitację bolszewicką. Dużą aktywność antypolską wykazywali członkowie Bundu, prowadząc agitację i sabotując decyzje władz. Wobec tego 10 lipca 1920 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych podjęło decyzję o rozwiązaniu Bundu i pozostających pod jej wpływami stowarzyszeń oraz prasy.
     
     
               Na mocy tej decyzji w Ciechanowie rozwiązano Stowarzyszenie Strzelca im. Borochowa, Stowarzyszenie Młodzieży Robotniczej „Młodość” oraz Stowarzyszenie „Dom Ludowy Żydowski”. Część szczególnie zaangażowanych aktywistów została aresztowana lub internowana przed zajęciem miasta przez bolszewików.
     
     
               Ciechanowa broniły słabe polskie jednostki, były to symboliczne siły wobec zagrożenia, jakie stanowiła 15. Dywizja Kawalerii  z 3. Korpusu Konnego  Gaja, która kierowała się w stronę Ciechanowa
     
     
              8 sierpnia o godz. 8.00 starosta nakazał natychmiastową ewakuację miasta. Drogi zostały wycofującym się wojskiem i uchodzącymi cywilami. Pierwsze forpoczty przeciwnika zbliżyły się do rogatek miasta już w południe 8 sierpnia.
     
     
               Obronę Ciechanowa stanowił przede wszystkim 203. p. ułanów . Jego trzy szwadrony zostały spieszone. Ułani nie przygotowani do walk w mieście, ponieśli znaczne straty. Walki w mieście trwały do godz. 17.00, kiedy to ułani wycofali się z Ciechanowa, do którego wkroczyli bolszewicy z 15 DK.
     
     
              Dwa dni później udany zagon  203. p.uł., doprowadził 10–11 sierpnia do częściowego wdarcia się do Ciechanowa. Polscy ułani wzięli kilkudziesięciu jeńców, jednak przybycie nowych sił bolszewickich zmusił polskich kawalerzystów do wycofania się do Gąsocina. Za bolszewicką kawalerią napływała w kierunku Ciechanowa także piechota z 53. DS.
     
     
    CDN.
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Max  |  0

    Przedstawmy pierwszą z naszych bohaterek. 

    Jest rok 541, pojawiają się pogłoski o nowej zabójczej zarazie, która atakuje najpierw w Egipcie, potem rozszerzy się na obszarze Imperium Rzymskiego. Ludzie dostają wysokiej gorączki, pojawia się opuchlizna pod pachami i w pachwinach. Po dobie opuchlizna czernieje, chorzy zapadają w śpiączkę. Za kolejne dwie umierają. To dżuma dymieniczna (pestis bubonica). Dotrze i do stolicy, do Konstantynopola.

     

    Imperium rzymskie od co najmniej IV wieku nawiedzane jest przez nieznane wcześniej - a zabójcze - epidemie. Tylko w latach 310 - 322 w Imperium Romanum umiera na skutek odry, ospy i innych chorób zakaźnych do 70% mieszkańców miast!

    Rzym zaimportował sobie nieznane - a przynajmniej nie na tę skalę, epidemie - intensyfikując handel z Chinami. Dalekowschodnie mikroby skwapliwie skorzystały z okazji i ruszyły w trasę.

     

    Ale dżuma to prawdziwa tragedia. Na ulicach Konstantynopola umiera dziennie kilka tysięcy ludzi. Przypada to na ten sam okres, kiedy cesarz Justynian Wielki podejmuje heroiczne wysiłki restytucji Imperium Romanum w dawnym kształcie terytorialnym.

    Też trapione już plagą wojska zajmują co prawda nowe tereny, ale coraz wolniej. Bardziej niż prawdopodobne, że to jedna z przyczyn, dla których udało się tyle, ile się udało zdobyć, a i tak były to nabytki czasowe.

     

    Nasza bohaterka pochodzi z Etiopii. Zarazki jej rozwijały się wcześniej w rejonie Wielkich Jezior Afrykańskich, przy wydatnej pomocy pcheł żyjących w sierści szczurów.

    Ale długo droga na północ była dla niej zamknięta. Barierą był gorący Egipt. Dlatego, iż kochane maluszki mogą sobie poskakać jedynie w temperaturze 15- 20 stopni.

     

    Tu wchodzi, a raczej wlatuje, na scenę druga nasza bohaterka: kometa. Przy czym, zaznaczam, dla niektórych ten związek przyczynowo-skutkowy jest kontrowersyjny. W każdym razie, bizantyjscy astronomowie i astrologowie obserwują wręcz gigantyczną kometę. Jej ogon miał tak zamieść w twarz Słoneczku, że przestało należycie świecić. Rozpoczyna się mała epoka lodowcowa. I ta już jest niezaprzeczalnym faktem, niezależnie od przyczyn.

     

    Z półmilionowego Konstantynopola przeżyje 50 tysięcy ludzi.

     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niezależność oddziałów strzeleckich trwała jedynie kilka dni, a powstałe 16 sierpnia 1914 roku Legiony Polskie były w pełni podporządkowane Austriakom.
     

            Obok założonego przez Związek Walki Czynnej w 1910 roku we Lwowie Związku Strzeleckiego, a w Krakowie Strzelca, istniały w Galicji także Polskie Drużyny Strzeleckie, Polowe Drużyny Sokole oraz Drużyny Bartoszowe.


               Bez poparcia Wiednia ruch strzelecki nie mógłby funkcjonować. Cesarsko-królewskie władze austro-węgierskie oczekiwały, że w momencie wybuchu wojny z Rosją strzelcy i sokoły przeprowadzą akcje dywersyjne i sabotażowe na terenie Królestwa Polskiego, a tym samym ułatwią ofensywę własnych armii.
     
     
               Wypowiedzenie wojny Serbii przez Austro-Węgry 28 lipca 1914 roku Austriacy wyrazili zgodę na mobilizację oddziałów strzeleckich i wkroczenie do Królestwa Polskiego, gdyż byli pewni, że po stronie Serbii stanie Rosja.
     
     
               Rozkazy mobilizacyjne podpisał Józef Piłsudski, komendant główny polskich oddziałów strzeleckich, a  31 lipca 1914 roku podporządkowali się mu także strzelcy z PDS.
     
     
              2 sierpnia 1914 roku Wiedeń pozwolił Piłsudskiemu na przekroczenie przez oddziały strzeleckie granicy zaboru rosyjskiego. Jeszcze przed wybuchem wojny, Piłsudski sprowadził do Krakowa 6 tysięcy strzelców, którzy zamieszkali w barakach w Oleandrach. Stamtąd 6 sierpnia 1914 roku – w 50. rocznicę stracenia Romualda Traugutta – wyruszyła pierwsza kompania kadrowa dowodzona przez Tadeusza Kasprzyckiego. 
     

             Wymarsz pierwszej kadrowej poprzedził wypad siedmiu kawalerzystów – tzw. „Siódemki Beliny”. 2 sierpnia szef sztabu Komendy Głównej „Strzelca” Kazimierz Sosnkowski dokonał odprawy patrolu Władysława Beliny-Prażmowskiego. Patrol miał dokonać napadu na lokal rosyjskiej komisji poborowej w Jędrzejowie oraz dokonać rozpoznania sił rosyjskich. Sosnkowski żegnając wyruszających powiedział: „Choć będziecie wisieć, ale za to spełnicie pięknie swój obowiązek żołnierski i historia o was nie zapomni”.
     
     
           Oprócz Beliny, ubranego jako jedyny w mundur ułański, w patrolu wzięli udział: Stanisław Grzmot-Skotnicki, Janusz Głuchowski, Zygmunt Karwacki, Stefan Kulesza, Antoni Jabłoński oraz Ludwik Skrzyński.
     
     
          W nocy z 2 na 3 sierpnia patrol wyruszył z Krakowa jadąc na dwóch furmankach i o godzinie 2.45 przekroczył granicę austriacko-rosyjską pod Baranem, koło Kocmyrzowa. Następnie zatrzymano się w majątku Goszyce należącym do Zofii Zawiszanki, członkini Polskich Drużyn Strzeleckich.
     
     
            Po kilkugodzinnym odpoczynku, przez Działoszyce skierowano się ku Jędrzejowie. W odległości 10 km od miasta, napotkano wracających do domów rezerwistów, którzy poinformowali „siódemkę”, że członkowie rosyjskiej komisji poborowej w Jędrzejowie, na wieść o rzekomym wkroczeniu lwowskiego Sokoła, uciekli z miasta, rezygnując z mobilizacji. W tej sytuacji „Belina” postanowił skierować się do Słomnik, gdzie stacjonował oddział rosyjskiej straży granicznej. Próba zorganizowania zasadzki na szosie nie udała się, gdyż Rosjanie udali się inną drogą.
     
     
              W drodze powrotnej „siódemka” otrzymała od ziemianina z majątku Krzeszowice pięć koni, dzięki czemu prawie cały patron powrócił konno do Krakowa.
     
     
               6 sierpnia wyruszyła w kierunku granicy rosyjskiej Pierwsza Kompania Kadrowa skupiająca najlepiej uzbrojonych strzelców. W kolejnych dniach w ślad za nią poszły następne kompanie i bataliony, kierując się na Kielce. Formalnie podlegały one dowódcy ck grupy operacyjnej gen. Heinricha Kum mera, składającej się z dwóch dywizji Landwehry (obrony krajowej) i dywizji kawalerii.


              Strzelcy i ck wojska powinny działać razem przeciwko wspólnemu wrogowi, ale obie strony miały różne oczekiwania. Piłsudczycy traktowali oddziały strzeleckie jako kadry Wojska Polskiego, Austriacy natomiast widzieli w nich jedynie grupy dywersyjne o statusie pospolitego ruszenia podległe Naczelnej Komendzie Armii (Armeeoberkommando, AOK).
     
     
           Jeszcze inne nadzieje wiązali ze strzelcami polscy konserwatyści, dla których mieli być oni atutem w staraniach o przekształcenie duali-stycznych Austro-Węgier w trialistyczne Austro-Węgro-Polskę, co miało się dokonać w następstwie przyłączenia, po zwycięskiej wojnie, Królestwa Polskiego do Galicji.


            Kiedy strzelcy wkroczyli do Królestwa Polskiego, okazało się, że nie mają ochoty realizować zobowiązań wobec AOK. Ich akcje dywersyjne i sabotażowe były mało znaczące i co istotne, nie zorganizowali (nie mieli na to najmniejszych szans) na tyłach wojsk rosyjskich oczekiwanego przez AOK powstania zbrojnego.
     
     
            Niechętnie współpracowali z ck dowództwem, podkreślając na każdym kroku, że są Wojskiem Polskim wyzwalającym ziemie polskie spod rosyjskiej okupacji, oraz bez zgody AOK tworzyli własną cywilną i wojskową administrację podporządkowaną polskiemu Rządowi Narodowemu, który miał jakoby powstać w Warszawie.
     
     
              Te działania strzelców oburzyło władze ck monarchii, które zaczęły w nich widzieć formację awanturniczą i wichrzycielską. W ich opinii zawiódł Piłsudski, tym samym, jak twierdzili, wygasł jego mandat na dowodzenie strzelcami. Ck generałowie i politycy postanowili jak najszybciej przerwać działalność strzelców, bowiem pociecha z nich była niewielka, a polityczne szkody znaczące.
     
     
             Także polscy konserwatyści uznali ich postępowanie w Królestwie za nie do przyjęcia, gdyż strzelcy utrudniali porozumiewanie się ze stroną rządową w związku z perspektywą trializmu.
     

               Jednocześnie zarówno Wiedeń, jak i polscy konserwatyści zdawali sobie sprawę, że w obopólnym interesie leży kontynuowanie polskiego czynu zbrojnego, ale pod ścisłym nadzorem AOK.
     

               W tej sytuacji  ck minister skarbu Biliński zaprosił do Wiednia Juliusza Leo, który 10 sierpnia dotarł do stolicy monarchii habsburskiej. Natychmiast rozpoczęły się rozmowy z ministrem spraw za granicznych Leopoldem Berchtoldem oraz z politykami i sztabowcami austriackimi. Dołączył do nich Michał Bobrzyński.
     
     
               Równocześnie, występujący z upoważnienia Piłsudskiego,  Władysław Sikorski złożył ofertę stworzenia na bazie oddziałów strzeleckich polskiego korpusu ochotniczego pod dowództwem Piłsudskiego. Ale ck sztabowcy z szefem sztabu AOK gen. Franzem Conradem von Hoetzendorfem na czele nie wyrazili chęci rozmowy na ten temat.
     
     
              Dla Wiednia jedynym zaufanym partnerem byli polscy konserwatyści, którzy wystąpili z ideą powołania instytucji reprezentującej polskie stronnictwa z Galicji i Śląska Cieszyńskiego. Miałaby ona sprawować nadzór polityczny nad polskim czynem zbrojnym.
     
     
             W wyniku porozumienia 16 sierpnia 1914 roku ogłoszono powstanie w Krakowie nowego ciała politycznego o nazwie Naczelny Komitet Narodowy (NKN). Formalnie został powołany z inicjatywy parlamentarnego Koła Polskiego, co zapowiadał manifest skierowany do „Narodu Polskiego”, podpisany przez sześćdziesięciu pięciu polskich posłów do wiedeńskiej Rady Państwa i Sejmu Krajowego we Lwowie reprezentujących wszystkie opcje polityczne. Posłowie uznali NKN „za najwyższą instancję w za kresie wojskowej, skarbowej i politycznej organizacji zbrojnych sił polskich”.
     
     
             Pierwszym prezesem NKN został charyzmatyczny Juliusz Leo, a kolejnymi krakowscy konserwatyści: Władysław Leopold Jaworski i Leon Biliński.
     
     
               Podczas rozmów polsko-austriackich w Wiedniu zadecydowano także o powołaniu w oparciu o oddziały strzeleckie nowej formacji o nazwie Legiony Polskie.


               Zarówno generałowie austriaccy jak i polscy konserwatyści, powołując Legiony, mieli przede wszystkim na celu poskromienie ambicji politycznych Piłsudskiego. Pragnęli w miejsce oddziałów strzeleckich stworzyć nowe formacje zbrojne, które będą realizować ich wizję polityczną, a nie Piłsudskiego.
     
     
            Strzelcy, co zrozumiałe, wcale nie byli za chwyceni nową formacją i niechętnie używali słowa „legionista”, woleli mówić o sobie: „my, strzelcy”. W ich przekonaniu strzelec był duchem wolnym, a legionista ck – najmitą, żołnierzem wynajętym przez zaborcę
     
     
               Komendant nie mógł się pogodzić z tak pomyślaną ideą Legionów – stanowiła ona wszak za przeczenie jego niepodległościowego programu.
     
     
               Przez kolejne lata, krok po kroku, starał się o powrót do przerwanej w dniu 16 sierpnia 1914 walki o niezależność polskich formacji zbrojnych.
     
     
             W wyniku tego dzieje Legionów to nie tylko heroiczna kronika militarna, ale i pasjonująca historia trudnej walki piłsudczyków o suwerenny status Legionów.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Chwalba – Legiony Polskie 1914-1918
    M. Klimecki, W. Klimczak  -  Legiony Polskie,
    W. Wysocki,  W. Cygan, J. Kasprzyk -  Legiony Polskie 1914–1918
    L. Moczulski -  Przerwane powstanie polskie 1914
    R. Świętek – Lodowa ściana
    W. Belina-Prażmowski – Pierwszy patrol strzelecki
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W ostatnich tygodniach powstania sytuacja ludności cywilnej stolicy stała się tragiczna.
     
               Ludzie prowadzili handel, oferując papierosy i co tylko mogli za jakiekolwiek pożywienie. „Pieniądze były warte tyle co śmiecie. Handel na Kruczej miedzy Hożą a Wilczą szybko narastał... Już trzeciego dnia to był bazarek. Czwartego bazar” – pisał Białoszewski.
     
               „Zjadano wróble i gołębie, nie gardzono kotami i psami. Panował rodzaj dyzenterii, która nie była śmiertelna, ale trapiła niemal wszystkich. – zanotował Hrabyk -  Zamiast chleba jedliśmy placki... zamiast papierosów paliłem cienko krojone, zeschłe szpilki sosnowe”. Jedzenia było zbyt mało, by normalnie funkcjonować. „Praktycznie przez co najmniej drugą połowę września dosłownie głodowaliśmy. Pieniądz nie przedstawiał najmniejszej wartości. Istniała możliwość wymiany żywności w zamian za garderobę, buty itp. Ale myśmy oboje takich możliwości nie mieli... Myśmy oboje z Ewą byli całkowitymi rozbitkami, bez środków do życia, niemal bez ubrania, daleko od własnego domu i bez żadnej nadziei, aby do niego powrócić”.
     
               Rada Główna Opiekuńcza była zmuszona poinformować władze cywilne powstania, że znaczna liczba jej kuchni została zamknięta z powodu braku produktów żywnościowych.
     
               Jeszcze dotkliwszy był niedostatek wody. Niemcy odcięli wodociągi i zrozpaczeni ludzie ustawiali się w długich kolejkach do studni. Wszędzie widać było wynikającą z tego desperację.
     
               Wiele osób szukało pociechy w religii, a msze odprawiano w piwnicach i na podwórkach. Zakonnice i księża często wykazywali się wielką odwagą, pomagając rannym pod ostrzałem czy przeprowadzając ludzi w bezpieczne miejsca.
     
               Wielki optymizm z sierpnia zastąpiło powszechne przygnębienie: „Byliśmy przybici, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że teraz nasza kolej. Nie było sztucznej brawury. Wszyscy bali się „krów” i nalotów. Czuliśmy, że po prostu nie możemy przeżyć” – wspominał Janusz Hamerliński.
     
             We wrześniu noce stały się zimne. W piwnicach nie można było palić, bo ich mieszkańcy umarliby od dymu. Niektórzy próbowali palić ogniska na podwórkach, ale było to niebezpieczne ze względu na ostrzał artyleryjski.
     
             Pospiesznie kopano groby w parkach, na placach publicznych czy obok chodników, ale często po bombardowaniach zwłoki ponownie były wyrzucane na powierzchnię i stawały się pokarmem dla szczurów i much.
     
              W ostatnich tygodniach powstania wiele ciał leżało niepogrzebanych. W całym mieście potwornie śmierdziało.
     
               Ludzie zaczęli szukać winnych. Alianci i Stalin otwierali listę, ale także AK znalazła się w ogniu krytyki. Gazety, do niedawna tak wyczekiwane, były teraz lekceważone, jako nieprzynoszące prawdziwych informacji. Meldunek napisany dla jednego z wydziałów Biura Informacji i Propagandy cytował mężczyznę, który stwierdził: „Czytamy w gazecie, że mamy Politechnikę, podczas gdy wiemy, że już ją straciliśmy... nie jesteśmy dziećmi, które można karmić bajeczkami”.
     
               Wzrastała także niechęć do pracy dla RGO. „Atmosfera wśród cywilów z każdym dniem się pogarsza – czytamy w jednym z raportów. – Często musimy popychać ludzi do udziału w pracach ulicznych, a nawet po wybudowaniu studni są problemy z wodą. Racje żywnościowe są bardzo niskie i rośnie liczba osób mdlejących z braku jedzenia”.
     
               I dodawano: „Szerzy się głód. Są ludzie, którzy z tego powodu dostają szoku nerwowego... Mąka dochodzi do 1200 zł za 1 kilogram. Za złoto lub walutę obcą wyzyskiwacze dają kilka kilo ziarna”.
     
               Inny oficjalny meldunek BIP stwierdzał: „Istnieją całe grupy mężczyzn, młodych, zdrowych, którzy całymi dniami dosłownie nic nie robią, a natomiast chodzą pijani od rana do nocy. Różni spod ciemnej gwiazdy „komendanci domów”, „komendanci OPL”  itd. chodzą bezczynni i nie biorą udziału np. w budowaniu barykad, podczas gdy zmuszają do tego często ludzi starych i chorych. Notoryczne pijaństwo pociąga za sobą oczywiście przeróżne burdy, krzyki, awantury niedające spać innym mieszkańcom... i wyczyny natury erotycznej. Krytyka powstania wygłaszana jest bez żenady”.
     
               Z wielu stron dały się słyszeć głosy i narzekania na pijaństwo żołnierzy AK. Dochodziło do przykrych ekscesów. Pijaństwo uprawiały przede wszystkim formacje tyłowe. Słyszało się także o faktach dzikiej rekwizycji  - „wczoraj w godzinach południowych (około godziny 13.00) na odcinku Żurawiej... dwóch żołnierzy AK obchodziło większość mieszkań, żądając wydania pewnych ilości pszennej mąki i kaszy manny, przede wszystkim zaś wołali o wino”.
     
               Wyczerpanie osiągnęło taki poziom, że nawet służba sanitarna, która dotychczas działała świetnie, osłabła. Ludzie stali się zobojętniali na wszystko, nawet na krzyk tych, którzy zostali zasypani w piwnicach zniszczonych domów. Cała ich siła się wyczerpała i nie było już nikogo do sprzątania gruzów.
     
                W tej sytuacji, pomimo obaw przed odwetem Niemców,  znaczna część ludności cywilnej Warszawy, z ulgą powitała decyzję o kapitulacji powstania. Skończył się koszmar, choć dla wielu perspektywa zesłania do obozu lub na roboty do Rzeszy była przerażająca.
     
               Po zakończeniu walk mieszkańcy stolicy musieli opuścić swoje miasto. „Szliśmy przez umarłe miasto. – wspominał Józef Gradowski – Każdego wyjścia pilnowali niemieccy żołnierze z karabinami maszynowymi. Pozwolono nam odpocząć przy kościele św. Stanisława na Woli. Z tyłu był ogródek wikarego i ci, co potrafili naprawdę szybko biegać, mogli tam pójść i zdobyć jedzenie. Obserwowali nas starzy niemieccy żołnierze, którzy zachowywali się całkiem przyzwoicie”.
     
               Na Dworcu Zachodnim czekały pociągi do Pruszkowa. „Oczekujemy ze dwie godziny na pociąg. W końcu ładujemy się do towarowego, otwartego wozu i jedziemy. Mijamy Wolę i Ochotę, też częściowo wypalone”. Bydlęce wagony wykorzystane do transportu warszawiaków były tak zatłoczone, że ludzie nie mogli się poruszać ani zmienić pozycji: z trudem oddychali.  Maria Starzyńska wspominała, iż obok niej stała matka,  której na rękach zmarł mały synek. Matka trzymała go w ramionach. Kiedy pociąg zatrzymał się, miała nadzieję, że będzie mogła go pochować, ale nie pozwolono jej wysiąść. Musiała trzymać zwłoki dziecka na rękach przez całą drogę.
     
                Obóz przejściowy w Pruszkowie był rozległy, a na jego pustym dziedzińcu krzyżowały się tory kolejowe prowadzące do olbrzymich warsztatów i hal. „To olbrzymi kompleks budynków, hal, torów i placów, - wspominał Jan Rosner - otoczony wysokimi murami. Odczuwam dreszcz więźnia, przekraczając tę bramę. Od razu czuję, że ta przygoda nie skończy się idyllicznie, jak nam to przedstawiano w PCK i RGO, ale że to prawdziwy obóz”.
     
               W obozie Niemcy dokonywali selekcji Warszawiaków. Wszyscy byli rejestrowani, a potem gestapowcy dzielili ich na kategorie: młody/stary – mężczyzna/kobieta – zdrowy/chory i w zależności od tego decydowało: na roboty do Rzeszy, do obozu lub do zwolnienia.
     
               Każda hala obozu była przeznaczona dla innej kategorii mieszkańców: hala nr 1 – do zwolnienia, hala nr 2 – chorzy, hala nr 4 – do wywózki na roboty, hala nr 5 gromadziła obywateli innych państw, którzy posiadali dokumenty poświadczające narodowość ukraińską, litewską czy białoruską, oraz volksdeutschów i reichsdeutschów odsyłanych specjalnymi pociągami do Rzeszy. W hali nr 6 zebrano ludzi przeznaczonych na roboty w Niemczech – pozostawali pod czujną strażą i innym polskim więźniom nie pozwalano się do nich zbliżać. W hali nr 8 zgromadzono rannych powstańców, a chociaż część z nich była w bardzo ciężkim stanie, polskim lekarzom i pielęgniarkom wolno było jedynie zmieniać im opatrunki.
     
              „Obóz wyglądał strasznie – wspominał jeden ze świadków. – Ludzie byli w okropnym stanie, wielu z nich było rannych, wyczerpanych i chorych, w szoku po niedawnych przeżyciach. Zostali umieszczeni w ośmiu wielkich halach, chociaż tylko siedem było wykorzystywanych. Widać było otwarte ścieki, co było niebezpieczne, dużo brudu i bałaganu. Ludzie leżeli na betonowej podłodze, jeśli nie mieli kawałka drewna lub jakiegoś bagażu”.
     
              W sumie  z Pruszkowa wywieziono do obozów koncentracyjnych 55 000 osób, z czego 13 000 do Auschwitz. Ostatni transport odszedł tam 17 września 1944 roku. Wielu warszawiaków zginęło albo w samych obozach, albo w późniejszych marszach śmierci.
     
              Ponad 150 000 warszawiaków zostało załadowanych do pociągów i wywiezionych na roboty do Niemiec, by pracować na rzecz znienawidzonego wroga. Polacy byli kierowani do pracy w fabrykach amunicji, samolotów, w gospodarstwach rolnych, na budowach, na kolei, do kopania rowów przeciwczołgowych, do czyszczenia miast z gruzów, w fabrykach tekstylnych i kopalniach. Nie pozwalano im schodzić do schronów i wiele osób zginęło lub zostało rannych podczas nalotów bombowych.
     
              Największa grupa warszawiaków zwolnionych z Pruszkowa osiedliła się w innych częściach Polski. Większość z nich była bez pieniędzy, bez zimowych ubrań czy butów i nie miała dokąd iść. RGO pomagała w najbardziej rozpaczliwych przypadkach, ale sama dysponowała niewielkimi możliwościami, więc wiele osób musiało zdać się na szczodrość innych.
     
             Ogółem ponad 350 000 pozbawionych środków do życia warszawiaków musiało spędzić nadchodzącą zimę gdzieś na prowincji lub w rozmaitych miastach, korzystając z minimalnej pomocy i nie mając perspektyw na poprawę losu.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Richie – Warszawa 1944. Tragiczne powstanie
    Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim
    Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945, t. IV
    Białoszewski M. - Pamiętnik z Powstania Warszawskiego
    Bartoszewski W. - 1859 dni Warszawy
    Bartoszewski W. - Warszawski pierścień śmierci 1939–1944. Terror hitlerowski w okupowanej stolicy
    Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po powstaniu 1944
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dokonane przez Niemców rzezie ludności cywilnej oraz zmasowane bombardowanie Warszawy zdecydowanie pogorszyły nastroje mieszkańców miasta.
     
               Wewnętrzny meldunek sytuacyjny AK odnotował, że ludzie ignorują niebezpieczeństwo i zaczęli się upijać i świętować. „Potrzebne jest oddziaływanie propagandy w kierunku przygaszenia przedwczesnego entuzjazmu i przypomnienia czekających jeszcze niebezpieczeństw”.
     
               „Dochodził stały stłumiony odgłos artylerii, - wspominała Larysa Zajączkowska - więc wszyscy myśleli, że zaraz wejdą Rosjanie”. Radiostacja „Anna” meldowała, że Sowieci praktycznie są już w Warszawie.
     
               4 sierpnia dwa brytyjskie bombowce typu Liberator i jeden halifax (z polskimi załogami) przyleciały z Brindisi i zrzuciły kilkanaście zasobników w rejonie cmentarzy na Woli pozostających w rękach powstańców. Zasobniki zawierały tak bardzo potrzebne pistolety maszynowe – steny, karabiny, amunicję, granaty i przeciwpancerne piaty. Był to kolejny dowód, że pomoc jest w drodze. Powstańcy i mieszkańcy stolicy  radośnie świętowali i czekali na następne loty.
     
               5 sierpnia był dniem szczytowej potęgi AK w stolicy.  Niemcy, zaskoczeni początkowo skalą polskich ataków, zaczęli się coraz lepiej organizować oraz przeprowadzać masowe rzezie mieszkańców Warszawy.
     
               Rzezie na Woli i następujący po nich chaos zasiały ziarna wątpliwości wśród ludności cywilnej. „Nastroje ludności niezorganizowanej pogarszają się... żal, rozgoryczenie i panika... podnoszą się głosy defetystyczne” – odnotowano w jednym z oficjalnych raportów AK.
     
               „Ludność cywilna przeżywa depresję... – napisano w innym raporcie - odzywają się głosy, zwłaszcza spośród inteligencji, wyrażające wątpliwość, czy powstanie nie rozpoczęło się za wcześnie. Młodzież nadal entuzjastyczna. Na ogół jednak nurtuje obawa o losy powstania i całość miasta... Lęk i nienawiść wobec Niemców; wobec żandarmerii, gestapo i Ukraińców – nienawiść i chęć natychmiastowego likwidowania”.
     
                W trzecim tygodniu sierpnia wszyscy przenieśli się do piwnic. „Życie w tych schronach było prawdziwą gehenną ludności cywilnej... Mieszkaliśmy... w oficynie domu przy ulicy Długiej 23...  – wspominała Grażyna Dąbrowska -  Wolałam to niż siedzenie w piwnicy, gdzie atmosfera zarówno moralna, jak i czysto fizyczna była trudna do zniesienia i w każdej chwili groziło zasypanie żywcem”.
     
               Ludzie tłoczyli się po kątach piwnic pozbawieni wody, z małą ilością jedzenia, w okropnych warunkach higienicznych, które pogarszały jeszcze pożary i męcząca wysoka temperatura.
     
                „Okienka zasypaliśmy, by ochronić się od odłamków, a zapas świec – minimalny, trzeba oszczędzać. – napisała Janina Lasocka - Świecę zapala się jedynie w chwilach ważnych, na przykład podczas pogrzebu lub jeśli ktoś kona, a przede wszystkim, gdy nadlatują sztukasy. Zdawałoby się, jest rzeczą obojętną, czy gruz przywali człowieka po ciemku, czy przy świetle. Ale nie, wszyscy zgadzają się na jedno: podczas nalotu świeca musi być zapalona”.
     
                 Dla Adama Bienia piwnice były czymś wprost z Dantego. „Widziałem tłumy ludzi siedzących w ciemnych piwnicach, modlących się na głos przed czarnym krzyżem wiszącym na ścianie. Widziałem kobiety w czerni, milczące i zrezygnowane, klęczące obok trumien w bramach warszawskich kamienic. Widziałem, jak w pośpiechu i w jak płytkich grobach grzebano te trumny”.
     
               „Nie było tam wody, - zanotował Klaudiusz Hrabyk -  kanalizacji, oświetlenia, wentylacji, kuchni itp. W ciemnych, ciasnych i brudnych korytarzach i komórkach tłoczyło się mnóstwo ludzi wraz z całym swoim dobytkiem... W ciemnościach rozjaśnionych gdzieniegdzie mrugającą świeczką widać było blade i wychudzone twarze, stękali ranni i chorzy, marudziły i płakały dzieci”.
     
                „Wszyscy jednakowo siedzieli w piwnicach, - zapisała Grażyna Dąbrowska - pozbawieni wszystkiego oprócz tego, co przynieśli w worku na plecach. Szybko nawiązywały się znajomości i przyjaźnie, często dzielono się skąpymi zapasami, „bo nie wiadomo, czy do jutra dożyjemy”, pilnowano dzieci, gdy trzeba było wyruszyć na poszukiwanie żywności czy po wodę”.
     
               Wszelkie tabu dotyczące prywatności zostały przełamane. Zostały wykopane wspólne latryny, a ludzie korzystali z nich na widoku publicznym -  „Kabiny do kucań wszystkie bez drzwi. Nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Ani się nie wstydził”.
     
               Naloty bombowe stawały się coraz bardziej zaciekłe i coraz więcej ludzi było ciężko rannych od szrapneli lub z powodu pożarów. Coraz więcej mieszkańców Warszawy  straciło swoje mieszkania.
     
                Oficjalny wewnętrzny meldunek do Okręgowego Delegata Rządu stwierdzał: „bezdomna ludność cywilna przebywa w schronach na terenie naszej dzielnicy (głód, fatalne warunki higieniczne, brak jakiejkolwiek organizacji i pomocy z zewnątrz). Sprawa ta może mieć poważne następstwa zarówno ze względu na niebezpieczeństwo epidemii, jak i ze względu na rozszerzający się defetyzm, a nawet miejscami wrogi stosunek do wojska. Nastawienie ludności w schronach cechuje chorobliwa bierność. Zupełnie biernie znoszą głód (niektórzy nie jadają po 2–3 dni), nie wykazując żadnej inicjatywy w kierunku starań o żywność”.
     
               Ludzie byli coraz bardziej zrozpaczeni. „Nastroje pogarszają się z każdym dniem, ludzi ogarnia apatia i przygnębienie. – informował inny meldunek - Zaczynają głośno sarkać na kierownictwo powstania, na aliantów i Sowiety... Ludność spalona tuła się po schronach i piwnicach, marnie odżywiana przez RGO... zaczynają panować choroby: czerwonka i tyfus... Do tego dochodzą nieodpowiednie ustosunkowania się żołnierzy AK do ludności cywilnej... Lepszą żywność rozdziela się między siebie, a dopiero reszta idzie dla żołnierzy pierwszych linii...”.
     
               Żołnierze AK odczuwali tę zmianę nastrojów mieszkańców Warszawy. Łącznik Kedywu opowiadał: „Widziałem, jak dzień za dniem wzrastała wśród cywilów nienawiść do powstańców. Jak wiele bólu i goryczy powodowały tragiczne warunki życia. W jednym z korytarzy matka z dziećmi zwróciła się do nas: „Bandyci! Zostawcie nas w spokoju”.  Minęły już czasy, gdy ludzie przyłączali się do budowy barykad na ulicach i wiwatowali na cześć powstańców. „Czuliśmy, że entuzjazm minął i zastąpiła go niechęć, a nawet nienawiść”.
     
                „Ludność cywilna, bezbronna i bezczynna, (…) - zanotowała Grażyna Dąbrowska – brak jakiejkolwiek realnej pomocy i beznadziejność dalszej obrony, oskarżała powstańców i obarczała dziesiątkowanych przez wroga, nieprzytomnych ze zmęczenia chłopców odpowiedzialnością za śmierć i cierpienia bliskich” .
     
               Wielkie magazyny żywności zostały już opróżnione i ludzie zaczęli głodować.  Śmiertelność wśród niemowląt osiągnęła olbrzymie rozmiary, gdyż matki nie miały pokarmu, wody ani mleka, a szerzyły się choroby.
     
    CDN.
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ludność cywilna Warszawy z entuzjazmem powitała wybuch powstania.
     
               Od pierwszego wystrzału Warszawa uznała powstanie za swoje... – napisał adwokat Stefan Talikowski - Biorę flagi i z balkonów naszego mieszkania wywieszam na ulicę. W oknach przeciwległych domów pojawiają się wzruszone i uśmiechnięte twarze. Ludzie biją brawo. Za naszym przykładem sąsiedzi poczynają wywieszać flagi”.  
     
               W pierwszych dniach powstania większość warszawiaków uważała, że zostało osiągnięte wielkie zwycięstwo.
     
              Rysowano mapy i rozwieszano je, pokazując „wolne” dzielnice Warszawy: Żoliborz na północy, Wolę na zachodzie, Stare Miasto i większość Śródmieścia w centrum oraz Ochotę, Czerniaków i Mokotów na południu.
     
                Nie zdawano sobie sprawy, iż lotniska, mosty, główne drogi, dworce kolejowe, kwatery SS i policji, obiekty wojskowe – wszystkie miejsca, które Niemcy umocnili przed powstaniem – nadal pozostały w ich rękach.
     
                „Nieważne, że nie osiągnęliśmy naszych celów w pierwszych dniach walki. Nasza wiara w zwycięstwo jest nadal silna” – napisał 5 sierpnia 1944 roku Włodzimierz Rosłoniec. Tę opinię podzielała większość mieszkańców stolicy.
     
               Mieszkańcy Warszawy napawali się swą na nowo odkrytą wolnością. Nagle, po pięciu latach brutalnej okupacji, mogli wyjść z domu po godzinie policyjnej, rozmawiać głośno na ulicy, czytać polskie gazety i powiewać polskimi flagami bez obawy aresztowania.
     
               2 sierpnia 1944 roku AK zdołała uruchomić w mieście system głośników i ludzie po raz pierwszy od 1939 roku mogli usłyszeli polski hymn narodowy. Ludzie publicznie płakali na ulicach.
     
               Meldunki sytuacyjne AK  chwaliły spontaniczne współdziałanie cywilów wywieszających polskie flagi i ochotników pomagających AK na wszelkie sposoby. Ludzie śpiewali patriotyczne pieśni, na przykład Rotę, z jej frazą: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”.
     
               Niemieckie znaki i swastyki były bezceremonialnie zrzucane z budynków, a zdjęcia Hitlera, obowiązkowe w każdym niemieckim biurze, umieszczano na barykadach tak, by żołnierze wroga musieli strzelać do swego Führera.
     
               Stare podziały między ludźmi przestały istnieć – wszyscy chcieli pomagać. Kiedy Jan Rossman z batalionu „Broda” dostał rozkaz zajęcia budynku szkoły przy ulicy Okopowej 5, był zaskoczony, ile ciepła okazują mu mieszkańcy dzielnicy. „Mieszkańcy okolicznych domów powitali nas z entuzjazmem. Znaleźli drabiny i łomy, by pomóc nam dostać się do szkoły, i szybko ją zdobyliśmy”.
     
               Od pierwszej chwili warszawiacy rzucili się do budowania w całym mieście barykad przeciw czołgom. Dzieci, dorośli, starcy, wszyscy chcieli pomóc. „Wynosili wszystko, meble, wózki, stare wozy... sterty kamieni, skrzynie napełnione piaskiem”.  Ludzie którzy nie znali się,  nagle stawali się niemal przyjaciółmi, pracując ręka w rękę przy wznoszeniu barykad.
     
               Delegat Rządu na Kraj musiał wydać rozkaz, by ludzie nie używali cennych rzeczy, takich jak „stare meble, obrazy i maszyny do pisania” do budowy barykad.
     
               Powstańcy w tych pierwszych dniach wolności nie podlegali żadnej krytyce. Byli bohaterami chwili, grzali się w blasku chwały, przynależnej osobom paradującym w panterkach, hełmach i z opaskami na rękawach.
     
               Młodzi powstańcy otrzymywali od warszawiaków jedzenie, ubranie, schronienie i wszystko, czego potrzebowali. „Maszerowaliśmy z Umschlagplatzu na Wolę. Dystans jednego czy dwóch kilometrów był wolny od Niemców i tysiące ludzi stały wzdłuż ulic, rzucając kwiaty i płacząc” – wspominał Stanisław Aronson.
     
                  Pragnienie przyjścia z pomocą powstańcom płynęło z głębi serca i było powszechne. W prywatnych mieszkaniach zakładano punkty opatrunkowe, dzieci zachęcano do pracy przy darciu prześcieradeł na bandaże. Cywile uczyli się wytwarzać filipinki – „po prostu ostukujesz młotkiem puszkę po konserwach, napychasz kawałkami żelaza zmieszanymi z materiałem wybuchowym, a specjalista dodaje do tego detonator”- głosiła popularna instrukcja.
     
                „Ludność stolicy zespoliła się z wojskiem w walce i nawet nieuzbrojeni porwani entuzjazmem młodzieży budują barykady przeciw czołgom wroga. – napisał w depeszy gen. Komorowski -  Kobiety rywalizują w służbie i walce z mężczyznami, wszyscy w karnym posłuchu i zapale ofiarności”.
     
               Liczni ochotnicy organizowali kantyny, magazynowali ubrania z opuszczonych mieszkań, kopali doły kloaczne dla uciekinierów, gromadzili miski, ręczniki, mydło i koce i dostarczali zaopatrzenie do piwnic.
     
              Po rozpoczęciu przez Niemców od 4 sierpnia regularnych bombardowań miasta, mieszkańcy wyznaczyli specjalne dyżury w poszczególnych blokach, a  także posterunki przeciwogniowe. W piwnicach przygotowano schrony, zmagazynowano wodę i rozdzielano żywność.  W piwnicach umieszczano także kilofy i latarki na wypadek zasypania. W nocy obowiązywała cisza od godziny 23.00 do godziny 5.00 rano. „Wierzono, że mury długo wytrzymają, mieliśmy dość żywności, były lekarstwa i środki opatrunkowe, była woda”.
     
               Przekopano przejścia tunelami do pobliskich budynków, by nie trzeba było wychodzić na zewnątrz, a wszyscy w sąsiedztwie zorganizowali się w odpowiednie grupy. „Kieruję obroną przeciwlotniczą – wspominał Stefan Talikowski. – Biegam po klatkach schodowych w górę i w dół, sprawdzam posterunki na strychach i sprzęt przeciwpożarowy. Wypatrujemy „gołębiarzy”, ukrywających się na dachach i strychach”.
     
               Wybuch powstania zaskoczył wielu mieszkańców, którzy nie byli w stanie wrócić do swych domów.  W ogarniętym walkami mieście wielu zostało bez dachu nad głową, często bez pieniędzy, żywności i jakiejkolwiek pomocy.  Tysiące dzieci zostało bez opieki, bo rodzice nie mogli do nich dotrzeć albo zginęli.
     
                Wiele osób było początkowo przerażonych widokiem zwłok leżących na ulicach, ogrodach i podwórzach. „Widziałam martwe ciała mężczyzn, kobiet i dzieci, niektóre ubrane, niektóre prawie nagie i przykryte tylko gazetami. Po początkowej euforii i entuzjazmie był to szok i pogrążył nas w depresji”- wspominała Sabina Sebyłowa.
     
               Młode kobiety, które zgłosiły się na ochotnika jako sanitariuszki, nagle musiały bandażować ofiary strasznych oparzeń, bardzo częstych podczas powstania.  „Przy pierwszej operacji kazano mi trzymać amputowaną nogę bodaj osiemnastoletniego żołnierza. – wspominała Halina Zbierska – Początkowo wszystko szło dobrze, ale gdy po odpiłowaniu kości poczułam ciężar bezwładnie opadającej kończyny, osunęłam się na nią”.
     
    CDN.
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Jeszcze na początku lata 1914 roku nic nie wskazywało na nagłe zaognienie stosunków pomiędzy Wiedniem a Belgradem.
     

               Wojny bałkańskie zniszczyły bezpieczną pozycję Austrii na Półwyspie Bałkańskim, przyczyniając się do powstania większej i silniejszej Serbii, której terytorium powiększyło się o ponad osiemdziesiąt procent. Podczas drugiej wojny bałkańskiej serbskie siły zbrojne pod wodzą swojego naczelnego dowódcy generała Putnika wykazały się imponującą dyscypliną i inicjatywą.
     

               W raporcie austriackiego Sztabu Generalnego z 9 listopada 1912 roku wyrażano zdziwienie z powodu tak gwałtownego wzrostu siły uderzeniowej wojsk serbskich. Prace nad ulepszeniem sieci kolejowej, modernizacja uzbrojenia i innego wyposażenia oraz potężny wzrost liczby jednostek frontowych – wszystko to sfinansowane z francuskich pożyczek – przekształciły Serbię w groźnego przeciwnika.
     

               Decydenci w Wiedniu byli podzieleni co do tego, w jaki sposób zareagować na pogarszającą się dla nich sytuację na Bałkanach. Czy Austro- Węgry powinny szukać jakiegoś kompromisu z Serbią, czy powstrzymywać ją środkami dyplomatycznymi? Czy Wiedeń powinien dążyć do naprawy relacji z Petersburgiem? Czy też rozwiązania należało szukać w konflikcie militarnym?
     
     
               Polityką zagraniczną monarchii nie kierował żaden zwarty organ władzy wykonawczej stojący na szczycie całego systemu. Istniało szereg ośrodków władzy, których wzajemne relacje były częściowo nieformalne i ciągle się zmieniały.
     
     
               Jednym z takich ośrodków był Sztab Generalny, innym Kancelaria Wojskowa austriackiego następcy tronu, a kolejnym Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Konstytucja monarchii dualistycznej wymagała, aby kwestie polityki zagranicznej Cesarstwa Austrii były konsultowane z premierem Węgier.
     
     
               Nad tym wszystkim stał cesarz, którego prawa do aprobowania lub blokowania inicjatyw swoich ministrów i doradców nikt nie podważał. Jego rola polegała także na mediowaniu między inicjatywami generowanymi przez luźno powiązane ze sobą ośrodki władzy.
     

               Na tle tego niezwykle skomplikowanego systemu wyróżniały się trzy osoby posiadające największe wpływy: szef austriackiego Sztabu Generalnego feldmarszałek Franz Conrad von Hötzendorf, następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand oraz wspólny austro-węgierski minister spraw zagranicznych hrabia Leopold von Berchtold.
     

               Conrad von Hötzendorf  nawet na tle europejskich dowódców wojskowych sprzed roku 1914 wyróżniał się niezwykłą agresywnością. Praktycznie na każde dyplomatyczne wyzwania miał jedną odpowiedź: „wojna”. Wielokrotnie doradzał wojny prewencyjne przeciwko Serbii, Czarnogórze, Rosji, Rumunii, a nawet Włochom. Tylko w 1913 roku  postulował wojnę z Serbią nie mniej niż dwadzieścia pięć razy.
     
     
                  Pod energicznym nadzorem utalentowanego majora Aleksandra Broscha von Aarenau Kancelaria Wojskowa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda została zreorganizowana na wzór ministerstwa.  Franciszek Ferdynand był stanowczo przeciwny agresywnemu awanturnictwu Conrada.


               Najbardziej wpływowym sprzymierzeńcem Franciszka Ferdynanda był habsburski minister spraw zagranicznych hrabia Leopold Berchtold von und zu Ungarschitz, Fratting und Pullitz. Berchtold był zwolennikiem  naprawy relacji z Rosją.
     

               Wojny bałkańskie sprawiły, iż partia wojny zyskała przewagę, szczególnie pod wpływem ponurych doniesień docierających z terenów podbitych przez Serbów. Austriaccy konsulowie donosili o licznych zbrodniach popełnianych przez Serbów na ludności zajętych prowincji. Nie były to   spontaniczne akty przemocy, lecz „dokonana systematycznie i z zimną krwią operacja eliminacji czy też wyniszczenia, która wydawała się być przeprowadzona na polecenie z góry”.  Informacje te zostały potwierdzone przez dyplomatów francuskich, tureckich i greckich.
     
     
               Niemniej jednak wojna pomiędzy Austrią a Serbią nie wydawała się prawdopodobna aż do wiosny i lata 1914 roku. Wiosną tamtego roku w Belgradzie panował stosunkowo spokojny nastrój odzwierciedlający poczucie nasycenia po wojnach bałkańskich. Brak stabilizacji na nowo zdobytych terenach oraz kryzys w relacjach cywilno-wojskowych, który nękał Serbię w maju, dawały podstawy do podejrzeń, iż w dającej się przewidzieć przyszłości rząd w Belgradzie skupi się głównie na konsolidacji wewnętrznej.

     
               Nie było także żadnych oznak, iż sami Austriacy myśleli wówczas o wojnie. Wiedeń bardzo stanowczo skupiał się na metodach i celach dyplomatycznych, co było zgodne z tym, jak monarchia habsburska postrzegała samą siebie, czyli jako orędownika „konserwatywnej polityki pokoju”.

     
               Największą przeszkodą do prowadzenia polityki wojny był nadal Franciszek Ferdynand.  Conrad został poinformowany, że arcyksiążę „pod żadnym pozorem” nie poprze „wojny z Rosją”, gdyż nie chce „ani jednej śliwy, ani jednej owcy z Serbii, był jak najdalszy od takich zamiarów”.

     
               Po kolejnych starciach w czasie manewrów zorganizowanych latem 1914 roku w Bośni Franciszek Ferdynand postanowił pozbyć się kłopotliwego szefa sztabu. Gdyby arcyksiążę przeżył wizytę w Sarajewie, Conrad zostałby zwolniony ze stanowiska. Jastrzębie straciłyby swojego najbardziej stanowczego i konsekwentnego rzecznika.

     
              Pojawiły się nawet pewne oznaki ocieplenia  w stosunkach dyplomatycznych z Belgradem. Pod koniec maja 1914 roku – po wielu miesiącach urzędowych sporów – zawarto porozumienie o wymianie niewielkiej liczby więźniów przetrzymywanych w obu krajach pod zarzutem szpiegostwa.

     
            Były to skromne, lecz dające nadzieję na przyszłość oznaki, że z czasem Austro-Węgry i Serbia będą mogły nauczyć się żyć ze sobą jak zwykli sąsiedzi.


     
    Wybrana literatura:
     
    C. Clark – Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914

    J. Pajączkowski-Dydyński – Plany operacyjne mocarstw centralnych przeciw Rosji
     
    A. Chwalba – Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914-1918
     
    B. Liddell Hart – History of the First World War
     
    M. Zgórniak – 1914-1918. Studia i szkice z dziejów I wojny światowej
     
    H. Wereszycki – Historia Austrii
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Pomimo znacznych austriackich inwestycji w Bośni i Hercegowinie działały organizacje terrorystyczne finansowane przez Belgrad.
     

               Porażka Rosji w czasie kryzysu 1908 roku sprawiła, iż Petersburg zaczął energicznie pracować, aby  skłonić Belgrad do przyjęcia bardziej asertywnej postawy wobec Wiednia. W tym antyaustriackim nastawieniu przodował naczelnik wydziału konsularnego serbskiego MSZ Miroslav Spalajković, zaangażowany w kampanię dyskredytacyjną austriackiego posła. W je efekcie Wiedeń został zmuszony w 1911 roku do odwołania Forgácha z Belgradu.
     

               Miroslav Spalajković  od dawna interesował się Bośnią i Hercegowiną – jego żona była Bośniaczką, a on sam w swojej rozprawie doktorskiej obronionej w 1897 roku na uniwersytecie w Paryżu argumentował, że ponieważ te dwie prowincje pozostawały z punktu widzenia prawa autonomicznymi jednostkami podlegającymi Imperium Osmańskiemu, ich aneksja przez Austro-Węgry nigdy nie będzie mogła być uznana za legalną. Następnie jako serbski poseł w Sofii, odegrał ważną rolę przy tworzeniu serbsko-bułgarskiego sojuszu stanowiącego trzon Ligi Bałkańskiej, która w 1912 roku rozpętała pierwszą wojnę bałkańską.
     
     
               Z kolei Forgách po opuszczeniu belgradzkiej placówki został zaciekłym serbofobem, który także pozostał na scenie wydarzeń jako jedna z czołowych postaci  austro-węgierskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
     
     
                 Problem serbski nie był sprawą, którą Austriacy mogli rozwiązać bez udziału innych mocarstw. Stanowił on element złożonego kompleksu powiązanych ze sobą kwestii. Pierwszym palącym problemem były relacje Serbii z Rosją, które po kryzysie bośniackim były bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Rosyjskiego posła Hartwiga i premiera Nikolę Pašicia łączyły nadzwyczaj zażyłe stosunki. Obaj mężczyźni spotykali się prawie codziennie – „wasza broda konsultuje się z naszą”, urzędnicy serbskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych mieli mawiać młodszym dyplomatom z poselstwa rosyjskiego.
     
     
                 Wiedeń chciał zrekompensować sobie serbską wrogość, polepszając swoje stosunki z Bułgarią. Lecz z powodu zażartego sporu granicznego między Bułgarią i Rumunią przyjaźń z Sofią groziła pogorszeniem stosunków z Bukaresztem. A wrogość Bukaresztu była wyjątkowo niepożądana w Wiedniu ze względu na dużą rumuńską mniejszość zamieszkującą węgierski Siedmiogród. Gdyby Rumunia zwróciła się w kierunku Petersburga, wówczas problem mniejszości rumuńskiej mógłby również stać się kwestią bezpieczeństwa regionalnego.
     

               Pomimo, iż Włochy wraz  z Austrią i Niemcami utworzyły w maju 1882 roku Trójprzymierze, znaczna część włoskiej opinii publicznej nastawiona była konfrontacyjnie wobec Wiednia, uznając basen Adriatyku za naturalny obszar włoskich wpływów.


                Najbardziej prawdopodobnym źródłem przyszłego konfliktu austriacko-włoskiego na Bałkanach była nadal znajdująca się w granicach Imperium Osmańskiego Albania, którą zarówno Włochy, jak i Austria uznawały za własną strefę wpływów.
     
     
              Pomimo, iż w marcu 1909 roku Serbia formalnie zobowiązała się do powstrzymania od kolejnych tajnych operacji na terytorium Austro-Węgier,  Belgrad nadal finansował antyaustriackie organizacje w Bośni i Hercegowinie.  Powstała także nowa organizacja – Czarna Ręka. W listopadzie 1911 roku nowy poseł austriacki w Belgradzie Stephan von Ugron zu Abránfalva poinformował Wiedeń o „stowarzyszeniu istniejącym podobno w kręgach oficerskich”, które było wówczas tematem komentarzy prasowych w Serbii. Celem Czarnej Ręki było „ usunięcie wszelkich osób w kraju, które stoją na drodze do realizacji idei Wielkiej Serbii” oraz osadzenie na tronie przywódcy „gotowego pokierować walką o zjednoczenie wszystkich Serbów”.
     
     
               Początkowo Austriacy obserwowali rozwój wypadków z zadziwiającym spokojem.  Jednak gdy organizacja przybrała półoficjalny charakter, a jej promotorem został minister wojny Stepanović, Wiedeń zaczął monitorować rozwój wpływów organizacji na serbski korpus oficerski, który stał się „bastionem wielkoserbskich, skrajnie austrofobicznych tendencji”.


              Gdy w trakcie pierwszej wojny bałkańskiej żołnierze serbscy okupowali północną część Albanii, Wiedeń zażądał od Belgrad wycofania się z Albanii. Serbski premier Pašić nie odpowiedział wprost, i zdaniem Leona Bilińskiego cywilnego namiestnika Bośni i Hercegowiny  „wprawił w zakłopotanie austriackiego ministra spraw zagranicznych za sprawą charakteryzującego go osobliwego połączenia łaskawej dobroduszności i umyślnego zaciemniania faktów”.
     

               Sytuacja ta przede wszystkim pokazywała poczucie paraliżującego zakłopotania, jakie ciążyło nad relacjami austriacko-serbskimi aż do ostatnich chwil przed wybuchem pierwszej wojny światowej.
     
     
               Z prowadzonej przez Austrię obserwacji Serbii w ostatnich latach, miesiącach i tygodniach przed zamachem w Sarajewie wyłaniał się bardzo niejasny obraz sił destabilizujących sąsiedni kraj. Oskarżenia o złą wiarę, nieuczciwość, niesłowność, pokrętność, gwałtowność i pobudliwość były stałym elementem w raportach przesyłanych przez posłów austriackich z Belgradu. Rzucał się w oczy brak dogłębnej analizy powiązań operacyjnych między serbskim wywiadem a terrorystycznymi organizacjami działającymi na terytorium  Austro-Węgier.
     
     
               Austriacy rozumieli, że celem Narodnej Odbrany oraz Czarnej Ręki było obalenie rządów austro-węgierskich w Bośni oraz kierowanie tajnymi siatkami działającymi w krajach habsburskich. Lecz nie orientowali się w charakterze powiązań i relacji między Narodną Odbraną oraz Czarną Ręką.
     
     
              Młodobośniaccy terroryści serbscy, którzy latem 1914 roku przybyli do Sarajewa, aby zabić następcę austriackiego tronu, argumentowali swój czyn uciskiem, jaki mieli cierpieć ich bracia w Bośni i Hercegowinie.
     

               W rzeczywistości jedynie w pierwszych latach okupacji miały miejsce liczne protesty, zwłaszcza przeciwko przymusowemu poborowi do wojska. Nie było w tym jednak nic nowego, gdyż te prowincje były miejscem chronicznych zaburzeń za czasów panowania osmańskiego.
     
     
           Drażliwym tematem było położenie chłopstwa po 1878 roku. Austriacy postanowili nie znosić tureckiego systemu feudalnego (agaluk), który w 1914 roku nadal obejmował około dziewięćdziesięciu tysięcy bośniackich chłopów pańszczyźnianych zwanych kmetami.
     
     
              Wynikało to z instytucjonalnego konserwatyzmu rządów władz habsburskich, które na całym obszarze Bośni i Hercegowiny, gdzie było to możliwe dostosowywali do nowego porządku prawa i instytucje  oddziedziczone po epoce osmańskiej.
     

            Administracja austriacka uczyniła również wiele dla zwiększenia wydajności rolnictwa oraz przemysłu w Bośni i Hercegowinie. Zakładano wzorcowe gospodarstwa rolne, w tym winnice i stawy rybne, wprowadzono podstawowe szkolenia z zakresu agronomii dla wiejskich nauczycieli, a nawet otwarto w Ilidze pierwszą szkołę rolniczą, jakiej próżno byłoby szukać w tamtym czasie w sąsiedniej Serbii.
     

             Nastąpił także potężny napływ kapitału inwestycyjnego. Powstała sieć dróg i linii kolejowych, w tym jedne z najlepszych dróg górskich w Europie. Tempo industrializacji osiągnęło swój szczyt za czasów rządu hrabiego Béniego Kállaya (1882–1903), a konsekwencją tego był wzrost produkcji przemysłowej (średnio 12,4 procent rocznie w latach 1881–1913) w skali bezprecedensowej dla całych Bałkanów.
     

          Można stwierdzić, iż  administracja austriacka traktowała nowe prowincje jako wizytówkę, która miała na celu „zademonstrowanie ludzkiego i skutecznego charakteru rządów habsburskich”.



    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    W poprzedniej części zatrzymaliśmy się wspólnie z czytelnikami na Iwanie Groźnym i Stefanie Batorym, a to nieprzypadkowo, bo fakt faktem, że żaden z królów naszych nie był chory na umyśle, natomiast u carów choroby umysłowe nie należały do rzadkości. Ustrój naszej Rzeczypospolitej oddzielał władzę świecką od duchownej, dzięki czemu ograniczano dostęp do władzy (krótko mówiąc) wariatom. Nie twierdzę oczywiście, że każdy duchowny lub zakonnik był chory umysłowo – wręcz przeciwnie, sądzę, że większość miała zupełnie trzeźwe umysły, niekiedy wręcz wybitne. Twierdzę jednak, że stan duchowny, a szczególnie życie klasztorne było prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem dla osoby słabej na umyśle, szczególnie takiej, która miała wczesne objawy „choroby szamańskiej” (na przykład słyszała „głosy”, miała omamy itp.). Przy tym trzeba brać pod uwagę, że wszystko co wiemy o życiu wewnętrznym tych ludzi nie pochodzi z diagnoz psychiatrów, tylko z rozmaitych wydawnictw krzewiących pobożność. Prezentują więc one nie tyle stan faktyczny, co wyobrażenia autorów na temat świętości i świątobliwości.

    W sensie prawnym osobą słabą umysłowo powinna była zaopiekować się rodzina, jednak bywały przykłady, że takie osoby żyły z chorobą przez długi czas nierozpoznaną, bo maskowaną źle rozumianą religijnością. Wysoka pozycja społeczna czyniła z nich prawdziwe utrapienie dla otoczenia, a zwłaszcza dla rodziny, poddanych i służby. Przykładem takiej postaci jest Elżbieta Łucja z Gostomskich Sieniawska, w której odnajduję ewidentne rysy szamanki, i to niebezpiecznej, kontaktującej się z duchami podziemi. Przy czym ponownie zaznaczam: to, co o niej wiemy jest mieszaniną faktów i legend, i pokazuje bardziej wyobrażenie świętości i świątobliwości, niż rzeczywisty jej życiorys. Chodzi mianowicie o dzieło jezuity Wawrzyńca Susligi pt. Żywot Jaśnie Wielmożnej a wielce pobożnej Paniej Jej Mci Paniej Helżbiety z Leżenice Sieniawskiej…, wydany (pięć lat po jej śmierci) w roku 1629.

    Wg Susligi panna Elżbieta cudem ocalała od aborcji, gdyż ktoś chciał, by jej matka Zofia z domu Szczawińska, ciąży nie donosiła. Urodzona 13 grudnia 1573 roku, zmarła 20 września 1624. Ojciec jej, słynny autor poradnika Anzelm Gostomski miał w sumie cztery żony i sporo potomków, ale z Zofii tylko jedną córeczkę, była więc oczkiem w głowie mamusi, na poły jedynaczką. Ponieważ Anzelm był kalwinistą, katoliczka Zofia czuła się zmuszona do szczególnej dbałości o religijne wychowanie córki, co najwyraźniej nie posłużyło tej ostatniej na zdrowie. Matka przymuszała ją do postów, dyscyplin (biczowań) i nieustannych modłów. Panienka Elżbieta szybko zrozumiała, że nie dla niej zamążpójście i planowała zostać zakonnicą, ale musiała być nad wiek fizycznie rozwinięta i zacnej urody, skoro już w wieku trzynastu lat „niektórzy zamyślali jakoby ją porwać”. Czy pani Zofia sobie to wymyśliła trzęsąc się nad córką ze strachu, czy faktycznie tak było, tego już się nie dowiemy, wiemy tyle, że córa została oddana do dworu podeszłej wiekiem królowej Anny Jagiellonki, słynącej z pobożności. Obie panie bardzo sobie przypadły do gustu, chętnie się razem modliły, uczestniczyły w nabożeństwach, wiele ze sobą rozmawiały, a gdy Elżbieta zachorowała, królowa osobiście bywała u wezgłowia chorej i wywiadywała się często o jej zdrowiu. Około 1584 roku jej spowiednikiem został tajemniczy jezuita ksiądz Kasper Nahajus, o którym będzie mowa dalej.

    Gdy już przyszła do „lat słusznych” wolałaby pozostać panną, ale w 1590 roku zgodziła się wyjść za mąż za Prokopa Sieniawskiego, podczaszego koronnego. Był to o tyle błędny wybór, że podobnie jak ojciec panny młodej, tak i mąż był również kalwinistą. Jeśli wolno gdybać, to myślę, że wybór katolika byłby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, bo prawdopodobnie choroba Elżbiety nie ujawniłaby się w całej okazałości. Żyjąc z heretykiem Sieniawska czuła zapewne większy przymus do dewocji, aby odkupić „grzech” koegzystowania z kalwinistą. Sieniawski zaś był dla żony bardzo wyrozumiały i tolerancyjny, tak dalece, że chyba nie spostrzegł na czym polega problem. Myślał zapewne, że urodziwa i seksowna żonka jest pobożna, jak to zwykle u katolików bywało, i nie zauważył, że Elżbieta jest niewolniczo uzależniona od modłów i nabożeństw. Doszło do dziwnej sytuacji. Małżonkowie mieli wyjechać w podróż, ale „pani zwyczajnego nabożeństwa nie chcąc opuścić, zabawiła się nadzwyczaj długo”. Zniecierpliwiony tym małżonek poszedł piechotą, ale niezbyt szybko. Spodziewał się, że żona z wozami wkrótce go dogoni. Tymczasem zagłębiona w modlitwie małżonka męża bynajmniej nie dogoniła, Prokop zabłądził, i minęło sporo czasu zanim czeladź go odnalazła. Dwie godziny potem pojawiły się wozy z panią. Sytuacja irytująca i małżonek miał prawo być wściekły, Elżbieta ewidentnie go zaniedbała dla swoistego nałogu, ale Prokop „żadnego znaku gniewu paniej nie pokazał, ani jej przyganił, że swoim długim nabożeństwem przyczyną mu była onego obłąkania”, czyli zabłądzenia. Z czasem chyba zaczął dostrzegać chorobę żony, zdarzyło się bowiem, że gdy szykowała się do kościoła, zabronił koniuszemu zaprzęgać koni. Koniuszy jednak bardziej słuchał pani, niż pana. Sieniawski bardzo delikatnie i po rycersku odnosił się do dziwactw Elżbiety, dzięki czemu „szanowali się bardzo i zgodnie mieszkając przykrego słowa sobie nigdy nie mówili”. Musiał być też oczarowany jej urodą, skoro tylko czasami ubolewał, że się żona ubiera niedbale. Piękne ciało nie wymaga pięknego przyodziewku… depresja także go nie lubi.

    Prokop Sieniawski został marszałkiem nadwornym i często rozmawiał z księdzem Skargą. Lata płynęły, a dworskie życie nie sprzyjało zdrowiu marszałka. Podczas świąt wielkanocnych żona namawiała go, by towarzyszył jej na jutrzni. Zrazu się zgodził, ale rozmyślił i pozostał w domu. „Na ten czas gdy na łóżku leżał” – podaje ojciec Susliga – coś do niego przyszło i uderzyło go, wprawdzięć nie szkodliwie, ale tak mocno, że dobrze poczuł, i rozumiał, że go ciężko raniono, i jakoby się z rany krew obficie lała. A mniemając, że mu to kto z onych gości uczynił, wstał do drzwi, które zastawszy mocno zamknione, domyślił się, że przestraszeniem onym niedbalstwo jego Pan Bóg ukarał”.

    Sytuacja osobliwa, bo dotyczyła marszałka nadwornego, czyli osoby współodpowiedzialnej (z marszałkiem wielkim) za bezpieczeństwo osoby królewskiej. Wyobraźmy sobie, co by to było, gdyby dzisiaj coś podobnego spotkało szefa Służby Ochrony Państwa. Wizyta u psychiatry, wszechstronne badania lekarskie, urlop ze służby, śledztwo, czy ktoś urzędnika nie podtruł, jak Gabriela Janowskiego… Sieniawski więc wstaje i pędzi na jutrznię, a potem nawraca się na katolicyzm, zrazu potajemnie, gdyż zachowując resztki rozsądku zdaje sobie sprawę, że każda konwersja ma znaczenie polityczne i może być rozmaicie interpretowana. Spowiednikiem jego w roku 1594 zostaje... Kasper Nahajus, który, jak wiemy, był już od lat dziesięciu spowiednikiem naszej Elżbiety.

    Nazwisko Nahajus nie jest przypadkowe i prawdopodobnie pochodzi od słowa Nogaj. Nogaje byli szczepem tatarskim, w dużej mierze pogańskim, podległym jednak Chanatowi Krymskiemu, którego władcy byli muzułmanami. W młodości przyszły ksiądz trafił do niewoli wojewody podolskiego Jerzego Jazłowieckiego podczas rozbicia jakiegoś tatarskiego czambułu. Musiał być więc już nastolatkiem, skoro uczestniczył w tatarskiej wyprawie wojennej, i zapewne doskonale pamiętał swoje tatarskie życie. Oddany do szkoły w Przeworsku, następnie studiował na Akademii Krakowskiej, gdzie otrzymał stopień bakałarza. W Rzymie uczył się filozofii, a w roku 1582 przystąpił do zakonu jezuitów, odbył probację i wstąpił do Kolegium Romanum, gdzie przez trzy lata uczył się kaznodziejstwa. Był jednym z pierwszych pięciu jezuitów, którzy przybyli do Lwowa na zaproszenie arcybiskupa lwowskiego Jana Dymitra Solikowskiego w roku 1584. Sukcesy miał w nawracaniu niebywałe. Był kapelanem obozowym, prowadził też zawziętą pracę misjonarską na terenie Wołynia, Podola, na ziemi halickiej, i nawet w Mołdawii. Kontynuował prace nad budową kolegium jezuickiego we Lwowie, pozyskiwał sponsorów, w latach 1594-1595 nawracał możnych prawosławnych magnatów, jak choćby Janusza i Konstantego Ostrogskich, Janusza Zasławskiego z rodziną, Piotra Zbaraskiego z żoną, Konstantego Wiśniowieckiego, więc cóż dla niego był taki heretyk, jak jakiś tam Prokop Sieniawski! W 1596 roku był wreszcie jednym ze współautorów unii brzeskiej.

    Kryształowy życiorys, prawda? Niektórzy pewnie mieliby zastrzeżenia, bo Kasper nawracał głównie prawosławnych, co może nie było jakąś szczególną zasługą dla Chrześcijaństwa, dla Zachodu, owej krainy dobrych duchów z szamańskich wierzeń ludów Azji, podczas gdy jego bracia, Nogajcy, pozostawali poganami. Wrócimy jednak do ojca Kaspra pod koniec, gdy pokażą się pewne interesujące, fakty, legendy i całokształt mniej lub bardziej prawdziwego życiorysu naszej Elżbiety z Gostomskich.

    Nastąpiło kolejne dziwne zdarzenie w życiu Sieniawskiej. Wkrótce po poznaniu Nohaja i tajnej konwersji na katolicyzm, stan zdrowia marszałka Sieniawskiego się pogorszył. Lekarze podejrzewali, że otrzymał truciznę. Elżbieta miała widzenie: ukazać się jej miał anioł, który dał jej propozycję nie do odrzucenia: albo będzie więcej cierpieć na tym świecie, albo na drugim. A gdy wybrała cierpienie na tym świecie, przepowiedział śmierć jej męża i dodał, że „na świecie po tym nie będziesz miała pociechy, ale wielkie frasunki i kłopoty”. Następnie poczuła uderzenie rózgą, po którym biciu pozostać miały krwawe ślady na skórze.

    Małżonkowie Sieniawscy mieli trzy córki (Zofię, Annę i Elżbietę) oraz syna Jarosza. Jeszcze do niedawna piękny mężczyzna, silny jak tur i dumny kalwinista, teraz zniszczony chorobą prosił małżonkę, by „córkom takie wychowanie dała, żeby zostały mniszkami. Synaczka zaś jednego też mając radby był widział w stanie duchownym i nie zwał go inaczej, tylko księże Jaroszu”.

    Po śmierci męża Sieniawska postanowiła pozostać wdową do końca życia, dlatego dała kosza Januszowi Ostrogskiemu. Wkrótce też organizowała pogrzeb własnej matki, połączony z rozdawaniem jałmużny. Chętnie spotykała się z jezuickimi kapłanami (Skarga, Bernat, Sawicki, Korytowski) i często spowiadała. W owym czasie zamieszkał u niej na czas dłuższy wspomniany Kasper Nahajus, który uczył ją ćwiczeń duchowych Ignacego Loyoli. Ćwiczenia, którym poddawała się Elżbieta, przywodzą na myśl ćwiczenia hinduskich joginów: nie sypiała więcej, niż cztery godziny, wstawała o godzinie drugiej w nocy, następnie dwie godziny rozmyślała o życiu Jezusa, potem zaś odprawiała modlitwy ustne aż do obiadu, czyli mniej więcej do godziny jedenastej przed południem. Po obiedzie znowu modlitwa przez godzin kilka, wreszcie zaś czytanie ksiąg duchownych i nabożne pogadanki z dziećmi lub nawet z czeladzią.

    Płakała bez przerwy, gdy tylko myślała o Bogu. Odsuwała od siebie wszelkie myśli o seksie. W łóżku kładła krucyfiks, a sama spała na desce. Biczowała się trzy, cztery razy na tydzień, niestety za zezwoleniem dziwnie wyrozumiałych spowiedników. Ale nawet gdy się nie biła, na jej ciele pojawiały się blizny i każdego dnia jej głowa pociła się krwią, toteż jej zapocone i zakrwawione nakrycia głowy traktowano niemal jak relikwie. Któryś ze spowiedników wreszcie zakazał jej chwilowo biczowań, nawet odebrał narzędzia tortur, na co ta opętana pobożnością kobieta „poczęła się pięściami tłuc, ciało na sobie szczypać, włosy targać, ręce o ziemie tak mocno bić, że jej były palce spuchły” – podaje z dumą Susliga. Może powinna była się jeszcze solidnie grzmotnąć po łbie, choć wątpię, by to cokolwiek pomogło, skoro i tak była zdrowo postrzelona. W nocy trzymała przy sobie psy i cieszyła się, gdy za lada jakim poruszeniem psy zaczynały ujadać, bo dzięki temu wyrywały ją ze snu, który zdawał się zbyt przyjemny, a przecież chodziło o umartwienie i podporządkowanie ciała duchowi, choć w tym wypadku rządziły jej ciałem psy. Rozmnażała w tych rozpuszczonych bydlątkach pchły, aby ją gryzły (dobrostan psów naturalnie jej nie obchodził). Podarowano jej małego, pięknego pieska, który zaraz przypadł jej do gustu, ale przeszkadzał w modlitwie. Kazała go więc potajemnie utopić. Dawała się upokarzać służącym, którzy czynili to z ochotą, zapewne dlatego, że był to jedyny sposób odreagowania tej nieznośnej atmosfery, którą wokół siebie tworzyła. Nie lubiła muzyki tanecznej, a jeśli pomyślimy jak delikatna była to wówczas muzyka, trudno doprawdy zrozumieć grubiaństwo w tak pięknej kobiecie. Kościelne świętości szanowała bardzo, serce leczyła wodą święconą jak moskale, kochała też zioła święcone i zastanawiać się trzeba, czy nie lubiła też „grzybków halucypków”. Konieczne działania często zastępowała modlitwą. Pewnego razu na zamku ratneńskim zaczął się pożar i tak się rozszerzył, że nie dało się go już ugasić. Zamiast więc ratować co się da i pokierować ewakuacją marszałkowa zatopiła się w modlitwie, niczym rosjanka z relacji Markiza De Custine, która zamiast pędzić na pomoc chorej przyjaciółce, udaje się do cerkwi, by się modlić za jej zdrowie. Jakie złe emocje musiała budzić wśród najbliższego otoczenia, skoro służąca Sieniawskiej z gniewem jej powiedziała: „otoż, moja miłosciwa pani, on Pan Bóg, któremu się tak długo modlisz, i któremu tak wiele dajesz, niechaj cię teraz ratuje, wszakeś w nim pokładała nadzieję”. Na to babsztyl odparł: „niechaj się wola się wola boża dzieje, niechaj i wszytko zgore”. Nie zgorzało, bo pożar ustał samoczynnie, a kosztowności zamkowe ocalały. Tego typu zdarzenia naturalnie tylko pogłębiały chorobę psychiczną, w której żyła. Tolerowała pod bokiem burdel, ale gdy patrząc z okna wypatrzyła, że jeden z jej sług wychodzi „z domu podejrzanego” odchodziła od zmysłów i niemal mdlała, powtarzając w kółko „Boże mój, jaki to grzech”. Dręczyła księży o codzienne kazania i nieustanne Msze Święte. Czeladź zmuszała do modlitw aż do południa. Dwór jej był zorganizowany jak klasztor, służących, którzy unikali mszy wysyłała na pokutę. Starała się, by służbie na niczym nie zbywało, by nie szwendali się po wsi, czyli de facto trzymała ludzi w zamknięciu. Służące jej panienki zapraszała na biczowania. Był to reżym domowy zbliżony do totalitarnego, chciała wiedzieć wszystko o wszystkich (w takich warunkach z pewnością kwitło donosicielstwo), kapelanów nawet traktowała jak służących. „Trafiło się” – podaje Susliga – „że raz jeden bez jej wiadomości u stołu nie był. Obraziła się o to i upomniała go, aby tego nie czynił na potym, a pomniał, że przy marszałkowej mieszka, która chce wiedzieć o każdym słudze swoim, kędy i czym się bawi”! Urządzała swoiste maratony modlitewne. Sama modliła się w kościele godzin czterdzieści, a służba kolejnymi grupami przychodziła w określonych godzinach, zapewne po to, by wzmocnić modlitwę swej przełożonej. Inszej godziny przychodził podskarbi z chłopięty, inszej koniuszy z woźnicami, inszej kuchmistrz z kucharzami, i inszych godzin także się modlili inszy, tak we dnie, jako i w nocy nie ustając”. Przy stole tylko nabożne czytanie albo rozmowy na tematy święte. Upokarzanie się myciem garów w kuchni.

    Gdzie w tym napiętym programie dnia było miejsce na zarządzanie majątkiem i życie publiczne?

    Jako regalistka, w okresie rokoszu odprawiała za króla nieustanne modły. Z szacunku do króla broniła też całości starostwa ratneńskiego. Potrafiła też czynnie dbać o poddanych, jej licząca ośmiuset ludzi armia prywatna broniła kmieci przed gwałtami żołnierskimi, a delegaci żołnierscy po prostu się jej bali. Po zawarciu unii brzeskiej prześladowała popów unii przeciwnych i ingerowała w sprawy kościoła unickiego, odsuwając od święceń popich synów. Zmuszała popów do kultu Bożego Ciała, choć w takich sprawach unici mieli autonomię teologiczną przecież. Zakonników uważała najwyraźniej za niewolników bożych. Gdy pewien zakonnik wystarawszy się u papieża o zgodę na przeniesienie do innego klasztoru, prosił ją dodatkowo o wstawiennictwo u przełożonych, odparła, że „nie chce się najmniej przyłożyć do tego, niechaj przestaje w swoim pierwszym powołaniu, wszak i ludzie świeccy w małżeńskim stanie kontentują się towarzyszem, jakiego im Pan Bóg daje”. Heretyków po śmierci męża nienawidziła tak bardzo, że wyrażała żal, iż nie jest mężczyzną, bo mogłaby się z „heretykami bić i błędy ich znosić”. Żydów nie znosiła i w zarządzanym przez siebie koronnym starostwie ratneńskim zniechęcała ich do osiedlania. Rok przed jej śmiercią, gdy choroba była już daleko posunięta, młódź żydowska jakoby „zesromociła” figurę męki pańskiej („tak plugawie, że się tu tego powiadać nie godzi”). Wstawiło się za winowajcami wielu panów, którzy doskonale wiedzieli, co się w domu i pod zarządem marszałkowej wyprawia, ale na nic ich starania: starzy Żydzi musieli nowo zbudowaną szubienicę na plecach swych przydźwigać, następnie swawolnych młodzików pod tą szubienicą wychłostano, a przy tym dzwoniono tak, jak się dzwoni podczas kaźni zbrodniarzy. Innym znów razem nieszczęsny ten naród oskarżyła, że wykrada hostię. Strach pomyśleć, co zamierzała (Susliga o tym nie pisze), ale tu natrafiła zdaje się na trzeźwy protest samego króla, bo Susliga pisze, że „potężnej stronie, która się była ujęła za nie, oprzeć się nie mogła”. A mimo to jednego z rzekomych złodziei ukarano na gardle. Potem zaś uwzięła się na miejscową bożnicę, wmawiając sobie, że jest ona wyższa, niż miejscowy kościół i cerkiew. A gdy Żydzi nie zgodzili się bożnicy obniżyć, nasłała czeladź, która ją zburzyła. Brat marszałkowej, Hieronim Gostomski też zresztą nie był lepszy. Wszystko to opisuje Susliga z wielką dumą, jako zasługi dla Boga.

    Zatrzymajmy się na chwilę na sprawie Żydów. Wspomniałem, że żaden z królów polskich nie był słaby na umyśle, ale niestety zdarzały się wśród panów szlachty osoby chore psychicznie, które wywoływały niemało zamieszania. Wyobraźmy sobie teraz, co by było, gdyby tron w Rzeczypospolitej był despotyczny jak w moskowii, i co by się wówczas stało z narodem żydowskim oraz wszystkimi tymi, którzy nieopatrznie chcieliby (o zgrozo) przyjąć judaizm. Otóż taka historia faktycznie miała miejsce w państwie moskiewskim pod koniec XV wieku i doprowadziła do masowych prześladowań Żydów, łącznie ze zbrodniami, które dzisiaj kojarzyłyby się z ludobójstwem. Żydów w państwie carów nie tolerowano, a wszystkich, którzy nie wyznawali prawosławia, określano „żydami”, w tym przede wszystkim katolików. Zachowała się legenda o tym, jak to Iwan Groźny „chrzcił” Żydów zrzucając ich z mostu do wody. Takie byłyby rządy Gostomskiej, gdyby nie łaskawy ustrój naszej starej Rzeczypospolitej!

    Najgorsze było jednak to, co zrobiła z córkami. Była to najlepsza egzemplifikacja przysłowia z czasów stalinowskich, że „nadgorliwość gorsza od faszyzmu”. Zacytujmy dłuższy fragment Susligi: „córkom swoim takie dawała wychowanie, że i w klasztorze z trudnością taka straż być może, jaką ona miała nad nimi, aby w niewinności i w anielskiej czystości żyjąc, ćwiczyły się w cnotach gruntownych, i w nabożeństwie. Sama przy sobie klęcząc modlić się im kazała, a klęczały daleko od siebie, żeby wespół nie gadały, i naznaczała im pewne modlitwy, które miały czytać, a każdej z osobna przydawała pannę stateczną, która by jej pilnowała. Litanię też i wiele inszego nabożeństwa sama im zaczynała. Intencją także do każdej modlitwy samaż im prostowała, czytała też im żywoty świętych i samym czytać dawała. Naznaczyła im zabawy rozmaite, aby nigdy czasu nie miały do próżnowania, spisała im była porządek na cały dzień, co czynić, i czym się bawić miały, na każdą z osobna godzinę”. Nieznośna tyrania matki doprowadziła do tego, że młodziutkie te dziewczynki zaczęły rozmyślać o śmierci męczeńskiej dla Jezusa, co wyraźnie wskazuje na myśli samobójcze. Planowały wręcz uciec z domu i udać się tam, gdzie chrześcijanie są zabijani. Szczerze mówiąc nie było to takie trudne, bo Tatarzy robili to na ukrainach Rzeczypospolitej niemal co roku. Nieświadoma krzywdy jaką im robi, cieszyła się Gostomska, że chcą cierpieć za Chrystusa. Oduczała ich też akceptowania grzecznościowych zwrotów, jakimi zwykle zwracano się do szlachcianek („miłościwa panno” itp.), a to dla ćwiczenia pokory, ale przecież w praktyce ćwiczyła ich w chamstwie. Czytelnik myśli zapewne, że córeczki bawiły się lalkami, przyuczając się do macierzyństwa? A gdzież tam! Przyzwyczajała je do obcowania z trupami. Gromadząc rozmaite podejrzane relikwie, często brała je ze sobą w podróże. „A w karecie siedząc” – pisze Susliga – „kazała je córkom w skrzyneczkach piastować”. Żyły więc w krypcie obwoźnej.

    Dzieci swe kochała, ale pozornie, była to „miłość” patologiczna. Chciała się „stopić” na chwałę Bożą razem z dziećmi, a jednocześnie żałowała, że weszła w stan małżeński, który owe dzieci sprowadził na świat. Oddawała Bogu „krew swoją, umiłowane dziateczki, prosząc, aby nie pogardzał oną ofiarą i uczynił sobie z niej wonią wdzięczną”. Kładąc na ołtarzu jałmużnę za dzieci jednocześnie prosiła Boga, że „jeśliby wedle przejrzenia jego miało być złe, aby je w młodości z tego świata wziął, a nie dał mu doczekać lat zuchwałych i swawolnych.”. Najwyraźniej Elżbieta w ogóle nie uznawała czegoś takiego, jak wolna wola, postrzegała siebie i swe dzieci jako niewolników bożych. Postawę taką widać w rosyjskim folklorze, gdy matki śpiewały dzieciom kołysanki o śmierci (pisał o tym Harmatnyj). A przecież życie Polaków, wychowanych i wręcz rozpieszczanych w wolności, nijak się nie miało do życia moskali-niewolników, skąd zatem w sercu typowej polskiej rodziny bierze się taka patologia? Życzenie Gostomskiej zresztą się spełniło, gdyż wkrótce opuściła ją córeczka Anna. Następnie w umyśle swym pani Elżbieta „uśmierciła” także syna i wcale się nie zdziwiła, gdy i niedoszły „ksiądz Jarosz” ją także opuścił. Pozostałe dwie córki jakoś przeżyły, prawdopodobnie dlatego, że się matce nie śmiały sprzeciwiać, a niebywała wręcz pycha Sieniawskiej doszła do takiego poziomu absurdu, że nie mając męskiego dziedzica, uznała za swego syna samego Jezusa, a z nim, oczywiście, Towarzystwo Jezusowe. Czy rzeczywiście utożsamiała się z Matką Boską, trudno powiedzieć, ale nie można tego wykluczyć, skoro wcześniej, przed nasileniem objawów choroby, darzyła Bogurodzicę wielką rewerencją.

    Jak łatwo się domyślić, wszystkie te błazeństwa były w całej Rzeczypospolitej dobrze znane i rzecz jasna nie uszły uwagi krewnych. Otarły się o samego króla, który zaczął zabiegać o to, by córki Sieniawskiej (Zofię i Elżbietę juniorkę) dobrze wydać za mąż. Wyczuwając, że „w hotelu Zacisze pojawił się psychiatra”, matka ucięła córkom włosy, i co prędzej obie zawiozła do Chełmna, do klasztoru benedyktynek, którym zarządzała ksieni Magdalena Mortęska. Susliga twierdzi wprawdzie, że panny z własnej inicjatywy złożyły w tajemnicy przed matką śluby czystości i potem się z nimi matce ujawniły, ale w tej atmosferze trudno podejrzewać, by jakąkolwiek ważną decyzję mogły podjąć w pełni świadome jej konsekwencji. Bardziej prawdopodobne jest przypuszczenie, że próbowały w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: uwolnić się od matki i jednocześnie spełnić jej marzenia. Ktoś zresztą próbował je jeszcze ocalić. Była przy nich pewna stateczna białogłowa i tak jednej z córek (Zofii?) „nabijała często uszy”, że „może być w stanie małżeńskim zbawiona bez klasztoru”. Jednakże białogłowie tej umarł ktoś powinowaty, a gdy się modliła, z pudła w którym chowano różne rzeczy niespodziewanie wyskoczył nieboszczyk i za rękę tak mocno ścisnął, że aż upadła na ziemię w stanie padaczkowym (kaduk). Kobiecina tak się miotała, że siedem osób nie mogło jej unieruchomić. Osiem godzin trwała w tym stanie i pokąsała sobie język. Przychodzi więc do niej pani marszałkowa-szamanka z relikwią Ignacego Loyoli i wkłada ową relikwię kobiecie w usta – dopiero wówczas ów umarły z pudełka znika, a chora wraca do zdrowia. Nie na długo jednak – zmarły pojawiał się jej kilka razy, gdy zaś umarła, pokazała się owej córce pani marszałkowej i opowiadała, że cierpi ciężkie męki za to, że ośmielała się zalecać panience stan małżeński i dopiero z mąk zostać miała uwolniona, gdy córka owa poszła do klasztoru...

    Rok po porwaniu córek do klasztoru, zadowolona z siebie Elżbieta pojechała na ich profesję (śluby zakonne). Młodsza z sióstr, Elżbieta juniorka, chyba nie do końca pogodziła się z ostateczną utratą szansy na „światowe życie”, bo w półtora tygodnia po tej ceremonii wyzionęła ducha. Zatem cel został osiągnięty, bo dziecko, które mogło być przecież „zuchwałe i swawolne”, zostało umartwione w najdalej idący sposób. Starsza Zofia musiała być z twardszej gliny ulepiona i pogodzona z losem. Nie dane jej było pędzić spokojnego i pobożnego życia klasztornego, gdyż oszalałe to babsko chciało ją koniecznie uczynić ksienią nowo przez siebie ufundowanego klasztoru w Sandomierzu. Zofia tego wcale nie chciała, mniszki, które jej dano pod zarząd wcale jej nie szanowały, ale to jest już zupełnie inna historia.

    Wspomniałem na początku, że odnajduję w Elżbiecie wyraźne rysy szamańskie. Wróćmy więc do pewnych tajemniczych wydarzeń z jej życia. Siedem lat przed śmiercią, dokładnie w dzień Świętego Mateusza Apostoła 21 września na Pokucie wtargnęli Tatarzy. Sieniawska miała wtedy jakoby przebywać w Łuce nad Dniestrem, rodzinnej posiadłości. Ta pani, która miała na swe rozkazy ośmiuset ludzi w prywatnej armii nie zrobiła jednak nic aby chronić swoich poddanych! Może był to wynik zaskoczenia, może... Napastnicy rabowali bydło, zaś Sieniawska pod opieką dwóch jezuitów i w towarzystwie białychgłów przeprawiła się przez rzekę na pewną wysepkę, chcąc uciekać do Lwowa albo do innego zamku... Historyczność tej relacji jest mocno podejrzana, gdyż nie wiadomo, co się stało z jezuitami i owymi białogłowami, a relację o wydarzeniu przekazała wyłącznie sama pani marszałkowa, wykuwając ją na srebrnej tablicy i pozostawiając w Częstochowie jako wotum dziękczynne. Zacytuję ją za Susligą w całości.

    W roku 1617, w miesiący wrześniu 21 [dnia] w województwie ruskim, powiecie halickim, najachali Tatarowie niewiadomie na różne miejsca, między inszymi na wieś Lukę, w której mieszkała Wielmożna Pani HELŻBIETA z Leżenice SIENIAWSKA, marszałkowa koronna. Tam dziwną opatrznością Tatarowie wjachawszy w wieś i ludzie biorąc na dwór natrzeć nie śmieli, nie widząc żadnej obrony, i tak sama prawie opatrzność boska przez ten dzień i drugi broniła. Dla czego wyżej pomieniona [Sieniawska] obawiając się, aby Tatarowie wziąwszy wiadomość od sług jej i poddanych, które pobrali, na dwór nie natarli, uszła z niego za rzekę Dniestr, do chaszcza na błoto. Tam ją wyśpiegowawszy 23 września najachali i tam innych, i onę wzięli klęczącą, jako jest wyrysowanie, modlącą się, i Naświętszej Panny na pomoc wzywającą, i Świętego Michała, i innych patronów, obiecując się stawić tu na to miejsce Najświętszej Pannie. Wybawiona jest bez wszelakiego szwanku i urazu. Nadto tak ją Pan Bóg ciężką uczynił, że jej żadną miarą na koń wsadzić nie mogli, a gdy ją ściąć chciał, chybiwszy drugi raz, sztychem na nię uderzył, w czym ona odeszła od siebie i nie wie, jako się w rzece nalazła. Będąc opodal od niej, w której ją dziwna Opatrzność Boska ratowała, że nie utonęła i tak się ostała, który postępek dziwny boski na cześć i chwałę jemu i Najświętszej Pannie, i uczczenie miejsca tego, na wieczną pamięć z oddaniem ślubów swoich tu zostawuje”.

    Susliga dodaje jeszcze, że owego 21 września słyszała głos, który ostrzegał „przygotuj się na wielkie niebezpieczeństwo”, ale zamiast bić na trwogętego dnia była jeszcze bardziej pobożna, niż zwykle. W dalszej relacji są sprzeczności z tekstem tablicy. Susliga twierdzi mianowicie, że Tatarzy 22 września na dwór uderzyli, a marszałkowa dowodziła jego obroną, dodając serca obrońcom. Wreszcie trzeciego dnia mieli ją Tatarzy wreszcie pojmać, było to w sobotę 23 września na owej wyspie na Dniestrze. Następnie, gdy się ocknęła, „widziała się być w wodzie, a nie wiedziała, jako tam przyszła, i kto ją tam zaniósł”. Wzywa więc Michała Archanioła i wtedy nagle pojawia się jej sługa, imieniem Michał, który podpłynąwszy czółnem wydobywa marszałkową z wody, zawozi na brzeg, ale niebezpieczeństwo jeszcze nie mija, „bo i na ten czas znowu szpiegowali jej pilno Tatarowie, ale jej nie mogli naleźć”. W końcu wraca szczęśliwie do dworu i udaje się w bezpieczne miejsce, ale, jak dodaje Susliga: „od onego czasu już też poczęła na zdrowiu falować i głowę już miała chorą, przedtym postami wielkimi, także niespaniem i rozmyślaniem długim, a prawie ustawiczną bogomyślnością spracowana, a na ten czas tym przypadkiem bardzo strapiona”.

    Co się więc właściwie stało? Gdzie przebywała marszałkowa podczas zdobycia dworu przez Tatarów? Czy udała się na wyspę, czy broniła dworu? Dlaczego Tatarzy ciągle jej szukali? Wszystko się w tej relacji gmatwa, nic się nie klei, a są powody, by uznać wszystko za przywidzenie samej marszałkowej, ba, wręcz za sen szamański, i to trzydniowy! Co więcej, odnieść można wrażenie, że autor owej osobliwej „hagiografii” doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Otóż całe zajście rzekomo ma miejsce 21 września podczas równonocy jesiennej, a więc w dniu tradycyjnie uznawanym przez pogan za przejście przyrody w stan śmierci. Dzieje się to siedem lat przed śmiercią – liczba symboliczna. Marszałkowa przepływa rzekę z dwoma jezuitami i fraucymerem – według pierwszej wersji – lub też broni dworu – według drugiej. Dwór czy wysepka pełnią tu role królestwa śmierci. Podczas transu marszałkową atakują złe duchy wschodu, „Tatarzy”. Próbują jej uciąć głowę – tak jak czynią to podczas inicjacji szamańskiej. Próbują ją porwać, ale okazuje się za ciężka. Kłują ją sztychem szabli – przeżywa. Wreszcie poddają ją próbie wody niczym wiedźmę – i okazuje się, że poprzednio tak ciężka, a teraz nie tonie! W tym transie tak jak w legendzie mistrz Twardowski wezwał Matkę Boską na pomoc, tak marszałkowa wzywa Michała Archanioła i „anioł” zaraz z czółenkiem podpływa, aby ją ratować i przez Styx przewieść w powrotną stronę. Trans szamański zakończył się powodzeniem.

    Nie była to jednak jedyna próba, jakiej poddano szamankę Sieniawską. Autor mimochodem w rozdziale 14 wtrąca taki oto passus: „Miewała też prześladowanie i od czarta. We Lwowie zrzucił ją był z wysokiego wschodu, z wielkim grzmotem, że się wszyscy byli polękli. Bez żadnego jednak naruszenia zdrowia cało została”. Ciekawa rzecz, że wszystkie jej wariactwa przypisywane są pobożności i Bogu, natomiast to jedno zdarzenie czartowi. Ale ciekawsze jest jeszcze co innego. Zrzucenie z wysokości przypomina po pierwsze kuszenie Jezusa na pustyni, a po drugie zrzucenie szamana z drabiny, by udowodnić, że jest naprawdę powołany przez duchy. Istotne jest jeszcze i to, że na tym terenie lud rusiński (ukraiński) w istocie nie obawiał się piorunów i to odróżniało go od ludu polskiego. Rażenie piorunem mogło być uznane za błogosławieństwo.

    I jeszcze jedno: jeśli to była szamanka, to gdzie był jej bęben? Otóż był: siedmiogodzinne monotonne głosowe modlitwy to jeden sposób osiągania transu. Kochała jednak także dźwięk dzwonów. Jak pamiętamy chłostaniu młodzieży żydowskiej towarzyszyło nieustanne bicie we dzwony. Będąc w pewnym większym mieście zauważyła, że nie dzwoniono na Pozdrowienie Anielskie i zaczęła pytać z jakiej przyczyny. Okazało się, że dzwonnik nie otrzymał jurgiełtu, więc natychmiast mu go wypłaciła. To upodobanie do dzwonienia przypomina postać słabego na umyśle cara Fiodora Iwanowicza, który również kochał muzykę dzwonów i dzwonił z dzwonnicy osobiście, zadręczając mieszkańców Kremla.

    Kto w istocie był autorem tej relacji, Susliga, czy może ktoś inny? Jest ona niezwykle chaotycznie napisana, jakby nie była pisana ręką mężczyzny-teologa, obeznanego z logiką, lecz ręką kobiety. Zapis opętania (ciężkiej choroby psychicznej) jest polukrowany i posłodzony jak gorzkie lekarstwo. Czyżby pulchna rączka panny Zofii maczała w tym palce? Czy nie mogło być tak, że napisała ów życiorys matki, by uleczyć w sobie traumę dzieciństwa? Czy nie napisała go również po to, by oskarżyć o czary księdza Nogaja, ale w taki sposób, by nikt nie mógł zarzucić oszczerstwa? Byłaby więc ta relacja w gruncie rzeczy dziełem w pewnym sensie „okultystycznym”, z zakodowaną pod warstwą słodkich słówek treścią. Była również napisana z pełną świadomością na czym owo szamaństwo polega, choć bez oczywiście używania słowa „szaman”, którego w Rzeczypospolitej nie znano. Wracając jeszcze na chwilę do owej „białogłowy statecznej”, która zachęcała córkę Marszałkowej do stanu małżeńskiego: czy nie była to zawoalowana sugestia, że sama Elżbieta miewała chwile trzeźwości, że to w istocie ona kryła się pod kryptonimem „statecznej białogłowy”, która doznała napadu padaczki? Czy Zofia nie próbowała w ten sposób pokazać lepszej strony swej matki, owładniętej przez wizję nieboszczyka? Ta lepsza cząstka jej matki „umiera”, gdy się Zofia dostaje wreszcie do klasztoru.

    W powodzi opisanych błazeństw marszałkowej bledną dobre rzeczy, które robiła: fundowanie kościołów, szpitali dla ubogich, jałmużny, dbałość o poddanych, o sieroty, kary za przeklinanie, zwalczanie pijaństwa, unikanie zatargów z sąsiadami… Nie była ona osobą złą do szpiku kości, walczyła z chorobą psychiczną przez całe życie wzywając na pomoc Michała Archanioła. Zdaje się jednak, że ktoś stale ją podtruwał, stale podsuwał ową „wodę święconą” i „święcone zioła”, które bełtały jej w głowie bardzo skutecznie. Jakiś doktor Morell był przy niej nieustannie i dbał o to, by nie wyszła nigdy ze stanu umysłowego rozchwiania. Czy był nim podejrzany Kasper Nogaj tego się już z pewnością nie dowiemy.

    Jestem jak najdalszy do oskarżania jezuitów o najgorsze rzeczy, mam ogromny szacunek do króla Zygmunta, jednak wszystko wskazuje na to, że jeśli nie czynnie, to przynajmniej biernie przyczyniali się do wzrostu choroby psychicznej swej podopiecznej. Potrzeba jej było egzorcysty, a tymczasem oni jej wmawiali, że idzie ścieżką pobożności. Potrzeba jej było bonifratrów, którzy zajmowali się psychicznie chorymi, lecz bonifratrzy pojawili się w Polsce dopiero w 1609 roku. Nosili szpiczaste kaptury, stąd popularne powiedzenie „wysłać do czubków”.

    Podsumowując, Elżbieta z Gostomskich Sieniawska była szamanką, mającą wszelkie cechy szamanki kontaktującej się z duchami świata podziemnego, a więc czarnej szamanki. Pod pobożnymi pozorami ujawniały się w niej wszelakie zachwiania społecznego tabu, takie jak niechęć do mężczyzn (uważała małżeństwo za „gnój”), pragnienie zmiany płci, skłonności do dzieciobójstwa, nekrofilia, masochizm, sadyzm połączony z silną potrzebą dominacji nad otoczeniem, życie z psami i pasożytami w brudzie i niechlujstwie. Byłaby zrobiła więcej zła, gdyby nie błogosławiony ustrój Rzeczypospolitej, który ograniczał możliwości działania szalonych carów do ich najbliższego otoczenia.

    Z historii tej jest pewien morał dla części konserwatywnego skrzydła naszej prawicy. Uważajcie na tajemniczych przybyszów ze wschodu, na owych sprytnych Nogajów! Oskarżacie lewicę o sekciarstwo, o kultywowanie wschodnich religii, naiwnie się wam wydaje, że ledwo pokropieni wodą święconą Tatarzy-Moskale, ledwo ochrzczeni Ugrofinowie-Moskale są owymi maluczkimi, którzy pokażą wam wstęp do raju, uratują przed gnijącym Zachodem i gnijącą sektą LGBT. Nic bardziej mylnego! Rozpoznawajcie rzeczy nie z nazw, lecz z istoty rzeczy.

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     Przeprowadzona przez Austro-Węgry w 1908 roku aneksja Bośni i Hercegowinie doprowadziła do zaognienia sytuacji na Bałkanach.
     
     
          Po wyparciu Austriaków z Włoch w 1859 roku i z Niemiec w 1866 roku region Bałkanów z konieczności zaczął skupiać na sobie główną uwagę austro-węgierskiej polityki zagranicznej.
     
     
          Równoczesne zmniejszanie się wpływów Imperium Osmańskiego w południowo-wschodniej Europie, co sprawiało, że ten region stał się obszarem narastających napięć w stosunkach między Wiedniem a Petersburgiem. Dom habsburski tradycyjnie pełnił rolę obrońcy wschodnich wrót Europy przed Turkami. W Rosji ideologia panslawizmu głosiła hasła naturalnej wspólnoty interesów między powstającymi na Półwyspie Bałkańskim państwami słowiańskimi (zwłaszcza prawosławnymi) oraz ich patronem z Petersburga.
     
     
               Aż do roku 1908 wzajemne przestrzeganie wyznaczonych nieformalnych sfer wpływów pozwalały na uniknięcie otwartego konfliktu.  W ramach odnowionego w 1881 roku „sojuszu trzech cesarzy” łączącego Rosję, Austro-Węgry i Niemcy Petersburg zobowiązał się „uszanować” austro-węgierską okupację Bośni i Hercegowiny usankcjonowaną traktatem berlińskim z 1878 roku. Kolejne porozumienia austriacko- rosyjskie z 1897 i 1903 roku potwierdzały obopólne zobowiązanie do utrzymania status quo na Bałkanach.


          Złożoność polityki bałkańskiej polegała jednak na tym, że zachowanie dobrych stosunków między dwoma rywalizującymi w tym regionie mocarstwami nie wystarczało do zachowania spokoju – trzeba było również powściągać i tamować aspiracje mniejszych graczy na półwyspie.
     
     
               Najgroźniejszym z nich z punktu widzenia Wiednia było Królestwo Serbii. W czasie długiego panowania austrofilskiego Milana Obrenowicza Serbia pozostawała uległym partnerem Wiednia, godząc się z pretensjami monarchii austro-węgierskiej do hegemonii w regionie. W zamian Wiedeń w 1882 roku wsparł wysiłki Belgradu zmierzające do uzyskania statusu królestwa i obiecał wsparcie dyplomatyczne w przypadku gdyby Serbia chciała podjąć ekspansję w kierunku znajdującej się pod panowaniem osmańskim Macedonii.
     
     
               Jego syn Aleksander od 1902 roku zaczął energicznie zabiegać o rosyjskie poparcie. Jego zamordowanie w 1903 roku nie wywołało w Wiedniu wielkiego żalu, który szybko nawiązał dobre stosunki z uzurpatorem Karadziordziewiczem, optymistycznie zakładając, że on również był austrofilem.
     

             Wkrótce jednak okazało, iż zarząd nad sprawami politycznymi w Belgradzie przeszedł w ręce ludzi otwarcie prezentujących swoje wrogie nastawienie wobec monarchii dualistycznej i władz w Wiedniu. Efektem tego było zawarcie – pod patronatem Petersburga – sojuszu serbsko-bułgarskiego.
     

           Równocześnie Belgrad nasilił działalność irredentystyczną w monarchii habsburskiej, skupiając się głównie na Bośni i Hercegowinie, w której 40% mieszkańców było Serbami.
     

          W lutym 1906 roku austriacki attaché wojskowy w Belgradzie Pomiankowski jednoznacznie napisał, iż w przypadku przyszłego konfliktu zbrojnego Serbia z pewnością będzie zaliczać się do grona wrogów monarchii.


               Problem stanowiło nie tyle samo nastawienie rządu belgradzkiego, co nacjonalistyczna orientacja polityki Serbii. Jak przestrzegał Pomiankowski, nawet gdyby u steru znajdowałby się „rozsądny” rząd, to nie byłby on w stanie powstrzymać „wszechpotężnych skrajnych szowinistów” przed wszczęciem „awantury”. Bardziej niebezpieczna od „otwartej wrogości Serbii i jej nędznej armii” była jednak „dywersyjna robota [serbskich] radykałów w okresie pokoju, która systematycznie zatruwa stosunek naszej ludności południowosłowiańskiej i mogłaby, gdyby doszło do najgorszego, stworzyć bardzo poważne trudności dla naszej armii”.


               „Szowinistyczna” polityka irredentystyczna serbskiego państwa zaczęła zajmować centralne miejsce w ocenach Wiednia na temat jego stosunków z Belgradem. Jednym z „naczelnych zadań” stojących przed kolejnymi posłami austriackimi w Belgradzie było baczne przyglądanie się i analizowanie działalności serbskiego ruchu nacjonalistycznego. Posłowie mieli informować króla Piotra i premiera Pašicia, że Wiedeń zna pełen zakres i charakter działalności wszechserbskich nacjonalistów.


             W tych warunkach aneksja Bośni i Hercegowiny w 1908 roku nie mogła być zaskoczeniem dla Belgradu.
     

               W jednej z tajnych klauzul „sojuszu trzech cesarzy”, który został odnowiony w 1881 roku, Austro-Węgry wyraźnie zastrzegły sobie „prawo do anektowania tych prowincji w takim momencie, który uznają za stosowny”, i to żądanie było również powtarzane w kolejnych austriacko-rosyjskich porozumieniach dyplomatycznych.
     
     
                 Aneksja Bośni i Hercegowiny pozwoliła rozwiać wszelkie wątpliwości co do przyszłych losów tych prowincji,  gdyż okres okupacji ustalony w czasie kongresu berlińskiego upływał w 1908 roku. Aneksja pozwalała także stworzyć stabilniejsze środowisko dla krajowych inwestycji.
     

               Rozstrzygającym argumentem za aneksją był wybuch rewolucji młodotureckiej w osmańskiej Macedonii latem 1908 roku. Licząc na wyciągnięcie korzyści z tej niejasnej sytuacji, w Bośni wyłoniła się muzułmańsko-serbska koalicja opowiadająca się za autonomią pod panowaniem tureckim.
     

               Wiedeń uzyskał także zgodę Petersburga, który nie miał żadnych obiekcji do sformalizowania austro-węgierskiego statusu w Bośni i Hercegowinie pod warunkiem wsparcia Austrii dla zwiększenie rosyjskiego dostępu do cieśnin tureckich. Zatem aneksja 1908 roku zrodziła się z ducha austriacko-rosyjskiego porozumienia na Bałkanach.


               Pomimo tych przygotowań ogłoszenie aneksji wywołało w Europie duży kryzys, podczas którego Serbia, Rosja i Austria na zmianę ogłaszały mobilizację swych wojsk i ją odwoływały. Sprawa rozwiązała się dopiero po wystosowaniu w marcu 1909 roku „noty petersburskiej”, w której Niemcy zażądały, aby Rosja w końcu uznała aneksję i nakłoniła do tego samego Serbię. W przeciwnym razie, jak ostrzegał kanclerz von Bülow, sprawy „potoczą się same”, co miało sugerować ujawnienie treści rosyjsko-austriackiego układu o aneksji. Petersburg natychmiast ustąpił.
     

               Wbrew zamiarom Wiednia kryzys wokół aneksji Bośni stanowił punkt zwrotny w geopolityce bałkańskiej. Zniszczył gotowość do współpracy między Austro-Węgrami i Rosją na rzecz rozwiązania problemów bałkańskich. Równocześnie rozpalił  na nowo resentymenty Włoch pod adresem Wiednia dotyczące praw włoskiej mniejszości w Dalmacji oraz Chorwacji i Slawonii.
     
     
               Po początkowej rezerwie Niemcy okazali zdecydowane poparcie dla Austro-Węgier, co z jednej pozwoliło odwieść rząd rosyjski od dalszych prób wyciągania dla siebie korzyści z kryzysu aneksyjnego, lecz z drugiej strony niemiecka interwencja w dłuższej perspektywie wzmocniła w Petersburgu i Londynie wrażenie, że Wiedeń był satelitą Berlina, zaś takie postrzeganie sytuacji miało odegrać niebezpieczną rolę w kryzysie 1914 roku.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    O religii pisać jest trudno – zawsze można kogoś obrazić. Szalone macice atakują polskie kościoły, a naćpana hołota atakuje polskich żołnierzy. Zatem na ruszt bierzemy pierwociny religijności, czyli szamanizm. Notatki i przemyślenia po lekturze książki Aleksandra Nawrockiego pt. Szamanizm i Węgrzy.

    Od razu chcę zastrzec, że o Węgrach nie ma tam prawie wcale, natomiast jest sporo o ludach ugryjskich i w ogóle azjatyckich, o ich historii, a najciekawsze są rozważania o szamanach. Od razu rzuca się w oczy kluczowa sprawa: w szamaniźmie amerykańskim szamani nie byli wodzami, natomiast w syberyjskim – i owszem. Amerykańscy Indianie najwyraźniej rozumieli sens rozdziału władzy duchowej i świeckiej, dzięki czemu ograniczali dostęp do władzy osobom miediumicznym, owym hitlerom i stalinom, którzy tragicznie zaciążyli nad historią Europy i Świata. Tym bardziej, że szamanizm nigdy nie wytworzył spójnej etyki (każdy szaman wyznawał własne reguły), a więc jako wódz szaman był po prostu niebezpieczny dla świętego spokoju. Skądinąd wiadomo, że szamanami zostają najczęściej osoby chore psychicznie, w stopniu lekkim lub ciężkim. No a poza tym szamani dzielą się na tych, którzy mają kontakt z duchami podziemi (te człowiek Zachodu utożsamia z diabłem) i tych którzy mają kontakt z duchami nieba (te człowiek Zachodu utożsamia z aniołami i Bogiem). Biada ludowi, którego prowadzi szaman gadający z duchami podziemi!

    Wśród ludów ugryjskich kandydat na szamana pojawiał się głównie wśród dorastającej młodzieży przed inicjacją seksualną. Młoda osóbka nagle uciekała do lasu, wchodziła na drzewo i przesiadywała tam całymi dniami, twierdząc, że nie może zejść o własnych siłach. Po jakimś czasie sama schodziła bez problemu, zatem najwyraźniej stan chorobowy nie trwał permanentnie. Ten i ów chował się w rozpadlinach skał, inny przesiadywał w domu z twarzą zakrytą włosami i wykrzykiwał lub śpiewał. Rodzina wcale nie cieszyła się z faktu, że jeden z krewnych jest powołany na szamana, było to w najwyższym stopniu kłopotliwe. W takim przypadku było kilka rozwiązań: egzorcyzmy (wyganianie duchów), pozostawienie w spokoju (tolerancja) lub przeznaczenie do stanu duchownego (szaman). Nieprzypadkowo wspominam tu o stanie duchownym, będzie o tym w części drugiej.

    Pierwsze objawy choroby pojawiały się w wieku 3-5 lat, niekiedy wiązały się z epilepsją. Mawiano, że szaman ma w ciele czegoś za dużo, na przykład dodatkową kość, szósty palec itp. Aby w pełni być szamanem trzeba było przejść ciężką chorobę lub swego rodzaju przeszkolenie, trans przetwarzający w szamana. Zatem 3-4 dni leżał nieprzytomny, bez jedzenia, bez picia, w towarzystwie dojrzewającego chłopca, który jeszcze nie przeszedł inicjacji seksualnej. Chłopiec podawał szamanowi „czarną wodę”. Na koniec następowało najstraszniejsze: duchy ćwiartowały szamana na kawałki, szukając tej dodatkowej, tajemniczej części ciała, która jest nietypowa dla ludzi. Tylko ten, który taką niezwykłą kość posiadał, mógł zostać szamanem. W niektórych mitach szukały jej między żebrami. Ucinały człowiekowi głowę, a ciało rozszarpywały i pożerały. Następnie radośnie dawały kościom nowe ciało i przywracały je do życia. Szaman odzyskiwał wówczas równowagę psychiczną, gdyż wykonywał zawód przeznaczony mu przez duchy. Pół żartem, ale i pół serio możemy powiedzieć, że w historii Polski były trzy ważne dla naszej wyobraźni postacie, które przeżyły taką inicjację szamańską, a mianowicie mistrz Twardowski, Henryk Pobożny i Święty Stanisław. W każdym z tych przypadków jest jakiś element szamański. Twardowski i biskup Stanisław zostają poćwiartowani, zaś Henryk Pobożny ma dodatkową kość u nogi (szósty palec) i w czasie bitwy traci głowę, którą unoszą najeźdźcy (owe duchy Wschodu, Tatarzy). Twardowski zmartwychwstaje po poćwiartowaniu odmłodzony, natomiast ciało Świętego zrasta się, dzięki czemu jednoczy się podzielona przez Testament Krzywoustego Korona Polska. Co więcej, pamiętamy, że w Księdze Rodzaju Bóg zesłał na Adama sen, podczas którego wyjął mu jedno z żeber, aby stworzyć zeń Ewę. Biblia to w ogóle miks przebojów, więc nie można wykluczyć, że pierwotny Adam po prostu był szamanem i może nawet nie był jednej płci, o czym poniżej.

    Szaman rządził się własnymi regułami, nie zważając na normy społeczne. Jego stan tłumaczono tym, że wzięły go w posiadanie duchy. Mogły to być duchy dobre lub złe. Przy pomocy dobrych duchów szaman przepędzał z innych opętanych duchy złe. Szamankami pierwotnie częściej bywały kobiety, dlatego niektórzy szamani-mężczyźni chętnie przebierali się w stroje kobiece, przyjmowali żeńskie imiona, wykonywali kobiece zajęcia, obcowali seksualnie z mężczyznami. Krótko mówiąc czyny homoseksualne i transwestyckie towarzyszą męskiemu szamanizmowi, dlatego moje podejrzenie, że tzw. ruchy LGBT mają swe korzenie w głębokich trzewiach państwa moskiewskiego nie jest wcale tak niedorzeczne. Tu anegdotycznie warto wspomnieć, że szamani zamykali służące im duchy w jurcie, natomiast szamanki pakowały te duchy do własnego łona. Można łatwo pojąć opowieści o współżyciu europejskich czarownic z diabłem, zresztą już sama miotła to symbol wybitnie falliczny. Z uwagi na naturę kobiecego ciała kobieta przyjmuje te duchy do siebie, natomiast męski szaman trzyma je jakby w lampie alladyna, na zewnątrz. Jednakże nie zawsze tak było, bo niektórzy szamani-mężczyźni utrzymywali z duchami kontakty seksualne. Istotne kolory w poematach na ten temat to błękit i brąz, zatem wnioskować trzeba, że były to duchy podziemi.

    Powszechnie wierzono w duchy zwierząt i wędrówkę dusz, które mogły się w każdej chwili wcielić w człowieka. Buriaci (lud mongolski, nie ugryjski) wierzyli, że człowieka stworzyły duchy Zachodu, duchy dobre. Ludzie byli szczęśliwi i nie znali chorób, ale duchy złe, duchy Wschodu, pozazdrościły ludziom szczęścia i nasłały na nich choroby. Duchy Zachodu chciały ludziom pomóc, więc zesłały orła, żeby był szamanem. Orzeł sumiennie wypędzał z ludzi złe duchy, ale nie umiał mówić, a ponadto nieświadomi jego dobroczynnego działania ludzie strzelali do niego z łuków. Aby rozwiązać ten problem doszło do czegoś w rodzaju niepokalanego poczęcia. Orzeł zauważył śpiącą obok pnia drzewa kobietę i zapłodnił ją, by narodził się pierwszy szaman. Mężczyzna, który żył z ową kobietą nic nie wiedział o cudownym zdarzeniu, ale duchy Wschodu, te złe, nasłały nań piękną kobietę, która namawiała mężczyznę, by wypędził brzemienną. Orzeł pochwycił jednak piękną demonicę i wrzucił do morza. Uratowany od faktycznej aborcji syn był pierwszym szamanem. Porównanie do mitu o Lilith w judaiźmie, i do Świętej Rodziny w Chrześcijaństwie narzuca się samo przez się.

    Podstawowym narzędziem pracy szamana był jego czarodziejski „rumak”, czyli bęben, który symulował tętent konia. Na „rumaku” tym szaman leciał do świata duchów. O tym, w jaki sposób bęben miał być zrobiony, szaman dowiadywał się w zjawiskowej krainie pra-szamanów. Bęben wykonywali ludzie i wręczali szamanowi na specjalnej ceremonii. Bęben ten „ożywiano” poprzez bębnienie na nim kolejno. Po ożywieniu bębna następowała ostatnia próba. Szaman pił świeżą krew z rany białego byka (pamiętamy scenę picia krwi bizona w filmie Tańczący z wilkami). Następnie po drabinie wchodził na znaczną wysokość, przepasany sznurem, który trzymał ktoś u dołu. Szaman wzywał na pomoc duchy. Wówczas ów trzymający sznur pociągał nim gwałtownie, zrzucając szamana na ziemię wyściełaną słomą. Upadek był bolesny, a czasem nawet śmiertelny. Jeśli przeżył – był uznawany za szamana. Jeśli nie przeżył – widocznie duchy nie chciały uznać go za swego. Jeśli komuś kojarzy się tutaj słynna próba wody stosowana wobec europejskich czarownic, to nie mam nic przeciwko temu. Tej próby nie stosowano tylko z głupoty – musiała wywodzić się z prastarej tradycji. Tyle że wykorzystywano ją już nie po to, by szamankę ustanowić, ale po to, by udowodnić jej winę.

    Zadania szamana były czymś pośrednim między zadaniami wróżki a zadaniami kapłana. Pytano go o rzeczy praktyczne, np. jak odnaleźć zbiegłego renifera. Jednakże powierzano mu również leczenie chorych, wraz z ustaleniem diagnozy i przyczyny. On też podczas pogrzebu odprowadzał duszę zmarłego do królestwa zmarłych, by dusza znalazła je bez trudu i nie zakłócała spokoju żywym. Wszystko to odbywało się poprzez trans podczas którego szaman odwiedzał krainę duchów, bądź też duchy wstępowały w jego ciało. Szczegółowe opisy zawodu szamana można znaleźć w internecie, na przykład tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=zvEYf1QN9Ps&start=1298

    Do wielkich wydarzeń należały pogrzeby szamanów. Po trzech dniach od śmierci wyprowadzano ciało zmarłego na koniu, który pokryty był całunem. Całun szamana czarnego był błękitny, zaś białego biały. Zmarły jechał na koniu tak jak żywy, ale za nim siedział ktoś starszy i podtrzymywał zwłoki, żeby nie spadły. Śladem tego makabrycznego zwyczaju w naszej kulturze była tzw. instytucja rycerza pogrzebowego. Do kościoła wjeżdżał mianowicie rycerz na karym koniu i w czarnej zbroi, który reprezentował zmarłego. Kruszył kopię na środku kościoła i odjeżdżał. Zmarły naturalnie leżał w trumnie – „błazeństwa” naszych nieodległych przodków były już mocno umoderowane przez kościół i cywilizację. Pytanie, czy moderowano również konia. Podczas pogrzebu hetmana Koniecpolskiego rumak się znarowił, zaczął kopać i wywołał ogólną panikę wśród żałobników.

    U Buriatów ciało szamana palono. Gdy stos płonął, zabijano również konia, który go przyniósł na miejsce pogrzebu. Biedną szkapę również palono lub zostawiano na miejscu. Gdy zwłoki się dopaliły, opuszczano miejsce w pośpiechu, nie oglądając się za siebie. Ten, kto obejrzałby się za siebie musiałby wkrótce podążyć tropem zmarłego. Nazajutrz przychodzono na miejsce z jedzeniem dla zmarłego. Krewni zbierali kości spalonego szamana, najpierw szukając czaszki. Kości wrzucano do worka błękitnego lub białego, w zależności od tego, czy szaman był czarny, czy biały. Worek ten wsadzano do dziupli, wyciętej w pniu sosny. Zatykano ją drewnianą pokrywą, nakładano korę i przybijano gwoździami. Takie drzewo było odtąd święte i nietykalne, co po części tłumaczy to, iż na polskich cmentarzach dawniej było mnóstwo drzew i nikt nie narzekał, że trzeba zbierać liście. Ciekawe, iż ów zwyczaj zbierania kości i pakowania ich do wora przypomina pewną historię z czasów bolszewickich. W 1919 roku bolszewicy dobrali się do szczątków prawosławnego świętego Cyryla Białoozierskiego. Oto jak opisali znalezisko: „Lalka, wyobrażająca człowieka, z formą twarzy i wszystkimi częściami człowieka, takimi jak nos, podbródek itp. Pod pokrywą znajduje się kupa kości, przy czym niektóre, takie jak kość biodrowa i tylna część czaszki zachowały swój kształt, natomiast wszystkie inne przekształciły się w proszek”. Pytanie do lekarzy: czy to możliwe, by leżące w grobowcu kosteczki tak szybko się rozpadły? A może rozpadły się tak pod wpływem ognia?

    U innych mieszkańców Azji szamana chowano w trumnie, wiszącej na drzewie lub na specjalnym podeście, gdyż szamani przecież za życia też latali w powietrzu na swych czarodziejskich rumakach. Bęben szamana dziurawiono, by nie wabił dusz ludzkich (znowu – kruszenie kopii).

    Jak wspomniałem na wstępie szamani dzielili się na czarnych i białych. Wprawdzie często czyta się opinie, że podział na dobro i zło jest przestarzały, jednak wyraźnie biali szamani (ci którzy mieli kontakt z duchami dobrymi) obawiali się szamanów czarnych. Szamanów dzielono też na małych i wielkich. Do tych małych duchy przychodziły, natomiast wielcy „wyfruwali” podczas ekstazy do świata duchów. Najwyraźniej w ten sposób określano poziom samokontroli szamana nad chorobą psychiczną, która go dręczyła. Ponieważ, jak wspomniałem, szamanizm nie wytworzył spójnej etyki, szamani azjatyccy niejednokrotnie walczyli ze sobą i zabijali się (walczyli ze sobą także jurodiwi, o czym wspomina prof. Ewa Thompson), często też stawali na czele swoich plemion. Najwyraźniej potrzebowali ich wsparcia, ich siła duchowa bazowała na swego rodzaju pasożytnictwie na ludziach. To niewątpliwie tłumaczy fakt, dlaczego Iwan Groźny tak chętnie prezentował się poddanym jako rzekomo „jurodiwy”, a opryczninę sformował na kształt ohydnej parodii klasztoru. Nawiasem mówiąc ludy syberyjskie wierzyły, że pies ma moc odganiania złych duchów. Z tego też powodów w grobach często znajdowano obok kości ludzkich głowę psa-przewodnika po świecie umarłych. Przysięgi składano również na głowę świeżo zamordowanego pupila. I to także tłumaczy, dlaczego oprycznicy mieli przytroczone do siodeł psie głowy, zapewne na wypadek nagłej a niespodziewanej śmierci, gdy pies miał pomóc ich duszy w przejściu na tamtą stronę. Może też przysięgali na wierność swemu carowi, mordując własnego psa?

    Ślady obyczajów ludów ugryjskich – jak twierdzi autor – widać także u dawnych Węgrów, w tym u Szeklerów. Obyczaje te musiały być żywe jeszcze w wieku XVI czy XVII. I tu pojawia się interesujące pytanie: czy wojując z moskalami w północnej części państwa moskiewskiego Stefan Batory i otaczający go Węgrzy nie mieli poczucia dojmującego déjà vu? Przecież musieli się zetknąć z tymi obyczajami u siebie, ba, może nawet co nieco rozumieli język swoich przeciwników, o ile ci akurat nie udawali słowian i nie mówili staro-cerkiewno-słowiańskim. Zaczynam też niejako rozumieć, skąd u Węgrów bierze się ów przedziwny sentyment do rosjan. Podejrzewam, że putinowska dezinformacja musiała wytrwale pracować nad ożywieniem w umysłach Węgrów „ugryjskiej wspólnoty” – ale czy tak jest w istocie? Stawiam to pytanie tym, którzy posiedli znajomość tego pięknego języka…

     

    Jakub Brodacki

     

    Ciąg Dalszy Nastąpi w części drugiej (za jakiś czas)

    5
    5 (2)

Pages