Bażant w Węgorzewie (1)

 |  Written by Godziemba  |  0
We wrześniu 1988 roku zostałem bażantem.
 
 
     Stało się. W dniu 1 września 1988 roku wyjechałem z Warszawy do Węgorzewa, gdzie miałem odbyć służbę wojskową. W jednostce musiałem stawić się w dniu 2 września o godzinie 8.00, a jedyny pociąg przyjeżdżał do Węgorzewa ok. 20.00.
 
 
     Po przyjeździe do Węgorzewa, wysłałem telegram do domu. Kilka miesięcy wcześniej rodzice zamienili mieszkanie na dużo większe, a w nowym mieszkaniu nie było jeszcze telefonu.
 
 
     Ok. 21.00 zgłosiłem się do jednostki. Kazano mi udać się na salę i położyć się spać. Wieczorem przyjechało jedynie kilkunastu poborowych, pozostali przybyli dopiero następnego dnia.
 
 
     W dniu 2 września 1988 roku zostałem oficjalnie wpisany do ewidencji JW 2568 jako szeregowy podchorąży. Zostałem tym samym bażantem – tak nazywano podchorążych. Wcześniej dowiedziałem się od kolegi, iż istnieje SPR Obrony Cywilnej, w której szkoła trwa tylko 3 miesiące zamiast 4 jak w innych SPR-ach. Potem podchorążowie wysyłani są na praktykę do poszczególnych komend OHP. Najwięcej jednostek OHP było w Warszawie, stąd istniała duża szansa powrotu do Warszawy, zamiast trafienia do „zielonego” garnizonu. Napisałem stosowne podanie do kierownika Studium Wojskowego UW i otrzymałem skierowanie do tej jednostki. Formalnie SPR Obrony Cywilnej przeznaczona była dla podchorążych o niskich kategoriach zdrowia – A3. W rzeczywistości w Węgorzewie znalazło się najwięcej absolwentów akademii wychowania fizycznego z całej Polski. W wojsku nic nie było normalne.
 
 
      Jak każdy poborowy zdałem cywilne ubranie i otrzymałem wyposażenie żołnierskie (mundur polowy – tzw. moro, buty wojskowe, pas parciany, czapkę polową, podkoszulek, granatowe bokserki – tzw. atramenty, tenisówki, menażkę, niezbędnik, dres, piżamę, ręcznik, mundur wyjściowy, buty wyjściowe, pas skórzany, czapkę wyjściową, mydło, dwie żyletki oraz inne elementy wyposażenia).
 
 
     O ile mundur polowy i buty były nowe, to mundur wyjściowy był bardzo „przechodzony”, nie mówiąc już o podkoszulku i atramentach, które były mocno sprane.
 
 
     Następnie udałem się do fryzjera, który ostrzygł mnie na regulaminowego krótkiego jeża. Potem krótka wizyta u lekarza oraz obowiązkowy zastrzyk wzmacniający – tzw. delbeta, który miał nas rzekomo uchronić przed chorobami.
 
 
     Kolejnym punktem programu było spotkanie z oficerem politycznym. Ten zajrzał do swojego kapownika i zapytał się czy złożę przysięgę wojskową. Odparłem, że organizacja, z którą jestem związany nie jest pacyfistyczna i po zmianie roty przysięgi (usunięciu słynnego fragmentu o sojuszu ze Związkiem Sowiecki) nie widzę przeszkód w złożeniu przysięgi. Zadowolony politruk przyznał, iż studiuje zaocznie historię w Białymstoku i zainteresował się tematem mojej pracy magisterskiej. Gdy dowiedział się, iż zajmuję się obozem piłsudczykowskim, odparł, iż będzie miał później dla mnie  pewną propozycję.
 
 
     Następne godziny spędziłem na obszywaniu obu mundurów, czyli umieszczeniu na nich w odpowiednim miejscu oznaczeń podchorążego i jednostki, w której miałem służyć. W między czasie wydano nam pierwszy wojskowy obiad, a potem kolację.
 
 
     Z uwagi na wczesny przyjazd do jednostki zaraz po obiedzie uporałem się z mundurami, umundurowanie wyjściowe oddałem do depozytu i miałem czas wolny. Koledzy, którzy przyjechali po południu jeszcze po capstrzyku na korytarzu obszywali swe mundury.
 
 
     Dyżurny kapral pokazał nam jak należy słać łóżko oraz składać podkoszulek i atramenty na taborecie, stojącym przed łóżkiem. Wszystko musiało być idealne ułożone, co do centymetra.
 
 
     Trafiłem do 1 plutonu, którego dowódcą był zgorzkniały trzydziestoparoletni porucznik N., który – jak się potem dowiedzieliśmy – wcześniej podpadł i został zesłany do Węgorzewa do jednostki obrony cywilnej, bez szans na dalszą karierę w wojsku. Dla naszego plutonu zabrakło kaprala, stąd jego obowiązki zaczął pełnić kolega, który przed ukończeniem cywilnej uczelni przez rok był elewem szkoły oficerskiej.
 
 
     Następnego dnia zerwano nas o 6.00 i kazano natychmiast ubrać się w podkoszulek, atramentach oraz tenisówki (po nadejściu przymrozków pozwalano nam ubierać się w dresy), a następnie wygnano na zaprawę poranną – połączenie biegu z gimnastyką. Większość robiła sobie jaja z kaprali, którzy próbowali zapanować nad chaosem.
 
 
     Po zaprawie musieliśmy posłać regulaminowo łóżka oraz umyć się. Następnie była zbiórka, w czasie której sprawdzano czy dokładnie ogoliliśmy się. Po niej udaliśmy się na śniadanie, które zawsze było o godzinie 7.00 Jako podchorążowie mieliśmy zdecydowanie lepsze jedzenie niż żołnierze z „zetki” – czyli  służby zasadniczej.
 
 
     Po śniadaniu i sprawdzeniu posłania łóżek rozpoczynało się szkolenie teoretyczne. Porucznik N. monotonnym głosem odczytywał notatki, dotyczące różnych zagadnień wojskowych. Jeden z kolegów, który miał ładny charakter pisma, przepisywał mu notatki z poprzedniego turnusu. W wojsku wszystko musiało być aktualne – każdy trep musiał więc mieć w każdym turnusie nowe notatki.
 
 
     Większość z nas udawała, że coś notuje. Inni starli się zdrzemnąć, jeszcze inni grali w okręty. Był to całkowicie zmarnowany czas. Wszyscy pozorowali naukę. Jedynie bezwzględnie egzekwowano od nas znajomość różnego rodzaju regulaminów wojskowych.
 
 
     O godzinie 11.00 było drugie śniadanie, a po nim kontynuowaliśmy szkolenie. W pierwszych tygodniach służby czas po drugim śniadaniu przeznaczony był na naukę musztry na placu defiladowym. 
 
 
     Budynek, w którym mieściła się nasza szkoła obrony cywilnej, oddzielony był ulicą od właściwej jednostki – brygady artylerii. Aby udać się na plac defiladowy musieliśmy więc we właściwym szyku przejść przez ulicę, następnie przez wartownię i wejść na teren  jednostki. Tam też znajdowały się pozostałe budynki jednostki, izba chorych, magazyny, łaźnia, pralnia oraz hala sportowa.
 
 
     Godzinami ćwiczyliśmy elementy musztry, waląc butami w asfalt i wykonując różnego typu zwroty, itp.
 
 
      O godzinie 14.00 był obiad, po którym musieliśmy udać się do sali, w której spaliśmy. Nie można jednak było położyć się na łóżko, które przez cały dzień musiało być idealnie posłane. Dwadzieścia kilka osób, bo tyle osób spało w jednej sali chodziło więc po sali lub siedziało na stołkach. Dopiero po przysiędze odpuszczono nam i nieformalnie pozwolono na leżenie na łóżkach po obiedzie. Oczywiście na sygnał dyżurnego, iż nadchodzi trep trzeba było się zerwać i jako tako wygładzić łóżko.
 
 
      Zazwyczaj po czasie wolnym rozpoczynało się sprzątanie rejonów – każdy pluton miał przydzielony odcinek korytarza, schodów, który należało dokładnie sprzątnąć. W soboty odbywały się generalne porządki. Korytarz i schody należało dokładnie umyć. Przed wojną w budynkach przez nas zajmowanych znajdowały się koszary pruskiej jednostki artylerii konnej. Korytarze i schody wyłożone były terakotą, której powierzchnia nie była gładka, ale znajdowały się na niej liczne rowki. Aby ją dokładnie umyć trzeba było używać szczoteczek do zębów. W pierwszą sobotę wykupiliśmy cały ich zapas w pobliskim kiosku Ruchu. Po umyciu kładło się na podłogę gazety, aby nie zadeptać podłogi przed jej wyschnięciem.
 
 
      Raz w tygodniu prowadzili nas do łaźni, gdzie oddawaliśmy brudne atramenty i podkoszulek, a otrzymywaliśmy inne, wyprane.
 
 
      O godzinie 18 była kolacja, po niej czas wolny, a o godzinie 19.30 obowiązkowe oglądanie Dziennika Telewizyjnego. Dyżurni dokładnie sprawdzali, czy wszyscy są obecni w świetlicy i „pilnie” śledzą wiadomości DT.
 
 
     Czasami pozwalano nam na obejrzenie filmu w telewizji, ale ok. 21.00 był apel, a po nim należało się umyć, przebrać w piżamę, wystawić buty przed salę, właściwie ułożyć podkoszulek i atramenty na taborecie i położyć się do łóżka.
 
 
    O godzinie 22.00 ogłaszano ciszę nocną, gasząc światło. Poza salami mogli przebywać jedynie dyżurni – dwaj na drugim piętrze, gdzie mieściły się sale sypialne oraz dwóch na parterze, przy wejściu do budynku.
 
 
 
CDN.
5
5 (2)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>