Obóz świętych albo Bezdroża niepoprawności politycznej

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  6
„Obóz świętych” Jeana Raspaila uchodzi niekiedy za książkę wizjonerską, wybitną,  ma swoich oddanych fanów i czytelników. Przywołany zostaje prawie zawsze, gdy dochodzi do konfliktu cywilizacji na terenie Europy lub gdy kolejna grupa imigrantów zbliża się do zachodu w poszukiwaniu socjalnego raju. Jako politycznie niepoprawnya cieszy się wręcz czymś w rodzaju immunitetu, o czym przekonałem się wertując kilka dyskusji na katolickich forach internetowych. A ja mam właśnie problem, bowiem uważam „Obóz świętych” za książkę kiepsko napisaną, a co więcej szkodliwą. Wiem, raczej nie zostanie mi to przez jej zwolenników wybaczone.
 
Streśćmy fabułę: do Europy, rozmontowanej politycznie i moralnie przez polityczną poprawność zbliża się flotylla obdartych, odczłowieczonych uchodźców z Indii. Francja czeka na ich z otwartymi ramionami, śniąc piękny sen o końcu rasizmu i społecznych nierówności. Następnie zaś poddaje, czy raczej oddaje się bez żadnej walki, a na gruzach zdegenerowanego zachodu rodzi się nowy świat.
 
Bohaterowie Raspaila dzielą się, w skrócie, na trzy grupy. Politycznie poprawnych szaleńców, których sposób działania opisany jest nieźle i chyba najbardziej w tych fragmentach pisarzowi najbliżej do rzeczywistości. Ich oponentów – garstkę europejskich, białych tradycjonalistów, zakochanych w swoim ginącym świecie. Wreszcie – skrajnie odczłowieczonych, oblepionych odchodami, śmierdzących imigrantów, dowodzonych przez obrzydliwe, kalekie dzieci, których chaotycznym działaniom przypisuje się magiczną moc. Ci ostatni przedstawieni są niczym Żydzi w propagandzie III Rzeszy. Mogę zrozumieć, że dla osób, które mieszkają w krajach, w których nie można już pisać źle o najgorszym nawet przybyszu, by nie być uznanym za rasizm, jest to na swój sposób katharsis. We mnie budzi to jednak sprzeciw, choć niekoniecznie mam potrzebę zaprzyjaźniać się z każdym. Agresywna polityczna poprawność jest mi równie wroga, co rasizm, bez którego żyć zresztą nie może. Tylko jak to odmówienie człowieczeństwa innemu ma się do chrześcijaństwa? Jasne, można napisać, że przecież to wszystko jest umowną przenośnią, ale czy mrugnięciem oka jest zdanie z przedmowy do III wydania, że aby się uratować, będziemy musieli wyzbyć się chrześcijańskiego miłosierdzia?
 
Kim są Raspailowi obrońcy cywilizacji? To postacie, celebrujące styl, klasę i bogactwo, wspominające z czułością chwile seksu z dziećmi w eksluzywnym burdelu, znajdujące radość w zabijaniu najeźdźców – zwłaszcza wspomnianych dzieci-potworków czy rozbitków z tonącego statku-widma. Idealni bohaterowie dla Krytyki Politycznej czy Gazety Wyborczej, piękniejszego obrazu białego, chrześcijańskiego (?) konserwatysty wymarzyć sobie nie mogli. Ja w tym towarzystwie prędzej od siebie widzę senatora Libickiego, odbierającego leki emerytom. Sposób przedstawienia realnego zagrożenia, który samo mówienie o nim ośmiesza i kompromituje – to nie jest żadna zasługa, to krzywda, którą Raspail wyrządza swojemu światu.
 
Tyle o stronie moralnej. Od strony literackiej, która i tak jest tu drugorzędna, jest raczej średnio. Jeśli ktoś lubi styl późnego Łysiaka, w którym bohaterowie rozmawiają płomiennymi manifestami, prezentującymi stanowisko autora rozpisane na głosy – może czuć się usatysfakcjonowany. Tu znajdzie tę formułę w wersji perfekcyjnej. Pisarz ułatwi też nam życie, postacie opisijąc w sposób tak pełny, że nie musimy samodzielnie oceniać ich zachowań czy charakteru – wszystko mamy już napisane. Gdzieś w połowie książki, gdy coraz bliżej upadku świata, zaczyna się to nawet fajnie czytać, jak to bywa z kulminacjami horrorów czy książek katastroficznych. Koniec znów niestety trochę kuleje, do tego właściwie trochę za mało o tym późniejszym świecie. Zaś ten z kart „Obozu świętych” dziwnie mały – nie ma w nim właściwie strefy komunistycznej (rzecz pisana jest w latach 70-tych), choć przecież to też cały czas część tej samej cywilizacji. Nie ma bogatszych krajów Azji, nie ma Chin… To jednak niuanse, główne zarzuty postawiłem wcześniej. Osobiscie dziwię się, że Raspaila wydała Fronda (a wcześniej Klub Książki Katolickiej), ponieważ dla mnie – to pozycja mało, lub wręcz anty-chrześcijańska. Wiem już dobrze, że jestem z tym sądem w mniejszości i to w towarzystwie, w którym znaleźć zdarza mi się rzadko, bo jednym z głównych krytyków tej powieści jest Mirosław Salwowski (obecnie tworzący serwis „Kultura dobra”), którego poglądy na ogół uważam za przesadzone, choć jego pracy kibicuję, tu zaś właściwie zgadzam się ze wszystkim, co na ten temat pisał. Tu dłuższy cytat:
 
Raspail nie tylko opisuje rzeczywistość wojny cywilizacyjnej, ale bardzo wyraźnie stawia w niej za wzór tych, którzy depczą tradycyjną moralność chrześcijańską. Jego”Święci” broniący europejskiej cywilizacji przez najazdem obcych kulturowo – etnicznie przybyszów to ludzie czerpiący przyjemność z zabijania wszystkich imigrantów jak leci, mordujący niewinne dzieci, odmawiający przybyszom nawet prawa do bycia bliźnimi, a przy okazji z rozrzewnieniem wspominający swe wizyty w domu publicznym. I właśnie tego rodzaju osoby są ukazani przez Raspaila, jako „Obóz Świętych”, ostatni bohaterowie i obrońcy europejskiej cywilizacji, etc. Całość zaś powieści zmierza właśnie do tego, by ich nikczemne, zbrodnicze i niemoralne postępowanie ukazać jako właściwą receptę na „fałszywą litość” lewicy i kościelnych modernistów.
 
Problem z „Obozem Świętych” jest dość typowy dla różnych herezji, błędów i wypaczeń. W dużej mierze pokazuje on prawdziwe problemy, ale daje nań zła, koszmarną odpowiedź. Komunizm też ukazywał prawdziwe problemy (chciwość wielu kapitalistów, uciskanie ubogich, etc), ale receptą jaką on proponował okazał się o wiele gorsza od „dzikiego kapitalizmu”, na który miał być on receptą. Analogicznie było z nazizmem. Nawet ruchy pro-aborcyjne pokazują prawdziwe problemy (perspektywa życia dzieci w słabych, niepełnych, rozbitych rodzinach). I podobnie jest z „Obozem Świętych” JR. Pokazany jest tam prawdziwy problem masowej imigracji ludzi obcych kulturowo. Ale odpowiedź na ów problem, jaka jest tam zawarta, to prawdziwy koszmar, który stopniem swej diaboliczności niewiele różni się od komunizmu, nazizmu czy aborcji.
 
Wobec kontrargumentu - bluzgi hien, które mogą sobie powyć nad ześmiergłą padliną nie dotrą do uszu Seigneur' Raspaila, ich pseudointelektualne wyziewy nie pomagają zrozumieć przesłania jego powieści. Cóż najlepiej trzeźwieje się ryjem w rynsztoku, a powoli Europa staje się takim rynsztokiem! Najbardziej trzeźwiąco powinien oddziaływać przykład politpoprawnego dziennikarzyny z "Obozu Świętych", któremu lewacka tłuszcza "odbiła" konkubinę, wy jesteście jak ten nieszczęśnik, we łbie pełno fantasmagorii. – który kolega ósmy Jeździec przedstawił w swoim czasie na forum Rebelya.pl jestem jednak bezsilny, pozostaje mi więc obiecać sobie w nieokreślonej przyszłości przeczytanie książki po raz trzeci. Może wtedy dotrze do mnie wreszcie jej wielkość.

Jean Raspail, Obóz świętych, tłum. Marian Miszalski, Fronda 2015


 
5
5 (1)

6 Comments

Obrazek użytkownika Danz

Danz
Dzięki za recenzję, przekonałeś mnie, że warto książkę przeczytać, chociażby dlatego, aby wyrobić sobie własne zdanie na temat powieści.
Pozdrawiam.yes

Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
Empedokles

Obrazek użytkownika Krzysztof Karnkowski

Krzysztof Karnkowski
tak, myślę, że warto, choćby jako pewien fenomen po "naszej" stronie. Natomiast tak sprzecznych i emocjonalnych reakcji się często nie spotyka. Zreszta cóż, jest 60%, że Ci się spodoba :D
Obrazek użytkownika Max

Max
Czytałem, dobrych parę lat temu.
Książka zostałą napisana w 1973, niejako na fali wydarzeń z 1968 roku i ich konsekwencji. Zbiegiem okoliczności dalej jest aktualna, w zestawieniu trapiącą cywilizację zachodnią plagą multi-kulti, genderyzmu oraz nasilonym zjawiskiem imigracji. Ale to tylko zbieg okoliczności, nie ma co doszukiwać się tam wizjonerstwa, dla wprawnego oka różnice są dość oczywiste.

Entuzjaści postrzegają "Obóz świętych" jako dzieło klasy "Nowego wspaniałego świata" czy może "Roku 1984". To zdecydowana przesada.

Jako beletrystykę książkę czyta się nie najgorzej, choć znów: znam dużo, dużo lepiej napisane. Warsztatowo w miarę przyzwoicie (choć są potknięcia); zakończenie, z kolei, rozczarowuje.

Ogólnie oceniłbym w granicach 4/10 (czyli: 'można przeczytać'), ale że taka modna i na topie, będzie 3/10.
:)

"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
Obrazek użytkownika ro

ro
Szkoda, że napisałeś "zakończenie rozczarowuje".
Nie kupię.

Do dzisiaj mam niesmak po obejrzeniu filmu "Langoliery". Książki nie czytałem, ale film mnie zachwycił. Do sceny końcowej.
Realizacja znakomita, wręcz oskarowa, dobór i gra aktorów - bez zarzutu.
Atmosfera - Hitchcock by sie nie powstydził.
I kiedy groza zbliża się do zenitu, reżyser postanawia... pokazać tę grozę.
W całej okazałości i szczegółach.
Zgroza!

Coś takiego, jak niegdyś przydarzyło się na Turnieju Wydziałów w Gliwicach. Kabaret kolegów z TM - taki sobie, widzowie poprawiają się na krzesłach, niektórzy ziewają.
I nagle wychodzi facet z gitarą. Na melodię "Santa Lucia" śpiewa tekst o milicji. Tekst rewelacyjny, dwa poziomy wyżej, niż przeciętna turnieju. Jury w osobach Skuchy i Łapota (kabaret Długi) prostują się na krzesłach. Gość śpiewa dobrze, akcentuje co trzeba i gdzie trzeba, ostatnie dwa słowa każdego refrenu mormorando - pełen profesjonalizm. 
Nawet trochę zazdroszczę, bo chyba tą piosenką wygrają z nami turniej...

Niestety!
Ostatnią zwrotkę kończy, zgodnie z rymem i rytmem:
- Santa  M i l i c y j a.

Langoliery.
  
Obrazek użytkownika Max

Max
No cóż, mnie zakończenie rozczarowało. :) Ktoś inny może mieć inne zdanie - może Budyń się wypowie. Szczegółów nie mogę zdradzić, żeby potencjalnej przyjemności z czytania nie zepsuć.

Langoliery? Według Kinga?
Czytałem, nie oglądałem, kiedyś wpadł mi w ręce zbiorek czterech jego minipowieści, nosił tytuł, chyba "4 po północy". Langoliery podobały mi się, mimo trochę, hm, dziwnego pomysłu na .. langoliery. N książce nie wypadają źle. :) Ale opowiadanie miało specyficzny oniryczny klimat, akcja okraszona (jak to u Kinga) niezłymi kreacjami bohaterów i nieźle zaaranżowanymi interakcjami pomiędzy nimi.

Ale... - i mam nadzieję, że tego nie sfilmowali (nie ma King szczęścia do ekranizacji, co jedna, to gorzej) - z tego zbioru polecam "Policjanta bibliotecznego". Kapitalne... :)

Anegdotka o Santa Milicyi świetna, ubawiłem się.
Jak to łatwo można przedobrzyć... ;)

PS. Co do lektur, nadrabiam właśnie zaległości. Od dawna odkładałem sobie "na później" trylogię Suworowa: skończyłem "Kontrolę", czytam "Wybór"...

"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
Obrazek użytkownika celnik

celnik

Czytałem Raspaila "Pierścień rybaka". Zaczyna się dobrze - niekiedy bawi, niekiedy zaskakuje, a na pewno budzi zainteresowanie.

Jednak im dalej tym gorzej. Mimo że autor przekonuje o swojej rzetelności, to cała historia jest przedstawiona bardzo tendencyjnie, jakby pod z góry przyjętą tezę. Pod koniec książki czekałem już tylko na to, żeby skończyć i wziąć się za coś innego.

Cóż, po Twojej recenzji z pewnością nie sięgnę po "Obóz świętych", ponieważ obecnie Jean Raspail rozczarowuje mnie tym bardziej, im więcej dobrego o nim wcześniej słyszałem.

---
Co Bóg chce. Jak Bóg chce. Kiedy Bóg chce.

Więcej notek tego samego Autora:

=>>