Papierowa polityka historyczna

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  2
W cieniu polityki bieżącej toczy się cały czas wojna o pamięć historyczną. Wielokrotnie chwaliłem obecne władze, zarówno rząd, jak i prezydenta, za prowadzenie skutecznej, godnościowej polityki historycznej. Niestety ostanie tygodnie każą mocno zweryfikować wcześniejszy optymizm. Czy wpływ na to miała ustawa o IPN, która okazała się być niespodziewanie wielkim, międzynarodowym problemem Polski, czy też chodzi o zwykłą niemoc, spowodowaną zmęczeniem ciągłymi sporami dotyczącymi tu i teraz, tego nie wiem. Pozostaje faktem, że w czerwcu wciąż nie wiemy o spektakularnych planach uczczenia setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Rejs z udziałem Kusznierewicza zakończył się pozwem i kompromitacją. Mamy zamiast niego wyprawę Daru Młodzieży, mamy ładnie pomalowane samoloty, wszystko to cieszy, niemniej jest to wciąż rozpaczliwie mało, tak, jak mało jest już czasu.
W marcu zobaczyliśmy, jak mści się realny brak wpływu instytucji państwa na Muzeum Polin, które jako własną formę obchodów rocznicy Marca 1968 stworzyło akt oskarżenia pod adresem dzisiejszej Polski. Między PiS i ekipą Gomułki postawiono praktycznie znak równości, wszystko zaś w oparciu o państwo, które płaci, lecz nie może wymagać. Wystarczy niechęć dyrekcji, by kluczowa dla polskiej polityki historycznej placówka stała się jedną z barykad, na której broni się nie rzekomo prześladowana mniejszość, a po prostu elita III RP. Która tracąc rząd dusz i przywileje, nie mając więc innych argumentów sięga do rzekomego polskiego antysemityzmu. A że równocześnie atmosfera gęsta jest od oskarżeń, płynących głównie ze strony władz Izraela, tym lepiej, bowiem przekaz zyskuje bardzo potężne wzmocnienie. Nie liczy się ani interes narodowy, ani prawda historyczna. 
Z dużym trudem, udało się dokonać zmian w Muzeum II Wojny Światowej, tak, by pokazywało kluczowy dla naszych dziejów dramat z polskiej perspektywy. Niestety, choć podobne w swej istocie zarzuty od kilku lat formułowano wobec dyrekcji muzeum w Oświęcimiu, nie doszło do żadnej zmiany. Choć kilka lat temu głośno było o rocznicy wyzwolenia obozu, podczas obchodów której znalazło się miejsce dla wnuka niemieckiego komendanta, lecz już nie dla rodziny rotmistrza Pileckiego, nikt nie próbuje nawet pociągnąć szefa placówki do odpowiedzialności. Dyrektor Piotr Cywiński od lat wykazywał silną niechęć wokół osób i organizacji (w tym skupiających byłych więźniów i ich rodziny) chcących obchodzić na terenie muzeum ustalony w 2006 roku przez Sejm Narodowy Dzień Pamięci Polskich Ofiar Niemieckich Obozów Koncentracyjnych i Zagłady. Co roku byli oni ofiarami rozmaitych drobnych szykan, jak utrudnienia w zorganizowaniu mszy czy wykonania hymnu, brak miejsc siedzących dla najstarszych uczestników czy odmowa udostępnienia nagłośnienia. Jak pisze w „Tygodniku Solidarność” związana z tym środowiskiem Joanna Płotnicka, Cywiński „wprowadził w 2016 r. strefę ciszy i pozbył się natrętów. Mszę św. wyprowadził poza teren obozu, CHSRO wywalił z organizacji, zakazał 14 czerwca w Narodowy Dzień Pamięci wykonywania polskiego hymnu pod Ścianą Straceń (gdzie był grany od 1945r – 2015r.).” Wolontariusze, skupieni wokół inicjatywy „Przypomnijmy o Rotmistrzu” od wielu miesięcy dobijają się do polityków, których chcą zaprosić do udziału w obchodach Dnia. Bez skutku, tak, jakby obecność tego dnia w nieludzkim miejscu mogła jakoś politycznie zaszkodzić, choć przecież, pomijając zwykłą patriotyczną powinność, wpisuje się przecież w agendę naszej polityki historycznej. Aż dziw, że trzeba odwoływać się do tego argumentu, bezskutecznie zresztą. Petycja do prezydenta pozostaje bez odpowiedzi.
W próżni pozostaje też pytanie o możliwość wykonywania hymnu. Gdy o sprawie zaczyna być trochę głośniej i muzeum czuje się zmuszone, by wreszcie odpowiedzieć, kluczy. Z jednej strony bowiem zapewnia, że na terenie placówki nie obowiązuje żaden zakaz odnośnie „Mazurka Dąbrowskiego”, równocześnie wspomina jednak o „strefie ciszy”. Tak, jakby knebel, którego niemieckim oprawcom nie udało się założyć więźniom, uzyskał nową, administracyjną moc w XXI wieku. A przecież na tym nie kończą się kontrowersje, mamy bowiem trwające prace nad nową ekspozycją w bloku 11, które, jak alarmują wolontariusze, wspierani przez część historyków, niszczą lub wypychają z ich miejsca autentyczne pamiątki i eksponaty z czasów funkcjonowania obozu zagłady. Ekspozycja zostaje „umiędzynarodowiona”, wątki polskie, dotyczące ściśle miejsca, łączą się z innymi, bardziej ogólnymi, słowem – powtarza się eksperyment na historii w stylu Pawła Machcewicza. Za kilka dni zapewne w zakazanej strefie pojawi się grupa zapaleńców, bez wsparcia polityków i mediów. Może uda się zaśpiewać hymn i nie ponieść konsekwencji, może uda się odprawić mszę świętą i nie zostać ukaranym. Czy to są pytania i dylematy, przed jakimi stawać muszą autentyczni kustosze pamięci w Polsce, świętującej za chwilę 100 lat niepodległości, później zaś 30 lat wolności?
W Warszawie zaś nie dzieje się wcale lepiej. Jak wszyscy na pewno wiedzą, kilka miesięcy temu wojewoda przemianował ul. Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego, co powinno skończyć trwający już ponad 20 lat czas sporów, niemocy i braku woli. Nic z tego. Dla rządzącej miastem Platformy nowa nazwa jest nie do zniesienia. Lech Kaczyński co prawda przez chwilę był kilkanaście miesięcy temu tym „dobrym”, ponieważ jego słowa wykorzystywano jako argument za pozostawieniem w dotychczasowej formie Trybunału Konstytucyjnego. Ten czas dawno jednak minął, dziś odmawia mu się zasług i dla Polski, i dla stolicy, której był przecież prezydentem. Popartym w rozgrywce przeciw Markowi Balickiemu przez Platformę Obywatelską. Aby jednak ukryć kradzież jednego drzewa zarządzający stolicą postanowili wyciąć cały las i zaskarżyli do sądu administracyjnego wszystkie decyzje wojewody. Te zaś, przypomnijmy, wzięły się ze zignorowania przez samorząd obowiązku przeprowadzenia dekomunizacji nazw ulic. W związku z tym Warszawa pozbywa się ulic m.in. Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Herberta, „Morro” i „Inki”, Marka Nowakowskiego, ba, nawet KOR i Edelmana. Wracają Duracz, Rzymowski, AL, ZWM, Kruczkowski i cała masa komunistycznych „nołnejmów”, o których moja babcia mówiła „jacyś ich nowi święci”. I tak w cieniu głośnej wojny z Lechem Kaczyńskim i jego żyjącym bratem, miasto i sąd rekomunizuje miejską przestrzeń. Gdyby jakimś cudem nie udało się zaraz po upadku komuny pozbyć Marchlewskiego, Dzierżyńskiego i Świerczewskiego, oni też wróciliby w zeszłym tygodniu na tabliczki. Żeby sąd chociaż odwołał się do zasady pomocniczości i prawa samorządu, które, prześlizgując się nad całym kontekstem decyzji, przywołują obrońcy wyroku. Nie, dla sędziów uzasadnienia przygotowane przez IPN były niewystraczające. W 2018 roku potrzeba najwyraźniej długiego procesu, najlepiej, zgodnie z tradycją post-PRL rozłożonego na długie lata, by wykazać, że na ulicę zasługuje Herbert, nie Kruczkowski, Kaczmarski, nie Modzelewski i kilkudziesięciu innych. Byłby to zarazem sąd nad bezsilnością Trzeciej Rzeczpospolitej,  jej postsolidarnościowych elit, niezlustrowanych nigdy sądów i oportunistycznych urzędników. Wreszcie, zwykłych ludzi, którzy wolą mieszkać na ulicy poświęconej zbrodniarzowi, niż zmierzyć się nawet z ograniczonymi do minimum formalnościami biurokratycznymi.
Przypadki warszawskich ulic i muzeum pokazują, jak ważne jest odzyskanie wpływu na samorządy również dla historycznego wymiaru polskiej polityki. Jednak sam wpływ nie wystarczy, trzeba też woli i odwagi, tu zaś przykład muzeum w Auschwitz nie nastraja optymizmem.
 
Artykuł ukazął się we wtorkowym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie. Tytuł pochodzi od redakcji.
5
5 (3)

2 Comments

Obrazek użytkownika Siłaczka

Siłaczka
Świetny artykuł. Dzięki. Najsmutniejsze zestawienie 2018r. 100 lecie odzyskania niepodległości z zakazem wykonywania 14 czerwca w święto narodowe polskiego hymnu narodowego pod Ścianą Straceń KL Auschwitz, tam gdzie ginęli Polacy. I ta niemoc wobec tego zakazu wydanego wszakże przez dyrektora państwowego muzeum - nikt nie może tego zmienić.
Obrazek użytkownika Danz

Danz

Dziwna niemoc opanowała rządzących, a konflikt z władzami samorządowymi, bunt sędziów i donoszenie na forum międzynarodowym są znakami ostrzegawczymi. 
Pytanie, co się dzieje za kulisami władzy?

Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
Empedokles

Więcej notek tego samego Autora:

=>>