Dzielnica przyszłości czy rozbicie dzielnicowe?

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  0
Potencjał modernizacyjny, z jakim PO inaugurowała swoje rządy w 2007 roku, zamieniony został bardzo szybko na model korupcyjny. W momencie utraty władzy został po nim paniczny strach przed rozliczeniami, a przede wszystkim zmianą mechanizmów, które dotąd czyniły odpowiedzialność mało bolesną lub niemożliwą. Oczywiście na szczeblu krajowym, bowiem w samorządach, gdzie opozycja ma większość, wszystko działa, czy raczej – nie działa, po staremu. Gdańsk czy Kraków są tego najlepszymi, ale przecież nie jedynymi, przykładami, Strategia, którą w niedzielę konkurencję zaskoczył Patryk Jaki, to powrót do pomysłów modernizacji i to z rozmachem większym, niż kiedykolwiek udało się (może z wyjątkiem projektu Euro 2012) zademonstrować Platformie.
Wielokrotnie i bezskutecznie (co oczywiście nie jest zmartwieniem ani moim, ani czytelników „GPC”) przypominałem na tych łamach, że Platforma największe sukcesy odnosiła, gdy formatując się oczywiście jako „anty-PiS”, odwoływała się zarazem do modernizacyjnych aspiracji Polaków. 11 lat temu było to dość łatwe. Młode pokolenie mogło porównywać sobie „jak to jest na Zachodzie” z tym, co w dużej części zostawiali za sobą w Polsce i do czego woleliby już nie wracać. Obiecano więc im zmianę, zaś ich rodzicom, wraz z tą zmianą, powrót dzieci. Wszystko zaś miało zostać zrobione rękami sprawnych technicznie i medialnie fachowców pod wodzą Donalda Tuska. Mit ten słabł w miarę trwania rządów Platformy, ponieważ wracający, lecz tylko na chwilę, do kraju młodzi ludzie, widzieli, że nie zachodzą praktycznie żadne zmiany w obiecywanym kierunku. W 2011 roku wybory Platformie udało się jednak znów wygrać, ponieważ pojawił się nowy istotny czynnik – Smoleńsk. W 2011 roku ewentualne straty elektoratu, spowodowane niespełnieniem modernizacyjnych obietnic Platforma zrównoważyła wtłoczonym w głowy swoich wyborców strachem już nie tylko przed PiS i jego wyborcami, lecz i mającą być następstwem jego wygranej wojną z Rosją. Wciąż jednak byliśmy przed Euro 2012, w całym kraju, choć z oporami, a często w atmosferze skandalu, trwały prace przy budowie autostrad, dróg o obiektów sportowych. Nadal coś działo się w oczekiwanym kierunku, więc obok programu negatywnego (straszenie PiS i kreowanie pogardy wobec politycznego przeciwnika i jego elektoratu), funkcjonowała jeszcze namiastka przekazu pozytywnego. W 2014 roku, gdy życie dość brutalnie zweryfikowało oczekiwania wobec infrastrukturalnych efektów Euro 2012, a żaden nowy plan się nie pojawił, hasło „Nie róbmy polityki, budujmy… (szkoły, mosty, stadiony itd.) przyniosło pierwszy od 7 lat remis, kończący pasmo dotychczasowych wygranych. Jak wiemy, rok później przyszły dwie bolesne porażki środowiska PO, które najpierw straciło pałac prezydencki, a kilka miesięcy potem również parlament.
Faktyczne podejście tej partii do kwestii modernizacyjnych pokazała praktyka jej rządów, zaś realne intencje na wierzch wyciągnęły knajpiane nagrania. PiS dostał tym samym szanse na odwołanie się do ambicji Polaków i wykorzystał ją, zwłaszcza w odniesieniu do wschodnich regionów kraju, przez Platformę traktowaną co najmniej po macoszemu. Partii Donalda Tuska, której zresztą zabrakło samego Tuska, którego wizerunkowo nie zastąpiła ani Ewa Kopacz, ani Grzegorz Schetyna, zostało więc tylko postawienie się w kontrze do PiS, gra strachem, poczuciem wyższości i kompleksami elektoratu. Jednak i elektorat zmienił się na przestrzeni 10 lat, więc, przestało być to skuteczne, pomaga jedynie utrzymać najmniej refleksyjnych i najbardziej agresywnych wyborców. Tyle, że ich podejście do świata, frustracja i pouczanie wszystkich dookoła jedynie kompromitują polską wersję liberalizmu.
Symbolem tego towarzystwa jest nieustannie prowokująca w miejscach publicznych „ruda z KOD”, ostatnio kreowana na ofiarę przemocy. To nurt plebejski, z korzeniami resortowymi, nie stroniący od agresji i chamstwa, wzmacnianych poczuciem bezkarności i brakiem reakcji instytucji państwa. Obok niego funkcjonuje również „elitarna” wersja tego zjawiska, której przedstawicielką jest Krystyna Janda, ostatnio opowiadająca, jak to, każdy, kto chciał, mógł zostać wygranym polskiej transformacji ustrojowej, zaś jedynym problemem było to, że nie wszyscy chcieli. „W Polsce nie ma pozytywnego snobizmu na pracę, wiedzę, lepsze życie, przesuwanie się wyżej w hierarchii społecznej.” Tłumaczy Janda pauperyzację mieszkańców wsi, w których reforma Balcerowicza zlikwidowała PGR-y, a więc jedyne na ogół miejsca pracy. Wypowiedzi Jandy, narzekającej na niemożność znalezienia od 45 lat gosposi, stały się wymarzonym prezentem dla prawicy, ale nawet druga strona nie była w stanie przejść nad nimi do porządku dziennego. „Janda miażdży wyborców PiS i… odlatuje” pisał portal Na Temat, aktorkę wyśmiał też powiązany z Lisem „asz dziennik” czy, ostatnio bardzo silnie zaangażowany w walkę z rządem Pudelek. Jednak te przypływy wrażliwości społecznej, które od czasu do czasu zdarzają się lewicującym komentatorom mają swoje granice. Przekonał się o tym publicysta „Polityki” Rafał Woś, który pod koniec sierpnia opublikował na portalu „Gazety Wyborczej” wezwanie do współpracy lewicy z PiS. Już w słowie wstępnym swój dystans do tekstu zaznaczył, również przecież uchodzący za symetrystę i często odróżniający się od swojego środowiska Grzegorz Sroczyński. Później na komentatora spadła cała lawina krytyki, zaś redakcja „Polityki”, po wielu wezwaniach czytelników, postanowiła zrezygnować ze stałej współpracy z Wosiem, który właśnie ogłosił, że szuka nowej pracy.
W sobotę, tydzień po analogicznej imprezie Prawa i Sprawiedliwości, odbyła się konwencja samorządowa Zjednoczonej Opozycji. Choć przez chwilę niektórym publicystom wydawało się, że Grzegorz Schetyna wreszcie zaczyna przedstawiać jakieś konkretne propozycje, ten potrzebował zaledwie kilku minut, by wrócić na utarte tory. Po kilku minutach populistycznych haseł o opiece nad seniorami i szkole, Schetyna powrócił do straszenia PiS, zarzutów o prorosyjskość i porównań z PRL, a nawet Związkiem Sowieckim. Przebiła go jednak Katarzyna Lubnauer, mówiąca o partii rządzącej, obserwującej Polaków zza firanek. Gdy jednak zastanowić się nad realnymi skutkami propozycji programowych, na przykład odrabiania lekcji w szkole i pod okiem nauczyciela, więc de facto zatrzymanie dzieci i dorosłych w budynku szkoły na kolejne godziny i ograniczenie w ten sposób czasu wolnego, spędzanego z rodziną przez obie grupy, może to dla opozycji lepiej, że zapamiętamy tylko te firanki. Jednak najważniejszym postulatem, zgłoszonym przez Schetynę jest plan likwidacji urzędu wojewody, de facto więc wyrwanie „Polski lokalnej” spod wpływu Warszawy i, w przypadku politycznego konfliktu, możliwość powrotu do czasów rozkładu państwa i rządów magnaterii, modelu, który próbuje wprowadzać u siebie Paweł Adamowicz, tym razem w skali całego kraju. To nie modernizacja, a nowe rozbicie dzielnicowe. Wymagające zmiany konstytucji, co przecież nie leży w gestii samorządu. Konstytucji, tak bardzo przez opozycję sakralizowanej.
Opozycja nadal proponuje więc wyłącznie awanturę. Gdy w tym samym czasie Patryk Jaki przedstawia brawurową wizję rozwoju Warszawy, w pełni widać, jak wiele zmieniło się od 2007 roku i jaką drogę przeszły dwa główne obozy polityczne. Niestety tylko jeden z nich poszedł w dobrym kierunku.

Artykuł ukazał się we wtorkowym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
0
Brak głosów

Więcej notek tego samego Autora:

=>>