
"Żądny mięciny brądnej, łydasty łaniele, samopaċku mimajki..."
Wciśnieta między fotele stoi orientalna pięknotka. Sklada rece w modlitewnym powitaniu i z usmiechem spuszcza skromnie oczy witając mnie na pokladzie. I co? I nico. Nie zwabi mnie ani brądnym umiechem ani nawet lekko mięcinowym spojrzeniem. Jak to bylo w piosence? Dziewczyny do niego grabiami machaja... No, bym sie może i zajal, ale wpierw - robota. Dzis jestem szpiegiem, tak nagle i zupelnie z zaskoczenia. Bo gdy ładowalem swoj maciupci plecak do schowka nad siedzieniem, zza plecow dobiegla mnie jak melodia brzmiaca wiazanka.
- Ądny... szcz... przestrz.... brąd... szcz... nooo... mopać... hahaha!
Szpiegostwo zaznacze tu, by do konca sie nie skompromitowac, chwilowe, tylko po to by sie upewnic, ze nasi a nie na przyklad ruscy, ktorych tu pelno jak mrowkow. Choc, po prawdzie, to tu gdzie sie podroz ta zaczyna, to ani ruskich ani nikogo w ogole nie ma, nawet linii lotniczych porzadnych - stad musze leciec takim co ma na burcie wysmarowane haslo - TERAZ LATAC KAZDY MOZE. Taki VolksFlugen. Bo jestesmy na terenie bylej bazy amerykanskiej, z ktorej startowaly tajemnicze loty Air America i bombarowaly Laos prosiakami (jesli wierzyc filmom).
Tu zwierze sie Wam, ze pisze to w formie enigamtycznej nieco, podejrzewajac, ze przynajmniej jeden z czytelnikow juz wie, ze jestem w Udon Thani. I po zagadce. Na marginesie, jest to dzis lotnisko miedzynarodowe, przynajmniej z nazwy, stoi na nim rozkraczony 747 bez silnikow, prawdopodobnie jako dowod na ta wlasnie internacjonalnosc. Mniejsze samoloty sa glownie linii lotniczych cywilnych, a zupelnie najmniejsze - wojskowe. No, bywa tam i pare Herkulesow, a od czasu do czasu (gdy jakis Kim Jong testuje rakiety) pojawiaja sie A-10 Thunderbolty (nie zauwazylem oznakowan, podejrzewam, ze byly z USA).
Jest to jednak bardzo daleko od typowego szlaku turystycznego i gdybym nie mial tam pola ryzowego, pewnie sam bym sie nie pojawial. Owszem, bialych sie widuje w kazdym locie, ale przewazaja australijczycy i niemcy, wszyscy wzenieni w panny z morgami. Jeszcze rzadziej jakas zadredowiona mlodziez z wysokimi plecakami, zdezorientowana przewodnikiem Lonely Planet, ustalajaca taka wersje zeznan z turystyki, ktora pokaze ich w najlepszym swietle, pomimo, ze zadnych atrakcji nie doswiadczyli.
Bo i czego mozna w prowincji Isaan doswiadczyc? Goronc. I nuda. Tym bardziej dziwie sie i jakby wewnetrzenie raduje na potwierdzenie, ze para po przeciwnej stronie przejscia jest akurat z Polski. I juz po chwili przestaje byc szpiegiem, bo wnetrze samolotu sie wyciszylo, a do mych spragnionych uszu dobiegla rozmowa co brzmiala tak pieknie jak strofy pisane przez Elektrybałta. NASI!
- Dzien dobry - pozdrawiam ich milo - Panstwo z Polski? Na wakacjach?
I to juz koniec rozmowy, bo ich usmiechniete twarze pokrywa chmura, burcza cos o tym, ze z Polski nie sa, ale po Polsku sobie tylko rozmawiaja, ze z Polska nie chca miec nic wspolnego i generalnie prosze nam dac spokoj. Co tez czynie, nieco tylko przygnebiony. Zaluje za to bardziej, ze tej stweki co sie tak ladnie usmiechala nie odwzajemnilem, moze byloby milej. Nie "moze".
Trudno. Ta podroz trwa tylko godzinke lub dwie. Przezyje.
Siedze i sobie dumam. Co ich tak zniechecilo do rozmowy z rodakiem? To znaczy, nie oklamujmy sie, ja doskonale wiem co i zaraz wytlumacze, ale mimo, ze wiem, to i tak - boli. Bo pamietam swe wczesniejsze podroze, z czasow gdy Polacy sie na siebie nie boczyli a wrecz przeciwnie, spolegliwi byli i przyjazni. Z wyjatkami, z wyjatkami. Bo mozna bylo wpasc w sidla UBeka prowokatora na przyklad. Albo kogos takiego, jak ten starzec, ktory podszedl do mnie w nowojorskim metrze, spojrzal i zapytal:
- Pan polski czy zydowski?
Po mojej odpowiedzi, bez slowa sie odwrocil i odszedl. No, ale UBekow sie nie boje, a ci turysci obok mnie nie wygladaja na Zydow. Wiec co? Jak ich moglem zniechecic?
Otoz nie zniechecilem ich ja. Co wiecej, sam mialem, przyznam sie szczerze, mase obaw i watpliwosci co do zaczynania tej rozmowy. Po pierwsze, nie chcialbym wyjsc na jakiegos Robinsona czy Latarnika, spragnionego kontaktu z ojczyzna. Nawet bylejakiego kontaktu. Co to ja, internetu nie mam? A zaczynanie rozmowy z powodow li tylko przekonania, ze jestesmy w jakis sposob polaczeni poprzez bycie czlonkami homogenicznego spoleczenstwa, narodu jest dla wielu po prostu obciachem.
I tu zblizamy sie do sedna sprawy, bo wlasnie homogenicznego spoleczenstwa nie ma i tyle. Moze i nie musi byc, moze nawet nie powinno byc. Wezmy taki Singapur - po raz kolejny - za przyklad spolecznosci multikulturowej. A czemu nie USA na przyklad? Bo tam niestety nie ma jednosci, jest bylejakosc i atomizacja spoleczenstwa. Singapur natomiast jest spojny i zjednoczony. Pomimo wielu warst spolecznych i ras. Tu bowiem rzad steruje polityka jednosci, propagandowo i fizycznie zespalajac wszystkich ze wszystkimi. Stad gdy dwu turystow z Singapuru spotka sie na zamorskich wojazach, natychmiast ustalaja wzajemne koneksje, wymieniaja sie wspomnieniami z wojska i doswiadczeniami z podrozy. I nikt sie na nikogo nie boczy, nie fuka i nie wymiguje od rozmowy.
U nas natomiast spoleczenstwo jest spolaryzowane do stanu w ktorym jest trudno mowic o porozumieniu. Jak kiedys wspomnialem, swiezo poznany mlodzik mowi mi wprost, my z zona nie mamy znajomych wsrod pisowcow. Ja sam Bogu dziekuje, ze ten czy inny artysta nie dozyl, bo glupio byloby mi nagle odzegnywac sie od wspomnien o Republice czy cytowac Misia. A co mialbym zrobic gdyby sie okazalo, ze jak tfu tfu Jacek Federowicz przeszli na strone ciemnosci? 60 minut na godzine sie wyrzeklem, ale nie bylo latwo....
I byloby mozna tak rozwazac kolejne wariacje tego podzialu i epatowac sie historyjkami z przeszlosci czy krajow zamorskich przykladem, gdyby nie to, ze do niczego to nie prowadzi. Rozwiazania natomiast brak, a przynajmniej do mnie zadne takowego echa nie dotarly.
Moj prosty umysl inzyniera podpowiadal mi pare scenariuszy, przez reminiscencje oczywiscie. Niestety, wiekszosc z nich konczyla sie krwawo i z powodow estetycznych byla przez wielu odrzucana jako nierealna. Fakt, nawet ja sam nie wiem jak sie pozbyc Tuskow do siedmiu pokolen. Trzy moze jeszcze jakosc by sie dalo dorznac, ale siedem??? I choc masakra polowy narodu bylaby malo efektowna ekonomicznie i energetycznie, to daje jednak 50% szans na ratunek narodu. Te drugie 50%, znaczy narodu zaglada, zalezy wylacznie od tego ktora strona wyrznie ktora. Gdyby spelnil sie sen Sikorskiego i jego szajki - to pozostalosc po Polsce zostala by unicestwiona przez jej hersztow w try miga.
To moze jednak - inaczej?
Podzielmy te Polske biedna. Na Polske A i B. Oddzielmy wysokim parkanem. Wyplaczmy lzy i zabierzmy sie do roboty. Swoi wsrod swoich. Na slawe jednym, na pochybel drugim. Tak zaczal sie wlasnie Singapur. Tak zaczac sie moze nasze Odrodzenie.
A nastepnym razem, do pasazerow w samolocie bede sie mogl po prostu zwrocic z prostym pytaniem identyfikujacym. A czy B? Polska czy Tenkraj? I gwarantuje wam, jesli beda z MOJEJ strony plotu, to sobie nie bedziemy zalowali ni slow ni serdecznosci.
Wciśnieta między fotele stoi orientalna pięknotka. Sklada rece w modlitewnym powitaniu i z usmiechem spuszcza skromnie oczy witając mnie na pokladzie. I co? I nico. Nie zwabi mnie ani brądnym umiechem ani nawet lekko mięcinowym spojrzeniem. Jak to bylo w piosence? Dziewczyny do niego grabiami machaja... No, bym sie może i zajal, ale wpierw - robota. Dzis jestem szpiegiem, tak nagle i zupelnie z zaskoczenia. Bo gdy ładowalem swoj maciupci plecak do schowka nad siedzieniem, zza plecow dobiegla mnie jak melodia brzmiaca wiazanka.
- Ądny... szcz... przestrz.... brąd... szcz... nooo... mopać... hahaha!
Szpiegostwo zaznacze tu, by do konca sie nie skompromitowac, chwilowe, tylko po to by sie upewnic, ze nasi a nie na przyklad ruscy, ktorych tu pelno jak mrowkow. Choc, po prawdzie, to tu gdzie sie podroz ta zaczyna, to ani ruskich ani nikogo w ogole nie ma, nawet linii lotniczych porzadnych - stad musze leciec takim co ma na burcie wysmarowane haslo - TERAZ LATAC KAZDY MOZE. Taki VolksFlugen. Bo jestesmy na terenie bylej bazy amerykanskiej, z ktorej startowaly tajemnicze loty Air America i bombarowaly Laos prosiakami (jesli wierzyc filmom).
Tu zwierze sie Wam, ze pisze to w formie enigamtycznej nieco, podejrzewajac, ze przynajmniej jeden z czytelnikow juz wie, ze jestem w Udon Thani. I po zagadce. Na marginesie, jest to dzis lotnisko miedzynarodowe, przynajmniej z nazwy, stoi na nim rozkraczony 747 bez silnikow, prawdopodobnie jako dowod na ta wlasnie internacjonalnosc. Mniejsze samoloty sa glownie linii lotniczych cywilnych, a zupelnie najmniejsze - wojskowe. No, bywa tam i pare Herkulesow, a od czasu do czasu (gdy jakis Kim Jong testuje rakiety) pojawiaja sie A-10 Thunderbolty (nie zauwazylem oznakowan, podejrzewam, ze byly z USA).
Jest to jednak bardzo daleko od typowego szlaku turystycznego i gdybym nie mial tam pola ryzowego, pewnie sam bym sie nie pojawial. Owszem, bialych sie widuje w kazdym locie, ale przewazaja australijczycy i niemcy, wszyscy wzenieni w panny z morgami. Jeszcze rzadziej jakas zadredowiona mlodziez z wysokimi plecakami, zdezorientowana przewodnikiem Lonely Planet, ustalajaca taka wersje zeznan z turystyki, ktora pokaze ich w najlepszym swietle, pomimo, ze zadnych atrakcji nie doswiadczyli.
Bo i czego mozna w prowincji Isaan doswiadczyc? Goronc. I nuda. Tym bardziej dziwie sie i jakby wewnetrzenie raduje na potwierdzenie, ze para po przeciwnej stronie przejscia jest akurat z Polski. I juz po chwili przestaje byc szpiegiem, bo wnetrze samolotu sie wyciszylo, a do mych spragnionych uszu dobiegla rozmowa co brzmiala tak pieknie jak strofy pisane przez Elektrybałta. NASI!
- Dzien dobry - pozdrawiam ich milo - Panstwo z Polski? Na wakacjach?
I to juz koniec rozmowy, bo ich usmiechniete twarze pokrywa chmura, burcza cos o tym, ze z Polski nie sa, ale po Polsku sobie tylko rozmawiaja, ze z Polska nie chca miec nic wspolnego i generalnie prosze nam dac spokoj. Co tez czynie, nieco tylko przygnebiony. Zaluje za to bardziej, ze tej stweki co sie tak ladnie usmiechala nie odwzajemnilem, moze byloby milej. Nie "moze".
Trudno. Ta podroz trwa tylko godzinke lub dwie. Przezyje.
Siedze i sobie dumam. Co ich tak zniechecilo do rozmowy z rodakiem? To znaczy, nie oklamujmy sie, ja doskonale wiem co i zaraz wytlumacze, ale mimo, ze wiem, to i tak - boli. Bo pamietam swe wczesniejsze podroze, z czasow gdy Polacy sie na siebie nie boczyli a wrecz przeciwnie, spolegliwi byli i przyjazni. Z wyjatkami, z wyjatkami. Bo mozna bylo wpasc w sidla UBeka prowokatora na przyklad. Albo kogos takiego, jak ten starzec, ktory podszedl do mnie w nowojorskim metrze, spojrzal i zapytal:
- Pan polski czy zydowski?
Po mojej odpowiedzi, bez slowa sie odwrocil i odszedl. No, ale UBekow sie nie boje, a ci turysci obok mnie nie wygladaja na Zydow. Wiec co? Jak ich moglem zniechecic?
Otoz nie zniechecilem ich ja. Co wiecej, sam mialem, przyznam sie szczerze, mase obaw i watpliwosci co do zaczynania tej rozmowy. Po pierwsze, nie chcialbym wyjsc na jakiegos Robinsona czy Latarnika, spragnionego kontaktu z ojczyzna. Nawet bylejakiego kontaktu. Co to ja, internetu nie mam? A zaczynanie rozmowy z powodow li tylko przekonania, ze jestesmy w jakis sposob polaczeni poprzez bycie czlonkami homogenicznego spoleczenstwa, narodu jest dla wielu po prostu obciachem.
I tu zblizamy sie do sedna sprawy, bo wlasnie homogenicznego spoleczenstwa nie ma i tyle. Moze i nie musi byc, moze nawet nie powinno byc. Wezmy taki Singapur - po raz kolejny - za przyklad spolecznosci multikulturowej. A czemu nie USA na przyklad? Bo tam niestety nie ma jednosci, jest bylejakosc i atomizacja spoleczenstwa. Singapur natomiast jest spojny i zjednoczony. Pomimo wielu warst spolecznych i ras. Tu bowiem rzad steruje polityka jednosci, propagandowo i fizycznie zespalajac wszystkich ze wszystkimi. Stad gdy dwu turystow z Singapuru spotka sie na zamorskich wojazach, natychmiast ustalaja wzajemne koneksje, wymieniaja sie wspomnieniami z wojska i doswiadczeniami z podrozy. I nikt sie na nikogo nie boczy, nie fuka i nie wymiguje od rozmowy.
U nas natomiast spoleczenstwo jest spolaryzowane do stanu w ktorym jest trudno mowic o porozumieniu. Jak kiedys wspomnialem, swiezo poznany mlodzik mowi mi wprost, my z zona nie mamy znajomych wsrod pisowcow. Ja sam Bogu dziekuje, ze ten czy inny artysta nie dozyl, bo glupio byloby mi nagle odzegnywac sie od wspomnien o Republice czy cytowac Misia. A co mialbym zrobic gdyby sie okazalo, ze jak tfu tfu Jacek Federowicz przeszli na strone ciemnosci? 60 minut na godzine sie wyrzeklem, ale nie bylo latwo....
I byloby mozna tak rozwazac kolejne wariacje tego podzialu i epatowac sie historyjkami z przeszlosci czy krajow zamorskich przykladem, gdyby nie to, ze do niczego to nie prowadzi. Rozwiazania natomiast brak, a przynajmniej do mnie zadne takowego echa nie dotarly.
Moj prosty umysl inzyniera podpowiadal mi pare scenariuszy, przez reminiscencje oczywiscie. Niestety, wiekszosc z nich konczyla sie krwawo i z powodow estetycznych byla przez wielu odrzucana jako nierealna. Fakt, nawet ja sam nie wiem jak sie pozbyc Tuskow do siedmiu pokolen. Trzy moze jeszcze jakosc by sie dalo dorznac, ale siedem??? I choc masakra polowy narodu bylaby malo efektowna ekonomicznie i energetycznie, to daje jednak 50% szans na ratunek narodu. Te drugie 50%, znaczy narodu zaglada, zalezy wylacznie od tego ktora strona wyrznie ktora. Gdyby spelnil sie sen Sikorskiego i jego szajki - to pozostalosc po Polsce zostala by unicestwiona przez jej hersztow w try miga.
To moze jednak - inaczej?
Podzielmy te Polske biedna. Na Polske A i B. Oddzielmy wysokim parkanem. Wyplaczmy lzy i zabierzmy sie do roboty. Swoi wsrod swoich. Na slawe jednym, na pochybel drugim. Tak zaczal sie wlasnie Singapur. Tak zaczac sie moze nasze Odrodzenie.
A nastepnym razem, do pasazerow w samolocie bede sie mogl po prostu zwrocic z prostym pytaniem identyfikujacym. A czy B? Polska czy Tenkraj? I gwarantuje wam, jesli beda z MOJEJ strony plotu, to sobie nie bedziemy zalowali ni slow ni serdecznosci.
(7)
12 Comments
@n0str0m0
25 April, 2014 - 09:06
Pozdrawiam
PS. Jakeś Warthogi widział, to musiały być US. Nikt inny guzców "nie prowadzi" ;-).
:)
25 April, 2014 - 09:33
co do warthogow to po tym jak je zobaczylem tam, sprawdzilem od razu czy faktycznie 23 Wing ma je na stanie. z zazdrosci, oczywiscie, bo chetnie widzialbym je fruwajace z szachownicami na skrzydlach!
no, ale jest tak jak mowisz, nie maja. nie wiem czemu, czy jest embargo, czy nikt nie rozumie jaka to dobra maszyna?
n0str0m0
25 April, 2014 - 10:50
Nie podejmuję zbyt wielu wojaży, kilka razy w czasie zagranicznych wyjazdów spotykałam Polaków, nie było problemów, dość sympatycznie rozmawialiśmy, wymienialiśmy się uwagami, co można i warto zobaczyć.
Ale słyszałam też wypowiedzi, najklasyczniejszych i najbardziej rasowych, a jakże, lemingów, że za granicą należy trzymać się z daleka od Polaków, bo z nimi to wstyd i "co ludzie (oświeceni i mądrzy bo zagraniczni) powiedzą".
W takich okolicznościach z reguły mam ochotę zrobić coś w ich mniemaniu obciachowego, zwracając się do nich po imieniu na tyle głośno, aby inni słyszeli
"Miejcie odwagę... nie tę tchnącą szałem, która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem przeciwne losy stałością zwycięża."
to i ja tak mam
25 April, 2014 - 11:29
otoz prawda jest taka, ZAGRANICA NIE USZANUJE NIKOGO, KTO DBA O JEJ ZDANIE.
to troche tak jak graucho marx nie zapisalby sie do klubu, ktory zezwolilby mu na czlonkostwo :)
p.s. jest to jak najbardziej typowe zachowanie
25 April, 2014 - 12:01
a skoro ona taka jest, to moze wszyscy sa tacy?
to zamyka droge powrotu, bo po jakie licho jechac tam, gdzie wszyscy sa od ciebie biegunowo rozni, a na dodatek agresywnie nieprzyjazni?
@n0str0m0
25 April, 2014 - 09:44
Od dwóch lat USAF redukuje liczbę tych samolotów "na stanie", a rozważane jest nawet ich kompletne wycofanie ze względów oszczędnościowych. W amerykańskim lotnictwie jest ich ponad setka. Mogliby nam je podarować, gdyby ktoś się o to mocno, mocno starał...
PS. Wszyscy rozumieją, jaka to dobra maszyna, ale ma ona wąską specjalizację, a panuje trend na samoloty uniwersalne.
na konflikt
25 April, 2014 - 09:56
@n0str0m0
25 April, 2014 - 09:59
starocie lubie!
25 April, 2014 - 10:10
@n0str0m0
25 April, 2014 - 10:22
http://www.youtube.com/watch?v=uKOrpyO0z48
n0str0m0
25 April, 2014 - 17:24
Wyjątkowo rozmownych trafił Pan rodaków! Ja dostawałam kosza zaraz po moim uśmiechniętym "dzień dobry" - najczęściej odwracano się ode mnie bez burknięcia. A zdarzało się to dawno temu, kiedy w starym kraju nikt najazdu jakichś lemingów nawet nie przewidywał. Zostawałam z rozwartą buzią, gdy "tamci" oddalali się szybkim krokiem, czasem nawet oglądając się za siebie trwożliwie. Nie jestem w stanie zrozumieć takiego zachowania.
Zdarzały się i sytuacje sympatycznej wymiany zdań podczas zwiedzania czy w restauracji, ale były one tak nieliczne, że pamiętam je w szczegółach.
Doświadczenie na własnej skórze niechęci a nawet wrogości od rodaków jest tak nieprzyjemne, że po kilku takich zdarzeniach przestałam reagować na dźwięk polskiej mowy.
Takie są moje wnioski z kontaktów z rodakami z kraju. Inaczej zachowują się Polonusi, choć kiedy przywdziałam moherowy beret (a już zwłaszcza po Smoleńsku), bez słowa pożegnali się ze mną znajomi, z którymi przedtem spotykaliśmy się tu i ówdzie na herbatce czy innych imieninach.
Nie jestem pewna, czy rodacy w kraju są w stanie wybudować dość wysoki parkan, który Pan proponuje.
@ chryzopraz
25 April, 2014 - 17:53
co do parkanu, to przeciez tylko wolanie (na puszczy) o opamietanie. w samym tytule ukrylem przestroge w postaci zagadki, tej z filmu Podroz na Kasjopeje, radzieckiego. A i B siedzialo na sosnie, A spadlo, B przepadlo. Co zostalo na sosnie?
wlasnie dlatego, by i z nas nie pozostala wylacznie literka "i" te podzialy wypadaloby niwelowac. a ze czasem rece opadaja i czlowieka optymizm opuszcza... coz, miejmy nadzieje, ze to przejsciowe. i z ta nadzieja - zakasujmy rekawy - az mohery zostana przytulone do lemingowego serca :)