
Dla niektórych komentatorów największym zmartwieniem ostatnich tygodni była reakcja wyborców na nieuchronne pojawienie się w mediach tematu Smoleńska, a w raz z nią Antoniego Macierewicza, który swoimi wypowiedziami miałby odstraszać część z nich od Andrzeja Dudy i PiS. Wątek smoleński wrócił tuż przed rocznicą za sprawą kompromitującej (głównie dziennikarza i jego mało tajemniczych informatorów) wrzutki o odczytaniu nowych fragmentów rozmów z kokpitu tupolewa. Zważywszy na fakt, że w zapisie prawdopodobnie pomieszano strzępki wypowiedzi z kabiny pilotów i spoza niej, słowo „nowe” jest tu jak najbardziej na miejscu. Stara jest natomiast narracja, koncentrująca się na atakowaniu nieżyjącego generała Andrzeja Błasika i sugerowaniu brawury pilotów, wzmacnianej naciskami z góry.
Prawo i Sprawiedliwość jednak sprowokować się nie dało. Również telewizyjne wystąpienia Macierewicza, które z góry spotkało się z uwagami w rodzaju „sztabowcy Komorowskiego już chłodzą szampana”, później nie były zbyt głośno komentowane. Zamiast spodziewanych mocnych i emocjonalnych wypowiedzi zobaczyć mogliśmy spokojną reakcję Andrzeja Dudy i propaństwowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu.
Jako uczestnik wszystkich warszawskich rocznic 10 kwietnia, piątkowe obchody uważam za wyjątkowo spokojne. Częściowo wpływ na to mogła mieć piękna i ciepła pogoda, jednak nie można tłumaczyć wszystkiego aurą. Pamiętam rocznice, które odbywały się pod okiem konfrontacyjnie nastawionych służb mundurowych czy, jak w zeszłym roku, przeciskanie się przez złośliwie zagrodzone przejście z Pl. Zamkowego na Krakowskie Przedmieście. Tym razem obyło się bez tanich prowokacji, nie było też zbyt wielu uczestników tak widowiskowych i radykalnych, by nie budzili pytania, kto tak naprawdę ich tam przysłał, a których pełno było w poprzednich latach. Frekwencja była tymczasem co najmniej równie wysoka, jak rok czy dwa lata temu. Średnia wieku uczestników wyjątkowo brutalnie falsyfikowała zamieszczoną w jednej ze szwajcarskich gazet kuriozalną opinię Daniela Szpilmana, że obchody gromadzą wyłącznie osiemdziesięciolatków.
Po raz pierwszy w historii smoleńskich rocznic, mszę w katedrze św. Jana poprowadził kardynał Kazimierz Nycz, arcybiskup, metropolita warszawski, kojarzony raczej z Platformą i obozem władzy. Lekką dezorientację wiernych pogłębiło kazanie, w którym kardynał skupił się na kwestiach religijnych, od których odchodził głównie po to, by tonować nastroje. Apelował więc o spojrzenie na katastrofę smoleńską z dystansem i pozostawienie jej wyjaśniania (nie – wyjaśnienia, na co zwróciło uwagę wielu słuchaczy) osobom do tego powołanym. Gdy skończył mówić, w kościele i na placu Zamkowym rozległo się skandowanie „Chcemy prawdy o Smoleńsku”, będące zarazem uzupełnieniem i polemiką ze słowami Nycza. Lecz chociaż wiernym zabrakło porywającego, patriotycznego kazania, warto zauważyć, że przeciętny odbiorca medialnego przekazu również został postawiony w obliczu poważnego dysonansu poznawczego. Oto kolejny, po Stanisławie Dziwiszu, któremu nie wybaczono decyzji o pochowaniu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, hierarcha symbolizujący „kościół otwarty” pokazuje się w towarzystwie „najgorszych oszołomów”, mówi o upamiętnieniu ofiar i udziela komunii politykom Prawa i Sprawiedliwości. Tę rysę na dotychczasowym przekazie próbuje się klajstrować kłamstwem, że obecni w katedrze okrzykami zakłócali kazanie, jednak obraz Nycza w otoczeniu Kaczyńskiego, Dudy czy Macierewicza pozostanie w pamięci widzów. Gdyby do wiernych przemówił któryś z biskupów kojarzonych z konserwatywnym skrzydłem kościoła, zapewne z jego kazania wykrojono by co mocniejsze frazy, by na miesiąc przed wyborami rozpalić emocje wokół antyklerykalnych fobii lewicowej części elektoratu. Ze słów Kazimierza Nycza amunicji do tej potyczki nie będzie.
Desperację, z jaką prorządowi dziennikarze próbują znaleźć jakikolwiek skandal wywołany przez obchody piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, pokazuje weekendowa aktywność Konrada Piaseckiego. Z braku widowiskowych awantur, czy choćby wypowiedzi, które na użytek lemingów dałoby się podciągnąć pod określenie „Polska radykalna”, Piasecki zajął się zdjęciem, jakie Andrzej Duda zrobił sobie z jedną z użytkowniczek Twittera. Kandydatowi PiS zarzucił brak stosownej powagi, po czym sam zdziwił się widząc „150 tweetów na temat tego że śmiałem skrytykować selfie kandydata na marszu rocznicowym. Naprawdę nie ma innych tematów do dyskusji?”. Czy w następnym programie zamiast gościa posadzi obok siebie lustro, by zadać to, faktycznie ważne, pytanie?
Tuż przed rocznicą pojawiły się nowe sondaże, opublikowane przez „Super Express” i „Polska the Times”, pokazujące wzrost szans Dudy na drugą turę. W badaniu SE, przeprowadzonym 7 i 8 kwietnia, Komorowski uzyskuje 40,4, zaś Duda 30% poparcia. W sondażu „Polski” różnica wynosi 40,9 do 32,4%, tak więc pokazuje równocześnie trochę lepszy wynik urzędującego prezydenta i mniejszy dystans, dzielący od niego głównego konkurenta. Wygląda na to, że zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami powtarza się schemat znany już w wielu miastach z wyborów samorządowych. Dotychczasowy prezydent-pewniak, jak choćby Paweł Adamowicz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, czy Rafał Dutkiewicz, typowany do wygranej w pierwszej turze, osiąga wynik słabszy od spodziewanego. W drugiej spotyka się z lekceważonym – przypomnijmy sobie reakcje na wystawienie w Warszawie Jacka Sasina - i niedoszacowanym kandydatem PiS. Dopiero wtedy, po dodatkowych dwóch tygodniach faworyt zdobywał poparcie na poziomie zbliżonym do spodziewanego w pierwszym głosowaniu. O ile powtórzenie takiego rozwoju sytuacji jest korzystne w przypadku pierwszej tury, o tyle nie wystarcza oczywiście w ostatnim głosowaniu. Tymczasem zaraz po dwóch korzystnych sondażach pojawił się trzeci, przeprowadzony przez TNS, w którym Komorowski ma ponad 20% przewagi. Nie jest to jednak efekt pojawienia się stenogramów z Tu-154, ponieważ badanie powstawało w tym samym czasie, co ranking „Super Expressu”. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu jedynie o pogłębianie dezorientacji odbiorców.
Media głównego nurtu nie ustają w wysiłkach, by zniechęcić widzów i czytelników do Andrzeja Dudy, równocześnie zaś podgrzewają, jak mogą, atmosferę wokół Smoleńska. Coraz banalniejsze stają się słowa o przekraczaniu kolejnych granic, jednak nie sposób czasem od nich uciec. Gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” Olga Szpunar i Michał Olszewski demaskują kandydata PiS jako dobrze ułożonego ucznia, który emerytowanej nauczycielce kojarzył się z budyniem z sokiem malinowym, zwyczajnie się ośmieszają. Równocześnie konsolidują elektorat Dudy wokół wspólnego śmiechu i, wbrew swym intencjom, jedynie ocieplają jego wizerunek. Trudno natomiast cenzuralnie określić rejony, w które udali się, nie pierwszy raz zresztą, dziennikarze „Newsweeka”. Wygląda jednak na to, że nawet oni nie zapuszczali się nigdy tak daleko, jak dziś, prezentując na okładce zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego jako tło do czerwonego, oskarżycielskiego napisu „Zamachowiec”. Na wszystko pada złowrogi cień samolotu. „To jest tak obrzydliwa okładka, że nie mam słów. Bez względu na sens, szacunku wymagaj samemu go okazując.” – ten komentarz Tytusa Hołdysa, syna muzyka znanego z niechęci do Kaczyńskiego, pokazuje, że nie tylko w oczach zwolenników PiS tygodnik tym razem posunął się za daleko. Jednak dla redaktora Lisa to wciąż mało. Wewnątrz numeru ukazały się nieznane dotąd zdjęcia z pokładu samolotu, prawdopodobnie wyniesione z prokuratury przez kogoś mającego dostęp do akt śledztwa.
Czy czołowy prorządowy dziennikarz czuje się tak bezkarny, czy tak zdeterminowany, można się jedynie domyślać. Dziś, gdy temat SKOk-ów zdaje się wygasać, Smoleńsk pozostaje jedynym pomysłem Platformy Obywatelskiej na kampanie wyborczą. Najbliższe dni pokażą, czy jest to skuteczna strategia. Obchody piątej rocznicy tragedii smoleńskiej, wbrew oczekiwaniom jednych i obawom drugich, nie ułatwiły Platformie zadania.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
Prawo i Sprawiedliwość jednak sprowokować się nie dało. Również telewizyjne wystąpienia Macierewicza, które z góry spotkało się z uwagami w rodzaju „sztabowcy Komorowskiego już chłodzą szampana”, później nie były zbyt głośno komentowane. Zamiast spodziewanych mocnych i emocjonalnych wypowiedzi zobaczyć mogliśmy spokojną reakcję Andrzeja Dudy i propaństwowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu.
Jako uczestnik wszystkich warszawskich rocznic 10 kwietnia, piątkowe obchody uważam za wyjątkowo spokojne. Częściowo wpływ na to mogła mieć piękna i ciepła pogoda, jednak nie można tłumaczyć wszystkiego aurą. Pamiętam rocznice, które odbywały się pod okiem konfrontacyjnie nastawionych służb mundurowych czy, jak w zeszłym roku, przeciskanie się przez złośliwie zagrodzone przejście z Pl. Zamkowego na Krakowskie Przedmieście. Tym razem obyło się bez tanich prowokacji, nie było też zbyt wielu uczestników tak widowiskowych i radykalnych, by nie budzili pytania, kto tak naprawdę ich tam przysłał, a których pełno było w poprzednich latach. Frekwencja była tymczasem co najmniej równie wysoka, jak rok czy dwa lata temu. Średnia wieku uczestników wyjątkowo brutalnie falsyfikowała zamieszczoną w jednej ze szwajcarskich gazet kuriozalną opinię Daniela Szpilmana, że obchody gromadzą wyłącznie osiemdziesięciolatków.
Po raz pierwszy w historii smoleńskich rocznic, mszę w katedrze św. Jana poprowadził kardynał Kazimierz Nycz, arcybiskup, metropolita warszawski, kojarzony raczej z Platformą i obozem władzy. Lekką dezorientację wiernych pogłębiło kazanie, w którym kardynał skupił się na kwestiach religijnych, od których odchodził głównie po to, by tonować nastroje. Apelował więc o spojrzenie na katastrofę smoleńską z dystansem i pozostawienie jej wyjaśniania (nie – wyjaśnienia, na co zwróciło uwagę wielu słuchaczy) osobom do tego powołanym. Gdy skończył mówić, w kościele i na placu Zamkowym rozległo się skandowanie „Chcemy prawdy o Smoleńsku”, będące zarazem uzupełnieniem i polemiką ze słowami Nycza. Lecz chociaż wiernym zabrakło porywającego, patriotycznego kazania, warto zauważyć, że przeciętny odbiorca medialnego przekazu również został postawiony w obliczu poważnego dysonansu poznawczego. Oto kolejny, po Stanisławie Dziwiszu, któremu nie wybaczono decyzji o pochowaniu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, hierarcha symbolizujący „kościół otwarty” pokazuje się w towarzystwie „najgorszych oszołomów”, mówi o upamiętnieniu ofiar i udziela komunii politykom Prawa i Sprawiedliwości. Tę rysę na dotychczasowym przekazie próbuje się klajstrować kłamstwem, że obecni w katedrze okrzykami zakłócali kazanie, jednak obraz Nycza w otoczeniu Kaczyńskiego, Dudy czy Macierewicza pozostanie w pamięci widzów. Gdyby do wiernych przemówił któryś z biskupów kojarzonych z konserwatywnym skrzydłem kościoła, zapewne z jego kazania wykrojono by co mocniejsze frazy, by na miesiąc przed wyborami rozpalić emocje wokół antyklerykalnych fobii lewicowej części elektoratu. Ze słów Kazimierza Nycza amunicji do tej potyczki nie będzie.
Desperację, z jaką prorządowi dziennikarze próbują znaleźć jakikolwiek skandal wywołany przez obchody piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, pokazuje weekendowa aktywność Konrada Piaseckiego. Z braku widowiskowych awantur, czy choćby wypowiedzi, które na użytek lemingów dałoby się podciągnąć pod określenie „Polska radykalna”, Piasecki zajął się zdjęciem, jakie Andrzej Duda zrobił sobie z jedną z użytkowniczek Twittera. Kandydatowi PiS zarzucił brak stosownej powagi, po czym sam zdziwił się widząc „150 tweetów na temat tego że śmiałem skrytykować selfie kandydata na marszu rocznicowym. Naprawdę nie ma innych tematów do dyskusji?”. Czy w następnym programie zamiast gościa posadzi obok siebie lustro, by zadać to, faktycznie ważne, pytanie?
Tuż przed rocznicą pojawiły się nowe sondaże, opublikowane przez „Super Express” i „Polska the Times”, pokazujące wzrost szans Dudy na drugą turę. W badaniu SE, przeprowadzonym 7 i 8 kwietnia, Komorowski uzyskuje 40,4, zaś Duda 30% poparcia. W sondażu „Polski” różnica wynosi 40,9 do 32,4%, tak więc pokazuje równocześnie trochę lepszy wynik urzędującego prezydenta i mniejszy dystans, dzielący od niego głównego konkurenta. Wygląda na to, że zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami powtarza się schemat znany już w wielu miastach z wyborów samorządowych. Dotychczasowy prezydent-pewniak, jak choćby Paweł Adamowicz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, czy Rafał Dutkiewicz, typowany do wygranej w pierwszej turze, osiąga wynik słabszy od spodziewanego. W drugiej spotyka się z lekceważonym – przypomnijmy sobie reakcje na wystawienie w Warszawie Jacka Sasina - i niedoszacowanym kandydatem PiS. Dopiero wtedy, po dodatkowych dwóch tygodniach faworyt zdobywał poparcie na poziomie zbliżonym do spodziewanego w pierwszym głosowaniu. O ile powtórzenie takiego rozwoju sytuacji jest korzystne w przypadku pierwszej tury, o tyle nie wystarcza oczywiście w ostatnim głosowaniu. Tymczasem zaraz po dwóch korzystnych sondażach pojawił się trzeci, przeprowadzony przez TNS, w którym Komorowski ma ponad 20% przewagi. Nie jest to jednak efekt pojawienia się stenogramów z Tu-154, ponieważ badanie powstawało w tym samym czasie, co ranking „Super Expressu”. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu jedynie o pogłębianie dezorientacji odbiorców.
Media głównego nurtu nie ustają w wysiłkach, by zniechęcić widzów i czytelników do Andrzeja Dudy, równocześnie zaś podgrzewają, jak mogą, atmosferę wokół Smoleńska. Coraz banalniejsze stają się słowa o przekraczaniu kolejnych granic, jednak nie sposób czasem od nich uciec. Gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” Olga Szpunar i Michał Olszewski demaskują kandydata PiS jako dobrze ułożonego ucznia, który emerytowanej nauczycielce kojarzył się z budyniem z sokiem malinowym, zwyczajnie się ośmieszają. Równocześnie konsolidują elektorat Dudy wokół wspólnego śmiechu i, wbrew swym intencjom, jedynie ocieplają jego wizerunek. Trudno natomiast cenzuralnie określić rejony, w które udali się, nie pierwszy raz zresztą, dziennikarze „Newsweeka”. Wygląda jednak na to, że nawet oni nie zapuszczali się nigdy tak daleko, jak dziś, prezentując na okładce zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego jako tło do czerwonego, oskarżycielskiego napisu „Zamachowiec”. Na wszystko pada złowrogi cień samolotu. „To jest tak obrzydliwa okładka, że nie mam słów. Bez względu na sens, szacunku wymagaj samemu go okazując.” – ten komentarz Tytusa Hołdysa, syna muzyka znanego z niechęci do Kaczyńskiego, pokazuje, że nie tylko w oczach zwolenników PiS tygodnik tym razem posunął się za daleko. Jednak dla redaktora Lisa to wciąż mało. Wewnątrz numeru ukazały się nieznane dotąd zdjęcia z pokładu samolotu, prawdopodobnie wyniesione z prokuratury przez kogoś mającego dostęp do akt śledztwa.
Czy czołowy prorządowy dziennikarz czuje się tak bezkarny, czy tak zdeterminowany, można się jedynie domyślać. Dziś, gdy temat SKOk-ów zdaje się wygasać, Smoleńsk pozostaje jedynym pomysłem Platformy Obywatelskiej na kampanie wyborczą. Najbliższe dni pokażą, czy jest to skuteczna strategia. Obchody piątej rocznicy tragedii smoleńskiej, wbrew oczekiwaniom jednych i obawom drugich, nie ułatwiły Platformie zadania.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
(2)