
Jak Państwo wiedzą, TVP zapowiada na 5 maja debatę prezydencką z udziałem wszystkich kandydatów, natomiast otoczenie Bronisława Komorowskiego jak na razie nie przewiduje udziału prezydenta w tym przedstawieniu. Jeśli nie zmieni zdania, jak w 2010 roku (o czym przypomniała mi Kataryna, gdy rzuciłem na Twitterze myśl, którą rozwinę w tym tekście), gdy w ostatniej chwili pojawił się jednak w studiu, może dojść do ciekawej sytuacji, by nie rzec – ustawki.
Znają Państwo kawał o cyrku i balonach? Niesmaczny, uprzedzam, ale dobrze obrazuje możliwy rozwój sytuacji, więc pozwolę sobie przytoczyć kluczowy fragment.
Wpada facet do gabinetu dyrektora cyrku i mówi:
- Panie, mam taki numer, że ludzie oszaleją! Będzie pan milionerem!
(…)- Niech pan sobie wyobrazi cały sufit cyrku obwieszony balonami. Balonami z gównem. A na arenę wjeżdżają konie. Na każdym koniu amazonka. Z łukiem. I amazonki zaczynają galopować w koło. Unoszą łuki. Zaczynają strzelać do balonów. Przebijają je po kolei a całe gówno spada na dół. Przebijają wszystkie. Na dole wszystko jest nim pokryte.
Widzowie w gównie, arena w gównie, orkiestra w gównie, konie w gównie, amazonki w gównie...
I wtedy wchodzę ja... Cały na biało.
Tak więc… debata. Palikot koncentruje się na sprowokowaniu Dudy, z drugiej strony to samo robi JKM, Paweł Kukiz będzie sobą, a Grzegorz Braun będzie sobą w wersji z ostatnich dni. Reszta nie ma znaczenia. Nawet jeśli Duda sprowokować się nie da i zostanie po prostu zakrzyczany, TVP ustawi i pokaże wszystko tak, by spotęgować wrażenie chaosu, a potem będzie powtarzać to do wyborów i do skutku. Tymczasem prezydent Komorowski może pojawić się na wiecu stonowany jak Kwaśniewski na spotkaniu z ukraińskimi studentami, a i tak w mediach będzie jedynie gościem, który znajduje świetne riposty i nie daje się przeciwnikom. Ba, są tacy, co widzieli i nie uwierzyli – po zapoznaniu się z materiałem z wczorajszej wizyty prezydenta dalej słyszą jedynie chrypkę. I co z tym zrobimy? Nic. W związku z tym zaraz po debacie, pokazanej jak ten cyrk z balonami, wejdzie sobie jedyny poważny kandydat, mąż stanu, Bronisław Komorowski,. Krzyknie „I tak wygramy!”, powie cos o swoim teatrze i na koniec głosy uzbiera.
Demokratycznie albo administracyjnie, jakoś to będzie. Jak pisze @psychoultras na Twitterze „W Tarnowie powtórka wyborów samorządowych. Dziś szkolenie dla członków komisji. Prelegent 50% czasu objaśniał jak zneutralizować mężów zaufania”. To o czym my właściwie rozmawiamy? Wczoraj wieczorem wypłynął filmik, na którym grupa wesołych i krzykliwych ludzi, których wziąłbym za narąbane towarzystwo wracające z dość podłej dyskoteki, a którzy tak naprawdę są radnymi z Trzebnicy, rozwala i przejmuje obrady rady powiatu. Czekałem, aż sięgną po sztachety, ale wystarczyła chwilowa większość i pewność siebie. Czy działacze lokalni różnią się czymś od centralnych? Czy działacze centralni różnią się czymś od lokalnych? Skalą swoich życiowych interesów co najwyżej. Czy założyłbym się, że ta wesoła banda miałaby jednak jakieś opory, gdyby trzeba było sięgnąć po radykalniejsze metody? Przykro mi, o złotówkę bym się nie założył, wystarczy, że popatrzyłem i posłuchałem.
Kilka razy w różnych miejscach linkowałem fragment koreańskiego serialu, w którym jednym z kluczowych momentów jest kampania wyborcza. Ponieważ chyba wszyscy przestraszyli się samej zbitki „koreański serial” i nie zaryzykowali tych 10 minut, opowiem, bo będzie na temat. W "Królowej ambicji" mamy diaboliczną bohaterkę, która po łóżkach i trupach idzie do celu, a w pewnym momencie upatruje sobie sympatyczną rolę pierwszej damy. Znajduje więc kandydata z niewielkimi szansami na wygraną, za to łatwego do sterowania z racji haków, przejmuje jego kampanię i stopniowo udaje się jej wyciągnąć go na trzecie miejsce w sondażach – i wtedy dochodzi do debaty prezydenckiej. Pozostali kandydaci czekają w studiu, tylko tego, który nas interesuje, nie ma. Więc zaczynają. Nasz tymczasem kończy spotkanie z wyborcami na mieście, już trochę spóźniony zbiera się do telewizji, a tu pożar. Sprytna szefowa kampanii każe rzucić się wolontariuszom do pomocy, zaś sama, z kandydatem, wbiega do płonącego domu, by uratować dziecko. Facet stoi w środku ogłupiały, ona biegnie dalej – co za emocje – chwyta dziewczynkę i już maja wychodzić. Wtedy bierze płonącą żagiew i lekko przypala kandydata, po czym wręcza mu dziecko. Osmalony, poszarpany, ale z ocalonym dzieciaczkiem na rękach wybiega z płonącego domu. Do TV dociera po debacie, ale za to ekipa jedzie z nim do szpitala. Przez noc w internecie rośnie fala zachwytu nad człowiekiem, który zamiast gadać, uratował ludzkie życie. Finał znacie. Jeśli kogoś tym razem zachęciłem, dla porządku napiszę, że opowiedziałem fragment 21 odcinka serialu „Queen of ambition” z 2014 roku.
Nie wiem, czy dla podkreślenia efektu Komorowski uratuje dziecko z pożaru, czy tylko wejdzie, cały na biało, gdy w studiu przekłute zostaną wszystkie balony. Kilka już zaczyna pękać – stenogramy, górnicy, motocykliści polscy i ruscy, a przecież mamy przed sobą jeszcze trzy tygodnie.
Znają Państwo kawał o cyrku i balonach? Niesmaczny, uprzedzam, ale dobrze obrazuje możliwy rozwój sytuacji, więc pozwolę sobie przytoczyć kluczowy fragment.
Wpada facet do gabinetu dyrektora cyrku i mówi:
- Panie, mam taki numer, że ludzie oszaleją! Będzie pan milionerem!
(…)- Niech pan sobie wyobrazi cały sufit cyrku obwieszony balonami. Balonami z gównem. A na arenę wjeżdżają konie. Na każdym koniu amazonka. Z łukiem. I amazonki zaczynają galopować w koło. Unoszą łuki. Zaczynają strzelać do balonów. Przebijają je po kolei a całe gówno spada na dół. Przebijają wszystkie. Na dole wszystko jest nim pokryte.
Widzowie w gównie, arena w gównie, orkiestra w gównie, konie w gównie, amazonki w gównie...
I wtedy wchodzę ja... Cały na biało.
Tak więc… debata. Palikot koncentruje się na sprowokowaniu Dudy, z drugiej strony to samo robi JKM, Paweł Kukiz będzie sobą, a Grzegorz Braun będzie sobą w wersji z ostatnich dni. Reszta nie ma znaczenia. Nawet jeśli Duda sprowokować się nie da i zostanie po prostu zakrzyczany, TVP ustawi i pokaże wszystko tak, by spotęgować wrażenie chaosu, a potem będzie powtarzać to do wyborów i do skutku. Tymczasem prezydent Komorowski może pojawić się na wiecu stonowany jak Kwaśniewski na spotkaniu z ukraińskimi studentami, a i tak w mediach będzie jedynie gościem, który znajduje świetne riposty i nie daje się przeciwnikom. Ba, są tacy, co widzieli i nie uwierzyli – po zapoznaniu się z materiałem z wczorajszej wizyty prezydenta dalej słyszą jedynie chrypkę. I co z tym zrobimy? Nic. W związku z tym zaraz po debacie, pokazanej jak ten cyrk z balonami, wejdzie sobie jedyny poważny kandydat, mąż stanu, Bronisław Komorowski,. Krzyknie „I tak wygramy!”, powie cos o swoim teatrze i na koniec głosy uzbiera.
Demokratycznie albo administracyjnie, jakoś to będzie. Jak pisze @psychoultras na Twitterze „W Tarnowie powtórka wyborów samorządowych. Dziś szkolenie dla członków komisji. Prelegent 50% czasu objaśniał jak zneutralizować mężów zaufania”. To o czym my właściwie rozmawiamy? Wczoraj wieczorem wypłynął filmik, na którym grupa wesołych i krzykliwych ludzi, których wziąłbym za narąbane towarzystwo wracające z dość podłej dyskoteki, a którzy tak naprawdę są radnymi z Trzebnicy, rozwala i przejmuje obrady rady powiatu. Czekałem, aż sięgną po sztachety, ale wystarczyła chwilowa większość i pewność siebie. Czy działacze lokalni różnią się czymś od centralnych? Czy działacze centralni różnią się czymś od lokalnych? Skalą swoich życiowych interesów co najwyżej. Czy założyłbym się, że ta wesoła banda miałaby jednak jakieś opory, gdyby trzeba było sięgnąć po radykalniejsze metody? Przykro mi, o złotówkę bym się nie założył, wystarczy, że popatrzyłem i posłuchałem.
Kilka razy w różnych miejscach linkowałem fragment koreańskiego serialu, w którym jednym z kluczowych momentów jest kampania wyborcza. Ponieważ chyba wszyscy przestraszyli się samej zbitki „koreański serial” i nie zaryzykowali tych 10 minut, opowiem, bo będzie na temat. W "Królowej ambicji" mamy diaboliczną bohaterkę, która po łóżkach i trupach idzie do celu, a w pewnym momencie upatruje sobie sympatyczną rolę pierwszej damy. Znajduje więc kandydata z niewielkimi szansami na wygraną, za to łatwego do sterowania z racji haków, przejmuje jego kampanię i stopniowo udaje się jej wyciągnąć go na trzecie miejsce w sondażach – i wtedy dochodzi do debaty prezydenckiej. Pozostali kandydaci czekają w studiu, tylko tego, który nas interesuje, nie ma. Więc zaczynają. Nasz tymczasem kończy spotkanie z wyborcami na mieście, już trochę spóźniony zbiera się do telewizji, a tu pożar. Sprytna szefowa kampanii każe rzucić się wolontariuszom do pomocy, zaś sama, z kandydatem, wbiega do płonącego domu, by uratować dziecko. Facet stoi w środku ogłupiały, ona biegnie dalej – co za emocje – chwyta dziewczynkę i już maja wychodzić. Wtedy bierze płonącą żagiew i lekko przypala kandydata, po czym wręcza mu dziecko. Osmalony, poszarpany, ale z ocalonym dzieciaczkiem na rękach wybiega z płonącego domu. Do TV dociera po debacie, ale za to ekipa jedzie z nim do szpitala. Przez noc w internecie rośnie fala zachwytu nad człowiekiem, który zamiast gadać, uratował ludzkie życie. Finał znacie. Jeśli kogoś tym razem zachęciłem, dla porządku napiszę, że opowiedziałem fragment 21 odcinka serialu „Queen of ambition” z 2014 roku.
Nie wiem, czy dla podkreślenia efektu Komorowski uratuje dziecko z pożaru, czy tylko wejdzie, cały na biało, gdy w studiu przekłute zostaną wszystkie balony. Kilka już zaczyna pękać – stenogramy, górnicy, motocykliści polscy i ruscy, a przecież mamy przed sobą jeszcze trzy tygodnie.
(5)
5 Comments
@Budyń
17 April, 2015 - 22:13
Pozdrawiam
@Budyń
18 April, 2015 - 08:08
pewnie Niemiec się kryje.
18 April, 2015 - 09:58
A Kopacz z uśmiechem
18 April, 2015 - 14:03
Przypomniała się od razu scena z rozbawionym Komorowskim na Okęciu przy dziesiątkach trumien ofiar zamachu smoleńskiego.
Ach! To stąd PR-owcy czerpią natchnienie!
18 April, 2015 - 18:00
Przypomniała mi się sytuacja, gdy Tusk pojechał do szpitala - odwiedzić człowieka, który się podpalił w proteście przeciw jego polityce ...