Kubeł i ósmy pasażer. Uwaga: recenzja!

 |  Written by max  |  0
Motto - wiem, że na początek recenzji zazwyczaj się nie wstawia, ale nie mogłem się oprzeć, przepraszam!
A więc: "Głupcy są wszak na świecie dla naszej uciechy."

***
Z nieczystym sumieniem sięgnąłem po ostatnią książkę Łukasza Orbitowskiego zatytułowaną "Inna dusza". A to dlatego, że kilka dni wcześniej zdarzyło mi się uczestniczyć w dyskusji na temat polskiej literatury współczesnej, gdzie pozwoliłem sobie skrytykować w czambuł dokonania naszych znanych i nagradzanych koryfeuszy beletrystyki. Rzeczywiście - i tezy tej gotów jestem bronić w dalszym ciągu - uważam, że poza kilkoma autorami powieści kryminalnych, fantasy i science-fiction, którzy piszą nieźle i sprzedają się nieźle, cała reszta to w najlepszym razie wyrobnicy pióra. W gorszym zaś przypadku: grafomani. Ale gdy padło nazwisko Orbitowskiego, byłem zmuszony wykpić się zgryźliwą uwagą, że lektura jego kilku wpisów na blogu mi wystarcza, aby wyrobić sobie na jego temat opinię. Bo, przyznaję, żadnej z jego książek nie czytałem. Tak więc, postanowiłem wczoraj nadrobić zaniedbanie - wszak i w Sodomie znalazł się Lot, a ja może złym i podłym słowem Bogu ducha winnego (a zdolnego) twórcę pokrzywdziłem.

Łukasz Orbitowski otrzymał za powieść "Inna dusza" nagrodę "Paszport Polityki" za rok 2015. Nie stanowi ona w moich oczach szczególnej rekomendacji, ale przecież - mówiłem sobie - szanowne gremium jurorów nie mogło uhonorować zupełnego chłamu. A kilka godzin mojego czasu mogę poświęcić, tym bardziej, że wspomniane sumienie gryzło mnie delikatnie, napominając, że nieładnie i niesportowo jest krytykować coś, czego się nie zna. Po tym odrobinę przydługim wstępie pozwolę sobie przejść do "merituma", jak zwykł zgrabnie mawiać pewien znany dziennikarz (końmi mnie włóczcie, na pal wbijajcie, ale nazwiska tego pana nie wyjawię).

Na początek pozytywy. Historia opowiedziana przez Orbitowskiego nie należy może do najoryginalniejszych, ale ujęcie jest niebanalne, narracja spójna, nie zauważyłem niepotrzebnych dłużyzn, jednym słowem: czyta się to nieźle. Najlepiej Orbitowskiemu wyszło przedstawienie "zwyczajnej zwyczajności", zrobił to zręcznie, z pewną dozą cynizmu i czarnego humoru. Książkowa Bydgoszcz lat 90-tych ubiegłego wieku jest zarazem nostalgiczna i odpychająca, autor przenosi nas do świata pierwszych last "postkomuny", wręcz epatując charakterystycznymi dla tamtych czasów detalami, takimi jak "amerykanka", magiel, meblościanka, telewizor rubin, czy ówczesny krzyk mody i symbol statusu: przechodzony niemiecki samochód. Jednym słowem: kawał dobrej roboty. Ja trochę inaczej zapamiętałem sobie tamten okres, ale pamięć może mi już nie służyć, a może to po prostu licentia poetica. Tak czy inaczej, mucha nie siada. Znakomite są fragmenty, gdzi ew opisie wydarzeń Łukasz Orbitowski wydaje się sięgać rejonów zarezerwowanych dla pisarzy klasy światowej. Mnie osobiście Parę razy "powiało"  Rothem i Lowry'm - nie wiem na ile to efekt zamierzony, a jeśli niezamierzony: tym lepiej.

Odrobinę gorzej poszło Orbitowskiemu z postaciami głównych bohaterów. Przez zarzutem, że chwilami zachowują się w sposób absolutnie irracjonalny, że są psychologicznie niewiarygodni - można by książki bronić. "Bo czegóż to ludzie nie wyczyniają" - można zresztą powołać się na słynną teorię Elizy Krasińskiej, wedle której reguły "prawdopodobieństwa" nie dotyczą literatury fikcyjnej , niekonfesyjnej. Ale narrację prowadzi nastolatek (czy też nastolatkowie), postrzegamy świat oczami ludzi bardzo młodych. Otóż młodzież nie analizuje otoczenia na wzór dorosłych, nie kieruje się motywami charakterystycznymi dla dorosłych, a tak właśnie czynią bohaterowie "Innej duszy". Mała skaza, ale można przejść nad nią do porządku dziennego, jeśli "kupimy" konwencję.

"Inna dusza" to powieść kryminalno-obyczajowa, po trosze thriller. Chwyt "wiemy kto, nie wiemy czemu", który perfekcyjnie zastosował kilka lat temu Miłoszewski w swoim "Gniewie", udał się i tutaj. Czytelnik nudzić się nie będzie, mimo że akcja nie toczy się w jakimś huraganowym tempie. Ale "dzieje się" wystarczająco dużo, a przeróżne scenki obyczajowe, czasem intencjonalnie przerysowane, a czasem brutalnie realistyczne dodają książce uroku.

I tu, mili moi (jakby zagaił Mordimer Piekary), pozytywy się kończą. Czas na kubeł (ach, ten kubeł, wrócimy do niego za chwilę) zimnej wody, łyżkę dziegciu i - ujawnienie się ósmego pasażera Nostromo. Jeśli do tej pory nie przeczuwaliście jego obecności - zapewniam Was: on tu jest. Zaraz spróbuję przedstawić całą jego potworność, ale najpierw trzy zdania wprowadzenia.

Najogólniej ujmując, każde dzieło literackie przynależne do kanonu literatury pięknej można "podzielić" na formę i treść. W odwiecznym sporze o prymat stoję zdecydowanie po stronie tych, którzy uznają formę za ważniejszą. W skrajnym przypadku uznam, że więcej wart jest zgrabny tekst o niczym, niż totalnie niestrawny, ale nafaszerowany mądrościami bubel. Z prostej przyczyny: ten drugi - choćby mówił o bycie, niebycie, miłości, nieśmiertelności i zwyczajach godowych lemingów - przeczyta mało kto. Wartość utylitarna, mili moi - utwór, którego nikt nie czyta równie dobrze może nie istnieć.

U Orbitowskiego, jak już się domyślacie, nawala warsztat pisarski. Wszystko powinno tutaj działać gładko i bez zarzutu (warunek sine qua non) a tymczasem maszyneria klekocze, zacina się, iskrzy i kopie prądem. Nieostrożnym, którzy podejdą za blisko, może nawet urwać rękę. Jeśli już uda się przebrnąć kilkanaście stron nie trafiając na kolejnego babola, jest gwarancja, że zaraz zaliczymy kolejny wstrząs. Przyznaję, że w pewnym momencie (dla fabuły książki dość istotnym i - w założeniu - wysoce dramatycznym) wybuchnąłem śmiechem. Nastrój zupełnie niewczesnej (biorąc pod uwagę tematykę książki) towarzyszył mi już do końca lektury.

A co, konkretnie, "popełnił" Orbitowski i co czyni jego powieść cokolwiek groteskową? Sami zobaczcie. Lecę cytatami.

Tatko szoruje swoje zmaltretowane ciało i zawodzi, tym razem nie ludzi, lecz piosenkę (...)

Wspaniałe. Czy autor ma jakiekolwiek pojęcie o tym co to są związki frazeologiczne i dlaczego nie należy ich traktować nonszalancko? Nie ma.
 

Mężczyzna w garniturze dopasowanym jak kostium kąpielowy rozmawia przez telefon komórkowy wielkości futerału na okulary.


Cóż to musiał być za garnitur, strach sobie nawet próbować wyobrażać...

Cokolwiek wyło we mnie wcześniej, zostało zasznurowane.


Tak. Gdyby zdarzyło się Wam wyć, drodzy Państwo, krzyczcie o sznurek. Swoją drogą, gdyby napisał "zakaftanione" byłby to cokolwiek dziwaczny neologizm (ale sympatyczny), tym niemniej miałby sens. A tak...

Żyły kłębia się pod skóra klatki piersiowej.

Ciekawe odkrycie anatomiczne. Aż sprawdziłem u siebie, pytałem innych czy im się żyły na klatce piersiowe kiedyś kłębiły. Okazuje się, że nie. Pozostaje ten Obcy (ósmy pasażer powieści), jako wytłumaczenie.

Ania idzie po papier toaletowy. Obejmuje Jędrka i mówi, ze jest cudowny. Bardzo piękny. Jędrek układa się na plecach, krzyżuje ramiona pod glowa. Przypomina filmowego kochanka, tylko twarz ma pustą jak kubeł.

Obiecywałem kubeł? Obiecywałem. Fragment dłuższy, aby uwzględnić romantyzm sceny zestawiony z rozterkami bohatera.

Dagmara wychodzi dokładnie dwadzieścia jeden minut później. Włosy ma podcięte i rozpuszczone. Ma na sobie bawełnianą żółtą bluzę Fruit of the Loom ze ściągaczem. Trochę w niej tonie, za to dżinsy w różnokolorową kratę pozwalają stwierdzić, że prócz sporej biblioteki ma również ładny tyłek i proste nogi.

Dżinsy pozwalają stwierdzić, że ma bibliotekę. Jak też zgrabny tyłek i proste nogi. No oczywiście. Dobrze, że się ta biblioteka nie kłębi.

Podpiera się na łokciach. Wysuszony taki, można by go przeciąć moczem w najgrubszym miejscu.

Jak się takiego Obcego zraniło, kapał z niego kwas. No to co się dziwić, że i moczem potrafi przeciąć? I to nie byle gdzie, w najgrubszym miejscu!

Ledwo słyszę, jak ojciec mości sie na lóżku. Strzęp mamy, zwisający z krzesła, dostrzegam ledwo, kątem oka.

Śpieszę wyjaśnić, że mama wcześniej nie zostało postrzępiona ani, nie daj Boże, rozczłonkowana. Jest też żywa. Ale zwisa sobie, a raczej jej strzęp. Z krzesła sobie zwisa. Fajnie temu strzępowi.

Telewizor jest wspaniały. Ekran jak nocne niebo, z którego skasowano gwiazdy. Tatuś, zamknięty w pierścieniu ze strzępów, owiany kłębami dymu, tłumaczy, że telewizor ma wadę.

Pierścień ze strzępów brzmi ciekawie. Przy okazji, autor zdradza wyraźną predylekcję do tego słowa. Ba, żeby tylko do tego...

Żyły i ścięgna prężą się pod cienką skórą przedramion.

A nie mówiłem? Przy okazji, żyły pojawiają się w całym tekście wielokrotnie. Dopóki jeszcze "występują" w odpowiednich anatomicznie miejscach, w porządku. Ale one lubią się też kłębić i prężyć, w najmniej spodziewanych okolicach, jak już widzieliśmy wyżej.

(...)autobus czka przez korki (...)

Pewnie zjadł coś ciężkostrawnego, biedaczek.

Wygląda dnia, kiedy przedstawię mu swoją pierwszą prawdziwą dziewczynę, i nieoczekiwanie zaczyna gadać o mamie. Spotkali się jak dwa piękne motyle nad bagnem.

Po ciekawostkach anatomicznych, czas na przyrodnicze. "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach" - jak to śpiewał niezapomniany Roman Kostrzewski z zespołu KAT. A motyle spędzają miesiąc miodowy na bagnach - uzupełnię.
Już czas na wielki finał tej faerii cytatów. Coś mocnego na zakończenie.

Jędrek rozgląda się w poszukiwaniu sprężynowca, ale Darek jest szybszy. Zgrabnie podnosi nóż z podłogi, jednak zadawanie ciosów nie wychodzi już tak dobrze. Ręka nie chce go słuchać. Nogi się chwieją. Na podłogę padają tłuste krople krwi. Jędrek rusza do przodu, próbując odebrać sprężynowiec. Jest skupiony, pewny siebie i ostrożny. Jak mądre, doświadczone zwierzę. Potężny drapieżnik, półbóg, lśniący potwór.

Prawda, jaki klimat? Oczami duszy mojej widzę tę tłustą krew...
I, teraz:

W Jędrku otwiera się nowa para oczu. Nie jest tym zaskoczony, ma raczej wrażenie naturalności tej sytuacji. Przed sobą widzi szafkę na obuwie, wieszak obciążony przez kurtki, parasol postawiony w rogu i Darka, jak sznuruje białego adidasa. Druga para Jędrkowych oczu zawisa pod sufitem. Spoglądają na cały przedpokój i samego Jędrka, który wydobywa z kieszeni bluzy nóż sprężynowy.

Jeżeli sądzicie Państwo, iż musiałem przeprowadzić długie poszukiwania, aby te "kwiatki" odnaleźć, mylicie się. Książka jest nafaszerowana nonsensownymi metaforami, nietrafionymi, nieprzystającymi epitetami, a zdarzają się i potknięcia stylistyczne. Do tego stopnia, że staje się, po prostu, zabawna. Mimo wszystkich plusów, które starałem się uczciwie zaprezentować na wstępie, nie sposób ocenić ją na inaczej niż 2/10. Dałbym, być może więcej, ale nie jest to pierwsza powieść młodego artysty, tylko piętnaste czy szesnaste dzieło (u)znanego (?) twórcy. Orbitowskiemu nic już nie pomoże, niczego się nie nauczy, jest za późno. 

Fakt, iż to "coś" dostało nagrodę "Polityki" litościwie pozostawię bez komentarza. Och-achowe recenzje (także niektórych czytelników) również. 
Ostatecznie, przecież w jakimś celu motto zamieszczałem?


PS. Orbitowski pisze, że swoimi opiniami i radami pomogli mu panowie Dukaj i Twardoch (m. in.). Ładny to zwyczaj dziękować - i chwała pisarzom, którzy temu zwyczajowi hołdują - ale wobec jakości "produktu finalnego" wypada mi skomentować. Nie wiem, czy w/w panowie mieli okazję zapoznać się z całością, ale jeśli tak - to wstyd. Wstyd, choć Twardocha uważam jedynie za wyrobnika, a Dukaj potwornie nierówny w swoich własnych produkcjach. Ale wstyd.

PPS. Wspomniałem, na początku, o blogu pana Łukasza. Tak, zdarzyło mi się tam zajrzeć ze dwa razy. Za pierwszym skwitowałęm długą, a łądnie napisaną, notkę mruknięciem "plagiat". I, aby się upewnić otwarłem pierwszą stronę słynnego "Fletu z mandragory" Łysiaka. Ci, którzy czytali pamietają, że powieść rozpoczyna się opisem "robaka szaleństwa", który może zagnieździć się w duszy, mózgu lub sercu. Pan Orbitowski, swoimi, co prawda, słowami, opisał identyczną sytuację, podając ją naiwnym czytelnikom jako wynik swoich przemyśleń. Chciałbym wierzyć, że był to przypadek... Ponownie zaglądnąłem na blog kilka dni temu. Proszę, cytat:

Być może – myślał pierwszy brat – ludzkie losy są splątane czymś silniejszym niż krew. Mają coś z wody przelewanej z kielicha w kielich. Gdy jeden jest pełny, drugi schnie. 

Ergo, woda jest silniejsza niż krew. I plącze. Tak mi wychodzi, po analizie, na logikę.
Jeśli jednak ktoś chciałby poznać kilka kolejnych życiowych mądrości, serdecznie polecam tę oto stronkę. Jest darmowa. Uwaga: rozważania można kontynuować!
http://michalossowski.com/coelhogenerator.html

il->http://lubimyczytac.pl/ksiazka/223796/inna-dusza
5
5 (4)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>