Męska rozmowa

 |  Written by alchymista  |  0

Prawdą jest, że ilekroć post-endecy oskarżają post-piłsudczyków o „mesjanistyczne wypowiedzi i romantyczne zagrania”, tylekroć post-piłsudczycy z miejsca oskarżają ich o rosyjską agenturę. Wynika to z faktu, że typowi, rosyjscy agenci działają poprzez negatywne emocje i ustawianie przeciwnika w roli rzucającego się, wściekłego psa, moskalożercy. Emocjonalna reakcja w tym wypadku jest jednak nie na miejscu, gdyż udowadnia tezę endeków.

Takie też emocje budzi ostatnia, internetowa wypowiedź prof. Marka Jana Chodakiewicza dla „Do Rzeczy”. I tu trzeba od razu powiedzieć, że Dmowski może był agentem moskwy, ale jego uczniowie już niekoniecznie. Są oni raczej ukąszeni przez tezy, które głosił. Nie trzeba być agentem moskwy, by rezonować to, co moskwa chce Polakom sprzedać jako ich własne przemyślenia i koncepcje. Od XIX wieku część dobrych Polaków powtarza (z wieloma modyfikacjami) te same wypracowania, które Dmowski w pocie czoła płodził i publikował. Nie zwracają oni jakby uwagi na to, że żadna z przepowiedni i przewidywań Romana się nie spełniła. Co więcej, że potrafił jedynie przeszkadzać większemu od siebie Tytanowi nie tylko czynu, lecz i pióra, bo teksty Wielkiego Marszałka czyta się do dziś z dużą przyjemnością.

Przejdźmy jednak do wypowiedzi profesora Marka, punkt po punkcie. Po pierwsze, Profesor podejrzewa polski rząd o brak długofalowej strategii w relacjach z Ukrainą i moskowią. O „mesjanistyczne wypowiedzi i romantyczne zagrania”. Byłoby w tym nieco prawdy, bo od 2014 roku Polska nie udziela Ukrainie takiej pomocy, na jaką Ukraina zasługuje. Z drugiej jednak strony Ukraina żyła przez długi czas mitem „dobrych Niemiec”. Był to mur, w który trzeba było „walić głową”, a tymczasem rozpadł się w kilka tygodni jak domek z kart bez żadnej zasługi z naszej strony. To znaczy, zasługa jest – wspieramy Ukrainę czym się tylko da – ale przez poprzednie lata prawie nic nie robiliśmy w tej sprawie. Prawie nic – lub jednak coś. Powołanie Polsko-ukraińsko-litewskiej brygady im. ks. Ostrogskiego było jednak ważnym krokiem w kierunku sojuszu. Wielka w tym zasługa Antoniego Macierewicza. Prezydent z ministrem nigdy nie pałali do siebie nadmierną sympatią, ale to przecież Andrzej Duda zaproponował prezydentowi Zeleńskiemu wspólną polsko-ukraińską defiladę w Kijowie. Wydawać by się mogło, że jest to „mesjanistyczne” i „romantyczne”, a przecież Prezydent RP próbował w ten sposób nawiązać bezpośredni dialog z narodem ukraińskim, pokazać mu perspektywę wzajemnego sojuszu. Wtedy się nie udało, ale teraz wreszcie to zadziałało. Lepiej późno, niż wcale.

Dalej, Profesor nazywa najazd moskiewski „ekspedycją karną”. W tym punkcie zacząłem mieć podejrzenia, że reprezentuje on po prostu stanowisko amerykańskich republikanów, jest niejako ambasadorem republikanów w Polsce. Imperia mają to do siebie, że tak w głębi ducha uznają podmiotowość tylko innych imperiów. Nazwanie zatem rosyjskiego najazdu „ekspedycją karną” wskazuje na to, że Profesor podziela ten punkt widzenia lub przynajmniej go odtwarza na użytek tych, którzy lubią mocne słowa.

Chodakiewicz stwierdza zupełnie słusznie, że faktyczne osłabienie rosji może nastąpić „tylko w wyniku jej rozbicia na kilka państw”. Można to zrobić na dwa sposoby: „poprzez wspieranie ruchów odśrodkowych i regionalizmu, albo przez wojnę. A kto jest w stanie takową prowadzić po naszej stronie? Tylko USA. Ameryka jednak za bardzo się do tego nie pali. Bo kto chce wojny nuklearnej?”. Oczywiście nikt. W zasadzie jest to pytanie retoryczne, postawione w taki sposób, by dać tylko jedną odpowiedź. Tu jednak warto zauważyć, że PKB Polski z każdym rokiem zbliża się do PKB rosji. Jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę rozbijania rosji na mniejsze kawałki. Jesteśmy bogatym już krajem, to nie nędza z roku 1989. Dlaczego Profesor tego wątku nie ciągnie? Dlaczego straszy nas wojną atomową, jakbyśmy już sami się dostatecznie nie bali? Ryzyko wpisane jest w istnienie narodu i rządzenie krajem. Strach jest ludzki i naturalny, rozum nakazuje go przezwyciężać.

Korzystając z autorytetu jaki daje dorobek naukowy, profesor autorytatywnie stwierdza: „Rosjanie zwykle dobrze się biją o swój kraj. Ponadto z historycznego punktu widzenia łatwiej przychodzi podbić ten obszar od wschodu. Wspomnijmy choćby najazd mongolski na Ruś”.

No i tu właśnie zaczynają się schody, Profesorze! Bo prawda jest (na szczęście) zupełnie inna. Po pierwsze, moskwa to nie Ruś. Po drugie, rosjanie biją się o swój kraj bardzo kiepsko. Co innego ich kraj, ich struktura imperialna – to inny temat. Po trzecie, najazd mongolski był ostatnim najazdem ze wschodu w historii. Dobrze, po drodze była jeszcze wędrówka Kałmuków, którzy jednak nijak moskwie nie zagrażali, a szybko stali się jej sojusznikami. Rzeczywiście, zagrażali oni Rusi (w granicach Rzeczypospolitej), ale nie moskwie. Dzieje tego sojuszu rosyjsko-kałmuckiego skończyły się dla Kałmuków tragicznie (polecam zapoznać się z historią tego narodu). Od czasów mongolskich było tylko kilka przypadków, gdy moskwa była poważnie zagrożona i wszystkie one pochodziły z Zachodu i z Południa. Najazdy Chanatu Krymskiego, najazd Olgierda, potem dymitriady, rok 1812, wreszcie najazd Hitlera – to nie były zagrożenia ze wschodu!

Dalej, zarzuca Chodakiewicz polskiemu rządowi, że niepotrzebnie wychodzi przed szereg, stając na czele koalicji antyrosyjskiej. Tu jest problem podstawowej natury: jaki jest cel polskiego rządu? Jaki jest cel istnienia Polski? Po co istniejemy? Dokąd zmierzamy? A może właśnie polski rząd czekał na tą okazję od dawna?

Profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski zwrócił uwagę, że wojna przyśpieszyła pewne procesy umysłowe w środkowej Europie. Oczywiście nie myśmy tę wojnę wywołali i nie my napadliśmy sąsiada, ale napaść rosji na Ukrainę zmusiła wielu ludzi do podjęcia trudnych i odwlekanych latami decyzji. Zdawało się, że rosja jest niezwyciężona, a moskiewska agentura i trolle internetowe całymi latami podsycały to przekonanie. Cały region żył w nastroju cichego przygnębienia i oczekiwania na najgorsze. Aż najgorsze wreszcie przyszło i okazało się, że nie jest aż tak źle, jak to sobie wyobrażaliśmy, gdy podsuwano nam wizje moskiewskiej potęgi. Opór ukraińskiej armii i znakomita ukraińska propaganda wojenna doprowadziły do mobilizacji i konsolidacji krajów regionu. Polski rząd może wreszcie realizować swoją politykę dzięki pozornie nieracjonalnemu i „romantycznemu” męstwu Ukraińców.

Polscy endecy mają zresztą wobec Ukraińców pewien poważny kompleks. Kompleks ten nie jest głośno wypowiadany, ale widoczny. Chodzi o to, że – no jak to? - myśmy powstanie warszawskie przegrali, a oni mieliby swoje powstanie wygrać? Ci „banderowcy”? Przecież to sprzeczne z całą naszą koncepcją „realizmu”… Ukraińcy są jakby wymarzonym wrogiem ideologicznym dla polskich endeków, bo robią wszystko na odwrót, niż „powinni”. Bo przecież powinni zgodzić się na rosyjski dyktat i siedzieć cicho. Źle im się żyło w skorumpowanym przez rosjan kraju? A w ogóle Janukowycz był „Polakiem”… i tak dalej.

U źródeł endeckiego myślenia jest swego rodzaju kieszonkowy imperializm, to znaczy wiara w „rdzeń etniczny” państwa polskiego i „Kresy”. Rzecz w tym, że takie podejście skutecznie zniechęca sąsiadów do współdziałania z Polską, a o to przecież moskwie chodzi. Polsko-litewski spór o Wołyń, który wybuchł pod koniec panowania Jagiełły był jakby pierwszym ostrzeżeniem dla Polaków przed kieszonkowym imperializmem. Patrząc na historię unii polsko-litewskiej mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że była ona trwała dopóty, dopóki Polska działała na rzecz interesów litewskich. Wszelkie próby „wykolegowania” sąsiadów, dogadywania się z moskowią ponad ich głowami zawsze muszą się skończyć tragicznie. Bunt Chmielnickiego oraz zdrada w Kiejdanach to ewidentnie wynik promoskiewskiej polityki króla Władysława IV. Albo to kiedyś wreszcie zrozumiemy, albo będziemy stawać nieustająco w obliczu dysonansu między wyobrażeniami, a rzeczywistością. Tylko nie oskarżajcie potem Piłsudskiego o własne niepowodzenia!

Oczywiście, gdy kieszonkowy imperializm nie wypali, możemy pogodzić się z rolą narodu wchłanianego przez moskali. Może życie pod butem nie jest w końcu aż takie złe. Będziemy sobie chodzić do kościoła, gdzie biskupi po cichu nominowani przez moskali będą wygaszać nasze aspiracje do wielkości. Publicyści ze wszystkich środowisk politycznych będą pisać w tym samym tonie, zniechęcając do wszelkiej aktywności. Lewica, prawica, centrum – wszystko jedno. Byleby Polak nigdy nie wyrósł ponad przeciętność i żył w świecie wspomnień o dawnej chwale, "cywilizacyjnej misji na wschód", puszył się husarią i pokornie stawał przed obliczem rosyjskiego stupajki. Już tak było. Był taki czas, gdy w Warszawie były prawie wyłącznie rosyjskie napisy i wszędzie dominowała cyrylica. Właśnie tego chcecie?

 

Jakub Brodacki

5
5 (1)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>