blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W końcu grudnia 1944 roku Sowieci zamknęli pierścień oblężenia Budapesztu.
     
     
         6 października 1944 roku rozpoczęła się operacja debreceńska, w wyniku której  wojska sowieckie zdobyły Szeged oraz Debrecen  i zmusiły Niemców do opuszczenia północnego Siedmiogrodu.
     
     
          Wojska niemieckie poniosły co prawda znaczne straty, lecz nie zatraciły zdolności bojowych. 8 armia niemiecka oraz 1 i 2 armie węgierskie nie zostały okrążone ani całkowicie rozbite. Dwukrotne skrócenie linii frontu (z 890 do 430 km) pozwoliło wycofać część sił na bardziej zagrożone kierunki.
     
     
          Dowództwo niemieckie zdawało sobie sprawę, że kolejnym celem sowieckiej ofensywy będzie Budapeszt, dlatego wzmocniły zamykającą ten kierunek 3 armię węgierską.
     

         Po utracie Rumunii, węgierskie pola naftowe w okolicy miasta Nagykanizsa stanowiły jedno z ostatnich źródeł ropy dla Niemiec. Węgry dostarczały także 90% boksytu niezbędnego do produkcji aluminium.
     
     
          Po przejęciu władzy na Węgrzech przez strzałokrzyżowców oraz upadku nadziei na wycofanie się Węgier z wojny,  28 października 1944 roku Stalin w rozmowie telefonicznej z marsz. Malinowskim rozkazał bezzwłoczne rozpoczęcie natarcia w celu uchwycenia Budapesztu z marszu. Dywizje 46 armii miały bezwarunkowo ruszyć do natarcia nazajutrz w godzinach rannych, tak aby do 30 października osiągnąć rubież Lajosmize—Nagykörös, opierając się lewym skrzydłem o Dunaj. Jednocześnie 7 armia gwardii gen. Sumiłowa miała rozpocząć natarcie czterema dywizjami na swym lewym skrzydle, aby osiągnąć linię Tószeg—Nagykörös.
     
     
           Sowieci ruszyli na froncie o szerokości 95 km, a ich przeciwnikiem była 3 armia węgierska gen. Heszlényiego W centrum węgierskie 1 dywizja kawalerii i 23 dywizja rezerwowa nie potrafiły zatrzymać nacierających Rosjan i cofnęły się o 8-10 km. W lukę w węgierskim ugrupowaniu wprowadzono do walki brygady pancerne 2 korpusu zmechanizowanego gwardii, które z marszu rozproszyły bataliony 8 dywizji zapasowej.
     
     
          Dopiero na przedpolach Kecskemétu Węgrzy stawili zaciekły opór. Hitler nakazał bezwarunkowo bronić miasta, gdyż było ono kluczem do stolicy Węgier. W Kecskemécie broniły się niewielkie siły węgiersko-niemieckie, którymi dowodził niemiecki płk Uslar-Gleichen. Sowieci,  nie mogąc wedrzeć się do miasta, okrążyli go z obu stron, odcinając od głównych sił.
     
     
          Ofensywa sowiecka rozwijała się znacznie wolniej niż życzył tego sobie Stalin. Przyczyną tego było pojawienie się silnych niemieckich związków pancernych przeciwnika. Pod Budapeszt przegrupowywał się LVII korpus pancerny.  Co prawda udało się Sowietom zająć Kecskemét, ale ich dalsze natarcie zatrzymały kontrataki niemieckich jednostek pancernych.
     
     
          Próbując, mimo niepowodzeń, zająć Budapeszt z marszu, marsz. Malinowski 2 listopada rzucił do walki nowoprzybyłe 4 korpus zmechanizowany gwardii oraz 23 korpus strzelecki. Planowano przeprawić się na wyspę Csepel i od zachodu wedrzeć się do Budapesztu. Jednak, wraz z przybywaniem coraz to nowych dywizji niemieckich, stosunek sił nie był już korzystny dla wojsk sowieckich. Siły niemieckie zostały wzmocnione o trzy dywizje pancerne, a w drodze do stolicy Węgier były dalsze dywizje.
     
     
          Gen. Fretter-Pico zarządził utworzenie nowej linii obronnej, ciągnącej się od Dunaju przez Kiskunláncháza-Bugyi-lnarcs oraz Cegléd-Szolnok. Obrona niemiecka okazała się zbyt trudna do sforsowania dla sowieckich korpusów szybkich, pozbawionych wsparcia artylerii i piechoty. Mimo stosunkowo silnego wsparcia lotniczego, szturmy na przedpola Budapesztu nie przyniosły pożądanych rezultatów.
     
     
         Do 3 listopada w zasadzie zakończyło się przegrupowywanie niemieckich sił pod Budapeszt, które zdążyły obsadzić umocnienia linii Attili, zanim wdarły się w nie sowieckie czołgi.
     
     
          4 listopada uznaje się za koniec operacji mającej na celu opanowanie Budapesztu z marszu. Nie przyniosła ona wojskom sowieckim sukcesów. Przyczyn porażki należy się szukać w zlekceważeniu wojsk węgierskich, głównych przeciwników 46 armii w pierwszych dniach ofensywy. Przeświadczenie o słabości armii węgierskiej było fałszywe, opierano je głównie na doświadczeniach na północnym odcinku frontu, gdzie przeszedł na stronę sowiecką dowódca 1 armii węgierskiej gen. Miklós Béla, a jego honvédzi masowo poddawali się bez walki. To, że 46 armia nie zdołała zająć stolicy Węgier z marszu, było w dużej mierze zasługą ofiarnej walki dywizji węgierskich 3 armii.
     
     
          W tej sytuacji sowiecka Kwatera Główna uznała, iż zamiast czołowego natarcia należy spróbować manewru oskrzydlającego. Środek ciężkości natarcia został więc przesunięty z pasa działania 46 armii na korzyść 7 armii gwardii, którą wzmocniono dwoma korpusami zmechanizowanymi, korpusem pancernym i dwoma korpusami kawalerii.
     
     
          Malinowski nakazał, aby 7 armia gwardii wraz z grupą gen. Plijewa  zaatakowała w kierunku na Hatvan, wyszła na północne skrzydło nieprzyjacielskiego zgrupowania pod Budapesztem, następnie skręciła na południe w celu zaatakowania stolicy Węgier. Jednocześnie 46 armia miała przeprawić się na zachodni brzeg Dunaju i natrzeć na Budę od zachodu.
     
     
         Niemcy zdawali sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji upadku Budapesztu. Oznaczał on całkowity rozkład armii węgierskiej, a także utratę zakładów i fabryk, które remontowały sprzęt 6 i 8 armii oraz zaopatrywały je w amunicję. Dlatego też walki były bardzo zacięte i sowieckie oddziały ostatecznie utknęły przed zdobyciem wyznaczonych celów.
     
     
         W tych warunkach Moskwa zrozumiała, że zajęcie Węgier wraz ze stolicą dotychczasowymi siłami jest niemożliwe. Dlatego przekazano 2 Frontowi Ukraińskiemu 40 tys. ludzi i 200 czołgów.
     
     
         17 listopada oddziały sowieckie podeszły w pobliże Hatvan, ważnego węzła komunikacyjnego, leżącego 60 km od Budapesztu, ale ostatecznie zajęły je dopiero 25 listopada. Jednakże próby włamania się w linię Attili, obsadzaną przez 8 i 22 dywizje kawalerii SS nie przyniosły efektów.
     
     
         21 listopada dwa sowieckie korpusy przeprawiły się przez odnogę Dunaju na wyspę Csepel. Konflikt między dowódcą węgierskiej 1 dywizji kawalerii, płk. Zoltanem Schellem, a jego przełożonym — dowódcą LXXII korpusu — gen. Augustem Schmidtem spowodował, że prawie cała wyspa została utracona.
     
     
          Pomimo tego sukcesu nadal tempo sowieckiego  natarcia było wolne. Częściowym usprawiedliwieniem tego stanu rzeczy była bardzo zła pogoda i fatalne warunki na drogach.
     
     
          5 grudnia ruszyło kolejne sowieckie natarcie.  Gdy sowiecka piechota włamała się od 3 do 6 km w głąb niemieckich pozycji, do walki zostały wprowadzone brygady pancerne 6 armii pancernej gwardii. Niemcy najbardziej obawiali się, że sowieckie czołgi rozjadą się po Małej Nizinie Węgierskiej i zajmą Bratysławę, stanowiącą bramę do opanowania Wiednia. Dlatego też podejmowano wszelkie działania mające na celu niedopuszczenie do wyparcia 8 armii w słowackie góry.
     
     
          Pomimo licznych niemieckich kontrataków 30 korpus strzelecki wsparty 5 korpusem pancernym gwardii wyparł Węgrów z Vácu i osiągnął brzeg Dunaju. Tym samym Peszt został okrążony od północy i północnego wschodu.
     
     
         Węgierski minister spraw wojskowych gen. Beregffy próbował wymusić na dowództwie niemieckim zgodę na powrót na Węgry walczącej na terytorium Słowacji węgierskiej 1 armii. Prośbę tę dowództwo niemieckie odrzuciło. Próby uzupełnienia wykrwawionych węgierskich dywizji również nie przynosiły rezultatów z powodu niechęci do walki węgierskich rezerwistów oraz braku broni, gdyż Niemcy bronią wysyłaną na uzbrojenie Węgrów dozbrajali własne oddziały.
     
     
          Aby wzmocnić Grupę Armii „Południe” przed szybko zbliżającą się kolejną ofensywą na Węgrzech, gen. Guderian zezwolił na przegrupowanie 3 i 6 dywizji pancernych, które znajdowały się w odwodzie Grupy Armii „Środek”.  
     

         Niemcy opracowali plan natarcia, którego celem miało być zlikwidowanie sowieckiego przyczółka operacyjnego na zachodnim brzegu Dunaju i tym samym zażegnanie niebezpieczeństwa okrążenia Budapesztu od południa. Ważne było też utrzymanie niezwykle cennych dla Niemców ostatnich szybów naftowych oraz kopalni boksytu.
     
     
          Ostatecznie z powodu fatalnej pogody z tej operacji nic nie wyszło - roztopy uniemożliwiały użycie czołgów, gdyż te mogły się poruszać wyłącznie po drogach. Każde zjechanie ciężkiego sprzętu z utwardzonego terenu kończyło się jego utratą. Nie było bowiem możliwe wyciągania z błota każdego czołgu czy działa pancernego, które znalazło się pod ogniem nieprzyjaciela.
     
     
          12 grudnia 1944 roku naczelne dowództwo Armii Czerwonej wydało rozkazy dla walczących na Węgrzech obu Frontów Ukraińskich. 2 Front Ukraiński Malinowskiego miał okrążył Budapeszt od północy, a 3 Front Ukraiński Tołbuchina zamknąć pierścień okrążenia od południa.
     
     
           Rozpoczęte 20 grudnia 1944 roku sowieckiej natarcie doprowadziło do przerwania niemieckiej linii obrony.   Hitler nakazał piechocie bezwarunkowo bronić każdego skrawka terenu, do ataku zaś rzucił dywizje pancerne. Kosztem straty wielu czołgów Niemcom udało się ustabilizować sytuację na odcinku 2 Frontu Ukraińskiego.
     
     
          Znacznie większe efekty osiągnęło natarcie 3 Frontu Ukraińskiego przełamując linię Małgorzaty. 24 grudnia sowieckie czołówki pancerne pojawiły się na przedmieściach Budy, następnie zamykając łańcuch okrążenia węgierskiej stolicy.
     
     
    W niemieckich planach obrony południowego odcinka frontu wschodniego Budapeszt był szczególnie ważnym punktem, Jednakże obrona tak rozległego miasta wymagała użycia dużych sił, zwłaszcza piechoty. Niemcom brakowało jednak dywizji piechoty, te zaś, których można było użyć do obrony stolicy Węgier, były jednostkami pancernymi lub kawalerii — mniej przydatnymi do działań w mieście.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Zacznijmy od Ławrowa. Był on łaskaw stwierdzić: „warunki Rosji lepiej spełnić po dobroci, inaczej działać będzie rosyjska armia”[1] Co oznacza ta, powtarzana co jakiś czas groźba? Że mamy się poddać bo jak nie to na nas napadną.

    I co my na to? Obrona przed Rosją wzbudza u pewnej grupy ludzi u nas intuicyjny sprzeciw. Inni wymagają powtórzenia dygresji o unikaniu wojny za wszelką cenę:

    Wyobraźmy sobie że przychodzi Ławrow i stawia takiemu unikaczowi (za wszelką cenę) ultimatum: »tu jest brygada zmechanizowana, albo zrobisz całej laskę albo najeżdżamy i będzie wojna. A jak zrobisz to nie będzie.« I nasze różne szpece co na to? Czy za wszelką cenę będą wojny unikać, czy jednak nie? Tu jest całe takie myślenie że Rosja wygra i tak i musimy robić co nam każą. A Ukraina to w ogóle. Jest bez szans i przegra, pomoc tylko powoduje zbędne zniszczenia, które opóźniają tylko nieuchronny tryumf Sovieta. Tu można wyrywać gości po nazwisku do odpowiedzi.

    Bardzo często zadowalamy się takimi przykładami, które mają unaocznić. Nie unaoczniają jednak i wymagają jednak egzegezy: okazuje się, że jest cena, której ten i ów nie jest w stanie zapłacić za pokój.

    Jacek Bartosiak zareagował prawidłowo: Chyba że zostanie pobita w polu. I wtedy nie trzeba liczyć się już z polityką i sprawczością rosyjską. Tyle w temacie. I to trzeba zrobić i wystawić wojsko polskie do tego zadania. Inaczej trzeci pośrednicy będą nas co rusz namawiać, by ustąpić Rosji to tu, to tam… Proste i jasne”. I zaczęło się disko. Sens jest taki, że musimy mieć taką armię, która pokona ruskich jak na nas uderzą. Tymczasem obrona przed bolszewią jest traktowana jako atak.

    image

     

    Amerykanie też nie są wcale tacy mądrzy. Z Ławrowem trzeba zaczynać negocjacje poprzez strzelenie go w pysk tak, żeby się nakrył nogami. Potem jeszcze trzeba skopać po nerach. I postawić do pionu i wtedy można rozmawiać. Coś jak Kmicic z Akbahem-Ułanem. Kto nie czytał to niech se przeczyta:

    https://literat.ug.edu.pl/potop/0059.htm

    Z kim ja tu w ogóle pracuję? To są proste rzeczy , łatwe do ogarnięcia. Ronald Regan zadziałał w podobny sposób słynną próbą mikrofonu:

    https://youtu.be/TG0ph0s9T8g

    I podziałało. Z ruskim trzeba negocjować startując od drógiej strony: nie że mamy propozycję korzystnego współistnienia, kołogzystencji, kompromisu, ułożenia, itp. Tylko: spalimy wasze miasta, przeoramy cały kraj bombami, żywa noga nie ujdzie. I potem stanowiska się ucierają, kompromis jest.

    II

    W Do Rzeczy Jan Fiedorczuk spłodził paszkwil na Bartosiaka w związku z jego ostatnią książką chyba. »Najlepsze miejsce na Ziemi«. Optymistyczny tytuł, stojący w opozycji do pragnienia martyrologii. Nie czytałem jeszcze. Artykuł natomiast jest za paywallem więc poczytajcie sobie nitkę na Tłiterze:

    https://twitter.com/JanFiedorczuk/status/1638667209210830854

    Jaki jest podstawowy zarzut? Że wcześniej był taki hermetyczny slang gieopolityczny, używany przez wąską garstkę, która się czuła przez to elitarnie i że niby jest mądra. Bartosiak to rozpowszechnił natomiast i teraz jest to egalitarne słownictwo.

    Nie no żart. Są jeszcze wartości. W wartościach chodzi o to, że Amerykanie jak chcą czegoś od Turcji to muszą Erdoganowi płacić, i to sporo. A nam wystarczy, że powiedzą że moralność, że wartości, że to, że sio i za darmochę wszystko mają. Ogólnie u nas taka mentalność jest, że nie wypada żądać czegoś w zamian w takiej sytuacji. Tutaj Parys się odpala, a jakby mu powiedzieć że mamy interes we wspieraniu Ukrainy i dlatego musimy na 150% możliwości działać i się spiąć to się spulta.

    Wytłumaczą tą terminologię na przykładzie reparacji: Domagając się reparacji wchodzimy na drabinę eskalacyjną. Są to bowiem takie kwoty, że Niemcom bardziej się opłaca nas wykończyć niż płacić. I jak to powiesz pisowcowi to się zacznie miotać, urągać: »to co, nie mam zgłaszać roszczeń słusznych? Moralność mam za sobą, współżycie międzynarodowe, wartości mam!!! Wspólnota europejska!!!« A nas interesuje konkretna odpowiedź: z jakimi działaniami się liczy i jak zamierza na nie odpowiedzieć. Nie zamierza. Taki jest mechanizm naszych porażek w starciach z Unią Europejską przy okazji sądów i innych.

    Przypisy:

    1. https://dorzeczy.pl/opinie/417772/fiedorczuk-zwodnicza-sciezka-geopolityki.html

    4
    4 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie października 1944 roku Niemcy wymusili rezygnację Horthyego i doprowadzili do powołania na Węgrzech rządu zdominowanego przez strzałokrzyżowców Szálasiego.
     
     
         29 sierpnia 1944 roku po długich  negocjacjach z  władzami niemieckimi udało Horthyemu się powołać nowy rząd z  zawodowym wojskowym, generałem armii Gézą Lakatosem na czele. Duży wpływ na tę decyzję admirała miało memorandum ukrywającego się Istvána Bethlena, w którym b. premier zaproponował mianowanie nowego szefa rządu, który z jednej strony miałby nie dopuścić do dojścia do władzy rodzimych faszystów  – nilaszowców, a  z  drugiej  – rozpocząłby w negocjacje pokojowe z aliantami.
     
     
         Kilka dni wcześniej 23 sierpnia Rumuni, przy wsparciu młodocianego króla Michała  obalili marszałka i  conducătora Iona Antonescu. Natychmiast po zamachu zmienili sojusze  – i stali się sojusznikami Rosjan i zachodnich aliantów.
     
     
          Po wystąpieniu Rumunii z  Osi Horthy rozpoczął tajne negocjacje z aliantami. Wydelegował płk. Istvána Nádayego do Włoch, a swą kuzynkę, hrabinę Zichy na Słowację. Równocześnie wysłał do Moskwy byłego attaché wojskowego płk, Gábora Faragho, któremu towarzyszył syn byłego premiera, profesor Géza Teleki oraz doświadczony dyplomata Domokos Szent-Iványi. W październiku 1944 roku Mołotow poinformował zachodnich aliantów o toczących się rozmowach z Węgrami, podając ich najważniejsze ustalenia: w ciągu 10 dni Węgrzy wycofają swoje wojska i  administrację z  obszarów Czechosłowacji, Rumunii i  Jugosławii zajętych po 31 grudnia 1937 roku, zerwą wszystkie kontakty z Niemcami i natychmiast wypowiedzą wojnę dotychczasowym sojusznikom.
     
     
          Po uzyskaniu akceptacji regenta, 11 października 1944 roku Faragho i  Mołotow podpisali w  Moskwie wstępne porozumienie o  przerwaniu ognia. Równocześnie w tym samym dniu dowódcy węgierskich jednostek stacjonujących na wschodzie otrzymali tajny szyfrogram, nakazujący im niepodejmowanie walki i  przerwanie ognia wobec do nadchodzących oddziałów Armii Czerwonej, za to wymierzenia broni w Niemców.
     
     
        Niemcy, którzy mieli swoich ludzi w rządzie (m.in. ministrowie rolnictwa Béla Jurcsek oraz finansów Lajos Reményi-Schneller) dowiedzieli się o tym i postanowili natychmiast przeciwdziałać.
     
     
         W ramach precyzyjnie zaplanowanej Operacji Panzerfaust do węgierskiej stolicy skierowano  Ottona Skorzenego i jego komandosów, którzy  we wrześniu 1943 roku, wsławili się wyrwaniem z więzienia pod górą Gran Sasso Benito Mussoliniego. 15 października Niemcy pochwycili młodszego syna regenta, pobili go do  nieprzytomności, zawinęli w  dywan i  w  takim stanie wsadzili w  samolot skierowany do Wiednia. Pomimo porwania syna admirał zachował zimną krew i  na posiedzeniu Rady Koronnej poinformował zebranych o podpisaniu w Moskwie wstępnego porozumienia. Jego warunkach okazały się być nie do przyjęcia dla większości członków Rady. Co więcej, szef sztabu János Vörös poinformował zebranych, iż otrzymał do niemieckiego generała Hansa Guderiana ultimatum, żądające ustąpienia węgierskich władz. Horthy odparł, że sam poda się do dymisji i  przyjmie dymisję rządu, ale zrobi to na własnych warunkach: dotrzyma przyjętego porządku dnia i sam ogłosi narodowi (i wojsku) przyjęte ustalenia. Zgodnie z  przyjętym harmonogramem przyjął u na Zamku Veesenmayera, informując go o wyjściu Węgier z wojny.
     
     
          W odczytanym w radio komunikacie regent obwinił Niemców o  „wiele złych czynów”, włączając w  to „sprzeczne z  humanitaryzmem, powszechnie znane rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Na zakończenie oznajmił natomiast, iż „poinformował tutejszego przedstawiciela Trzeciej Rzeszy, że nastąpi przerwanie ognia z  naszymi dotychczasowymi przeciwnikami”, a  potem w  podniosłych słowach zwrócił się do żołnierzy, komunikując im: „zdecydowałem, że poproszę o przerwanie ognia”.
     
     
        Mimo odczytanej w  radio proklamacji Veesenmayer przekonał szefa sztabu Vörösa, by ten podważył decyzję Horthyego oraz wydał nową odezwę do żołnierzy, którą odczytano w  radio. W odezwie tej zaprzeczono proklamacji regenta o złożeniu broni przez węgierską armię.
     
     
        W  tym czasie komandosi Skorzenego oraz niemieckie oddziały biorące udział w  Operacji Panzerfaust  – przy pasywnej postawie ludności zajęły najważniejsze punkty komunikacyjne i  urzędy w  mieście, włącznie z  gmachem węgierskiego radia. Wieczorem zaczęło ono nadawać komunikaty: w  imieniu wodza strzałokrzyżowców Ferenca Szálasiego, który próbował wymusić na Horthym przekazanie władzy.
     
     
         Pod wieczór niemieckim komandosom zostało do zdobycia już jedynie Wzgórze Zamkowe. Podczas gdy ludzie Skorzenego szykowali się już do ataku na Zamek,  premier Lakatos poinformował niemiecką ambasadę, że regent gotów jest ustąpić.
     
     
         Rankiem 16 października Veesenmayer udał się znowu do Zamku. Pod zobowiązaniu Niemców do wypuszczenia jego syna podpisał deklarację o swej rezygnacji  i  powierzeniu Ferencowi Szálasiemu misji powołania nowego rządu.
     
     
         Następnego dnia Miklós Horthy z małżonką ruszył pociągiem do Bawarii, gdzie internowano go w  zamku Hirschberg. Niemcy nie dotrzymali słowa i syna Miklósa z Mauthausen nie wypuścili. Trafił do Dachau, potem do Niederhofu, gdzie 4 maja 1945 dostał się w ręce Amerykanów. Do amerykańskiej niewoli trafił też sam regent i  to z  ich woli stawił się najpierw jako świadek do Norymbergi, a  po czterech latach udał się na wygnanie do Portugalii, gdzie pod koniec życia napisał  pamiętniki. Zmarł 9  lutego 1957 roku w  wieku 88 lat. Jego szczątki sprowadzono do rodzinnego majątku Kenderes i  pochowano ponownie na rodzinnej ziemi 4 września 1993 roku. Tam też spoczął w tym samym dniu, zmarły w marcu tegoż 1993 roku jego syn Miklós.
     
     
        5 grudnia 1944 roku Sowieci aresztowali Istvána Bethlena, który ujawnił się i poprosił o rozmowę z dowództwem stacjonującej w pobliżu jednostki Armii Czerwonej. Były premier i przeciwnik Niemiec został przewieziony do Moskwy i 1 kwietnia 1945 roku trafił do więzienia na Butyrkach, tego samego, w  którym więziono 16 przywódców państwa podziemnego z Polski. Według raportu lekarzy już wtedy był „w  bardzo złym stanie zdrowia”.  Tam też zmarł 5 października 1946 roku „w wyniku wysoko zaawansowanej miażdżycy i  zaniku pracy serca”.
     
     
        Nowy gabinet powołany 16 października 1944 roku nazwano Rządem Jedności Narodowej. Sami nilaszowcy objęli w nim bowiem tylko tekę premiera i dwa resorty, a  pozostałe trafiły do innych ugrupowań skrajnie nacjonalistycznych. Węgierska Partia Życia objęła trzy resorty, dwa inne trafiły w  ręce wojskowych, a  po jednym mieli reprezentanci partii niemal nieznanych: Narodowo-Socjalistycznej oraz Węgierskiej Odnowy.
     
     
        Po dojściu do władzy Szálasi odczytał w  radio programową odezwę, w  której zapowiedział prowadzenie walki i  trwanie u  boku Niemiec do końca. Jako wódz narodu postawił przed sobą trzy podstawowe zadania: zbudować społeczeństwo, a  nawet „państwo oparte na pracy” (munka állam); jak tylko się da, przeciwstawiać się wkraczającym do kraju bolszewikom oraz wznowić eksterminację Żydów.
     
     
         W tej sytuacji Stalin rozkazał przystąpić do operacji mającej na celu zdobycie Budapesztu. Niemcy postanowili zamienić stolicę Węgier w  wojskową twierdzę, i od 25 grudnia 1944 do 13 lutego 1945 roku trwało oblężenie Budapesztu, które przyniosło ogromne straty tak materialne (m.in. wysadzono wszystkie mosty na Dunaju), jak też ludzkie.
     
     
         Gabinet Szálasiego upadł 28 marca 1945, a sam premier uciekł do Austrii, gdzie  ożenił się ze swoją wieloletnią partnerką. Oboje zostali 4 maja ujęci przez Amerykanów. 3 października 1945 roku oddano go władzom węgierskim, które postawiły go w  lutym roku przed sądem, który skazał go na śmierć. Wyrok został wykonany 12 marca 1946 roku.  Wraz z nim zostali powieszeni trzej członkowie jego rządu – ministrowie  wojny, MSW oraz wyznań i  oświaty, a  także główny ideolog ruchu, József Gera.
     
     
         Rządy strzałokrzyżowców uniemożliwiły Węgrom zmianę sojuszy i  tym samym przesądziły ich powojenny los, skazując na sowiecką niewolę.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    B. Góralczyk – Węgierski syndrom Trianon
    T. Kopyś – Polityka zagraniczna Węgier w latach 1867-1945
    W. Felczak – Historia Węgier
    K. Nevekin – Zdobyć Budapeszt. Kampania na Węgrzech 1944
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Związek Zawodowy Rolnictwa "Korona" ma już swój własny kanał na Youtube. https://www.youtube.com/@ZZRKorona

    Ukazał się już pierwszy filmik "Daniel Alain Korona: Kiedy klauzule ochronne ws. importu zboża ukraińskiego".
    https://www.youtube.com/watch?v=6JJIIiYgbdE

    W ten ZZR KORONA dotrze ze swoim przekazem do kolejnych odbiorców.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W marcu 1944 roku wojska niemieckie wkroczyły na Węgry.
     
     
           W wyniku coraz bardziej natarczywych żądań Hitlera latem 1942 roku niemal połowa armii węgierskiej (2 armia składająca się z 10 dywizji piechoty i 1 dywizji zmotoryzowanej – w sumie ponad 220 tysięcy żołnierzy) trafiła nad Don, gdzie miała za zadanie kontrolować i bronić odcinka frontu na długości około 200 kilometrów. W  przeprowadzonym w  siarczystym mrozie w  styczniu 1943 roku sowieckim natarciu, mającym na celu zajęcie odcinka frontu między Woroneżem a Pawłowskiem (Togliatti) 2. węgierska armia, pozbawiona wsparcia Niemców zajętych wówczas krwawymi walkami pod Stalingradem  poniosła klęskę, tracąc 100 tys. zabitych, 35 tys. rannych i 60 tys. wziętych do niewoli. Do kraju wróciło tylko ok. 40 tys.
     
     
           Wcześniej dniu święta św. Stefana 20 sierpnia 1942 roku zginął w w katastrofie lotniczej pod miejscowością Aleksiejewka w  obwodzie biełgorodzkim (dawniej woroneskim) 38-letny syn regenta Węgier István. Śmierć syna, na dodatek oficjalnego zastępcy i następcy, była dla 74-letniego wówczas regenta tak wielkim osobistym ciosem, z  którego  – jak sam przyznawał w  pisanych pod koniec życia na wygnaniu w  Portugalii pamiętnikach  – już nigdy do końca się nie podniósł. Jednoczesna klęska Niemców pod Stalingradem zachwiały bezgraniczną dotąd wiarą regenta i  węgierskich elit w  niepokonany Wehrmacht.
     
     
         Admirał zaczął się przychylać do opinii polityków o  poglądach prozachodnich, w  tym przede wszystkim utrzymującego skryty kontakt z Brytyjczykami Istvána Bethlena, by  rozpocząć rozmowy z zachodnimi aliantami. Ówczesny premier Miklós Kállay był również przekonany, że Niemcy jednak przegrają tę wojnę. Po jego namowach, wahający się dotychczas regent wydał we wrześniu 1943 roku ostateczną zgodę na rozpoczęcia tajnych rozmów z  zachodnimi aliantami. Poufne rozmowy prowadzono w  Bernie,  Sztokholmie i Lizbonie, jednak główną delegację pod wodzą znamienitego lekarza i noblisty Alberta Szent-Györgyiego premier skierował do Stambułu.
     
     
          Niemcy dowiedzieli się o tych rozmowach i Hitler w czasie spotkania z Horthym oskarżył węgierskiego premiera o zdradę. Ta spalona inicjatywa sprawiła, że wynegocjowane wstępnie z  Brytyjczykami porozumienie w  Stambule pozostało martwą literą.
     
     
           Sytuacja zmieniła się w styczniu 1944 roku, gdy rząd brytyjski przekazał Kállayemu, by w przypadku dojścia Armii Czerwonej do granic Węgier nie stawiał zbrojnego oporu. W przeciwnym razie zagrożono postawienie Węgier przed sądem jako wiernego sprzymierzeńca Niemiec. W odpowiedzi  Kállay wysłał swojego wysłannika László Veressa na tajne rozmowy z Brytyjczykami w Stambule.
     
     
         Kiedy jednak Miklós Horthy 12 lutego wezwał wszystkie pozostałe jednostki na froncie wschodnim, by wróciły na teren Rusi Zakarpackiej i  tam przeciwstawiły się nacierającej Armii Czerwonej, Adolf Hitler uruchomił  plan Margarethe, zakładający okupację Węgier. W czasie rozmowy z dyktatorem Rumunii marszałkiem Antonescu w końcu lutego 1944 roku Hitler poinformował rumuńskiego gościa o inwazji na Węgry. Równocześnie  zrewidował swoje podejście do drugiego arbitrażu wiedeńskiego, godząc się na przyznanie Siedmiogrodu w całości Rumunii.
     
     
         Mimo ostrzeżeń ze strony rządu i  Bethlena, Horthy w  towarzystwie szefa sztabu Szombathelyiego oraz ministra spraw zagranicznych Ghyczyego udał się 18 marca 1944 roku na spotkanie z Hitlerem do zamku w  Klessheim, nie wiedząc nic planie Margarethe, którego realizację  zaplanowano na dzień następny. Wpadł w zastawioną przez Niemców pułapkę. Hitler na samym wstępie poinformował go, że ponieważ Węgry gotowe są przejść na stronę przeciwnika, w obawie przed zdradą postanowił uruchomić „środki przeciwdziałające”, a  w  przypadku, gdyby oddziały węgierskie miały zamiar stawiać opór, to w gotowości do wkroczenia na ich terytorium są oddziały rumuńskie, słowackie i chorwackie. Ku zaskoczeniu Hitlera Horthy ostro przeciwstawił się tym planom i  nie chciał wydać zgody na wojskową ingerencję, a tym bardziej na wydanie, przygotowanej w jego imieniu przez Niemców, odezwy do narodu, by nie podejmował obrony.  Jednocześnie zagroził swoją rezygnacją, jednak Hitler pozostał niewzruszony, odczytując całą listę skarg wymierzonych w  „niewiernych Węgrów”, od opóźnień w  rozwiązywaniu kwestii żydowskiej poczynając. W tej sytuacji Horthy wstał od stołu i  – jak wyznawał po wojnie w zeznaniach przed zachodnimi aliantami – miał stwierdzić: „Ponieważ wszystko jest już ustalone, mam do czynienia z  faktami dokonanymi, więc nie ma sensu dalej prowadzić tej rozmowy. Wyjeżdżam”. Niemcy nie dopuścili do jego wyjazdu na Węgry przed wkroczeniem wojsk niemieckich.
     
     
          Pomimo braku zgody Horthyego Niemcy i  tak ww. odezwę opublikowali, z nazwiskiem regenta, choć bez jego podpisu. W podróży powrotnej do kraju towarzyszyli mu Edmund Veesenmayer, który awansował z  doradcy Ribbentropa  ds.  Europy Wschodniej na stanowisko ambasadora nadzwyczajnego i pełnomocnego na Węgrzech, a w istocie szefa nowego protektoratu oraz szef Gestapo Ernst Kaltenbrunner. To oni mieli odtąd rządzić Węgrami, chociaż Kaltenbrunnera już po trzech dniach zastąpił SS Obergrüppenfürher Otto Winkelmann, który – będąc osobą zaufaną Heinricha Himmlera –  miał uzyskać pełną niezależność od Veesenmayera.
     
     
          19 marca 1944 roku o  czwartej nad ranem wojska niemieckie (11 dywizji), wkroczyły na Węgry ze wschodniej Słowacji oraz z  południa  – Chorwacji i  Banatu. Nie napotykały praktycznie żadnego oporu, gdyż szef sztabu Szombathelyi wezwał nad ranem węgierskie oddziały, by nie stawiały oporu. A  po trzecie, zwołana tego samego dnia Rada Koronna też uznała, iż zbrojny opór nie ma sensu. Do wymiany ognia dochodziło sporadycznie i  symbolicznie, poza jednym przypadkiem: znany polityk opozycyjny i  zarazem redaktor antynazistowskiej gazety „Független Magyarország”(Niezależne Węgry) Endre Bajcsy-Zsilinszky zaczął strzelać z  pistoletu w  chwili, gdy żandarmi dobijali się do jego drzwi. Został ranny i  aresztowany. Trafił do więzienia, skąd pod naciskiem Zachodu wypuszczono go 11 października, ale po dojściu do władzy strzałokrzyżowców, ponownie aresztowano i powieszono w więzieniu 23 grudnia 1944 roku.
     
     
          Z kolei premier Kállai poprosił o  azyl w  ambasadzie tureckiej, skąd przedostał się na Zachód i  tam w Nowym Jorku 14 stycznia 1967 roku zmarł w wieku 80 lat. Były premier István Bethlen ukrył się na węgierskiej prowincji.
     

         Premier Kállay napisał w  powojennych pamiętnikach, iż namawiał admirała Horthyego, by postąpił podobnie. Ten miał odpowiedzieć: „Nie opuszczę tonącego statku [...] Komu miałoby służyć, gdyby w moje miejsce wstąpił Béla Imrédy? Kto obroni armię, milion węgierskich chłopców, by nie posłano ich na bój z Rosjanami? Kto przytuli do siebie te uczciwe warstwy społeczeństwa, które dotychczas były wiernie i mu ufały? Kto obroni Żydów i uchodźców z innych państw, jeśli on ich opuści? Jest możliwe, że nie obronię wszystkich, ale jeszcze może dużo, bardzo dużo zdziałam. Wierzył więc, że jeszcze będzie mógł służyć narodowi i  może osiągnąć wiele, jak nikt inny w kraju poza nim.”
     
     
          22 marca 1944 roku nowym premierem został, dotychczasowy ambasador w Rzeszy, znany z  proniemieckich poglądów Döme Sztójayaego. Wobec niemieckiej groźby zajęcia Wzgórza Zamkowego, a  więc siedziby admirała, Horthy uległ i zaakceptował nowego premiera.
     
     
         23 kwietnia 1944 roku w Berlinie zapadła decyzja o utrzymaniu Węgier jako protektoratu, a  nie ich pełnej aneksji. Postanowiono też utrzymać na stanowisku admirała Horthyego, pozbawiając go jednak coraz bardziej realnej władzy i wpływów.
     
     
          Wkrótce po wkroczeniu wojsk niemieckich aresztowano ponad 6 tys. osób, korzystając z wcześniej starannie przygotowanych list proskrypcyjnych. Równocześnie Niemcy przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” na Węgrzech. Już 19 marca dwaj reprezentanci Sonderkommando, czyli 200-osobowego oddziału, dowodzonego przez Adolfa Eichmanna, stawili się w  siedzibie budapeszteńskiej gminy żydowskiej. Zażądali, by następnego dnia, 20 marca, na godzinę 10 zwołano posiedzenie władz.  21 marca powołano, zgodnie z  życzeniem Niemców, ujednolicony organ reprezentujący wszystkie społeczności i  gminy żydowskie w  kraju pod nazwą Centralna Rada Żydów Węgierskich. Na czele Rady stanął ugodowy przedsiębiorca Samu Stern, od 1929 szef budapeszteńskiej gminy wyznaniowej, który od początku niemieckiej okupacji trzymał się zasady: „To, czego żądają Niemcy, ma być spełnione”.
     
     
         Eichmann zaczął szybko realizować swój plan, rozpoczynając od aresztowania ponad 8 tys. wybitnych przedstawicieli ludności żydowskiej. Następnie przystąpiono do zgrupowania ludności żydowskiej w gettach, a od 15 maja przystąpiono do deportacji Żydów do obozu w Oświęcimiu. W sumie w czasie okupacji niemieckiej zgładzono około 568 tys. węgierskich Żydów, z  czego aż 430  tys. w  okresie deportacji przeprowadzonej między 15 maja a 9 lipca 1944 roku.
     
     
         Wściekłość w Berlinie wywoła lipcowa decyzja Horthyego  o przerwaniu deportacji ludności żydowskiej, który wcześniej wymusił podjęcie takiej decyzji na posiedzeniu Rady Koronnej. Tym samym regent Węgier ocalił tysiące istnień ludzkich, ale tym samym ocalił też swoje. Po wojnie nie został przez aliantów przekazany z powrotem do kraju, co stało się losem m.in. czterech byłych premierów, którzy zostali skazani na śmierć przez powieszenie lub rozstrzelanie.
     
    CDN.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    Din Djarin jest osobą wierzącą i zastanówmy się czy ta wiara czyni go dobrym człowiekiem, czy też człowiekiem niedobrym? Ano właśnie. Patrzymy na niego poprzez rytuały takie jak nieściąganie kasku z głowy ale z kodeksu wynikało przecież zajęcie się Bombelkiem, szukanie jego pobratymców i inne działania. Obyczaj nieściągania hełmu zapewnia utrzymanie odrębności danej społeczności. W chwili w której piszę te słowa oczekiwania publiki zostały wywrócone do góry nogami, bo ewolucja miała iść w stronę odrzucenia obyczajów a idzie to w utwierdzeniu. Mamy tu skojarzenia ze społecznościami mającymi swoje ekscentryczne zwyczaje, jak np. Amisze.

    https://youtu.be/pEZMOKiRxYY


    Mamy tu analogie takie jak mit o Ariadnie prowadzącej do Minotaura, mamy Tolkiena i wyprawę przez Morię, gdzie czeka Balrog. Mamy Mojżesza i wyprowadzenie. Obecnie uważam, że Ezdrasz i Nehemiasz są tu właściwi i powrót Żydów z niewoli babilońskiej i odnowienie. Powrót ten zwiastuje pojawienie się Mitozaura, uważanego za wymarłego. Mamy tu wypełnianie się na naszych oczach starożytnych proroctw. Jak to w baśniach bajęda okazuje się prawdą. Tu można robić wyliczenia: kto został wyprorokowany i przez kogo i dlaczego? Przypominam że Gwiezdne Wojny są w Starym Testamencie a Star Trek w nowym. Ciekawy pomysł fabularny:

    SPOILER






    Mamy tu klasyczny motyw kontrastu: Mandalorianin jest wierzący a Bo Katan niewierząca, co przyznaje sama. Ten mechanizm powoduje powstanie interesujących interakcji między nimi.

    https://youtu.be/FW72hrXxrSc


    Mando udaje się do Żywych Wód (akurat w niedzielę po premierze odcinka w Ewangelii była mowa o Wodzie Żywej. Przypadek? Nie sądzę) aby zmyć swój występek, polegający na zdjęciu hełmu przy okazji pożegnania z Grogu. Akwen ten znajduje się jednak w kopalniach na zniszczonej przez Imperium planecie Mandalora. Roi się tam od niebezpieczeństw, takich jak prymitywni Alamici. Jest też dziwaczny krabolud, który poluje na Mandalorian z zasadzki, jak to krab zagrzebuje się w piasku. Jest to istota biologiczna, która jest obudowana zbroją i posiada infrastrukturę do sterowania robotami. Kto go tam zainstalował? Nie nudzi mu się? Zajmuje się spuszczaniem krwi ofiar i widzę tu pewne logiczne komplikacje: skoro nikt się tam nie zapuszcza to nie ma ofiar? Chyba żeby jednak ktoś się zapuszczał? W każdym bądź razie Mando zostaje pojmany i Grogu rusza do Bo Katan z prośbą o pomoc. Wspomniana ratuje Dina w interesujący sposób i prowadzi go do owych Wód Żywych, gdzie czeka odkupienie. Tu nieoczekiwanie spotykają legendarnego Mitozaura. Bo Katan, która wcześniej nie wierzyła widząc go uwierzyła. Ale żmija nie mówi o nim Dinowi. Zataja.

    Fajnie to zrobili: opowiada Mandusiowi o swoim dzieciństwie, jak to formalnie przyjęła kodeks. Dosłownie opada jej kopara w reakcji na przejawy wiary Mando. Widząc Mitozaura jej nastawienie się zmienia. Cóż – błogosławieni którzy nie widzieli ale uwierzyli. Ale będzie wojna o to bo nie tak miało być i kierunek dobry ale zwrot nie ten.

    II


    Bo Katan jest prowadzona przez scenarzystów w sposób romansowy. Nie chce widzieć Mando, ale widząc, że jest w niebezpieczeństwie od razu rusza mu na ratunek. Potem prowadzi go do wspomnianych Wód. Zgodnie z klasycznymi zasadami kreacyjnymi to jest afekt i mam nadzieję na ślub. Wiele problemów by on rozwiązał.

    III Grogu

    Malkontenty narzekały na Bombelka, że jest takim comic reliefem, tylko robi miny aby ludzie kupowali zabawki. Tutaj tymczasem ma swój wątek i widać, że konkretnie działa. Daje radę. Staje się pełnoprawnym bohaterem.

    IV

    Wiadomo, że osobniki którym podoba się Trylogia Sekłeli i wymysły Rajanka mają tendencje do krytykowania Mandalorianina. Ale dialogi w Mando są OK, trzeba tylko uważnie słuchać i oglądać.

    Np. Grogu robi wielkie oczy ze zdziwienia i Bo Katan rzuca „myślałeś, że twój tatuś jest jedynym Mandalorianinem?” To jest tak zwany łanlajner. Dowcipne powiedzonko. Mando powtarza This is the Way z przekonaniem, to jest właściwa droga Mandalorian, zginać w obronie swojej planety. Jak można nie rozumieć tej sytuacji? Jak mawia Sherlock Holmes »patrzycie a nie dostrzegacie«.

    V

    Tajfajting jest tu w odróżnieniu od wiary słaby. Imperialiści nie mogą trafić na odległość rzutu beretem i to jest porażka. Chyba nawet jest to słabsze od Picarda. Ale i tak o niebo lepsze od Kenobiego i Andora. Kosmos to w dzisiejszej kinematografii niestety porażka, najlepiej wypada Orville. Favreau powinien wziąc Setha MacFarlene do swojego projektu aby go Seth nieco naprostował. Przypominam że Favreau jest zaangażowany w Orville więc nie byłoby tu nic nieoczekiwanego.

    W przeciwieństwie do Picarda przynajmniej coś widać na ekranie, jakiś świat przedstawiony. Tam zaś nic nie widać. Dźwięki, muzyka OK. Nie ma natomiast jasności w kwestii przywrócenia Grogusia. Jedni mówią że jego wątek miał być zakończony na Luku Skywalkerze ale studio wymusiło powrót. Ale z drugiej strony mamy tu kwestię zgodności z sekłelami, gdzie Luke poniósł klęskę, jego uczniowie zginęli itp. Więc Grogu by musiał też zginąć albo coś. Niech dekanonizują ten badziew póki jeszcze mogą. Widać, że się rozłazi, Moff Gideon (który jest mendą gorszą niż Paździoch) uciekł, w 3 odcinku pojawia się Perszing, który kojarzy mi się z rakietą i nosi okularki. Odcinek ten przyniósł kolejne przykłady nonszalancji światotwórczej, jak np. metro. Z kanarami itp. Technobełkot powinien być tu zastosowany a nie takie coś. Za współczesne to jest.

    Mandalorian sezon 3

    https://www.filmweb.pl/serial/The+Mandalorian-2019-813197

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Kazimierz Suszyński  |  1

    Kiedy opadła groza pogasły reflektory
    odkryliśmy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach

    jedni z wyciągniętą szyją
    drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna
    (...)

                                                                                                  Zbigniew Herbert "Przebudzenie"

    „Jaguara” - „Toporka” zabito - poległ w beznadziejnej walce, trwając do końca. Jednak nawet teraz, równe 70 lat po śmierci Jego i Kolegów, można wiele dopowiedzieć. Edward Topczewski i działania przeciw niemu, za życia i po śmierci, stanowią bazę do interesujących obserwacji z naszych najnowszych dziejów, naszego dziedzictwa, naszego życia społecznego.

    Ubowcy pozostawili w spokoju Henryka Gniedziejkę (tzw. meliniarza) i jego rodzinę, natomiast rzeczywistego informatora zatrzymali. W ówczesnej sytuacji, masowych represji wobec pomocników partyzantów (niejednokrotnie karanych śmiercią), u okolicznej ludności zrodziło się dość naturalne, choć fałszywe, przypuszczenie, kto wydał chłopaków. Z czasem, z przekazów ustnych znika dowódca - Edek Topczewski - „Toporek”. W rejonie Suchowoli był obcy i nikomu nieznany - ani przez rodzinę, ani nazwisko. Miejscowym bliższy był „Piorun” pochodzący z okolic nieodległego Sztabina. Opowieści obrastają legendą, mieszają się w nich ludzie, lata, a zwłaszcza fakty. Pojawia się chytry gospodarz, który udaje, że gdzieś wyjeżdża, zamyka partyzantów w stodole na kłódkę i ile sił pędzi wezwać bezpiekę. W takich przekazach pojawia się też symbolika, swoiste znaki z nieba wg których syna owego gospodarza porazić miał piorun za śmierć „Pioruna” właśnie. (Porażenie rzeczywiście miało miejsce, z tym, że nie dotyczyło syna lecz dalszego krewnego).

    W 2008 r. rozgłośnia regionalna Polskiego Radia w Białymstoku, w ramach popularnego tam cyklu „Tajemnice naszych czasów”, nadawała reportaż Lecha Pilarskiego o „Toporku”. Narrator - p.Piotr Łapiński - historyk z białostockiego IPN - dokładnie wyjaśniał w jaki sposób ubowcy osaczali całą trójkę chłopaków na kolonii Pokośno. Dobitnie i wprost dementował nieprawdziwy przekaz podtrzymywany w okolicy przez kolejne już pokolenie:

    Jakby tego było mało w wydanym w 2010 r., IV tomie Słownika Biograficznego "Konspiracja i opór społeczny w Polsce" dwaj różni autorzy napisali biogramy poległych na kolonii Pokośno - „”Pioruna” i „Jaguara” - „Toporka”. W obydwóch jest informacja o złamanych przez UB, nieco przypadkowych członkach oddziału, którzy, próbując wyrwać się z kleszczy, podjęli współpracę doprowadzając do tragedii.

    Tymczasem wiosną, 2013 roku w jednej z gminnych gazet wydawanych na Białostocczyźnie, opublikowano obszerne opracowanie rozmowy z córką „Pioruna” – zatem osobą, która powinna była być zainteresowana odsłoniętą prawdą. O Edku Topczewskim napomknięto tam jeden raz, natomiast wielokrotnie, na różne sposoby, w kontekście podłości i podstępu, żalu i przebaczenia przewija się utrwalona w okolicy wersja, że sprawcą tragedii był gospodarz, który okłamał chłopaków, a następnie ich zamknął z zewnątrz na kłódkę i zdradził.

    inni z pięścią przyciśniętą do oczu
    skurczeni emfatycznie patetycznie wyprężeni 
    w rękach mieliśmy kawałki blachy i kości
    (światło reflektorów przemieniało je w symbole)
    ale teraz to były tylko kości i blacha 
    (...)
     
    Podsumujmy sytuację: osaczenie i wybicie 3 ludzi, przez batalion KBW, następuje w wyniku pozyskania informacji wymuszonych od słabych, zagubionych ludzi. Korzystając z tego bezpieka, milicja i wojsko jednocześnie otaczają 5 lub 6 domostw. Ubowcy z kpt. Koperkiem na czele szaleją w okrążonych i penetrowanych przez KBW obejściach, trwożąc i batożąc domowników. Tak upewniają się o obecności partyzantów w konkretnym miejscu. Gdy osaczeni odmawiają poddania się, to 5 kabewiackich RKM-ów rozmieszczonych wokół stodoły, nie widząc ukrywających się, rozpoczyna metodyczne szprycowanie ołowiem zdekonspirowanej kryjówki. Po dłuższej kanonadzie ciężko okaleczeni Niezłomni, popełniają samobójstwa, albo zwycięzcy dobijają ich strzałami w głowę z bliskiej odległości. Takie było to bohaterstwo i poświęcenie żołnierzy KBW.
    A teraz przyjrzyjmy się rozkazowi 019, z uwzględnieniem "premii" :

    Dnia 30 sierpnia 52 roku czwarta kompania 801. baonu pod dowództwem porucznika Grochowiny, w wyniku przeprowadzonych wypadów na meliny bandy „Toporka” na terenie gminy Suchowola (pow. Sokółka), zlikwidowała trzech groźnych bandytów, którzy terrorem, mordami i wrogą propagandą przeszkadzali w spokojnej i twórczej pracy miejscowej ludności. Ten rezultat działań osiągnięto w wyniku ideowej postawy żołnierzy, ich głębokiej świadomości politycznej i należytemu wyszkoleniu bojowemu.
    Na szczególne podkreślenie akcji zasługuje celny ogień RKM-istów kpr. Pernal, st.strz. Rusanowski, strz. Wróblewski, st.strz. Szeremeta i st. strz. Dębczuk, którzy ostrzeliwując melinę w której, była ukryta 3 osobowa banda, doprowadzili do całkowitej likwidacji, bez strat własnych.
    Na wyróżnienie zasługuje również grupa szturmowa pod dowództwem kpr. pchor. Krasonia w składzie: kpr. Kasznica i kpr. Parobczak przewodnik psa służbowego, która śmiało i zdecydowanie podeszła do stodoły i wyciągnęła z tamtąd bandytów oraz ich broń.

    R o z k a z u j ę:
    1. Bez litości niszczyć resztki band faszystowskich na terenie województwa białostockiego - aż do całkowitej likwidacji,
    2. Na doświadczeniach udanej akcji przeciwko bandzie „Toporka” szkolić dowódców wszystkich szczebli oraz pododdziały.
    3. Szefowi Wydziału Politycznego zakupić nagrody i wręczyć je nagrodzonym. .
    4. Rozkaz odczytać przed frontem wszystkich pododdziałów Operacji „Narew”
    DOWÓDCA OPERACJI „NAREW”
    / - / P L I S K I N   D.
    ppłk.
    Za zgodność:
    KIEROWNIK KANC.SZTABU OPERACJI „NAREW”
     
    Ś M I E S Z N Y  B.
    kpr.
    Odbito i rozesłano w/g
    rozdzielnika na oryginale

    Nagrodzonego ołówkiem kolorowym kpr.Pernala przedstawiono do odznaczenia medalem „Zasłużony na Polu Chwały”, gdyż, jak napisano we wniosku, to właśnie on celnym ogniem RKM zlikwidował groźnego bandytę ps.”Toporek”.

    WNIOSEK ODZNACZYNIOWY
    Dla kpr. Pernal Zdzisław s. Bolesława
    Urodzony 23.09.1929r. W m. Ostrówek pow. Grujedz
    woj.Warszawa
    Narodowość                      polska
    Pochodzenie społeczne:          chłop
    Wykształcenie:                  5 kl. szkoł. powsz.
    Zawód:                          robotnik niewykwalifikowany
    Stan cywilny                    żonaty
    Przynależność Organizacyjna     Z.M.P.
    Data powołania                  22.06.1950r. przez W.K.R.Gdynia.

    OPIS WYRÓŻNIENIA. Kpr. Pernal Zdzisław podczas likwidacji bandy „Toporka” w dniu 30.08.1952r. celnym ogniem R.K.M. zlikwidował groźnego bandyte ps. "Toporek”.
    Kpr. Pernal Zdzisław okazał się zdyscyplinowanym podoficerem w czasie likwidacji swym czynem i odwagą pobudzał pozostałych żołnierzy do szybkiej i całkowitej likwidacji bandy "Toporka' przez co zasłużył na odznaczenie medalem "Zasłuzonym na Polu Chwały”.
    M.p. dnia 12.09.1952r DOWODCA 801 BAONU

                    L A M P A R T  Br.
                    kpt.
    Na końcu przytaczanego rozkazu 019 Płk Dymitr Pliskin nakazywał "na doświadczeniach udanej akcji przeciwko bandzie „Toporka” szkolić dowódców wszystkich szczebli oraz pododdziały". Tak też się stało.Szkice z mat. szkoleniowych KBW
     
    Wydział Wyszkolenia Politycznego Zarządu Polityczno – Wychowawczego KBW, któremu szefując nudził się niepomiernie, jak później niechętnie wspominał, późniejszy znawca ponowoczesności mjr Zygmunt Bauman, zatwierdził materiały do wykorzystania. Całe lata – do końca formacji KBW – szkolono na przykładzie „likwidacji bandy Toporka”, zamieszczano to w materiałach szkoleniowych i jubileuszowych - hagiograficznych. 
    Opowieść poglądową, świadomie, zapewne ze względów dydaktycznych i pedagogicznych, wzbogacano o legendę dzielnych kabewiaków.
    Oto, z przyczyn obiektywnych, spóźniony 2 godziny batalion przybywa do Suchowoli. Przywykła do sztampowej roboty bezpieka, widząc niezgodność z planem, chce odpuścić nagonkę i wyczekać innej okazji. Pojawia się jednak bezkompromisowy sztabowiec KBW i wymusza kontynuowanie i rozwój akcji. Odnoszą ogromny sukces Tu pada konkluzja:
    "przebieg tych działań raz jeszcze potwierdził w praktyce tezę, że w działaniach bojowych nie może być szablonu. Każda bowiem sytuacja bojowa ma swoją odrębność. Od tego, w jakim stopniu dowódca prowadzący działania potrafi to zrozumieć i powiązać wiadomości o nieprzyjacielu ze sposobem wykorzystania terenu, możliwością pododdziału i metodą wykonania zadania — zależy sukces działania bojowego.
    Otóż trzeba krytycznie przyznać, że zgodnie z powziętą koncepcją i wynikającą z planu opracowanego przy udziale grupy pracowników III Wydziału UBP — meliny bandy miały być okrążone przed świtem. Ale stało się inaczej."

    Filozof - socjolog - major KBW,  takie sytuacje podsumował po latach „Żołnierze pochodzili po wsi, przesłuchali chłopów, może postraszyli któregoś, żeby wydobyć informacje o partyzantach, może komuś dali w mordę, może spalili jakąś stodołę, może nie”  (cytat z książki D.Rosiaka "Bauman")

     
    Nie mieliśmy dokąd odejść zostaliśmy na śmietniku
    zrobiliśmy porządek
    kości i blachę oddaliśmy do archiwum
    Słuchaliśmy szczebiotania tramwajów jaskółczego głosu fabryk
    i nowe życie słało się nam pod nogi

    Pomimo upływu wielu dekad od tragedii, historia Edka i Kolegów oraz ich śmierci jakoś wciąż żyła. 
    Rozmawiałem z 4 osobami znającymi "Jaguara". Wymieniałem informacje z badaczami. Ze wszelkich wspomnień i dokumentów wyziera przystojny i bystry chłopak, któremu życie stanęło dokładnie w poprzek uzdolnień i starań. Choć nie dane mu było zdobyć lepszego wykształcenia, to jednak miał w sobie naturalną tęsknotę do tworzenia wierszowanych tekstów, chętnie śpiewał był lubiany, miał spore powodzenie wśród kobiet. Sympatia mieszkańców i spory talent pomogły mu długo trwać, ale nie wystarczyły, aby sprostać gigantycznym wysiłkom totalitarnego państwa zorientowanego na zniszczenie niezależności..
    Zdarzyło się w 1990 roku, że ktoś uchwycił się pierwszej sposobności odkłamywania lokalnych dziejów, przez dziesięciolecia przykrywanych przekazem towarzyszy z bezpieczeństwa. Na łamach Kuriera Podlaskiego, pojawił się artykuł, w którym wśród niezłomnych ofiar komunistów, ciepło wspomniano Edwarda Topczewskiego.
    Wkrótce potem redakcja otrzymała list, w którym, niezwykle kłamliwie przedstawione wydarzenia, jednoznacznie wskazywały na bliższe relacje nadawcy z powojennym aparatem represji. Całość to pomieszanie zaistniałych, a przeinaczonych faktów oraz chorych wymysłów, okraszana scenami i ocenami rodem z resortowych periodyków. Najpierw zafałszowany obraz i dane zabitego milicjanta, potem obciążanie „Toporka” za śmierć zabitego przez milicję, młodego, bezbronnego chłopca, a w końcu podsumowanie:
    … ”przynosicie ujmę dla prawdziwych żołnierzy AK. Topczewski Edward i Sadowski ps.”Toporek" w ogóle nie należeli do podziemia za czasów okupacji niemieckiej, a po wyzwoleniu uciekli do lasu przed odpowiedzialnością za rabunek. (- chyba chodziło o zabranie broni nkwdziście podczas ucieczki w 1944r)
    To właśnie ci wasi bohaterowie rabowali, gwałcili i zabijali niewinnych lu­dzi. zdarzało się, że Toporek młode kobiety uprowadzał do lasu i gwałcił. Może byście pomogli odnaleźć miejsce, gdzie znajdują się prochy tych, co zostali uprowadzeni i zamordowani przez tych dzisiejszych bohaterów, rodziny tych ludzi też chcieliby o tym się dowiedzieć ... (przypomnijmy jest rok 1990, a przerażony nadawca listu niestrudzenie pisze w ciągu dalszym): We wszystkich środkach masowego przekazu wychwalacie rządy sanacyjne przed 1939 r.. to jeże­li tamte rządy sanacyjne mieliby powrócić to lepiej byłoby, żeby teraz wybuchła jakaś rewolucja i zginąć od razu, a nie na raty umierać."
    Na marginesie zauważmy: końcowa konstatacja nadawcy listu - człowieka z komuny rodem, odsłania nam gorzką prawdę o bezpowrotnym zmarnotrawieniu atmosfery panującej wtedy wśród takich jak on – prostych wyrobników bezpieki. Żyli wtedy oprawcy, grabarze marzeń i ludzi - byli zalęknieni. Gruba kreska i dobrze umocowani koledzy pomogli odzyskać hardość. I jeszcze - jaki przekaz płynął od tych ludzi do dzieci, wnuków i innych bliskich gdy temat Wyklętych ożył po latach. Uodpornieni na poznanie prawdy, chyba znacznie bardziej niż Córka "Pioruna". To zostawmy jednak na marginesie
    Tymczasem respondent przypisywał "Toporkowi" gwałty. Choć MO i bezpieka chętnie odnotowałyby każdy taki przypadek dla zaczernienia postaci, to w archiwach nie ma najmniejszego śladu o takich czynach. Jeszcze głos Kolegi "Jaguara" z czasów oddziału "P-8", opublikowany w odpowiedzi na ten paszkwil:

    "Autor pisze o gwałtach Topczewskiego i Sadowskiego. Obaj byli młodzi i bardzo przystojni. Mieli takie powodzenie, że gwałcić nie musieli. Obaj wywodzili się z porządnych gospodarskich rodzin. Do końca życia między nimi i ich rodzinami były serdeczne więzy. To był mocny imperatyw ich moralności. Na pewno świętymi nie byli, ale między świętymi, a rabusiami i gwałcicielami jest... absolutna większość społeczeństwa mieszcząca się w konwencjonalnych normach moralnych i do tej części Topczewski i Sadowski należeli."

    Część materiałów zawdzięczam Panu Piotrowi Łapińskiemu historykowi z białostockiego oddziału IPN
    5
    5 (2)

    1 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Dla fok. z "Grujdza". Język polski to "trudna język" dla funkcjonariuszy UB czy "fok. MO".
    Ten "fok." to autentyczne określenie zawodu, jakie znalazłam na karcie kwalifikacyjnej jednego z dzieci - uczestnika obozu harcerskiego. Ponieważ nie zrozumiałam znaczenia - zapytałam dziecko o zawód ojca - to był "fokcjonariusz".
    Dodam, że moje miesięczne zarobki (lekarza z IIº specjalizacji) stanowiły wówczas 2/3 zarobków tego niepiśmiennego "fok MO". On był zapewne tym, który w trójkach ulicznych pilnował pozostałych dwu "uczonych", z których jeden umiał pisać, drugi - potrafił czytać.
    Ludzie bez wykształcenia, bez zasad moralnych, bez jakiejkowiek kultury mieli pilnować ładu, porządku państwowego, sprawiedliwości i prawa.
    Taka była prawdziwa twarz komunizmu.
    Przez co myśmy przeszli - przez poniżenie, pogwałcenie naturalnych praw ludzkich, osobistej i narodowej godności, zaprzeczenie prawdy, głęboką nieprawość, absolutną niesprawiedliwość.
    Czy istnieje jakikolwiek inny Naród, inny kraj, który po takim doświadczeniu byłby zdolny zachować tożsamość, ocalić prawdę, utrzymać godność osobistą i narodową? To w dużej mierze zasługa bohaterów niezłomnych takich jak "Jaguar", "Toporek" jak niezliczeni , zamordowani w systemie nieprawości "żołnierze niezłomni" nazwani wyklętymi.
    Chwała bohaterom!
     
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Na warszawskiej Pradze pozostało wiele materialnych śladów obecności Rosjan.
     
     
         Najbardziej rzucającą się w oczy pamiątką po nich jest Prawosławna Katedra Metropolitalna p.w. Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny, która znajduje się przy ruchliwym Placu Wileńskim w samym sercu Pragi.
     
     
          Po uruchomieniu połączenia kolejowego z Petersburgiem w miarę przybywania na Pragę coraz większej liczby Rosjan,  społeczność prawosławna musiała udawać  do świątyni aż na Podwale.
     
     
          W tej sytuacji pojawiła się konieczność wniesienia soboru na Pradze. Z inicjatywą wystąpili m.in. książę Władimir Czerkaskij oraz gen. Rożnow. Magistrat propozycję przyjął z entuzjazmem, bowiem w kluczowym punkcie miasta miała się pojawić kolejna budowla, która podkreśli rosyjski charakter Warszawy.
     
     
          Cerkiew została zbudowana naprzeciwko Dworca Petersburskiego, na pustym placu przy głównej arterii Pragi – Targowej oraz nowo wytyczonej ul. Aleksandrowskiej. Wcześniej, do Rzezi Pragi (1794 rok), znajdował się tu katolicki kościół p.w. św. Andrzeja.
     
     
          Autorem projektu był rosyjski architekt, Nikołaj Syczew. Kamień węgielny pod budowę został wmurowany 14 czerwca 1867oku, prace, którymi kierował inż. Dymitr Palicyn, postępowały błyskawicznie i cerkiew w stanie surowym była gotowa w ciągu zaledwie roku! Koszt budowy wyniósł 140 tysięcy rubli.
     
     
          Cerkiew była pierwszą tego typu budowlą w Warszawie, gdyż  dotychczas sobory prawosławne najczęściej znajdowały się w adaptowanych na ten cel kościołach katolickich.
     
     
         Wzniesiono ją na planie krzyża greckiego w stylu bizantyjsko-ruskim i nakryto czterospadowym dachem. Z daleka widać pięć charakterystycznych kopuł przypominających kształtem cebule. Największa z nich symbolizuje postać Chrystusa, a otaczające ją cztery mniejsze – ewangelistów. Pełnią one także funkcje dzwonnic. Świątynia została podzielona na część górną czyli główną, która jednorazowo mogła pomieścić do 1000 wiernych. Natomiast w części dolnej obecnie znajduje się kaplica Męki Pańskiej.
     
     
          Patronką świątyni została św. Maria Magdalena, której ikona, ofiarowana przez carycę, została przeniesiona podczas uroczystej procesji z soboru na ul. Długiej (dziś Katedra Polowa Wojska Polskiego).
     
     
         W II Rzeczypospolitej władze początkowo rozważały rozebranie soboru, jednak ostatecznie w 1926 roku zrezygnowano z tego zamiaru. Wówczas w bocznym ołtarzu umieszczono Ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, która pełniła funkcję wotum dziękczynnego za ocalenie świątyni.
     
     
         Praska cerkiew, która od 1921 roku posiada rangę soboru metropolitalnego,  była wówczas jedną z dwóch wolno stojących prawosławnych świątyń w stolicy. Inne rozebrano lub przebudowano, części budynków przywracając ich pierwotne funkcje.
     
     
         Budowla przetrwała II wojnę światową bez większych zniszczeń. Niemcy jedynie zdjęli jej dzwony, aby przetopić na pociski. Po ich demontażu okazało się, że stop, z którego zostały wykonane jest nieodpowiedni. Zostały więc pozostawione w pobliżu cerkwi,  gdzie można je oglądać do dzisiaj.
     
     
         Obecnie jest to główna cerkiew Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego i siedziba zwierzchnika kościoła prawosławnego w Polsce – arcybiskupa Sawy. Tymczasowo gości także parafię wojskową p.w. Św. Mikołaja.
     
     
         W 1896 roku zbudowano wojskową cerkiew p.w. św. Jerzego Zwycięzcy w kompleksie koszar przy końcu ul. Targowej. Rok później oddano do użytku prawosławną kaplicę przy Dworcu Petersburskim, a w 1900 roku ukończono kaplicę Matki Boskiej Pocieszycielki Strapionych znajdującą się przy dzisiejszej ul. Floriańskiej. W tym samym czasie powstała kaplica św. Sergiusza obok Warsztatów Artyleryjskich przy Stalowej 71.
     
     
          Przy ul. Grochowskiej na wiele lat ulokował się nieduży cmentarz prawosławny z I połowy XIX w., który został zlikwidowany w 1961 roku, a część nagrobków przeniesiono wówczas na cmentarz na Woli.
     
     
          O obecności Rosjan przypomina także niewysoki budynek przy skrzyżowaniu ulic Floriańskiej i Jagiellońskiej, który powstał w latach 1896-1900 na potrzeby rosyjskiego Czerwonego Krzyża. Narożnik obiektu zdobiła cebulasta kopuła z krzyżem prawosławnym, należąca do znajdującej się tam kaplicy p.w. Matki Boskiej Pocieszycielki Strapionych.
     
     
         Po likwidacji Kaplicy po 1918 roku, przebudowany gmach oddano dla potrzeb weteranów powstania styczniowego. Ostatni z nich , Mamert Wandali, zmarł w 1942 roku. Po II wojnie budynek zajęła Armia Czerwona, później mieściły się tu różne instytucje. Obecnie budynek jest w posiadaniu Kurii Warszawsko-Praskiej.
     
     
          Na Pradze znajdowało się również kilka kompleksów koszarowych. W całym mieście stacjonowało 60 tysięcy rosyjskich żołnierzy.
     
     
          Z racji bliskości linii kolejowych, a także istniejących już umocnień w tym rejonie, dzielnica była wręcz stworzona jako miejsce zakwaterowania rosyjskiego wojska.
     
     
          Kilka jednostek stacjonowało na terenie Fortu Śliwickiego, który wybudowano bezpośrednio po zdławieniu powstania listopadowego, jako przedmurze Cytadeli na praskim brzegu. Stanowił on największy z fortów tworzących później Twierdzę Warszawa. Nazwano go na cześć rosyjskiego kapitana  zasłużonego podczas walk 1831 roku, który został pochowany na terenie tej fortyfikacji. Do dziś zachowały się relikty umocnień po północnej stronie wjazdu na Most Gdański.
     
     
         Najwięcej budynków koszarowych na Pradze wzniesiono po 1875 roku gdy duża część terenów tzw. Nowej Pragi przeszła pod Zarząd Wojskowy Okręgu Warszawskiego.
     
     
           Na przełomie XIX i XX w. na całym obszarze na północ od ulic Śliwickiej i Esplanadowej (dziś obie ulice tworzą ul. 11 Listopada), aż do Wisły (a na północ aż do dzisiejszego Ronda Starzyńskiego), wzniesiono olbrzymie „miasteczko wojskowe”, które składało się z ponad 124 budynków, zarówno murowanych, jak i drewnianych. Poza kwaterami dla żołnierzy znalazły się tu warsztaty i magazyny, stajnie, a także rozległe place, na których przeprowadzano musztrę i ćwiczenia. Kwaterowały tu m.in. 189 Biłgorajski Zapasowy Pułk Piechoty i 190 Węgrowski Rezerwowy Pułk Piechoty, a także Drugi Orenburski Pułk Kozaków.
     
     
         Naprzeciwko dworca kolejowego znajdował się Zborny Punkt, który zajmował baraki w narożniku ul. Petersburskiej i Aleksandrowskiej. Trafiali tam wszyscy poborowi, zanim zdecydowano, w których jednostkach będą odbywać służbę. Rocznie przez koszary przechodziło nawet 80 tys. ludzi.
     
     
         Po I wojnie światowej zabudowania poddano gruntownej modernizacji. Niektóre baraki rozebrano, a część należącego do wojska terenu rozparcelowano np. działki przy ul. Ratuszowej przyłączono do Parku Praskiego. Dziś ich tereny zajmuje częściowo Ogród Zoologiczny.
     
     
         W budynkach znajdujących się przy ul. 11 Listopada stacjonował wówczas m.in. 36 Pułk Piechoty Legii Akademickiej.
     
     
           Nieliczne relikty koszar przetrwały na Nowej Pradze, gdzie stacjonowali kozacy. Część zajmuje rozległą działkę pod adresem ul. 11 Listopada 17/19.  W 1918 roku zatrzymał się w nich Marszałek Piłsudski, zaraz po powrocie z Twierdzy Magdeburskiej. Upamiętnia to tablica zawieszona na fasadzie budynku znajdującego się po prawej stronie od bramy wjazdowej.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    K. Głowacka – Echa dawnej Warszawy. Praga.
     
    Z dziejów militarnych Pragi,  praca zbiorowa
     
    A. Tuszyńska - Rosjanie w Warszawie
     
    J. Kasprzycki - Korzenie miasta. Tom III. Praga
     
    Odkrywanie warszawskiej Pragi. Tom I, praca zbiorowa pod redakcją A. Sołtana
    5
    5 (1)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    - on był mistyfikatorem: urodził się w 1855 roku, toteż w chwili wybuchu Powstania Styczniowego mial lat 8!
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Z powstańcami styczniowymi było podobnie jak z IV Brygadą Legionów. Post factum powstańcow/legionistów pojawiało się coraz więcej.

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Na przełomie XIX i XX wieku Rosjanie stanowili 12,5% mieszkańców Pragi.
     
     
          Największa fala migracji Rosjan na ziemie polskie nastąpiła po zdławieniu powstania styczniowego. Przybyli do Polski Rosjanie obejmowali stanowiska w rozbudowywanej do wielkich rozmiarów administracji państwowej. Mimo, iż – jak napisała Agata Tuszyńska -  „Warszawa nie miała najlepszej opinii jako miejsce służby dla uczciwego Rosjanina. Na zesłanie czyli urząd w Priwislinju delegowano tych, dla których z jakichś powodów (głównie niedostatecznych kwalifikacji) zabrakło posady w Rosji. Zwykle personel urzędniczy pozostawiał wiele do życzenia, tak pod względem poziomu wykształcenia, cech moralnych, jak taktu i sumienności w wykonywaniu obowiązków służbowych”.
     
     
        Do przyjazdu i podjęcia pracy na terenie Królestwa Polskiego zachęcały lokalne władze, kusząc przywilejami. Tym, którzy się zdecydowali oferowano nieporównywalnie wyższe pensje niż otrzymywali Polacy, mieli również możliwość szybszego przejścia na emeryturę. Dodatkową atrakcją była perspektywa uzyskiwania łapówek od petentów licznych urzędów państwowych. W Warszawie powszechnie mówiło się, że „tylko ryby nie biorą” i bez tzw. ekwiwalentu wymiennego trudno było załatwić jakąkolwiek urzędową sprawę.
     
     
         Największe rzesze Rosjan, także cywili, pracowały na potrzeby rosyjskiej armii. W dobie natężonej rusyfikacji Rosjanami obsadzono kadrę Carskiego Uniwersytetu Warszawskiego, Akademii Medyko-Chirurgicznej i Instytutu Politechnicznego. Aż do 1905 roku  podobnie było w szkolnictwie, w którym  językiem wykładowym był rosyjski.
     
     
           Preferencyjne warunki handlu otrzymali także kupcy rosyjscy, których sklepy otrzymywały wyłączność na handel herbatą, kawiorem i jesiotrami.
     
     
         Po powstaniu styczniowym  rozwinęły się połączenia kolejowe z miastami Cesarstwa, co przede wszystkim doprowadziło do znacznego wzrostu liczby Rosjan mieszkających na Pradze.  Szacuje się, że w roku 1897 Rosjanie stanowili około 12,3% ludności dzielnicy i było to ich największe skupisko na terenie miasta. W całej Warszawie Rosjanie stanowili około 4% jej mieszkańców.
     
     
          Na Pradze bowiem  znajdowały się dworce obsługujące połączenia kolejowe z Imperium Rosyjskiego, przede wszystkim Dworzec Petersburski, na którym wysiadali wszyscy przybywający ze stolicy Rosji. Ziemia tu była zdecydowanie tańsza, podobnie jak mieszkania, a wobec niewielkiego stopnia urbanizacji w porównaniu z lewobrzeżną Warszawą, władze czyniły wszystko, by w tym rejonie miasta umieścić jak najwięcej urzędów i instytucji rosyjskich, a także by nadać Pradze wygląd miasta rosyjskiego.
     
     
          Jedną z najważniejszych inwestycji na Pradze była budowa monumentalnej cerkwi górującej nad całą okolicą. Jak pisała rosyjska prasa: „kierując się z dworca do Warszawy, Rosjanie napotykają przede wszystkim przepiękną świątynię, która jest świątynią prawosławną. Dźwięk rosyjskiego dzwonu zaciera w ich duszy myśl o Polsce, jako miejscu, gdzie zostało przelane mnóstwo krwi rosyjskiej”.
     
     
          Na początku XX wieku na Pradze  stanął okazały gmach Gimnazjum Praskiego, stylem jakby żywcem przeniesiony z Petersburga.
     
     
         Natomiast przed dworcem znajdował się należący do wojska tzw. Zborny Punkt, który choć mieścił się w drewnianym baraku, to miał  przypominał „ kto tu rządzi” w mieście. To do niego wzywano młodzież z całej Warszawy na pobór do wojska carskiego.
     
     
          Dodatkowo w krajobraz Pragi wpisywały się liczne kompleksy koszar, w których stacjonowali rosyjscy żołnierze. Wśród przechodniów dawało się zauważyć licznych wojskowych, ale także prawosławnych duchownych.
     
     
          Praskie domy drewniane malowano farbą na żółty i brązowy kolor, często spotykany w innych guberniach Cesarstwa. W tych samych barwach utrzymano wystrój Dworca Terespolskiego.
     
     
         Wpływy rosyjskie na Pradze miały także podkreślać nazwy ulic i obiektów poczynając od dworców kolejowych (Petersburskiego i Terespolskiego), poprzez nowo założony Park Aleksandrowski, znajdujący się przy rozległej ulicy o tej samej nazwie. Także imię cara Aleksandra nosił, leżący u wylotu ulicy, most. Dzisiejszy plac Weteranów 1863 roku nazywał się wówczas Aleksandrowskim, a odchodząca od niego ul. Floriańska – Konstantynowską. W pobliżu znajdowały się jeszcze Moskiewska i Petersburska (dziś obie tworzą ul. Jagiellońską) oraz Namiestnikowska (obecnie Sierakowskiego).
     
     
         Po powstaniu styczniowym nakazano  by tabliczki z nazwami ulic pisane były w dwóch językach – polskim i rosyjskim, jak również szyldy sklepów. Wyjątek pozostawiono dla właścicieli sklepów, którzy używali nazwy obcej np. francuskiej, mogli oni zapisać ją w jednej tylko wersji. Oczywiście  żaden afisz ani plakat nie mógł zawisnąć na ulicach Warszawy, jeśli choć częściowo nie został napisany cyrylicą.
     
     
         Większość Rosjan uciekła z Warszawy latem 1915 roku wraz z  opuszczającym miasto wojskiem. Jednak po 1917 roku byli inni, tak że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ludność rosyjskojęzyczna wciąż stanowiła około 10% ludności dzielnicy. Znaczną część z nich stanowili tzw. biali emigranci, którzy uciekli z Rosji po rewolucji bolszewickiej.
     
     
         W II RP Rosjanie mieli swoich posłów i senatorów, własne organizacje społeczne i szkoły. Ukazywała się także rosyjskojęzyczna prasa.
     
     
         W latach 30. powstał m.in. Internat dla Studentów Studium Teologii Prawosławnej UW przy ul. Św. Cyryla i Metodego. Przy ul. Łochowskiej 34 na Szmulkach działał Przytułek Towarzystwa Pomocy dla emigrantów z Rosji.
     
     
        Niewielka społeczność rosyjska żyje do dziś na Pradze.
     
     
    CDN.
    5
    5 (4)

    2 Comments

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Powolny upadek Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser” nastąpił po 1989 roku.
     
     
           W okresie II RP zakład prężnie się  rozwijał, produkując wiele gatunków wódek smakowych np. „Przepalankę” i denaturat, jednak najbardziej popularna była wódka „Żytnia”. W 1927 rok do sprzedaży wprowadzono także nową markę, „Wyborową”, o czym anonsowały gazety: „W tych dniach dyrekcja państwowego monopolu spirytusowego, po długotrwałych próbach laboratoryjnych, wypuszcza na rynek wódkę „Wyborową”, mocy 45%. Wódka ta, potrójnie oczyszczona, nie zawiera prawie zupełnie tzw. fusli, będących najszkodliwszą dla zdrowia substancją w napojach wyskokowych.”
     
     
         W następnym roku wypuszczono kolejną odmianę, zwaną „Luksusową”, którą produkowano ze spirytusu ziemniaczanego. Obie wymienione wódki stanowiły produkty luksusowe, a butelki zamykane były kapslem z wytłoczonym napisem firmowym i godłem Polski. Szybko zyskały popularność, mimo, iż „Luksusowa” okazała się być najdroższą spośród wszystkich oferowanych!
     
     
         W 1934 roku zakład rozbudowano o magazyn wyrobów gotowych wystawiony od strony południowozachodniej.
     
     
         W czasach swej świetności zakład zatrudniał ponad 400 osób. Produkowano wówczas nawet ćwierć miliona butelek alkoholu w ciągu doby.
     
     
         W zakładzie dochodziło do licznych kradzieży, najczęściej wyrzucano butelki na trawę przed ogrodzeniem, skąd odbierał ją uprzednio umówiony wspólnik, przemycano w dyszlach wozów transportowych, a Wiesław Ochman wspominał: „W pamięci szczególnie zapisał mi się budynek Monopolu Spirytusowego z czerwonej cegły. Nasz sąsiad jeździł tam rowerem do pracy i w ramie tego roweru wywoził z zakładu spirytus.”
     
     
        Przez cały okres swego istnienia zakład wywierał olbrzymi wpływ na tereny położone w pobliżu, gdzie szybko powstawały nowe domy czynszowe. Dawał także zatrudnienie całym rzeszom okolicznych mieszkańców.
     
     
         Zabudowania fabryczne zostały częściowo zniszczone podczas działań wojennych w 1944 roku, wysadzono wówczas część zabudowań od strony ul. Ząbkowskiej, magazyn butelek, fragment gmachu filtracji, kotłowni i pomniejsze obiekty. Maszyny i inne wyposażenie wytwórni zostało zniszczone w czasie walk, a to, co pozostało, zrabowali Niemcy.
     
     
         Produkcję udało się wznowić w 1947 roku. Fabrykę przejęły Warszawskie Zakłady Przemysłu Spirytusowego i Drożdżowego „Polmos”.
     
     
         Po 1989 roku zakład zaczął podupadać, rosło jego zadłużenie. Olbrzymi wzrost importu wódki i spirytusu sprawił, iż spadł popyt na oferowane tu wyroby i z czasem trzeba było ograniczyć produkcję.
     
     
          W związku z pogarszająca się sytuacją finansową zakładu w latach 90. opracowane zostały plany ratunkowe, a także koncepcja całkowitego przeobrażenia tego miejsca i przekształcenia go w Praskie Centrum Kultury. Jednym z inicjatorów i współautorów tego projektu było Stowarzyszenie Monopol Warszawski.
     
     
         Ostatecznie produkcja wódek (m.in. "Luksusowej", "Wyborowej", czy "Żytniej") prowadzona była do roku 2002. Pod koniec aktywności fabryki, w zabytkowych obiektach "Konesera" niewykorzystywanych już do produkcji, powstały pierwsze zręby centrum kulturalno-artystycznego. Otwarty został Teatr "Wytwórnia", który działał do końca 2010 roku, powstały galerie sztuki oraz  knajpki i kluby ("CzystaOjczysta",  "Sen Pszczoły" – obecnie przeniesione do innych lokalizacji).
     
     
          Organizowane były tu także wystawy i pokazy typu street performance.
     

          Ostatecznie, w związku z fatalnym stanem technicznym budynków, obiekt został w 2006 roku wystawiony na sprzedaż. Całość została wykupiona przez BBI Development, która część kompleksu postanowiła przerobić na nowoczesne lofty. Główne obiekty mieszkaniowe zaplanowano wzdłuż ulic Białostockiej i  Nieporęckiej. Utrzymane są one  w stylu soft-loftów,  czyli budynków z rozbudowaną przestrzenią wspólną, inspirowanych architekturą industrialną. Także dawny budynek Mennicy Państwowej został zaadaptowany na lofty, w których znajdą się liczne oryginalne elementy pochodzące z historycznego budynku.
     

          Jednocześnie powstała koncepcja idea utworzenia w części zabudowań dawnej fabryki Centrum Praskiego Koneser.  Jako pierwsze z budynków kompleksu fabrycznego, remont przeszły kordegarda i budynek administracji. Projekt rewitalizacji obiektów został przygotowany przez firmę Juvenes Projekt. Odrestaurowano zabytkowe elewacje przywracając im brakujące detale. Wymieniono także dachy i stropy oraz odtworzono historyczne, skrzynkowe okna. Na parterze pozostawiono fragmenty oryginalnej posadzki.
     

          W 2017 placowi znajdującemu się w centralnej części danego kompleksu wytwórni nadano nazwę plac Konesera.
     

         Od roku 2015 na terenie "Konesera" swoją siedzibę ma Warszawski Google Campus. Początkowo zajmował on - zrewitalizowany w pierwszej kolejności - budynek "Kordegardy" (charakterystyczna budowla u zbiegu ulic Ząbkowskiej i Markowskiej, tuż koło bramy głównej), obecnie mieści się w specjalnie zaadaptowanym do własnych potrzeb dawnym magazynie spirytusu.
     
     
          W czerwcu 2018 roku na terenie kompleksu otwarto Muzeum Polskiej Wódki, ukazujące ponad 600-letnią historię i tradycję polskiego gorzelnictwa. Mieści się ono w zabytkowym budynku rektyfikacji spirytusu z 1897 roku.
     

          „Polska Wódka, podobnie jak francuski Cognac czy Scotch Whisky, została wpisana na listę Chronionych Oznaczeń Geograficznych i od wielu lat jest istotnym polskim produktem eksportowym, cenionym za smak i jakość na całym świecie. Chcemy, aby Muzeum Polskiej Wódki przekazywało i gromadziło wiedzę dotyczącą naszego narodowego trunku, z którego powinniśmy być dumni” – można przeczytać na stronie muzeum.

     
          Na terenie dawnej zespołu powstały sklepy, restauracje i kawiarnie. W 2019 w jednym z budynków otwarto hotel Moxy.
     

          Zachowane zabudowania Monopolu stanowią jeden z najcenniejszych przykładów architektury przemysłowej w Warszawie.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    K. Głowacka – Echa dawnej Warszawy. Praga.
     
    J. Kasprzycki - Korzenie miasta. Tom III. Praga
     
    Odkrywanie warszawskiej Pragi. Tom I, praca zbiorowa pod redakcją A. Sołtana
     
    M. Krasucki  - Katalog warszawskiego dziedzictwa postindustrialnego
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dużą rolę w rozwoju Pragi odegrała Warszawska Wytwórnia Wódek „Koneser”, zwana powszechnie Monopolem.
     
     
          Monopol powstał w wyniku polsko-rosyjskiego Warszawskiego Towarzystwa Oczyszczania i Sprzedaży Spirytusu. Jednym z założycieli tego zakładu był Leopold Kronenberg. Ta sama spółka otworzyła drugą fabrykę na Powiślu, przy ul. Dobrej.
     
     
          Zanim doszło do otwarcia przedsiębiorstwa, spółka wykupiła rozległy teren przy ul. Ząbkowskiej, nakazując wyburzenie wcześniejszych, drewnianych zabudowań.
     
     
         Do budowy przystąpiono w 1895 roku, wznosząc szereg budynków m.in. piętrowy magazyn butelek, który składał się z budynku frontowego z dwoma skrzydłami bocznymi, czterech piętrowych magazynów (trzech wzniesionych na planie prostokąta i jednego na planie kwadratu). Obok znalazły się trzy, również piętrowe, pawilony biurowo-mieszkalne oraz dwa budynki warsztatowe.
     
     
          Wszystkim zabudowaniom nadano jednolitą szatę architektoniczną, typową dla obiektów przemysłowych tamtych czasów: ceglane elewacje nawiązywały wystrojem nieco do architektury późnego średniowiecza. Brama wjazdowa miała charakterystyczną, strzelistą wieżyczkę nakrytą hełmem.
     
     
         Najwyższy w całym kompleksie był jednak budynek rektyfikacji, w którym podgrzewano i destylowano spirytus. Z kolei za najnowocześniejszy i najlepiej wyposażony uważano gmach filtracji z kotłownią i studnią artezyjską. „Korpus główny mieści w sobie sale do mycia butelek na specjalnych maszynach, - opisywano - zbiorniki do mieszania i rozcieńczania spirytusu, kilka baterii filtracyjnych, przyrządy do automatycznego mieszania i rozlewania w butelki wódki i cały szereg urządzeń pomocniczych jak kotły i maszyny parowe do wody i spirytusu, stację elektryczną itp. Budynek to kilkopiętrowy, z sufitami betonowymi na żelaznych belkach i filarach. Oprócz schodów żelaznych posiada on windy hydrauliczne i ręczne do podnoszenia i opuszczania skrzynek z butelkami rozwożonymi po piętrach za pośrednictwem kolejek żelaznych.”
     
     
         Na terenie zakładu umieszczono także rozlewnię rosyjskich koniaków.
     
     
          Ostatecznie zakład został otwarty w 1897 roku, gdy w tym samym roku władze wprowadziły w Królestwie Polskim monopol skarbowy na sprzedaż napojów alkoholowych, co pozwalało mu nie tylko kontrolować rynek, ale także czerpać z niego dodatkowe zyski. 
     
     
           Obok Monopolu zbudowano Warszawski Skarbowy Skład Win. Obie firmy współpracowały ze sobą w zakresie produkcji i składowania spirytusu rektyfikowanego oraz mieszania i rozlewania różnych gatunków wódek.
     
     
           Rocznie w Monopolu oczyszczano około miliona wiader spirytusu. Zakład wyposażono w nowoczesną linię technologiczną, był także jednym z  pierwszych zelektryfikowanych w Warszawie. W Monopolu zostały zamontowane jedne z najstarszych wind w Warszawie.
     
     
          Do 1914 roku w przedsiębiorstwie wyprodukowano ponad 150 gatunków wódek i likierów, w tym popularną „Siwuchę” czyli polską wódkę na bazie owoców o charakterystycznym słomianym kolorze i cierpkim smaku.
     
     
         W pobliże zakładu, od strony ul. Białostockiej, doprowadzono dwie nitki torów z bocznicy kolejowej, co miało ułatwić jej zbyt towarów. Jednak najważniejszymi odbiorcami wyrobów zakładu byli carscy żołnierze, skoszarowani w okolicy. Ich obecność miała niebagatelny wpływ zarówno na otwarcie, jak i rozwój zakładu.
     
     
          Wycofujące się latem 1915 roku wojska rosyjskie nie tylko zrabowały majątek fabryki, ale także otrzymały rozkaz zniszczenia wszystkich znajdujących się tu trunków. Do rynsztoka wylano wówczas ponad 10 milionów litrów alkoholu! „W Monopolu na Ząbkowskiej, na Pradze, - opisywał Jerzy Kasprzycki - kiedy zaczęto spuszczać gorzałkę z olbrzymich cystern, ludzie rzucali się do rynsztoków, którymi płynęła wódka, z różnymi naczyniami, nawet wiadrami, aby nabrać jej jak najwięcej. Byli też tacy, którzy padli na ziemię, aby pić gołdę prosto z rynsztoków. W parę minut cała ulica była uchlana w pestkę”.
     
     
         Jednocześnie Rosjanie wysadzili mosty na Wiśle, w tym most Kierbedzia, przy którym poprowadzone zostały rury wodociągu miejskiego. Tym samym Praga została pozbawiona wody pitnej. Ludność zmuszona była korzystać ze studni artezyjskiej na terenie Monopolu, która miała aż 250 m głębokości i słynęła z doskonałej wody.
     
     
          Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przedsiębiorstwo reaktywowano i przekształcono, najpierw w Państwową Wytwórnię Wódek nr 1, a z czasem w Państwowy Monopol Spirytusowy, który przejął majątek poprzednio istniejącej tu fabryki.
     
     
         Gdy w 1924 roku Władysław Grabski przeprowadzał reformę walutową, wprowadzając w miejsce marki polskiej złotego, pojawiła się konieczność zorganizowania Mennicy Państwowej.
     
     
        Uwagę władz przykuł kompleks Monopolu Spirytusowego na Pradze. Na potrzeby mennicy przystosowano piętrowy dom służbowy, znajdujący się w głębi posesji, pod adresem Markowska 18 a.  Budynek rozbudowano i powiększono do wysokości trzech pięter.
     
     
         14 kwietnia 1924 roku nastąpiło uroczyste otwarcie Mennicy w obecności ówczesnego Prezydenta, Stanisława Wojciechowskiego oraz premiera i ministra skarbu, Władysława Grabskiego.
     
     
         W bardzo szybkim tempie zainstalowano urządzenia pozwalające na realizację pełnej produkcji na terenie jednego zakładu, od topienia kruszców, poprzez walcowanie, wycinanie krążków, wybijanie monet, aż po ich sortowanie i liczenie.
     
     
         Szacuje się, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego wybito w Mennicy 1,3 miliarda sztuk monet.
     
     
         W Mennicy wyrabiano także pieczęcie państwowe, bito medale i odznaki.
     
     
         W kilka lat po uruchomieniu placówki zorganizowano Gabinet Numizmatyczny. Umieszczono w nim szereg pamiątek z czasów I Rzeczypospolitej, w tym wartościowe okazy z kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego, która liczyła  posiadał ponad 18 tys. eksponatów.
     
     
          W podziemnym skarbcu przechowywano złoto, biżuterię i inne cenne przedmioty przekazywane przez społeczeństwo na Fundusz Obrony Narodowej.
     
     
         Pod koniec lat 30. warszawska mennica została uznana za jeden z najnowocześniejszych zakładów tego typu w Europie.
     
     
          W tym samym czasie szpiedzy niemieccy, podszywający się pod delegację rumuńską podjęli próbę zgłębienia tajemnic Mennicy. Nic nie podejrzewające kierownictwo zakładu przyjęło z honorami  rzekomych przedstawicieli rumuńskiego sektora finansowego, oprowadzając ich po całym budynku. Następnego dnia okazało się, że Ambasada Rumunii nic nie wie na temat tej delegacji!
     
     
          W czasie okupacji niemieckiej, budynek mennicy wraz z całym kompleksem, dostał się pod zarząd niemiecki. Zawartość skarbca została zrabowana i wywieziona do III Rzeszy. Na szczęście personelowi udało się ukryć część bezcennych zbiorów numizmatycznych. Wojnę przetrwały zakopane na jednej z praskich posesji, a po ustaniu działań wojennych zbiór przekazano do Muzeum Narodowego.
     
     
          W zabudowaniach zakładu toczyła się, obok oficjalnej, działalność konspiracyjna: wytwarzano elementy pistoletów, zapalników, działała także pracownia fałszowania dokumentów.
     
     
        W 1944 roku wysadzony przez Niemców budynek uległ znacznym uszkodzeniom. Mimo, iż po wojnie Mennica wznowiła działalność, to jednak jej wyposażenie postawiało wiele do życzenia.
     
     
         Wobec tego zdecydowano o stworzeniu nowoczesnego zakładu na Woli, dokąd w latach 50.  przeniesiono całość produkcji.
     
     
    CDN.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    To bardzo dziwnego zdarzenia doszło w niedzielę po blokiem Hiobowskich - po obu stronach bloku stały dwie manifestacje i na dodatek obie lewicowe!
    Bardzo zadziwiło siostrę Łukaszka, która zobaczyła je po raz pierwszy wracając z rodziną z kościoła. Kiedy cała rodzina weszła już do bloku Łukaszek zauważył, że siostra gdzieś zniknęła. Cofnął się więc i zobaczył siostrę stojącą przed pierwszą manifestacją i dyskutującą z liderem. Łukaszek podszedł, spojrzał na transparenty i westchnął: było na nich napisane "Rządamy darmowych środków antykoncepcyjnych".
    - Daj spokój, to lewicowa młodzieżówka - Łukaszek chwycił siostrę za łokieć.
    - Skąd wiesz? - siostra była autentycznie zaskoczona. - Przecież z nimi nie rozmawiałeś.
    - Lewica, bo chcą za darmo.
    - No dobrze, a młodzieżówka? - nie wytrzymał lider manifestacji.
    - Robicie błędy ortograficzne.
    - Kurde - lider położył transparent i zaczął mazakiem przerabiać "darmowych" na "darmowyh".
    - Studenci socjologii? - zapytał Łukaszek z uśmiechem.
    - Jak jesteś taki mądry - warknął lider prostując się i odwracając się w stronę Łukaszka - jak jesteś taki mądry to powiedz skąd wziąć środki antykoncepcyjne jak człowieka najdzie potrzeba a nie ma przy sobie!
    Ale odpowiedź padła ze ślicznych usteczek siostry Łukaszka:
    - Gumy można kupić w każdym sklepie!
    - Po co kupić skoro mogą być za darmo? - lider rozłożył ręce.
    - E, chodźmy zobaczyć tamtą drugą - zaproponowała siostra.
    - Jaką drugą?
    - No, drugą manifestację.
    - To tu jest druga? - zdziwił się lider.
    - Tak, też lewicowa - poinformował Łukaszek.
    - Nic o tym nie wiem...
    - Bo to nie z waszej młodzieżówki.
    - Skąd mały ty to wszystko wiesz?
    - Proszę nie hejtować mojego wzrostu. Nie są od was, bo są jeszcze głupsi.
    - A ty nas mały nie hejtuj intelektualnie. Skąd ty to wszystko wiesz?
    - Mają szatana na transparencie.
    - Pffft! - roześmiał się lider. - Nikt na lewicy nie wierzy w szatana! Coś ci się pokręciło!
    - Dla lewicy praca to szatan - poinformował Łukaszek.
    - Idę zobaczyć - powzięła decyzję siostra Łukaszka i jakoś tak wszyscy poszli za nią.
    Po drugiej stronie bloku faktycznie stała druga demonstracja. Mieli transparent z napisem "Żądamy otfarcia sklepuw w niedziele".
    - Dwa błędy - zauważyła siostra.
    - Mówiłem, że są głupsi.
    - Gdzie ty widzisz pracę? - znowu zaczął się naśmiewać lider.
    - Żeby otworzyć sklep to co jest potrzebne?
    - No, pracownicy...
    - I co oni w tym sklepie będą robić?
    - No, pracować... - przyznał zgnębiony lider.
    - Czyli żądają pracy dla innych w dni wolne od pracy - podsumował Łukaszek. - To się musi źle skończyć...
    Jeszcze kiedy to mówił podjechał jakiś bus i wysiadł z niego pan. Podszedł do liderki i zaczął z nią rozmawiać, po czym pokiwał ręką na lidera pierwszej manifestacji.
    Podeszli.
    - Świetnie! - zacierał ręce kierowca busa. - Państwo są za pracą w niedzielę! Znakomicie! Państwo postulują darmowe środki antykoncepcyjne? Znakomicie! Zapraszam do busa!
    - Zmieszczą się w jednym busie? - zastanowiła się siostra Łukaszka.
    - Oczywiście, przecież to tylko wie manifestacje! A was zapraszam za cztery godziny. Zobaczycie coś ciekawego!
    Po czterech godzinach przyszli nie tylko Łukaszek i jego siostra, ale i pół bloku, bo siostrze tak się przypadkiem o tym wspomniało w rozmowie z kimś z sąsiadów.
    Osiem razy.
    Na placyku stała skrzynia z napisem sklep, a za nią stała grupa domagająca się otwarcia sklepów w niedziele. Wszyscy płakali. Grupa domagająca się darmowych środków antykoncepcyjnych nosiła towar z busa. Oni też płakali.
    - Co tu się dzieje? - zaniepokoiła się siostra Łukaszka. Łukaszek zorientował się w sytuacji i cicho śmiał się w kułak.
    - W naszym otwartym w niedzielę sklepie rozdajemy darmowe środki antykoncepcyjne - rzekł radośnie kierowca busa. - Są darmowe, bo państwo przed chwilą sami je zrobili!
    - Praca to coś okropnego - jęczała liderka drugiej manifestacji. - To masochizm. Nigdy więcej!
    - Na szczęście nam za to zapłacą - pocieszał ją lider pierwszej manifestacji.
    - Jeszcze czego - obruszył się kierowca busa rozdając kondomy mieszkańcom bloku. - Przecież te środki są darmowe. To skąd mam wziąć pieniądze żeby wam zapłacić?
    - Ma pan samochód, jest pan bogaty - rzuciła z nienawiścią liderka. - Niecha pan nam zapłaci ze swoich pieniędzy. Stać pana.
    - Ze swoich pieniędzy to ja zapłaciłem za materiał i maszyny - odparł z godnością kierowca busa.
    I chciał jeszcze coś powiedzieć, ale podszedł do niego jeden z mieszkańców.
    - Oddaję - powiedział i wręczył kierowcy paczkę otrzymanych przed chwilą prezerwatyw.
    - Co, za duży rozmiar? - zapytał serdecznie kierowca busa. - Wymienię na mniejsze. Chociaż mniejszych chyba nie mam.
    - Nie, nie o to chodzi... Nie mam do nich zaufania...
    - Proszę pana, ja wiem że robili to ludzie o dwóch lewych rękach, ale kontrola jakości w mojej fabryce jest bez zarzutu. Najlepszym dowodem jest na to, że sam nie mam dzieci.
    - Nie, nie, ale wie pan... Po prostu coś mi nie pasuje.
    - To niech spróbuje ekstra delikatnych.
    - Nie, nie o to chodzi... Chodzi o nazwę.
    - Nazwę??? - zdumienie kierowcy busa nie miało granic. - A co ma do tego nazwa???
    Na boku busa widniał napis "DZIUREX".
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  3
    Na warszawskiej Pradze zachowało się szereg dawnych budynków przemysłowych.
     
     
          Do jednych z najlepiej zachowanych obiektów należy bez wątpienia Fabryka Maszyn Młyńskich i Kamieni Francuskich usytuowana przy ul. Kłopotowskiego 11. Firma powstała w 1900 roku, należąca do Oskara Hartwiga i Gustawa Łagiewskiego,  była jednym z największych zakładów przemysłowych ówczesnej Pragi. Produkowane w niej kamienie i maszyny młyńskie cieszyły się znakomitą opinią także na zagranicznych rynkach.
     
     
          „W czasach, kiedy młynarstwo było, bez przesady narodowym – napisał Jerzy Kasprzycki -  polskim przemysłem przetwórczym, urządzenia z Szerokiej cieszyły się opinią trwałych i wydajnych. Kamienie trące sprowadzano na Pragę z Francji (z Normandii czy Bretanii), gdzie specjaliści znaleźli szczególny gatunek tego surowca. W młynarstwie polskim kamienie francuskie, importowane przez firmę Hartwiga i Łęgiewskiego, nazywano oczywiście „praskimi”.
     
     
         Dobrze zachowana posesja obecnie znajduje się w rękach prywatnych. Od ulicy widać dawny budynek administracyjno-produkcyjny, a w głębi działki zachowały się dwa pawilony produkcyjne oraz stajnia z portiernią. Przy bramie zachowały się odbojniki w kształcie kul.
     
     
         Na miano ulicy „fabrycznej” bez wątpienia zasłużyła ul. Szwedzka, gdzie ulokowano szereg przedsiębiorstw m.in. słynną Stalownię czy Akcyjne Towarzystwo Fabryki Lamp i Towarzystwo Akcyjne Produktów Chemicznych znajdujące się pod tym samym adresem ul. Szwedzka 20.
     
     
         Zabudowania fabryczno-mieszkalne pod numerem 20 powstały pod koniec XIX wieku. Spółka produkowała lampy naftowe, gazowe i elektryczne, a także kuchenki i ich elementy np. palniki. Pracowało tu ponad 600 robotników, a roczny obrót wynosił milion dwieście tys. rubli. Od strony Strzeleckiej znajdowały się budynki mieszkalne dla robotników. W 1928 roku cały teren wykupiła sąsiednia fabryka chemiczna „Praga” (potem „Schicht-Lever”).
     
     
         Od tego momentu zmienił się asortyment produkowanych towarów na kosmetyki, mydła do prania oraz toaletowe, proszki a także lakiery i terpentynę. Wśród wytwarzanych tu produktów, cieszących się uznaniem na rynku, należy wymienić mydła „Jeleń Schicht” i „Biały Jeleń” oraz proszek „Radion”., „Lux” proszek do prania tkanin delikatnych, a także tłuszcz jadalny „Ceres”.
     
     
         Po wojnie działała tu firma „Uroda”, z czasem przejęta przez „Pollenę”. Z kompleksu pozostały hala fabryczna oraz budynek mieszkalny.
     
     
         Konkurencyjną działalnością zajmowało się kilka innych praskich przedsiębiorstw m.in. Zakłady Władysława Adamczewskiego i Spółki mieszczące się przy ul. Grodzieńskiej 21/29. W 1920 roku przejął on istniejącą już wcześniej Wytwórnię Mydła i Świec. Adamczewski produkował towary luksusowe, od mydeł po świece stearynowe, a nawet pasty do podłogi. Znak firmowy stanowiła charakterystyczna wieża.
     
     
         Zachowane zabudowania fabryki zostały oszpecone podczas remontu i ocieplania styropianem. Mimo wszystko wciąż można rozpoznać halę produkcyjną, oficyny, ponadto zachował się także budynek mieszkalny.
     
     
         Z kolei Wytwórnia Mydła „Sport” przy tej samej ulicy, pod numerem 47, zadowalała się produkcją tańszych mydeł i proszków do prania, które trafiały przede wszystkim na prowincję. Pozostał po niej szereg ceglanych hal, nakrytych tzw. dachem szedowym czyli składający się z kilku niesymetrycznych dachów dwuspadowych ułożonych jeden za drugim w taki sposób, że przekrój poprzeczny dachu jest linią zębatą.
     
     
        Nieopodal, na ul. Stolarskiej do dziś widać dwa wysokie kominy dawnej Warszawskiej Piekarni Mechanicznej, zbudowanej w 1902 roku. Pozostał po niej dobrze zachowany parterowy budynek z dwuspadowym dachem i niewielkim dziedzińcem.
     
     
          Budynek innej piekarni przetrwał także przy ul. Środkowej 20. Zbudowany w 1865 roku był jednym z najstarszych murowanych budynków na Nowej Pradze. Początkowo mieściła się tu piekarnia „Corso” prowadzona przez Władysława Pyrzakowskiego, a później „Współczesna” J. Roguskiego. Sklep firmowy znajdował się we wschodnim narożniku istniejącej kamieniczki.
     
     
         Inny budynek piekarni, pochodzący sprzed 1914 roku znajduje się przy ul. Grodzieńskiej 26.  Najpierw zbudowano niewielką oficynę mieszkalną w podwórzu, a w 1925 roku dwa budynki warsztatowe. W zachodnim mieściła się właśnie piekarnia, a z czasem jej miejsce zajęła stolarnia.
     
     
        Przy ul. 11 Listopada, pod numerem 22, funkcjonowała Fabryka Wyrobów Gumowych „Brage”, zbudowana po 1918 roku na pustym placu pozostałym po składzie materiałów brukowych. Przedsiębiorstwo należące do Samuela i Sendera Ginsburgów produkowało m.in. zabawki gumowe, gumki kreślarskie, dętki rowerowe i samochodowe, różnego rodzaju uszczelki, a nawet damskie obcasy. Zarząd firmy zajmował okazałą kamienicę przy ul. Stalowej 9, która także przetrwała do obecnych czasów.
     
     
         W znanym obecnie centrum kulturalnym działającym pod nazwą „Fabryka Trzciny” przy ul. Otwockiej 14 dawniej mieściła się Fabryka Polskiego Przemysłu Gumowego „Pe Pe Ge”. Zakład słynął z wyrobu lekkiego materiałowego obuwia na gumowej podeszwie, w tym popularnych tenisówek, które od nazwy firmy nazywano pepegami.
     
     
        W skład zachowanej zabudowy pofabrycznej wchodzą: piętrowy budynek produkcyjny, dwupiętrowy budynek biurowy, piętrowa hala produkcyjna, piętrowe oficyny oraz portiernia.
     
     
         Dobrze w dziejach dzielnicy zapisała się Wytwórnia Maszyn Precyzyjnych „AVIA” przy ul. Siedleckiej 47. Zbudowany w 1902 roku zakład początkowo produkował przede wszystkim maszyny dla przemysłu tytoniowego. Po pozyskaniu w II połowie lat 20. zamówień wojskowych zaczęto w nim silniki lotnicze.
     
     
         Innym znanym praskim przedsiębiorstwem była „Drucianka” czyli Fabryka Drutu, Sztyftów i Gwoździ przy ul. Objazdowej 1. Zabudowania powstały w 1899 roku, a ich projektantem był Kazimierz Loewe. Do dziś zachowały się budynki: głównej hali produkcyjnej, galwanizerni, magazynu, stajni, portierni i budynku administracyjnego.
     
     
         Fabryka była głównym producentem gwoździ, siatek ogrodzeniowych, drutu kolczastego i łańcuchów w całym Cesarstwie Rosyjskim. W 1909 roku wartość rocznej produkcji przekroczyła 600 tys. rubli, przy zatrudnieniu 130 pracowników. Na początku lat 20. pracowało w niej 360 osób, a zakład należał do większych przedsiębiorstw Pragi.
     
     
         Fabryka została zbombardowana w 1944 roku, ocalały jedynie tylko najstarsze jej budynki.
     
     
         Wśród zakładów przemysłowych Nowej Pragi należy także wymienić Fabrykę Wyrobów Żelaznych, Konstrukcji i Ornamentów H. Zieleziński na ul. Konopackiej 17. Firma założona w 1860 roku wyprodukowało przepiękną kratę okalającą pomnik Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.
     
     
         Początkowo siedziba firmy mieściła się na lewym brzegu Wisły, przy ul. Złotej, w 1910 roku została przeniesiona na Pragę. Poza wyrobami artystycznymi produkowano w  niej także kasy pancerne.
     
     
         Do naszych czasów przetrwała hala główna, oficyna oraz kamienica frontowa. Niestety dach hali głównej runął w 2013 roku.
     
     
         Kilka interesujących zabudowań pofabrycznych można także napotkać na ul. Kawęczyńskiej. Jednym z nich są zabudowania dawnej Fabryki Farb Drukarskich „Pigment” pod numerem 9.  Firma produkowała  farby drukarskie i barwniki chemicznych. Po 1918 roku została przejęta przez  przedsiębiorstwo „Napoli” czyli Nowoczesną Fabrykę Makaronu. Wytwarzano tu makarony, sosy i musztardę. Ostatnim przedwojennym jej właścicielem była Fabryka Kondensatorów i Oporów im. Adolfa Horkiewicza.
     
     
        Innym przedsiębiorstwem była Fabryka Listew na Ramy i do Tapet Domański W. i Zabłocki S. przy ul. Kawęczyńskiej 36. Powstała na początku XX wieku była jedym z większych zakładów na Pradze, a sklep firmowy otwarto nawet na ul. Świętokrzyskiej w centrum miasta. Produkowano w niej listwy wykończeniowe, cokoły, ramy do obrazów itp.
     
     
         Większość jej zabudowań uległa zniszczeniu w czasie II wojny światowej, zachował jedynie biurowo-produkcyjny budynek frontowy, który jest ostatnią pozostałością dużego kompleksu fabrycznego.
     
     
         Słynna  Warszawska Wytwórnia Wódek „Koneser”, popularnie zwana Monopolem, będzie przedmiotem osobnego eseju.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    K. Głowacka – Echa dawnej Warszawy. Praga.
     
    J. Kasprzycki - Korzenie miasta. Tom III. Praga
     
    R. Mączewski - Warszawa między wojnami. Opowieść o życiu stolicy 1918-1939
     
    Odkrywanie warszawskiej Pragi. Tom I, praca zbiorowa pod redakcją A. Sołtana
     
    M. Krasucki  - Katalog warszawskiego dziedzictwa postindustrialnego
    5
    5 (2)

    3 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    z pensją 1000 zł miesięcznie został mój wuj, Walerian Nowicki. Skąd inąd nieprzeciętny, fantastyczny człowiek, z pochodzenia Poznaniak, z wyboru Lwowiak, później Warszawiak. Podczas wojny, wraz ze swą Żoną, moją Ciotką, ratował bratową Żony, Żydówkę, przed Niemcami. Uratował!
    Jako ciekawostkę opowiadał m.in. jak relamowano Ceres - jako tłuszcz, który musiał być zawsze świeży.
    Jeśli dostawa nie została sprzedana w ciągu tygodnia - "stary tłuszcz" zabierano z powrotem do fabryki, gdzie służył do produkcji mydła, a sklep otrzymywał nową dostawę.
    Zdarzyło się, w okresie przedwojennym, że żydowska Pascha zbiegła się w czasie z Wielkanocą.
    Fabryka Schichta posiadała część produkcji koszernej: Ceres dostarczana była do sprzedaży z odpowiednim certyfikatem któregoś z rabinów, gdyż tłuszcz był używany chętnie do pieczenia przez liczne gospodynie, bez względu na wyznawaną wiarę. W magazynach Schichta znajdował się specjalnie oznakowany dział z margaryną koszerną i właśnie przed Paschą - skończył się dzienny zapas koszernego tłuszczu, który miał być dowożony systematycznie do sklepów i magazynów. Po krótkim momencie konsternacji - zdarzenie było nieoczekiwane - jeden z dostawców - Żydów - chwycił tabliczkę z napisem "kosher" i przestawił ją z pustego w tym momencie miejsca w magazynie - na miejsce gdzie zapas tłuszczu nadal był wystarczający.  Pozostali dostawcy nie mieli już moralnych rozterek. A wiadomo - biznes is biznes.
    Po II wojnie Wuj pracował, przez kilkanaście lat - do końca swego życia, jako przedstawiciel handlowy "Urody", następnie "Polleny".
    Mnie imponował umiłowaniem Warszawy, wiedzą ogólną, znajomością języków, pracowitością, miłością do Ojczyzny i do rodziny.
    Zachęcił mnie do korzystania z wyrobów "Polleny" - to były rzeczywiście dobre produkty.
    To tak na marginesie historii praskich fabryk.
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Z kolei mój dziadek był kierownikiem największego działu w fabryce zbrojeniowej, która znajdowała się na Pradze.  Jego pensja, młodego jeszcze inżyniera, wynosiła z premią także ok. 1000 zł. Tuż przed wojną rozpoczął budowę domu, niestety po 1945 roku komuniści wszystko zabrali.

    Pozdrawiam
    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Dla mnie mają one "ładunek" zwłaszcza uczuciowy.
    Dziękuję Godziembo, że Ty robisz to profesjonalnie. Mnie twoja wiedza głęboko porusza.
    Oby pamięć o naszej historii, o historii naszych Bliskich, przetrwała w następnych pokoleniach.
    Serdecznie pozdrawiam.
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Do połowy XIX wieku warszawska Praga pozbawiona była przemysłu.
     
     
          Sytuacja zmieniła się wraz z uruchomieniem połączeń kolejowych, a przede wszystkim sieci bocznic prowadzących bezpośrednio do zakładów przemysłowych. Ułatwiło to w znacznym stopniu dystrybucję towarów i zachęciło rosyjskich inwestorów. W tamtym czasie głównym odbiorcą większości dóbr produkowanych w Warszawie był rynek rosyjski. Dodatkowym atutem Pragi były stosunkowo niskie ceny gruntów i tania siła robocza.
     
               
          W ciągu kilkudziesięciu lat Praga zmieniła oblicze, stając się dzielnicą przemysłową, do której włączono zindustrializowane okoliczne osady – Szmulowiznę i Nową Pragę. Szacuje się, że na przełomie XIX/XX w. duże zakłady przemysłowe, zatrudniające ponad 500 osób stanowiły razem 45% rynku praskiego. W 1913 roku 10 tys. mieszkańców dzielnicy zatrudnionych było w zakładach przemysłowych.
     
     
         Wraz z rozwojem dzielnicy przenosiło się tam szereg przedsiębiorstw z lewobrzeżnej Warszawy, głównie z Powiśla. Praga stała się główną dzielnicą przemysłową miasta. Jednocześnie nie poprawiła się sytuacja mieszkaniowa jej ludności.  „Rozbudowujący się przemysł przyciągał ludzi szukających zarobku – napisał Romuald Morawski -  i w niewielkim stopniu zwracających uwagę na warunki życia.”  Większość praskich kamienic pozbawiona była bieżącej wody,  wspólne zlewy często znajdowały się na korytarzach,  a toalety w podwórzach (w późniejszym czasie na korytarzach). Kamienice pozbawione były również centralnego ogrzewania.
     
     
         Sytuacja uległa niewielkiej poprawie na początku XX wieku, gdy większość budynków podłączono do sieci kanalizacyjnej, podciągnięto też do nich bieżącą wodę z miejskiego wodociągu. W tym samym czasie większość ulic wybrukowano i ustawiono wzdłuż nich latarnie. Do tego momentu pogrążone w „egipskich” ciemnościach praskie ulice   cieszyły się sławą najniebezpieczniejszych miejsc w mieście.
     
     
         Dzielnica nie posiadała także instytucji kulturalno-oświatowych jak choćby szkoła średnia czy teatr, które dostępne były jedynie po drugiej stronie Wisły.
     
     
         Największym praskim zakładem przemysłowym była założona w 1879 roku Warszawska Fabryka Stali, w skrócie nazywana po prostu Stalownią. Początkowo mieściła się przy ulicy Fabrycznej, jednak po przyłączeniu jej terenu do Warszawy część istniejących nazw ulic została zmieniona, tak aby nie dublowały się z już istniejącymi na lewym brzegu. Taki los spotkał i Fabryczną, która została przemianowana na ul. Stalową.
     
     
         Praska Stalownia należała do największych zakładów produkcyjnych  funkcjonujących na terenie Królestwa Polskiego w II połowie XIX w.  Fabryka zajmowała olbrzymią działkę w kwartale pomiędzy dzisiejszymi ulicami Stalową, Szwedzką, al. Solidarności, a nasypem kolejowym.. „Dokoła nowej fabryki rozsiadły się już domy i domki zamieszkałe przez jej pracowników – pisał „Kurier Warszawski - i niewątpliwie za lat kilka okolice jej przetworzą się stanowczo w pełną życia fabryczną dzielnicę Warszawy, dzielnicę w której trudno by już było domyśleć się czem ona była przed tak niedawnym czasem.” .
     
     
         W zakładzie produkowano przede wszystkim szyny oraz obręcze i osie do kół wagonowych na potrzeby rosyjskich linii kolejowych, tak więc jej lokalizacja w pobliżu jednego z warszawskich dworców nie była przypadkowa.
     
     
         Huta była zarządzana przez Towarzystwo Akcyjne Warszawskiej Fabryki Stali, którego głównymi udziałowcami byli spółka Lilpop Rau i Loewenstein z Warszawy oraz Towarzystwo Urządzeń Górniczych ze Starachowic. W pierwszej fazie zatrudniono około 800 (potem 1100) pracowników pracujących w trybie dwuzmianowym.
     
     
        W pobliżu wzniesiono także domy czynszowe dla robotników oraz szkołę, do której miały uczęszczać ich dzieci.
     
     
         Gdy w 1888 roku nadszedł kryzys związany z wprowadzeniem cła na surowce sprowadzane z zagranicy (Stalownia  przetwarzała przede wszystkim surówkę z Anglii i Niemiec) produkcja okazała się nieopłacalna. W jego konsekwencji doszło do przeniesienia  zakładu do Jekaterynosławia.
     
     
        Po likwidacji Stalowni, zabudowania przekazano rosyjskiemu wojsku, które zorganizowało w nich warsztaty artyleryjskie, przeniesione z  ul. Długiej. Składały się one z trzynastu budynków, z których do dnia dzisiejszego przetrwał tylko jeden. W jego attyce widać wyraźnie płaskorzeźbę dwóch skrzyżowanych ze sobą armat.
     
     
          Magazynowano tu broń i amunicję, ale także prowadzono konieczne naprawy. W 1908 roku doszło w nich do groźnego pożaru.  „Dziś o godz. 1-ej po południu wybuchł gwałtowny pożar w okręgowych warsztatach artylerji na Nowej Pradze przy końcu ulicy Stalowej, – donosił „Kurier Warszawski” - w bezpośrednim sąsiedztwie stacji kolei petersburskiej. Pożar zaczął szerzyć się w oddziale broni ręcznej, gdzie znajdował się pewien zapas ładunków, skutkiem czego powstała kanonada, trwająca przeszło kwadrans, nie dozwalająca przystąpić wewnątrz do ratunku [...].” Podobno gaszenie pożaru zajęło ponad 5 godzin.
     
     
         W okresie międzywojennym cały teren przeszedł na własność Wojska Polskiego, które w maju 1920 roku ulokowało tu Zbrojownię nr 2. Remontowano w niej sprzęt wojskowy, a także  wytwarzano m.in. części do dział artyleryjskich i karabinów, uzbrojenie strzelnicze do lekkich czołgów oraz skrzynie do transportu amunicji.
     
     
         W czasach II Rzeczypospolitej Zbrojownia należała do największych tego typu zakładów w Polsce: w 1927 roku pracowało tu 888 robotników, a w następnych latach zatrudnienie wzrosło nawet do 1200 osób.
     

        W 1944 roku większa część zabudowań została wysadzona w powietrze przez wycofujące się wojsk niemieckie.
     
     
         Po II wojnie światowej przez wiele lat teren nadal należał do wojska. Opuszczone po 1989 roku  budynki dzierżawiły rozliczne hurtownie. W 2011 roku Agencja Mienia Wojskowego wystawiła obiekt na sprzedaż, a właścicielem niemal całej działki została Uczelnia Marii Skłodowskiej-Curie, która zaadaptowała je na potrzeby szpitala onkologicznego.
     
     
         Na Pradze nadal można podziwiać przykłady doskonałej architektury przemysłowej.  Jednym z przykładów jest Fabryka Cukrów Anczewskiego znajdująca się przy ul. 11 Listopada 10.  Mimo częstych zmian właściciela marka „F. Anczewski” została utrzymana, ponieważ cieszyła się dobrą sławą. Okres świetności zakład przeżywał jednak w latach 20. XX wieku, kiedy jej właścicielem został znany warszawski mistrz cukierniczy, Ludwik Skorupka. Wówczas zbudowano budynek piekarni pośrodku podwórza. Oprócz niej zachował się główny budynek produkcyjno-biurowy z ciekawą dekoracją architektoniczną z 1900 roku oraz parterowa oficyna w głębi, zbudowana  około 1910 roku.
     
     
        Z branżą cukierniczą związana była także Fabryka Cukrów i Czekolady „Franboli” znajdująca się przy ul. Śnieżnej 2. Jej nazwa pochodzi od imion trzech braci, Franciszka, Bolesława i Ignacego Kiełbasińskich, właścicieli zakładu, który powstał w 1922 roku. Fabryka rozwijała się dynamicznie i w 1935 roku zatrudniała już 140 pracowników.
     
     
        Oprócz produkcji różnego rodzaju słodyczy, pakowano tam także herbatę. Specjalnością przedsiębiorstwa były wyroby marcepanowe, fantazyjne czekoladki w kształcie ostryg, grzybków, cygar lub literek, a także słynne „tęczowe” cukierki. Sprzedawano je na sztuki także w sklepie firmowym przy ul. Marszałkowskiej 113. Po wojnie zakład przeszedł pod zarząd fabryki „Wedla”.
     
     
        W zachowanym jej budynku biurowym, na jesieni 1944 roku mieszkał tow. Bierut.
     
     
         W okolicach znajdowało się kilka młynów parowych. Jeden z największych, Schutza i Parzyńskiego, zlokalizowany był przy ul. Brzeskiej 8.  Przed I wojną mielono tu delikatną białą mąkę służącą do wypieków żydowskiej macy. Później mąka okazała się mniej opłacalna i młyn wytwarzał m.in. płatki owsiane. Do dziś przetrwały relikty budynku biurowego od ulicy oraz czteropiętrowego młyna w głębi posesji.
     
     
        Wśród innych młynów  wymienić należy Warszawski Młyn Parowy przy ul. Objazdowej 2 oraz Młyn Parowy „Praga” należący do Hipolita Wawelberga (później Mieczysława Rubinsteina) przy ul. Okrzei 23. Pierwszy z wymienionych powstał w 1899 roku, zatrudniał 22 pracowników, a łączny obrót zakładu wynosił około miliona rubli. W 1910 roku jednym z jego  udziałowców został Karol Michler, znany właściciel młyna i piekarni na Woli. Zakład przetwarzał ponad 250 ton zbóż rocznie, z których produkowano  mąki i kasze.
     
     
        Zachowany do dziś stanowi jeden z najciekawszych zespołów przemysłowych dawnej Warszawy. Wśród zabudowy możemy odnaleźć m.in. budynek młyna oraz spichlerz i zabudowania portierni.
     
     
        Młyn z ul. Okrzei nie miał aż tyle szczęścia. Większość zabudowań uległa zniszczeniu podczas działań wojennych na jesieni 1944 roku.  Dziś w tym miejscu znajduje się apartamentowiec „Symfonia”, którego architekt ciekawie wkomponował w  bryłę budynku istniejące fragmenty ceglanej elewacji. Za zachowanym fabrycznym murem kryje się restauracja.
     
     
     
    CDN
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka wracała z synem z zakupów i podeszła do osiedlowego paczkomatu. Wyjęła z niego niewielką paczkę, rozdarła opakowanie - w środku były dwie identyczne książki.
    - Kupujesz po dwie? - zdumiał się Łukaszek.
    - Nie, druga jest dla mamy Wiktymiusza - mama Łukaszka zademonstrowała synowi okładkę. Był to dwudziesty siódmy tom trylogii "Jan Paweł Drugi wiedział" wydawanej przez "Wiodący Tytuł Prasowy" w ilości tysiąca egzemplarzy. Ten akurat opisywał przypadki molestowania kleryków przez  Kościół Katolicki w starożytnej Grecji udokumentowane przez pracowników niemieckich mediów w Polsce przez wywiady z bezpośrednimi świadkami.
    - Wiesz co - powiedziała mama Łukaszka chowając obie książki do torby. - Chodźmy do niej od razu. Może będzie w domu.
    mama Wiktymiusza była w domu, i to na dodatek nie sama. Na kanapie siedział jakiś pan. Mama Łukaszka wręczyła jej książkę, po czym wyciągnęła dłoń do pana na przywitanie i pozwoliła sobie na komentarz:
    - Wie pan co, ja nie jestem przesadną zwolenniczką savoir-vivre'u. ale jeśli kobieta wita się z mężczyzną uściskiem dłoni, to mężczyzna powinien wstać...
    - Wstałem - rzekł z rozpaczą pan i wtedy wszyscy zobaczyli, że jest on niezwykle niskiego wzrostu.
    Mama Wiktymiusza pospieszyła z wyjaśnieniami:
    - Pan jest aktywistą LGBTQN.
    - LGBTQ to wiem, a N co oznacza? - spytał Łukaszek.
    - Niscy - westchnął pan. - Od dziecka byłem niski i czułem się z tym źle. I dopiero popularność innych ruchów trans pozwoliła mi na odkrycie prawdy o sobie. Jestem wysoki!
    Łukaszek wydał krztuszący się dźwięk.
    - Jestem wysoki, tylko urodziłem się w ciele osoby niskiej - kontynuował pan, ale mama Łukaszka mu przerwała:
    - Wiem, w Polsce nie jest panu łatwo. Opresyjny reżim z brunatną kaczką w herbie niszczy i prześladuje osoby trans...
    - No niezupełnie - wtrąciła się mama Wiktymiusza. - Jak pani wiadomo można już uzyskać wsparcie państwowe podczas długiego i kosztownego zabiegu tranzycji, a ten pan też będzie mieć operację w sto procentach finansowaną przez państwo...
    - Operację?! - wystraszył się pan. - Mówili mi o tabletkach...
    - A o ile chce się pan... Tego...
    - Trzydzieści centymetrów.
    - Na samych tabletkach? Srogie tabsy - pokiwał głową Łukaszek. - Chyba tylko operacja i to nawet kilka...
    - A... Hm... - pan nerwowo odciągnął palcem dekolt swetra. - Może ja poprzestanę tylko na identyfikacji jako osoba wysoka...
    - Niech się pan nie martwi - pocieszył go Łukaszek. - Niech pan pomyśli co by to było, gdyby było odwrotnie. Gdyby był pan wysoki i identyfikował się jako osoba transniska...
    Pan zbladł. Ostatnie słowo należało jednak do mamy Łukaszka.
    - Wtedy wystarczyłaby jedna operacja!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    Redaktor Paweł Lisicki zabłysnął ostatnio głębią przemyśleń swych. Niestety za pejłolem, przeto nie zgłębiliście sensu jego przemyśleń. Otóż Rafał Ziemkiewicz w naszym języku ojczystym wnioskuje, że skoro nie możemy się wmieszać do wojny to armia nam nie potrzebna bo po co skoro musimy uniknąć walki za wszelką cenę? Wmieszanie się do wojny rozumiemy tak, że Ruscy staną nad granicą i i uderzą i się będziemy musieli bronić. Tymczasem mętny system pojęciowy red. Lisickiego uważa, że wmieszanie do wojny to nie wmieszanie do wojny. Nie wmieszanie do wojny to nie nie wmieszanie do wojny. Nie wmieszanie się do wojny oznacza, że atakować nie możemy. Coś tam wspomina o jądrowym. Polska nie ma atomu więc nie może atakować sowieta atomem. To po pierwsze.

    Redaktor Ziemkiewicz rację ma wywodząc, że skoro uznamy wmieszanie się do wojny za rzecz najgorszą to wszystko inne jest lepsze. Czyli powinniśmy zgodzić się na bolszewicką okupację. Powinniśmy się zgodzić na wszelakie rabunki, mordy i rzezie jakich dokonają kacapy, bo ta perspektywa jest lepsza niż wmieszanie się w wojnę.

    Lisicki od dawna opowiada takie kocopoły i słusznie jest miażdżony za nie. Ale nie rozumie sensu swego wywodu, dlatego też nie rozumie krytyki która na niego spada, i w ogóle nic nie rozumie.

    Konsekwentnie pomija on ruskie cele, czyli przejęcie kontroli nad przepływami strategicznymi. Wszystkie wynurzenia Bartosiaka o tych celach mówiące. Sens ruskiego ultimatum o którym było na blogu.

    II

    Podobnie red. Łukasz Warzecha wynalazł jakieś RAND Corporation, którym epatuje na swoim videoblogu i w do Rzeczy. To jest jakieś Stowarzyszenie Ludzi Niepełnosprawnych Umysłowo Nie Bez Własnej Winy. Podobne thinktanki gdzieś w 1985 roku przeprowadzały analizy rozwoju stosunków z ZSRS przez najbliższych 50 lat, do 2035 roku. A tu Soviet upadł parę lat później i kiszka. Nie rozumieją oni że Ruscy to nie są Amerykanie i nie myślą tak jak oni.

    Rosja jest skazana na ekspansję bo ma granicę, za którą są inne państwa, które mogą napaść na Rosję. Trzeba je zająć aby takie niebezpieczeństwo usunąć. Ale po zajęciu dalej jest granica, za którą są inne kraje które mogą… I je trzeba zająć. Rosja ma zatem okresy ekspansji podzielone okresami smuty, kiedy to się cofa. Ostatni taki okres to Załamanie ZSRS po 1989 roku. Objęcie panowania przez Putina przyniosło stabilizację wewnętrzną, likwidację partykularyzmów, krwawe stłumienie rebelii (Czeczenia!). Następnie ruszyła ekspansja zewnętrzna. Rosja wywołała wojnę z Ukrainą bez żadnej przyczyny, pchana jedynie imperialnymi ambicjami i roszczeniami.

    Tutaj red. Warzecha słusznie został zniszczony przez Marka Budzisza. Warzecha epatuje bowiem ideą rozejmu trwałego, który to scenariusz jest najmniej prawdopodobny. Słusznie kontrowany jest ideą pieredyszki: jesteśmy na początku cyklu wojen podobnego do Wojen Napoleońskich, Rosja często na początku ponosi klęski, ale w końcu wygrywa itp. Pokój w Tylży. Jeśli w wyniku rozejmy Soviet zatrzyma Donbas, Krym, lewy brzeg Dniepru, do tego anektuje Białoruś to będzie mógł takowy rozejm traktować jako swe zwycięstwo. Niemcy, Francja z radości ze wojna się skończyła zniosą sankcje i znów zaczną wysyłać noktowizory i inne wyposażenie wojskowe do Rosji.

    III
    Nie ma na razie tematu wojny agresywnej, bo nie jesteśmy zdolni. Za 10 lat będziemy zdolni najwcześniej. I włączyć się powinniśmy dopiero w ostatnim etapie konfliktu, czyli wykończeniu Ruska. Tak aby wygrać. Turcja np. za późno włączyła się do II Wojny Światowej i jest uważana słusznie za państwo neutralne. My powinniśmy się tak włączyć, żeby być państwem zwycięskim. Rosja z kolei powinna być rozpatrywana raczej jako coś w stylu trzęsienia ziemi albo powodzi, czyli siły, na którą nie mamy wpływu i z którą się nie da negocjować. Wiadomo, że podpiszą coś tam, ale potem złamią bez krępacji. Te całe RANDy nie kumają, że zawieranie jakichkolwiek porozumień z bolszewią jest bezcelowe. Jedyny sposób na osiągnięcie trwałego pokoju to tak ich puknąć, żeby się nie pozbierali. Tymczasem ci gadają Rogerem Watersem, że Rosji nie da się pokonać. Jak się nie da pokonać to trzeba się poddać i już.

    Z atomem jest podobnie: Jak Ruskim odwali do reszty to odpalą rakiety, nie licząc się z kosztami. Nie mamy na to wpływu. Jeśli jednak będą narażeni na odwet to nie wystrzelą. Dodatkowo jest kwestia stanu ich arsenału jądrowego, który może być różny. Na razie Chińczycy są przeciw.

    Gadanie że jak Putin zagrozi wystrzeleniem to mamy się poddać jest wykwitem moskiewskiej propagandy. Musimy cisnąć Amerykanów żeby dali nam najkonkretniejsze gwarancje, jakie się da.

    IV
    Przełamanie rosyjskiego lobby nastąpiło dopiero po moskiewskiej inwazji na Ukrainę rok temu. Funkcyjni tego lobby, często w stopniach generalskich, mogą obecnie wylewać frustracje swe w kaczofobicznych mediach. Ale zostało tego jeszcze sporo poupychanego na różnych stołkach. Dlatego dopiero teraz możliwe się stało zamówienie uzbrojenia antyrosyjskiego. Wieloletnie zaniedbania nadrabiamy.

    https://dorzeczy.pl/plus/polska-do-rzeczy/407866/wiadomo-ze-ukraincy-wal...

    https://youtu.be/KUTAoEEK7uM


     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    Redaktor Paweł Lisicki zabłysnął ostatnio głębią przemyśleń swych. Niestety za pejłolem, przeto nie zgłębiliście sensu jego przemyśleń. Otóż Rafał Ziemkiewicz w naszym języku ojczystym wnioskuje, że skoro nie możemy się wmieszać do wojny to armia nam nie potrzebna bo po co skoro musimy uniknąć walki za wszelką cenę? Wmieszanie się do wojny rozumiemy tak, że Ruscy staną nad granicą i i uderzą i się będziemy musieli bronić. Tymczasem mętny system pojęciowy red. Lisickiego uważa, że wmieszanie do wojny to nie wmieszanie do wojny. Nie wmieszanie do wojny to nie nie wmieszanie do wojny. Nie wmieszanie się do wojny oznacza, że atakować nie możemy. Coś tam wspomina o jądrowym. Polska nie ma atomu więc nie może atakować sowieta atomem. To po pierwsze.

    Redaktor Ziemkiewicz rację ma wywodząc, że skoro uznamy wmieszanie się do wojny za rzecz najgorszą to wszystko inne jest lepsze. Czyli powinniśmy zgodzić się na bolszewicką okupację. Powinniśmy się zgodzić na wszelakie rabunki, mordy i rzezie jakich dokonają kacapy, bo ta perspektywa jest lepsza niż wmieszanie się w wojnę.

    Lisicki od dawna opowiada takie kocopoły i słusznie jest miażdżony za nie. Ale nie rozumie sensu swego wywodu, dlatego też nie rozumie krytyki która na niego spada, i w ogóle nic nie rozumie.

    Konsekwentnie pomija on ruskie cele, czyli przejęcie kontroli nad przepływami strategicznymi. Wszystkie wynurzenia Bartosiaka o tych celach mówiące. Sens ruskiego ultimatum o którym było na blogu.

    II

    Podobnie red. Łukasz Warzecha wynalazł jakieś RAND Corporation, którym epatuje na swoim videoblogu i w do Rzeczy. To jest jakieś Stowarzyszenie Ludzi Niepełnosprawnych Umysłowo Nie Bez Własnej Winy. Podobne thinktanki gdzieś w 1985 roku przeprowadzały analizy rozwoju stosunków z ZSRS przez najbliższych 50 lat, do 2035 roku. A tu Soviet upadł parę lat później i kiszka. Nie rozumieją oni że Ruscy to nie są Amerykanie i nie myślą tak jak oni.

    Rosja jest skazana na ekspansję bo ma granicę, za którą są inne państwa, które mogą napaść na Rosję. Trzeba je zająć aby takie niebezpieczeństwo usunąć. Ale po zajęciu dalej jest granica, za którą są inne kraje które mogą… I je trzeba zająć. Rosja ma zatem okresy ekspansji podzielone okresami smuty, kiedy to się cofa. Ostatni taki okres to Załamanie ZSRS po 1989 roku. Objęcie panowania przez Putina przyniosło stabilizację wewnętrzną, likwidację partykularyzmów, krwawe stłumienie rebelii (Czeczenia!). Następnie ruszyła ekspansja zewnętrzna. Rosja wywołała wojnę z Ukrainą bez żadnej przyczyny, pchana jedynie imperialnymi ambicjami i roszczeniami.

    Tutaj red. Warzecha słusznie został zniszczony przez Marka Budzisza. Warzecha epatuje bowiem ideą rozejmu trwałego, który to scenariusz jest najmniej prawdopodobny. Słusznie kontrowany jest ideą pieredyszki: jesteśmy na początku cyklu wojen podobnego do Wojen Napoleońskich, Rosja często na początku ponosi klęski, ale w końcu wygrywa itp. Pokój w Tylży. Jeśli w wyniku rozejmy Soviet zatrzyma Donbas, Krym, lewy brzeg Dniepru, do tego anektuje Białoruś to będzie mógł takowy rozejm traktować jako swe zwycięstwo. Niemcy, Francja z radości ze wojna się skończyła zniosą sankcje i znów zaczną wysyłać noktowizory i inne wyposażenie wojskowe do Rosji.

    III
    Nie ma na razie tematu wojny agresywnej, bo nie jesteśmy zdolni. Za 10 lat będziemy zdolni najwcześniej. I włączyć się powinniśmy dopiero w ostatnim etapie konfliktu, czyli wykończeniu Ruska. Tak aby wygrać. Turcja np. za późno włączyła się do II Wojny Światowej i jest uważana słusznie za państwo neutralne. My powinniśmy się tak włączyć, żeby być państwem zwycięskim. Rosja z kolei powinna być rozpatrywana raczej jako coś w stylu trzęsienia ziemi albo powodzi, czyli siły, na którą nie mamy wpływu i z którą się nie da negocjować. Wiadomo, że podpiszą coś tam, ale potem złamią bez krępacji. Te całe RANDy nie kumają, że zawieranie jakichkolwiek porozumień z bolszewią jest bezcelowe. Jedyny sposób na osiągnięcie trwałego pokoju to tak ich puknąć, żeby się nie pozbierali. Tymczasem ci gadają Rogerem Watersem, że Rosji nie da się pokonać. Jak się nie da pokonać to trzeba się poddać i już.

    Z atomem jest podobnie: Jak Ruskim odwali do reszty to odpalą rakiety, nie licząc się z kosztami. Nie mamy na to wpływu. Jeśli jednak będą narażeni na odwet to nie wystrzelą. Dodatkowo jest kwestia stanu ich arsenału jądrowego, który może być różny. Na razie Chińczycy są przeciw.

    Gadanie że jak Putin zagrozi wystrzeleniem to mamy się poddać jest wykwitem moskiewskiej propagandy. Musimy cisnąć Amerykanów żeby dali nam najkonkretniejsze gwarancje, jakie się da.

    IV
    Przełamanie rosyjskiego lobby nastąpiło dopiero po moskiewskiej inwazji na Ukrainę rok temu. Funkcyjni tego lobby, często w stopniach generalskich, mogą obecnie wylewać frustracje swe w kaczofobicznych mediach. Ale zostało tego jeszcze sporo poupychanego na różnych stołkach. Dlatego dopiero teraz możliwe się stało zamówienie uzbrojenia antyrosyjskiego. Wieloletnie zaniedbania nadrabiamy.

    https://dorzeczy.pl/plus/polska-do-rzeczy/407866/wiadomo-ze-ukraincy-wal...

    https://youtu.be/KUTAoEEK7uM


     
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ostatecznie 26 stycznia 1919 roku wybrano 220 posłów w Królestwie Polskim oraz 69 w Galicji.
     
          W wyborach wzięło udział 4,6 mln osób, z czego 3,57 mln z nich oddało głosy w Królestwie Polskim a 1,03 mln  w Galicji. Frekwencja wyborcza wyniosła 84% w Królestwie Polskim i 83% w Galicji.
     
          Spośród okręgów wyborczych w Królestwie jedynie w jednym okręgu (nr 21 w Chełmie) wzięło udział mniej niż 60% uprawnionych do głosowania. Najwyższa frekwencję zanotowano w okręgu nr 8 w Koninie – 94%.
     
          W Galicji frekwencja wahała się od 59% w okręgu nr 46 w Przemyślu do 87 % w okręgu nr 43 w Rzeszowie.
     
          Narodowy Komitet Wyborczy Stronnictw Demokratycznych, zdominowany przez endecję, uzyskał w Królestwie Polskim 46,7% głosów, co przełożyło się na 89 mandatów. Prawica nie uzyskała mandatów jedynie w 5 okręgach (Włocławku, Koninie, Łukowie, Pińczowie  i Olkuszu), w pozostałych zdobywając od 1 do 11 mandatów (najwięcej w Łomży i Ciechanowie po 8 mandatów oraz w Warszawie – 11 na 16 możliwych do zdobycia).
     
          Na drugim miejscu uplasowało się PSL „Wyzwolenie” – 23,5 % głosów, co pozwoliło na uzyskanie 57 mandatów.  Partia ta wygrała wybory w 9 okręgach (m.in. Lipno, Łuków, Chełm, Lublin), a jedynie w 6 nie uzyskała żadnego mandatu (m.in. Ciechanów, Płock, Warszawa, Sosnowiec). W Zamościu ludowcy na 10 mandatów uzyskali 7, a w Olkuszu na 6 magnatów aż 5.
     
         Trzecie miejsce przypadło PPS, która zdobyła 9,1% głosów, co oznaczało objęcie 15 mandatów. PPS wygrała wybory jedynie w okręgu nr 29 w Sosnowcu, w 19 okręgach nie zdobyła żadnego mandatu, a w pozostałych od n1 do 2 (Łódź i Warszawa).
     
          Polskie Zjednoczenie Ludowe uzyskało 4,4 % głosów oraz  26 mandatów, największe poparcie zdobywając w Koninie, gdzie objęło na 7 aż 6 mandatów. Ponadto partia ta wygrała także wybory w Płocku, Kaliszu i Częstochowie.
     
         Narodowy Związek Robotniczy zdobył  2,1% głosów i 14 mandatów, a PSL „Piast”  - 2,5 % głosów i 8 mandatów.
     
         Spośród stronnictw reprezentujących mniejszości narodowe, które zdecydowały się wziąć udział w wyborach, najwięcej głosów uzyskali Żydzi zrzeszeni w Tymczasowej Żydowskiej Radzie Narodowej – 5%  głosów (4 mandaty). W sumie reprezentanci mniejszości w Królestwie zdobyli 10 mandatów Listy żydowskie 8 , listy niemieckie 2).
     
         W Galicji wyniki znacząco różniły się od tych, które odnotowano w Królestwie. Zdecydowane zwycięstwo odniosło tam Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast” uzyskując 34% głosów i 32 mandaty. „Piast” zdobył mandaty we wszystkich okręgach, zwyciężając w 6 (Tarnów, Rzeszów, Jarosław, nr 39 Wadowice, Nowy Sącz i Przemyśl). W Rzeszowie ludowy uzyskali wszystkie 6 mandaty.
     
         Drugie miejsce  zajęło Polskie Stronnictwo Ludowe „Lewica” – 19,7 %  głosów i 11 mandatów. W dwóch okręgach w Jaśle i Tarnobrzegu zdobyło odpowiednio 3 i 4 mandaty.
     
        Trzecie miejsce uzyskało PPS i PPSD – 17,9% głosów i 14 mandatów. Socjaliści wygrali w trzech okręgach (Kraków, Oświęcim i nr 38 Wadowice).
     
         Endecja zdobyła 9,9% głosów i 5 mandatów, a Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe 8,3 % i 4 mandaty. Żydzi natomiast zdobyli 1 mandat.
     
          Na pozostałych ziemiach wybory odbywały się jednocześnie z wycofywaniem się z nich wojsk okupacyjnych. I tak 16 lutego 1919 roku przeprowadzono wybory w Suwałkach, gdzie wszystkie 4mandaty przypadły endecji. 9 marca 1919 roku wybory odbyły się w Białej, gdzie mandaty zdobyły PSL „Piast” i endecja (po 2 ) oraz Polskie Zjednoczenie Ludowe i mniejszość żydowska.  15 czerwca 1919 roku przeprowadzono wybory w Białymstoku i Bielsku, gdzie wybrano 11 posłów, w tym 4 ZLN.
     
         W dniu 1 czerwca 1919 roku wybory przeprowadzono w czterech okręgach wyborczych w Wielkopolsce, w których dokonano wyboru 42 posłów.
     
          Partie prawicowe wystawiły wspólną listę pod nazwą Zjednoczenie Stronnictw Narodowych, która otrzymała poparcie 97% i zdobywając wszystkie mandaty (Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne – 13, Narodowe Stronnictwo Robotników – 18, Stronnictwo Mieszczańskie – 4, Stronnictwo Narodowo-Ludowe -6 , Centrum Obywatelskie – 1). Lista PPS zyskała 2,3 % głosów.
     
         2 maja 1920 roku przeprowadzono wybory w dwóch okręgach wyborczych na Pomorzu, w których wybrano 20 posłów. Najwięcej głosów (40%) otrzymała lista Narodowego Stronnictwa Robotniczego, zdobywając 9 mandatów. Kolejne miejsca zajęły listy: Związku Ludowo-Narodowego (17,6% i 5 mandatów), Polskiego Stronnictwa Ludowego (5% i 0 mandatów) i PPS (1% i 0 mandatów). Zgłoszone przez mniejszość niemiecką w listy wyborcze uzyskały w sumie 28% głosów, zdobywając 6 mandatów.
     
         Do tych wybranych posłów dołączono 44 parlamentarzystów, którzy weszli do parlamentu bez wyborów (28 członków d. austriackiego parlamentu i 16 deputowanych do b. parlamentu Rzeszy Niemieckiej). Po przeprowadzonych wyborach w Wielkopolsce i na Pomorzu wygaszono mandaty 11 parlamentarzystom do dawnego parlamentu niemieckiego.
     
         Biorąc pod uwagę wyniki wyborów przeprowadzonych na terenie całego kraju najsilniejszym ugrupowaniem w Sejmie Ustawodawczym został Związek Ludowo-Narodowy, który miał 109 posłów. Klub PSL „Wyzwolenie” grupował 57 posłów, PSL „Piast” — 44 posłów, Klub Związku Parlamentarnego Polskich Socjalistów, łączący PPS i PPSD, składał się z 35 posłów. Polskie Zjednoczenie Ludowe połączone z galicyjskim Stronnictwem Katolicko-Ludowym liczyło 31 posłów. W Klubie Pracy Konstytucyjnej działało 17 posłów. W Klubie Związku Robotniczego znalazło się 17 posłów, w klubie PSL-Lewica 11 posłów. Klub Żydowski składał się z 10 posłów, a niemiecki zaledwie z 2 reprezentantów. W takim układzie Sejm Ustawodawczy w początkowym okresie składał się z 10 klubów poselskich.
     
         Pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego, zwołane przez naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego, odbyło się 10 lutego 1919 roku. Tymczasowy Naczelnik Państwa w wygłoszonym orędziu podkreślił, iż „Półtora wieku walk, krwawych nieraz i ofiarnych, znalazło swój tryumf w dniu dzisiejszym. Półtora wieku marzeń o wolnej Polsce czekało swego ziszczenia w obecnej chwili. Dzisiaj mamy wielkie święto narodu, święto radości po długiej ciężkiej nocy cierpień. W tej godzinie wielkiego serc polskich bicia czuję się szczęśliwym, że przypadł mi zaszczyt otwierać Sejm polski, który znowu będzie domu swego ojczystego jedynym panem i gospodarzem. Radość dnia dzisiejszego byłaby stokroć większą, gdyby nie troska, że zbieracie się w chwili niezwykle ciężkiej. Po długiej, nieszczęsnej wojnie świat cały, a z nim i Polska, czekają z tęsknotą upragnionego pokoju. Tęsknota ta w Polsce dziś ziścić się nie może. Synowie Ojczyzny muszą iść, by bronić granic i zabezpieczyć Polsce swobodny rozwój".
     
         Cztery dni po uroczystej inauguracji Sejm głosami prawicy wybrał marszałkiem Wojciecha Trąmpczyńskiego. Wicemarszałkami zostali: Andrzej Maj (ZLN), Stanisław Osiecki (PSL „Wyzwolenie”), Jakub Bojko (PSL „Piast”), Jędrzej Moraczewski (PPS) i Józef Ostachowski (PZL).
     
     
    Wybrana literatura:
     
    T. Sumara - Kampania wyborcza partii politycznych do Sejmu Ustawodawczego w 1919 roku
    K. Kacperski -, System wyborczy do Sejmu i Senatu u progu Drugiej Rzeczypospolitej
    L. Krzywicki – Statystyka wyborów do Sejmu Ustawodawczego
    E. Maj - Związek Ludowo-Narodowy 1919–1928. Studium z dziejów myśli politycznej
    A. Ajnenkiel – Parlamentaryzm II Rzezcypospolitej 
    Polski wiek XX
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Krótki okres kampanii wyborczej do Sejmu Ustawodawczego i zimowa pora roku sprawiły, że ugrupowania polityczne próbowały wszelkimi możliwymi sposobami przekonać wyborców. 
     
          W agitacji przedwyborczej partie polityczne wykorzystywały prasę, drukowały ulotki i afisze. Nieodłącznym elementem agitacji stały się także wiece, zgromadzenia i demonstracje  W kampanii mało miejsca przeznaczano na przedstawianie programu pozytywnego, koncentrując się na atakach na przeciwników. Zazwyczaj  nie polemizowano z programem przeciwników, ograniczając się do wytworzenia u wyborcy negatywnego wizerunku i stereotypu kandydatów. Na plakatach i afiszach często widniały hasła wyborcze (np. „bezbożni socjaliści”, „żydomasoni”, „burżuje”, „krwiopijcy”), które wyrażały program odpowiadający obecnym potrzebom i odczuciom wyborców.
     
        Poważnym problemem dla wszystkich ugrupowań  stanowiło sformułowanie jasnego i czytelnego przekazu docierającego do milionów analfabetów, którzy po raz pierwszy otrzymali szansę na „spełnienie obywatelskiego obowiązku” i pójścia na wybory. Juliusz Zdanowski – jeden z przywódców endecji, w swoim dzienniku słusznie zwrócił uwagę, iż „Wybory poruszyły do agitacji całe masy, które dotąd nie były na poziomie społecznego oddziaływania. Stanęły one wobec świata nieznanego jakby w ciemności, nie widzą, nie widziały nic i naraz słyszą tylko rzucane sobie hasła i obietnice. Ocenić wartość ludzi, od których one pochodzą — masy te nie są w stanie. Tym bardziej zdobyć się na jakąkolwiek dozę krytycyzmu”.
     
          Innym wyzwaniem przed jakimi stanęli polityczni agitatorzy było dotarcie do kobiet. Przyznanie kobietom prawa wyborczego zmieniło ówczesną scenę polityczną niepodległej Polski. Jednocześnie udział kobiet w wyborach był jednym z nowych tematów, który pojawił się na łamach prasy.
     
         W wyborach w zależności od okręgu zgłoszono od kilku do kilkunastu list wyborczych. W samej Warszawie zarejestrowano aż 21 list wyborczych. Zacięta rywalizacja o głosy wyborców i zwycięstwo toczyła się pomiędzy endecją, socjalistami i ludowcami.
     
          Na sukces wyborczy liczyli przede wszystkim endecy. Narodowa Demokracja, skupiwszy wokół siebie wiele pomniejszych ugrupowań prawicowych (Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji, Polska Partia Postępowa, Zjednoczenie Narodowe, Stronnictwo Odrodzenia Narodowego, Koło Polityczne Zrzeszeń Rzemieślniczych i Narodowa Organizacja Wyborcza Kobiet Polskich) występowała pod nazwą Narodowego Komitetu Wyborczego Stronnictw Demokratycznych. Reprezentanci obozu narodowego w podpisanym porozumieniu z 18 grudnia 1918 r. określili zasady współpracy w ramach prowadzonej kampanii wyborczej. W ogłoszonej odezwie przedstawiciele prawicy podkreślili, że tylko ich zwycięstwo w wyborach dawało szansę „do utrzymania w kraju porządku i ładu na ścisłym panowaniu prawa opartego”.  Wskazywano również na potrzebę wykreowania w przyszłym Sejmie większości, dającej szansę zorganizowania państwa polskiego opartego na podstawach demokratycznych, przeprowadzenia reform społeczno-gospodarczych, koniecznych do stworzenia odpowiednich warunków rozwoju dla warstw ludowych, które miały być podstawą i źródłem siły narodów.
     
           Agitacja przedwyborcza prawicy zdominowana została przez dwa zagadnienia. Pierwsze odnosiło się do utraty suwerenności przez Polskę, która według przedstawicieli narodowych miała nastąpić w konsekwencji zaszczepienia w polskim społeczeństwie przez partie lewicowe idei rewolucji bolszewickiej. Drugi temat koncentrował się wokół wątku domniemanej działalności wywrotowej, jaką przeciwko państwu polskiego podejmowały mniejszości narodowe, zwłaszcza Żydzi. Endecja ostrzegała obywateli przed możliwymi konsekwencjami udanej „nawałnicy bolszewickiej”, która ponownie miała odebrać Polsce niepodległość. Politycy stronnictw prawicowych postrzegali komunizm jako szkodliwą ideologię, której głównym celem było zniszczenie historycznych fundamentów Europy, opartych na chrześcijańskich zasadach.
     
          Organizacje kobiece wspierające NKWSD apelowały do kobiet, aby licznie wzięły udział w wyborach. W zamieszczanych na łamach prasy odezwach podkreślano, iż „Musimy wziąć jak najliczniejszy udział w akcji wyborczej, obowiązkiem każdej z nas jest uświadamiać jak największe koła wyborczyń o doniosłości zadań Sejmu i wadze wyborów”.
     
         Z kolei  liderzy PPS twierdzili, że ich partia powinna zdobyć około 46-55 mandatów. W każdym razie spodziewano się, że lewica uzyska nieznaczną większość w Sejmie Ustawodawczym. W Galicji akcja wyborcza podlegała Komitetowi Wykonawczemu PPSD, a na terenie dawnego Królestwa kierownictwo PPS w połowie grudnia 1918 roku powołało Centralne Biuro Wyborcze.
     
           Socjaliści starali się nadać kampanii wyborczej do Sejmu Ustawodawczego charakter plebiscytu. Ich akcja propagandowa skierowana była przeciwko prawicy, w tym przypadku nie chodziło jedynie o Narodową Demokracje i inne mniejsze partie narodowo-chrześcijańskie i konserwatywne, ale także o PSL „Piast”. Socjaliści akcję wyborczą przede wszystkim oparli na hasłach obrony dorobku rządów ludowych, podkreślając, że tylko kontynuacja rozpoczętych reform społecznych i gospodarczych może zapewnić ewolucję ustroju Polski w kierunku demokratycznym. 
     
            W odezwach i wypowiedziach przedstawicieli partii PPSD i PPS dominowała krytyka Kościoła i jego postawy. W obozie socjalistycznym panowała opinia, że Kościół jest jednym z filarów państwa, a osłabienie jego pozycji politycznej utoruję drogę do zbudowania nowoczesnego i świeckiego państwa.
     
         Fakt, że większość wyborców mieszkała na wsi i utrzymała się głównie z pracy w rolnictwie sprawił, że w agitacji wyborczej swoją obecność wyraźnie zaakcentowały ugrupowania chłopskie. W dawnym zaborze austriackim dominującą pozycję miała partia kierowana przez Wincentego Witosa – PSL „Piast”. Działacze tego ugrupowania w kampanii wyborczej krytykowali przeciwników politycznych, zwłaszcza lewicę. Na łamach drukowanych ulotek i gazet przedstawiali socjalistów jako środowiska, które w pierwszych miesiącach niepodległości wyrządziły wielkie szkody. Liderzy „Piasta” podkreślali, że prawowitym gospodarzem interesów w Polsce powinien stać się przyszły parlament, w którym powinna zasiadać najliczniejsza reprezentacja chłopów. 
     
          Partia Wincentego Witosa akcentując poszanowanie do religii, tradycji i prawa własności, zamierzała przejąć rolę wiodącą w przyszłym parlamencie. Uznając potrzebę  konieczności dokonania daleko idących reform społecznych i gospodarczych, jednocześnie obiecywali prowadzenie polityki opartej na „zdrowym, chłopskim rozsądku, wolnym od niedościgłych mrzonek teoretyków – socjalistów”.
     
          Na terenie byłej Kongresówki spore wpływy posiadało PSL „Wyzwolenie”. Lewicowa parta chłopska akcentowała pogląd, że nadchodzące wybory stanowić będą pierwszy poważny sprawdzian dojrzałości mas ludowych. Działacze ugrupowania dowodzili, że tylko „lud gospodarz” może rzetelnie bronić niepodległości Polski. Wymowne było zamieszczone w jednej z odezw kolportowanych przez ludowców hasło: „Sprawa ludu jest sprawą narodu, kto wrogiem ludu — ten wrogiem Polski”.  W kampanii wyborczej stronnictwo jednoznacznie opowiadało się za radykalnie podjętą reformą rolną.
     
           W walce wyborczej swoją obecność próbowało zaznaczyć też niewielkie ugrupowanie działające na terenie Galicji, prowadzone przez Jana Stapińskiego — PSL-Lewica. Podobnie jak PSL „Wyzwolenie”, stało na stanowisku, że w odrodzonej Polsce konieczna jest radykalna reforma rolna. Jeden z anonimowych publicystów związanych z PSL-Lewica pisał: „Władza panów musi być złamana raz na zawsze. […] Nie możemy dopuścić do rządzenia Polską panów ani narzędzi pańskich, gdyż gotowi po raz drugi ojczyznę naszą zaprzedać i lud polski w otchłań ucisku niewoli wtrącić”.
     
    CDN.
    5
    5 (1)