blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Józef Kasprzak został skazany w 1951 roku skazany na 8 lat więzienia za zwalczanie łódzkich komunistów w II RP.
     
     
          Józef Kasprzak po powrocie w 1945 roku do Łodzi odnalazł żonę i syna, który  po uwolnieniu z obozu koncentracyjnego w Dachau wymagał natychmiastowej  hospitalizacji.  Rodzina musiała sprzedać część zachowanego majątku, aby opłacić koszty jego operacji i rehabilitacji.
     
     
           Kasprzak w grudniu 1945 roku został  zatrudniony na stanowisku księgowego w Państwowych Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Łodzi, gdzie pracował do czasu aresztowania.
     
     
         21 maja 1949 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w swoim domu przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Postanowienie o jego zatrzymaniu podpisał mjr Jan Wołkow z Departamentu III MBP.
     
     
          W tym czasie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego rozpoczęło, zakrojone na szeroką skalę, działania represyjne wymierzone przeciwko kadrom przedwojennych służb specjalnych. Wiosną 1949 roku wydano wytyczne do rozpracowania obiektowego krypt. „Targowica”, zgodnie z którymi komunistyczny aparat bezpieczeństwa miał ujawnić, zewidencjonować i rozpocząć inwigilację wszystkich osób, które do 1939 roku były związane ze służbami specjalnymi II Rzeczypospolitej.
     
     
          Komuniści traktowali takie osoby jako potencjalnych uczestników działalności antypaństwowej,  w tym akcji dywersyjnych i operacji szpiegowskich.  
     
     
            Ze względu na fakt, że Józef Kasprzak jako funkcjonariusz Policji Politycznej był bezpośrednio odpowiedzialny za zwalczanie przed wojną ruchu komunistycznego, natychmiast po aresztowaniu przewieziono go do Warszawy, gdzie śledztwo w jego sprawie przejął Departament Śledczy MBP.
     
     
          W trakcie śledztwa współpracował z przesłuchującymi go oficerami MBP, składając obszerne zeznania. Ujawnił m.in. dane dotyczące kilkudziesięciu konfidentów Policji Państwowej zwerbowanych wśród członków łódzkiej KPP i jej sympatyków. Podał adresy mieszkań konspiracyjnych, gdzie funkcjonariusze spotykali się z informatorami, opisał największe przeprowadzone antykomunistyczne akcje Policji Państwowej w Łodzi. Dodatkowo scharakteryzował znaną mu kadrę kierowniczą Policji Politycznej w Łodzi. W śledztwie oświadczył, iż „wszystkie likwidacje dokonane w tym okresie czasu za małym wyjątkiem były zorganizowane przeze mnie i cały ciężar odpowiedzialności, o ile taka istnieje – niestety ja sam tylko muszę ponosić, bo ja je świadomie reżyserowałem i organizowałem”.
     
     
           Składając tak obszerne zeznania zapewne sądził, że dzięki temu uniknie wysokiego wyroku.
     
     
           Jedna z podanych przez niego informacji okazała się prawdziwą sensacją. Otóż zeznał, że w 1938 roku konfidentem Policji Politycznej „na stałej pensji” chciał zostać Mikołaj Diomko, po wojnie znany jako Mieczysław Moczar, członek Komitetu Centralnego PPR, w latach 1945–1948 okrutny szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi.
     
     
          Ostatecznie do formalnej współpracy Moczara z Policją Polityczną jednak nie doszło. Powody tej decyzji Kasprzak wyjaśniał następująco: „Ponieważ mieliśmy dostateczną ilość stałych, płatnych konfidentów z jednej strony, zaś z drugiej osobnik ten poprzednio trudnił się kradzieżą węgla z kolei i drobnymi kradzieżami mieszkaniowymi – odmówiłem współpracy. (…) W ogóle osobnik ten miał b. złą reputację”.
     
     
           Sprawa była na tyle poważna, że Kasprzak został przesłuchany osobiście przez gen. Romana Romkowskiego – wiceministra MBP i płk. Józefa Różańskiego – dyrektora Departamentu Śledczego MBP. W jego trakcie potwierdził  swoje rewelacje, dodając jeszcze: „(…) jak ja go znam, Moczar nigdy nie był ideowym komunistą i ściśle związany z partią. Był  taki chłopak łobuziak, nawet jeśli chodzi o ścisłość, to jest w Łodzi kolejarz, który go złapał gorącym uczynku”.
     
     
           Gdy oficerowie MBP spytali go jak mieszkańcy Łodzi oceniali powojenną karierę Moczara, Kasprzak bez  ogródek odpowiedział, że Łodzianie dziwili się, że „z takiego łobuziaka wypłynął generał”.
     
     
           Trudno powiedzieć czy informacje te zostały wykorzystane przeciwko Moczarowi, który już  w połowie 1948 roku przestał pełnić funkcje szefa WUBP w Łodzi, a po rozprawie z Gomułką został w wyniku „niedostatecznej samokrytyki”  ukarany został naganą partyjną, zdegradowany na zastępcę członka KC, a na początku września 1948 roku przeniesiony został na drugorzędne stanowisko wojewody olsztyńskiego.
     
     
          Po aresztowaniu Kasprzak szybko zapadł na zdrowiu,  zdiagnozowano u niego gruźlicę, a w 1950 roku chorobę nowotworową przełyku. Od stycznia 1950 roku przebywał w szpitalu więziennym. Bezskutecznie zwracał się pisemnie bezpośrednio do płk. Różańskiego z prośbą o zwolnienie z więzienia.
     
     
           Pomimo jego coraz bardziej beznadziejnego stanu zdrowia śledztwo kontynuowano. Zakończono je dopiero w grudniu 1950 roku  –  po 19 miesiącach pobytu Kasprzaka w areszcie.  Oskarżono go o to, że „idąc na rękę ruchowi faszystowskiemu” jako kierownik sekcji antykomunistycznej Policji Państwowej w Łodzi rozbijał ruch robotniczy i że przyczynił się do aresztowania oraz gnębienia wielu lewicowych działaczy.
     
     
          Czyny te, według aktu oskarżenia, stanowiły zbrodnie przewidziane w „Dekrecie z dnia 22 stycznia 1946 r. o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego”.
     
     
           Pół roku później stanął przed Sądem Wojewódzkim dla m.st. Warszawy. W czasie rozprawy udowodniono mu, iż dzięki sieci konfidentów skutecznie likwidował ogniwa KPP, Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP), Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), PPS-Lewicy.
     
     
          Miał także brać udział w rewizjach i zlecał aresztowania działaczy lewicowych, przedkładał do akceptacji listy osób, które zostały zakwalifikowane do miejsca odosobnienia w Berezie Kartuskiej (jak ustalono, dotyczyło to 30–40 osób).
     
     
          5 czerwca 1951 roku, Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał Józefa Kasprzaka na karę łączną 12 lat więzienia, złagodzoną na mocy tzw. amnestii lutowej z 1947 roku do lat 8.
     
     
         Tak więc Kasprzak został skazany w majestacie komunistycznego państwa za sumienne wykonywanie obowiązków służbowych funkcjonariusza Policji Państwowej.
     
     
          W uzasadnieniu wyroku w propagandowy sposób zarzucono mu budowę w Polsce ustroju faszystowskiego, wskazując, iż „przez wiele lat brał udział – po stronie burżuazji – w walce klasy robotniczej z burżuazją o wyzwolenie z kapitalistycznego upośledzenia i ucisku. Działanie jego miało na celu narzucenie społeczeństwu poglądu, że kapitalistyczny ustrój klasowy jest czymś stałym, trwałym i jedynie prawidłowym, dążył do ugruntowania ustroju faszystowskiego w Polsce i do tego by poszczególni działacze robotniczy aresztowani i osadzeni w więzieniach czy miejscach odosobnienia, wyrzekli się swych ideałów społecznych i politycznych, oznaczających nowe – wyższe, doskonalsze formy zbiorowego współżycia, stąd działanie jego było szkodliwe dla Narodu Polskiego, utrudniało bowiem społeczne i polityczne wyzwolenie przeważającej części społeczeństwa z ucisku garstki posiadaczy i ich sanacyjnego aparatu państwowego”.
     
     
          Komunistyczny sąd nie omieszkał też podkreślić, że skazany, sam pochodzenia robotniczego stał się wrogiem klasy robotniczej”.
     
     
          Kasprzak nie bronił się, wiedząc że jego dni są i tak już policzone z powodu zaawansowanej choroby nowotworowej.
     
     
          Jego żona starała się o przerwę w odbywaniu przez niego kary, ale nie wyraził na to zgody osobiście płk Anatol Fejgin – dyrektor Biura Specjalnego MBP.
     
     
          15 sierpnia 1951 roku  Józef Kasprzak zmarł w szpitalu więziennym w Warszawie.
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    J. Bednarek  -  Józef Kasprzak (1896–1951). Postać kierownika sekcji antykomunistycznej Komendy Policji Państwowej m. Łodzi w latach 1929–1939 w świetle dokumentów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
     
    A. Misiuk -  Policja Państwowa 1918–1939. Powstanie, organizacja, kierunki działania
     
    K. Halicki - Policja polityczna w Polsce w okresie międzywojennym
     
    A. Krzak - Terrorystyczna i wywrotowa działalność organizacji komunistycznych w Polsce
    w latach 1921–1939
     
    R. Leśkiewicz – Represje wobec funkcjonariuszy kontrwywiadu II RP stosowane przez komunistyczne organy bezpieczeństwa państwa
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  1

    Oczywiście PiS jest przeciw Unii Europejskiej. Na swoich konwentyklach śpiewają nawet piosenki antyunijne. Sam słyszałem:

    - Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!

    Nie jest tak, że członkostwo jest zaklepane raz na zawsze, zawsze są jakieś warunki brzegowe których przekroczenie spowoduje nieuchronne wystąpienie. Spytajcie dowolnego euroentuzjasty  czy jak Unia każe żreć gruz to będzie żarł czy jednak się wypisze? To może być pasjonujące doświadczenie poznawcze. I ekscytujące.  Pisowców tez możecie się pytać, ciekawe co odpowiedzą? Nie wiem. Może kolektyw się wypowie?

    W każdym razie dyskusje o Polexicie jest na razie bezprzedmiotowa bo plany unijne najpierw muszą zostać zrealizowane. Ostatni pomysł aby zakazać mówienie "Boże Narodzenie" i używania imion Maria i Jan jest konsekwentnym elementem planów unijnych: żeby było jak za Stalina. Sam termin komisarze nawiązuje do czego? Za Stalina był Dziadek Mróz, nie można było obchodzić Bożego Narodzenia itp. Aby pojąć bieżące wydarzenia należy zapoznać się z lekturą uzupełniającą:

    Feliks Koneczny "Cywilizacja żydowska"

    Pozycja fundamentalna tylko za mało przykładów tam jest.

    Wracając do Unii to wypada się zastanowić jakie będą skutki jej polityk rozmaitych. Profesor Antoni Dudek tego nie czyni niestety tylko się odkleja niestety. Razem z Redaktorem Warzechą niestety.  Mamy tu Fit for 55  z konsekwencjami:

    - zakaz aut prywatnych,

    - upadek przemysłu, brak miejsc pracy,

    - ograniczenia w hodowli i rolnictwie,

    - brak pądu i centralnego ogrzewania.

    Ekologiści jakoś tak zwykle działają aby ich działalność przyniosła korzyść Rosji, która za pieniądze ze sprzedaży gazu najedzie sobie Ukrainę. Likwidacja węgla i atomu dodatkowo uzależni UE od Rosji, która se będzie zakręcać kurek z gazem po uważaniu. A nie Putin obiecał że nie będzie. Dalej mamy przejście na auta elektryczne, które nie będą jeździć bo sieć energetyczna nie wytrzymie takiego poboru mocy. Już teraz użytkownicy płaczą że jak włączą ogrzewanie to akumulatory się rozładowują szybko. Elektronika nie radzi sobie z prognozowaniem zasięgu w takich warunkach. Kufaje muszą se wozić i zakładać. Dalej: auto elektryczne jest drogie i dofinansowywane, czyli biedaki których nie stać  składają się na nowomodny gadżet dla bogaczy. Skończy się rynek aut używanych za 10 czy 20 tysięcy albo i nawet 6. Nowy komplet akumulatorów kosztuje chyba więcej niż nowe auto przeto nie opłaca się wymieniać. Normalsów nie będzie stać zatem na auto.A co z wpływami za akcyzę na benzynę?

    i na ogrzewanie domu tez nie będzie stać, zarówno wolnostojącego jak i bloku. Powkręcali ludzi na likwidację pieców węglowo-groszkowych i przejście na gaz a tu gaz pójdzie w górę. Czy pójdzie na tyle że ludzi przestanie być stać na ogrzewanie? Czy problem się nasili na tyle że będzie brakować gazu i nie będzie czym grzać? Nie będzie prądu w ogóle? Niech nas euroentuzjasty objaśnią?

    Przejdźmy teraz do głodu: Lewicowy publicysta Rafał otoka-Frąckiewicz wskazuje na umowy handlowe Niemcy - Argentyna i szerzej Ameryka Południowa. Artykuły przemysłowe w zamian za żywność. I aby to działało trzeba wykończyć nasze rolnictwo, które jest konkurencyjne. Nie wszyscy to rozumieją, że tu chodzi o przeniesienie produkcji poza UE, gdzie żadnych standardów nie będzie i nikogo to nie obejdzie.

    Dalej mamy agendę CEP Spurek, czyli zakaz mięsa i nabiału, co spowoduje głód. Soję na sojowe latte uprawia się w Europie czy jednak nie? I mówię tu o prawdziwym głodzie, który może przybrać rozmiary wielkiego głodu na Ukrainie. Czy jednak nie może?

     

    II

    Oczywiście bogacze, których lewaki rzekomo zwalczają jakoś se tu poradzą. Podobnie europosłów będzie stać i będą mieli służbowe. I będą trzepać kasiorę na exploatacji bidoków i na czarnym rynku. Przejdźmy teraz do etapów i ich mądrości [1]:  Torby foliowe i caly ten plastik weszły jako ekologiczne: Nie trzeba ciąć drzew na papier czy tam coś itp. Takie było uzasadnienie. Ale to było we wcześniejszym etapie a teraz wszedł nowy etap i foliowe już są nieekologiczne a papierowe ekologiczne. Jednocześnie  protestują przeciw cięciu drzew. Podobnie będzie z wiatrakami i panelami słonecznymi: są zrobione z plastiku którego się nie da utylizowac, panele zmieniają albedo (odbijalność światła) Ziemi, wiatraki osłabiają wiatr co szkodzi, powodują obrażenia ptaków i ich śmierć, teren pod farmą nie nadaje się już do niczego bo wlano mnóstwo betonu w fundamenty. Wszystko to się zużywa. Dodatkowo wtedy kiedy prądu potrzebujemy najbardziej to to wszystko nie działa. Np. w zimie brak wiatru i krótki dzień. I chmury. I śnieg na panelach. I wiatraki trzeba zasilać prądem bo muszą się obracać. Wszystko to lewaki odkryją w następnym etapie i zaczną się miotać. Oni na prawdę tak działają.

    III Co na to PiS?

    Tusk zobowiązał się do przyjęcia Euro ale nie powiedział kiedy. Podobnie Chińczycy zobowiązują się do zmniejszenia emisji CO2 ale kiedyś. Tymczasem minister pisiorski aspirował do koryta unijnego więc musiał się wykazać. Podobnie mieliśmy piątkę dla zwierząt wymyślona przez Moskala. Premier Morawiecki chyb myśli, że jak będziemy nadgorliwym prymusem to Unia nam odpuści sądy i inne takie. Naiwniak. Powinien się zobowiązać do węgla ale w terminie nieokreślonym. A tu pisiory wprowadziły segregację śmieci do której Unia ich nie zobowiązała. W sensie nie mieli obowiązku wprowadzić tylu rodzajów śmietników. Oni wprowadzają te bzdury bo chcą. Bo są popierniczeni.

    Nie zdają sobie sprawy z konsekwencji bo są na to za głupi. Taka jest gorzka prawda. Chociaż trochę sobie zdają bo doszły mnie słuchy że piątka dla zwierząt poszła w odstawkę i ekipa od Ardanowskiego znowu objęła koryto rolnicze. Sam Ardanowski nie bo coś tam na niego mają. Ciekawa sprawa.

    Jakie są zatem postulata gospodarcze: utrzymanie produkcji rolnej w tym hodowli i futerkowców, utrzymanie przemysłu, utrzymanie cen prądu itp.

     

    PS: Jeszcze sztuczna hodowla mięsa wchodzi. To dopiero będzie miało ślad węglowy i będzie nieekologiczne.

    PS2: Za Stalina prywatna własność aut była ograniczona, dostępność mięsa była niewielka, prawie ideał. Co prawda kopcili. Ale można postawić znak równości między:

    wyrzeczenia dla budowy komunizmu i świetlanej przyszłości a wyrzeczenia dla walki z GLOBCIEM

    I efekt będzie równie opłakany.

    CDN

    Przypisy:

    1 - Towarzysz Lenin objawił prawdę taką, że rewolucja składa się z etapów. Każdy etap ma swoje prawdy, cele, środki, metody. Po przejściu do następnego etapu prawda poprzedniego staje się kłamstwem itd. Ponieważ jesteśmy rewolucyjnie do tyłu przeto ratunkiem naszym jest pokazywanie patologii następnych etapów. Czyli sytuacji z krajów gdzie dalej zaszło. Informacje takie, jako przyszłościowe, budzą ataki furii u tamtych.
    5
    5 (3)

    1 Comments

    Obrazek użytkownika Danz

    Danz
    Najgorsze jest to, że brukselskie wariatkowo naprawdę wierzy w swoje "przepowiednie klimatyczne" i "ekolo-religię."
    Wolno im, ale czy my musimy się dostosowywać do zielonych szaleńców?  Gorsza sprawa, że po zmianie waadzy, zielone reformy dopiero ruszą "z kopyta."

    Cytat:
    Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
    Empedokles

  •  |  Written by Danz  |  0
    Ta instytucja powołana przez państwa członkowskie zbiera każdego roku informacje przekazywane jej przez właściwych ministrów obrony, analizuje je i publikuje raporty. Co wynika z ostatniego z nich? W 2020 roku łączne wydatki na obszar wojskowy 26 państw tworzących Unię Europejską, objętych badaniem, zamykały się kwotą 198 mld euro, co oznacza, że w relacji do PKB wzrosły one w ciągu roku o 5 proc. i dziś stanowią średnio 1,5 proc. łącznego PKB. Ten wzrost, który może napawać optymizmem, jest najprawdopodobniej wynikiem spadku PKB w wielu krajach w efekcie kryzysu związanego z pandemią, ale i tak mamy do czynienia z pozytywnym trendem, który warto odnotować. Tym bardziej, że porównując obecne wydatki państw Unii na bezpieczeństwo np. z rokiem 2014, mamy do czynienia z wyraźnym wzrostem. I tak wówczas Unia łącznie wydała na obronę 159 mld euro, a w 2020, jak już pisałem, 198 mld. Mamy do czynienia z szóstym z rzędu rokiem wzrostu wydatków państw członkowskich w tym obszarze. Pozytywne jest, zdaniem analityków European Defence Agency, również i to, że obecny kryzys, odmiennie niźli to było w 2008 roku, nie doprowadził do znaczących redukcji wydatków na obronność, co w ich opinii może oznaczać, iż mamy do czynienia z odwróceniem wieloletniego niekorzystnego trendu, co potwierdza i to, że tylko 7 państw z 26 ujętych w raporcie zmniejszyło w latach 2019 – 2020 swe wydatki na obronność.
    https://wpolityce.pl/swiat/576929-europa-wydaje-na-obrone-wiecej-ale-bar...
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0

    Administracja jasno powiedziała kongresmenom, że doszli do porozumienia z Niemcami. Jeśli Rosja zaatakuje, to będzie koniec NS2

    —powiedziało PAP źródło w Kongresie.

    Jak zaznaczył rozmówca PAP, był to jeden z czynników, który doprowadził do usunięcia z kompromisowego projektu budżetu obronnego (NDAA) nowych sankcji na gazociąg. Innym były wewnętrzne spory między politykami obu partii.

    Nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy włączyć poprawkę Rischa czy Menendeza, więc ostatecznie zrezygnowano z obu

    —dodał.

    Poprawka republikańskiego senatora Jima Rischa miała nałożyć dodatkowe sankcje na Nord Stream 2, zaś poprawka Demokraty Roberta Menendeza - nazwana „matką wszystkich sankcji” - zawierała szereg sankcji wobec NS2, rosyjskiego systemu finansowego i oligarchów, które miałyby być uruchomione w razie rosyjskiej agresji. Według źródła PAP, te sankcje wciąż są możliwe do wprowadzenia przez administrację Bidena bez osobnej ustawy Kongresu. 


    https://wpolityce.pl/swiat/577135-nie-bedzie-nowych-sankcji-na-ns2-berli...
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0

    Według telewizji, planowaniem ewentualnej akcji kieruje Pentagon. Źródła CNN wskazują, że choć nie jest jasne, czy Rosja podjęła decyzję o ponownej inwazji na Ukrainę, to zgromadziła wokół jej granicy wystarczającą liczbę wojska, by przeprowadzić atak z niewielkim wyprzedzeniem. Według amerykańskich służb Rosja ma wzdłuż granic Ukrainy ponad 100 tys. żołnierzy i może wkrótce dojść do poziomu 175 tys.

    - Dyskusje są częścią planowania na wypadek, gdyby sytuacja bezpieczeństwa rażąco się pogorszyła

    - podaje telewizja, dodając że według oficjeli obecnie nie ma potrzeby opuszczania kraju przez obywateli USA. Rozważane mają być różne scenariusze, od ewakuacji tylko części personelu misji dyplomatycznej, do szerszej ewakuacji wszystkich Amerykanów. Ostateczną decyzję o rozpoczęciu takiej akcji miałby podjąć Departament Stanu USA.
    Całość:

    https://niezalezna.pl/421758-usa-maja-juz-projekt-ewakuacji-amerykanow-z...
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Everyman  |  0
    Rozchwiały się i pogrążyły w chaosie tzw "przekazy dnia" polskiej opozycji po ujawnieniu fragmentów umowy koalicyjnej niemieckich partii, z których lada chwila wyłoni się nowy rząd. Rzecz jasna źródłem konfuzji stał się zapis o dążeniu do federalizacji UE i szczególnej odpowiedzialności Niemiec za ten projekt. Od reakcji typu "Ależ gdzież tam, ależ skąd!" poprzez "To tylko plan,  niemożliwy do realizacji, bo przecież jednomyślność ..." do "federalizacja = być albo nie być UE".   Zmieszanie i widoczna jeszcze nieśmiałość opinii może dziwić, bo kontrowersje wokół federalizacji to od dawna główna oś sporu wokół UE, a czasu by jasny pogląd wyartykułować było aż nadto. Przestaje dziwić, gdy uświadamia, że bezwarunkowe opowiedzenie się za powstaniem "Stanów Zjednoczonych Europy" niesie w pakiecie uznanie hegemonii Niemiec w przyszłej UE z perspektywą marginalizacji państw narodowych i nagłej konstatacji, że łaskawości dotychczasowych wyborców może z tego powodu zabraknąć.   Dopóki obraz Polski jako nowego landu wydawać się będzie zbyt szokujący dla sprzyjającego opozycji elektoratu, dopóty będziemy świadkami przedziwnych  medialnych wygibasów i deklaracji w rodzaju "chciał(a)bym i boję się".    Chwilowo wiodącym hasłem będzie formułowany już teraz pogląd, że "razem przecież lepiej niż osobno", zwłaszcza w obliczu nieuniknionej w przyszłości konfrontacji z potęgą Rosji czy Chin.   To złowrogie "razem" w zestawieniu z tragiczną historią narodowych zrywów wzniecanyych przeciwko narzucanej nam obcej hegemonii ma być dziś alternatywą dla rzekomo grożącego nam osamotnienia. To "razem" z Niemcami w wielu polskich rodzinach budzi co najmniej popłoch, a mnie nie przekonuje z kilku powodów, z których historyczne doświadczenia wysuwają się, owszem, na czoło licznych wątpliwości, lecz nawet te, z pozoru najmniej ważne, całkiem prywatne, czasem nie pozwalają zasnąć.    Dlaczego? Już wyjaśniam.   Wyobraźmy sobie ten sfederalizowany raj, przed którym  klakierzy niemieckiej dominacji tak chętnie chylą czoła. Porównajmy go do firmy, której właściciel dba by dobrostan zatrudnionych w niej pracowników nie doznawał uszczerbku, wyobraźmy sobie, że wszystko jest super ...   Poznałem kiedys właściciela  niewielkiej szkoły językowej. Uczył  w niej sam i zatrudniał kilku lektorów, którym starał się stworzyć optymalne warunki pracy. Wrzesień po wakacjach przeciwstawiał zwykle dobre chęci realnym możliwościom. Raz było gorzej raz lepiej. Balcerowiczowskie schładzanie gospodarki i  rostowskie " niemanie piniędzy" ograniczało niekiedy ilość słuchaczy do minimum. Cóż wtedy robił strapiony właściciel? Formował grupy wylącznie dla siebie, bo zatrudnianie lektorów groziło bankructwem. "Bliższa ciału koszula" mawiał z zażenowaniem, stawiając byt najbliższych ponad los pracowników.    Tylko naiwni uwierzą w niemiecki altruizm. Wśród polskiej opozycji naiwnych nie brakuje, lecz zakłamanych cyników także pod dostatkiem.          
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Józef Kasprzak w latach 30. kierował w Łodzi sekcją policji zwalczającą ruch komunistyczny.
     
     
          Józef Kasprzak urodził się w Łodzi 19 marca 1896 roku w rodzinie robotniczej. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w męskim gimnazjum w Łodzi, które jednak ze względu na trudną sytuację materialną rodziny musiał przerwać w szóstej klasie. Pracując w fabryce Langego, w 1915 roku zapisał się do wieczorowego gimnazjum Stowarzyszenia Kulturalnego „Wiedza”, które ukończył w następnym roku uzyskując świadectwo dojrzałości.
     
     
          Po ukończeniu gimnazjum uzyskał posadę sekretarza w elitarnym ośmioklasowym gimnazjum filologicznym Aleksego Zimowskiego w Łodzi.
     
     
          Równocześnie zaangażował się w działalność niepodległościową, w latach 1916–1918 pełnił funkcję łącznika w okręgu łódzkim Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1932 roku przyznano mu za to Medal Niepodległości.
     
     
          Z początkiem marca 1919 roku wstąpił do wojska polskiego i został przydzielony do batalionu zapasowego 28. Pułku Strzelców Kaniowskich, w który służył jako kancelista do maja 1921 roku, awansując ostatecznie do stopnia plutonowego.
     
     
         Po zwolnieniu ze służby wojskowej pracował początkowo jako robotnik, a w lipcu 1924 roku został przyjęty do Okręgowego Urzędu Policji Politycznej (OUPP), którym kierował wówczas podinspektor Anatoliusz Elzesser-Niedzielski – późniejszy komendant Komendy Policji Państwowej m. Łodzi.
     
     
          Zadaniem Policji Politycznej było zapobieganie wszelkim czynom zagrażającym ustrojowi i bezpieczeństwu państwa, w tym nielegalnej działalności politycznej. Okręgowe urzędy Policji Politycznej i ich ekspozytury w terenie pełniły więc funkcję cywilnej ochrony kontrwywiadowczej kraju. Działalność jej funkcjonariuszy była ściśle zakonspirowana, a wykonując obowiązki służbowe, zobowiązani do posługiwania się fałszywymi nazwiskami.
     
     
          Specjalny zakres kompetencji sprawił, że Policja Polityczna od samego początku była uważana za elitę całego  korpusu policyjnego.
     
     
          Po awansie na starszego posterunkowego został wysłany w lutym 1925 roku na kurs Okręgowej Szkoły Policyjnej dla przodowników w Łodzi. Wkrótce po jego ukończeniu otrzymał stopień przodownika.
     
     
          Po utworzeniu w 1927 roku w KG PP Centralnej Służby Śledczej, a przy jednostkach terenowych brygad śledczych, Kasprzak został sekretarzem kierownika V Brygady Śledczej PP w Łodzi. Po zreorganizowaniu V Brygady w 1929 roku został mianowany kierownikiem nowej sekcji antykomunistycznej, którą tę funkcję sprawował do września 1939 roku, stając się tym samym osobą, która była bezpośrednio odpowiedzialna w Łodzi za inwigilację i zwalczanie ruchu komunistycznego.
     
     
     
          Zwalczanie ruchu komunistycznego było zadaniem priorytetowym w ramach szeroko rozumianej polityki wewnętrznej II Rzeczpospolitej. Doskonale bowiem zdawano sobie sprawę, że komuniści i ich ideologia stwarzają szczególne zagrożenie dla odrodzonego państwa polskiego. Finansowani i kierowani przez władze sowieckie, starali się wszelkimi sposobami szkodzić interesom państwa polskiego. Prowokowali również zamieszki i starcia z władzami bezpieczeństwa, wykorzystując do tego strajki robotnicze i demonstracje uliczne. Sprzeciwiając się integralności terytorialnej państwa polskiego, uważali, że wschodnie województwa Rzeczpospolitej muszą zostać przyłączone do Związku Sowieckiego, a Śląsk i Pomorze Gdańskie należy oddać Niemcom.
     
     
     
          Awans Kasprzaka na kierownika sekcji antykomunistycznej zbiegł się w czasie z wielkim kryzysem ekonomicznym, który doprowadził do masowego bezrobocia, szczególnie wysokiego w Łodzi.  Komuniści starali się wykorzystać kryzys gospodarczy do wywołania rewolucji w kraju., otwarcie przyznając, że walczą „nie tylko w obronie spraw robotniczych, ale przeciwko ustrojowi kapitalistycznemu i reżimowi faszystowskiemu” w Polsce.
     
     
          Sekcja kierowana przez Kasprzaka zwerbowała licznych konfidentów spośród łódzkich Komunistów, dzięki czemu sprawnie i szybko zlikwidowała m.in. tzw. technikę KPP (struktury propagandowo-wydawnicze), a później całe najaktywniejsze komitety dzielnicowe KPP. Kasprzak nie bez przesady przyznawał, iż „tą systematyczną pracą doprowadzono organizacje komunistyczne do bezwładu, chaotyzmu i ogólnego zniechęcenia”. W tej sytuacji komuniści łódzcy skarżyli do Komitetu Centralnego KPP, że policja „paraliżuje wszelkie akcje” i zniechęca do działania nawet najaktywniejszych członków.
     
     
           Bez wątpienia skuteczność działań Policji Politycznej w Łodzi w znacznym wpłynęła na  ograniczenie przyrostu członków KPP.  O ile na początku 1929 roku  struktury okręgowe KPP liczyły w Łodzi 242 działaczy, to do połowy 1935 roku powiększyły się jedynie o 166 członków. Jak na robotnicze miasto, liczące w tamtym czasie ponad 600 tys. mieszkańców, były to liczby marginalne.
     
     
          Po wybuchu II wojny światowej Kasprzak z pozostałymi funkcjonariuszami V Brygady Śledczej został ewakuowany do Kut.  Granicę polsko-rumuńską przekroczył 17 lub 18 września 1939 roku w Wyżnicy, a następnie trafił do obozu utworzonego dla polskich policjantów, z którego wkrótce uciekł.
     

         Na początku grudnia 1939 roku został kierownikiem domu noclegowego dla polskich oficerów w Bukareszcie, a na jesieni 1940 roku szefem administracyjnym szpitala w stolicy Rumunii. Po jego likwidacji utrzymywał się wykonując proste zabiegi lekarskie – zastrzyki i masaże, których nauczył się w szpitalu w Bukareszcie.
     
     
         W październiku 1944 roku  objął stanowisko kierownika stołówki dla polskich uchodźców w Bukareszcie, które pełnił do czerwca 1945 roku.
     
     
         W początkach października 1945 roku wrócił do Polski, odnajdując w Łodzi żonę i syna.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Im bardziej szczepionka nie działa tym więcej leci piany z pyska szczepów którzy obnażają swoją indolencję używając terminu "antyszczepionkowcy". Nie mamy do czynienia jednak ze szczepionką tylko ze substancją, dlatego terminu "antysubstancjojojowcy" powinni używać. Co za porażka.

     

    Kim są ci antyszczepionkowcy? Jeśli jesteś za szczepionkami i szczepisz się na wszystko, na polio, na odrę, nawet na grypę to jesteś anstyszczepionkowcem. Nawet jeśli sam się zaszczepiłeś Fajzerem czy tam czymś to dalej jesteś antyszczepem jeśli uważasz, że każdy powinien sam decydować czy się szczepi czy nie szczepi. Tylko jeśli jesteś za przymusem, lokdaunem to jesteś szczepem czyli porąbanym. Nie od tej strony trzeba zaczynać a od rzetelnego zbadania bezpieczeństwa.

    image

    Jedyną wiadomą rzeczą są tu zyski producentów szczepionek, które są gdzieś tam znane. A ci mają schemat biznesowy wspaniały: coś jakby sprzedać komuś wadliwy dom i przez dekady czerpać dyski z napraw i modernizacji. Jak tak się da to super. Myślę, że oni prognozują zyski tak: dziesięć dawek szczepionki na łebka i 30 milionów zaszczepionych daje nam trzysta milionów dawek w samej Polsce za np. 50 złotych sztuka co daje nam piętnaście miliardów (15 000 000 000) obrotu w samym naszym kraju ojczystym. Jakby dwie dawki wystarczyły to marne grosze w porównaniu by zarobili. Dlatego obserwujemy niezwykła mobilizację w walce o te zyski. A to prezes Astry stoi za ustawą dająca przedsiębiorcom prawo do naciskania pracowników, a to trole na Tłiterze szaleją a prof Simon w TV.  W sensie pracodawca ma mieć prawo do zmuszania do szczepień poprzez inwigilację czy tam coś. I posły pisiorskie się pod tym podpisały ale jak zorientowały się co to jest to wycofały podpisy.

    Media tymczasem podają doniesienia niepokojące:

     

    https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-11-16/zaszczepili-93-proc-doroslych-mieszkancow-teraz-przywracaja-restrykcje/

    Irlandia, 93% zaszczepionych i zachorowania rosną? No jak? Pora sobie zadać pytanie czy substancje spełniają parametry skuteczności które były podane przy wydawaniu warunkowej zgody na stosowanie? Bo jak nie to chyba trzeba wycofać tę zgodę i substancje wycofać zgodę na stosowanie?

    https://twitter.com/i/status/1465619086306594823

    (tu redaktor Warzecha)

     

    II "Szczepionki" nie działają

    Konstatacja powyższe budzi nieuzasadniony opór szczepów. Przypomnijmy jednak jakie były podawane parametry "szczepionki"? Skuteczność 97% i substancja miała powodować zniesienie ograniczeń a wręcz zakończenie epidemii. 70 procent miało wystarczyć a tam w tej Irlandii 93% nie wystarczyło. Jakiś profesor wywodził ostatnio (nie chce mi się szukać gdzie to był bo to bełkot) że pomylili się. No nie pomylili się tylko kłamali bo nie mieli żadnych podstaw żeby podawać  efekty działania "szczepionek". Coś tam im podziałało ale nie wiadomo było czy się to utrzyma przez pół roku i czy na nowe mutacje podziała. Nie mogli tego wiedzieć ale kłapali paszczę że będzie działać. Miało to na celu jedynie wyciągnięcie kasy za substancję.

    Zgodnie z przewidywaniami ten blef się skończył i już są informacje że w Anglii 4 dawka ma być w 3 miesiące po trzeciej. Nie działa to po prostu. Dodatkowo oczywistym jest że zaszczepieni substancją też roznoszą wirusa więc idea paszportów covidowyc hjest absurdalna.

    III

    Nie o tym jednak chciałem pisać a o lekach:

    Zadajmy pytanie, czy ta cała komisja przy premierze która nic nie robi powinna zająć się szukaniem leków? Jest trochę chyba leków antywirusowych i powinni chyba się skupić jednak na sprawdzeniu, czy któryś z nich nie pomaga. Tymczasem oni nie badają nic. Opierają się chyba na tym, co poczytają w gazetach. Jak to wygląda? Potworna pandemia, koszt społeczny to 300 miliardów, lokdauny, maseczki, szczepy a nie ma pary groszy na sprawdzenie leków?

    Jeśli jest nowy wirus to wiadomo, że nie będzie leku na niego przebadanego i trzeba szukać. Wrzucam obrazki z wypowiedziami geniuszy z Tłitera:

    image

    Co to znaczy że PiS blokował leki? To co powyżej.

    Jest coś dziwnego u szczepów że sama wzmianka o leku budzi furię i takie tam. Dlaczego? Nawet na wieść o Remdesivirze (czy czymś takim) się burzą? Przypominam, że wyraziłem pogląd iż Beata Szydło by się lepiej tu sprawdziła niż Mazowiecki. Kazała by im się wziąć do roboty i szukać leku. A zyski astrofajzerów byłyby dla niej kwestią drugorzędną.

    Astrofajzery maja jakiś lek wydać ponoć. Ciekawe czy to będzie Amantadyna pod inną nazwą sprzedawana?

     

    PS: Zapomniałem napisać o skutkach ubocznych. Doświadczenia wskazuje że nie są w stanie stwierdzić czy dany problem medyczny (zgon) był wywołany  przez substancję czy nie. Antyszczepy podają zaś kolejne przykłady zgonów zagadkowych. Hm.

    PS2: No i Konfederacja wyciągnęła to:

    image


    https://twitter.com/KONFEDERACJA_/status/1465382095577096192

    PS3: A tu dyletentyzm prof Simona:

    https://twitter.com/i/status/1464685284923252740

    Jest duża szansa że osoba zaszczepiona roznosi wirusa jak pokazują to statystyki.

    PS4: Czy ja dobrze czytałem że przebyta grypa może dać fałszywy pozytyw w teście na Covida?
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    2 grudnia 1941 roku zmarł w Warszawie b. Naczelny Wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły.
     
          W mieszkaniu wdowy po gen. Maxymowicz-Raczyńskiej w Warszawie Rydz-Śmigły spędził ostatnie 27 dni życia.
     
         „W pierwszej chwili Go nie poznałam; postarzał się bardzo i zmieniały Go grube szkła o podwójnych soczewkach - przystrzyżone wąsy i siwe włosy. Pamiętam Go zawsze wygolonego i ostrzyżonego do zera" - zapamiętała Jadwiga Maxymowicz-Raczyńska swoje pierwsze wrażenie ze spotkania z marszałkiem.
     
         „Moją służącą Rózię poinformowałam, że gość jest oficerem, uciekinierem z oflagu. Pierwszego wieczoru Rózia niczego nie przeczuwała. (...) Na drugi dzień rano, kiedy zaniosła mu do łóżka śniadanie i zobaczyła Marszałka bez szkieł, poznała go natychmiast. Wróciła z sypialni Marszałka bardzo wzruszonazapisała w pamiętniku Maxymowicz-Raczyńska. Od tej pory niewtajemniczonym Rydz-Śmigły przedstawiał się jako Adam Zawisza, nauczyciel z Małopolski Wschodniej, rzekomo znajomy matki generałowej, wynajmujący u niej pokój.
     
         W mieszkaniu generałowej odbywał spotkania polityczne ze swoimi współpracownikami, wedle jednej z relacji spotkał się nawet z Komendantem Głównym ZWZ gen. Grotem-Roweckim, sporo czytał oraz malował, w tym portret właścicielki mieszkania.
     
         Nie był w dobrym zdrowiu, ale nagłe pogorszenie jego stanu okazało się szokiem dla otoczenia.
     
          „Około godziny 1-szej obudził mnie jęk dochodzący z przedpokoju – wspominała wydarzenia z nocy z 26 na 27 listopada Jadwiga Maxymowicz-Raczyńska. – „Zerwałam się, wpadłam na korytarz i zobaczyłam marszałka leżącego przy drzwiach do kuchni, na podłodze. Był w nocnej piżamie. Twarz blada, wpadnięta, czoło pokryte kroplami potu. „Co się stało?”. Marszałek odpowiedział słabym głosem: „Bardzo mi jest źle. Boli serce”.
     
         Wezwano lekarzy, Marszałek otrzymało najlepszą możliwą pomoc. Jednym z lekarzy był dr Marian Piasecki, brat Juliana Piaseckiego – szefa Obozu Polski Walczącej,  bliskiego współpracownika marszałka. Odwiedził go, i to kilkukrotnie, sam ordynator Szpitala Wolskiego, docent Jan Rogulski, który przywiózł przenośny, ale jednak wyjątkowo ciężki i nieporęczny aparat EKG. Badanie potwierdziło, że Śmigły-Rydz przeszedł zawał serca.
     
        Wedle zaleceń lekarzy chory miał przyjmować lekarstwa, zalecono także wstrzykiwanie natrium nitrosum (azotynu sodu), co było normalną praktyką. Stan marszałka nieco się poprawił, przyjął inż. Witkowskiego – szefa „Muszkieterów” , udzielił ostatnich instrukcji ich kurierowi - Szadkowskiemu wyruszającemu do Andersa.
     
        Lekarze odwiedzali chorego codziennie. 1 grudnia podskórnie podano mu kofeinę, zmieniono także skład lekarstw, jakie przyjmował. Wstrzykiwano mu glukozę, kamforę oraz nadal azotyn sodu. W razie silnego bólu miał dostać morfinę i nitroglicerynę. W mieszkaniu Raczyńskiej stale przebywał zaufany oficer marszałka, podpułkownik Marcin Zalewski.
     
         W nocy z 1 na 2 grudnia nastąpił kryzys.  Rydz-Śmigły doznał kolejnego zawału. Maxymowicz-Raczyńska relacjonowała: „Marszałek rzucał się niespokojnie, na policzkach miał wypieki, w oczach przerażenie. Jęczał przez zaciśnięte usta. Kiedy podchodziłam ze strzykawką napełnioną morfiną, sam gwałtownie podciągnął nogawkę piżamy, by obnażyć udo do zastrzyku. Potem pobiegłyśmy do kuchni, żeby napełnić termofor gorącą wodą i położyć na sercu. Zanim zdążyłam to zrobić, wpadł Marcin [podpułkownik Zalewski] z okrzykiem: „Proszę pani, już…”. Wbiegłam do pokoju, marszałek nie żył”.
     
         Rydz-Śmigły  zmarł około godziny 4. Lekarze stwierdzili, że bezpośrednią przyczyną zgonu była dusznica bolesna (angina pectoris), będąca następstwem niewydolności naczyń wieńcowych. „Aktem niniejszym solennie stwierdzamy, - podpisało siedmiu lekarzy i oficerów - by w stosownej chwili po powaleniu wroga podanym zostało do wiadomości Polaków oraz wszystkich Narodów [...], że Naczelny Wódz Zbrojnych Sił Polskich w nierównej walce 1939 r. z barbarzyńskimi najeźdźcami z zachodu i wschodu, Drugi Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz zmarł na angina pectoris w konspiracji dnia 2 grudnia Roku Pańskiego 1941 o godzinie 4-ej na Ziemi Ojczystej w Stolicy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – bohaterskiej Warszawie – pod przybranym imieniem Adama Zawiszy i pochowany został na cmentarzu Powązkowskim. Dan w Warszawie dnia 2 miesiąca grudnia roku Pańskiego 1941. Dr med. Jan Rogowski, Prof. Dr Edward Loth, Dr med. Jan Trzebiński, inż. Julian Piasecki, Dr med. Marian J. Piasecki Dyrektor Szpitala Wolskiego, Józef Namysłowski Wiceprokurator Sądu Okr.”.
     
         O poranku należało zdecydować co zrobić z ciałem marszałka. „W kamienicy nikt nie wiedział, - relacjonowała Maxymowicz - że ktoś u mnie mieszkał. Poszłam na policję (granatową) i oświadczyłam, że przyszedł do mnie pewien starszy pan, przyjaciel mojej Matki, aby wynająć pokój i nagle w czasie wizyty zmarł. To samo powiedziałam w parafii św. Michała przy ul. Puławskiej. Dozorcę postanowiłam zawiadomić dopiero tuż przed wyniesieniem ciała, a nie wiedziałam na razie, kiedy do nastąpi".
     
         W godzinach popołudniowych pojawił się w mieszkaniu generałowej Julian Piasecki wraz z lekarzem Edwardem Lothem, który przystąpił do balsamowania ciała zmarłego. „[Lekarz] poprosił, aby rozpalić w kuchni duży ogień – relacjonowała Raczyńska – i dać kilka prześcieradeł, które wziął do pokoju zmarłego, zabierając także rozkładaną drabinkę. Nie pamiętam, jak długo to trwało. Razem z Rózią byłam w tym czasie w kuchni. Pan Julian kilka razy wchodził, przynosząc zawiniątka z prześcieradeł poplamione krwią i surowicą i sam wrzucał je do ognia”.
     
         Po mumifikacji ciało zmarłego pozostało w mieszkaniu na Sandomierskiej jeszcze przez ponad dobę. Marszałka ubrano w cywilne ubranie, a w lokalu pojawiali się członkowie Obozu Polski Walczącej, oddając hołd marszałkowi. Przyniesiono nawet dwa duże wieńce ze wstęgami Orderu Virtuti Militari.
     
        Skromna ceremonia pogrzebowa odbyła się 6 grudnia - były Naczelny Wódz spoczął pod nazwiskiem Adama Zawiszy na Cmentarzu Powązkowskim (kwatera IV, grób nr 139). Aby potwierdzić tożsamość zmarłego, Maxymowicz-Raczyńska sporządziła krótkie oświadczenie. Po latach, 20 czerwca 1978 roku, płk Zygmunt Polak wyjawił: „Jeszcze przed pogrzebem w dniu 3 grudnia 1941 roku włożyłem do ubrania śp. Marszałka zawinięty w ceratkę bilet wizytowy Generałowej Maxymowicz-Raczyńskiej. (…) Podpis na tym dokumencie złożyła Generałowa i ja. Dokument ten miał służyć do powojennej identyfikacji”.
     
         „Tyle tych brzozowych krzyży na jego mogile pozmieniałam na nowe i chciałabym, żeby pamięć o tym szlachetnym, wspaniałym człowieku i o tym wiernym żołnierzu Komendanta nie przeszła bez echa…”wspominała Sława Wendowa, żona bliskiego współpracownika marszałka płk. Zygmunta Wendy.
     
         Jego najbliższe otoczenie utrzymywało informację o jego zgonie w ścisłej tajemnicy, co sprzyjało powstawaniu różnych, mniej lub bardziej wiarygodnych teorii spiskowych. Zwięźle odniosła się do nich Maxymowicz-Raczyńska w liście do ppłk. Dudzińskiego z 26 lutego 1980 roku: „(...) co do otrucia, to nikt poza mną i gosposią nie wchodził do kuchni, obiady i kolacje jedliśmy wspólnie, nabierając z tych samych półmisków i wazy. Śniadania, które ja sama przygotowywałam, gosposia zanosiła do pokoju p. Marszałka. Lekarstwa w czasie choroby przynosił dr Piasecki i tylko on dawał zastrzyki.."
     
        Zwolennicy hipotezy o zamordowaniu marszałka z polecenia gen. Sikorskiego zapominają, iż Rydz-Śmigły po powrocie zadeklarował pełne podporządkowanie kierownictwu ZWZ i chęć dalszej walki pod jego rozkazami. W ten sposób stracił poparcie znacznej części swych dotychczasowych zwolenników i przestawał dysponować realną siłą mogącą zagrozić interesom Sikorskiego.
     
         Z kolei symulowanie  zgonu i przerzucanie go gdziekolwiek  było – wobec liczby jego zwolenników – również bardzo niebezpieczne. Wystarczyło więc zostawić go w mieszkaniu Maxymowicz-Raczyńskiej, gdzie mógłby spokojnie malować i pisać swoje wiersze, ograniczyć kontakty i spokojnie dezawuować jego działania, niszczyć szeptaną propagandą oraz fałszywymi informacjami jego dobrą opinię. Zwolennicy Sikorskiego mieli już w tego typu działaniach znaczną wprawę – wystarczy przywołać sprawę generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego.
     
         Trudno zgodzić się z dywagacjami prof. Wieczorkiewicza, który  w „Historii politycznej Polski 1935-1945” stwierdził, że „Zgon mógł być jednakże inscenizacją. Jest prawdopodobne, że śmierć Naczelnego Wodza nastąpiła latem 1942 roku, również zresztą z przyczyn naturalnych. Jedną z możliwych prób wyjaśnienia zagadki jest przypuszczenie, że Śmigły znalazł się w Polsce przede wszystkim po to, aby wobec nowej sytuacji strategicznej, jaką stworzył wybuch wojny niemiecko-sowieckiej i pasmo klęsk Armii Czerwonej, wszcząć rozmowy ostatniej szansy z czołowymi osobistościami III Rzeszy”.
     
         Ostatnim dowodem na potwierdzenie zgonu Rydza-Śmigłego rankiem 2 grudnia 1941 r. jest paradoksalnie również późniejsza, spiskowa teoria Maxymowicz-Raczyńskiej o podaniu marszałkowi zastrzyku wody zamiast adrenaliny. Została ona już wyjaśniona, lecz sam fakt jej powstania wskazuje, że generałowa w śmierci marszałka upatrywała zdradę i zamach.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    W. Wysocki, M. Wysocka – Marszałek Edward Rydz-Śmigły. Portret Naczelnego Wodza
    J. Maxymowicz-Raczyńska -  Edward Rydz-Śmigły w Warszawie
    R. Mirowicz -  Edward Rydz-Śmigły: działalność wojskowa i polityczna
    C.  Leżeński  - Kwatera 139. Opowieść o marszałku Rydzu-Śmigłym
    S. Koper,  T. Pawłowski -  Tajemnice Marszałka Śmigłego-Rydza. Bohater, tchórz czy zdrajca?
    P. Wieczorkiewicz – Historia polityczna Polski 1935-1945
    5
    5 (2)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    że wszystko pod bokiem Niemców, Gestapo nic nie wiedziało? A te wieńce, to oddawanie hołdu? Czy to naprawde dało się zachować w tajemnicy?
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Niemcy wiedzieli, że Rydz przedostał się do Polski, a chyba nie wiedzieli gdzie się ukrył.

    Gdyby Niemcy wiedzieli, to mogli rozkopać grób, aby potwierdzić, że pochowano w nim Rydza.


    Pozdrawiam
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Osoba prezesa Daniela Alain Korony okazuje się finansowo szczęśliwa dla Elewarru. Za jego kadencji bowiem Elewarr uzyskuje historyczne zyski.
    30.09.2007 Spółka miała zysk na poziomie 10,19 mln zł. Ostatecznie jednak po nadejściu rządów PO-PSL i odwołaniu prezesa Korony, Spółka zamknęła swój wynik kwotą 6,359 mln zł netto.
    Po katastrofalnym roku obrotowym 2017/18 (17,221 mln zł strat), 1 listopada 2018 r. doszło do ponownego powołania prezesa Korony, do którego w marcu 2019 dołączyła wiceprezes Monika Parafianowicz. Nowy zarząd okazał się szczęśliwy dla Spółki, która zaczęła odnotowywać zyski: 0,93 mln zł w 2018/19, 1,677 mln zł w 2019/20 i aż 15,76 mln zł netto w roku 2020/21, co jest najwyższym wynikiem w 29-letniej historii Elewarru.
    Korona - jak widać - jest szczęśliwy finansowo dla Elewarru.

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po ponad dwóch latach marszałek Rydz-Śmigły wrócił do Polski.
     
          Po przekroczeniu w nocy z 17 na 18 września 1939 roku granicy z Rumunią marszałek Rydz-Śmigły został internowany przez władze rumuńskie i przewieziony do miejscowości Craiova południowym zachodzie kraju. Po kilku dniach opuściła go żona – Maria, która wyjechała do Francji.
     
          Opuszczenie przez Naczelnego Wodza walczącego kraju spotkało się z jednoznaczną krytyką. Marian Hemar napisał:
    Wicher targa rumuńską nocą
    Próżno oczy i uszy zakryjesz –
    To upiory do okien łopocą –
    Generale! My polegli. Ty żyjesz?
     
         „Miałem trzy rzeczy do wyboru: walczyć, odebrać sobie życie, pójść do niewoli. Walczyć - nie miałem więcej jak pół kompanii - to znaczy skierować z pistoletami na czołgi oficerów sztabowych, dorobek dwudziestolecia teraz tak potrzebny. Odebrać sobie życie - to znaczny stwierdzić przegraną" – zwierzył się marszałek Melchiorowi Wańkowiczowi w grudniu 1939 roku.
     
         W połowie października 1939 roku Rydza-Śmigłego  przetransportowano koleją do Dragoslavele w Karpatach Południowych, gdzie zamieszkał w willi patriarchy Kościoła rumuńskiego Mirona.Razem z nim przebywali - oprócz szofera i służącego - pułkownicy: Henryk Cianciara, Zygmunt Wenda i Bronisław Wędziagolski, a także mjr Jerzy Krzeczkowski.
     
         „Willa Marszałka otoczona była drutem i strzeżona przez oddział żandarmerii z oficerem-dowódcą na czele. – relacjonował ppłk Antoni Dudziński - Właścicielką willi była siostrzenica patriarchy Mirona, pani Vasiliu, żona chirurga z Bukaresztu (...). Należy podkreślić, że stosunek pp. dr. Vasiliu do Polaków, a szczególnie do Marszałka były pozytywny i życzliwy, powiedziałbym - przyjacielski. W warunkach, kiedy kontakt Marszałka ze światem był nader ograniczony i wręcz utrudniony, pp. Vasiliu niejednokrotnie spełniali rolę cennych łączników z Bukaresztem".
     
         Wspomniana pani Vasiliu przez jakiś czas ukrywała szablę i mundur marszałka, które zostały później powierzone ppłk. Dudzińskiemu, które je przechował i przekazał w 1977 roku do skarbca na Jasnej Górze.
     
         Po przejęciu władzy w Rumunii na jesieni 1940 roku przez zwolenników całkowitego podporządkowania kraju III Rzeszy marszałek przy pomocy swych współpracowników zaczął przygotowywać swoją ucieczkę.
     
         W niedzielę 15 grudnia 1940 roku ukradkiem w cywilnym ubraniu opuścił willę. Po przeprawieniu się przez rzekę Dembovinare wsiadł do podstawionego samochodu, którym w asyście zaufanych ludzi - płk. Eugeniusza Wyrwińskiego i ppłk. Romualda Najsarka - przedostał się nad granicę z Węgrami.
     
        W Dragoslavele Rumuni początkowo w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że marszałek jest już na wolności - jego zaufani robili wszystko, aby pozorować obecność Rydza-Śmigłego w domu. Ucieczkę odkryto dopiero po trzech dniach.
     
        17 grudnia, w towarzystwie przewodnika i współpracowników, marszałek przekroczył granicę. Przedostał się do Szeged, gdzie został zaopatrzony się w fałszywy dowód tożsamości na nazwisko Stanisława Kwiatkowskiego. Po przedostaniu się do Budapesztu zatrzymał się u Bazylego Rogowskiego, wicewojewody tarnopolskiego.
     
         W czasie pobytu w Budapeszcie leczył się w jednej z tamtejszych  z klinik, a po regeneracji sił zamieszkał w położonej na przedmieściach miasta willi hrabiny Karoliny Marenzi, wdowie po austro-węgierskim generale. Pod koniec lutego 1941 roku, w obawie przed dekonspiracją, zmienił kryjówkę, przenosząc się nad Balaton. W kwietniu 1941 roku wrócił jednak do Budapesztu.
     
         W trakcie pobytu w stolicy Węgier prowadził rozmowy polityczne ze swoimi współpracownikami, planując przedostanie się do kraju i prowadzenie działalności konspiracyjnej. Miał kontynuować dzieło inż. Juliana Piaseckiego, który przed rokiem powołał do życia na Węgrzech Obóz Polski Walczącej. Twórcy organizacji zamierzali wykorzystać autorytet byłego Naczelnego Wodza, licząc na osłabienie tendencji antysanacyjnych.
     
         Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej przyspieszył przygotowania do powrotu marszałka do okupowanego kraju.
     
         Gen. Sikorski był zaniepokojony tymi planami marszałka, w depeszy do gen. Stefana Grota-Roweckiego, komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej zaznaczał, iż  „Otrzymałem wiadomość, jakoby Marszałek Śmigły Rydz udał się do Polski z zamiarem pracy powstańczej. Nie przypuszczam, aby była prawdziwa.  Znając sytuację w kraju, nie sądzę, aby Śmigły Rydz znalazł oparcie i możność pracy w naszych szeregach". „Gdyby jednak - zastrzegał - Śmigły-Rydz rzeczywiście przedostał się do okupowanej ojczyzny, należało zalecić mu ponowny wyjazd, najlepiej do Stambułu - gdzie zresztą go od dłuższego czasu oczekiwano”.         Przybyszowi - instruował gen. Sikorski - powinno się oświadczyć, że obecność jego w Polsce utrudnia naszą pracę i może spowodować szkodliwe dla sprawy podejrzenia i tarcia” .
     
         25 października, Śmigły-Rydz w asyście Rogowskiego i zaufanego przewodnika – górala Franciszka Fronczystego „Staszka” - opuścił Budapeszt, udając się w stronę granicę ze Słowacją. „Twarz - dziwnie znajoma... Czy to możliwe? Profesor wyjmuje lusterko i zupełnie nie po męsku, starannie układa zgniecione kapeluszem pasma włosów. A więc to peruka! Teraz jestem pewny. Powierzono mojej opiece Rydza-Śmigłego" - zapamiętał podróż „Staszek”.
     
         W punkcie przerzutowym w Rożniawie, marszałek przesiadł się do samochodu. Tak dojechał do samej granicy i - w towarzystwie Rogowskiego i Fronczystego - stanął po słowackiej stronie. Tam, we wsi Gemerská Poloma, odebrał ich miejscowy gospodarz, który zaoferował im odpoczynek przed wyczerpującą ostateczną wędrówką w górach.
     
         „Już niedaleko granica. – relacjonował Fronczysty- Jest już tak blisko, że przed decydującym skokiem wszyscy kładziemy się na ziemi i nasłuchujemy. Wokół panuje idealna cisza, tylko bicie naszych serc jest tak głośne, że wydaje się alarmować całą okolicę. Ruszamy dalej, odbijamy w prawo, by wejść w krzaki. Jeszcze moment jakby niezdecydowania. I wreszcie skok. No to jesteśmy na ojczystej ziemi...". Był 27 października.
     
         Dalsza droga wiodła przez Chochołów, gdzie uciekinierzy dotarli pieszo, zatrzymując się w chacie zaangażowanego w konspirację, kuzyna Fronczystego, Karola Skorusy. Następnie dojechali wozem konnym do stacji kolejowej Szaflary, gdzie przesiedli się do pociągu, kierując się do stolicy Generalnego Gubernatorstwa.
     
         „Podczas tej nocnej wyprawy konnej Staszek Fronczysty – wspominał ppłk Dudziński - szedł przodem z latarką w ręku, aby w razie natknięcia się na patrol niemieckie ostrzec jadących specjalnym sygnałem świetlnym i żeby Marszałek mógł na czas opuścić wóz. Furman miał usprawiedliwiać swoją nocną jazdę chorobą konia i jazdą do lekarza w Nowym Targu, ale obyło się bez takiej przygody. Szczęśliwie wsiedli do pociągu krakowskiego i bez przeszkód dojechali do celu. Na dworcu oczekiwał już na nich ks. Antoni Zapała".
     
         Po dwóch dniach odpoczynku w Krakowie Rydz-Śmigły wyjechał do Warszawy, gdzie zamieszkał jako Adam Zawisza w mieszkaniu przy ul. Sandomierskiej 18/6  u  Jadwigi Maxymowicz-Raczyńskiej, wdowy po gen. Włodzimierzu Maxymowicz-Raczyńskim.
     
         Tam miał wkrótce dopełnić swojego żywota.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    To mama Wiktymiusza pierwsza rzuciła hasło, żeby wracać.
    - Wszystkie cele osiągnięte - powiedziała pozostałym członkom swojej grupy. - Udowodniliśmy, że w strefie nadgranicznej są migranci. Pomogliśmy im. Nic więcej nie mamy tu do roboty.
    - No i wynajem pokoi taki drogi - westchnęła mama Łukaszka.
    Obie mamy i Łukaszek pożegnali panią z grupy "Precz z granicą", spakowali się i poszli na dworzec. Do pociągu było jeszcze trochę czasu, więc postanowili nagrać film i wrzucić do internetu. Obie mamy siadły na ławce i zaczęły snuć opowieść o uchodźcach, a Łukaszek to nagrywał.
    - No tak, no tak. Byliśmy tam. To było straszne, przerażające doświadczenie. Uchodźcy rzeczywiście siedzą tam w lesie. Spotkaliśmy czwórkę, dwie osoby żeńskoosobowe i dwie męskoosobowe. Wyglądali okropnie. Brudni, obszarpani. Nikt się nimi tu nie zaopiekował, te ciuchy to mieli w najgorszym gatunku. Widać, że z daleka tu szli. Chyba Irakijczycy. Wynędzniali, jakby tydzień nie jedli. Mieli przy sobie jakieś obrzydliwe jedzenie, niby falafel, ale koło falafela to nawet nie leżało. Mieli szczęście, że nas nas trafili. Poratowaliśmy ich zupą. Dostali też porządną folię termiczną, bo spali na jakichś brudnych, zawszonych kocach. Tak że precz z rządową propagandą i ratujmy ludzi! To są ludzie!
    Łukaszek nagrał to, a następnie wrzucił na specjalne forum dla aktywistów podpisane jako grupa "Precz z granicą".
    Nadjechał pociąg, wsiedli. Pociąg ruszył i nabrał prędkości, a oni rozpakowali się, coś przekąsili.
    - Zobacz no Łukasz jak tam nasz film radzi sobie w rankingach - poleciała mama Łukaszka. - Zasięgi, lajki, te rzeczy...
    Łukaszek sięgnął po telefon, poklikał i oznajmił, że są na drugim miejscu.
    - Co? - nachmurzyła się mama Wiktymiusza. - Jeśli my na drugim, to kto na pierwszym?
    - Na pierwszym jest relacja grupy "Granicom precz" - i Łukaszek zaczął czytać:
    - Hejka, właśnie wróciliśmy ze strefy. To było straszne, przerażające doświadczenie. Uchodźcy rzeczywiście siedzą tam w lesie. Spotkaliśmy czwórkę, trzy osoby żeńskoosobowe i jedno dziecko. Wyglądali okropnie. Brudni, obszarpani. Nikt się nimi tu nie zaopiekował, te ciuchy to mieli w najgorszym gatunku. Widać, że z daleka tu szli. Chyba Afgańczycy. Wynędzniali, jakby tydzień nie jedli. Mieli przy sobie jakieś obrzydliwe jedzenie, niby zupę, ale jak nasz pies to potem zjadł, to dwa dni wymiotował i do weterynarza go trzeba było zawieźć. Mieli szczęście, że nas nas trafili. Poratowaliśmy ich pysznymi falafelami. Dostali też porządne, nowiutkie koce, bo spali na folii termicznej, ale to nawet koło folii nie leżało. Tak że precz z rządową propagandą i ratujmy ludzi! To są ludzie!
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Pokazuję i objaśniam czego nie pojął Redaktor Ziemkiewicz w swej publikacji multimedialnej zatytułowanej  Karma wraca do Michnika:

     

    https://youtu.be/6awxClY9Bzs

     

    Jak uprzejmie donosi Redaktor Orliński (chwilowo na wygnaniu):

    https://ekskursje.pl/2021/11/rozkosz-bycia-gdzie-indziej/

    kluczową rolę odgrywa spółka Agora-Holding, którą zarządza pięcioro udziałowców: "Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka". Kto to jest ta pani Piegdoń? Nie słyszałem o niej. W każdym bądź razie oni mają pakiet złotych akcji które zapewniają kontrolę nad Agorą. W praktyce są to 4 osoby w tym 3 kobiety oraz urzędujący prezes, czyli Hojka. Udziałów w Agorze-Holdingu nie można zbyć, odziedziczyć itp. Jak ktoś zrezygnuje to nowego członka dobierają pozostali po uważaniu. Dlatego nie da się zrobić wrogiego przejęcia i zrobić Ziemkiewicza naczelnym, bo nawet jak się skupi wszystkie akcje które są na giełdzie to ma się mniejszość. Tak to przedstawia Orliński. Mało kto jednak kuma czaczę bo ani Michnik ani Agora nie powołują się zbytnio na Agorę-Holding   z przyczyn oczywistych, o których za chwilę:

    Agora-Holding nabrała wody w usta, słuszny zatem jest domysł, że jest tam remis 2:2 co powoduje, że prezes Agory może atakować. Przypuszczalnie jedna osoba nie głosuje i jak ona zagłosuje to przeważy szalę: albo prezes poleci albo Wyborcza. Będzie o tym jeszcze w podsumowaniu.

     

    Akcjonariusze nieuprzywilejowani nie mogą obalić prezesa wprost, ale nacisk wywrą. A to powiedzą, że akcję sprzedadzą, a to to, a to sio. Nie można ich lekceważyć. Ich poczynania mogą mieć sens ekonomiczny - chęć zysku - albo polityczny: pisiory, czyli firmy w rękach reżimu. I tu totalni mają jakieś wyczucie kwicząc.

    image

    II

    Z obrad komisji Rywina pamiętam, że Wanda Rapaczyński domaga się takiej, amerykańskiej, pisowni  nazwiska więc niech ma. Nie tłumaczy ta pisownia jednak paraliżu decyzyjnego  Agory-Holdingu. Paraliż ten powoduje swobodę działania zarządu Agory, który gnębi Wyborczą. Dodatkowy biznes czyli kina i parówki stał się podstawowym źródłem zysków Agory. Wyborcza zaś cienko przędzie.
    Wyborcza zaś oczekiwała, że całą Agora będzie robić na nią aby mogła sobie pielęgnować etos, czyli pisać te pierdoły co zwykle, walczyć ze złowrogim Kaczorem i ogólnie pięknie się różnić. Z właściwym sobie dyletantyzmem nie zapewniła sobie odpowiedniej pozycji w Agorze Holdingu. Michnik tam nie wszedł i Kurski. Blumsztajn wszedł. Michnik sobie wyobraża do tej pory, że jak napisze o marcu 68 roku, o metodach, o niegodziwości, o opozycji to porazi swą moralnością oponentów, którzy zostaną sterroryzowani. I tu jest pytanie na logikę: czy jak Michnik pozywał osoby twierdzące, ze terroryzuje pozwami to terroryzował czy nie terroryzował? Słuchajcie on tak od 30 lat pitoli na tą samą nutę i nie dociera do niego, że nie robi to wrażenia na nikim.  Słusznie zauważa RAZ że pełni obecnie rolę Sharkeya. No upadłego Sarumana. Jeszcze w czasach Rywina mniemał, że tego obrzuci błotem, innemu naurąga i tak się wykręci. No nie udało się co do niego nie dociera.

    Teraz poszukajmy łagodnego terminu na określenie sitwy. Z sitwą mamy bowiem do czynienia w  tym wypadku. Koncepcja nadczłowieka się pojawia: Michnik, Kurski, Wójcik i ich kumple są ludźmi którzy mają prawo mieć prawa a reszta to jakieś leszcze, stażysty, na smieciówkach, można to doić jak bydło i wywalać. Zaszczytem dla nich jest oddychanie tym samym powietrzem co Michnik więc wypłata niepotrzebna. Stąd  obojętność ich dla fali zwolnień, redukcji i innych takich, dopóki to dotyczy motłochu.

    III

    O co chodzi Agorze? Wyborcza staje się obciążeniem biznesowym z kilku przyczyn. Trzeba do niej dopłacać, ponieważ stała się mocno deficytowa. Ponieważ wyrodziła się w biuletyn KODu staje się coraz większym obciążeniem wizerunkowym utrudniającym zawieranie kontraktów w branży reklamowej i parówkowej. Jak wywodzi wspomniany Orliński niedostatecznie rezonuje z innymi działaniami koncernu jak wydanie bestsellerowych 365 dni, z czego jest przychód. A we Wyborczej się śmieją z tego. Agora pragnie zatem uzyskać wpływ na linię pisma, nawet może nie po linii politycznej tylko biznesowej. Wymaga to rozprawienia się z obecną redakcją, która nie ma pojęcia o niczym. Portalem gazeta.pl Agora może dyrygować bezpośrednio.

    Redaktor Ziemkiewicz ma zaś rację punktując celnie frustrację Wyborczej i jej urojenia wielkościowe. Michnik, który kiedyś powoływał i odwoływał premierów teraz walczy o Wójcika. Co za upadek. Ale sam sobie zgotował ten los zaniedbując stosowną terapię.

    PS: Wspomnę legendę o amerykańskiej firmie konsultingowej wynajętej przez Agorę do usprawnień. Stwierdzili, że w sekcie nie pracują.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Druga noc również nie zakończyła się powodzeniem. Grupie "Precz z granicą" nie udało się spotkać żadnego migranta. Watarzyna-Kappa też nie spotkała nikogo, a za to Staja-Maśko wróciła zadowolona bo spotkała aż trzech.
    - Jak wy to robicie? - dopytywała się mama Wiktymiusza.
    - A na jaką przynętę łapiecie? - spytała Staja-Maśko.
    - Na kanapki - wyznał Łukaszek.
    - To za słabo - pokręciła głową Staja-Maśko. - Ja łapałam dzisiaj na to. O, tu mam resztki.
    Mama Łukaszka zajrzała do termosu i krzyknęła zdziwiona:
    - Świeżonka!!
    - A gdzie wy łapiecie? - dopytywała się Watarzyna-Kappa.
    - W lesie - poinformował Łukaszek.
    - To źle. Oni żerują wzdłuż wody.
    - Jakoś ich pani ostatnio nie znalazła - zauważyła z przekąsem mama Wiktymiusza.
    - Bo ich nie szukałam. Ibrahim... - Watarzyna-Kappa zaczęła płakać. - Co prawda udał się w dalszy etap podróży znęcony subtelnym urokiem teutońskich niewiast, ale często do mnie pisze esemesy.
    Kiedy wieczorem do obu mam i Łukaszka dołączyła pani z grupy "Precz z granicą" dowiedziała się o podpowiedziach obu pań.
    - Dobrze, robimy wobec tego tak jak radzą - zadecydowała pani z grupy.
    - Tam nie ma żadnych migrantów - westchnął Łukaszek, ale skrzyczany przez mamę zabrał się posłusznie do krojenia warzyw na zupę.
    Wieczorem czworo śmiałków napełniła termosy zupą i pod osłoną nocy zakradli się do strefy nadgranicznej.
    Dobre kilka godzin krążyli po lesie, podmokłych bagnach, czołgali się po błocie, przedzierali przez zarośla. W końcu, zmęczeni i niesamowicie brudni dotarli nad płynący przez las strumyk. Tam zatrzymali się, spojrzeli na siebie i zamarli. Bowiem z drzew po drugiej stronie strumyka dobiegły ich jakieś głosy i błyski latarek!
    Stali jak wryci, czekając. Tamci zbliżali się. Były słychać coraz głośniej pojedyncze słowa, a błyski latarek były coraz jaśniejsze. Wreszcie zza drzew wyłoniły się cztery postacie. Dwie kobiety, dwaj mężczyźni, brudni i obszarpani. Też stanęli w miejscu i w milczeniu patrzyli na grupę Łukaszka.
    Mama Łukaszka szturchnęła syna łokciem.
    - E... Łelkom ewrybady - wystękał Łukaszek.
    - He... Heloł - odezwał się z wysiłkiem jeden z przybyszów.
    Mama Wiktymiusza nieśmiało wyciągnęła w ich stronę termos. Tamci cofnęli się nieufnie.
    - Soup - zachęcał Łukaszek gładząc się po brzuchu i mlaskając.
    Przybysze po długich wahaniach podeszli na brzeg strumyka i przyjęli żywność. W zamian sami również poczęstowali.
    - Falafel - wyjaśniła jedna z przybyłych pań.
    Po konsumpcji grupa Łukaszka wręczyła tamtym folię termiczną, w zamian otrzymała koce. Wszyscy na koniec grzecznie sobie pomachali i cichutko rozeszli się w swoją stronę.
    Dopiero pod domem, w którym wynajmowali pokoje obie mamy pozwoliły sobie na wybuch radości.
    - Widzisz?! Widzisz niedowiarku?! Oni są! Oni istnieją!
    - Ale zdjęć nie mamy - przypomniał Łukaszek.
    - No to co, widzieliśmy ich na własne oczy! I co, dalej będziesz twierdzić, że w lasach na granicy nie ma żadnych uchodźców?! - triumfowała mama Łukaszka.
    Łukaszek milczał zasępiony.
    5
    5 (4)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Pierwsza noc spełzła na niczym. Obie mamy, Łukaszek i pani z grupy "Precz z granicą" poszli do strefy i chodzili kilka godzin po lesie z prowiantem i ubraniami i nic. Nikogo nie spotkali. Jeszce kiedy było ciemno wrócili na kwaterę i poszli spać.
    Kiedy się obudzili była już pora obiadowa. Pani z grupy poszła do siebie obiecując wrócić wieczorem. Pozostała trójka usiadła w pokoju wspólnym pensjonatu, w którym było jeszcze kilka osób. I wybuchł spór. Łukaszek utrzymywał, że żadnych migrantów w lesie nie ma.
    - No jak to nie ma! - upierały się mama Wiktymiusza i mama Łukaszka. - PRzeiceż i na Facebooku, i na Twitterze i w Najlepszej Telewizji są!
    - Przepraszam - odezwała się smutno siedząca obok młoda dziewczyna w długich włosach. - Ale oni naprawdę tam są. Pomagam im co nas.
    - Widzisz, jednak są - zwróciła się mama Łukaszka do swojego syna i zapytała w jaki sposób im pomaga.
    - Daję zupy.
    - Pani jest wulgarna - szeptała rozpłomieniona na twarzy mama Wiktymiusza.
    Gospodarz, który również był na sali, poinformował mamę Wiktymiusza, że w drugim wyrazie pierwsza lira to z.
    - Pani Staja-Maśko przyjechała tu z Warszawy wspierać migrantów. Jeśli pani spotyka co noc migrantów, to zapewne ma jakieś zdjęcia w telefonie - powiedział gospodarz.
    - Mam - powiedziała smutno młoda dziewczyna w długich włosach i sięgnęła po telefon. - O, tu są.
    Ekran był jednolicie czarny.
    - Za blisko to selfie było robione - zauważył Łukaszek.
    - Nic nie widać - mama Wiktymiusza była rozczarowana.
    - W nocy jest przecież ciemno - zauważyła z godnością Staja-Maśko.
    - Nie ma żadnych migrantów - oświadczył Łukaszek.
    - Są.
    - Dowody - zażądał gospodarz.
    - Tak, dowody - załkała pani siedząca pod ścianą. - Do wody go wepchnęli. Tamci. Imigranta znaczy. Ibrahima. Miesiąc z wody nie wychodził aż mu się skrzela zaczęły wybijać.
    Zapadła niezręczna cisza.
    - To pani Watarzyna-Kappa - wyjaśnił gospodarz. - Tutejsza.
    - Mam jeszcze inne dowody - szepnęła smutno Staja-Maśko. - Są ślady.
    Wszyscy zażądali okazania śladów.
    - To musimy iść na dwór - Staja-Maśko wstała i wyszła, a wraz z nią gospodarz i  prawie wszyscy goście. Zostali tylko ci z Krakowa. Staja-Maśko zaprowadziła ich na skraj lasu i pokazała, na ziemi, wśród krzaków...
    - Fe - stęknęła mama Wiktymiusza. - Co nam pani pokazuje?
    - Imigrant to zrobił - szepnęła smutno Staja-Maśko.
    - Myli się pani - rzekł autorytatywnie gospodarz rozgrzebując kijem. - To zrobił dzik.
    - Po czym pan to poznaje?
    - Są żołędzie. Proszę pani, jaki człowiek bierze żołędzie do ust?
    Łukaszek zarżał i patrząc na mamę Wiktymiusza chciał coś powiedzieć, ale jego mama szturchnęła go w bok, więc zmilczał.
    - Ibrahim co prawda nie jadł żołędzi, ale pamiętam jak żuł liście - Watarzyna Kappa znów zaczęła płakać. - Mówił, że dodają mu energii.
    - Chyba z Kolumbii miał te liści - burknął gospodarz. - Jeśli to wszystkie ślady, to...
    - Jest  jeszcze coś - i Staja-Maśko zaprowadziła go kępy traw koło ulicy. Leżał tam butelki po piwie. Rzekła z namaszczeniem:
    - Oto butelki po uchodźcach!
    - Ibrahim do ust alkoholu nie brał! - Watarzyna Kappa przestała płakać.
    - Muszę panią zmartwić, to też nie jest po migrantach - pokręcił głową gospodarz.
    - A po kim?
    - Po robotnikach. Tu obok jest budowa.
    I wszyscy chcieli wrócić, ale Łukaszek zawołał, że nie powinni tak zostawiać butelek. Śmieci, ekologia i w ogóle. Wzięli więc i szli ulicą w poszukiwaniu śmietnika gdy nagle podjechał jakiś facet busem.
    - Te butelki to po piwie? Nie męczcie się, ja je wezmę. Wszystkie.
    - One są bezzwrotne, nie dostanie pan pieniędzy - przestrzegał go jeszcze gospodarz.
    - Nie szkodzi, nie szkodzi... - pan zacierał radośnie dłonie.
    - A pan ze śmieciarni? - spytał Łukaszek.
    - Nie. Z telewizji.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Pojechali na granicę. Pomagać. Mama Wiktymiusza, mama Łukaszka, no i Łukaszek. To miała być kara za jego zachowanie na proteście tłumaczyła pąsowa mama Wiktymiusza, a mama Łukaszka przyznała, że Łukaszek po prostu umie lepiej w języki.
    - Nie znam irackiego - rozłożył ręce Łukaszek ale nic to nie pomagało. Pojechali i już.
    Pojechali pociągiem, żeby zostawiać mniej śladu węglowego. Problem pojawił się kiedy dotarli do miasta. Wysiedli na dworcu, wyszli przed budynek. Pusto.
    - Gdzie ta pani z grupy "Precz z granicą"? - spytała mama Łukaszka.
    - Ma na nas czekać na Alei Praw Kobiet - mama Wiktymiusza sprawdziła sms.
    - Jest problem, nie ma takiej ulicy - zaraportował Łukaszek szukając w telefonie.
    - Dzwonię - oświadczyła mama Wiktymiusza. - No cześć kochana! Hasło? A, hasło! Pisać jeb! Gdzie ty na nas czekasz? Druga ulica w prawo? Dom numer osiem? Idziemy!
    Wzięli walizki i poszli. Kiedy skręcili w drugą ulicę w prawo okazało się, że nosi ona nazwę Dziecka Nienarodzonego. Mama Wiktymiusza zagotowała się z wściekłości. Cały swój gniew wyładowała na pani z grupy czekającej przy furtce.
    - Co za zacofanie? Co wy tu macie za ulice?
    - No, walczymy o zmianę tej nazwy, ale nie jest łatwo - sumitowała się pani z fundacji. - W każdym razie my, Europejczycy, mówimy na tą ulicę Aleja Praw Kobiet i już.
    - Ale skąd ta nazwa, jest dosyć niezwykła - chciał wiedzieć Łukaszek.
    - Miała się nazywać ulicą Zlepka Komórek - wyznała pani z grupy. - Ale nie pykło.
    - Czemu nie pykło?
    - Bo urząd miasta wydał zezwolenie na budowę meczetu przy tej ulicy... I imam zaprotestował... A zgodnie z nauczaniem islamu nienarodzone dziecko jest człowiekiem tak więc... Zmienić będzie bardzo trudno... No ale nic, cieszmy się, że tu jesteśmy. Nocą idziemy do strefy, pomagać. A teraz musicie iść do gospodarza zapłacić za nocleg.
    - Myślałam, że jest gratis - jęknęła boleśnie mama Łukaszka.
    - Wszędzie wszystko pozajmowane - pokręciła głową pani z grupy. - Wszędzie aktywiści. Cieszcie się, że w ogóle coś udało się załatwić. Na dodatek tutaj jest naprawdę niedrogo.
    Gospodarz chętnie skasował należność i wydał paragon.
    - Piękny dom - powiedział Łukaszek.
    - Trzeba go było widzieć jak wyglądał kiedy go kupiłem. Jedna rozpacz.
    - To pan nie stąd? - pytał dalej Łukaszek.
    - Nie, z Warszawy.
    - Jak więc...
    - O, to długa i dość ciekawa sprawa - powiedział gospodarz wyliczają mamie Łukaszka resztę. - Jestem transsemitą.
    - To znaczy? - zainteresowała się mama Wiktymiusza. - Był pan w młodości Żydówką?
    - Nie, proszę pani. Po prostu ileś lat wcześniej zacząłem się identyfikować jako Żyd.
    - Zwierzęcy antysemityzm - oburzyły się obie mamy a Łukaszek chciał wiedzieć oc było dalej.
    - I odzyskałem kamienicę, zamierzałem ją sprzedać i za uzyskane pieniądze osiąść tutaj. Ale się nie udało.
    Wszyscy w zdumieniu spojrzeli po ścianach.
    - Przecież - zaczęła mama Wiktymiusza.
    - To skąd pan wziął pieniądze?
    - Ach, przyszło takich dwóch... Z gminy... I mi zapłacili...
    - Za co??? - wyjąkała zdumiona mama Łukaszka.
    - Za pomysł... I żebym się wyniósł... I nie psuł interesu...
    - Z jakiej gminy? - nie mógł zrozumieć Łukaszek. - Przecież Warszawa to miasto!
    - Potem ci wytłumaczę - mama szturchnęła go w bok, a mama Wiktymiusza pokiwała głową:
    - To teraz żyje pan z wynajmu pokoi.
    - Niezupełnie - pan uśmiechnął się i pokazał jakieś papiery. - Wystawiam certyfikaty covidowe.
    Mamy zaczęły strasznie krzyczeć, że wystawia Polakom lewe zaświadczenia, że są zaszczepieni, co może mieć straszliwe konsekwencje.
    - Spokojnie, spokojnie - mitygował je gospodarz. - Wszystko na odwrót. Po pierwsze, nie Polakom tylko Niemcom.
    - To co, myśli pan, że jak nie Polacy, to wolno?! - krzyczała mama Wiktymiusza. - Jest pan maszyną bez serca!
    - Cała ryczę tak, że aż mnie boli klatka piersiowa! - zapewniała mama Łukaszka.
    - Proszę uważać na słowa. Ja nie wystawiam im dokumentów, że są zaszczepieni. Ja im wystawiam certyfikaty, że nie są zaszczepieni.
    Zapadła cisza.
    - A to w ogóle zgodne z prawdą? - spytał Łukaszek.
    - Oczywiście. Obecnie czas ważności szczepionki to miesiąc. Po prostu wysyłam certyfikat po miesiącu i już.
    - A po co im w ogóle te certyfikaty? - mama Łukaszka była już spokojniejsza. Gospodarz zdziwił się.
    - Jak to? To pani nie wie? W Niemczech tylko zaszczepieni mogą być poddani eutanazji.
    - I... - mama Wiktymiusza przełknęła ślinę. - Oni się w ten sposób... Bronią? Bo nie chcą?
    - No wie pani co, jakoś nie chcą.
    5
    5 (2)