Pałac, ogień, wiatr

 |  Written by Krzysztof Karnkowski  |  0
W poniedziałek prezydent ustępujący wraz z małżonką przyjął na obiedzie prezydenta elekta wraz z małżonką i właściwie nic więcej nie wiemy. Niektórzy (np. red. Gmyz) twierdzą, że chyba nie było za przyjemnie, media jednak ograniczyły się do informacji dość oficjalnej, że dojdzie/doszło do spotkania, zaś trolle, które, jak zauważyła moja żona, odzyskują dla Platformy Pudelka, skoncentrowały się na przeciwstawieniu wspaniałego stylu Komorowskich, bezguściu i prowincjonalności Dudów. Naprawdę.

Na Twitterze się nie udało, więc próbują gdzie indziej, jednak to nie o nich chciałem pisać, choć zawsze jest to kuszące. 22 czerwca to nie tylko dzień odwiedzin przyszłej pary prezydenckiej u państwa Komorowskich. To również dzień, gdy wieczorem, gdy nad Warszawą zapadał zmrok, przed pałacem prezydenckim znów zapłonęły znicze. Był też krzyż, ale ten, o czym mało kto wie, pojawia się co wieczór a mała grupka osób odmawia wówczas apel jasnogórski. Nie ma już knajpy naprzeciwko, nie ma Dominika Tarasa, więc i tematu nie ma. Ot, stały element warszawskiego krajobrazu. To już nie te czasy, gdy w lato 2010 jeździłem na Krakowskie, by stanąć obok modlących się, a naprzeciw pijanej hołocie, która tworzyć miała społeczeństwo obywatelskie ze snów  kilku lewicowych dziennikarek.

Jeśli dziś wspomina się o obrońcach krzyża, najczęściej pamięta się jedynie nasłanego prowokatora Andrzeja Hadacza, czasem przywołuje się też inne niepewne postacie. Tak jest najwygodniej, by uzasadnić własną bierność w tamte wakacje. Rozumiem to, choć nie dla Hadacza tam wówczas bywałem, wcale zresztą tak często go na miejscu nie widując. Przez Krakowskie przewijało się wówczas wiele osób – od ewidentnych prowokatorów, przez osoby, które były co najmniej niestabilne emocjonalnie do zwykłych ludzi, którzy czuli, że poza kontekstem politycznym mamy tu do czynienia z kolejną bitwą wojny światów, którą obserwujemy codziennie, a której symbolem stały się wówczas krzyki „Chcemy Barabasza”. Na tyle głośne, by przebudzić kilku innych warszawskich dziennikarzy, do których wówczas wreszcie coś zaczęło docierać, w czym zresztą, mam nadzieję, i moje ówczesne blogowe relacje miały mały udział. Byli tam Hadacz i Sendecki z kolegami, bywał Leszek Bubel, ale przecież i Ewa Stankiewicz, i ks. Małkowski. Pan Jan, którego spotykam zawsze na rozprawach Sumlińskiego... Wiele się wtedy zawiązało znajomości, sporo się razem przeszło w te sierpniowe noce.

Później można było zobaczyć prawie wszystko w filmie Ewy Stankiewicz, teraz zaś wróciło na jeden wieczór również za sprawą filmu. W poniedziałkowy wieczór bowiem sceny do filmu „Smoleńsk” na  Krakowskim Przedmieściu kręciła ekipa dowodzona przez Antoniego Krauzego. Kilka godzin w tym samym miejscu, w grupie, w której spory procent stanowili uczestnicy dawnych wydarzeń, modliliśmy się znów wokół krzyża. Nacierała na nas inna grupka, wesoła i nienawistna zarazem. Napisałbym „tym razem – statystów”, lecz czy ich poprzednicy również nie byli statystami? Marznąc na mocnym wietrze z transparentem w ręku, myślałem jednak głównie o tym, jak wiele się zmieniło, w jak diametralnie innym nastroju stałem tam wtedy i teraz. Czy można było spodziewać się takiego obrotu wydarzeń? Czy przekreślać wszystko, co wydarzyło się przed pałacem 5 lat wcześniej z powodu jednego lub kilku podstawionych wariatów? Nie mam takiego zamiaru.

Lato 2010 było dla wielu osób doświadczeniem, nie boję się użyć tego słowa, formacyjnym. Dla mnie, w pewnym stopniu, również. Poniedziałkowa inscenizacja na potrzeby powstającego filmu pomogła zebrać myśli i jeszcze raz przywołać to wszystko w zupełnie nowej, społeczno-politycznej sytuacji. Kończę pisać, a zegar na monitorze pokazuje 21:37. W tamto lato miałem wrażenie, że straciliśmy kolejną, po rekolekcjach roku 2005, wielką historyczną szansę. A jednak udało się nam przez tych kilka lat przemycić płomyki z tamtych, gaszonych przez straż miejską, zniczy. Ogień znów płonie pod pałacem. To znak, że dla niektórych przyszedł czas, by się pakować.
5
5 (5)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>