W poniedziałek prezydent ustępujący wraz z małżonką przyjął na obiedzie prezydenta elekta wraz z małżonką i właściwie nic więcej nie wiemy. Niektórzy (np. red. Gmyz) twierdzą, że chyba nie było za przyjemnie, media jednak ograniczyły się do informacji dość oficjalnej, że dojdzie/doszło do spotkania, zaś trolle, które, jak zauważyła moja żona, odzyskują dla Platformy Pudelka, skoncentrowały się na przeciwstawieniu wspaniałego stylu Komorowskich, bezguściu i prowincjonalności Dudów. Naprawdę.
Na Twitterze się nie udało, więc próbują gdzie indziej, jednak to nie o nich chciałem pisać, choć zawsze jest to kuszące. 22 czerwca to nie tylko dzień odwiedzin przyszłej pary prezydenckiej u państwa Komorowskich. To również dzień, gdy wieczorem, gdy nad Warszawą zapadał zmrok, przed pałacem prezydenckim znów zapłonęły znicze. Był też krzyż, ale ten, o czym mało kto wie, pojawia się co wieczór a mała grupka osób odmawia wówczas apel jasnogórski. Nie ma już knajpy naprzeciwko, nie ma Dominika Tarasa, więc i tematu nie ma. Ot, stały element warszawskiego krajobrazu. To już nie te czasy, gdy w lato 2010 jeździłem na Krakowskie, by stanąć obok modlących się, a naprzeciw pijanej hołocie, która tworzyć miała społeczeństwo obywatelskie ze snów kilku lewicowych dziennikarek.
Jeśli dziś wspomina się o obrońcach krzyża, najczęściej pamięta się jedynie nasłanego prowokatora Andrzeja Hadacza, czasem przywołuje się też inne niepewne postacie. Tak jest najwygodniej, by uzasadnić własną bierność w tamte wakacje. Rozumiem to, choć nie dla Hadacza tam wówczas bywałem, wcale zresztą tak często go na miejscu nie widując. Przez Krakowskie przewijało się wówczas wiele osób – od ewidentnych prowokatorów, przez osoby, które były co najmniej niestabilne emocjonalnie do zwykłych ludzi, którzy czuli, że poza kontekstem politycznym mamy tu do czynienia z kolejną bitwą wojny światów, którą obserwujemy codziennie, a której symbolem stały się wówczas krzyki „Chcemy Barabasza”. Na tyle głośne, by przebudzić kilku innych warszawskich dziennikarzy, do których wówczas wreszcie coś zaczęło docierać, w czym zresztą, mam nadzieję, i moje ówczesne blogowe relacje miały mały udział. Byli tam Hadacz i Sendecki z kolegami, bywał Leszek Bubel, ale przecież i Ewa Stankiewicz, i ks. Małkowski. Pan Jan, którego spotykam zawsze na rozprawach Sumlińskiego... Wiele się wtedy zawiązało znajomości, sporo się razem przeszło w te sierpniowe noce.
Później można było zobaczyć prawie wszystko w filmie Ewy Stankiewicz, teraz zaś wróciło na jeden wieczór również za sprawą filmu. W poniedziałkowy wieczór bowiem sceny do filmu „Smoleńsk” na Krakowskim Przedmieściu kręciła ekipa dowodzona przez Antoniego Krauzego. Kilka godzin w tym samym miejscu, w grupie, w której spory procent stanowili uczestnicy dawnych wydarzeń, modliliśmy się znów wokół krzyża. Nacierała na nas inna grupka, wesoła i nienawistna zarazem. Napisałbym „tym razem – statystów”, lecz czy ich poprzednicy również nie byli statystami? Marznąc na mocnym wietrze z transparentem w ręku, myślałem jednak głównie o tym, jak wiele się zmieniło, w jak diametralnie innym nastroju stałem tam wtedy i teraz. Czy można było spodziewać się takiego obrotu wydarzeń? Czy przekreślać wszystko, co wydarzyło się przed pałacem 5 lat wcześniej z powodu jednego lub kilku podstawionych wariatów? Nie mam takiego zamiaru.
Lato 2010 było dla wielu osób doświadczeniem, nie boję się użyć tego słowa, formacyjnym. Dla mnie, w pewnym stopniu, również. Poniedziałkowa inscenizacja na potrzeby powstającego filmu pomogła zebrać myśli i jeszcze raz przywołać to wszystko w zupełnie nowej, społeczno-politycznej sytuacji. Kończę pisać, a zegar na monitorze pokazuje 21:37. W tamto lato miałem wrażenie, że straciliśmy kolejną, po rekolekcjach roku 2005, wielką historyczną szansę. A jednak udało się nam przez tych kilka lat przemycić płomyki z tamtych, gaszonych przez straż miejską, zniczy. Ogień znów płonie pod pałacem. To znak, że dla niektórych przyszedł czas, by się pakować.
Na Twitterze się nie udało, więc próbują gdzie indziej, jednak to nie o nich chciałem pisać, choć zawsze jest to kuszące. 22 czerwca to nie tylko dzień odwiedzin przyszłej pary prezydenckiej u państwa Komorowskich. To również dzień, gdy wieczorem, gdy nad Warszawą zapadał zmrok, przed pałacem prezydenckim znów zapłonęły znicze. Był też krzyż, ale ten, o czym mało kto wie, pojawia się co wieczór a mała grupka osób odmawia wówczas apel jasnogórski. Nie ma już knajpy naprzeciwko, nie ma Dominika Tarasa, więc i tematu nie ma. Ot, stały element warszawskiego krajobrazu. To już nie te czasy, gdy w lato 2010 jeździłem na Krakowskie, by stanąć obok modlących się, a naprzeciw pijanej hołocie, która tworzyć miała społeczeństwo obywatelskie ze snów kilku lewicowych dziennikarek.
Jeśli dziś wspomina się o obrońcach krzyża, najczęściej pamięta się jedynie nasłanego prowokatora Andrzeja Hadacza, czasem przywołuje się też inne niepewne postacie. Tak jest najwygodniej, by uzasadnić własną bierność w tamte wakacje. Rozumiem to, choć nie dla Hadacza tam wówczas bywałem, wcale zresztą tak często go na miejscu nie widując. Przez Krakowskie przewijało się wówczas wiele osób – od ewidentnych prowokatorów, przez osoby, które były co najmniej niestabilne emocjonalnie do zwykłych ludzi, którzy czuli, że poza kontekstem politycznym mamy tu do czynienia z kolejną bitwą wojny światów, którą obserwujemy codziennie, a której symbolem stały się wówczas krzyki „Chcemy Barabasza”. Na tyle głośne, by przebudzić kilku innych warszawskich dziennikarzy, do których wówczas wreszcie coś zaczęło docierać, w czym zresztą, mam nadzieję, i moje ówczesne blogowe relacje miały mały udział. Byli tam Hadacz i Sendecki z kolegami, bywał Leszek Bubel, ale przecież i Ewa Stankiewicz, i ks. Małkowski. Pan Jan, którego spotykam zawsze na rozprawach Sumlińskiego... Wiele się wtedy zawiązało znajomości, sporo się razem przeszło w te sierpniowe noce.
Później można było zobaczyć prawie wszystko w filmie Ewy Stankiewicz, teraz zaś wróciło na jeden wieczór również za sprawą filmu. W poniedziałkowy wieczór bowiem sceny do filmu „Smoleńsk” na Krakowskim Przedmieściu kręciła ekipa dowodzona przez Antoniego Krauzego. Kilka godzin w tym samym miejscu, w grupie, w której spory procent stanowili uczestnicy dawnych wydarzeń, modliliśmy się znów wokół krzyża. Nacierała na nas inna grupka, wesoła i nienawistna zarazem. Napisałbym „tym razem – statystów”, lecz czy ich poprzednicy również nie byli statystami? Marznąc na mocnym wietrze z transparentem w ręku, myślałem jednak głównie o tym, jak wiele się zmieniło, w jak diametralnie innym nastroju stałem tam wtedy i teraz. Czy można było spodziewać się takiego obrotu wydarzeń? Czy przekreślać wszystko, co wydarzyło się przed pałacem 5 lat wcześniej z powodu jednego lub kilku podstawionych wariatów? Nie mam takiego zamiaru.
Lato 2010 było dla wielu osób doświadczeniem, nie boję się użyć tego słowa, formacyjnym. Dla mnie, w pewnym stopniu, również. Poniedziałkowa inscenizacja na potrzeby powstającego filmu pomogła zebrać myśli i jeszcze raz przywołać to wszystko w zupełnie nowej, społeczno-politycznej sytuacji. Kończę pisać, a zegar na monitorze pokazuje 21:37. W tamto lato miałem wrażenie, że straciliśmy kolejną, po rekolekcjach roku 2005, wielką historyczną szansę. A jednak udało się nam przez tych kilka lat przemycić płomyki z tamtych, gaszonych przez straż miejską, zniczy. Ogień znów płonie pod pałacem. To znak, że dla niektórych przyszedł czas, by się pakować.
(5)