Po mądrej decyzji Andrzeja Dudy

 |  Written by alchymista  |  16

Na nieistniejącej dziś stronie http://zmieleni.pl wisiał jakiś czas temu tekst pt. Ordynacja wyborcza w Rzeczypospolitej szlacheckiej. Po decyzji Andrzeja Dudy próbowałem odnaleźć wzmiankowany materiał. Niestety w tzw. "międzyczasie" strona zamieniła się na ruchjow.pl i tekst zniknął. W tekście tym w charakterze ilustracji użyto opublikowanej i sporządzonej przeze mnie mapki, prezentującej geografię sejmików przedsejmowych I RP (prawdopodobnie jedyne takie opracowanie dostępne w internecie).

Ostatnio na szeroko rozumianej prawicy panuje silna moda na sarmatyzm, więc naiwnie sądziłem, że osoby tą tematyką zainteresowane gorliwie sięgają do źródeł (diariuszy, instrukcji sejmikowych, volumina constitutionum) oraz przynajmniej niektórych opracowań, takich choćby jak monumentalne dzieło Państwa Staniszewskich pt. Sejm Rzeczypospolitej za panowania Jana Kazimierza Wazy, prac Edwarda Opalińskiego, Wacława Uruszczaka, Jana Dzięgielewskiego, Leszka Kieniewicza, Jolanty Choińskiej-Mika, Wojciecha Kriegsseisena, Izabeli Lewandowskiej-Malec i wielu innych uczonych, którzy z mniejszym lub większym talentem próbują ten temat zrozumieć, a niekiedy nawet popularyzować, choć raczej z miernym skutkiem. Tu właśnie – w braku popularyzacji - tkwi przyczyna największych nieporozumień i niezrozumienia sarmackiej mentalności.

Autor wspomnianego tekstu niejaki mhuk twierdził, że „W XVI wieku, obowiązywała zupełnie inna ordynacja wyborcza niż w XVIII wieku. W XVI wieku, który przeszedł do historii jako Złoty Wiek dziejów Polski, obowiązywała ordynacja większościowa podobna do systemu JOW”. Ponieważ tekst usunięto z sieci, sprawy bym nie ruszał, gdyby nie to, że podobny pogląd wyraził poważny autorytet „Solidarności” Andrzej Rozpłochowski w debacie nt. JOW.

 

1. W I RP nie było ordynacji wyborczej

Zaczynając od podstaw: w I RP nie było żadnej „ordynacji wyborczej” w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Wybory odbywały się podczas zebrań wyborczych czyli sejmików przedsejmowych. Uczestniczyła w nich lokalna społeczność panów braci, znających się nawzajem jak łyse konie. Wydane w 1995 roku Instruktuarium Kancelarii Koronnej (dokładny tytuł: Kancelaria Koronna a sejm Walny. Instruktuarium, Warszawa 1995, wyd. sejmowe) wskazuje wyraźnie na to, że kancelaria koronna doskonale wiedziała, ilu mniej więcej jest lokalnych liderów i właśnie do tych liderów skierowana była cała przedsejmowa korespondencja. W instrukcji tej czytamy na przykład:

ZIEMIA DOBRZYŃSKA

Sejmik tej ziemi sprawuje się w mieście Lipnie.

Daje się listy

Do senatorów mniejszych trzy: do kasztelana dobrzyńskiego, rypińskiego, słońskiego.

Do starostów jeden: do starosty bobrownickiego.

Do urzędników dwanaście: do podkomorzego, chorążego, sędziego, cześnika, stolnika, wojskiego, podsędka, pisarza.

Pozostałe daje się z okienkami.

Do szlachty,

dobrzyńskiej 26

rypińskiej 24

słońskiej 27”

Jak widać w powyższym cytacie „daje się z okienkami”, to znaczy, że już na miejscu wpisuje się nazwiska osób najbardziej znanych i szanowanych. Co się dzieje dalej tego można się już domyślać, bo rzecz regulował zapewne zwyczaj. Osoba, która otrzymywała list od króla albo go kopiowała i rozsyłała sąsiadom, albo też przekazywała w obieg, aby wszyscy mogli sobie przeczytać. Z pewnością sprawę też omawiano na licznych spotkaniach towarzyskich (weselach, pogrzebach, polowaniach, kuligach itp.). Piszę o tym, aby pokazać, że nie było warunków, które zmusiłyby szlachtę do uchwalenia jednolitej ordynacji wyborczej; zresztą pojęcia tego w ogóle nie znano.

 

2. System wyborczy I RP

Sejmików przedsejmowych było w Rzeczypospolitej blisko 70. System wyborczy Rzeczypospolitej był niejednolity. Posłów wybierały sejmiki, ale obszar i zaludnienie „okręgów wyborczych” było rozmaite; różna też była liczba wybieranych posłów. Posłów więc wybierano zarówno na sejmikach ziemskich, powiatowych, ziemsko-powiatowych, wojewódzkich, jak i dwuwojewódzkich. Wybierano po dwóch, po trzech i więcej posłów, zależnie od sejmiku.

Na mniejszy sejmik zjeżdżało więc kilkudziesięciu liderów szlachty, którzy dobrze się zapoznali z opiniami „braci doma pozostałej” i mieli też wyrobioną opinię co myśleć o królewskiej instrukcji i jej tezach oraz kogo wybrać na posłów. Zjeżdżali też miejscowi senatorowie i urzędnicy ziemscy. Dalej wszystko działo się wedle utartego zwyczaju, przy czym każdy sejmik miał inne zwyczaje. Niemniej jednak Wojciech Kriegsseisen przedstawił taki uśredniony przebieg sejmiku.

Zebranie rozpoczynano mszą, potem ksiądz wynosił Najświętszy Sakrament, aby uchronić miejsce święte przed ewentualną profanacją i rozpoczynał się sejmik. Obrady zagajał najstarszy w hierarchii senator województwa, zaś na Litwie – marszałek powiatowy, który z urzędu pełnił funkcję marszałka sejmiku. Po zagajeniu przewodniczący obrad wychodził przed kościół, aby powitać królewskiego posła i wprowadzić go między zebranych. Poseł witany był mowami i sam wygłaszał mowę, po czym odczytywał instrukcję od króla. W instrukcji zawarte było swego rodzaju exposé rządu: najbardziej palące aktualne problemy polityki międzynarodowej (wojna, pokój, rozejm) i dworu królewskiego (sprawy rodzinne dynastii itp) nieodmiennie wiążące się z koniecznością uchwalenia podatków (a wszak to Sejm, nie tylko król uchwalał pobory), sprawy wewnętrzne (np naprawa monety) oraz różne inne sprawy, które dochodziły uszu królewskich od czasu ostatniego sejmu.

Przystępowano do debaty, czyli tzw. wotowania, z zachowaniem ścisłej hierarchii kolejności głosów wg starszeństwa urzędów. Kolejnym punktem było albo zgłaszanie kandydatów na posłów albo też pisanie instrukcji dla posłów jeszcze niewybranych (przy czym w niektórych sejmikach instrukcje pisane były przez specjalnie do tego wybrane komisje).

 

3. Jaką większością wybierano posłów?

Z zasady dążono do jednogłośnego wyboru posłów. Gdy jednak pojawiało się więcej kandydatów, niż miejsc, z bólem serca marszałek zgromadzenia ogłaszał konieczność przeprowadzenia głosowania (ad turnum) poprzez „kreskowanie”, czyli stawianie kresek przy nazwisku określonego kandydata na karcie wyborczej, na której znajdują się wszystkie nazwiska zgłoszonych. O wyborze na posła decydowała zwykła większość głosów, a więc można uzyskać np. 20% kresek, a mimo to zostać wybranym! Ale to nie znaczy, że wybory odbywały się w okręgach jednomandatowych. Był tylko jeden jedyny sejmik, który wybierał jednego posła, a mianowicie sejmik Księstwa Oświęcimsko-Zatorskiego. Pozostałe wybierały minimum dwóch posłów (na Litwie i na Mazowszu), a w pozostałych częściach kraju niektóre sejmiki wybierały nawet kilkunastu posłów!

Gdybyśmy jednak teraz uczestniczyli w sejmiku radzyńskim (chełmińskie), średzkim (poznańskie, kaliskie), opatowskim (sandomierskie) i wiszeńskim (przemyska, sanocka, lwowska), przeprowadzenie głosowania nie byłoby możliwe, gdyż sejmiki te wybierały posłów wyłącznie jednogłośnie. Jednak i na tych i na innych „większościowych” sejmikach zdarzało się rozdwojenie i wybranie podwójnego kompletu posłów; rozstrzygnięciem który komplet jest prawomocny zajmowała się dopiero izba poselska podczas tzw. rugów (nie było PKW ani Sądu Najwyższego).

 

4. Czy w pierwszej Rzeczypospolitej istniały partie polityczne?

Krótka odpowiedź brzmi: nie, nie istniały. Ale sprawa jest bardziej złożona, bo trzeba zrozumieć jak systemowo radzono sobie z koniecznością wykrystalizowania opinii i stworzenia powiedzmy 2-3 koncepcji programowych na zbliżający się Sejm Walny. Dzisiaj odbywa się to w ten sposób, że każda partia ma swój program wyborczy, który teoretycznie realizuje przez cztery lata kadencji. A jak było wtedy?

Nasi przodkowie byli bardziej pragmatyczni. Programy wyborcze przedstawiali nie kandydaci na posłów, ale wyborcy, którzy pisali im tzw. instrukcje sejmikowe albo instrukcje poselskie. Pisano je gremialnie lub komisyjnie – zależnie od zwyczaju danego sejmiku. Po podpisaniu instrukcji przez przewodniczącego obrad, zanoszono ją do urzędu grodzkiego w celu „oblatowania” lub inaczej - „aktykowania”. Kopia instrukcji była ogłoszona publicznie, by każdy mógł ją sobie skopiować. Przed oblatowaniem instrukcji każdy miał prawo do niej zajrzeć i zażądać stosownych poprawek, z czego oczywiście mogły wyniknąć rozmaite protesty i oskarżenia o wpisywanie do instrukcji spraw, których na sejmiku nie omawiano. W instrukcji poselskiej szlachta zajmowała stanowisko wobec żądań królewskich, lecz także wysuwała własne, zarówno w sprawach wagi państwowej, jak i w sprawach lokalnych, ale w jakiś sposób należących do kompetencji Sejmu lub takich, które wydawały się godne poruszenia.

Można sobie wyobrazić mnogość spraw poruszanych w takich instrukcjach i oczywisty wniosek, że nie sposób było pogodzić sprawy naprawy jakiegoś mostu w powiecie X ze sprawami ogólnopaństwowymi. Aby temu zaradzić, posłowie zjeżdżali na regionalne zjazdy, zwane sejmikami generalnymi, gdzie uśredniali swoje stanowisko na zbliżający się Sejm. W Rzeczypospolitej sejmików generalnych było pięć. Była to pozostałość po dawnych dzielnicach i ich sejmach dzielnicowych. Mamy więc „generał” wielkopolski w skład którego obok Wielkopolski „właściwej” powinno też wchodzić Mazowsze i Prusy Królewskie (czyli dawne Pomorze Gdańskie, nie mylić z Prusami Książęcymi!). A jednak te dzielnice pilnie strzegły swojej odrębności i zbierały się na osobnych sejmikach generalnych. Szczególnie ciekawym był sejmik Prus Królewskich w Malborku. W skład tego sejmiku wchodziła bowiem nie tylko szlachta, ale również przedstawiciele większych i mniejszych miast Prus Królewskich. Zasiadali oni w dwóch izbach: wyższej (senatorowie, podkomorzowie oraz po 2 przedstawicieli Gdańska, Torunia i Elbląga) oraz niższej (koło szlacheckie – przedstawiciele sejmików powiatowych – i koło mieszczańskie – przedstawiciele miast mniejszych). Pozostałe dwa „generały”, to „generał” litewski (terytorium dzisiejszej Litwy i Białorusi) oraz generał małopolski (dzisiejsza Małopolska, sandomierszczyzna, lubelskie oraz ziemie dzisiejszej Ukrainy). W skład sejmiku mazowieckiego wchodziło także Podlasie, choć formalnie należało ono do prowincji małopolskiej, ale fakt faktem, że do Warszawy – gdzie odbywał się sejmik mazowiecki – było po prostu najbliżej.

Jakie funkcje pełniły sejmiki generalne? „Zastępowały” - powiedzielibyśmy dzisiaj - „partie polityczne”. Chodziło o to, aby uzgodnić i skrystalizować opinię większej grupy posłów, tak aby obrady Sejmu toczyły się w sposób do pewnego stopnia przewidywalny i transparentny. Transparentny, bo sejmik generalny uchwalał odrębną instrukcję, która uśredniała treść instrukcji poselskich poszczególnych sejmików. Stopniowy zanik sejmików generalnych, czyli swego rodzaju „odpartyjnienie” sejmu, był zjawiskiem niekorzystnym. Doprowadził do powstania niejawnych fakcji klientalnych i rozdrobnienia opinii sejmujących, co było na rękę magnatom, którym nie zależało na tym, aby izba poselska miała ułatwione dochodzenie do konsensusu. W efekcie wspomniana sprawy naprawy jakiegoś mostu w powiecie X nabierała wagi ogólnopaństwowej, co rozbijało obrady i utrudniało konsensus. Ale to już zupełnie inna historia.

 

5. Czy w I RP istniało zjawisko „spadochroniarstwa”?

Narzekamy na to, że liderzy partyjni wyrzucają na odległe okręgi swoich „spadochroniarzy”, którzy kompletnie są nieznani miejscowym społecznościom. Ludzie na nich głosują, bo de facto nie głosują na ludzi, lecz na ideologie partyjne. To prawda, ale takie zjawisko występowało też w I RP, tylko że było zakamuflowane.

Robiło się to tak: trzeba było kupić dobra w ziemi czy powiecie X, aby zostać uznanym przez lokalną społeczność za „lokalsa”. To dawało prawo startu w wyborach. Inna metoda polegała na tym, że można było „dać się wybrać na posła”. Tę metodę stosowali magnaci, którzy z racji swojej pozycji ustrojowej prawie zawsze pełnili rolę „spadochroniarzy”. Wielu z nich piastowało rozmaite urzędy lokalne, ale przez większość czasu przebywało albo we własnej, odległej posiadłości w innym województwie, zjeżdżając tylko na sejmik i tylko w tym celu, aby „dać się wybrać”. Lokalna społeczność często wybierała magnata na posła właśnie dlatego, że miała nadzieję, iż obyty w świecie i wykształcony człowiek będzie lepiej reprezentował jej interesy. Większość panów braci nie wiedziała nawet, jak wygląda król, bo w najlepszym razie widziała go tylko raz w życiu, podczas wyjątkowych okazji, a i to z pewnej tylko odległości. Zresztą tym, co promowało „spadochroniarstwo” były też koszty utrzymania posła, jadącego na Sejm. Były to koszty poważne, a kwatery przydzielane posłom w stolicy często były podłe. Jednak bycie członkiem fakcji magnackiej dawało możliwość zamieszkania we dworze magnata, który w stolicy miał całą infrastrukturę i karmił swoich podopiecznych.


6. Zatem: czy partie polityczne są czymś dobrym?

Gdy Sarmata mówił o partyjności (używał tu słowa „fakcja”) miał na myśli dwa zagrożenia, a mianowicie skłócone wyznania chrześcijańskie oraz fakcje magnackie w Sejmie. Zachodziła obawa, że państwo z takim trudem sklejone z wielu dzielnic, na granicy z dwiema tyraniami (Moskowią i Turcją) padnie ofiarą wojny domowej: albo w imię religii, albo w imię nieopanowanej żądzy władzy. Wierzono zatem, że consensus jest jedyną drogą w polityce, że consensus uświęca politykę.

Andrzej Rozpłochowski słusznie zwrócił uwagę na trójpodział władzy w Stanach Zjednoczonych. Ten trójpodział władzy polega między innymi na tym, że partie polityczne nie tworzą rządu. Podobnie jak w staropolskim Sejmie, istnieje napięcie między władzą wykonawczą (prezydent), a władzą ustawodawczą (kongres). Szczególnie dotyczy to budżetu, o który między prezydentem a kongresem toczy się ciągła walka. Podobnie jak posłowie na Sejm, kongresmeni wybierani są co dwa lata, a więc muszą silniej zabiegać o względy wyborców. Partie polityczne mają postać luźnych koalicji, bo ich celem nie jest rządzenie, ale reprezentowanie wyborców i stanowienie prawa. Nie partie jako takie są więc przyczyną problemu.

Sęk w tym, że te pozytywne cechy ustroju Stanów Zjednoczonych nie mają żadnego związku z JOW. Podkreślam: w I RP nie było JOWów, a mimo to występuje pewne podobieństwo między ustrojem staropolskim, a ustrojem amerykańskim. Podobieństwo to jednak wynika nie z JOW, ale z samoorganizacji społecznej, z siły narodu. Myślę, że toczymy grę o obudzenie aktywności społecznej. Jeśli ruch na rzecz JOW przyczyni sie do obudzenia tej aktywności i z idei łatwej, lecz głupiej, wykiełkuje coś mądrego, wówczas odegra pozytywną rolę w naszej najnowszej historii.

 

Jakub Brodacki

ERRATA: tekst mhuk-a znaleziony: http://jow.pl/ordynacja-wyborcza-w-rzeczypospolitej-szlacheckiej/  Jest to tekst znacznie poprawiony w stosunku do tego, co czytałem wcześniej... Myślę jednak, że autor nadal nie rozumie, że dobre funkcjonowanie systemu wyborczego I RP nie ma żadnego związku z JOW. Przykład głosowania z 1689 roku wskazuje wyraźnie na to, że na jednym sejmiku wybierano kilku posłów. Nie były to więc JOW-y, ale okręgi wielomandatowe.

5
5 (1)

16 Comments

Obrazek użytkownika polfic

polfic
"Jeśli ruch na rzecz JOW przyczyni sie do obudzenia tej aktywności i z idei łatwej, lecz głupiej, wykiełkuje coś mądrego, wówczas odegra pozytywną rolę w naszej najnowszej historii."

I obstawiam, że tak właśnie będzie.

PS: Masz może jakiś tekst instrukcji poselskiej?
Obrazek użytkownika ro

ro

Czy mógłbyś, tak profilaktycznie, dla wyciszenia mojej paskudnej, upartej nieufności, podać jakiś przykład, kiedy "z idei łatwej, lecz głupiej"   wykiełkowało "coś mądrego"?
cheeky
Obrazek użytkownika polfic

polfic
To nieistotne czy tak kiedyś było czy nie, ważne, że teraz tak będzie cheeky
Obrazek użytkownika ro

ro
Bardzo jestem ciekaw, co dobrego wyniknie z referendum o JOWach, jeżeli dopisze frekwencja?!
Bo moja prywatna sondażownia podpowiada mi, że ca 70 % głosów będzie za odebraniem "darmozjadom" finansowania z budżetu. 
Złapałem dzisiaj fragment wypowiedzi, z której wynikało, że wspieranie partii politycznych przez świadomych określonych potrzeb ludzi interesu, jest czymś ważnym, dlatego należy jak najszybciej zlikwidować dotacje budżetowe. 
 
Obrazek użytkownika Szary Kot

Szary Kot
jedyne dobro jakie wyniknie z referendum 6.09. to właśnie baaardzo niska frekwencja i jasny, namacalny, a nie tylko bazujący na sonadażach, sygnał, że PO leci na łeb, na szyję. Dostaną jednoznaczną odpowiedź, jak "ważne" dla społeczeństwa są ich i bronkowe, wypichcone w jedną noc, pytania.
Niby nic konstruktywnego nie wniesie, ale morale podbuduje, a to arcyważne przed 25.10.
 

"Miejcie odwagę... nie tę tchnącą szałem, która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem przeciwne losy stałością zwycięża."
Obrazek użytkownika alchymista

alchymista
Co do referendum zgoda. W kwestii samego ruchu JOW - może wyniknąć z niego coś dobrego, czego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Musimy stale pamiętać o tym, że zyjemy w świecie ruchomym, a nie statycznym. Zainteresowanie sarmatyzmem jest coraz silniejsze, ale "ślepe", bez wyczucia wartości politycznych, którymi kierowali się sarmaci. Wynika to z bezmyślnego kierowania "tęsknot sarmackich" w kierunku idei romantyczno-katolickich. Tymczasem sarmatyzm polityczny to interesująca praktyka ustrojowa, która warto poznać - z wszystkimi jej WADAMI (oraz zaletami).
Obrazek użytkownika ro

ro
Będę spokojniejszy jak już będzie św. Melchiora, a przewodniczący PKW smętnym głosem ogłosi, że frekwencja była mniejsza, niż 40%
 
Obrazek użytkownika alchymista

alchymista
Nie lekceważ historii, nawet w żartach. Takie podejście jest kontr-kulturowe. Podcina się w ten sposób gałąź, na której się siedzi. Twoja żartem rzucona wypowiedź brzmi mniej więcej tak: "po co sie uczyc łaciny? Wybierzmy przyszłość!".
Obrazek użytkownika alchymista

alchymista
Zgadzam się, tylko że chyba niejasno sformułowałem wniosek. Chodzi mi o to, że każda aktywność, nawet głupia i wynikająca z głupich przesłanek, może przynieść coś dobrego. W tym wypadku jest na to szansa, ze względu na pewna dozę dobrej woli, jaką widze u zwolenników JOW. Oni w zasadzie nie postulują JOW, tylko postulują odpowiedzialność polityków przed wyborcami.
Żałuję jednak, że Rozpłochowski (choć myli się, przypisując JOWom cudowne sprawstwo) nie ma większego wpływu na Kukiza, bo mimo błędu jest bliższy temu, co uwazam za Prawdę. Mam w ręku broszurkę pt. "Posłowie odpowiedzialni przed wyborcami, czyli JOW" i na stronie 4 napisano czarno na białym:

Wzorem dla nas jest Wielka Brytania.

A obok jakiś maszkaron, który udaje brytyjską królową... Ratunku! To przepraszam kto będzie królową? A poza tym system brytyjski jest skrajnie upartyjniony! A co więcej, z chwilą gdy premier obejmuje rządy, posłowie partii rządzącej stają się jego zakładnikami.
Więc jeśli istnieje jakaś nadzieja dla JOW, to nie jest ona w postaci Kukiza, ale w mnogości różnych rozchybotanych idei, które próbują sie podpiąć pod ten ruch. Niektóre z tych idei mogą nieoczekiwanie wypłynąć wbrew woli Kukiza. Na przykład idea trójpodziału władzy, czyli przede wszystkim oddzielenia władzy wykonawczej od ustawodawczej.

A propos rozchybotanych idei: zadziwia mnie w jaki sposób Piotr Zychowicz potrafi w jednym przypadku pleść bzdury, a w innym mówić rzeczy ciekawe. Książka pakt Piłsudski-Lenin chyba warta lektury, ale bardzo krytycznym okiem. Bez wątpienia jednak podzielam jego zdanie, że traktat ryski i jego efekty (zniszczenie Polaków za granicą traktatu) to nie jest rzecz o której można mówić spokojnie i o której spokojnie można zapomnieć...

Być może do głosu dochodza ludzie tłumieni przez kolektywizm cywilizacji fabrycznej, którzy próbują ją rozsadzić - acz bez względu na mozliwe, negatywne konsekwencje swoich działań. Z tego może sie wykluć coś dobrego, ale potrzeba więcej rozwagi...

Obrazek użytkownika ro

ro
To ja ponowię prośbę o jakiś przykład, kiedy aktywność obudzona w złej sprawie przyniosła pozytywne rezultaty. Poza literaturą, ma się rozumieć, bo ta jest pełna takich przykładów i mąci, że jest to możliwe.

Innymi słowy: kiedy zdarzyło się, że złe drzewo wydało dobre owoce?

 
Obrazek użytkownika alchymista

alchymista
Użyłem skrótu myślowego i nie pisałem o drzewie.
Myślę, że kiełbasiana rewolucja z lipca 1980 roku przyniosła w końcu "Solidarność", a więc rzecz bardzo dobrą, tak bardzo dobrą, że władza postanowiła ją zdławić siłą. A przecież zaczęło się od kiełbasy. Naturalnie, potem była sprawa Anny Walentynowicz, a w tle inicjatorzy strajku - ale bez kiełbasianych postulatów to by sie nie udało.

Z JOW jest być może podobnie. Postulat JOW to rodzaj kiełbasy, która ładnie pachnie czosneczkiem, ale nie wiadomo z czego jest zrobiona. To wabi ludzi. Każdy snuje inną gadkę o tym z czego jest zrobiona kiełbasa i tak to się kręci. Nota bene jest to już N-ty kolejny "ruch antysystemowy" od roku 2010, a więc potencjał istnieje. Kukiz go nie wymyślił.

Również powstanie listopadowe zaczęło się wyczynem raczej niedobrym. O tym sie na ogół nie mówi, ale buntujący się lud warszawski zdobył nie tylko arsenał, ale i składy wódki, która podlegała cłom na wjeździe do stolicy. Wesoło było, że hej. Tak wesoło, że nazajutrz w Warszawie było cicho i spokojnie... I gdyby garnizony na prowincji nie poparły powstania, to wszystko skończyłoby sie wielkim moralnym kacem...
Obrazek użytkownika ro

ro
Nie wiem, co powiedzieć...

"Kiełbasa gierkowska" nie była ruchem społecznym, mającym na celu "obalenie siłą ustroju PRL".
To był punkt zapalny, a nie punkt przewracania systemu. Ponadto: co było złego w tym, żeśmy się wkurzyli, bo władza podniosła ceny, a zarobków nie?

"Pijane powstanie". Słuchałem tego "rewelacyjnego wykładu" (cudzysłów - bo tak jest zatytułowany film na Jutubie) Grzegorza Brauna, a potem w tym samym wykładzie słuchałem, jakim to gorącym patriotą był przyjaciel i minister cara książę Adam Czartoryski. I w ogóle - jak ładnie można było odbudować polską państwowość w ramach Imperium. 
Słuchałem, słuchałem, aż musiałem włączyć wykład profesora Nowaka, który o przyczynach powstania ma trochę inne zdanie, niż magister Braun.  Jednak, hm... Grzegorz Braun jest nie tylko magistrem, ale także reżyserem znakomitych filmów, a Andrzej Nowak tylko zwyczajnym profesorem, w dodatku Rosji niechętnym...
Trudno było mnie, prostemu inżynierowi bez wykształcenia, rozstrzygać, po czyjej stronie jest racja, ale tak sobie myślę, że gdyby rację miał Braun i warszawska popijawa istotnie miała miejsce, a w każdym razie gdyby to ona stała się zalążkiem i motorem Powstania, to Państwowy Instytut Sztuki Filmowej nie tylko znalazłby pieniądze na realizację filmu z tym motywem w tle, ale wręcz zleciłby jego realizację. Nawet wiem, kto by został obsadzony w roli chama. Co do Kordiana - takiej pewności nie mam. 

Podsumowując: nawet jeżeli wódka i kiełbasa odegrały jakąś rolę w polskich powstaniach, to były incydentami "przy okazji", a nie "działaniami w złym kierunku, które nieoczekiwanie przyniosły pozytywne rezultaty". Natomiast ruch JOW jest działaniem politycznym.
Tu i teraz politycznie szkodliwym. 
 
Obrazek użytkownika alchymista

alchymista
Sprawa JOW też może być takim punktem zapalnym. Hasłem-fetyszem, wokół którego gromadzą się ludzie. Dziś się gromadzą pod sztandarem JOW, wczoraj pod legalizacja marihuany, przedwczoraj pod niskimi podatkami i tak dalej... Zawsze jest to jakaś kiełbasa, a nic tak nie jednoczy głodnych, jak zapach czosnku, nawet jeśli nie jedzą kiełbasy..

Tak serio: myslę, że JOW to raczej pewien odruch rozpaczy, nieumiejętności wielu ludzi ogarnięcia złożoności życia politycznego. Ale nie można wykluczyć, że pospolite ruszenie, które przeprowadzili działacze JOW przyniesie jakieś pozytywne rezultaty. jednym z nich jest zmobilizowanie Prawa i Sprawiedliwości do wykreowania lidera, który potrafi mówić językiem zrozumiałym dla ludzi młodych lub zdezorientowanych. Mam nadzieje, że Duda tej umiejętności nagle nie utraci po wyborach...

W kwestii pijanego powstania, to wiem o tym akurat ze studiów historycznych, a nie od Grzegorza Brauna, wybacz wink Nota bene - Pan Tadeusz Mickiewicza to coś bardzo podobnego, nie uważasz? Może dlatego jego ekscelencja Wajda ten film nakręcił, bo ja wiem?... laugh
Obrazek użytkownika ro

ro
Coś w tym jest!
yes

Z tym że jest pewna różnica: możliwe, że organizatorzy powstania "opalili" lub wykorzystali pijacką orgię - i stała się ona skutecznym starterem (nie chcę tu snuć militarnych analogii do niektórych taktyk bitewnych w historii, choć się nasuwają, bo nie chcę urażać pamięci warszawiaków AD 1830, którzy już przecież nie żyją).
Natomiast Jackowi Soplicy wydarzenia wymkneły się spod kontroli i spaliły na panewce - może dlatego reżyserowi "Popiołu i diamentu" było łatwiej podjąć ten temat...  

Więcej notek tego samego Autora:

=>>