
W roku 2005 przyczyn wygranej prawicy w wyborach upatrywano we wzroście postaw konserwatywnych i prawicowych, na które złożyły się atmosfera po śmierci Jana Pawła II, określana nieraz jako „narodowe rekolekcje” i zniechęcenie do rządzących postkomunistów. Ta zmiana nastrojów pozwoliła wygrać wybory Prawu i Sprawiedliwości i Lechowi Kaczyńskiemu, zaś całą scenę polityczną zdominować dwóm partiom, które odwoływały się do spuścizny „Solidarności” i antykomunizmu. Dwa lata później Platforma Obywatelska została wylansowana przez media jako siła gwarantująca powrót do status quo kwestionowanej przez siebie wcześniej III RP, jednak sporo głosów uzyskała jako bardziej pragmatyczna i europejska partia nie kontynuacji, a modernizacji. Sprawy ideowe zaczęły schodzić na dalszy plan, jednak wciąż odgrywały pewną rolę w coraz fałszywiej brzmiących narracjach. Co więcej – odgrywają ją nawet teraz, gdy jawna obrona ludzi dawnego systemu nie kłóci się ze świętowaniem „25 lat wolności”, zaś blokowanie ekshumacji na „Łączce” nie przeszkadza w grzaniu się w blasku chwały Żołnierzy Niezłomnych.
Zmiana politycznego oblicza PO z ruchu łączącego w sobie gospodarczy liberalizm z pewnym obyczajowym konserwatyzmem (przypominam, że mówimy o sferze autoprezentacji, nie praktyki) w partię władzy, która ideowe ożywienie znajduje jedynie we wcielaniu w życie wytworów europejskiej, lewicowej inżynierii społecznej, nie skutkuje znaczącą utratą popularności wśród wyborców. Nie znaczy to jednak, że w ciągu ostatnich 10 lat nastroje patriotyczne, konserwatywne czy też liberalne w klasycznym tego słowa znaczeniu wyparowały. Wręcz przeciwnie, od kilku lat znów przeżywają swój renesans. Przez dłuższy czas odznaczały się pewnym ideowym chaosem, sprawiały wrażenie całkiem nieukierunkowanych. Nie dały okiełznać się ani Prawu i Sprawiedliwości, największej opozycyjnej sile politycznej wydającej się oczywistym wyborem przynajmniej dla tej części nowych grup patriotów, dla których sfera symboliczna jest ważniejsza, niż liberalne podejście do gospodarki. Co więcej – chociaż największym świętem młodych ludzi lubiących nosić koszulki odwołujące się do Wyklętych czy Powstania Warszawskiego i wielu spośród ich rodziców stał się w ciągu kilku lat Marsz Niepodległości, jego organizatorzy nie potrafili przełożyć tego kapitału na poparcie polityczne. Przez dłuższy czas mogło wydawać się, że jedynymi wygranymi tej podskórnej zmiany będzie Janusz Korwin-Mikke i jego otoczenie, które swoim uproszczonym i widowiskowym przekazem idealnie wpasowało się w potrzeby generacji, dla której ulubionym środkiem przekazu jest mem.
Proces społeczny, który do zeszłego nie był w stanie przełożyć się na wyniki wyborów (a który zaowocował czterema mandatami Nowej Prawicy w Europarlamencie i dość dużą liczbą głosów, jakie Krzysztof Bosak zdobył w wyborach uzupełniających do senatu), w pełnej krasie widzimy dziś, po zarejestrowaniu listy kandydatów na prezydenta. Próg 100 tysięcy podpisów nie był przeszkodą ani dla Korwina-Mikke, Mariana Kowalskiego czy Jacka Wilka, dysponujących poparciem skromnych, lecz ukształtowanych struktur organizacyjnych, lecz i dla niedysponujących takim zapleczem Pawła Kukiza czy Grzegorza Brauna. Nawet jeśli uznać, że za pierwszym stoi duża rozpoznawalność, a za drugim wybitna twórczość dokumentalna – fakt, że prawicę nie odnajdującą się w PiS reprezentuje aż pięciu kandydatów, powinien skłonić tę partię do refleksji. Wbrew części komentatorów nie uważam, by ktokolwiek z tej grupy stanowił zagrożenie dla liczby głosów, jakie Andrzej Duda uzyska w wyborach prezydenckich. Pora pogodzić się z faktem, że istnieje grupa wyborców prawicowych, która nie jest w stanie poprzeć kandydata tej partii w pierwszej turze, a następnie wyciągnąć z tego wnioski.
Istnieje wielu wyborców tzw. kandydatów antysystemowych, którzy bądź to są zwolennikami radykalnie libertariańskiego programu gospodarczego, bądź PiS widzą jako element systemu, służący, jak wszystkie inne duże partie, obcym interesom. Sami skłonni są upatrywać jedynego ratunku w bliskich relacjach z Rosją, co czyni ich dla partii Jarosława Kaczyńskiego twardym elektoratem negatywnym, równie niechętnym Prawu i Sprawiedliwości, co najzapieklejsi zwolennicy i politycy Platformy. Z drugiej strony jednak wiele osób, zwłaszcza reprezentujących młodsze pokolenie, nie miało szansy poznać prawdziwej odpowiedzi na pytania o stanowisko braci Kaczyńskich wobec ustaleń okrągłego stołu, czy motywy podpisania Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Być może, gdyby dotrzeć do nich z wersją odbiegającą od wygodnych sloganów o „bandzie czworga”, przekonać, że w imię bieżącej geopolityki nikt nie zamierza poświęcać prawdy historycznej, przypomnieć, że to w „solidarnej Polsce” Kaczyńskiego doszło do odczuwalnej obniżki podatków i wypracować sposób poruszania kilku innych trudnych tematów, część tych głosów wsparłaby Dudę w drugiej turze. Może nawet zdecydowała się zostać przy PiS w wyborach parlamentarnych. Warto zauważyć też, że katastrofa smoleńska, co pokazało wiele niedawnych dyskusji, jest dla wielu osób odwołujących się do patriotyzmu zaskakująco obojętna – być może właśnie dlatego, że mocniej, niż cokolwiek innego, falsyfikuje wspomnianą tezę o PiS jako uczestniku „bandy czworga”.
Tymczasem, kiedy piątka „antysystemowców” przeszła przez pierwsze, przyszykowane przez PKW sito, z wyborczego wyścigu jeszcze przed startem odpadła Wanda Nowicka, podpisów zabrakło również Annie Grodzkiej. Każe się to zastanowić nad tym, na ile polskie społeczeństwo popiera obyczajowy skręt w lewo, symbolizowany właśnie przez te osoby, lecz który dokonuje się w rzeczywistości za sprawą rządzących i z poparciem Bronisława Komorowskiego będącego „za życiem, więc za in vitro” i nie spotkał się jeszcze z żadną negatywną konsekwencją genderyzmu. Wydaje się, że jest to problem jedynie części wielkomiejskich, oderwanych od prawdziwych problemów, elit – co zresztą obrazuje też malejąca frekwencja na corocznych manifach i paradach równości. Nagłaśniając przypadki skrętu Platformy w kierunku obyczajowej lewicy, Prawo i Sprawiedliwość może przekonać do siebie wyborców centrowych, w tym tych, którzy głosowali dotąd na Platformę, wierząc w wykreowany wizerunek partii spokoju i zdrowego rozsądku. Warto dotrzeć do tych wyborców z przekazem, że to rządząca partia coraz częściej skłania się ku ideowemu zacietrzewieniu, o które tak lubi oskarżać innych. Małgorzata Fuszara czy Agnieszka Kozłowska-Rajewicz nie są o centymetr bliżej centrum, niż przedstawiana jako fundamentalistka Krystyna Pawłowicz. Najwiarygodniejsi w pokazaniu tej przemiany Platformy byliby tacy politycy, jak Jarosław Gowin, dla którego właśnie w wyniku zmiany profilu partii zabrakło w niej miejsca.
W kampanii, zwłaszcza pomiędzy pierwszą a drugą turą, prezentację pozytywnego programu Andrzeja Dudy, o którym pisałem w poprzednich tekstach, uzupełnić warto według zasady „dla każdego coś miłego”. Nie można zaniedbać żadnego segmentu przekazu. Nagłaśnianie afer PO, relacji prezydenta z WSI, czy wskazywanie przykładów największych patologii III RP może pomóc w przejęciu głosów wyborców niezdecydowanych, głosujących na Platformę niejako siłą rozpędu. Psychologia społeczna wskazuje, że pomocny w tym będzie dobry wynik kandydata opozycji w I turze. Sztab Bronisława Komorowskiego obawia się drugiej jako plebiscytu przeciwko Platformie i są to obawy uzasadnione. Jeśli część dotychczasowych wyborców tej partii odwróci się od niej lub zwyczajnie uzna, że nie jest już stroną w tym sporze, powiększy to znacznie szanse Dudy. Niedawny wyrok w sprawie Mariusza Kamińskiego, czy powrót kwestii prezydenckich polowań, to kolejne okoliczności sprzyjające. W przypadku wyborców „antysystemowych” raczej nie zachodzi prawdopodobieństwo przerzucenia głosów na Komorowskiego. Czy część z nich uda się przejąć jego kontrkandydatowi, zależy nie tylko od ewentualnych deklaracji kandydatów (wstępnie i warunkowo poparcie Dudy w jednym z wywiadów zadeklarował na razie jedynie Marian Kowalski), lecz również od umiejętnego rozegrania wskazanych w tym artykule kwestii.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
Zmiana politycznego oblicza PO z ruchu łączącego w sobie gospodarczy liberalizm z pewnym obyczajowym konserwatyzmem (przypominam, że mówimy o sferze autoprezentacji, nie praktyki) w partię władzy, która ideowe ożywienie znajduje jedynie we wcielaniu w życie wytworów europejskiej, lewicowej inżynierii społecznej, nie skutkuje znaczącą utratą popularności wśród wyborców. Nie znaczy to jednak, że w ciągu ostatnich 10 lat nastroje patriotyczne, konserwatywne czy też liberalne w klasycznym tego słowa znaczeniu wyparowały. Wręcz przeciwnie, od kilku lat znów przeżywają swój renesans. Przez dłuższy czas odznaczały się pewnym ideowym chaosem, sprawiały wrażenie całkiem nieukierunkowanych. Nie dały okiełznać się ani Prawu i Sprawiedliwości, największej opozycyjnej sile politycznej wydającej się oczywistym wyborem przynajmniej dla tej części nowych grup patriotów, dla których sfera symboliczna jest ważniejsza, niż liberalne podejście do gospodarki. Co więcej – chociaż największym świętem młodych ludzi lubiących nosić koszulki odwołujące się do Wyklętych czy Powstania Warszawskiego i wielu spośród ich rodziców stał się w ciągu kilku lat Marsz Niepodległości, jego organizatorzy nie potrafili przełożyć tego kapitału na poparcie polityczne. Przez dłuższy czas mogło wydawać się, że jedynymi wygranymi tej podskórnej zmiany będzie Janusz Korwin-Mikke i jego otoczenie, które swoim uproszczonym i widowiskowym przekazem idealnie wpasowało się w potrzeby generacji, dla której ulubionym środkiem przekazu jest mem.
Proces społeczny, który do zeszłego nie był w stanie przełożyć się na wyniki wyborów (a który zaowocował czterema mandatami Nowej Prawicy w Europarlamencie i dość dużą liczbą głosów, jakie Krzysztof Bosak zdobył w wyborach uzupełniających do senatu), w pełnej krasie widzimy dziś, po zarejestrowaniu listy kandydatów na prezydenta. Próg 100 tysięcy podpisów nie był przeszkodą ani dla Korwina-Mikke, Mariana Kowalskiego czy Jacka Wilka, dysponujących poparciem skromnych, lecz ukształtowanych struktur organizacyjnych, lecz i dla niedysponujących takim zapleczem Pawła Kukiza czy Grzegorza Brauna. Nawet jeśli uznać, że za pierwszym stoi duża rozpoznawalność, a za drugim wybitna twórczość dokumentalna – fakt, że prawicę nie odnajdującą się w PiS reprezentuje aż pięciu kandydatów, powinien skłonić tę partię do refleksji. Wbrew części komentatorów nie uważam, by ktokolwiek z tej grupy stanowił zagrożenie dla liczby głosów, jakie Andrzej Duda uzyska w wyborach prezydenckich. Pora pogodzić się z faktem, że istnieje grupa wyborców prawicowych, która nie jest w stanie poprzeć kandydata tej partii w pierwszej turze, a następnie wyciągnąć z tego wnioski.
Istnieje wielu wyborców tzw. kandydatów antysystemowych, którzy bądź to są zwolennikami radykalnie libertariańskiego programu gospodarczego, bądź PiS widzą jako element systemu, służący, jak wszystkie inne duże partie, obcym interesom. Sami skłonni są upatrywać jedynego ratunku w bliskich relacjach z Rosją, co czyni ich dla partii Jarosława Kaczyńskiego twardym elektoratem negatywnym, równie niechętnym Prawu i Sprawiedliwości, co najzapieklejsi zwolennicy i politycy Platformy. Z drugiej strony jednak wiele osób, zwłaszcza reprezentujących młodsze pokolenie, nie miało szansy poznać prawdziwej odpowiedzi na pytania o stanowisko braci Kaczyńskich wobec ustaleń okrągłego stołu, czy motywy podpisania Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Być może, gdyby dotrzeć do nich z wersją odbiegającą od wygodnych sloganów o „bandzie czworga”, przekonać, że w imię bieżącej geopolityki nikt nie zamierza poświęcać prawdy historycznej, przypomnieć, że to w „solidarnej Polsce” Kaczyńskiego doszło do odczuwalnej obniżki podatków i wypracować sposób poruszania kilku innych trudnych tematów, część tych głosów wsparłaby Dudę w drugiej turze. Może nawet zdecydowała się zostać przy PiS w wyborach parlamentarnych. Warto zauważyć też, że katastrofa smoleńska, co pokazało wiele niedawnych dyskusji, jest dla wielu osób odwołujących się do patriotyzmu zaskakująco obojętna – być może właśnie dlatego, że mocniej, niż cokolwiek innego, falsyfikuje wspomnianą tezę o PiS jako uczestniku „bandy czworga”.
Tymczasem, kiedy piątka „antysystemowców” przeszła przez pierwsze, przyszykowane przez PKW sito, z wyborczego wyścigu jeszcze przed startem odpadła Wanda Nowicka, podpisów zabrakło również Annie Grodzkiej. Każe się to zastanowić nad tym, na ile polskie społeczeństwo popiera obyczajowy skręt w lewo, symbolizowany właśnie przez te osoby, lecz który dokonuje się w rzeczywistości za sprawą rządzących i z poparciem Bronisława Komorowskiego będącego „za życiem, więc za in vitro” i nie spotkał się jeszcze z żadną negatywną konsekwencją genderyzmu. Wydaje się, że jest to problem jedynie części wielkomiejskich, oderwanych od prawdziwych problemów, elit – co zresztą obrazuje też malejąca frekwencja na corocznych manifach i paradach równości. Nagłaśniając przypadki skrętu Platformy w kierunku obyczajowej lewicy, Prawo i Sprawiedliwość może przekonać do siebie wyborców centrowych, w tym tych, którzy głosowali dotąd na Platformę, wierząc w wykreowany wizerunek partii spokoju i zdrowego rozsądku. Warto dotrzeć do tych wyborców z przekazem, że to rządząca partia coraz częściej skłania się ku ideowemu zacietrzewieniu, o które tak lubi oskarżać innych. Małgorzata Fuszara czy Agnieszka Kozłowska-Rajewicz nie są o centymetr bliżej centrum, niż przedstawiana jako fundamentalistka Krystyna Pawłowicz. Najwiarygodniejsi w pokazaniu tej przemiany Platformy byliby tacy politycy, jak Jarosław Gowin, dla którego właśnie w wyniku zmiany profilu partii zabrakło w niej miejsca.
W kampanii, zwłaszcza pomiędzy pierwszą a drugą turą, prezentację pozytywnego programu Andrzeja Dudy, o którym pisałem w poprzednich tekstach, uzupełnić warto według zasady „dla każdego coś miłego”. Nie można zaniedbać żadnego segmentu przekazu. Nagłaśnianie afer PO, relacji prezydenta z WSI, czy wskazywanie przykładów największych patologii III RP może pomóc w przejęciu głosów wyborców niezdecydowanych, głosujących na Platformę niejako siłą rozpędu. Psychologia społeczna wskazuje, że pomocny w tym będzie dobry wynik kandydata opozycji w I turze. Sztab Bronisława Komorowskiego obawia się drugiej jako plebiscytu przeciwko Platformie i są to obawy uzasadnione. Jeśli część dotychczasowych wyborców tej partii odwróci się od niej lub zwyczajnie uzna, że nie jest już stroną w tym sporze, powiększy to znacznie szanse Dudy. Niedawny wyrok w sprawie Mariusza Kamińskiego, czy powrót kwestii prezydenckich polowań, to kolejne okoliczności sprzyjające. W przypadku wyborców „antysystemowych” raczej nie zachodzi prawdopodobieństwo przerzucenia głosów na Komorowskiego. Czy część z nich uda się przejąć jego kontrkandydatowi, zależy nie tylko od ewentualnych deklaracji kandydatów (wstępnie i warunkowo poparcie Dudy w jednym z wywiadów zadeklarował na razie jedynie Marian Kowalski), lecz również od umiejętnego rozegrania wskazanych w tym artykule kwestii.
Tekst ukazał się we wczorajszym wydaniu Gazety Polskiej Codziennie
(1)
1 Comments
@Budyń
09 April, 2015 - 19:34
Na pewno warto próbować różnych sposobów. Ten jednak nie pozyska PiS-owi głosów, a jedynie zniechęci część zdezorientowanych wyborców PO - co i tak nie jest złym rozwiązaniem. Lepiej, żeby nie głosowali, niż głosowali głupio. Jeżeli zestawisz Fuszarę z Pawłowicz, to jest pewne, że centrowy wyborca PO zostanie w domu