Taka piękna kata… deklaracja (Wyboje Jerozolimskie)

 |  Written by Rosemann  |  3
Wczorajsza polsko-izraelska deklaracja i towarzysząca jej zmiana ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej budzi i będzie budzić różne, często dość emocjonalne reakcje. I to połączenie w jednym dniu naszego wewnętrznego procesu tworzenia prawa i kształtowania relacji na arenie międzynarodowej ma dla tych, którzy tak a nie inaczej reagują kolosalne wrażenie.

Wspomniane reakcje to albo oburzenie, że rządzący cofnęli się pod presja albo oburzenie, że w sumie dobrze zrobili ale, źle, że w takim stylu. Raczej nie udało się mi znaleźć kogokolwiek, oczywiście poza Mateuszem Morawieckim, kilkoma niepokornymi dziennikarzami i posłem Adamem Andruszkiewiczem, kto uznałby, że zmiana jest super a jej wprowadzenie mega.

Sam należę do tych, dla których zmiana prawa kończy wojnę pozycyjną, która od początku była niepotrzebna i nie do wygrania. Pamiętam moment, w którym sam domagałem się od Prezydenta szybkiego podpisania umowy wiedząc zarazem, że pakujemy się w kłopoty i, że odmawiając podpisu Andrzej Duda wybrałby kłopoty, z których wydobyć się nie byłby w stanie.

Od samego początku nie miałem wątpliwości, że nowelizacja autorstwa ekipy ziobrystów tak naprawdę nie ma na celu nic innego poza nabiciem szefowi resortu sprawiedliwości punktów u patriotycznie nastawionego elektoratu. Choć mowa była o walce o nasz międzynarodowy wizerunek tak naprawdę ustawa była krojona na „rynek wewnętrzny”.

Problem w tym, co zresztą nie pierwszy raz się okazało, ziobryści i sam Ziobro cierpią na chroniczny brak wyobraźni i w głowie im nie postało do czego doprowadzą. Pewnie widzieli się w glorii obrońców tego i śmego, otoczonych tłumami wdzięcznych rodaków. Na „rynku międzynarodowym” zafundowali nam prawdziwy rollercoaster w relacjach z największym sojusznikiem a na „rynku wewnętrznym” kolejne kryzysy zaufania, tym razem nie tylko tradycyjnie do Andrzeja Dudy ale i do Mateusza Morawieckiego i innych. I po co? I po nic. Ktoś powie, że godność nie ma ceny. Ja, przypominając kompromitację związaną z próbą objęcia przepisami ustawy argentyńskiej gazety, zauważę, że śmieszność dla odmiany jest bardzo tania. I w parze z nią godność czuje się niespecjalnie.

Prawo ma to do siebie, że musi być skuteczne. Tym, którzy mi tu pewnie z godnością i podobnymi argumentami wyjadą zadam pytanie jak sobie wyobrażają ściganie po świecie „zbrodniarzy” negujących bohaterstwo naszego Narodu w tamtym strasznym czasie? Przecież to dopiero byłaby szopka!

Jednak z godności rezygnować nie wolno. Tak samo jak iż myślenia. I wczorajsze wydarzenia wokół błyskawicznej nowelizacji doskonale to ilustrują.

Ja nie wiem czy rzecz w planach pana Bibi Netaniahu, który być może miał wykupione jakieś „last minut” na Teneryfie czy Rivierze ale powiązanie biegunki legislacyjnej w sprawie zmiany tej ustawy ze wspólnym wystąpieniem premierów a już szczególnie z tym, co premier Izraela powiedział wyglądało tragicznie. Naprawdę nie wiem czy nie było czasu i możliwości aby część polsko-izraelską przesunąć nieco aby nie wyglądało to tak, że gdzieś tam o tysiące kilometrów od Warszawy ktoś dorzuca swój udział do naszych wewnętrznych mechanizmów. Dla Narodu z takim uczuleniem na wszelkie urazy dumy jest to cos trudnego i do zrozumienia i do wybaczenia. Wyszło jak wyszło i dumni nie mamy być z czego.

Jeśli ktoś pomyślał, że tak będzie bardziej imponująco i przekonująco to, mówiąc najdelikatniej, źle wymyślił.

I mam wrażenie, że tak to też musiał widzieć jeden z głównych aktorów tego przedstawienia, Mateusz Morawiecki. Jego rozwlekle wystąpienie już po „bilateralnej” szopce sprawiało wrażenie już nawet nie bezskutecznego wysiłku przekonania społeczeństwa w tej sprawie ale skazanej na niepowodzenie próby przekonania siebie samego. Dawno nie słyszałem wystąpienia, w którym mówiący byłby tak dramatycznie nieprzekonujący.

Tak mówi się i robi tylko wtedy, gdy się nie ma innego wyjścia.

Mam takie poczucie, że ta demonstracja, że z Jerozolima jest już git jeszcze się autorom tego dyplomatycznego „sukcesu” odbije czkawką albo czymś poważniejszym.  Trudno nie zauważyć złośliwie, że nigdy tak wielu nie było tak mocno wkurzonych działaniami tak nielicznych. No może przesadzam zważywszy na także nieszczęsna koincydencję z „przewagami” naszej narodowej „jedenastki”. Ale kumulacja wkurzeń też nie jest niczym dobrym.

Niestety oczekiwanie, że czegoś ta sytuacja nas na przyszłość nauczy jest pozbawione sensu. A to przecież jedyny plus, jakiego w tej wczorajszej politycznej wtopie można się było doszukiwać.

Za jakiś czas niezawodna ekipa pana Zbyszka, która tak skutecznie walnęła najpierw w Prezydenta a teraz w Premiera, wymyśli kolejny „genialny” ruch, po którym wreszcie przewróci wszystkich.

Mam jednak nadzieje, że w tym, co wczoraj mogliśmy przeżywać i oglądać jest jakiś, korzystny dla nas, ukryty plan. Być może teraz nastąpi prawdziwa eksplozja naszej dyplomatycznej aktywności ilustrowanej masą fotek z największymi tego świata. I tego oczekuję. Inaczej wyglądać będzie na to, że cnotę straciliśmy a rubla nie zarobiliśmy.
5
5 (1)

3 Comments

Obrazek użytkownika ro

ro
Całe to zamieszanie pobudzi Jarosława Kaczyńskiego do działania, w każdym razie mam taką nadzieję.
 
Inny aspekt tej sprawy podniosł mi ciśnienie, mianowicie emocjonalne komentarze, zarówno popierające (z wazeliną pana posła A. - fuj!), jak i odżegnujace Prawo i Sprawiedliwość od czci i wiary.
W tych drugich glosach przebija oburzenie, że oto "polskie prawo jest pisane za granicą". Cudzyslów - bo to słowa vicemarszałka Tyszki.
Niby oburzenie słusznie, ale jak to wygląda w kontekście referendum z 2003 roku?
Bardzo chciałbym wiedzieć, jak wtedy głosował pan poseł i marszałek Tyszka? Bo jeżeli "był za unią", to znaczy, że się godził, by polskie prawo było pisane za granicą, i powinien teraz po prostu zamilnąć. Tak jak każdy drący szaty, jeżeli w 2003 roku był "unio-pozytywny".
 
Obrazek użytkownika boldandcharm

boldandcharm

Tak jak każdy drący szaty, jeżeli w 2003 roku był "unio-pozytywny".

Taaa... To mniej więcej taki sam mocny zarzut, jak do białego, co wybrał smierć przez bunga-bunga, a nie od dzidy. O bunga-bunga zaś, uzyskał dogłębną wiedzę wywiązany po pierwszym pchnięciu:-)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>