W oczekiwaniu na dobrą zmianę w kształceniu lekarzy

 |  Written by Lech 'Losek' Mucha  |  43
Przeczytałem doniesienie prasowe, zatytułowane: "Dobra wiadomość dla osób z podejrzeniem choroby nowotworowej".  Okazało się, po bliższym zapoznaniu z materiałem, że minister zdrowia Konstanty Radziwiłł daje nadzieję pacjentom z podejrzeniem właśnie nowotworu na to, że szybciej będą mogli poddać się badaniom diagnostycznym i szybciej wdrożone zostanie leczenie. W jaki sposób? Projekt zmian w pakiecie onkologicznym, który znalazł się w sejmie, zakłada likwidację ograniczeń administracyjnych i utrudnień biurokratycznych nakładanych na lekarzy.
Oprócz działań ułatwiających diagnostykę i leczenie nowotworów, projekt zakłada konsolidację ośrodków zajmujących się leczeniem nowotworów, czyli mówiąc jaśniej - ministerstwo zakłada wprowadzenie zakazu przeprowadzania operacji onkologicznych w ośrodkach, w których takich zabiegów wykonuje się mniej niż sześćdziesiąt rocznie! System przyjmowania i leczenia pacjentów w szpitalach jest na różne sposoby ograniczany. Limituje się w sposób finansowy przyjęcia do szpitali. Ogranicza się administracyjnie kształcenie młodych lekarzy. Poprzez niedostateczne finansowanie, leczenie ludzi chorych na poważne choroby, czyni się po prostu nieopłacalnym. I teraz w sytuacji w której kolejki do szpitali są - jakie są - ministerstwo zdrowia zamierza zakazać wykonywania niektórych procedur w szpitalach. Nie tędy droga! Oczywiście, dobrze by było, żeby zabiegi operacyjne wykonywane były przez tych lekarzy, którzy dane procedury potrafią wykonać, ale nie należy, nie wolno ograniczać administracyjnie prawa do ich wykonywania. Należy ułatwić kształcenie, a nie ingerować w prawo pacjenta do wyboru lekarza!
Jakiś czas temu spróbowałem - w celu poprawy swych kwalifikacji - otworzyć nową specjalizację - chirurgię onkologiczną. Byłem chirurgiem ogólnym - wtedy - od blisko dziesięciu lat. Byłem chirurgiem, który już wtedy miał na liście wykonanych zabiegów również wiele zabiegów onkologicznych, ale przede wszystkim zrobiłem to po przeczytaniu - przez kilka miesięcy z rzędu - ogłoszeń w prasie branżowej wskazujących chirurgię onkologiczną, jako deficytową. Myliłby się jednak ten, kto by oczekiwał w związku z tym jakichś ułatwień! Po pierwsze, nie miałem prawa do specjalizacji w ramach tak zwanej rezydentury. Tylko dlatego, że już miałem specjalizację z chirurgii ogólnej, choć została ona przez mnie przeprowadzona nie w trybie rezydenckim, bo takowego wtedy nie było, tylko w ramach etatu. I teraz też zażądano ode mnie, a pośrednio od mojego pracodawcy, zgody na oddelegowanie w ramach mojego etatu. Musiałem przedstawić średnią ocen ze studiów, które skończyłem dwadzieścia lat wcześniej i nie wystarczył wgląd w dyplom, tylko musiałem złożyć odpowiednie podanie do dziekanatu. Potem czekała mnie rozmowa z szefem oddziału onkologii, który powiedział mi, że oczywiście, proszę składać podanie, pożyjemy, zobaczymy... Skąd inąd wiadomo było, że w kolejce do otwarcia specjalizacji czekają lekarze z tego oddziału... Jak sobie pomyślałem, że mam przez dwa lata trzymać haki, a wogóle nie wiadomo, czy uda się specjalizację otworzyć, odechciało mi się i porobiłem kursy endoskopii i nauczyłem robić gastroskopię.
Dla kontrastu opowiem państwu jak polscy lekarze mogą zrobić specjalizację w Niemczech. Wysyła się do specjalnej firmy pośredniczącej swoje dane, listę zabiegów, które się umie zrobić, oraz definiuje się obszar medycyny w którym chce się kształcić, a oni to rozsyłają do szpitali i po raczej krótszym, niż dłuższym czasie znajdują taki oddział, w którym potrzeba pracownika z moimi kwalifikacjami, jednocześnie mogący kształcić w tej dziedzinie, która mnie interesuje. Trzeba tam pojechać, zapoznać się z oddziałem, a poszukujący pracownika mogą się zapoznać z kandytadem. Reszta to formalność. Nie trzeba żadnych ocen ze studiów, zgód, komisji, postępowań konkursowych, ani żadnych innych tego typu bzdetów. Podpisuje się trzyletnią umowę i zaczyna pracę i naukę. Proste? Proste. I jak tu się dziwić, że większość z tych, co tam pojadą, nigdy już do Polski nie wraca.
Znam przypadek lekarza, Polaka, który pracował w szpitalu w Ghanie. W tym rejonie świata 90% ludzi ma jakieś zakażenie: wirusem HIV, wirusem zakażenia wątroby itd. Po kilku latach pracy powrócił do kraju i wystąpił do ministerstwa zdrowia o zaliczenie mu czasu pracy w tym szpitalu do specjalizacji z chorób zakaźnych. Odpowiedziano mu, że tego szpitala w Ghanie, nie ma ministerialnej liście szpitali. Wściekł się, pojechał na południe i robi obecnie specjalizację w Czechach, gdzie osobę z jego doświadczeniem przyjęto z otwartymi rękami.
A u nas minister zdrowia chce administracyjnie zakazać operowania przypadków onkologicznych w spore części szpitali. Dobra zmiana?
Lech Mucha


ilustracja z:http://cdn32.se.smcloud.net/t/pics/t/2010/01/29/tvn-med5_23156708.jpg
Hun
5
5 (3)

43 Comments

Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
"Oczywiście, dobrze by było, żeby zabiegi operacyjne wykonywane były przez tych lekarzy, którzy dane procedury potrafią wykonać (...)"

To tak NIE JEST??????????? 

Wg mnie Radziwiłl na stanowisku min. zdrowia, to więcej niż nieporozumienie, to tragedia, ale kiedy czytam takie uwagi jak twoja, to się zaczynam poważnie zastanawiać czy nie przesadzam. 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Wszystko zależy od tego, kto ile danych procedur widział i wykonał, najpierw pod nadzorem, później samodzielnie. Podam Ci taki przykład. Jak zaczynałem pracę, nie było laparoskopów. Wycinałiśmy pęcherzyki klasycznie. Potem wprowadzono laparoskopy. I nauczyliśmy się wycinać je przez dziurki od klucza. Obecnie znaczną większość wycina się laparoskopowo. Młodzi ludzie mają coraz mniej możliwości nauczenia się klasycznej, otwartej cholecystectomii. A konieczność wykonania takiego zabiegu czasem ma miejsce. W obecnym systemie szkolenia, coraz mniej jest możliwości, by młodzi się uczyli od starszych. System szkolenia jest fatalny. Niewydolny. A będzie tylko gorzej, bo już za kilka lat, wraz z odejściem na emeryturę kolejnych pokoleń lekarzy, nie będzie komu uczyć młodszych. Tylko zakazy, są najgorszym z możliwych sposobów na ten problem...

P.S.
Naczelny Sąd Administracyjny orzekł kilka dni temu, że szpital nie ma prawa odmówić pomocy osobie która tej pomocy potrzebuje nawet, jeśli nie ma w tym szpitalu odpowiednio wykształconych lekarzy. 
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
No, ale tych praktyk na dziurkach od klucza to raczej ine da rasy wpisywać jako  operacji wykonanych. 
Moi rodzce i brat byli lekarzami ( ojciec i brat chirurgami) mam więc świadomość jak istotna jest nauka i praca pod okiem doświadczonych mentorów (zresztą, w każdej dziedzinie).  Mój ojciec pojechał do pracy za swoim mentorem, dr. Węglewiczem, którego usunięto z Warszawy, zresztą i ojciec po studiach w W. pracy nie mógł dostać (obaj z AK, dr Węglewicz, to legenda ze szpitala mieszczacego się w klasztorze Sióstr Zmarwychwstanek podczas Powstania). Ojciec musiał wybrać placówkę poza W-wą, a że akurat Węglewicza wyrzucano to pojechał za nim ( 1952). 

Mam jednak spore wątpliwości, czy owi starsi lekarze ( dziś to już pokolenie baby boomers, bo starsi to juz zaawansowani emeryci, jesli w ogóle jeszcze żyją). mają wystarczająco doświadczenia w nowszych procedurach. Za PRL nie bardzo one do Polski docierały, ponieważ do ich wykonywania potrzebny był specjalistyczny sprzęt, którego Polska nie kupowała zbyt obficie, a jeżeli, to do klinik dla władzy. Ilu chirurgów mogło na ich pracować?  Poza ty, oprócz pofesjonalnego doświadczenia w gre chodza fatalne.  n a w y k i,  jakie zaszczepiła w wielu,  z b y t. wielu lekarzach PRL.
Oczywiście, przez ost. 25 lat wiele się zmieniło, ale tych zmian dokonywali właśnie lekarze pokolenia baby boomers, często totalnie zdemoralizowani, a więc m.in. dbający o to, aby w tych zmianach najlepiej s i e b i e ustawić. Sorry, ale wątpię, aby jakieś szczególne zmiany dotyczyły większego szacunku dla lekarzy z powołania, dla których kasa nie stanowiła głównego powodu wyboru zawodu. Wiem, jakie piekło przeszedł mój brat, zmarły przedwcześnie w wieku 48 lat bez grosza przy duszy. 
Lechu, to wy sami tworzycie to piekło. Warto, abyście wyrażając pretensje i to brali pod uwagę. Mam sporo kolegów pracujących w zawodzie, ich stosunek do pracy, pacjenta, woła o pomstę do nieba, ale kiedy o tym z nimi rozmawiam,  z u p e ł n i e nie rozumieją o co mi chodzi. Rzadko który patrzy, na problem "spoza pudełka", a bez takiego spojrzenia sensowne reformy są praktycznie niewykonalne.  
Lekarze zawsze i wszędzie stanowią potężne lobby, mają  b a r d z o wiele do powiedzenia. Chyba zawsze w IIIRP ministrem zdrowia był lekarz. Może czas, aby został nim pacjent. 
 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Ależ określenie "dziurek od klucza", było żartobliwym określeniem na operacje laparoskopowe! :-)
Miałem na myśli, że nauczyliśmy się wycinać pęcherzyki przez laparoskop! :-)

Nie zgadzam się absolutnie z tym, że lekarze w Polsce stanowiową potężne lobby. Nie ma czegoś takiego jak lobby lekarskie z różnych powodów, np,. z powodu zróżnicowania specjalizacyjnego, różnych trybów pracy i różnych form zatrudnienia. Jest lobby profesorskie, ale to coś innego. Nie masz też racji, że to my odpowiadamy za piekło. To nie lekarze stanowią prawo i nie lekarze, tylko poszczególne rządy, ewentualnie tylko pod wpływem lobby profesorskiego - ustanawiają nam warunki pracy i płacy. ( Nie usprawiedliwiam lekarzy winnych przestępstw. Mówimy tu o organizacji ochrony zdrowia, za którą lekarze jako środowisko nie odpowiadają, bo nikt zdania środowiska nie bierze pod uwagę. Np. ustawy do zaopiniowania przez Izby Lekarskie potrafią dotrzeć do członków IL po terminie zgłaszania poprawek itp.) Równie dobrze, ale równie błędnie można by powiedzieć, że to pacjenci są winni, bo nie wybrali takiej władzy, która by uczciwie przeprowadziła reformę. 
Najlepszy dowód na poparcie mojej tezy to wspomniany wyrok NSA. Pogotowie przywiozło ranne dziecko do szpitala, w którym był nieczynny blok operacyjny. Wiedzieli, że inny szpital wrocławski ma w gotowości personel bloku operacyjnego. Wiedzieli, że tak jest, bo takie dane są w WPR-ach dostępne. Ale tak im było wygodniej. Tak im było bliżej. I teraz wszystkie instancje obarczaja winą szpital, który  z usankcjonowanych powodów miał nieczynny bloki operacyjne na neurochirurgii. Nikt nie widzi ani winy pogotowia, ani konsekwencji wyroku. Czy to lekarze są winni tej śmierci? CZy to działanie lobby lekarskiego?
Piszesz też o nowych procedurach. Dla chirurga z doświadczeniem operacyjnym nabycie umiejętności nowej procedury nie jest wcale bardzo trudne. To jest jak z graniem na fortepianie. Wykształcony muzyk, siadając do gry nowego utworu, znając zapis nutowy musi poświęcić relatywnie znacznie mniej czasu na naukę, niż ktoś, któ próbowałby się uczyć od nowa. Nowicjusz Chopina zagra po kilku latach ćwiczeń, muzyk z doświadczeniem po kilku dniach.
Kilka lat temu nauczyłem się przeprowadzać operacje żylaków metodą "laserową". Ponieważ wcześniej umiałem operować żylaki i umiałem robić USG żył, więc musiałem tylko poznać metodę od strony teoretycznej (wskazania, przeciwskazania, powikłania itp,) natomiast technicznie nie musiał uczyć się wcale, bo wszystkie umiejętności manualne konieczne do wykonania nowego zabiegu miałem opanowane. No, może tylko wkłuwanie się do naczyń pod kontrolą USG. Oprócz tego nic nie było całkiem nowe. Teraz nabywam doświadczenia w laparoskopowych operacjach przepuklin. Ponieważ umiem operować przepukliny, więc technicznie rzecz biorąc, operowanie narzędziami laparoskopowymi w brzuchu nie sprawia mi kłopotu.
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Lekarze mają WARUNKI, aby budować silne lobby. Jeżeli jednak wolą podporządkowywać się swoim profesorom ( sorry - hydraulikom?) i bezsilnie jojczyć po blogach, to oczywiście jest ich suwerenny wybór. 
Naturalnie, tworzenie i wykorzystywanie sily takiego lobby nie jest to łatwe - ale co w życiu jest łatwe? 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Wybacz, ale w jaki sposób mają walczyć, a przede wszystkim dlaczego na lekarzach ma spoczywać odopwiedzialność za walkę z lobby profesorskim? Przecież obecna sytuacja niewiele różni się od pisanej przez Ciebie sytuacji Twojego taty? Czy on nie mógł walczyć, tylko musiał wyjechać? Dobrze wiesz, że w systemie feudalnego poddaństwa, a taki obowiązuje na wielu klinikach od zawsze, nie ma szans na sukces. To władza odpowiedzialna jest za system! To władza ponosi winę za to, że nie słucha znawców, a realizuje swoje ideały socjalistyczne. Problem zreszrą leży głównie w braku nacisku ze strony społeczeństwa. W braku wsparcia w sytuacjach, kiedy lekarze strajkowali o poprawę sytuacji. Nie tylko o poprawę płac, ale też o uzdrowienie systemu.
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Nie porównuj czasów stalinowskich ze współczesnymi. ża próby walki mój ojciec wylądowałby w więzieniu z wyrokiem "wroga ludu". 

"To władza ponosi winę za to, że nie słucha znawców, a realizuje swoje ideały socjalistyczne."

A ci profesorowie, to nie znawcy? Lechu, ci profesorowie, to  w a s i  ludzie!

Oczekujesz nacisku społeczeństwa, oczekujesz mądrej władzy - a od siebie to już niczego nie oczekujesz? 

Feudalizm padł na skutem plagi, która zdziesiątkowała Europę Zachodnią. Brakowało rąk do pracy i jaśniepaństwo musiało zgodzić się na lepsze traktowanie chłopów. Teraz podobnie jest z medycyna w Polsce - lekarze uciekają i to jest szansa dla tych którzy zostają. Wykorzystajcie ją. "Socjalistyczne ideały" można bardzo sprytnie wykorzystać, ale trzeba. c h c i e ć, umieć opracować strategię i .....  działać razem. 

A tego ostatniego, to żwyczajnie nie potraficie. Bo to "socjalizm". 

Wiesz, kiedy ktoś zauważa winę tylko po jednej stronie, zawsze we mnie budzi się wątpliwość wobec strony skarżącej się, a ewidentnie stanowiącej część problemu.


 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
W czasach stalinowskich lądowało się w więzieniu, dziś ląduje sie w niechcianej poradni, bez możliwści kształcenia, bez możliwości podnoszenia kwalifikacji. Nie ma możliwości otwarcia specjalizacji itd.  A koszty zycia dziś są inne niż wtedy! Jest jakaś rodzina, dzieci...
Ci profesorowie to nie są w żadnym wypadku n a s i ludzie.To są nasi ( na szczęście nie moi) szefowie. Panowie i władcy naszych ( na szczęście nie moich ) losów, od których zaleązy nasza ( na szczęście nie moja) przyszłość. Łatwo napisać z daleka, co piwnniśmy zrobić. Wybacz drobną złośliwość, ale jak w Tobie budzą się wątpliwości "wobec strony skarżącej się, a ewidentnie stanowiącej część problemu", tak mnie irytują ludzie, którzy z kanapy/z Kanady, mówią mi czego to ja tu nie powinienem zrobić...
Odszedłem z systemu. Działam na własny rachunek. Od lat piszę o błędach w ochronie zdrowia. Władze - kolejne - mają mnie i takich jak ja gdzieś, a od zwykłych  ludzi, często otrzymuję obelgi.

Czasami takie, że mam już dość tego pisania....
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina

Masz pretesje do Diksia, że atakuje nie fair, ponoć oczekujesz normalnej dyskusji a mnie zarzucasz, że piszę " z kanapy w Kanadzie". 

Sorry, rzeczywiście nie ma sensu rozmawiać. 

Zważywszy jak newralgicznie reagujesz na agrument, wskazujący, że owi profesorowie, ministrowi to też - jak ty - lekarze, może tak byś pomyślał, jak oni moga traktować  twoje - tez lekarza - oskarżenia.  Wiesz, w tym zawodzie odrobina empatii, zdolność do spojrzenia na sprawę oczami "tego drugiego" jest bardzo przydatna  w jego wykonywaniu. 

I to by było na tyle. Tak z reguły traktuję argumenty o "kanapie w Kanadzie".

 

Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Z góry przeprosiłem za odrobinę złośliwości. Poza tym, to Ty zaczęłaś w tym stylu... 
Ja w najmniejszym stopniu nie zareagowałem nerwowo na nieprawdziwy zarzut o etyce. Napisałem tylko, że być może mierzy nas swoją miarą. To on zareagował nerwowo.
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
"Wiesz, kiedy ktoś zauważa winę tylko po jednej stronie, zawsze we mnie budzi się wątpliwość wobec strony skarżącej się, a ewidentnie stanowiącej część problemu."
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Dixi

Dixi
Jaka jest pierwsza zasada etyki lekarskiej?
Nie zeznawać przeciw innemu lekarzowi.
:):):)
Nie wierzę, że lobby lekarzy będzie dbało o interes pacjenta bardziej, niż o własny.
Żadne lobby nie będzie dbało o nikogo, poza własną "kastą".
Nie wierzę też, że samo dosypanie pieniędzy wpłynie na etykę.
Trzeba zmienić system, a ten powinien promować dobrych i etycznych lekarzy.
No dobra, to idealizm...:):):)
--------------------------------------------
"Dixi et salvavi animam meam"
Obrazek użytkownika Dixi

Dixi
Ja jestem  t y l k o  pacjentem (z samymi złymi doświadczeniami).
Wiedziałem, na co się narażam, "wciskając się między wódke i zakąskę" czyli lekarzy i osoby z rodzin lekarskich (no, wiele z tych osób lubię...)
Wiedziałem i mam za swoje:):):)
PS
Gdybyś nie był aż taki arogancki (nawet jak na lekarza), zauważyłbyć, że w sumie chciałem Cię poprzeć.
A "Paragraf 22" warto przeczytać.
Doktor Daneeka, te sprawy...
--------------------------------------------
"Dixi et salvavi animam meam"
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
"Chciałeś mnie poprzeć"? Jakoś słabo Ci wyszło. Nie musisz mnie popierać. Wystarczy dyskutować na poziomie. Nie operować fałszywymi uogólnieniami, a normalnie dyskutować. Mnie zarzucasz arogancję, a sam zaczynasz od fałszywych oskarżeń...
 
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Wiem dlaczego. Dlatego, że nie masz argumentów. Potrafisz tylko posługiwać się kalkami. Mnie tacy "dyskutanci" do niczego potrzebni nie są.
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Sęk w tym, aby pogodzić interes pacjenta z własnym. Na pewno to się nie uda, kopiąc doły pomiędzy "profesorami" i zwykłymi lekarzami, dorzucając do niego jeszcze "władzę". 

Z wielu dyskusji wynika, że skarżący się, w zasadzie oczekują, aby "było tak jak, j a  c h c ę", a o wypracowywaniu jakiegokolwiek konsensusu w ogóle nie ma mowy. 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Ależ sęk w tym, że w znacznym stoniu interes pacjenta jest zbieżny z interesem lekarzy. Po przeciwnej stronie jest lobby profesorskie i kolejne rządy. I te rządy robia co mogą, by pacjetów nastawić przeciw lekarzom. Na przykład poprzez wmówienie ludziom, że etyka lekarska zabrania nam zeznawać przeci kolegom...
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Lubie cię dlatego zrobię wyątek, bo z zasady kiedy zapowiadam zakończenie rozmowy, to się tego trzymam. 

Podaj mi przykład nastawiania przez rząd ludzi przeciwko lekarzom, bo tak abstrakcynie, to można i tę, i całkowicie przeciwną tezę uzasadnić.  Rząd musi brać pod uwagę i jednych, i drugich. Jeżeli ma się posiłkować opiniami i ekspertyzami, to jasne, że odwoła się do profesorów, przecieżże medycyny, nie archeologii!  Przyjmij do wiadomości, że ten profesor dla  tzw. społeczeństwa, przede wszystkim lekarz. Jak ty. Dlatego z punktu widzenia opinii publicznej to są wasze wewnętrzne problemy i to wy musicie je pokonać. Chciałbyś, aby ludzie z zewnątrz  wyrokowali przy sporze pomiędzy tobą a profesorem? Na pewno chciałbyś? 

Life sucks i shit happens. Nie każdy profesor to egoistyczna gnida, naładowana przerośniętym ego i nie każdy lekarz to święty. Profesorowie umierają, przychodzą nowi. Sądzisz, że wszyscy "paskudni socjaliści"? 

 Uważasz, że rząd powinien kierować się opiniami lekarzy użalających się na blogach? Wskaż mi, proszę, z o r g a n i z o w a n e. środowisko po podobnych do twoich poglądach jak należy uzdrawiać służbę zdrowia i krótko podsumuj co zrobiło, co robi i jakie ma plany na przyszłość. 

Moi rodzice wyjechali do Ciechanowa i już tam miekszając  ( z trojgiem dzieci) robili specjalizacje, co wiązało się także z wieloma wyjazdami i kłopotami rodzinnymi w związku z nimi. Np. moja matka robiąc specjalizację z chorób płuc i gruźlicy, blisko trzy miesiące spędziła w Zakopanem na praktykach u prof. ( a jakże!:) Rzepeckiego.  Mój brat zrobił dwie specjalizacje nie pracując już w Warszawie. Łatwo bylo, lekko, finansowo dogodnie? Och nie, zupełnie nie! 

Na całym świecie lekarze muszą wiele poświęcić, aby zrobić specjalizację. No jasne, nie wszyscy, bo tym z kasa i układami jest zawsze łatwiej. Większość odżywia się kiślem i kombinuje jak kobyła pod górkę, aby dostać pod opiekę wybranego specjalisty - bo ci też przecież nie przyjmują każdego jak leci! Na doświadczenie, opinię, pracują od pierwszego dnia studiów,   b a r d z o często wieczorami kelnerując, aby się utrzymać. Ci w Am. Płn. zadłużają się w straszliwym stopniu, aby te studia w ogóle ukończyć. Woleliby za darmo? Pewnie woleliby, ale uskarżanie się na swoją parszywą dolę nie leży w charakterze tych, którzy naprawdę chcą coś osiągnąć.  Jak zarabiają tutaj rezydenci powinieneś wiedzieć - a mimo to zakładają rodziny, mają dzieci, bo tak to biologicznie wychodzi. 

Mam synową, która niedawno skończyła studia medyczne i dioero co rozpoczęła specjalizację. Nie tę, o której marzyła, ale dostosowała się do tego co  j e s t.  Ma troje dzieci, a mąż ( syn mojego męża) jest nauczycielem, więc wyobrażasz sobie ile zarabia. Ich sytuacja jest bardzo trudna, ale w życiu nie słyszałam, aby narzekali,  a już w żadnym wypadku nie tak tak jak ty. Są zdecydowani, jeśli trzeba będzie, wyjechać z Warszawy. Wyjazd z Polski nie wchodzi w rachubę, nawet o tym nie chcą słyszeć. 




 
Kaśka
Obrazek użytkownika Traube

Traube
Za "komuny" i potem tj. do czasu wprowadzenia systemu rezydentur, robienie specjalizacji było stosunkowo proste, a na pewno nie wymagało żadnych układów.
Można było normalnie pracować, zaplanować staże w klinikach, poradniach itp. Rozłożyć to na te dwa lata do jedynki i trzy do dwójki, na koniec zdać bezsensowny najczęściej egazmin i tak się to toczyło.
Bezsensowny, bo np. ja miałem pytania o to, jak się nazywała jakaś pani doktor, która zginęła w czasie Powstania Warszawskiego, a koleżanka dowiedziała się, gdy rozstrzygano problem pytania testowego, na które były trzy poprawne odpowiedzi, że profesor P., który je ułożył miał na myśli odpowiedź A.
Nie czułem, że muszę się poświęcać i chyba moja rodzina tego nie czuła.
Wartość rezydentur mogłem ocenić przed ich wprowadzeniem. W moim szpitalu na prowincji, pacjentów z delirium alkoholowym spotykałem na każdym dyżurze. Kiedyś spotkałem w tramwaju koleżankę ze studiów. Pracowała na klinice. Była właśnie na urlopie, ale z kliniki zadzwonili, że musi przyjechać, bo mają pacjenta z delirium.
Przyjaciółka z mojego szpitala opowiadała, jak do jakiejś babci, która m.in. na nią pokrzyczała podczas obchodu, wezwali profesora, który z miejsca zadecydował o przeniesieniu jej do naszego szpitala z powodu pobudzenia. Koleżanka mówiła, że nie bardzo kojarzyła o co im chodzi, kiedy opowiadali o incydencie, którego była uczestniczką, bo u nas był to chleb powszedni. Ot, jakaś babcia odmówiła zastrzyku i wyzwała pielęgniarkę od kurew...
Moi młodsi koledzy biją się dziś o miejsca na owych klinikach.
W szpitalach, gdzie deliryków ogląda się na codzień, a pobudzonymi chuliganami (nie babciami) nie zawraca się głowy lekarzowi dyżurnemu, specjalizacji robić nie można.
 
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Ty, no chyba nie będziemy tu ustalać, że za komuny było świetnie, co? Coś jednak musiało być nie tak, skoro ludzie domagali się reformy. Lekarze też. Nie tylko o pieniądze chodziło. 
Tę reformę przeprowdzali ludzie, którym, ja obrazujesz, za komuny robić kariery było łatwo i przyjemnie. Na złość nowym rcznikom postanowili napaskudzić? No, stary, bez przesady. Popełniono bardzo wiele błędów, to fakt. I będzie popełniać sie kolejne. Niemniej postawa, że "wszystko jest do d..." a winni profesorowie i rząd ( jakikolwiek by nie był) nie jest ani twórcza, ani wnosi cokolwiek pożytecznego  w publicznym dialogu, ani sprzyja budowaniu samoświadomości. o b y w a t e l i. Zasadniczo, tylko tyle mam Lechowi do zarzucenia, bo poza tym i lubię go, i wiele z jego zarzutów rozumiem, a nawet się z nimi zgadzam. 





 
Kaśka
Obrazek użytkownika Traube

Traube
Ależ oczywiście! Na pierwsze zebranie Izb Lekarskich pojechaliśmy wszyscy i wszyscy byliśmy do nich entuzjastycznie nastawieni. Nareszcie będziemy mieli samorząd, nareszcie to my będziemy decydowali.
Tyle, że potem to jakoś się wymknęło spod kontroli...
Nb. te rezydentury to parę ładnych lat po upadku komuny wprowadzono, bo ja specjalizację robiłem w połowie lat 90-tych i żadnych rezydentur wtedy nie było. 
Za komuny zacząłem pracę, był wrzesień 1986. Rozumiesz zatem, że tej pracy i doświadczeń z owego czasu mam stosunkowo niewiele. Nie bardzo jest za czym tęsknić, nawet gdybym chciał.
No, a potem, jak w 1997 zmieniałem pracę i lokalną Izbę, rozmawiałem z panią Mendą z owej Izby. I ta pani mi w pierwszych zdaniach oznajmiła, że na uprawnienia - bo przynajmniej wtedy uprawnienia miało się nie na kraj, tylko na teren Izby - muszę poczekać, bo "my musimy najpierw sprawdzić, czy pan nie był karany za wykroczenia zawodowe". To było powitanie. 
Poza tym, ja nie obwinia "profesorów".
Ja myślę, że to system jest chory.
Widzisz, w Szwecji, tak jak z pewnością i w Kanadzie, nie maszeruje się do doktora z kopertą. Doktor nie oczekuje prezentów przy wypisie itd.
W Polsce, już na studiach, wysłuchiwałem tekstów w stylu: "Pamiętacie Państwo, tego faceta po zatruciu grzybami? Sam profesor do niego nawet w niedzielę przychodził...Wczoraj został wypisany. I jak myślicie, co zrobił? Powiedział że dziękuje! I nic! Łobuz kompletny! Zero wdzięczności. No, ale tak wygląda nasza praca..." Ci ludzie oczekiwali wziątek i traktowali je jako coś naturalnego. Mało kogo dziwiło, że skurwysyn na stanowisku profesora limituje dostęp do tomokomputera i kto mu da w łapę może mieć badanie jutro, a niedomyślni są częstowani tekstami w stylu "Rozumiem, że neurolog podejrzewa guz mózgu u waszej córeczki, ale najbliższy termin jest za 4 miesiące..." 
Ja nie zwalam całej winy na rząd i profesorów, bo sam znałem kilku bardzo przyzwoitych. 
Próbuję tylko powiedzieć, że przeciętny lekarz czy pielęgniarka nie ma specjalnych możliwości wpływania na system.
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Tylko: przeciętny lekarz czy pielęgniarka maja bardzo niewielki wpływ na system, ale obawiam się, że nawet tego niewielkiego nie chcą/nie potrafią wykorzystać. 
Sęk w tym, co sam zauważasz:

"potem to jakoś się wymknęło spod kontroli..."
To nie było "jakoś" to efekt niedopilnowania ( z wielu niekiedy bardzo wyrachowanych powodów) w nadziei, że "samo sie robi" ( no bo przeież wszyscy   c h c e m y. dobrze!)  

Dziś młodzi lekarze już wiedzą, że s a m o, to nic się nie robi, że przestrzeń społeczną wypełniają ludzie, ich postawy, decyzje, zachowania. Możliwość płatności za usługi, w sporym stopniu ( chyba?) osłabiła "koperty". Rzeczywiście, ja z koperta nie mam co do lekarza podchodzić, bo by na mnie policję nasłał, ale też w Manitobie w ogóle  nie mam możliwości odpłatności za usługi medyczne ( w innych prowincjach niektóre są), a wolałabym mieć. Owszem, mogę polecieć na MRI do Toronto, ale wtedy kosztuje mnie to nie tylko sam test, ale lot i hotel. W Winnipeg muszę czekać i pól roku. System o.z. w Manitobie jest najgorszy w Kanadzie, nie poprawiło się n i c przez 12letnią kadencje socjalistów i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek się poprawilo teraz, przy konserwatystach.  

Nic to, ciągle mam w odwodzie "polskie pyszczenie" i tylko obym nie miała okazji, aby do niej się uciekać:)

A teraz muszę już stąd się oddalić bo mam problem urzędniczy z terenu "stosunków polsko-kanadyjskich" i pewnie ze dwa dni mi zajmie, zanim zbiorę rzetelne informacje, których niezbędnie potrzebuję. 


 
Kaśka
Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

katarzyna.tarnawska
w KEL (Kodeks Etyki Lekaskiej) z którego byłam skarżona przed Sądem Lekarskim i nawet "trafiłam" do Sądu w Naczelnej Izbie Lekarskiej, gdzie wreszcie, sprawie "ukręcono łeb" (była mocno "dęta"). A ten artykuł był po prostu niezgodny z Konstytucją. O detalach już pisać nie będę (napisałam przed chwilą, ale komentarz mi "wcięło").
Pzdr. 
Obrazek użytkownika Traube

Traube
Wiesz, w praktyce, to jest mniej więcej tak, jak ja bym teraz powiedział, że Kanadyjczycy mają WARUNKI, żeby na premierów nie wybierać lewackich debilków, jednak wolą się podporządkować itd. Jak Ty sobie wyobrażasz wywieranie wpływu na owych profesorów przez panią pediatrę z Poradni w Zgierzu, internistę ze szpitala miejskiego w Świebodzinie czy psychiatrę z Suwałk? Tak praktycznie, co oni powinni zrobić, jak im się nie podoba np. system rezydentur?
Sądzisz, że mają oni większy wpływ niż nauczyciele z tych samych miejscowości na kolejne reformy oświaty? 
Bo ja tu powiem, że nauczyciele mogą stworzyć silne lobby, mają warunki itd.
Mi system rezydentur się bardzo nie podobał i nie podoba. Teraz pracuję zagranicą, ale kiedy jeszcze pracowałem w Polsce, to co niby miałem zrobić, aby ten idiotyzm zlikwidować? Mogłem, tak z grubsza, tyle ile Ty możesz zrobić, aby Kanada nie miała potwornego głupca za premiera, mogłem oddać głos na kogoś tam przy wyborze władz Izb Lekarskich. No, może mógłbym napisać list do Biuletynu lokalnej Izby.
Ja i moi koledzy nie mieliśmy żadnego wpływu na kolejne decyzje dyrektora szpitala, którego zgodnie uważaliśmy za idiotę, a Ty mówisz o jakimś lobby! 
W tym konkretnym przykładzie dyrektor był człowiekiem Solidarności, Solidarność była na topie, a u niego w gabinecie odbywały się narady lokalnych działaczy. 
Opozycję na terenie szpitala stanowił mąż byłej dyrektorki, równie głupi, jak dyrektor, a do tego działacz SLD. Z nim też nie bardzo było mi i większości kolegów po drodze.
No, ale jak sobie wyobrażasz nasze praktyczne możliwości wpływania na decyzje dyrektora, a tym bardziej jego szefów? 
Myślisz, że jak wprowadzano jakąś nową ustawę, ba skreślano jakiś lek z listy leków refundowanych, to zwracano się do nas o opinię, a na ewentualne protesty błyskawicznie wycofywano się z propozycji zmian? 
Nie wydaje Ci się bardziej prawdopodobny scenariusz, w którym my się o tych zmianach dowiadywaliśmy, kiedy już one były wprowadzone, a wprowadzające je władze miały głęboko w d..., co my sobie o tych zmianach myślimy?
 
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Podpisuję się pod tym. Dodam tylko, że z właśnego doświadczenia wiem, że listy do lokalego biuletynu lekarskiego, rnieczęsto są drukowane...
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Ależ masz racje z tym premierem!:):):) No, ale co - mam sobie kamień do szyi przywiązać i do Red River rzucić? Ja na niego nie glosowałam, a wybory będą za kolejne kilka lat. Nie angażuję się aktywnie w politykę kanadyjską. Nie muszę - aż tak  ten trefniś mi nie przeszkadza, natomiast bardzo mi przeszkadzało, co robił poprzedni premier. Nie będę tego rozwijać.
 W pojedynkę lekarz ze Świebodzina nic nie wskóra, ale jeżeli jest aż tak źle, jak przedstawia Lech, to chyba nie powinno być większego problemu ze stworzeniem zorganizowanego działania. Może więc, jednak, nie jest aż tak źle? 

To trudny zawód, koszmarne warunki uprawiania go, ale czy decydują się na to mięczaki? 

O Solidarności mi nie mów, bo w szpitalu, gdzie pracował brat, na przewodniczącą w pierwszym uderzeniu wybrano sprzątaczkę, ale personel jakoś jednak się zmobilizował, aby ją wymienić ( nie pamiętam na kogo). 

Można narzekać, można też skoncentrować energię na działania lub przynajmniej porzadne doinformowanie się "w temacie". Tak robi wspominany tu wyżej syn mojego męża (nauczyciel) i choć idzie im po grudzie, bardzo wiele w tej reformie im się nie podoba, nie identyfikują się z propozycjami ZNP.  
Ale nie narzekają na wszystkich dookoła, w s o b i e nie dostrzegając ani odrobiny konieczności poprawy. Potrafią też przyjąć do wiadomosci, że pewnych płotów nie przeskocza i muszą z nimi żyć.
Jak każdy inny. 

 
Kaśka
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Czy ten wyrok stanowi, że dany zabieg wolno wykonać lekarzowi, który nie posiada w nim żadnego doświadczenia i nie dysponuje konieczna aparaturą? No, chyba nie. 
W każdym razie, ja, jako pacjent, wolałabym nie być operowana przez internistę.  
Kaśka
Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

katarzyna.tarnawska
z czasów gdy na Klinice Chorób Wewn. o profilu alergologicznym mieliśmy ambitnego szefa. A on (przy muzealnym sprzęcie reanimacyjnym) uważał, że lekarz dyżurny powinien każdego pacjenta leczyć na Klinice, i w żadnym wypadku nie odsyłać na oddział rzeczywiście przystosowany do prowadzenia intensywnej terapii.
Otóż żatowaliśmy, że lekarz dyżurny, mając w izbie przyjęć zgłoszenie pacjenta z "małym, nieskomplikowanym zapaleniem wyrostka robaczkowego" powinien sam wykonać appendectomię w asyście pielęgniarki dyżurnej z izby przyjęć. Gdy zdarzyło mi się odesłać - o rety - z oddziału klinicznego! - młodą pierwiastkę w stanie astmatycznym (NB podczas stanu wojennego) - do szpitala dysponującego reanimacją z prawdziwego zdarzenia (samo przekazanie chorej to "wyczyn" nie lada, zwłaszcza iż działał wyłącznie radiotelefon) zarobiłam "kreskę" u szefa do momentu, gdy poproszono go, aby skonsultował w szpitalu tamtą pacjentkę. Nie zdecydował się na "zabranie" jej z powrotem, wróciła do Kliniki po czterech dniach. A synek, szczęśliwie, urodził się za 6 miesięcy zdrowy, normalny. Pielęgniarka zakonna, z którą "walczyłyśmy" o życie matki i dziecka została później matką chrzestną smiley
Ciekawe, czy dzisiejszy "wysoki sąd" podzielałby opinię moją, czy zasady profesora, sprzed lat.
Pozdrawiam.
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Podałaś idealny przykład "niekonwencjalnego" zachowania wobec szarogęsienia się szefa, w trosce o dobro pacjenta. Ilu, jednak, lekarzy zdecyduje się na takie, zwłaszcza, że wcale nie musi skończyć się tak dobrze, jak w opisanym przypadku. Ja nie mam pretensji do lekarzy, którzy nie idą na takie ryzyko, choć do tych, którzy się na nie zdecydują mam morze szacunku ( oczywiście, nie w sytuacjach, kiedy idą na łatwiznę, aby zepchnąć problem na kogo innego). 

Ja w każdym razie, po obserwacjach wyniesionych w domu awżyciuromana nie chciałam iść na medycynę. Potworna odpowiedzialność, okropne warunki pracy i do tego upokorzająca materialna bieda. Tak lądował lekarz w PRL, który nie chciał/nie potrafił "dostosować się do panujących warunków". 
 
Kaśka
Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

katarzyna.tarnawska
to ja może o brytyjskich.
Moja Córa zgłosiła się do GP ("ichni" rodzinny) po stwierdzeniu w Polsce, że ma kamicę pęcherzyka żółciowego. Uważaliśmy, Ona, mój Zięć - Irlandczyk, lekarz oraz ja, że należy operować "na zimno". Zwłaszcza że "kamienie" były drobne. W wyniku badania USG przesłanym z tamtejszego (brytyjskiego) szpitala - kamieni nie było. Córa, która nie wiedziała, że taki wynik przekazano, upierała się by skierować Ją na zabieg. Tłumaczyła, że ma częste, bardzo silne bóle, na co lekarz odparł, że po zabiegu nie ustąpią.
Skończyło się ostrym zapaleniem woreczka żółciowego i trzustki. Trafiła na pobliski, rejonowy oddział chirurgiczny (specjalistyczny). Konsultant umiał już tylko wykonywać zabiegi laparoskopowe. I kształcil (wyłącznie w tym kierunku) "następców". Kobieta-chirurg, zastępca owego "specjalisty" wskazywała, że należy wykonać zabieg "klasyczny", którego jednak szef nie potrafiłby zrobić, a "babie" nie mógł wszak pozwolić. W dodatku - mimo biegunki, wymiotów i bólów - szef zlecił podanie Córce leku przeczyszczającego. I - wypisał Ją do domu! Obiecując, że "na zimno" zrobi tak piękną laparoskopię, że "będzie mogła chodzić w bikini". "Wróciła" do domu na noszach, w stanie ciężkim - odwodniona (ze skórą "plastyczną" - lekarze wiedzą, co to oznacza), odbiałczona, umierająca. Wezwana lekarka - konsultant z sąsiedniego (nie-rejonowego) szpitala stwierdziła - "Jeśli dowieziecie Ją żywą - przyjmiemy, nawodnimy, będziemy operować." Zięć był na "etapie" sprzedania domu i zapłacenia prywatnie za szpital, jednak tamtejszy GP, widząc że popełniono błąd (jak się okazało - przesłano mu wynik USG, który nie był badaniem Córki) wystawił skierowanie do nie-rejonowego szpitala. Przyjęta (rzeczywiście - cudem dowieziona!) została potraktowana niezwykle troskliwie, serdecznie. W dniu "ostrego dyżuru" zoperowana przez młodego (38) chirurga, który po zabiegu usprawiedliwiał się, że musiał nieco poszerzyć cięcie (coś pośredniego między zabiegiem klasycznym a laparoskopowym), bo woreczek - pełen drobnych, sprasowanych, wielokątnych kamieni - miał bardzo grubą ścianę (dzięki czemu nie pękł!), ale był absolutnie niepodatny na jakiekolwiek manipulacje, nie dawał się "wyciągnąć". A ja - mogłabym go całować po rękach. Uratował Córce życie. 
Oczywiście - jak w rodzinie lekarskiej - jeszcze zdarzyło się przedawkowanie heparyny (cały czas niedobiałczenie więc leki w surowicy pojawiały się niezwiązane z białkami, działające silnie, acz krótkotrwale). Córka zauważyła krwisty mocz i choć nie łączyła go z Heparyną, jednak "intuicyjnie" przekonała pielęgniarkę, by odłożyć wstrzyknięcie. A wtedy już pojawiliśmy się oboje - Zięć wraz ze mną i za zgodą chirurga - zabraliśmy Córę do domu. Przeżyła, później urodziła dwie córeczki (wcześniej - samoistnie poroniła, przy braku jakichkolwiek "odzwierzęcych"). Dodam jedynie, że po owym poronieniu pierwszej ciąży (też wyjątkowo źle potraktowana w szpitalu - czekała wiele godzin z bólami i nasilającym się krwawieniem, bez żadnej pomocy), pierwsze pytanie lekarza, gdy Ją wreszcie zobaczył było "czy to pani partner?" (Córce towarzyszył przyjaciel Męża, bo tego dnia Mąż został oddelegowany na jakieś szkolenie). Gdy wiadomo było, że "wyroniła" - padło jeszcze "optymistyczne" stwierdzenie - "No dzieci to już pani mieć nie będzie". Wnuczki mają teraz 15 oraz 12.5 lat. Bez naprotechniki choć, zwłaszcza pierwsza - na 100% wymodlona.
Natomiast wszelkie próby "dochodzenia" jakiejkolwiek sprawiedliwości w stosunku do tamtejszych lekarzy są z góry skazane na niepowodzenie, nawet mimo oczywistych błędów "w sztuce": szpitale zatrudniają najlepszych krajowych prawników-obrońców. I nikt chyba nigdy z nimi nie wygrał.
Jeszcze więc na razie, choć Bóg wie, jak długo, możemy się cieszyć, że mamy polską a nie brytyjską. czy nawet duńską opiekę medyczną.
(Jako "duńskie pendant" przytoczę historię "mego" Duńczyka, u którego ponad 10 lat temu podejrzewałam jaskrę, a "zaprzyjaźniony" okulista rozpoznał zaćmę. Zaćmy nie ma do dziś, jaskrę potwierdziła okulistka w Polsce, po czym ów "zaprzyjaźniony" oświadczył, że Mogens wcale u niego nie był - "I co pan nam zrobi? Nie mamy pańskiego płaszcza!")
Po paru innych "drobniejszych" doświadczeniach (np. urolog, który palcem nie tknął ani nie oglądnął Mogensa), czy inny, który - aby rozpoznać Epididymitis - wzywał konsultanta, choć przy ewidentnych objawach sama tę diagnozę postawiłam - będę zawsze chwalić polskich lekarzy, polskich specjalistów, którzy "są dobrzy" - mimo kretyńskich naleciałości systemu.
A ten "szajs", który "odziedziczył" min.Radziwiłł po grandziarzu - Arłukowiczu... Powiem (napiszę smiley) tyle - nie zazdroszczę i nie wiem, czy znalazłoby się wielu, którzy by się podjęli. To kolejna "stajnia Augiasza". I stale - "krótka kołdra" - marny budżet.
Pozdrawiam.
Obrazek użytkownika Pyzolina

Pyzolina
Ja w Kanadzie, specjalnie narzekać nie moge, ale to bardziej z powodu bardzo przytomnego podejścia do sprawy, niż zachwytu nad tutejszą służbą zdrowia.  Jest fatalna i zachwycać się nie ma czym, ja, po prostu, jak j. n a p r a w d ę już mam "powyżej kokardy" urządzam "po polsku" taką awanturę, na która tutaj mało kto się decyduje. Przykre to i paskudne, ale moje zdrowie to przede wszystkim mój "byznes" ( o czym, zresztą skwapliwie zaświadczają wszelkie przepisy, wytyczne i ogólnie, cała filozofia udzielania pomocy w Am. Płn.). Poza tym jestem bardzo zdyscyplinowany pacjent nie upierdliwiający się z byle powodu.

Musiałam stoczyć wielką batalię, aby chemoterapię przejść w innym szpitalu niż ten gdzie mnie operowano i pewnie nie udałoby mi się, gdyby nie naprawdę wspaniałe pielęgniarki z CancerCare. N.b. w trzy miesiące później w tamtym szpitalu oddział chemoterapii zamknięto po wykryciu jakiejś bardzo niebezpiecznej grzybicy w ścianach. Misiek mi wtedy powiedział, że jestem wiedźma;)

Potem musiałam podobnie potraktować radiologa, który uznał, że przejmujące bóle jakie mnie dopadły po kilku zabiegach, to moja wyobraźnia. Znowu z pomocą przyszły pielęgniarki z sąsiedniej chemo ( bo mój wrzask doooobrze było słychać;), które doskonale mnie pamiętały jako wzorową pacjentkę, nie sprawiajacą minimum kłopotów. Pan doktor wreszcie uważnie przeczytał moją karte i zdecydował o odstawieniu leków, które wtedy też brałam ( na kamnicę nerkową). W ciągu   d w ó c h dni bóle ustąpiły całkowicie, a były takie, że miałam wrażenie, że nawet włosy mnie bolą. 
W sumie takich "akcji" przeprowadziłam 4 czy 5. Jak na 27 lat w Kanadzie, to pestka.  Sęk w tym, że tutaj  takie zachowanie jest bardzo rzadkie, niezwykle rżadkie.

Chwała Bogu, od tych ca 20 lat kłopotów ze zdrowiem nie mam i oby tak dalej, ale ze szpitalami nadal mam kontakt - poprzez swoich rezydentów, kiedy tam lądują. W ub. roku  uruchomiłam całą procedurę w związku z tym, jak byli traktowani ( oni nie mówia, więc się nie poskarża nawet). Pomogło, choć proces to długi, żmudny i wymagający kooperacji mojego własnego naczalstwa. No cóż drobna sugestia, że "chyba trzeba będzie pójść z tym do mediów" jest dość skuteczna, choć nie artykułuję jej wobec nich, ale szpitala. Oni też nie chca mieć mediow na karku, a siłą rzeczy by mieli ( hehehe;). 

Ale to wszystko w sumie drobiazgi, problemy, które przytrafiają sie wszędzie i wymagają raptem aktywnego w nie włączenia się. 
..........................................

Wizyta w warszawskim centrum onkologii, kiedy moja matka miała tam chemoterapię do dziś  kszmarami śni mi sie po nocach i bardzo "pomaga" kiedy coś mi w kanadyjskiej służbie zdrowia nie pasuje. Ot, wystarczy perspektywa - i wiele wygląda znacznie lepiej niż bez niej;)

 
Kaśka
Obrazek użytkownika Lech 'Losek' Mucha

Lech 'Losek' Mucha
Dziękuję za komentarz!
Raz w życiu namawiałem pacjenta do wystąpienia drogę sądową, kiedy to duńscy lekarze odesłali do domu Polaka z pękniętym wrzodem i zapaleniem otrzewnej. Pracował legalnie, miał ubezpiecenie itd. 100%-wy błąd! Biedak wsiadł w auto i udało mu się dojechać do Polski, gdzie w pierwszym szpitalu po przekroczeniu granicy go zoperowali. 
Lech "Losek" Mucha
Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

katarzyna.tarnawska
o "wyższości", nie, nie Świąt Bożego Narodzenia, ale przeciętnych polskich lekarzy nad zagranicznymi. Choć oczywiście sama pamiętam, gdy w "wiejskim" szpitalu rozpoznałam perforację wrzodu XII-cy, przekazałam chorego na oddział chirurgiczny, skąd odesłano go z powrotem, wyśmiewając moją diagnozę. Podjęłam decyzję o wysłaniu pacjenta do "miasta" (Wrocławia!) - na ostry dyżur kliniczny. W otworze perforacyjnym tkwił kawałek ziemniaka i częściowo chronił przed gorszymi skutkami perforacji. I "zapobiegł" dostaniu się powietrza pod kopuły przepony, co, zdaniem chirurgów świadczyło przeciw rozpoznaniu perforacji.
Właściwie - każde z nas mogłoby długo opowiadać jakieś "ciekawe przypadki".
Ogólnie chodzi o to, że w znacznie trudniejszych warunkach lekarze muszą być lepsi aniżeli ci, którzy od początku mają warunki komfortowe 
Pozdrawiam wszystkich "zahartowanych w bojach".

Więcej notek tego samego Autora:

=>>