Weimarska dekadencja (2)

 |  Written by Godziemba  |  0
W Republice Weimarskiej nastąpiła zasadnicza zmiana roli kobiety.
 

        Kobiety w latach 20. nie tylko wyglądały zupełnie inaczej niż przed wojną, ale też inaczej się zachowywały, inaczej mówiły i inaczej myślały.
 

           „Z tych istot zasznurowanych w gorsety, zawiniętych po szyję w udrapowany materiał, - pisał z aprobatą Stefan Zweig - okrytych spódnicami i halkami, z tych istot beznogich, sztucznie cienkich w pasie jak osy i sztucznych w każdym ruchu i pod każdym względem, z tej historycznej kobiety z przedwczoraj w ciągu jednego pokolenia szybko narodziła się kobieta dzisiejsza, z jej lekkim, odkrytym ciałem, którego kształt jak fala opływa cienka suknia, ta kobieta, która – proszę się nie przerażać! – dzisiaj, w biały dzień, otwarta jest na wiatr, powietrze i każde męskie spojrzenie, jak dawniej tylko w zamkniętych domach kobiety, których imion nie wolno było głośno wymawiać”.
 
 
         Dla podzielających zdanie Zweiga fakt, że spotykali na ulicy „półnagie” kobiety,, zadowalał ich ciekawość. Z drugiej strony konserwatywni panowie, mężczyźni z prawdziwego zdarzenia, dostrzegali w nowej modzie utratę czegoś, co pojmowali jako kobiecość, czegoś, co należy zarówno ukrywać, jak i podkreślać.
 

           Zmieniał się ideał ciała nie tylko kobiecego, ale także męskiego. Męskie ciało powinno być odtąd wytrenowane, zwinne i zdolne do obrony, ale także gładkie. Broda nagle wydała się staromodna, odpowiednia tylko dla starców, którzy wciąż jedną nogą tkwili w cesarstwie, jak prezydent Rzeszy Hindenburg. Współczesny mężczyzna nie miał brody, co najwyżej mocno przystrzyżony wąs, jak kapral z Braunau, który przyciął zarost nad górną wargą w nieduży kwadrat i tym samym zajął wygodną pozycję pomiędzy cesarstwem a nowoczesnością.


           Zaokrąglenia sylwetki, które dotychczas wyznaczały ideał kobiety, a także dojrzałego mężczyzny, zastępowano teraz kantami i krawędziami. Rysunki prezentujące modę lansowały
„sylwetką ołówka”. Postacie pokazywane w magazynach o modzie stawały się chudsze, wyższe i gładkie jak ołówki. Klatka piersiowa i talia zostały wyeliminowane. Nad nimi unosiły się głowy gładkie jak ptasie czaszki. Krótkie włosy przy fryzurze typu bob ledwo wystawały spod przylegających czepków. Rezygnacja z szerokich kapeluszy i falujących włosów odsłaniała twarze, dając przestrzeń dla zuchwałego wyglądu.
 

           W efekcie kobiety coraz bardziej upodabniały się wyrazem twarzy do mężczyzn, przybierały rysy heroiczne, obronne i, jak pisał Robert Musil, stawały się „chłopięce, koleżeńskie, wysportowane, nieprzystępne i dziecinne”.
 

           Jeśli na początku wąskie sukienki sięgały kostek, to w latach dwudziestych spódnice stawały się coraz krótsze, odpowiadało to potrzebie sportowego stylu i szybkiego tempa. Spódnica musiała być „nieprzesadzona, nieprzestarzała, odpowiednia dla szybkich kroków współczesnej kobiety” – pisała tenisistka i dziennikarka Paula von Reznicek – musiała pasować „do jej osiemdziesięciokilometrowej prędkości i do jej chłopięcej twarzy”.  Z kolei pisarka Elsa Maria Bud mówiła o „modnym, wychudzonym półchłopaku”.
 
 
           Fakt, że ideał kobiety zbliżył się optycznie do sylwetki mężczyzny, wywoływał liczne protesty.  „Dość już!” – oburzała się gazeta „Berliner Illustrirte Zeitung”  w  1925 roku w artykule „przeciwko maskulinizacji kobiety”. Fryzurę typu bob można było jeszcze uważać za żart, ale teraz, gdy zniknąć miały nawet kosmyki z fryzury typu paź, a wiele kobiet wybierało męską fryzurę Eton „z włosami szczotkowanymi gładko do tyłu”, nadszedł czas, aby „zdrowy męski gust zwrócił się przeciwko takim nieprzyjemnym modom, których ekscesy są przeszczepiane z Ameryki”. Jest to „prawdziwy wstręt dla każdego mężczyzny z krwi i kości”, kiedy kobieta wygląda „jak słodki chłopiec”.
 

           Bob był postrzegany jako fryzura prostytutki, pasująca co najwyżej do „żydowskiej bezczelnej twarzy” – głosił Volkistowski Związek Kobiet, przekonując, że  „warkocz jest aryjski, fryzura typu bob żydowska”, co było absurdalną tezą, gdyż krótkie włosy spotykały się z taką samą krytyką środowisk żydowskich. W 1928 roku z powodu tej modnej fryzury zostały zwolnione z pracy dwie pielęgniarki ze szpitala żydowskiego w Kolonii.
 

           Fryzura typu bob, choć wkrótce w miastach stała się standardem, uznawana była za oznakę indywidualizmu, ponieważ podobnie jak dopasowany do niej mały kapelusz w kształcie klosza wyraźniej eksponowała rysy twarzy i podkreślała nos. „Sukienki i nakrycia głowy wyglądają dziś tak, jakby mogły być noszone tylko przez tę jedną kobietę, jakby tylko dla tej jednej kobiety zostały zaprojektowane” – stwierdzała pisząca o modzie dziennikarka Stephanie Kaul.
 
 
           Radykalnym wariantem boba był wspomniany wcześniej Eton. Prawdziwie chłopięce cięcie, włosy zaczesane do tyłu, z podgolonym karkiem lub wyraźnym przedziałkiem z boku.
Eton był popularny przede wszystkim wśród kobiet o skłonnościach lesbijskich, które fryzurą wyrażały swoją orientację seksualną w nieskrępowany sposób.


 
           Wraz ze zmianą wyglądu zmienił się także ton młodych kobiet. Będący nowością brak
skrępowania często postrzegano jako impertynencję. Kpiny, pewny siebie upór, zaskakująca rzeczowość, ale przede wszystkim silniejsze skupienie na sobie – to były cechy nowej niemieckiej kobiety.
 
 
Poeta Peter Huchel poświęcił nowym kobietom wiersz pochwalny Die Knäbin:
 

„Dziewczyno z warkoczami w latach leśnych
chłopczyco z miasta dzisiaj, skracasz włosy,
oczodoły i sarna podziemnej kolei,
kocia i aksamitna w futrze.
Jedwabisty księżyc, masa perłowa pod pończochami,
wsiadają do auta nimfy w krótkich spódnicach.
Drgające gwiazdy reklamy we włosach,
chodźmy po cygańsku do kina i baru.
Daleko od twoich warkoczy i lat matczynych
samolot poniesie Cię płynniej,
Chłopczyco miast, włosy złożone w ofierze,
szczupłe zwierzę bulwarów o sarnich biodrach!”



           Niektóre kobiety nie poprzestały na upodabnianiu się do chłopów, rzucając wyzwanie także symbolom dojrzałego mężczyzny, takim jak cylinder, laska, a w końcu nawet monokl. Lubiły nosić męskie koszule i szerokie męskie spodnie oraz malować kredką do oczu delikatny wąsik nad górną wargą.


           Na okładce „Berliner Illustrirte Zeitung” w listopadzie 1927 roku pojawiła się spacerująca osobliwa para. Kobieta i mężczyzna w eleganckim garniturze, oboje pod krawatem z poszetkami i cygarniczkami, krótkie włosy kobiety z przedziałkiem jeszcze gładszym niż u mężczyzny.
 

        Jeden z czytelników zareagował na nią karykaturę z komentarzem: „Gdy Pan Bóg ją widzi, śmieje się i pyta: czyżbym stworzył trzy [płcie]?”.
 

         W 1928 roku pisarz Franz Blei z zadowoleniem powitał zbliżający się koniec „dwubiegunowego erotyzmu, który strasznie przeciążał zarówno mężczyznę, jak i kobietę”. Podzielający to zdanie pisarz Emil Lucka wskazywał, iż „ideałem, nawet jeśli nieuznawanym, jest bezpłciowość i zauważam, jak mi się wydaje, że twarze tracą swoją ostrość i kształtują się pośrednie rysy, niezupełnie męskie i niezupełnie kobiece”.
 
 
 
CDN.
5
5 (1)

Więcej notek tego samego Autora:

=>>