blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Jeszcze na początku lata 1914 roku nic nie wskazywało na nagłe zaognienie stosunków pomiędzy Wiedniem a Belgradem.
     

               Wojny bałkańskie zniszczyły bezpieczną pozycję Austrii na Półwyspie Bałkańskim, przyczyniając się do powstania większej i silniejszej Serbii, której terytorium powiększyło się o ponad osiemdziesiąt procent. Podczas drugiej wojny bałkańskiej serbskie siły zbrojne pod wodzą swojego naczelnego dowódcy generała Putnika wykazały się imponującą dyscypliną i inicjatywą.
     

               W raporcie austriackiego Sztabu Generalnego z 9 listopada 1912 roku wyrażano zdziwienie z powodu tak gwałtownego wzrostu siły uderzeniowej wojsk serbskich. Prace nad ulepszeniem sieci kolejowej, modernizacja uzbrojenia i innego wyposażenia oraz potężny wzrost liczby jednostek frontowych – wszystko to sfinansowane z francuskich pożyczek – przekształciły Serbię w groźnego przeciwnika.
     

               Decydenci w Wiedniu byli podzieleni co do tego, w jaki sposób zareagować na pogarszającą się dla nich sytuację na Bałkanach. Czy Austro- Węgry powinny szukać jakiegoś kompromisu z Serbią, czy powstrzymywać ją środkami dyplomatycznymi? Czy Wiedeń powinien dążyć do naprawy relacji z Petersburgiem? Czy też rozwiązania należało szukać w konflikcie militarnym?
     
     
               Polityką zagraniczną monarchii nie kierował żaden zwarty organ władzy wykonawczej stojący na szczycie całego systemu. Istniało szereg ośrodków władzy, których wzajemne relacje były częściowo nieformalne i ciągle się zmieniały.
     
     
               Jednym z takich ośrodków był Sztab Generalny, innym Kancelaria Wojskowa austriackiego następcy tronu, a kolejnym Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Konstytucja monarchii dualistycznej wymagała, aby kwestie polityki zagranicznej Cesarstwa Austrii były konsultowane z premierem Węgier.
     
     
               Nad tym wszystkim stał cesarz, którego prawa do aprobowania lub blokowania inicjatyw swoich ministrów i doradców nikt nie podważał. Jego rola polegała także na mediowaniu między inicjatywami generowanymi przez luźno powiązane ze sobą ośrodki władzy.
     

               Na tle tego niezwykle skomplikowanego systemu wyróżniały się trzy osoby posiadające największe wpływy: szef austriackiego Sztabu Generalnego feldmarszałek Franz Conrad von Hötzendorf, następca tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand oraz wspólny austro-węgierski minister spraw zagranicznych hrabia Leopold von Berchtold.
     

               Conrad von Hötzendorf  nawet na tle europejskich dowódców wojskowych sprzed roku 1914 wyróżniał się niezwykłą agresywnością. Praktycznie na każde dyplomatyczne wyzwania miał jedną odpowiedź: „wojna”. Wielokrotnie doradzał wojny prewencyjne przeciwko Serbii, Czarnogórze, Rosji, Rumunii, a nawet Włochom. Tylko w 1913 roku  postulował wojnę z Serbią nie mniej niż dwadzieścia pięć razy.
     
     
                  Pod energicznym nadzorem utalentowanego majora Aleksandra Broscha von Aarenau Kancelaria Wojskowa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda została zreorganizowana na wzór ministerstwa.  Franciszek Ferdynand był stanowczo przeciwny agresywnemu awanturnictwu Conrada.


               Najbardziej wpływowym sprzymierzeńcem Franciszka Ferdynanda był habsburski minister spraw zagranicznych hrabia Leopold Berchtold von und zu Ungarschitz, Fratting und Pullitz. Berchtold był zwolennikiem  naprawy relacji z Rosją.
     

               Wojny bałkańskie sprawiły, iż partia wojny zyskała przewagę, szczególnie pod wpływem ponurych doniesień docierających z terenów podbitych przez Serbów. Austriaccy konsulowie donosili o licznych zbrodniach popełnianych przez Serbów na ludności zajętych prowincji. Nie były to   spontaniczne akty przemocy, lecz „dokonana systematycznie i z zimną krwią operacja eliminacji czy też wyniszczenia, która wydawała się być przeprowadzona na polecenie z góry”.  Informacje te zostały potwierdzone przez dyplomatów francuskich, tureckich i greckich.
     
     
               Niemniej jednak wojna pomiędzy Austrią a Serbią nie wydawała się prawdopodobna aż do wiosny i lata 1914 roku. Wiosną tamtego roku w Belgradzie panował stosunkowo spokojny nastrój odzwierciedlający poczucie nasycenia po wojnach bałkańskich. Brak stabilizacji na nowo zdobytych terenach oraz kryzys w relacjach cywilno-wojskowych, który nękał Serbię w maju, dawały podstawy do podejrzeń, iż w dającej się przewidzieć przyszłości rząd w Belgradzie skupi się głównie na konsolidacji wewnętrznej.

     
               Nie było także żadnych oznak, iż sami Austriacy myśleli wówczas o wojnie. Wiedeń bardzo stanowczo skupiał się na metodach i celach dyplomatycznych, co było zgodne z tym, jak monarchia habsburska postrzegała samą siebie, czyli jako orędownika „konserwatywnej polityki pokoju”.

     
               Największą przeszkodą do prowadzenia polityki wojny był nadal Franciszek Ferdynand.  Conrad został poinformowany, że arcyksiążę „pod żadnym pozorem” nie poprze „wojny z Rosją”, gdyż nie chce „ani jednej śliwy, ani jednej owcy z Serbii, był jak najdalszy od takich zamiarów”.

     
               Po kolejnych starciach w czasie manewrów zorganizowanych latem 1914 roku w Bośni Franciszek Ferdynand postanowił pozbyć się kłopotliwego szefa sztabu. Gdyby arcyksiążę przeżył wizytę w Sarajewie, Conrad zostałby zwolniony ze stanowiska. Jastrzębie straciłyby swojego najbardziej stanowczego i konsekwentnego rzecznika.

     
              Pojawiły się nawet pewne oznaki ocieplenia  w stosunkach dyplomatycznych z Belgradem. Pod koniec maja 1914 roku – po wielu miesiącach urzędowych sporów – zawarto porozumienie o wymianie niewielkiej liczby więźniów przetrzymywanych w obu krajach pod zarzutem szpiegostwa.

     
            Były to skromne, lecz dające nadzieję na przyszłość oznaki, że z czasem Austro-Węgry i Serbia będą mogły nauczyć się żyć ze sobą jak zwykli sąsiedzi.


     
    Wybrana literatura:
     
    C. Clark – Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914

    J. Pajączkowski-Dydyński – Plany operacyjne mocarstw centralnych przeciw Rosji
     
    A. Chwalba – Samobójstwo Europy. Wielka Wojna 1914-1918
     
    B. Liddell Hart – History of the First World War
     
    M. Zgórniak – 1914-1918. Studia i szkice z dziejów I wojny światowej
     
    H. Wereszycki – Historia Austrii
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Pomimo znacznych austriackich inwestycji w Bośni i Hercegowinie działały organizacje terrorystyczne finansowane przez Belgrad.
     

               Porażka Rosji w czasie kryzysu 1908 roku sprawiła, iż Petersburg zaczął energicznie pracować, aby  skłonić Belgrad do przyjęcia bardziej asertywnej postawy wobec Wiednia. W tym antyaustriackim nastawieniu przodował naczelnik wydziału konsularnego serbskiego MSZ Miroslav Spalajković, zaangażowany w kampanię dyskredytacyjną austriackiego posła. W je efekcie Wiedeń został zmuszony w 1911 roku do odwołania Forgácha z Belgradu.
     

               Miroslav Spalajković  od dawna interesował się Bośnią i Hercegowiną – jego żona była Bośniaczką, a on sam w swojej rozprawie doktorskiej obronionej w 1897 roku na uniwersytecie w Paryżu argumentował, że ponieważ te dwie prowincje pozostawały z punktu widzenia prawa autonomicznymi jednostkami podlegającymi Imperium Osmańskiemu, ich aneksja przez Austro-Węgry nigdy nie będzie mogła być uznana za legalną. Następnie jako serbski poseł w Sofii, odegrał ważną rolę przy tworzeniu serbsko-bułgarskiego sojuszu stanowiącego trzon Ligi Bałkańskiej, która w 1912 roku rozpętała pierwszą wojnę bałkańską.
     
     
               Z kolei Forgách po opuszczeniu belgradzkiej placówki został zaciekłym serbofobem, który także pozostał na scenie wydarzeń jako jedna z czołowych postaci  austro-węgierskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
     
     
                 Problem serbski nie był sprawą, którą Austriacy mogli rozwiązać bez udziału innych mocarstw. Stanowił on element złożonego kompleksu powiązanych ze sobą kwestii. Pierwszym palącym problemem były relacje Serbii z Rosją, które po kryzysie bośniackim były bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Rosyjskiego posła Hartwiga i premiera Nikolę Pašicia łączyły nadzwyczaj zażyłe stosunki. Obaj mężczyźni spotykali się prawie codziennie – „wasza broda konsultuje się z naszą”, urzędnicy serbskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych mieli mawiać młodszym dyplomatom z poselstwa rosyjskiego.
     
     
                 Wiedeń chciał zrekompensować sobie serbską wrogość, polepszając swoje stosunki z Bułgarią. Lecz z powodu zażartego sporu granicznego między Bułgarią i Rumunią przyjaźń z Sofią groziła pogorszeniem stosunków z Bukaresztem. A wrogość Bukaresztu była wyjątkowo niepożądana w Wiedniu ze względu na dużą rumuńską mniejszość zamieszkującą węgierski Siedmiogród. Gdyby Rumunia zwróciła się w kierunku Petersburga, wówczas problem mniejszości rumuńskiej mógłby również stać się kwestią bezpieczeństwa regionalnego.
     

               Pomimo, iż Włochy wraz  z Austrią i Niemcami utworzyły w maju 1882 roku Trójprzymierze, znaczna część włoskiej opinii publicznej nastawiona była konfrontacyjnie wobec Wiednia, uznając basen Adriatyku za naturalny obszar włoskich wpływów.


                Najbardziej prawdopodobnym źródłem przyszłego konfliktu austriacko-włoskiego na Bałkanach była nadal znajdująca się w granicach Imperium Osmańskiego Albania, którą zarówno Włochy, jak i Austria uznawały za własną strefę wpływów.
     
     
              Pomimo, iż w marcu 1909 roku Serbia formalnie zobowiązała się do powstrzymania od kolejnych tajnych operacji na terytorium Austro-Węgier,  Belgrad nadal finansował antyaustriackie organizacje w Bośni i Hercegowinie.  Powstała także nowa organizacja – Czarna Ręka. W listopadzie 1911 roku nowy poseł austriacki w Belgradzie Stephan von Ugron zu Abránfalva poinformował Wiedeń o „stowarzyszeniu istniejącym podobno w kręgach oficerskich”, które było wówczas tematem komentarzy prasowych w Serbii. Celem Czarnej Ręki było „ usunięcie wszelkich osób w kraju, które stoją na drodze do realizacji idei Wielkiej Serbii” oraz osadzenie na tronie przywódcy „gotowego pokierować walką o zjednoczenie wszystkich Serbów”.
     
     
               Początkowo Austriacy obserwowali rozwój wypadków z zadziwiającym spokojem.  Jednak gdy organizacja przybrała półoficjalny charakter, a jej promotorem został minister wojny Stepanović, Wiedeń zaczął monitorować rozwój wpływów organizacji na serbski korpus oficerski, który stał się „bastionem wielkoserbskich, skrajnie austrofobicznych tendencji”.


              Gdy w trakcie pierwszej wojny bałkańskiej żołnierze serbscy okupowali północną część Albanii, Wiedeń zażądał od Belgrad wycofania się z Albanii. Serbski premier Pašić nie odpowiedział wprost, i zdaniem Leona Bilińskiego cywilnego namiestnika Bośni i Hercegowiny  „wprawił w zakłopotanie austriackiego ministra spraw zagranicznych za sprawą charakteryzującego go osobliwego połączenia łaskawej dobroduszności i umyślnego zaciemniania faktów”.
     

               Sytuacja ta przede wszystkim pokazywała poczucie paraliżującego zakłopotania, jakie ciążyło nad relacjami austriacko-serbskimi aż do ostatnich chwil przed wybuchem pierwszej wojny światowej.
     
     
               Z prowadzonej przez Austrię obserwacji Serbii w ostatnich latach, miesiącach i tygodniach przed zamachem w Sarajewie wyłaniał się bardzo niejasny obraz sił destabilizujących sąsiedni kraj. Oskarżenia o złą wiarę, nieuczciwość, niesłowność, pokrętność, gwałtowność i pobudliwość były stałym elementem w raportach przesyłanych przez posłów austriackich z Belgradu. Rzucał się w oczy brak dogłębnej analizy powiązań operacyjnych między serbskim wywiadem a terrorystycznymi organizacjami działającymi na terytorium  Austro-Węgier.
     
     
               Austriacy rozumieli, że celem Narodnej Odbrany oraz Czarnej Ręki było obalenie rządów austro-węgierskich w Bośni oraz kierowanie tajnymi siatkami działającymi w krajach habsburskich. Lecz nie orientowali się w charakterze powiązań i relacji między Narodną Odbraną oraz Czarną Ręką.
     
     
              Młodobośniaccy terroryści serbscy, którzy latem 1914 roku przybyli do Sarajewa, aby zabić następcę austriackiego tronu, argumentowali swój czyn uciskiem, jaki mieli cierpieć ich bracia w Bośni i Hercegowinie.
     

               W rzeczywistości jedynie w pierwszych latach okupacji miały miejsce liczne protesty, zwłaszcza przeciwko przymusowemu poborowi do wojska. Nie było w tym jednak nic nowego, gdyż te prowincje były miejscem chronicznych zaburzeń za czasów panowania osmańskiego.
     
     
           Drażliwym tematem było położenie chłopstwa po 1878 roku. Austriacy postanowili nie znosić tureckiego systemu feudalnego (agaluk), który w 1914 roku nadal obejmował około dziewięćdziesięciu tysięcy bośniackich chłopów pańszczyźnianych zwanych kmetami.
     
     
              Wynikało to z instytucjonalnego konserwatyzmu rządów władz habsburskich, które na całym obszarze Bośni i Hercegowiny, gdzie było to możliwe dostosowywali do nowego porządku prawa i instytucje  oddziedziczone po epoce osmańskiej.
     

            Administracja austriacka uczyniła również wiele dla zwiększenia wydajności rolnictwa oraz przemysłu w Bośni i Hercegowinie. Zakładano wzorcowe gospodarstwa rolne, w tym winnice i stawy rybne, wprowadzono podstawowe szkolenia z zakresu agronomii dla wiejskich nauczycieli, a nawet otwarto w Ilidze pierwszą szkołę rolniczą, jakiej próżno byłoby szukać w tamtym czasie w sąsiedniej Serbii.
     

             Nastąpił także potężny napływ kapitału inwestycyjnego. Powstała sieć dróg i linii kolejowych, w tym jedne z najlepszych dróg górskich w Europie. Tempo industrializacji osiągnęło swój szczyt za czasów rządu hrabiego Béniego Kállaya (1882–1903), a konsekwencją tego był wzrost produkcji przemysłowej (średnio 12,4 procent rocznie w latach 1881–1913) w skali bezprecedensowej dla całych Bałkanów.
     

          Można stwierdzić, iż  administracja austriacka traktowała nowe prowincje jako wizytówkę, która miała na celu „zademonstrowanie ludzkiego i skutecznego charakteru rządów habsburskich”.



    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    W poprzedniej części zatrzymaliśmy się wspólnie z czytelnikami na Iwanie Groźnym i Stefanie Batorym, a to nieprzypadkowo, bo fakt faktem, że żaden z królów naszych nie był chory na umyśle, natomiast u carów choroby umysłowe nie należały do rzadkości. Ustrój naszej Rzeczypospolitej oddzielał władzę świecką od duchownej, dzięki czemu ograniczano dostęp do władzy (krótko mówiąc) wariatom. Nie twierdzę oczywiście, że każdy duchowny lub zakonnik był chory umysłowo – wręcz przeciwnie, sądzę, że większość miała zupełnie trzeźwe umysły, niekiedy wręcz wybitne. Twierdzę jednak, że stan duchowny, a szczególnie życie klasztorne było prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem dla osoby słabej na umyśle, szczególnie takiej, która miała wczesne objawy „choroby szamańskiej” (na przykład słyszała „głosy”, miała omamy itp.). Przy tym trzeba brać pod uwagę, że wszystko co wiemy o życiu wewnętrznym tych ludzi nie pochodzi z diagnoz psychiatrów, tylko z rozmaitych wydawnictw krzewiących pobożność. Prezentują więc one nie tyle stan faktyczny, co wyobrażenia autorów na temat świętości i świątobliwości.

    W sensie prawnym osobą słabą umysłowo powinna była zaopiekować się rodzina, jednak bywały przykłady, że takie osoby żyły z chorobą przez długi czas nierozpoznaną, bo maskowaną źle rozumianą religijnością. Wysoka pozycja społeczna czyniła z nich prawdziwe utrapienie dla otoczenia, a zwłaszcza dla rodziny, poddanych i służby. Przykładem takiej postaci jest Elżbieta Łucja z Gostomskich Sieniawska, w której odnajduję ewidentne rysy szamanki, i to niebezpiecznej, kontaktującej się z duchami podziemi. Przy czym ponownie zaznaczam: to, co o niej wiemy jest mieszaniną faktów i legend, i pokazuje bardziej wyobrażenie świętości i świątobliwości, niż rzeczywisty jej życiorys. Chodzi mianowicie o dzieło jezuity Wawrzyńca Susligi pt. Żywot Jaśnie Wielmożnej a wielce pobożnej Paniej Jej Mci Paniej Helżbiety z Leżenice Sieniawskiej…, wydany (pięć lat po jej śmierci) w roku 1629.

    Wg Susligi panna Elżbieta cudem ocalała od aborcji, gdyż ktoś chciał, by jej matka Zofia z domu Szczawińska, ciąży nie donosiła. Urodzona 13 grudnia 1573 roku, zmarła 20 września 1624. Ojciec jej, słynny autor poradnika Anzelm Gostomski miał w sumie cztery żony i sporo potomków, ale z Zofii tylko jedną córeczkę, była więc oczkiem w głowie mamusi, na poły jedynaczką. Ponieważ Anzelm był kalwinistą, katoliczka Zofia czuła się zmuszona do szczególnej dbałości o religijne wychowanie córki, co najwyraźniej nie posłużyło tej ostatniej na zdrowie. Matka przymuszała ją do postów, dyscyplin (biczowań) i nieustannych modłów. Panienka Elżbieta szybko zrozumiała, że nie dla niej zamążpójście i planowała zostać zakonnicą, ale musiała być nad wiek fizycznie rozwinięta i zacnej urody, skoro już w wieku trzynastu lat „niektórzy zamyślali jakoby ją porwać”. Czy pani Zofia sobie to wymyśliła trzęsąc się nad córką ze strachu, czy faktycznie tak było, tego już się nie dowiemy, wiemy tyle, że córa została oddana do dworu podeszłej wiekiem królowej Anny Jagiellonki, słynącej z pobożności. Obie panie bardzo sobie przypadły do gustu, chętnie się razem modliły, uczestniczyły w nabożeństwach, wiele ze sobą rozmawiały, a gdy Elżbieta zachorowała, królowa osobiście bywała u wezgłowia chorej i wywiadywała się często o jej zdrowiu. Około 1584 roku jej spowiednikiem został tajemniczy jezuita ksiądz Kasper Nahajus, o którym będzie mowa dalej.

    Gdy już przyszła do „lat słusznych” wolałaby pozostać panną, ale w 1590 roku zgodziła się wyjść za mąż za Prokopa Sieniawskiego, podczaszego koronnego. Był to o tyle błędny wybór, że podobnie jak ojciec panny młodej, tak i mąż był również kalwinistą. Jeśli wolno gdybać, to myślę, że wybór katolika byłby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, bo prawdopodobnie choroba Elżbiety nie ujawniłaby się w całej okazałości. Żyjąc z heretykiem Sieniawska czuła zapewne większy przymus do dewocji, aby odkupić „grzech” koegzystowania z kalwinistą. Sieniawski zaś był dla żony bardzo wyrozumiały i tolerancyjny, tak dalece, że chyba nie spostrzegł na czym polega problem. Myślał zapewne, że urodziwa i seksowna żonka jest pobożna, jak to zwykle u katolików bywało, i nie zauważył, że Elżbieta jest niewolniczo uzależniona od modłów i nabożeństw. Doszło do dziwnej sytuacji. Małżonkowie mieli wyjechać w podróż, ale „pani zwyczajnego nabożeństwa nie chcąc opuścić, zabawiła się nadzwyczaj długo”. Zniecierpliwiony tym małżonek poszedł piechotą, ale niezbyt szybko. Spodziewał się, że żona z wozami wkrótce go dogoni. Tymczasem zagłębiona w modlitwie małżonka męża bynajmniej nie dogoniła, Prokop zabłądził, i minęło sporo czasu zanim czeladź go odnalazła. Dwie godziny potem pojawiły się wozy z panią. Sytuacja irytująca i małżonek miał prawo być wściekły, Elżbieta ewidentnie go zaniedbała dla swoistego nałogu, ale Prokop „żadnego znaku gniewu paniej nie pokazał, ani jej przyganił, że swoim długim nabożeństwem przyczyną mu była onego obłąkania”, czyli zabłądzenia. Z czasem chyba zaczął dostrzegać chorobę żony, zdarzyło się bowiem, że gdy szykowała się do kościoła, zabronił koniuszemu zaprzęgać koni. Koniuszy jednak bardziej słuchał pani, niż pana. Sieniawski bardzo delikatnie i po rycersku odnosił się do dziwactw Elżbiety, dzięki czemu „szanowali się bardzo i zgodnie mieszkając przykrego słowa sobie nigdy nie mówili”. Musiał być też oczarowany jej urodą, skoro tylko czasami ubolewał, że się żona ubiera niedbale. Piękne ciało nie wymaga pięknego przyodziewku… depresja także go nie lubi.

    Prokop Sieniawski został marszałkiem nadwornym i często rozmawiał z księdzem Skargą. Lata płynęły, a dworskie życie nie sprzyjało zdrowiu marszałka. Podczas świąt wielkanocnych żona namawiała go, by towarzyszył jej na jutrzni. Zrazu się zgodził, ale rozmyślił i pozostał w domu. „Na ten czas gdy na łóżku leżał” – podaje ojciec Susliga – coś do niego przyszło i uderzyło go, wprawdzięć nie szkodliwie, ale tak mocno, że dobrze poczuł, i rozumiał, że go ciężko raniono, i jakoby się z rany krew obficie lała. A mniemając, że mu to kto z onych gości uczynił, wstał do drzwi, które zastawszy mocno zamknione, domyślił się, że przestraszeniem onym niedbalstwo jego Pan Bóg ukarał”.

    Sytuacja osobliwa, bo dotyczyła marszałka nadwornego, czyli osoby współodpowiedzialnej (z marszałkiem wielkim) za bezpieczeństwo osoby królewskiej. Wyobraźmy sobie, co by to było, gdyby dzisiaj coś podobnego spotkało szefa Służby Ochrony Państwa. Wizyta u psychiatry, wszechstronne badania lekarskie, urlop ze służby, śledztwo, czy ktoś urzędnika nie podtruł, jak Gabriela Janowskiego… Sieniawski więc wstaje i pędzi na jutrznię, a potem nawraca się na katolicyzm, zrazu potajemnie, gdyż zachowując resztki rozsądku zdaje sobie sprawę, że każda konwersja ma znaczenie polityczne i może być rozmaicie interpretowana. Spowiednikiem jego w roku 1594 zostaje... Kasper Nahajus, który, jak wiemy, był już od lat dziesięciu spowiednikiem naszej Elżbiety.

    Nazwisko Nahajus nie jest przypadkowe i prawdopodobnie pochodzi od słowa Nogaj. Nogaje byli szczepem tatarskim, w dużej mierze pogańskim, podległym jednak Chanatowi Krymskiemu, którego władcy byli muzułmanami. W młodości przyszły ksiądz trafił do niewoli wojewody podolskiego Jerzego Jazłowieckiego podczas rozbicia jakiegoś tatarskiego czambułu. Musiał być więc już nastolatkiem, skoro uczestniczył w tatarskiej wyprawie wojennej, i zapewne doskonale pamiętał swoje tatarskie życie. Oddany do szkoły w Przeworsku, następnie studiował na Akademii Krakowskiej, gdzie otrzymał stopień bakałarza. W Rzymie uczył się filozofii, a w roku 1582 przystąpił do zakonu jezuitów, odbył probację i wstąpił do Kolegium Romanum, gdzie przez trzy lata uczył się kaznodziejstwa. Był jednym z pierwszych pięciu jezuitów, którzy przybyli do Lwowa na zaproszenie arcybiskupa lwowskiego Jana Dymitra Solikowskiego w roku 1584. Sukcesy miał w nawracaniu niebywałe. Był kapelanem obozowym, prowadził też zawziętą pracę misjonarską na terenie Wołynia, Podola, na ziemi halickiej, i nawet w Mołdawii. Kontynuował prace nad budową kolegium jezuickiego we Lwowie, pozyskiwał sponsorów, w latach 1594-1595 nawracał możnych prawosławnych magnatów, jak choćby Janusza i Konstantego Ostrogskich, Janusza Zasławskiego z rodziną, Piotra Zbaraskiego z żoną, Konstantego Wiśniowieckiego, więc cóż dla niego był taki heretyk, jak jakiś tam Prokop Sieniawski! W 1596 roku był wreszcie jednym ze współautorów unii brzeskiej.

    Kryształowy życiorys, prawda? Niektórzy pewnie mieliby zastrzeżenia, bo Kasper nawracał głównie prawosławnych, co może nie było jakąś szczególną zasługą dla Chrześcijaństwa, dla Zachodu, owej krainy dobrych duchów z szamańskich wierzeń ludów Azji, podczas gdy jego bracia, Nogajcy, pozostawali poganami. Wrócimy jednak do ojca Kaspra pod koniec, gdy pokażą się pewne interesujące, fakty, legendy i całokształt mniej lub bardziej prawdziwego życiorysu naszej Elżbiety z Gostomskich.

    Nastąpiło kolejne dziwne zdarzenie w życiu Sieniawskiej. Wkrótce po poznaniu Nohaja i tajnej konwersji na katolicyzm, stan zdrowia marszałka Sieniawskiego się pogorszył. Lekarze podejrzewali, że otrzymał truciznę. Elżbieta miała widzenie: ukazać się jej miał anioł, który dał jej propozycję nie do odrzucenia: albo będzie więcej cierpieć na tym świecie, albo na drugim. A gdy wybrała cierpienie na tym świecie, przepowiedział śmierć jej męża i dodał, że „na świecie po tym nie będziesz miała pociechy, ale wielkie frasunki i kłopoty”. Następnie poczuła uderzenie rózgą, po którym biciu pozostać miały krwawe ślady na skórze.

    Małżonkowie Sieniawscy mieli trzy córki (Zofię, Annę i Elżbietę) oraz syna Jarosza. Jeszcze do niedawna piękny mężczyzna, silny jak tur i dumny kalwinista, teraz zniszczony chorobą prosił małżonkę, by „córkom takie wychowanie dała, żeby zostały mniszkami. Synaczka zaś jednego też mając radby był widział w stanie duchownym i nie zwał go inaczej, tylko księże Jaroszu”.

    Po śmierci męża Sieniawska postanowiła pozostać wdową do końca życia, dlatego dała kosza Januszowi Ostrogskiemu. Wkrótce też organizowała pogrzeb własnej matki, połączony z rozdawaniem jałmużny. Chętnie spotykała się z jezuickimi kapłanami (Skarga, Bernat, Sawicki, Korytowski) i często spowiadała. W owym czasie zamieszkał u niej na czas dłuższy wspomniany Kasper Nahajus, który uczył ją ćwiczeń duchowych Ignacego Loyoli. Ćwiczenia, którym poddawała się Elżbieta, przywodzą na myśl ćwiczenia hinduskich joginów: nie sypiała więcej, niż cztery godziny, wstawała o godzinie drugiej w nocy, następnie dwie godziny rozmyślała o życiu Jezusa, potem zaś odprawiała modlitwy ustne aż do obiadu, czyli mniej więcej do godziny jedenastej przed południem. Po obiedzie znowu modlitwa przez godzin kilka, wreszcie zaś czytanie ksiąg duchownych i nabożne pogadanki z dziećmi lub nawet z czeladzią.

    Płakała bez przerwy, gdy tylko myślała o Bogu. Odsuwała od siebie wszelkie myśli o seksie. W łóżku kładła krucyfiks, a sama spała na desce. Biczowała się trzy, cztery razy na tydzień, niestety za zezwoleniem dziwnie wyrozumiałych spowiedników. Ale nawet gdy się nie biła, na jej ciele pojawiały się blizny i każdego dnia jej głowa pociła się krwią, toteż jej zapocone i zakrwawione nakrycia głowy traktowano niemal jak relikwie. Któryś ze spowiedników wreszcie zakazał jej chwilowo biczowań, nawet odebrał narzędzia tortur, na co ta opętana pobożnością kobieta „poczęła się pięściami tłuc, ciało na sobie szczypać, włosy targać, ręce o ziemie tak mocno bić, że jej były palce spuchły” – podaje z dumą Susliga. Może powinna była się jeszcze solidnie grzmotnąć po łbie, choć wątpię, by to cokolwiek pomogło, skoro i tak była zdrowo postrzelona. W nocy trzymała przy sobie psy i cieszyła się, gdy za lada jakim poruszeniem psy zaczynały ujadać, bo dzięki temu wyrywały ją ze snu, który zdawał się zbyt przyjemny, a przecież chodziło o umartwienie i podporządkowanie ciała duchowi, choć w tym wypadku rządziły jej ciałem psy. Rozmnażała w tych rozpuszczonych bydlątkach pchły, aby ją gryzły (dobrostan psów naturalnie jej nie obchodził). Podarowano jej małego, pięknego pieska, który zaraz przypadł jej do gustu, ale przeszkadzał w modlitwie. Kazała go więc potajemnie utopić. Dawała się upokarzać służącym, którzy czynili to z ochotą, zapewne dlatego, że był to jedyny sposób odreagowania tej nieznośnej atmosfery, którą wokół siebie tworzyła. Nie lubiła muzyki tanecznej, a jeśli pomyślimy jak delikatna była to wówczas muzyka, trudno doprawdy zrozumieć grubiaństwo w tak pięknej kobiecie. Kościelne świętości szanowała bardzo, serce leczyła wodą święconą jak moskale, kochała też zioła święcone i zastanawiać się trzeba, czy nie lubiła też „grzybków halucypków”. Konieczne działania często zastępowała modlitwą. Pewnego razu na zamku ratneńskim zaczął się pożar i tak się rozszerzył, że nie dało się go już ugasić. Zamiast więc ratować co się da i pokierować ewakuacją marszałkowa zatopiła się w modlitwie, niczym rosjanka z relacji Markiza De Custine, która zamiast pędzić na pomoc chorej przyjaciółce, udaje się do cerkwi, by się modlić za jej zdrowie. Jakie złe emocje musiała budzić wśród najbliższego otoczenia, skoro służąca Sieniawskiej z gniewem jej powiedziała: „otoż, moja miłosciwa pani, on Pan Bóg, któremu się tak długo modlisz, i któremu tak wiele dajesz, niechaj cię teraz ratuje, wszakeś w nim pokładała nadzieję”. Na to babsztyl odparł: „niechaj się wola się wola boża dzieje, niechaj i wszytko zgore”. Nie zgorzało, bo pożar ustał samoczynnie, a kosztowności zamkowe ocalały. Tego typu zdarzenia naturalnie tylko pogłębiały chorobę psychiczną, w której żyła. Tolerowała pod bokiem burdel, ale gdy patrząc z okna wypatrzyła, że jeden z jej sług wychodzi „z domu podejrzanego” odchodziła od zmysłów i niemal mdlała, powtarzając w kółko „Boże mój, jaki to grzech”. Dręczyła księży o codzienne kazania i nieustanne Msze Święte. Czeladź zmuszała do modlitw aż do południa. Dwór jej był zorganizowany jak klasztor, służących, którzy unikali mszy wysyłała na pokutę. Starała się, by służbie na niczym nie zbywało, by nie szwendali się po wsi, czyli de facto trzymała ludzi w zamknięciu. Służące jej panienki zapraszała na biczowania. Był to reżym domowy zbliżony do totalitarnego, chciała wiedzieć wszystko o wszystkich (w takich warunkach z pewnością kwitło donosicielstwo), kapelanów nawet traktowała jak służących. „Trafiło się” – podaje Susliga – „że raz jeden bez jej wiadomości u stołu nie był. Obraziła się o to i upomniała go, aby tego nie czynił na potym, a pomniał, że przy marszałkowej mieszka, która chce wiedzieć o każdym słudze swoim, kędy i czym się bawi”! Urządzała swoiste maratony modlitewne. Sama modliła się w kościele godzin czterdzieści, a służba kolejnymi grupami przychodziła w określonych godzinach, zapewne po to, by wzmocnić modlitwę swej przełożonej. Inszej godziny przychodził podskarbi z chłopięty, inszej koniuszy z woźnicami, inszej kuchmistrz z kucharzami, i inszych godzin także się modlili inszy, tak we dnie, jako i w nocy nie ustając”. Przy stole tylko nabożne czytanie albo rozmowy na tematy święte. Upokarzanie się myciem garów w kuchni.

    Gdzie w tym napiętym programie dnia było miejsce na zarządzanie majątkiem i życie publiczne?

    Jako regalistka, w okresie rokoszu odprawiała za króla nieustanne modły. Z szacunku do króla broniła też całości starostwa ratneńskiego. Potrafiła też czynnie dbać o poddanych, jej licząca ośmiuset ludzi armia prywatna broniła kmieci przed gwałtami żołnierskimi, a delegaci żołnierscy po prostu się jej bali. Po zawarciu unii brzeskiej prześladowała popów unii przeciwnych i ingerowała w sprawy kościoła unickiego, odsuwając od święceń popich synów. Zmuszała popów do kultu Bożego Ciała, choć w takich sprawach unici mieli autonomię teologiczną przecież. Zakonników uważała najwyraźniej za niewolników bożych. Gdy pewien zakonnik wystarawszy się u papieża o zgodę na przeniesienie do innego klasztoru, prosił ją dodatkowo o wstawiennictwo u przełożonych, odparła, że „nie chce się najmniej przyłożyć do tego, niechaj przestaje w swoim pierwszym powołaniu, wszak i ludzie świeccy w małżeńskim stanie kontentują się towarzyszem, jakiego im Pan Bóg daje”. Heretyków po śmierci męża nienawidziła tak bardzo, że wyrażała żal, iż nie jest mężczyzną, bo mogłaby się z „heretykami bić i błędy ich znosić”. Żydów nie znosiła i w zarządzanym przez siebie koronnym starostwie ratneńskim zniechęcała ich do osiedlania. Rok przed jej śmiercią, gdy choroba była już daleko posunięta, młódź żydowska jakoby „zesromociła” figurę męki pańskiej („tak plugawie, że się tu tego powiadać nie godzi”). Wstawiło się za winowajcami wielu panów, którzy doskonale wiedzieli, co się w domu i pod zarządem marszałkowej wyprawia, ale na nic ich starania: starzy Żydzi musieli nowo zbudowaną szubienicę na plecach swych przydźwigać, następnie swawolnych młodzików pod tą szubienicą wychłostano, a przy tym dzwoniono tak, jak się dzwoni podczas kaźni zbrodniarzy. Innym znów razem nieszczęsny ten naród oskarżyła, że wykrada hostię. Strach pomyśleć, co zamierzała (Susliga o tym nie pisze), ale tu natrafiła zdaje się na trzeźwy protest samego króla, bo Susliga pisze, że „potężnej stronie, która się była ujęła za nie, oprzeć się nie mogła”. A mimo to jednego z rzekomych złodziei ukarano na gardle. Potem zaś uwzięła się na miejscową bożnicę, wmawiając sobie, że jest ona wyższa, niż miejscowy kościół i cerkiew. A gdy Żydzi nie zgodzili się bożnicy obniżyć, nasłała czeladź, która ją zburzyła. Brat marszałkowej, Hieronim Gostomski też zresztą nie był lepszy. Wszystko to opisuje Susliga z wielką dumą, jako zasługi dla Boga.

    Zatrzymajmy się na chwilę na sprawie Żydów. Wspomniałem, że żaden z królów polskich nie był słaby na umyśle, ale niestety zdarzały się wśród panów szlachty osoby chore psychicznie, które wywoływały niemało zamieszania. Wyobraźmy sobie teraz, co by było, gdyby tron w Rzeczypospolitej był despotyczny jak w moskowii, i co by się wówczas stało z narodem żydowskim oraz wszystkimi tymi, którzy nieopatrznie chcieliby (o zgrozo) przyjąć judaizm. Otóż taka historia faktycznie miała miejsce w państwie moskiewskim pod koniec XV wieku i doprowadziła do masowych prześladowań Żydów, łącznie ze zbrodniami, które dzisiaj kojarzyłyby się z ludobójstwem. Żydów w państwie carów nie tolerowano, a wszystkich, którzy nie wyznawali prawosławia, określano „żydami”, w tym przede wszystkim katolików. Zachowała się legenda o tym, jak to Iwan Groźny „chrzcił” Żydów zrzucając ich z mostu do wody. Takie byłyby rządy Gostomskiej, gdyby nie łaskawy ustrój naszej starej Rzeczypospolitej!

    Najgorsze było jednak to, co zrobiła z córkami. Była to najlepsza egzemplifikacja przysłowia z czasów stalinowskich, że „nadgorliwość gorsza od faszyzmu”. Zacytujmy dłuższy fragment Susligi: „córkom swoim takie dawała wychowanie, że i w klasztorze z trudnością taka straż być może, jaką ona miała nad nimi, aby w niewinności i w anielskiej czystości żyjąc, ćwiczyły się w cnotach gruntownych, i w nabożeństwie. Sama przy sobie klęcząc modlić się im kazała, a klęczały daleko od siebie, żeby wespół nie gadały, i naznaczała im pewne modlitwy, które miały czytać, a każdej z osobna przydawała pannę stateczną, która by jej pilnowała. Litanię też i wiele inszego nabożeństwa sama im zaczynała. Intencją także do każdej modlitwy samaż im prostowała, czytała też im żywoty świętych i samym czytać dawała. Naznaczyła im zabawy rozmaite, aby nigdy czasu nie miały do próżnowania, spisała im była porządek na cały dzień, co czynić, i czym się bawić miały, na każdą z osobna godzinę”. Nieznośna tyrania matki doprowadziła do tego, że młodziutkie te dziewczynki zaczęły rozmyślać o śmierci męczeńskiej dla Jezusa, co wyraźnie wskazuje na myśli samobójcze. Planowały wręcz uciec z domu i udać się tam, gdzie chrześcijanie są zabijani. Szczerze mówiąc nie było to takie trudne, bo Tatarzy robili to na ukrainach Rzeczypospolitej niemal co roku. Nieświadoma krzywdy jaką im robi, cieszyła się Gostomska, że chcą cierpieć za Chrystusa. Oduczała ich też akceptowania grzecznościowych zwrotów, jakimi zwykle zwracano się do szlachcianek („miłościwa panno” itp.), a to dla ćwiczenia pokory, ale przecież w praktyce ćwiczyła ich w chamstwie. Czytelnik myśli zapewne, że córeczki bawiły się lalkami, przyuczając się do macierzyństwa? A gdzież tam! Przyzwyczajała je do obcowania z trupami. Gromadząc rozmaite podejrzane relikwie, często brała je ze sobą w podróże. „A w karecie siedząc” – pisze Susliga – „kazała je córkom w skrzyneczkach piastować”. Żyły więc w krypcie obwoźnej.

    Dzieci swe kochała, ale pozornie, była to „miłość” patologiczna. Chciała się „stopić” na chwałę Bożą razem z dziećmi, a jednocześnie żałowała, że weszła w stan małżeński, który owe dzieci sprowadził na świat. Oddawała Bogu „krew swoją, umiłowane dziateczki, prosząc, aby nie pogardzał oną ofiarą i uczynił sobie z niej wonią wdzięczną”. Kładąc na ołtarzu jałmużnę za dzieci jednocześnie prosiła Boga, że „jeśliby wedle przejrzenia jego miało być złe, aby je w młodości z tego świata wziął, a nie dał mu doczekać lat zuchwałych i swawolnych.”. Najwyraźniej Elżbieta w ogóle nie uznawała czegoś takiego, jak wolna wola, postrzegała siebie i swe dzieci jako niewolników bożych. Postawę taką widać w rosyjskim folklorze, gdy matki śpiewały dzieciom kołysanki o śmierci (pisał o tym Harmatnyj). A przecież życie Polaków, wychowanych i wręcz rozpieszczanych w wolności, nijak się nie miało do życia moskali-niewolników, skąd zatem w sercu typowej polskiej rodziny bierze się taka patologia? Życzenie Gostomskiej zresztą się spełniło, gdyż wkrótce opuściła ją córeczka Anna. Następnie w umyśle swym pani Elżbieta „uśmierciła” także syna i wcale się nie zdziwiła, gdy i niedoszły „ksiądz Jarosz” ją także opuścił. Pozostałe dwie córki jakoś przeżyły, prawdopodobnie dlatego, że się matce nie śmiały sprzeciwiać, a niebywała wręcz pycha Sieniawskiej doszła do takiego poziomu absurdu, że nie mając męskiego dziedzica, uznała za swego syna samego Jezusa, a z nim, oczywiście, Towarzystwo Jezusowe. Czy rzeczywiście utożsamiała się z Matką Boską, trudno powiedzieć, ale nie można tego wykluczyć, skoro wcześniej, przed nasileniem objawów choroby, darzyła Bogurodzicę wielką rewerencją.

    Jak łatwo się domyślić, wszystkie te błazeństwa były w całej Rzeczypospolitej dobrze znane i rzecz jasna nie uszły uwagi krewnych. Otarły się o samego króla, który zaczął zabiegać o to, by córki Sieniawskiej (Zofię i Elżbietę juniorkę) dobrze wydać za mąż. Wyczuwając, że „w hotelu Zacisze pojawił się psychiatra”, matka ucięła córkom włosy, i co prędzej obie zawiozła do Chełmna, do klasztoru benedyktynek, którym zarządzała ksieni Magdalena Mortęska. Susliga twierdzi wprawdzie, że panny z własnej inicjatywy złożyły w tajemnicy przed matką śluby czystości i potem się z nimi matce ujawniły, ale w tej atmosferze trudno podejrzewać, by jakąkolwiek ważną decyzję mogły podjąć w pełni świadome jej konsekwencji. Bardziej prawdopodobne jest przypuszczenie, że próbowały w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: uwolnić się od matki i jednocześnie spełnić jej marzenia. Ktoś zresztą próbował je jeszcze ocalić. Była przy nich pewna stateczna białogłowa i tak jednej z córek (Zofii?) „nabijała często uszy”, że „może być w stanie małżeńskim zbawiona bez klasztoru”. Jednakże białogłowie tej umarł ktoś powinowaty, a gdy się modliła, z pudła w którym chowano różne rzeczy niespodziewanie wyskoczył nieboszczyk i za rękę tak mocno ścisnął, że aż upadła na ziemię w stanie padaczkowym (kaduk). Kobiecina tak się miotała, że siedem osób nie mogło jej unieruchomić. Osiem godzin trwała w tym stanie i pokąsała sobie język. Przychodzi więc do niej pani marszałkowa-szamanka z relikwią Ignacego Loyoli i wkłada ową relikwię kobiecie w usta – dopiero wówczas ów umarły z pudełka znika, a chora wraca do zdrowia. Nie na długo jednak – zmarły pojawiał się jej kilka razy, gdy zaś umarła, pokazała się owej córce pani marszałkowej i opowiadała, że cierpi ciężkie męki za to, że ośmielała się zalecać panience stan małżeński i dopiero z mąk zostać miała uwolniona, gdy córka owa poszła do klasztoru...

    Rok po porwaniu córek do klasztoru, zadowolona z siebie Elżbieta pojechała na ich profesję (śluby zakonne). Młodsza z sióstr, Elżbieta juniorka, chyba nie do końca pogodziła się z ostateczną utratą szansy na „światowe życie”, bo w półtora tygodnia po tej ceremonii wyzionęła ducha. Zatem cel został osiągnięty, bo dziecko, które mogło być przecież „zuchwałe i swawolne”, zostało umartwione w najdalej idący sposób. Starsza Zofia musiała być z twardszej gliny ulepiona i pogodzona z losem. Nie dane jej było pędzić spokojnego i pobożnego życia klasztornego, gdyż oszalałe to babsko chciało ją koniecznie uczynić ksienią nowo przez siebie ufundowanego klasztoru w Sandomierzu. Zofia tego wcale nie chciała, mniszki, które jej dano pod zarząd wcale jej nie szanowały, ale to jest już zupełnie inna historia.

    Wspomniałem na początku, że odnajduję w Elżbiecie wyraźne rysy szamańskie. Wróćmy więc do pewnych tajemniczych wydarzeń z jej życia. Siedem lat przed śmiercią, dokładnie w dzień Świętego Mateusza Apostoła 21 września na Pokucie wtargnęli Tatarzy. Sieniawska miała wtedy jakoby przebywać w Łuce nad Dniestrem, rodzinnej posiadłości. Ta pani, która miała na swe rozkazy ośmiuset ludzi w prywatnej armii nie zrobiła jednak nic aby chronić swoich poddanych! Może był to wynik zaskoczenia, może... Napastnicy rabowali bydło, zaś Sieniawska pod opieką dwóch jezuitów i w towarzystwie białychgłów przeprawiła się przez rzekę na pewną wysepkę, chcąc uciekać do Lwowa albo do innego zamku... Historyczność tej relacji jest mocno podejrzana, gdyż nie wiadomo, co się stało z jezuitami i owymi białogłowami, a relację o wydarzeniu przekazała wyłącznie sama pani marszałkowa, wykuwając ją na srebrnej tablicy i pozostawiając w Częstochowie jako wotum dziękczynne. Zacytuję ją za Susligą w całości.

    W roku 1617, w miesiący wrześniu 21 [dnia] w województwie ruskim, powiecie halickim, najachali Tatarowie niewiadomie na różne miejsca, między inszymi na wieś Lukę, w której mieszkała Wielmożna Pani HELŻBIETA z Leżenice SIENIAWSKA, marszałkowa koronna. Tam dziwną opatrznością Tatarowie wjachawszy w wieś i ludzie biorąc na dwór natrzeć nie śmieli, nie widząc żadnej obrony, i tak sama prawie opatrzność boska przez ten dzień i drugi broniła. Dla czego wyżej pomieniona [Sieniawska] obawiając się, aby Tatarowie wziąwszy wiadomość od sług jej i poddanych, które pobrali, na dwór nie natarli, uszła z niego za rzekę Dniestr, do chaszcza na błoto. Tam ją wyśpiegowawszy 23 września najachali i tam innych, i onę wzięli klęczącą, jako jest wyrysowanie, modlącą się, i Naświętszej Panny na pomoc wzywającą, i Świętego Michała, i innych patronów, obiecując się stawić tu na to miejsce Najświętszej Pannie. Wybawiona jest bez wszelakiego szwanku i urazu. Nadto tak ją Pan Bóg ciężką uczynił, że jej żadną miarą na koń wsadzić nie mogli, a gdy ją ściąć chciał, chybiwszy drugi raz, sztychem na nię uderzył, w czym ona odeszła od siebie i nie wie, jako się w rzece nalazła. Będąc opodal od niej, w której ją dziwna Opatrzność Boska ratowała, że nie utonęła i tak się ostała, który postępek dziwny boski na cześć i chwałę jemu i Najświętszej Pannie, i uczczenie miejsca tego, na wieczną pamięć z oddaniem ślubów swoich tu zostawuje”.

    Susliga dodaje jeszcze, że owego 21 września słyszała głos, który ostrzegał „przygotuj się na wielkie niebezpieczeństwo”, ale zamiast bić na trwogętego dnia była jeszcze bardziej pobożna, niż zwykle. W dalszej relacji są sprzeczności z tekstem tablicy. Susliga twierdzi mianowicie, że Tatarzy 22 września na dwór uderzyli, a marszałkowa dowodziła jego obroną, dodając serca obrońcom. Wreszcie trzeciego dnia mieli ją Tatarzy wreszcie pojmać, było to w sobotę 23 września na owej wyspie na Dniestrze. Następnie, gdy się ocknęła, „widziała się być w wodzie, a nie wiedziała, jako tam przyszła, i kto ją tam zaniósł”. Wzywa więc Michała Archanioła i wtedy nagle pojawia się jej sługa, imieniem Michał, który podpłynąwszy czółnem wydobywa marszałkową z wody, zawozi na brzeg, ale niebezpieczeństwo jeszcze nie mija, „bo i na ten czas znowu szpiegowali jej pilno Tatarowie, ale jej nie mogli naleźć”. W końcu wraca szczęśliwie do dworu i udaje się w bezpieczne miejsce, ale, jak dodaje Susliga: „od onego czasu już też poczęła na zdrowiu falować i głowę już miała chorą, przedtym postami wielkimi, także niespaniem i rozmyślaniem długim, a prawie ustawiczną bogomyślnością spracowana, a na ten czas tym przypadkiem bardzo strapiona”.

    Co się więc właściwie stało? Gdzie przebywała marszałkowa podczas zdobycia dworu przez Tatarów? Czy udała się na wyspę, czy broniła dworu? Dlaczego Tatarzy ciągle jej szukali? Wszystko się w tej relacji gmatwa, nic się nie klei, a są powody, by uznać wszystko za przywidzenie samej marszałkowej, ba, wręcz za sen szamański, i to trzydniowy! Co więcej, odnieść można wrażenie, że autor owej osobliwej „hagiografii” doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Otóż całe zajście rzekomo ma miejsce 21 września podczas równonocy jesiennej, a więc w dniu tradycyjnie uznawanym przez pogan za przejście przyrody w stan śmierci. Dzieje się to siedem lat przed śmiercią – liczba symboliczna. Marszałkowa przepływa rzekę z dwoma jezuitami i fraucymerem – według pierwszej wersji – lub też broni dworu – według drugiej. Dwór czy wysepka pełnią tu role królestwa śmierci. Podczas transu marszałkową atakują złe duchy wschodu, „Tatarzy”. Próbują jej uciąć głowę – tak jak czynią to podczas inicjacji szamańskiej. Próbują ją porwać, ale okazuje się za ciężka. Kłują ją sztychem szabli – przeżywa. Wreszcie poddają ją próbie wody niczym wiedźmę – i okazuje się, że poprzednio tak ciężka, a teraz nie tonie! W tym transie tak jak w legendzie mistrz Twardowski wezwał Matkę Boską na pomoc, tak marszałkowa wzywa Michała Archanioła i „anioł” zaraz z czółenkiem podpływa, aby ją ratować i przez Styx przewieść w powrotną stronę. Trans szamański zakończył się powodzeniem.

    Nie była to jednak jedyna próba, jakiej poddano szamankę Sieniawską. Autor mimochodem w rozdziale 14 wtrąca taki oto passus: „Miewała też prześladowanie i od czarta. We Lwowie zrzucił ją był z wysokiego wschodu, z wielkim grzmotem, że się wszyscy byli polękli. Bez żadnego jednak naruszenia zdrowia cało została”. Ciekawa rzecz, że wszystkie jej wariactwa przypisywane są pobożności i Bogu, natomiast to jedno zdarzenie czartowi. Ale ciekawsze jest jeszcze co innego. Zrzucenie z wysokości przypomina po pierwsze kuszenie Jezusa na pustyni, a po drugie zrzucenie szamana z drabiny, by udowodnić, że jest naprawdę powołany przez duchy. Istotne jest jeszcze i to, że na tym terenie lud rusiński (ukraiński) w istocie nie obawiał się piorunów i to odróżniało go od ludu polskiego. Rażenie piorunem mogło być uznane za błogosławieństwo.

    I jeszcze jedno: jeśli to była szamanka, to gdzie był jej bęben? Otóż był: siedmiogodzinne monotonne głosowe modlitwy to jeden sposób osiągania transu. Kochała jednak także dźwięk dzwonów. Jak pamiętamy chłostaniu młodzieży żydowskiej towarzyszyło nieustanne bicie we dzwony. Będąc w pewnym większym mieście zauważyła, że nie dzwoniono na Pozdrowienie Anielskie i zaczęła pytać z jakiej przyczyny. Okazało się, że dzwonnik nie otrzymał jurgiełtu, więc natychmiast mu go wypłaciła. To upodobanie do dzwonienia przypomina postać słabego na umyśle cara Fiodora Iwanowicza, który również kochał muzykę dzwonów i dzwonił z dzwonnicy osobiście, zadręczając mieszkańców Kremla.

    Kto w istocie był autorem tej relacji, Susliga, czy może ktoś inny? Jest ona niezwykle chaotycznie napisana, jakby nie była pisana ręką mężczyzny-teologa, obeznanego z logiką, lecz ręką kobiety. Zapis opętania (ciężkiej choroby psychicznej) jest polukrowany i posłodzony jak gorzkie lekarstwo. Czyżby pulchna rączka panny Zofii maczała w tym palce? Czy nie mogło być tak, że napisała ów życiorys matki, by uleczyć w sobie traumę dzieciństwa? Czy nie napisała go również po to, by oskarżyć o czary księdza Nogaja, ale w taki sposób, by nikt nie mógł zarzucić oszczerstwa? Byłaby więc ta relacja w gruncie rzeczy dziełem w pewnym sensie „okultystycznym”, z zakodowaną pod warstwą słodkich słówek treścią. Była również napisana z pełną świadomością na czym owo szamaństwo polega, choć bez oczywiście używania słowa „szaman”, którego w Rzeczypospolitej nie znano. Wracając jeszcze na chwilę do owej „białogłowy statecznej”, która zachęcała córkę Marszałkowej do stanu małżeńskiego: czy nie była to zawoalowana sugestia, że sama Elżbieta miewała chwile trzeźwości, że to w istocie ona kryła się pod kryptonimem „statecznej białogłowy”, która doznała napadu padaczki? Czy Zofia nie próbowała w ten sposób pokazać lepszej strony swej matki, owładniętej przez wizję nieboszczyka? Ta lepsza cząstka jej matki „umiera”, gdy się Zofia dostaje wreszcie do klasztoru.

    W powodzi opisanych błazeństw marszałkowej bledną dobre rzeczy, które robiła: fundowanie kościołów, szpitali dla ubogich, jałmużny, dbałość o poddanych, o sieroty, kary za przeklinanie, zwalczanie pijaństwa, unikanie zatargów z sąsiadami… Nie była ona osobą złą do szpiku kości, walczyła z chorobą psychiczną przez całe życie wzywając na pomoc Michała Archanioła. Zdaje się jednak, że ktoś stale ją podtruwał, stale podsuwał ową „wodę święconą” i „święcone zioła”, które bełtały jej w głowie bardzo skutecznie. Jakiś doktor Morell był przy niej nieustannie i dbał o to, by nie wyszła nigdy ze stanu umysłowego rozchwiania. Czy był nim podejrzany Kasper Nogaj tego się już z pewnością nie dowiemy.

    Jestem jak najdalszy do oskarżania jezuitów o najgorsze rzeczy, mam ogromny szacunek do króla Zygmunta, jednak wszystko wskazuje na to, że jeśli nie czynnie, to przynajmniej biernie przyczyniali się do wzrostu choroby psychicznej swej podopiecznej. Potrzeba jej było egzorcysty, a tymczasem oni jej wmawiali, że idzie ścieżką pobożności. Potrzeba jej było bonifratrów, którzy zajmowali się psychicznie chorymi, lecz bonifratrzy pojawili się w Polsce dopiero w 1609 roku. Nosili szpiczaste kaptury, stąd popularne powiedzenie „wysłać do czubków”.

    Podsumowując, Elżbieta z Gostomskich Sieniawska była szamanką, mającą wszelkie cechy szamanki kontaktującej się z duchami świata podziemnego, a więc czarnej szamanki. Pod pobożnymi pozorami ujawniały się w niej wszelakie zachwiania społecznego tabu, takie jak niechęć do mężczyzn (uważała małżeństwo za „gnój”), pragnienie zmiany płci, skłonności do dzieciobójstwa, nekrofilia, masochizm, sadyzm połączony z silną potrzebą dominacji nad otoczeniem, życie z psami i pasożytami w brudzie i niechlujstwie. Byłaby zrobiła więcej zła, gdyby nie błogosławiony ustrój Rzeczypospolitej, który ograniczał możliwości działania szalonych carów do ich najbliższego otoczenia.

    Z historii tej jest pewien morał dla części konserwatywnego skrzydła naszej prawicy. Uważajcie na tajemniczych przybyszów ze wschodu, na owych sprytnych Nogajów! Oskarżacie lewicę o sekciarstwo, o kultywowanie wschodnich religii, naiwnie się wam wydaje, że ledwo pokropieni wodą święconą Tatarzy-Moskale, ledwo ochrzczeni Ugrofinowie-Moskale są owymi maluczkimi, którzy pokażą wam wstęp do raju, uratują przed gnijącym Zachodem i gnijącą sektą LGBT. Nic bardziej mylnego! Rozpoznawajcie rzeczy nie z nazw, lecz z istoty rzeczy.

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     Przeprowadzona przez Austro-Węgry w 1908 roku aneksja Bośni i Hercegowinie doprowadziła do zaognienia sytuacji na Bałkanach.
     
     
          Po wyparciu Austriaków z Włoch w 1859 roku i z Niemiec w 1866 roku region Bałkanów z konieczności zaczął skupiać na sobie główną uwagę austro-węgierskiej polityki zagranicznej.
     
     
          Równoczesne zmniejszanie się wpływów Imperium Osmańskiego w południowo-wschodniej Europie, co sprawiało, że ten region stał się obszarem narastających napięć w stosunkach między Wiedniem a Petersburgiem. Dom habsburski tradycyjnie pełnił rolę obrońcy wschodnich wrót Europy przed Turkami. W Rosji ideologia panslawizmu głosiła hasła naturalnej wspólnoty interesów między powstającymi na Półwyspie Bałkańskim państwami słowiańskimi (zwłaszcza prawosławnymi) oraz ich patronem z Petersburga.
     
     
               Aż do roku 1908 wzajemne przestrzeganie wyznaczonych nieformalnych sfer wpływów pozwalały na uniknięcie otwartego konfliktu.  W ramach odnowionego w 1881 roku „sojuszu trzech cesarzy” łączącego Rosję, Austro-Węgry i Niemcy Petersburg zobowiązał się „uszanować” austro-węgierską okupację Bośni i Hercegowiny usankcjonowaną traktatem berlińskim z 1878 roku. Kolejne porozumienia austriacko- rosyjskie z 1897 i 1903 roku potwierdzały obopólne zobowiązanie do utrzymania status quo na Bałkanach.


          Złożoność polityki bałkańskiej polegała jednak na tym, że zachowanie dobrych stosunków między dwoma rywalizującymi w tym regionie mocarstwami nie wystarczało do zachowania spokoju – trzeba było również powściągać i tamować aspiracje mniejszych graczy na półwyspie.
     
     
               Najgroźniejszym z nich z punktu widzenia Wiednia było Królestwo Serbii. W czasie długiego panowania austrofilskiego Milana Obrenowicza Serbia pozostawała uległym partnerem Wiednia, godząc się z pretensjami monarchii austro-węgierskiej do hegemonii w regionie. W zamian Wiedeń w 1882 roku wsparł wysiłki Belgradu zmierzające do uzyskania statusu królestwa i obiecał wsparcie dyplomatyczne w przypadku gdyby Serbia chciała podjąć ekspansję w kierunku znajdującej się pod panowaniem osmańskim Macedonii.
     
     
               Jego syn Aleksander od 1902 roku zaczął energicznie zabiegać o rosyjskie poparcie. Jego zamordowanie w 1903 roku nie wywołało w Wiedniu wielkiego żalu, który szybko nawiązał dobre stosunki z uzurpatorem Karadziordziewiczem, optymistycznie zakładając, że on również był austrofilem.
     

             Wkrótce jednak okazało, iż zarząd nad sprawami politycznymi w Belgradzie przeszedł w ręce ludzi otwarcie prezentujących swoje wrogie nastawienie wobec monarchii dualistycznej i władz w Wiedniu. Efektem tego było zawarcie – pod patronatem Petersburga – sojuszu serbsko-bułgarskiego.
     

           Równocześnie Belgrad nasilił działalność irredentystyczną w monarchii habsburskiej, skupiając się głównie na Bośni i Hercegowinie, w której 40% mieszkańców było Serbami.
     

          W lutym 1906 roku austriacki attaché wojskowy w Belgradzie Pomiankowski jednoznacznie napisał, iż w przypadku przyszłego konfliktu zbrojnego Serbia z pewnością będzie zaliczać się do grona wrogów monarchii.


               Problem stanowiło nie tyle samo nastawienie rządu belgradzkiego, co nacjonalistyczna orientacja polityki Serbii. Jak przestrzegał Pomiankowski, nawet gdyby u steru znajdowałby się „rozsądny” rząd, to nie byłby on w stanie powstrzymać „wszechpotężnych skrajnych szowinistów” przed wszczęciem „awantury”. Bardziej niebezpieczna od „otwartej wrogości Serbii i jej nędznej armii” była jednak „dywersyjna robota [serbskich] radykałów w okresie pokoju, która systematycznie zatruwa stosunek naszej ludności południowosłowiańskiej i mogłaby, gdyby doszło do najgorszego, stworzyć bardzo poważne trudności dla naszej armii”.


               „Szowinistyczna” polityka irredentystyczna serbskiego państwa zaczęła zajmować centralne miejsce w ocenach Wiednia na temat jego stosunków z Belgradem. Jednym z „naczelnych zadań” stojących przed kolejnymi posłami austriackimi w Belgradzie było baczne przyglądanie się i analizowanie działalności serbskiego ruchu nacjonalistycznego. Posłowie mieli informować króla Piotra i premiera Pašicia, że Wiedeń zna pełen zakres i charakter działalności wszechserbskich nacjonalistów.


             W tych warunkach aneksja Bośni i Hercegowiny w 1908 roku nie mogła być zaskoczeniem dla Belgradu.
     

               W jednej z tajnych klauzul „sojuszu trzech cesarzy”, który został odnowiony w 1881 roku, Austro-Węgry wyraźnie zastrzegły sobie „prawo do anektowania tych prowincji w takim momencie, który uznają za stosowny”, i to żądanie było również powtarzane w kolejnych austriacko-rosyjskich porozumieniach dyplomatycznych.
     
     
                 Aneksja Bośni i Hercegowiny pozwoliła rozwiać wszelkie wątpliwości co do przyszłych losów tych prowincji,  gdyż okres okupacji ustalony w czasie kongresu berlińskiego upływał w 1908 roku. Aneksja pozwalała także stworzyć stabilniejsze środowisko dla krajowych inwestycji.
     

               Rozstrzygającym argumentem za aneksją był wybuch rewolucji młodotureckiej w osmańskiej Macedonii latem 1908 roku. Licząc na wyciągnięcie korzyści z tej niejasnej sytuacji, w Bośni wyłoniła się muzułmańsko-serbska koalicja opowiadająca się za autonomią pod panowaniem tureckim.
     

               Wiedeń uzyskał także zgodę Petersburga, który nie miał żadnych obiekcji do sformalizowania austro-węgierskiego statusu w Bośni i Hercegowinie pod warunkiem wsparcia Austrii dla zwiększenie rosyjskiego dostępu do cieśnin tureckich. Zatem aneksja 1908 roku zrodziła się z ducha austriacko-rosyjskiego porozumienia na Bałkanach.


               Pomimo tych przygotowań ogłoszenie aneksji wywołało w Europie duży kryzys, podczas którego Serbia, Rosja i Austria na zmianę ogłaszały mobilizację swych wojsk i ją odwoływały. Sprawa rozwiązała się dopiero po wystosowaniu w marcu 1909 roku „noty petersburskiej”, w której Niemcy zażądały, aby Rosja w końcu uznała aneksję i nakłoniła do tego samego Serbię. W przeciwnym razie, jak ostrzegał kanclerz von Bülow, sprawy „potoczą się same”, co miało sugerować ujawnienie treści rosyjsko-austriackiego układu o aneksji. Petersburg natychmiast ustąpił.
     

               Wbrew zamiarom Wiednia kryzys wokół aneksji Bośni stanowił punkt zwrotny w geopolityce bałkańskiej. Zniszczył gotowość do współpracy między Austro-Węgrami i Rosją na rzecz rozwiązania problemów bałkańskich. Równocześnie rozpalił  na nowo resentymenty Włoch pod adresem Wiednia dotyczące praw włoskiej mniejszości w Dalmacji oraz Chorwacji i Slawonii.
     
     
               Po początkowej rezerwie Niemcy okazali zdecydowane poparcie dla Austro-Węgier, co z jednej pozwoliło odwieść rząd rosyjski od dalszych prób wyciągania dla siebie korzyści z kryzysu aneksyjnego, lecz z drugiej strony niemiecka interwencja w dłuższej perspektywie wzmocniła w Petersburgu i Londynie wrażenie, że Wiedeń był satelitą Berlina, zaś takie postrzeganie sytuacji miało odegrać niebezpieczną rolę w kryzysie 1914 roku.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    O religii pisać jest trudno – zawsze można kogoś obrazić. Szalone macice atakują polskie kościoły, a naćpana hołota atakuje polskich żołnierzy. Zatem na ruszt bierzemy pierwociny religijności, czyli szamanizm. Notatki i przemyślenia po lekturze książki Aleksandra Nawrockiego pt. Szamanizm i Węgrzy.

    Od razu chcę zastrzec, że o Węgrach nie ma tam prawie wcale, natomiast jest sporo o ludach ugryjskich i w ogóle azjatyckich, o ich historii, a najciekawsze są rozważania o szamanach. Od razu rzuca się w oczy kluczowa sprawa: w szamaniźmie amerykańskim szamani nie byli wodzami, natomiast w syberyjskim – i owszem. Amerykańscy Indianie najwyraźniej rozumieli sens rozdziału władzy duchowej i świeckiej, dzięki czemu ograniczali dostęp do władzy osobom miediumicznym, owym hitlerom i stalinom, którzy tragicznie zaciążyli nad historią Europy i Świata. Tym bardziej, że szamanizm nigdy nie wytworzył spójnej etyki (każdy szaman wyznawał własne reguły), a więc jako wódz szaman był po prostu niebezpieczny dla świętego spokoju. Skądinąd wiadomo, że szamanami zostają najczęściej osoby chore psychicznie, w stopniu lekkim lub ciężkim. No a poza tym szamani dzielą się na tych, którzy mają kontakt z duchami podziemi (te człowiek Zachodu utożsamia z diabłem) i tych którzy mają kontakt z duchami nieba (te człowiek Zachodu utożsamia z aniołami i Bogiem). Biada ludowi, którego prowadzi szaman gadający z duchami podziemi!

    Wśród ludów ugryjskich kandydat na szamana pojawiał się głównie wśród dorastającej młodzieży przed inicjacją seksualną. Młoda osóbka nagle uciekała do lasu, wchodziła na drzewo i przesiadywała tam całymi dniami, twierdząc, że nie może zejść o własnych siłach. Po jakimś czasie sama schodziła bez problemu, zatem najwyraźniej stan chorobowy nie trwał permanentnie. Ten i ów chował się w rozpadlinach skał, inny przesiadywał w domu z twarzą zakrytą włosami i wykrzykiwał lub śpiewał. Rodzina wcale nie cieszyła się z faktu, że jeden z krewnych jest powołany na szamana, było to w najwyższym stopniu kłopotliwe. W takim przypadku było kilka rozwiązań: egzorcyzmy (wyganianie duchów), pozostawienie w spokoju (tolerancja) lub przeznaczenie do stanu duchownego (szaman). Nieprzypadkowo wspominam tu o stanie duchownym, będzie o tym w części drugiej.

    Pierwsze objawy choroby pojawiały się w wieku 3-5 lat, niekiedy wiązały się z epilepsją. Mawiano, że szaman ma w ciele czegoś za dużo, na przykład dodatkową kość, szósty palec itp. Aby w pełni być szamanem trzeba było przejść ciężką chorobę lub swego rodzaju przeszkolenie, trans przetwarzający w szamana. Zatem 3-4 dni leżał nieprzytomny, bez jedzenia, bez picia, w towarzystwie dojrzewającego chłopca, który jeszcze nie przeszedł inicjacji seksualnej. Chłopiec podawał szamanowi „czarną wodę”. Na koniec następowało najstraszniejsze: duchy ćwiartowały szamana na kawałki, szukając tej dodatkowej, tajemniczej części ciała, która jest nietypowa dla ludzi. Tylko ten, który taką niezwykłą kość posiadał, mógł zostać szamanem. W niektórych mitach szukały jej między żebrami. Ucinały człowiekowi głowę, a ciało rozszarpywały i pożerały. Następnie radośnie dawały kościom nowe ciało i przywracały je do życia. Szaman odzyskiwał wówczas równowagę psychiczną, gdyż wykonywał zawód przeznaczony mu przez duchy. Pół żartem, ale i pół serio możemy powiedzieć, że w historii Polski były trzy ważne dla naszej wyobraźni postacie, które przeżyły taką inicjację szamańską, a mianowicie mistrz Twardowski, Henryk Pobożny i Święty Stanisław. W każdym z tych przypadków jest jakiś element szamański. Twardowski i biskup Stanisław zostają poćwiartowani, zaś Henryk Pobożny ma dodatkową kość u nogi (szósty palec) i w czasie bitwy traci głowę, którą unoszą najeźdźcy (owe duchy Wschodu, Tatarzy). Twardowski zmartwychwstaje po poćwiartowaniu odmłodzony, natomiast ciało Świętego zrasta się, dzięki czemu jednoczy się podzielona przez Testament Krzywoustego Korona Polska. Co więcej, pamiętamy, że w Księdze Rodzaju Bóg zesłał na Adama sen, podczas którego wyjął mu jedno z żeber, aby stworzyć zeń Ewę. Biblia to w ogóle miks przebojów, więc nie można wykluczyć, że pierwotny Adam po prostu był szamanem i może nawet nie był jednej płci, o czym poniżej.

    Szaman rządził się własnymi regułami, nie zważając na normy społeczne. Jego stan tłumaczono tym, że wzięły go w posiadanie duchy. Mogły to być duchy dobre lub złe. Przy pomocy dobrych duchów szaman przepędzał z innych opętanych duchy złe. Szamankami pierwotnie częściej bywały kobiety, dlatego niektórzy szamani-mężczyźni chętnie przebierali się w stroje kobiece, przyjmowali żeńskie imiona, wykonywali kobiece zajęcia, obcowali seksualnie z mężczyznami. Krótko mówiąc czyny homoseksualne i transwestyckie towarzyszą męskiemu szamanizmowi, dlatego moje podejrzenie, że tzw. ruchy LGBT mają swe korzenie w głębokich trzewiach państwa moskiewskiego nie jest wcale tak niedorzeczne. Tu anegdotycznie warto wspomnieć, że szamani zamykali służące im duchy w jurcie, natomiast szamanki pakowały te duchy do własnego łona. Można łatwo pojąć opowieści o współżyciu europejskich czarownic z diabłem, zresztą już sama miotła to symbol wybitnie falliczny. Z uwagi na naturę kobiecego ciała kobieta przyjmuje te duchy do siebie, natomiast męski szaman trzyma je jakby w lampie alladyna, na zewnątrz. Jednakże nie zawsze tak było, bo niektórzy szamani-mężczyźni utrzymywali z duchami kontakty seksualne. Istotne kolory w poematach na ten temat to błękit i brąz, zatem wnioskować trzeba, że były to duchy podziemi.

    Powszechnie wierzono w duchy zwierząt i wędrówkę dusz, które mogły się w każdej chwili wcielić w człowieka. Buriaci (lud mongolski, nie ugryjski) wierzyli, że człowieka stworzyły duchy Zachodu, duchy dobre. Ludzie byli szczęśliwi i nie znali chorób, ale duchy złe, duchy Wschodu, pozazdrościły ludziom szczęścia i nasłały na nich choroby. Duchy Zachodu chciały ludziom pomóc, więc zesłały orła, żeby był szamanem. Orzeł sumiennie wypędzał z ludzi złe duchy, ale nie umiał mówić, a ponadto nieświadomi jego dobroczynnego działania ludzie strzelali do niego z łuków. Aby rozwiązać ten problem doszło do czegoś w rodzaju niepokalanego poczęcia. Orzeł zauważył śpiącą obok pnia drzewa kobietę i zapłodnił ją, by narodził się pierwszy szaman. Mężczyzna, który żył z ową kobietą nic nie wiedział o cudownym zdarzeniu, ale duchy Wschodu, te złe, nasłały nań piękną kobietę, która namawiała mężczyznę, by wypędził brzemienną. Orzeł pochwycił jednak piękną demonicę i wrzucił do morza. Uratowany od faktycznej aborcji syn był pierwszym szamanem. Porównanie do mitu o Lilith w judaiźmie, i do Świętej Rodziny w Chrześcijaństwie narzuca się samo przez się.

    Podstawowym narzędziem pracy szamana był jego czarodziejski „rumak”, czyli bęben, który symulował tętent konia. Na „rumaku” tym szaman leciał do świata duchów. O tym, w jaki sposób bęben miał być zrobiony, szaman dowiadywał się w zjawiskowej krainie pra-szamanów. Bęben wykonywali ludzie i wręczali szamanowi na specjalnej ceremonii. Bęben ten „ożywiano” poprzez bębnienie na nim kolejno. Po ożywieniu bębna następowała ostatnia próba. Szaman pił świeżą krew z rany białego byka (pamiętamy scenę picia krwi bizona w filmie Tańczący z wilkami). Następnie po drabinie wchodził na znaczną wysokość, przepasany sznurem, który trzymał ktoś u dołu. Szaman wzywał na pomoc duchy. Wówczas ów trzymający sznur pociągał nim gwałtownie, zrzucając szamana na ziemię wyściełaną słomą. Upadek był bolesny, a czasem nawet śmiertelny. Jeśli przeżył – był uznawany za szamana. Jeśli nie przeżył – widocznie duchy nie chciały uznać go za swego. Jeśli komuś kojarzy się tutaj słynna próba wody stosowana wobec europejskich czarownic, to nie mam nic przeciwko temu. Tej próby nie stosowano tylko z głupoty – musiała wywodzić się z prastarej tradycji. Tyle że wykorzystywano ją już nie po to, by szamankę ustanowić, ale po to, by udowodnić jej winę.

    Zadania szamana były czymś pośrednim między zadaniami wróżki a zadaniami kapłana. Pytano go o rzeczy praktyczne, np. jak odnaleźć zbiegłego renifera. Jednakże powierzano mu również leczenie chorych, wraz z ustaleniem diagnozy i przyczyny. On też podczas pogrzebu odprowadzał duszę zmarłego do królestwa zmarłych, by dusza znalazła je bez trudu i nie zakłócała spokoju żywym. Wszystko to odbywało się poprzez trans podczas którego szaman odwiedzał krainę duchów, bądź też duchy wstępowały w jego ciało. Szczegółowe opisy zawodu szamana można znaleźć w internecie, na przykład tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=zvEYf1QN9Ps&start=1298

    Do wielkich wydarzeń należały pogrzeby szamanów. Po trzech dniach od śmierci wyprowadzano ciało zmarłego na koniu, który pokryty był całunem. Całun szamana czarnego był błękitny, zaś białego biały. Zmarły jechał na koniu tak jak żywy, ale za nim siedział ktoś starszy i podtrzymywał zwłoki, żeby nie spadły. Śladem tego makabrycznego zwyczaju w naszej kulturze była tzw. instytucja rycerza pogrzebowego. Do kościoła wjeżdżał mianowicie rycerz na karym koniu i w czarnej zbroi, który reprezentował zmarłego. Kruszył kopię na środku kościoła i odjeżdżał. Zmarły naturalnie leżał w trumnie – „błazeństwa” naszych nieodległych przodków były już mocno umoderowane przez kościół i cywilizację. Pytanie, czy moderowano również konia. Podczas pogrzebu hetmana Koniecpolskiego rumak się znarowił, zaczął kopać i wywołał ogólną panikę wśród żałobników.

    U Buriatów ciało szamana palono. Gdy stos płonął, zabijano również konia, który go przyniósł na miejsce pogrzebu. Biedną szkapę również palono lub zostawiano na miejscu. Gdy zwłoki się dopaliły, opuszczano miejsce w pośpiechu, nie oglądając się za siebie. Ten, kto obejrzałby się za siebie musiałby wkrótce podążyć tropem zmarłego. Nazajutrz przychodzono na miejsce z jedzeniem dla zmarłego. Krewni zbierali kości spalonego szamana, najpierw szukając czaszki. Kości wrzucano do worka błękitnego lub białego, w zależności od tego, czy szaman był czarny, czy biały. Worek ten wsadzano do dziupli, wyciętej w pniu sosny. Zatykano ją drewnianą pokrywą, nakładano korę i przybijano gwoździami. Takie drzewo było odtąd święte i nietykalne, co po części tłumaczy to, iż na polskich cmentarzach dawniej było mnóstwo drzew i nikt nie narzekał, że trzeba zbierać liście. Ciekawe, iż ów zwyczaj zbierania kości i pakowania ich do wora przypomina pewną historię z czasów bolszewickich. W 1919 roku bolszewicy dobrali się do szczątków prawosławnego świętego Cyryla Białoozierskiego. Oto jak opisali znalezisko: „Lalka, wyobrażająca człowieka, z formą twarzy i wszystkimi częściami człowieka, takimi jak nos, podbródek itp. Pod pokrywą znajduje się kupa kości, przy czym niektóre, takie jak kość biodrowa i tylna część czaszki zachowały swój kształt, natomiast wszystkie inne przekształciły się w proszek”. Pytanie do lekarzy: czy to możliwe, by leżące w grobowcu kosteczki tak szybko się rozpadły? A może rozpadły się tak pod wpływem ognia?

    U innych mieszkańców Azji szamana chowano w trumnie, wiszącej na drzewie lub na specjalnym podeście, gdyż szamani przecież za życia też latali w powietrzu na swych czarodziejskich rumakach. Bęben szamana dziurawiono, by nie wabił dusz ludzkich (znowu – kruszenie kopii).

    Jak wspomniałem na wstępie szamani dzielili się na czarnych i białych. Wprawdzie często czyta się opinie, że podział na dobro i zło jest przestarzały, jednak wyraźnie biali szamani (ci którzy mieli kontakt z duchami dobrymi) obawiali się szamanów czarnych. Szamanów dzielono też na małych i wielkich. Do tych małych duchy przychodziły, natomiast wielcy „wyfruwali” podczas ekstazy do świata duchów. Najwyraźniej w ten sposób określano poziom samokontroli szamana nad chorobą psychiczną, która go dręczyła. Ponieważ, jak wspomniałem, szamanizm nie wytworzył spójnej etyki, szamani azjatyccy niejednokrotnie walczyli ze sobą i zabijali się (walczyli ze sobą także jurodiwi, o czym wspomina prof. Ewa Thompson), często też stawali na czele swoich plemion. Najwyraźniej potrzebowali ich wsparcia, ich siła duchowa bazowała na swego rodzaju pasożytnictwie na ludziach. To niewątpliwie tłumaczy fakt, dlaczego Iwan Groźny tak chętnie prezentował się poddanym jako rzekomo „jurodiwy”, a opryczninę sformował na kształt ohydnej parodii klasztoru. Nawiasem mówiąc ludy syberyjskie wierzyły, że pies ma moc odganiania złych duchów. Z tego też powodów w grobach często znajdowano obok kości ludzkich głowę psa-przewodnika po świecie umarłych. Przysięgi składano również na głowę świeżo zamordowanego pupila. I to także tłumaczy, dlaczego oprycznicy mieli przytroczone do siodeł psie głowy, zapewne na wypadek nagłej a niespodziewanej śmierci, gdy pies miał pomóc ich duszy w przejściu na tamtą stronę. Może też przysięgali na wierność swemu carowi, mordując własnego psa?

    Ślady obyczajów ludów ugryjskich – jak twierdzi autor – widać także u dawnych Węgrów, w tym u Szeklerów. Obyczaje te musiały być żywe jeszcze w wieku XVI czy XVII. I tu pojawia się interesujące pytanie: czy wojując z moskalami w północnej części państwa moskiewskiego Stefan Batory i otaczający go Węgrzy nie mieli poczucia dojmującego déjà vu? Przecież musieli się zetknąć z tymi obyczajami u siebie, ba, może nawet co nieco rozumieli język swoich przeciwników, o ile ci akurat nie udawali słowian i nie mówili staro-cerkiewno-słowiańskim. Zaczynam też niejako rozumieć, skąd u Węgrów bierze się ów przedziwny sentyment do rosjan. Podejrzewam, że putinowska dezinformacja musiała wytrwale pracować nad ożywieniem w umysłach Węgrów „ugryjskiej wspólnoty” – ale czy tak jest w istocie? Stawiam to pytanie tym, którzy posiedli znajomość tego pięknego języka…

     

    Jakub Brodacki

     

    Ciąg Dalszy Nastąpi w części drugiej (za jakiś czas)

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ujawnienie ogromnej skali mordów w Kongo skłoniło Leopolda II w 1908 roku do sprzedaży swej kolonii państwu belgijskiemu.
     
          Niejednokrotnie zdarzało się, że gdy wioska stawiała opór, żołnierze Force Publique rozstrzeliwali wszystkich, żeby wysłać sygnał ostrzegawczy sąsiednim wioskom.
     
          Niektórzy europejscy oficerowie byli jednak nieufni i wydając kolejne naboje żołnierzom, oczekiwali dowodu na to, że poprzednie rzeczywiście zużyto do zabicia kogoś, a nie „zmarnowano” na polowania czy, odłożono, żeby użyć w przyszłości, na przykład w czasie buntu.
     
         Zwyczajowym dowodem była prawa dłoń odcięta od ciała trupa. Czasami zaś wcale nie trupa. „Zdarzało się”  - pisał jeden z oficerów - że żołnierze „wystrzeliwali nabój w czasie polowania na dzikiego zwierza, a następnie odcinali dłoń żywemu człowiekowi”.
     
            W niektórych oddziałach był nawet „strażnik dłoni”, którego zadaniem było ich wędzenie.
     
            W Europie nikt nie widział o tych ludobójczych metodach zarządzania kolonią przez Leopolda. Dopiero w 1900 roku Edmund Dene Morel ujawnił skalę morderstw popełnianych w Kongo. Wkrótce Morel zaczął wydawać specjalny comiesięczny dodatek do gazety, poświęcony wyłącznie ujawnianiu niesprawiedliwości popełnianych w Kongu.
     
            Kiedy oburzony rzecznik Leopolda zaprzeczył, jakoby porywano kobiety, żeby zmusić ich mężów do zbierania kauczuku, Morel przedrukował formularz, w którym każdy agent kompanii musiał wymienić wszystkich „tubylców przetrzymywanych cieleśnie w miesiącu …… 1903 roku”.  Na stronie znajdowały się rubryki, w które należało wpisać każdego zakładnika: „Imię”, „Wioska”, „Powód zatrzymania”, „Początek zatrzymania”, „Koniec zatrzymania”, „Uwagi”.  Morel przedrukował również instrukcję kierownictwa kompanii na temat „utrzymania i karmienia zakładników”.
     
            W 1903 roku Morelowi oraz jego sojusznikom w parlamencie i towarzystwach humanitarnych udało się zwrócić uwagę brytyjskiej opinii publicznej na „kwestię Konga”. W tym samym roku swój raport sporządził brytyjski konsul Roger Casement. W swoim raporcie zacytował relację jednego świadka:  „Biali ludzie powiedzieli swoim żołnierzom: „Wy zabijacie tylko kobiety, nie potraficie zabijać mężczyzn”. Gdy więc żołnierze nas zabijali, odcinali nam te rzeczy (to mówiąc, świadek wskazał na intymne części mojego buldoga, który drzemał u moich stóp) i zabierali je, żeby pokazać białym, którzy wtedy przyznawali: „To prawda, zabiliście mężczyzn”.
     
            Szwedzki misjonarz E.V. Sjöblom pisał, że gdy rzeka wpływała do jeziora Tumba, widział „unoszące się na wodzie martwe ciała z odciętymi dłońmi. Gdy wróciłem, pewien oficer powiedział mi, dlaczego zostali zabici – z powodu kauczuku. Kiedy przekraczałem strumień, zobaczyłem kilka ciał w wodzie, zawieszonych na konarach. Odwróciłem wzrok, nie chcąc patrzeć na ten straszny widok, kiedy pewien idący za nami kapral, tubylec, powiedział: „Och, to nic takiego. Kilka dni temu wróciłem z boju i przyniosłem białemu człowiekowi 160 dłoni, a on wrzucił je do rzeki”.
     
             Gdy w Europie zaczęły się protesty przeciw rządom Leopolda, Wolne Państwo Kongo zaczęło spektakularnie karać niskich rangą białych urzędników za okrucieństwa wobec Afrykanów. Od czasu do czasu skazywano ich nawet na więzienie, ale zazwyczaj wypuszczano po odsiedzeniu tylko części kary.
     
           Procesy były jednak ryzykowne dla władz, gdyż ujawniały opinii publicznej kompromitujące fakty. Leopold zadbał więc, by utajniono dokumentację tych procesów.
     
            Presja opinii międzynarodowej sprawiła, iż Leopold zdecydował się sprzedać swoją kolonię Belgii.  Po wielomiesięcznych negocjacjach, w 1908 roku w zamian za Kongo rząd Belgii zgodził się przejąć jego dług, wynoszący 110 milionów franków oraz wypłacić mu 50 milionów franków w dowód wdzięczności za wielkie poświęcenia, jakie poczynił na rzecz Konga”.
     
           Po przejęciu Konga przez Belgię w 1908 roku, rzeczywiście spadły doniesienia o nadużyciach popełnianych wobec zbieraczy dzikiego kauczuku. W kolejnych latach było coraz mniej przypadków palenia wiosek oraz brania kobiet i dzieci w charakterze zakładników. Odcinanie dłoni nie było już oficjalnie stosowaną praktyką.
     
            Zmiany te nie wynikały jednak z łagodności nowej władzy, ale przejścia od dzikiego do kauczuku uprawianego.
     
            Nałożenie wysokich podatków zmuszało ludzi do pracy na plantacjach albo przy zbiorach kauczuku, bawełny, oleju palmowego i innych produktów.
     
             Oficjalna komisja belgijska w 1919 roku szacowała, że w okresie rządów Leopolda  ludność Konga „zmniejszyła się o połowę”. Znaczy to, że Leopold II ma na swoim sumieniu od 6 do 10 milionów niewinnych ludzi.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Hochschild – Duch króla Leopolda
    C. English – Przemytnicy książek z Timbuktu
    J. Osterhammel – Historia XIX wieku, Przeobrażenie świata
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Max  |  2

    Moja osobista przygoda z Lovecraftem zaczęła się pewnego jesiennego, czy też zimowego wieczoru - to wiem, dzień był krótki, a ciemność nadchodziła o tej porze roku szybkimi krokami, gdy zostałem, jako dwunastolatek, sam w domu. Zapuściłem żurawia do biblioteki mojego ojca - nie raz mi się to zdarzało, w szczególności w poszukiwaniu książek zupełnie dla mojego wieku nieodpowiednich.

     

    Trafiłem na małą czarno-burą książeczkę, zatytułowaną, wtedy dla mnie, dość enigmatycznie: “Zew Cthulhu”. Wybór opowiadań grozy, nieżyjącego od z górą 50 lat (wtedy) autora.
    Przeczytałem pierwsze, tytułowe i poczułem się - dziwnie. Przeczytałem drugie, “Widmo nad Innsmouth”, z konkretnym już strachem. W połowie trzeciego odłożyłem książkę i schowałem się pod kołdrę, z drżeniem czekając na powrót rodziców. Dużo czasu spędziłem pod tą kołdrą. A nie był to pierwszy horror, który czytałem.

    Kim był prawdziwy Król Grozy - a pisze te słowa wielbiciel prozy Stephena Kinga - kim był “samotnik z Providence”, tworzący w latach 1920-1930?

    „Samotny, niezdolny do nauki z powodu chorób (głównie zmyślonych, gdyż był hipochondrykiem), często myślał o samobójstwie. Podobnie jak matka, cierpiał na poważne nerwowe załamanie (…) Wszystkie te kłopoty stanowiły dla niego źródło wstydu i z pewnością przyczyniły się do tego, iż był bardzo nieśmiały, a w konsekwencji tego przebywał z dala od ludzi.”

    [Za - Krzysztof Azarewicz, “Igrając z Zakazanym”, „Wiedza Tajemna”, 2000]

    Nigdy nie pracował. Żył ze szczątków rodzinnej fortuny, po nieudanych romansach (właściwie jednym, zresztą zakończonym chwilowym małżeństwem], wylądował w starym domu, z ciotkami i kotami. Ekscentryk o zdecydowanych poglądach, ba, więcej, dziś powiedzielibyśmy - rasista. Zwolennik supremacji białych, ten deseń światopoglądowy. Co, dla jego twórczości najmniejszego znaczenia nie ma. Straszy każdą rasę, obie płcie - o ile, oczywiście, ktoś straszonym być sobie życzy, czytając. A to świetna zabawa, bać się, jak wiemy.

    Czym i jak straszył HPL, bo to jest najciekawsze.
    Niedopowiedzeniem.
    Jest w tym podejściu głęboka znajomość duszy ludzkiej - nazwana groźba jest już odarta z mistyki atawistycznego lęku. Najbardziej boimy się chaosu, zmiany reguł na zupełnie nam nieznane, nielogiczne. Drakula, powstały z trumny, jest już tylko wampirem, a wampiry, jak wiemy: piją krew, mogą zmieniać się w mgłę i nietoperze, są chciwe krwi, przewrotne i okrutne. I wszystko jasne.
    U Lovecrafta nic nie jest do końca jasne i dookreślone. Z czasem HPL zbudował swoje własne uniwersum grozy; generalne założenie wygląda tak: tysiące lat temu, setki tysięcy lat temu, eony wcześniej, Ziemię zamieszkiwali “starsi”. Istoty, które - jakkolwiek nie jest to regułą - spoczywają w uśpieniu. Zostały po nich tajemnicze ruiny, groźne artefakty, wciąż żywe kulty. Zasadniczo, nie są i nie były nam wrogie, ale są tak inne, i tak niezrozumiałe, że obcowanie z reliktami starych czasów grozi szaleństwem i śmiercią. W starciu z nimi (czy też w próbie ucieczki) człowiek nie ma szans. A relacje nieszczęśników, którzy bądź to padli ofiarą przypadkowych zdarzeń, bądź zbyt głęboko drążyli pewne tematy i miejsca, brzmią tak jak ta: “geometria wymykająca się ludzkim zmysłom”, budziła niewypowiedzianą grozę”.
    I już sam Autor:

    “W tym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu.
    (Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagi fhtagn.)”

    “To coś miało oczy... i skazę na jednym z nich. Widziałem otchłań, czeluść, piekło wszelkiej ohydy. Skrajny koszmar. Carter, to było Nienazwane!”

    “Patrzyliśmy, jak stoją w czerwonawym blasku antarktycznego słońca na drażniącym tle opalizujących chmur lodowego pyłu, i poczęła na nas wpływać bijąca od nich fantastyczna aura. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że widok ten kryje w sobie niesłychaną tajemnicę, potworną jakąś rewelację - jak gdyby te nagie iglice rodem z sennych koszmarów były pylonami straszliwej bramy wiodącej do sfery zakazanych snów, w której niedosiężne głębie czasu i przestrzeni zlewają się w jedną wielowymiarową bezdeń. Dręczyło mnie przemożne, uporczywe uczucie, że gnieździ się tam zło - że są to góry szaleństwa, które najdalszymi stokami opierają się o krawędź jakiejś przeklętej, ostatecznej otchłani. “

    Mała, niedostateczna, a i z tych najmniej “drastycznych” - próbka.
    Interpretację owych niedopowiedzeń pozostawia czytelnikowi. Słusznie, z punktu widzenia efektywnego “straszenia”.

    Kariery literackiej za swojego życia nie zrobił. Owszem, miał grono wiernych fanów, ale w ówczesnym czasie Horror, jako gatunek, był traktowany niepoważnie i wydawał zazwyczaj w groszowych “straszydłach”, jak “Weird Tales”. Natomiast po jego śmierci, stopniowo, powstał swoisty kult, zarówno pisarza, jak jego wspomnianego uniwersum. Moim zdaniem: całkiem słusznie.

    Ostatnia uwaga: HPL nie da się dobrze zekranizować. Jak pokazać nieopisywalne. Jedyna sensowna próba, która się powiodła, to “Color Out of Space”, z Nicolasem Cage’em.
    Potencjalnie zainteresowanym, a nie znającym prozy, polecam krótkie - a jedno z najlepszych - opowiadanie: “Muzyka Ericha Zanna”.
    I koniecznie w tłumaczeniu pana Macieja Płazy! Albo w oryginale.

    I niech Nawiedziciel Mroku nie będzie z Wami!

     
     
    5
    5 (2)

    2 Comments

    Hun's picture

    Hun
    Zawsze omijałem powieści grozy (horrory, czy jak tam zwał...) i na "Zew" natknąłem się jakoś dopiero na 1 czy 2 roku studiów. I do dziś szanuję. A "niedopowiedzenie"jako środek stylistyczny to cos absolutnie smakowitego...

    "...And what do you burn, apart from witches?   - More witches!..."
  •  |  Written by Max  |  0


    Wiecie Państwo, kto wymyślił bary szybkiej obsługi, popularnie zwane fast foods?

    Otóż wymyślili Rzymianie, nie kto inny.

    Przepis na pierwszego hamburgera znajdujemy już, w bardzo wtedy popularnej, książce kucharskiej Apiciusa (nazywanej tak od domniemanego autora, Marka Gawiusza Apicjusza*), pochodzącej z I wieku n.e. Jednym słowem - cesarski wynalazek.

    O sztuce kucharskiej ksiąg 10” (De re coquinaria libri X) oferowała zadziwiająco szeroki asortyment. Od potraw dla smakoszów, po proste i łatwe w przyrządzeniu potrawy. Między innymi, na naszego rzymskiego burgera.Nazywał się isicia omentata (nieprzetłumaczalne). Robiono go z mięsa mielonego, wina i pieprzu, doprawionego garum**, czyli rzymskim sosem rybnym.

    W 79 roku n.e. Wezuwiusz zasypał Pompeje pyłem wulkanicznym, doskonale "konserwując" miasto. Tam już restauracje fast food były zjawiskiem powszechnym. Tanie żarcie, alkohol, no i można było wziąć ze sobą. Co więcej, konstrukcja niektórych z tych knajpek świadczy, że obsługiwano też na zasadzie drive-through. Nawet, gdy było się tam tirem - o, przepraszam, wozem, można było zostać obsłużonym nie wysiadając. Znaleziono też talerze pozostawione poza kuchnią i jadalnią, w niezbyt bogato wyposażonych posesjach, co dowodzi sporej popularności "na wynos".

    Na pewno istniały we wszystkich większych miastach Imperium było to dużo zdrowsze jedzenie, niż współczesne McDonalds, KFC, Burger Kingi.

    Tak że, proszę Państwa, współczesny świat - ze swoją z niektórych "wynalazków" dumą - wychodzi, po prostu, na zaścianek...


    *Tak Seneka pisze o śmierci Apicjusza:

    "Oto kiedy już sto milionów sesterców przepuścił na kuchnię, kiedy już liczne dary książąt i ogromne sumy z Kapitolu roztrwonił na poszczególne biesiady, wtedy dopiero przygnieciony długami, po raz pierwszy czuł się zmuszony zajrzeć do ksiąg rachunkowych i obliczył, że mu pozostaje dziesięć milionów sesterców. Jakby więc musiał żyć w ostatniej nędzy i głodzie, rozporządzając sumą dziesięciu milionów sesterców, trucizną zakończył życie."

    Seneka, "O pocieszeniu do matki Helwii"


    **Garum wspomniane. Podaję oryginalny przepis.

    1.Umieścić w naczyniu małe ryby lub rybie wnętrzności (makreli, sardeli, sardynek, szprotek czy krwi tuńczyka).

    2. Posolić i dodać ziół - co komu w duszy gra, może być i lubczyk. Dużo ziół! Tak ułożyć kilka warstw. 

    3. Pełne naczynie wystawić na słońce i czekać na proces fermentacji. 

    4. Zawartość naczynia odcedzić, otrzymany płyn może już być używany jako sos/przyprawa.

     


     

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od początku swych rządów w Kongo Leopold II dążył do maksymalizacji zysków ze swej kolonii.
     
               W zamian za kość słoniową kongijscy myśliwi otrzymywali jedynie niewielkie ilości tkanin, paciorków i tym podobnych rzeczy albo miedziany drut, który ogłoszono główną walutą kraju. Afrykanie nie mieli prawa używać pieniędzy, gdyż wolny obrót nimi mógłby podkopać istniejącą de facto centralnie planowaną gospodarkę nakazową.
     
               Do transportu kości słoniowej potrzebowano tysięcy tragarzy. Wprowadzono więc nakaz pracy. Nawet dzieci musiały pracować – jeden ze świadków widział siedmio-  czy dziewięciolatków dźwigających dziesięciokilogramowe towary.
     
               „Rząd biednych diabłów, zakutych w dyby, poniósł w stronę nabrzeża moje kufry i skrzynie” – zanotował w dzienniku pewien kongijski urzędnik. Na następnym postoju, przed wyprawą lądową, potrzebował więcej tragarzy. „Było ich około setki, drżących ze strachu przed nadzorcą, który przechadzając się, strzelał z bicza. Na każdego krępego, szerokiego w ramionach chłopaka przypadało wiele szkieletów, wysuszonych jak mumie, o zniszczonej skórze (…) zrytej głębokimi bliznami, pokrytej ropiejącymi ranami. (…) Nie miało to znaczenia, wszyscy nadawali się do pracy”.
     
              Tragarze byli najbardziej potrzebni w miejscach, w których rzekę blokowały wodospady, szczególnie – zanim zbudowano kolej – na odcinku pomiędzy Matadi a Wodospadami Stanleya, którego przejście zajmowało trzy tygodnie. Była to trasa, którą dostarczano zapasy do interioru, a stamtąd sprowadzano nad morze kość słoniową oraz inne bogactwa. Najbardziej pracochłonne było przenoszenie w górny bieg rzeki rozmontowanych parowców – jedną taką łódź musiało czasami nieść aż trzy tysiące tragarzy.
     
            „Nieustannie natykaliśmy się na tragarzy (…), czarnych, nędznych, - zanotował belgijski senator Edmond Picard w 1896 roku -  mających za jedyną odzież przeraźliwie brudną szmatę, kędzierzawych, niosących ładunki na głowach – skrzynie, bele, słoniowe kły (…) beczki; w większości chorych, uginających się pod ciężarem, który zdawał się jeszcze cięższy z powodu zmęczenia i niewystarczającego jedzenia – garści ryżu i śmierdzącej, suszonej ryby. Żałosne, chodzące kariatydy, juczne zwierzęta na cienkich, małpich nogach, o wychudzonych twarzach, nieruchomych oczach, skupionych na utrzymywaniu równowagi i szeroko otwartych z powodu wyczerpania. Przychodzą i odchodzą tysiącami (…), zagonieni do pracy przez potężną milicję państwową, wydani przez wodzów, których są niewolnikami i którzy czerpią zyski z ich niewoli. Maszerują na zgiętych nogach, z wypiętym brzuchem, podtrzymując ładunek ramieniem wzniesionym do góry. Inni wspierają się na długich laskach, pokryci kurzem i potem, niczym owady, których roje rozprzestrzeniają się po górach i dolinach. Wykonują syzyfową pracę i umierają przy drogach albo, gdy podróż dobiega końca, udają się do swoich wiosek, by tam umrzeć z przepracowania”.
     
               Nadzorcy, urzędnicy i żołnierze non stop posługiwali się chicotte, batem z wysuszonej skóry hipopotama, wyciętej w długą, ostro zakończoną spiralę. Razy chicotte wymierzano zazwyczaj na gołe pośladki ofiary. Ciosy zostawiały trwałe blizny; więcej niż dwadzieścia pięć razów pozbawiało ofiarę przytomności, a setka i więcej – co nie było rzadką karą – bywała śmiertelna.
     
                Oczywiście ten terror był wspierany przez władze. Stąd też wszyscy brali w nim udział. Ludzie, których oburzałoby używanie chicotte na ulicach Brukseli, w warunkach afrykańskich przyjmowali to za coś normalnego.
     
               Kontrola ogromnego terytorium Konga opierała się na wojsku. Leopold był bardzo zadowolony z posiadania własnej afrykańskiej armii, gdyż w Belgii musiał ciągle toczyć boje z posłami, niepodzielającymi jego pasji do wydawania na wojsko ogromnych sum pieniędzy.
     
               Już w 1888 roku Leopold oficjalnie utworzył Force Publique, armię swojego nowego państwa. W ciągu następnych dwunastu lat rozrosła się ona do dziewiętnastu tysięcy ludzi, stając się najpotężniejszą armią Afryki Środkowej, pochłaniając ponad połowę budżetu państwa.
     
               Żołnierze Force Publique byli de facto niewolnika. W ramach systemu zatwierdzonego osobiście przez króla białym urzędnikom państwowym płacono premie w zależności od tego, ilu ludzi dostarczyli Force Publique. Czasami funkcjonariusze kupowali ludzi od lojalnych wodzów, którzy dostarczali żywy towar już w łańcuchach.
     
              Armia Leopolda pełniła równocześnie rolę służby bezpieczeństwa wewnętrznego, sił okupacyjnych i policji. Dzieliła się na małe, położone nad brzegiem rzeki garnizony, w który stacjonowało zazwyczaj kilkudziesięciu czarnych żołnierzy pod dowództwem jednego lub dwóch białych oficerów.
     
              Force Publique miała ręce pełne roboty. Wielu nowych poddanych króla należało do wojowniczych plemion, które stawiały opór. Bunt przeciwko rządom Leopolda podniosło kilkanaście grup etnicznych. Ekspedycje karne Force Publique nosiły nazwę reconnaissances pacifiques.
     
           Reżim Leopolda nie oszczędzał nawet dzieci. Utworzono trzy specjalnie wielkie kolonie dla dzieci, których podstawowym celem było wychowanie przyszłych żołnierzy Force Publique. Koloniami dziecięcymi rządzono za pomocą chicotte i łańcucha. Śmiertelność w tych koloniach   była bardzo wysoka, często przekraczając 50 procent.
     
          Świat potrzebował kości słoniowej, ale pod koniec lat 90. dziki kauczuk stał się głównym źródłem dochodów z Konga.
     
           Korespondencja króla z kolonialnymi urzędnikami przypominała listy głównego menedżera korporacji, który stworzył nowy, przynoszący zyski produkt i za wszelką cenę stara się wykorzystać swoją przewagę, zanim konkurencja uruchomi własną produkcję.
     
           Konkurencją, której tak obawiał się Leopold, mógł stać się uprawiany kauczuk, pochodzący nie z pnączy, ale z drzew. Drzewa kauczukowe wymagały jednak dużo uwagi i musiało minąć kilka lat, zanimby urosły na tyle, by można było pozyskiwać z nich kauczuk.
     
          Król domagał się coraz większych dostaw dzikiego kauczuku, wiedząc, że kiedy tylko dojrzeją drzewa na plantacjach w Ameryce Łacińskiej i Azji, cena surowca spadnie.
     
           Tak się też stało, ale wcześniej, przez niemal dwie dekady, Kongo doświadczało kauczukowego boomu.
     
           W celu poszukiwaniu surowca, nie cofano się przed niczym, aby zmusić krajowców do ich zbierania.
     
             Jak donosił w 1892 roku brytyjski wicekonsul: „Nad [rzeką] Ubangi podano mi przykład tego, co się robi (…). Pewien oficer (…) stosował taką metodę (…). Na sam widok jego czółna mieszkańcy danej wioski dawali nogi za pas. Żołnierze wysiadali na brzeg i zaczynali grabież, zabierając z domów całe ptactwo, zboże, etc. Po tym napadali na samych tubylców, porywając ich kobiety, przetrzymując je w charakterze zakładniczek aż do chwili, póki wódz danego regionu nie dostarczył żądanej ilości kauczuku. Gdy dostarczono kauczuk, kobiety odsprzedawano po cenie kilku kóz za sztukę i udawano się do kolejnej wioski. I tak aż do czasu zebrania odpowiedniej ilości gumy”.
     
              Zakładnikami były kobiety i dzieci. Każda placówka państwa lub kompanii miała ogrodzone miejsce, w którym przetrzymywano zakładników. Odmowa dostarczenia kauczuku oznaczała śmierć bliskich, których przetrzymywano w koszmarnych warunkach i skąpo karmiono.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1885 roku król Leopold II uzyskał międzynarodowe uznanie dla swej prywatnej kolonii – Konga.
     
          15 listopada 1884 roku przedstawiciele europejskich potęg zebrali się w rezydencji Bismarcka przy Wilhelmstrasse w celu rozwiązania kwestii spornych na terenie Afryki.
     
           W trakcie konferencji król Belgii Leopold II starał się uzyskać potwierdzenie swoich praw do Konga.
     
            Jego Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga nie było rządem – w istocie delegaci na konferencję sami nie wiedzieli, czym było – toteż oficjalnie nie miało w Berlinie swojego przedstawiciela. Jednak przedstawiciele Belgii byli jego zaufanymi ludźmi, ponadto król miał znakomite kontakty w brytyjskim Foreign Office, wreszcie amerykański delegat Henry Shelton Sanford był równocześnie pracownikiem Leopolda.
     
             Najważniejszym sojusznikiem króla był słynny podróżnik, odkrywca Konga - Henry Morton Stanley.  Poza Stanleyem prawie wszyscy uczestnicy konferencji widzieli Afrykę co najwyżej na ilustracjach, które zdobiły menu na bankietach Bismarcka. Gdy ktoś wyrażał wątpliwości i pytał, dlaczego roszczenia Leopolda są takie duże, Na samym początku Stanley podszedł do wielkiej mapy Afryki „i natychmiast przykuł uwagę każdego delegata, przedstawiając szczegółowy opis dorzecza Konga, a wreszcie zapewniając o konieczności połączenia pod jednymi rządami sąsiednich ziem, co miało być niezbędne w celu zapewnienia komunikacji”.
     
               Dla Leopolda ważniejsza była sieć bilateralnych porozumień, zawartych na konferencji i później, które uznawały jego nową kolonię i jej granice.  Europejczycy wciąż kojarzyli bogactwo Afryki z wybrzeżem, toteż oddawanie Leopoldowi ogromnych terenów w interiorze obyło się właściwie bez konfliktów. Głównym powodem, dla którego udało mu się zagarnąć tak wiele, było przekonanie pozostałych krajów, że tak naprawdę zgadzają się na coś w rodzaju międzynarodowej kolonii – znajdującej się, oczywiście, pod auspicjami króla Belgów, ale otwartej na handel z całą Europą.
     
             Gdy w czasie ceremonii podpisywania porozumienia padło jego imię, sala zaczęła bić brawo. Kanclerz Bismarck, zwracając się w mowie końcowej do delegatów, powiedział: „Nowe państwo Kongo będzie najważniejszym wykonawcą tego, co zamierzamy uczynić, i pragnę wyrazić moje najszczersze życzenia szybkiego rozwoju i realizacji szczytnych zamiarów jego znamienitego twórcy”.
     
               Kolonia Leopolda była większa niż Anglia, Francja, Niemcy, Hiszpania i Włochy razem wzięte. Stanowiła jedną trzynastą afrykańskiego kontynentu i była siedemdziesiąt sześć razy większa od samej Belgii.
     
            Król pierwotnie planował przyjąć tytuł „cesarza Konga”, jednak ostatecznie został jedynie „królem-suwerenem” Konga.
     
              Choć na ww. konferencji uznano Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga to król dekretem z 29 maja 1885 roku przemianował swój nowy, prywatny kraj na État indépendant du Congo, Wolne Państwo Kongo. Wkrótce nowe państwo otrzymało swój hymn państwowy.
     
               W wywiadzie prasowym w odpowiedzi na pytanie, czego oczekuje w zamian za ogromne pieniądze włożone w Kongo, Leopold odparł:  „To, co tam robię, jest chrześcijańskim obowiązkiem wobec biednych Afrykanów. Nie chcę zwrotu ani jednego franka z tych, które tam wydałem”.
     
             W rzeczywistości Leopold od początku postanowił „wydusić” ze swej kolonii jak najwięcej pieniędzy, nie licząc się w ogóle z jego mieszkańcami.
     
             Pierwszym dziennikarzem, który po pobycie w Kongu, przedstawił faktyczny obraz stosunków panujących w kolonii był amerykański dziennikarz George Washington Williams, w liście otwartym do króla z 1891 roku ujawnił brutalne metody Stanley pacyfikacji buntów czarnych mieszkańców kolonii. „Rząd Waszej Królewskiej Mości jest zbyt okrutny wobec swoich więźniów, za najmniejsze przewinienia skazując ich na zakucie w kajdany. (…) Kajdany te często wrzynają się w szyje więźniów, tworząc otarcia, wokół których krążą muchy, co tylko pogarsza ranę”.
     
               Wbrew twierdzeniom Leopolda, iż był „szlachetnym krzyżowcem” abolicjonizmu, „Rząd Waszej Królewskiej Mości zajmuje się handlem niewolnikami, hurtowym i detalicznym. Kupuje, sprzedaje, a także kradnie niewolników. Rząd Waszej Wysokości płaci trzy funty za jednego niewolnika zdolnego do służby wojskowej (…) Siła robocza w placówkach Rządu Waszej Królewskiej Mości położonych w górnym biegu rzeki składa się z niewolników obu płci i w każdym wieku”.
     
               W liście, który Williams wysłał do amerykańskiego sekretarza stanu, użył określenia, które zostało potem upowszechnione podczas procesów norymberskich. Leopoldowe państwo Kongo, pisał Williams, było winne „zbrodni przeciwko ludzkości”.
     
               Leopold i jego ekipa szybko przygotowali kontratak. Prasa belgijska podważała bezstronność Williamsa, jednocześnie podkreślając, że choć mieszkańcy Konga rzeczywiście nie zawsze są traktowani sprawiedliwie, to tak samo jest w przypadku amerykańskich Indian.
     
            W czerwcu 1891 roku oburzenie dotarło do belgijskiego parlamentu, gdzie w obronie króla wystąpił premier oraz kilku deputowanych. Kilka tygodni później État Indépendant du Congo wydało liczący czterdzieści pięć stron raport podpisany przez najwyższych rangą administratorów, którego celem było „odrzucenie oskarżeń wystosowanych przez pułkownika Williamsa i jemu podobnych”.
     
               Podczas pobytu w Kongo Williams zachorował na gruźlicę i zmarł w Londynie w sierpniu 1891 roku. Jego śmierć pozbawiła Leopolda groźnego przeciwnika. Mógł teraz zwiększyć eksploatację swej kolonii.
     
               Kongo, bardziej niż jakakolwiek inna afrykańska kolonia, było zarządzane z Europy. Prawdziwą stolicą État Indépendant du Congo było nie Boma, ale biura w Brukseli, mieszczące się w pałacu królewskim i w jego pobliżu. Król osobiście wybierał wszystkich urzędników wysokiego i średniego szczebla; bezpośrednio podlegał mu także niewielki gabinet, składający się z trzech lub czterech Belgów.
     
              Jego samowładztwo nad ogromnym terytorium było zupełnym przeciwieństwem nader ograniczonej władzy w domu.  W Kongu władza Leopolda była absolutna, a celem jego urzędników było zapewnienie coraz większych zysku królowi, między innymi poprzez eliminację przedsiębiorstw, w których nie miał swoich udziałów.
     
              W tym samym czasie król dalej utrzymywał, że zysk był ostatnią rzeczą, o jakiej myślał. „Dziękuję Panu za wczorajsze oddanie mi sprawiedliwości i odrzucenie tych kalumnii, które rozpowszechniają wrogowie Konga, oskarżeń o żądzę zysku i zatajanie faktów – pisał do premiera po parlamentarnej debacie w 1891 roku. – Państwo Kongo z pewnością nie jest przedsięwzięciem handlowym. Jeśli na pewnych terenach zajmuje się zbieraniem kości słoniowej, to wyłącznie w celu zmniejszenia swojego deficytu”.
     
              Pewnego razu Leopold wyznał amerykańskiemu reporterowi, że „zadając się z rasą kanibali, trzeba używać metod, które najskuteczniej pozbawią ich lenistwa oraz pozwolą zrozumieć świętość pracy”.
     
               W końcu  XIX wieku pracą, której świętość Leopold cenił najbardziej, było pozyskiwanie zewsząd kości słoniowej. Kongijscy urzędnicy państwowi oraz ich afrykańscy pomocnicy przemierzali cały kraj, zabijając słonie, skupując za bezcen albo nawet konfiskując kły wieśniakom.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Zakopane nie ma startu do Sanoka, jako miejsce wypoczynku rzecz jasna. Chyba że ktoś chce chodzić po wysokich górach, czy zimą jeździć na narty. To wtedy nie. Ale tak na wypoczynek to Sanok jest super. Jest miastem większym powierzchniowo, więc nie ma takiej kłębiącej sie tłuszczy na Krupówkach. Jest za to rynek, który jest fajny. Pociągów jest mało, ale bezpośrednie do Krakowa są.

    Cóż takiego ma zatem Sanok? Otaczają go malownicze góry Słonne, które dostarczają niezapomnianych wrażeń:

    image

    image

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1315574,gory-

    image

    image

    Jest rzeka, basen nawet chyba jest. Jest gdzie się przejść. Góry zaczynają się zaraz za skansenem. Bo Sanok przewyższa Zakopane zabytkami, które można zwiedzić. Przede wszystkim ogromny skansen, którego zbiory są gigantyczne. Dalej – Zamek Królewski ze zbiorami ikon i Beksińskim, tj. wystawa prac Beksińskiego jest. Miejsca te są godne nie tyle jednego wpisu, ale trzeba każdemu poświęcić szereg wpisów. Dalej – mamy kościoły, których jest kilka. Co najmniej dwa zabytkowe w centrum (Fara i Franciszkanie) i jeden nowoczesny, tez ładny. No i obok Sanoka jest Zagórz – węzeł kolejowy i brama Bieszczad. W zasadzie to wolę mieszkać w Zagórzu i dojeżdżać do Sanoka autobusem miejskim. Komunikacja miejska działa bowiem w Sanoku, choć w niedzielę słabo, a w sobotę tak sobie. Zwiedziłem całe miasto bo jest trudność w zorientowaniu się gdzie jest przystanek w dobrą stronę. Siódemką np. w przeciwnym kierunku Siódemką łatwo można są tak zabrać. Każda linia ma swoje warianty, jeden jedzie tu, drugi tam. Jak jedziesz za miasto to musisz wiedzieć do której gminy jedziesz, bo system tego wymaga. Kanary są w autobusie też.

     

    image

    image

     

    Tory kolejowe są niewykorzystane, a motoraki mogły by pełnić obowiązki tramwaju rozładowując korki.

    Są różne ciekawe paśniki, gdzie można zjeść interesujące potrawy.

    W pobliżu mamy takie ośrodki, jak Strachocina i Lesko:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1316844,bobolowka

    Na południu zaś czają się Bieszczady, w tym Komańcza.

    Inne ciekawe miejsca to most blaszany przez San, ten jak się idzie do skansenu. Jest Kopiec Mickiewicza, bardzo fajny kopiec do zaliczenia, prawie jak krakowskie kopce. O Zagórzu będzie oddzielny wpis, bo to super miasto. 

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka z triumfem machała gazetą.
    - Nie nad stołem - rzekła z wyrzutem w głosie babcia Łukaszka. - Paprochy sypią się do zalewajki.
    - Żydowskie paprochy - dodał dziadek.
    - Maca nie jest taka zła - wzruszyła ramionami mama.
    - Ale zalewajka już tak - marudził Łukaszek. - Dlaczego znowu ją jemy?
    Tata Łukaszka wypiął pierś i powiedział drżącym lekko z dumy głosem:
    - Bo dorabiam. Stać nas.
    - Naprawdę jest taka bieda? - zafrasowała się siostra Łukaszka.
    - A czy gdyby był dobrobyt to jedlibyśmy w kółko zalewajkę? - zawarczała babcia Łukaszka. - Przypomnij sobie kiedy ostatnio miałaś kiełbasę w ustach!
    - Wczoraj - odpaliła bez namysłu siostra.
    - Przecież wczoraj nie jedliśmy kiełbasy - zauważył Łukaszek.
    - Ach, chodzi o tą do jedzenie - zaśmiała się perliście siostra i nie zdążyła już nic więcej powiedzieć, bo babcia wyrzuciła ją za drzwi. Siostra zaczęła walić w nie ślicznymi piąstkami i krzyczeć:
    - Antysemityzm!
    Mama Łukaszka odczekała dłuższą chwilę po czym wstała i rzekła z potępieniem w głosie:
    - No to, Polacy, to nikt Żydów nie ratuje.
    - Ale to nie ma Żydów - zauważył tata.
    Mama tylko wywróciła oczami i poszła wpuścić siostrę z powrotem do kuchni.
    - Nie martwcie się - mama pomachała Wiodącym Tytułem Prasowym. - Będzie lepiej!
    - Premier znowu się wściekł i znowu zażądał ustawy od ministra? - spytała apatycznie babcia.
    - Lepiej! Tym razem uroczyście poprzysiągł! - i mama spojrzała zdumiona na Hiobowskich, którzy wybuchnęli śmiechem.
    - Co was tak śmieszy, co?
    - Bo to już siedemnasty raz w tym roku, kiedy uroczyście przysięga - dziadek zajrzał do swoich notatek. - Z kolei "obiecał na pewno" trzydzieści cztery razy. Dwadzieścia siedem razy zobowiązał się, że oczekuje konkretnego działania od kompetentnego ministra...
    - Tym razem uda się na pewno - zapewniała gorąco mama Łukaszka - Będą pieniądze!
    - A myślałem, że jak Gruby Maciek powiedział, że Tunald-Dosk powiedział, że nie pieniądze na kontach w SKO nie są własnością uczniów to żartował - Łukaszek podparł brodę w zamyśleniu.
    - Bo żartował! - mamie z oburzenia nozdrza ruszały się jak komuniście przyciśniętemu potrzebą fizjologiczną na widok fortepianu. - Pieniądze będą i w to dużej ilości bo zrezygnowano z budowy autostrady.
    Zapadła cisza.
    - Czy kosmodrom jest droższy od autostrady? - zapytała ostrożnie siostra Łukaszka.
    - No, ja myślę - odparła równie ostrożnie mama Łukaszka. - A bo co?
    - Bo gdyby zrezygnowano z budowy kosmodromu... - siostra nie dokończyła, bo mama Łukaszka wyrzuciła ją za drzwi.  
    - Z dwóch kosmodromów - darła się za drzwiami siostra.
    - Kosmodromu nikt nie planował - rzekł melancholijnie tata Łukaszka. - Ale autostradę tak.
    - A po co ci autostrada? - zapytała serdecznie mama Łukaszka. - Przecież wszystko co trzeba możemy kupić naszym osiedlu! Bardzo dobrze, że rząd położył kres tej kaczej megalomani! Nie można budować na krzywdzie ludzkich wywłaszczeń!
    Mama palnęła pięścią w stół. Ze stołu spadł pilot do telewizora. Stuknął o podłogę i telewizor się włączył. Na ekranie pojawił się premier.
    - ... oczywiście, że wybudujemy autostradę. Zobowiązałem już do tego odpowiedniego ministra... - podniósł palec w górę.
    Mamie Łukaszka zrobiło się przykro.
    - A co z wywłaszczeniami i megalomanią? - dobiła ją babcia.
    Na szczęście w odpowiedzi wyręczył ją premier.
    - Nie będzie żadnych wywłaszczeń. Zbudujemy autostradę w miejscu już istniejących dróg, więc nikt nie ucierpi.  nie będzie pomnikiem megalomanii poprzedniej władzy. Będzie to urealniona autostrada w formie Trójobwodnicy. Nazwaliśmy ją CPK.
    - To znaczy? - pytał jakiś dziennikarz.
    - CPK to skrót. Pochodzi od trzech miast: Chorzowa, Płocka i Kartuz. Tam wyremontujemy po jednej ulicy w standardzie obwodnicy. Dzięki temu zyskają lokalne społeczności, które dzięki temu szybciej dojadą do celu, Co za sens budować autostradę gdzieś w polu, gdzie ma żadnego ruchu i trzeba by go sztucznie generować.
    - A jeśli ktoś będzie chciał jednak skorzystać z autostrady? - dopytywał dziennikarz.
    - To może jechać do Niemiec, w Niemczech jest dużo autostrad.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Holocron nieco się myli w swoim materiale. Nie chodzi tu o osoby, do których Gwiezdne Wojny są kierowane, a o tych, którzy je oglądają itp. To jest pewna różnica, bo wytwórnia kieruje swój produkt do kogośtam, a ogląda kto inny:

    https://youtu.be/deyXEKKFEu8?si=aIJ8xZYOoXOTkqVb

     

    Widać dominującą rolę białych mężczyzn tutaj, czy nie widać? Nadają oni wyraźny ton i mają określone kryteria, które nie są obiektywne: kierują się ideami dobra, prawdy i piękna. Inni mogą mieć jakieś swoje inne kryteria, które są inne. Np Bollywood ma akcenty rozłozone inaczej, na fizykę to się tam nie zwraca uwagi w ogóle:

    https://youtu.be/Q0hbzPmJ0qU?si=SHycN1dbxaQRAsvV

    Podsumowując: jest jak jest i mężczyźni ciągną ten wózek, czego statystyki w pełni nie oddają, bo część kobiet dla towarzystwa ogląda. Gdyby Disnej kierował się zyskiem to powinien o tą grupę dbać, jej zachcianki spełniać i ślipiać w ślepia wypatrując życzeń. Chyba że spodziewają się, że kto inny więcej kasy przyniesie. No nie przyniesie, bo wokistyczne produkcje radzą sobie słabo. Willow nawet spadł z rowerka, czyli zdjęli ten serial z platformy. Wypada tu zauważyć, że o ile ogólna niezborność i dziadostwo jeszcze jakoś ujdą, o tyle dołożenie do tego dziadostwa wokizmu prowadzi do nieuchronnej katastrofy. Wydaje się że szefowa Lucasfilmu Kennedy od początku chciała robić rzeczy następujące:

    https://youtu.be/caS6E61Fj4E?si=yI2RFEC87v2-OE5V

     

    I mieliśmy pierwszy etap, czyli sekłele, potem po ich klęsce była odwilż (NEP), czyli Mandoverse, które nieco odbudowało markę. Przypominam stale, że Polska była zawalona zabawkami Grogu, a platforma Disney Plus nie była nawet legalnie dostępna. No ale poprawiło się, to można teraz dowalić widzom Akolitą, który spotyka się z miażdżąca krytyką.

    Wymiana widowni jest zawsze ryzykowna, bo wytwórnia opiera swój zysk na fanatykach, którzy kupują zabawki, kolekcjonują, chodzą do kina na jeden film po 20 razy. Abonament Disney Plus mają na ogół jeden. To oni są twardym rdzeniem, generującym sukces, poprzez swoje zaangażowanie promieniują na innych. I jeśli przestaniesz dostarczać im „kontent”, za który chcą płacić to się wkurzą.

    image

    II 

     

    Teraz na przykładach opiszę o co się rozchodzi. Najpierw opiszę segment śledczy:

    Zadajmy sobie pytanie: dlaczego Jedi przystawili w ogóle się do Oszy (Osha)? Nie mieli bowiem podstaw: Powołują się na rysopis, a osób pasujących do rysopisu jest miliardy. Tu wystarczyło wprowadzić nagranie z kamerki, na którym została rozpoznana. Ale skoro ją podejrzewali to winni wiedzieć, że na niebezpiecznego podejrzanego wysyła się liczne siły antyterroru a nie 2 leszczy, którzy mogą łatwo zostać wykończeni razem z jedynym świadkiem.

    Dalej: sprawę można zakończyć wnikając w umysł, co Jedi czynią z upodobaniem w tej iteracji.

    Dalej: Osha nie miała sposobności, bo musi posiadać statek kosmiczny odpowiedni, o czym nie ma mowy. Skoro mogła się udać na drugi koniec galaktyki aby dokonać plugawego mordu, to może uciec dowiedziawszy się, że interesują się nią Jedi.

     

    Dalej: znajduje się na statku kosmicznym, można prześledzić czy go opuściła.

    Dalej: niebezpiecznych przestępców przewozi się w specjalnym konwoju. powinniśmy o tym wspomnieć

     

    Dalej: kto tam ściga przestępców, skoro nie ma policji? A Jedi mają immunitet i egzempcję spod prawa publicznego. 

     

    https://youtu.be/E8ZQLbObMng?si=aAv7mcAXlUS-oZ65&t=333

    Zastanówmy się teraz, co by się stało gdyby to było zrobione dobrze i zatrzymanie Oszy (Osha) było wiarygodne? Nic by się nie stało złego. A wiele dobrego, gdyż widz by dostał wiarygodną opowieść. Oglądający do kotleta też by to pojęli.

    Następna kwestia to śnieg. W serialu czy to zimno i śnieg, czy gorąco i dżungla ubierają się w ten sam sposób, nawet identycznie, nie ma pogoda żadnego wpływu na bohaterów. Że na każdej planecie jest takie samo ciążenie, atmosfera nadająca się do oddychania, to już przeboleję. Ale popatrzcie jak takie rzeczy realizowali ludzie, którzy się znają:

    https://www.cda.pl/video/20677612f6

     

    image

    Jest to angielskie serial telewizyjny Czerwony Karzeł, o niskim dość budżecie i komediowy w dodatku. Ale zwróćcie uwagę, że to kometa uderza w statek a nie statek w meteoryt, załoga, czyli Lister, zmaga się z pogodą. Mamy pokazane ciężkie warunki, jak wichura. Para lecąca z gęby jest od razu zwiewana i dlatego nie widać. W dalszej części odcinka mamy walkę o życie, palenie Szekspira, żołnierzyków, gitary, głód itp. A w Akolicie dziewczę wychodzi bez szwanku i nie ma żadnych problemów. Niechby walczyła o przeżycie w ciężkich warunkach. A tamci niech se kurteczki założą i szaliczki. Na Hoth (Imperium Kontratakuje) były kurteczki, i nocowanie w bebechach tartauna, czy tam tartaka. Tauntauna. No tego z rogami. Widać, że jest ciężko. Kiedyś to bym tylko wstawił filmik, gdyż byłem ożywiony nadzieja, że czytelnik sam sobie wyinterpretuje implikacje, a teraz daję opis, bo połowa nie zrozumie. Z komentarzem i tak nie zrozumie.

    Trzecim przykładem jest plemię wiedźm i postępowanie jego przywódczyni, czyli jednej z matek (dwóch): Przychodzą Jedi, mówią że chcą przetestować dziecko. Ta oświadcza im, że są poza terenem Republiki i mogą im skoczyć. Ale nie wyrzuca ich i się zgadza na testy. Segment ten ma takie wątpliwe elementy, jak sam rozmiar fortecy wiedźm, mało wiarygodnej jako obiekt sfajczenia. Drewniana buda z pierwszego odcinka byłaby tu wiarygodna. Nie wiadomo na jakiej zasadzie wiedźmy te funkcjonują: czy kooptują nowe uczestniczki, podobnie jak Jedi, czy szukają sobie facetów na jedną noc, aby zajść, czy coś innego. Takie wzorce są u nas w kulturze chyba jednak co nie? W każdym z tych przypadków inny będzie sens przedstawionych nam wydarzeń. A tak swoją drogą to przecież tam jest wszędzie blisko, więc mogą łatwo czynić wyprawy infiltracyjno-werbunkowe. Kilka godzin i jesteś na drugim końcu galaktyki. Tam obecnie wszędzie jest blisko.

    III

    Przejdźmy teraz do samego wokizmu. My tu powinniśmy szczególnie łatwo przedstawić analizę tego zjawiska, bo mamy doświadczenia z czasów Zenona Kliszko, czyli Władysława Gomułki (pseudonim Wiesław), kiedy to kultura była kształtowana w podobnie bezsensowny sposób. Wokiści teraz mają do dyspozycji umiarkowany aparat represji, dlatego się frustrują wyraźnie, wyzywając ludzi od takich i siakich. Zacznę od deficytu kulturowego takiego, jak brak znajomości dorobku karykaturalnego ludzkości. Jak ktoś jest zakorzeniony w kulturze to zna ten styl ekspresji artystycznej: pokrzywione mordy, niezachowanie skali, proporcji itp. A jak nie jest zakorzeniony to się pruje o miniaturki na Jutupce, które i tak są łagodne. Taka miniaturka dostarcza istotnej informacji o charakterze dzieła, które za nią stoi.

    Woke jako takie generuje problemy z powodów bezpośrednich i pośrednich. Pośrednie to m.i. zatrudnianie niekompetentnych grafomanów, którzy odstawiają manianę.

    Mamy tu zjawisko lustrzanego odbicia, które pokażę na przykładzie reprezentacji; skoro sformułowali doktrynę reprezentacji, że jak ktoś jest niereprezentowany to nie może się identyfikować i opowiadają o tym przy okazji Syrenki to nie mogą się dziwić, że biali mężczyźni też oceniają produkcję pod kątem, czy są reprezentowani. I jak nie ma białego męskiego bohatera to minusują. A ponieważ stanowią dominującą grupę odbiorców to jest jak jest. Powinienem rozwinąć tą myśl i wprowadzić opis sytuacji, ale mi się nie chce. To jest tak, jakby wokiści wyszli na ring i są zdziwieni, że ci drudzy lutują w nich a nie w siebie.

    Podstawy wokizmu opisałem tutaj:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1380576,woke

    Mogę natomiast dodać elementy charakterystyczne dla Akolity:

    1. Podobnie jak kiedyś przestępcą w kryminale mógł być jakiś spekulant, niebieski ptak, prywaciarz a partyjny, robotnik itp. nie, tak tu biały mężczyzna może być tylko przestępcą w areszcie (nie ma reprezentacji na statku więziennym), zbrodniarzem albo idiotą. Grubciu wchodzi jako ciałopozytywny, a nie jako biały. Ale dali reprezentację rudych, i to się chwali. Mamy spory przełom i kolejny etap, co należy uwypuklić.

    image

    Lustrzane odbicie: jak się prujesz że kobiety nie rozmawiają ze sobą to się nie dziw, że ktoś spruje się że mężczyźni nie rozmawiają ze sobą. A takie kryterium jest: kobiety muszą rozmawiać ze sobą.

    2. Merysuizm: tu niestety mamy uwstecznienie, bliźniaczki nie są tak wspaniałe jak Rey, Dali im też podstawy: jedna uczyła się na Jedi i pracuje jako mechanik, druga była szkolona.

    3. Zaimki! Wprowadzili pytanie o zaimki i jest to kolejny przełom.

    4. Są lesbijki jedne czarownice. A już się tu dopatrzyli że jedna tam padawanka czuje miętę do Oszy (Osha).

    5. Otrucie dżedaja przez czarną dziewczynę to symbol obalenia patriarchalizmu.

    6. Normalnej miłości nie ma dalej i romansu, jak to po przejęciu przez Disneja.

    IV Co ich zaskoczyło?

    Aby rozszerzyć zasięg dodali aktora koreańskiego z Korei Płd., co jest sensowne o tyle, że Sol gra najlepiej i jest najjaśniejszym punktem serialu. Produkcje koreańskie zaś są w dużej mierze zeuropeizowane i przenoszą wartości cywilizacji zachodniej (dlatego się cieszą coraz większą popularnością u nas). Ale przed premierą szefowa Lucasfilma, Kennedy, zaczęła lżyć fanów. Ona już wtedy widziała serial i wiedziała, że jest beznadziejny. Była to próba tzw Damage Control, czyli ograniczenia szkód. Osłabienie nieuchronnej krytyki, aby naturalne głosy oburzenia niska jakością produkcji przedstawić jako przejaw rasizmu, ksenofobii, etc. Nie udają się takie działania na ogół i tylko rozwścieczają odbiorców. I ci zaczęli się przyglądać produkcji i bez trudu zobaczyli, że białego faceta nie ma. Czyli są niereprezentowani. Doszły tu różne wypowiedzi tfórców, że serial jest gejowski, że przekazuje doświadczenia lesbijskie szołranerki itp. I się zaczęło. Tutaj dodaję punkt 7 do wykazu: zapładnianie się bez potrzeby mężczyzny jest pragnieniem lesbijek i tu mamy ucieleśnienie tego pomysłu.

    W każdym razie zaczęła się rozróba, co mnie dziwi. Przecież takie produkcję nie znajdują uznania, Willow spadł z rowerka, czyli z platformy DisneyPlus, sekłele Star Wars też nie odniosły sukcesu: w 5 filmów zaorali Gwiezdne Wojny na tyle, że robienie następnych filmów groziło klapą. Musieli zrobić odwilż, produkując Mandalorianina, z głównym, bohaterem mężczyzną, niskim kosztem i łatwością kasacji, jak nie wypali. Odbudował on nieco markę i teraz mogli odejść od odwilży lutując Akolitę.

    I tu jest pora na osobiste wyznanie: byłem akolitą.

    Przy czym w wywodzie tym jaki liberał nie mówię o uniwersalnych wartościach, obiektywnej słuszności ale o subiektywnych gustach i zamiłowaniach. Ci mają takie, a tamci takie. I praktycznych problemach z nich wynikających. Są różnice: jedni uważają że chodzi się mordą do przodu a zadkiem do tyłu, a drudzy że zadkiem do przodu i mordą do tyłu. Da się tą rozbieżność zaakceptować w ramach pluralizmu, ale już jak ktoś zacznie się domagać, aby jeść zadkiem a srać mordą to się robi niebezpiecznie.

    Przy czym mamy urojenie wielkościowe: oni naprawdę myślą tak jak zaufani towarzysze kiedyś( w latach 60-70 dwudziestego wieku): naród z partią, partia z narodem, przeciw jest garstka wichrzycieli, za pieniądze CIA oczywiście. Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II zmieniła tu trochę optykę. Ci też myślą, że publika marzy o zaimkach i reprezentacji. 

    PS: Mamy do czynienia ze spektrum 

     
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     Niemcom udało się zdobyć Kretę tylko dzięki błędom popełnionym przez Brytyjczyków.

     
               Sztabowcy niemieccy, analizujący meldunki z wyspy, poważnie brali pod uwagę możliwość odwołania operacji, ale pod naciskiem gen.  Studenta postanowiono poczekać na rozwój wydarzeń kolejnego dnia, w nadziei na uchwycenie któregoś z lotnisk.
     

               21 maja niemieckim spadochroniarzom udało się opanować lotnisko Maleme. Sukces ten był możliwy tylko dlatego, że alianckie dowództwo nie zdecydowało się na generalny  kontratak, mogący zepchnąć spadochroniarzy do morza.
     

              Po opanowaniu lotniska niemieckie Ju 52 przewiozły na wyspę strzelców górskich z 100 GJR.
     

             Znaczne straty niemieckich konwojów morskich sprawiły, iż zrezygnowano z przewozu morzem wojsk mających wesprzeć działania na Krecie.

     
             Losy operacji „Merkury” rozstrzygały się na zachodzie wyspy, podczas gdy w jej środkowej i wschodniej Niemcy jedynie trwali na pozycjach obronnych oczekując nadejścia posiłków z zachodu Krety. Niemieckim spadochroniarzom sprzyjał fakt, że siły alianckie wprawdzie zadały im znaczne straty i zagrodziły dostęp do głównych celów, ale jednocześnie były zbyt szczupłe lub za słabo dowodzone, aby przeprowadzić decydujące kontruderzenie.

     
              Wysłane zbyt późno posiłku dla Nowozelandczyków, walczących na wschodzie wyspy, 27 maja dostały się w pułapkę i  w znacznej mierze dostały się do niewoli. 28 maja Chania dostała się w ręce Niemców.
     

               Po tej klęsce gen. Freyberg otrzymał od gen. Wavella rozkaz wycofania podległych mu wojsk do Chora Sfakion i Timbaki na południowym brzegu wyspy, gdzie ostateczna ewakuacja brytyjskich wojsk z ziemi greckiej miała stać się faktem.
     

              Zgrupowanie alianckie w Heraklionie było ostatnim poważniejszym przeciwnikiem dla Niemców, ale i ono otrzymało rozkaz ewakuacji z wyspy.
     

            29 maja wokół Chora Sfakion utworzono obronę okrężną, sięgającą do 4 km od brzegu morza. Osłaniane tak oddziały alianckie ładowano na okręty płynące do Egiptu. W pierwszej kolejności do ewakuacji przewidziano najbardziej wycieńczone jednostki, głównie nowozelandzkie.
     

            Pierwsza fala ewakuacji z Chora Sfakion odbyła się nocą z 28 na 29 maja. Cztery niszczyciele przybyły w ciemnościach i zabrały 1130 ludzi, wśród nich głównie personel RAF-u oraz najpoważniej rannych.
     

            Zespół okrętów wiceadm. Kinga przybył następnej nocy w silnym składzie trzech krążowników, trzech niszczycieli oraz szybkiego transportowca. W ciągu czterech nocnych godzin zaokrętowano ponad 6000 żołnierzy, w tym kolejnych kilkuset rannych w walkach odwrotowych. Osiągnięty wynik był nie lada wyczynem wobec braku portowych nabrzeży i konieczności używania szalup oraz łodzi rybackich do przewozu żołnierzy z plaż i płytkiego mola na okręty.

     
               30 maja Freyberg odleciał do Aleksandrii na pokładzie łodzi latającej Short Sunderland przysłanej po niego przez Wavella. Dowodzenie tym, co pozostało z „Creforce”, przekazano gen. Westonowi.
     

               Nocą z 30 na 31 maja 1500 żołnierzy ewakuowały tylko dwa niszczyciele, gdyż kolejne dwa zostały uszkodzone podczas nalotów w drodze z Aleksandrii.
     
     
             Miała to być ostatnia taka operacja, ale dowódca Floty Śródziemnomorskiej adm. Cunningham uznał za niedopuszczalne pozostawienie tylu żołnierzy na pastwę Niemców. Z jego rozkazu nocą z 31 maja na 1 czerwca przybył ostatni konwój okrętów wojennych, który ewakuował 3700 ludzi.
     
     
           Na lądzie wokół Chora Sfakion pozostało ponad 6000 ludzi. Część żołnierzy australijskich i brytyjskich uciekło w góry i było ukrywanych przez ludność cywilną, by później walczyć w szeregach partyzantów lub różnymi sposobami dotrzeć do Afryki Północnej. Kilkuset żołnierzy uciekło z wyspy na cywilnych jednostkach motorowych i żaglowych,  a nawet tratwach z beczek.
     

           1 czerwca rano dowódca australijskiej straży tylnej, ppłk Theo Walker, najwyższy oficer Commonwealthu w Chora Sfakion, poddał się Niemcom.  Razem z nim do niewoli dostało się prawie 6000 żołnierzy, w tym wielu rannych.
     

          Ostatnie punkty oporu w górach zostały zlikwidowane w nocy z 1 na 2 czerwca, kończąc tym samym zmagania o Kretę.
     

           Bilans zmagań o Kretę był dla obu stron niekorzystny. Z ok. 23 000 niemieckich żołnierzy biorących udział w operacji „Merkury” zginęło, według różnych źródeł, od 3250 do ok. 5500.  Rannych było ok. 3500. Gros strat stanowili spadochroniarze 7 DL i LLSR, mniej niż 1000 zabitych stanowili strzelcy górscy i lotnicy. Luftwaffe straciła ok. 250 samolotów różnych typów.
     

           Straty Wehrmachtu w czasie walk o Kretę były wyższe i bardziej dotkliwe niż podczas całej kampanii bałkańskiej w Jugosławii i Grecji.
     

          „Creforce” utraciło prawie 15 000 ludzi, w tym 7750 obywateli Wielkiej Brytanii, 3300 Australijczyków, 2550 Nowozelandczyków, 600 żołnierzy regularnych wojsk greckich i kilkudziesięciu żołnierzy z innych krajów Commonwealthu. Większość z nich dostała się do niewoli, a zabitych zostało łącznie ok. 1700–1800, rannych ok. 2500, czyli znacznie mniej niż wśród Niemców.
     

           Poważne straty poniosła Royal Navy, tracąc w konwojach na wyspę i w działaniach osłonowych 3 krążowniki i 6 niszczycieli.
     

           Mimo odniesionego sukcesu w skali taktycznej, czyli zajęcia wyspy, niemieckie wojska powietrznodesantowe poniosły ogromne straty, przez które większość historyków określa bitwę o Kretę jako kosztowne, jeśli nie „pyrrusowe” zwycięstwo Wehrmachtu.
     

          Wygraną zawdzięczano nie tyle planowaniu operacji, co ogromnej woli walki i wysokiemu morale niemieckich wojsk spadochronowych i górskich.
     

            Gdyby nie zdobyto lotniska w Maleme, niemiecka przegrana byłaby pewna.
     

               Operacja przyniosła de facto unicestwienie niemieckiej elitarnej dywizji spadochronowej i utratę wielu maszyn transportowych, których produkcja była czaso- i materiałochłonna.
     

            Na jednej z narad po bitwie rozgniewany wysokimi stratami Hitler miał powiedzieć, że czas spadochroniarzy dobiegł końca. Sam gen. Kurt Student przyznał po wojnie, iż przeliczył się, proponując atak powietrznodesantowy na Kretę i wynik walk na wyspie jest dla niego gorzkim wspomnieniem
     

           Zgodnie z decyzją Hitlera, wyniszczone niemieckie wojska spadochronowe nie prowadziły już do końca wojny dużych operacji desantowych, odgrywając rolę elitarnych oddziałów lądowych.
     

              Zdobycie Krety nie  przyczyniło się do zajęcia Egiptu, ani nawet nie zwiększyło nacisku na siły aliantów w tej części basenu Morza Śródziemnego. Infrastruktura portowa i słabość niemiecko-włoskiej floty nie pozwalały wykorzystać wyspy jako bazy dla morskich operacji zaczepnych. Lotnictwo stacjonujące na Krecie także nie zadało Brytyjczykom znaczących strat przez resztę wojny. Rola Krety w ochronie rumuńskich pól naftowych również okazała się znikoma – amerykańskie i brytyjskie bombowce i tak je atakowały z baz w Afryce, a później we Włoszech.
     

               Wyparcie z wyspy regularnych wojsk alianckich nie oznaczało całkowitego podporządkowania Krety  III Rzeszy. Działające na wyspie oddziały partyzanckie rosły w siłę, a niemieckie garnizony okupacyjne były w miarę bezpieczne tylko w większych miejscowościach, a patrole rzadko zapuszczały się poza wioski na nizinach.
     
    Wybrana literatura:
     
    T. Jarmoła – Kreta 1941
    A. Beevor - Crete – The Battle And The Resistance
    J. Lucas - Pikujące Orły. Niemieckie wojska powietrznodesantowe w drugiej wojnie światowej
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Max  |  0
    Czym bowiem jest demokracja?
    Ustrojem, w którym część lub całość obywateli wybiera, na dany okres, władze.
    Całą reszta, obudowa i nadbudówki ideologiczne, to kiepskie nieporozumienie.
    Proponuję Państwu spojrzenie na ten ustrój z boku oraz - pewne własne refleksje.
     
    I
    Za kolebkę demokracji uznawana jest antyczna Grecja. Nie jest to prawda, do końca, ale, faktycznie, w Atenach głosowali. Prawo to miało około 10% populacja miasta-państwa, bo trzeba pominąć niewolników, metojków i kobiety. Zgromadzenie Ludowe nie dla nich. powoływanie się na demokratyczne tradycję starożytnej Grecji jest zabiegiem intelektualnie wątpliwym. I śmiesznym.
    Zostawmy demokrację grecką tam, gdzie wylądowała, na śmietniku. Przekupni, sprzedajni politycy, poziom kultury politycznej i wypowiedzi nieporównywalny i z naszą Polską AD 2024, i z aktualnym parlamentem Korei Południowej.
     
    II
    Mamy 15 czerwca 2015 roku. Średniowiecze w pełni, a w Anglii dzieją się rzeczy co najmniej nietypowe. Zasiada na tronie angielskim nieudacznik, znany w historii jako Jan Bez Ziemi. Zostaje podpisana Wielka Karta Praw, gdzie król gwarantuje: Miasto prawo handlu, duchownym niezależność w obsadzaniu stanowisk (wybieralnych, a podwyższanie podatków przez króla musiało być konsultowane.
    Czy to już(z powrotem?) demokracja?
    Nie, ale wyłom w średniowiecznych regułach.
     
    III
    Zauważcie Państwo ciekawą sprawę.
    Władza, każda władza, potrzebuje legitymizacji. Uzasadnienia (że jest władzą), że zarządza.Interesująco jest teraz: istnieją tylko dwie możliwe legitymizacje.
    Od Boga (bogów, są i inne kontynenty) oraz od - “ludu”.
    “Vox populi, vox Dei” - głos ludu, głosem Boga. Stare bardzo hasło, wielokrotnie nadużywane i używane.
    W dziejach Europy można dość precyzyjnie wskazać czas, gdy władzy legitymizacja “boska” przestała mieć znaczenie.Ostatecznie, gdy się łamie 80-letniej staruszce kręgosłup, by jednak pod błysk ówczesnej nowoczesności technologicznej pt.”gilotyna” zmieściła się - coś się zmieniło.Ach, ścięli, zapomniałbym napisać, bo była “błękitnej krwi”.
    Na polu walki pozostał lud, Boga już nie było.
    Jest dość symptomatyczne, że - skoczmy do przodu - iż XX, czy XXI wieczne reżimy lub dyktatury (lewicowe, prawicowe) z upodobaniem organizują wybory. Zazwyczaj sfałszowane, ale zastraszeni obywatele - cóż mają do powiedzenia.
    Legitymizacja dalej wymagana. Trujillo, Stalin, Hitler.
     
    IV
    Przystanek Hitler. Europa, blisko, a swój wpływ na dzieje Kontynentu miał.
    Otóż pan Adolf został wybrany w sposób absolutnie legalny. Demokratycznie. Głosami ludzi. Że dziurawe regulacje prawne Republiki Weimarskiej umożliwiły mu potem kolejne uzurpacje praw, to inna sprawa.
    Ale, jednak coś nawaliło.
    Chyba vox populi nawalił.
    Z lekcji roku 1933 nikt nie odważa się, głośno, wyciągnąć wniosków. Nic dziwnego, przy mikrofonie mamy dziennikarzy i polityków, nikogo innego, poza głupawymi celebrytami.
     
    V
    Wróćmy na chwilę do Anglii, tej kolebki demokracji w Europie. W 1642 wybucha wojna domowa. Broni się “grzeszny król” (jak śpiewał Kaczmarski), ale to Cromwell wygra. Postawi króla przed sądem Parlamentu co jest zdarzeniem bez precedensu. Królów się zabijało na różne sposoby, detronizowało przy okazji. Aby skazujący wyrok był pewny, Cromwell wcześniej usunie opozycjonistów i umiarkowanych.
    Stąd Parlament Kadłubowy, jak go nazwali.
    Karol I był niski, a Ludwik XVI gruby i głupi.
    Ale chodzi o prestiż władzy, nie o konkretnych koronowanych panów, systematycznie upadający, z upływem wieków.
     
    VI
    Anno Domini 2024. Rok Pański 2024, od narodzenia Chrystusa.
    Mamy demokrację medialną - tak pozwolę sobie określić ten model.
    Od 100 lat Upowszechnił się model głosowania powszechnego. Każdy pełnoletni ma głos, niezależnie od płci czy statusu majątkowego
    Co prawda, niektórym kantonom szwajcarskim (na przykład) zeszło do lat ‘70-tych zanim wprowadziły równouprawnienie, ale tam chyba mówią po niemiecku. Dużo wyjaśnia.
     
    Czy Państwo wiedzą, że tylko koło 4% aktywnych wyborców ma poglądy polityczne faktycznie “swoje”? Reszta pozostaje pod wpływem innych, głównie propagandy medialnej.
    Tak, 96%.
    Też ciekawe. Oraz przerażające.
    Słynna 5-ta władza, która miałą nas bronić (mit, jak ze świetlanym JFK) okazuje się, zazwyczaj płatnym, narzędziem manipulacji.
     
    To nie politycy są źli. Są tacy, jakich sobie, demokratycznie, wybierzemy. Jakich wybierze sąsiad, koleżanka co na ławce siedzi, fryzjerka, kumpel z pracy. Tacy są, tacy będą.
    Ale media…
    Łatwo i fajnie słuchać tylko tych wiadomości, które się z zasianą w głowach wizją świata zgadzają?
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dla gen. Studenta operacja „Merkury” (desant na Kretę) była spełnieniem marzeń o wielkim, samodzielnym desancie całego korpusu.
     
               Jednakże XI KL został zredukowany o 22 DPD, która została  oddelegowana do osłony strategicznie ważnych pól naftowych w rejonie rumuńskiego Ploeszti. W zamian gen Studentowi oddano pod rozkazy 5 Dywizję Strzelców Górskich gen. Juliusa Ringla oraz dodatkowo 141 pułk strzelców górskich podporządkowany dotąd 6 DSGór.
     
               Jednocześnie zmodyfikowany pierwotny plan operacji - spadochroniarze mieli w pierwszej fazie zająć lotniska i porty, by umożliwić „góralom” dotarcie na wyspę. Drugą fazę operacji na Krecie miały przeprowadzić oddziały górskie. Spadochroniarze, po przewidywanych stratach, mieli się przegrupować i wesprzeć działania 5 DSGór.
     
                O ile doskonałe wyszkolenie, wyposażenie zaangażowanych oddziałów oraz poziom przygotowania taktycznego oficerów średniego i niższego szczebla nie rodzą właściwie żadnych wątpliwości, o tyle przygotowanie strategiczne operacji „Merkury” świadczyło o ogromnym zadufaniu i  całkowitym zlekceważeniu przeciwnika przez sztab gen. Löhra.  Powszechne było przekonanie, że broniący wyspy Brytyjczycy to zgraja zdemoralizowanych po klęsce w Grecji rekrutów, bez ciężkiego uzbrojenia.
     
                W rzeczywistości Brytyjczycy nie posiadali wiele ciężkiej broni, jednak ich morale było wysokie i dominowała chęć  odegrania się za ciągły wcześniejszy odwrót w Helladzie.
     
               Dobrze działający na Bałkanach wywiad brytyjski szybko zauważył przerzut znacznych sił spadochroniarzy oraz lotnictwa transportowego i szturmowego. Asem w rękawie Churchilla było też rozszyfrowanie, przy kluczowym udziale polskich naukowców, kodu niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma (program ULTRA).
     
               Dzięki nadsyłanym przez wywiad meldunkom ULTRY Brytyjczycy poznali plan ataku Niemców, tak że  gdy rozpoczęło się niemieckie lądowanie na wyspie, brytyjski dowódca Creforce gen. Freyberg zerknął na zegarek i miał powiedzieć do towarzyszących mu oficerów: „Są o czasie”.
     
               28 kwietnia odbyła się w Chanii narada sztabu brytyjskiego z władzami greckimi, w trakcie której Grecy oddali swe jednostki, liczące ok. 10-11 tyś. ludzi,  pod całkowitą kontrolę sztabu alianckiego. Ta decyzja zrzucało na barki sojuszników problem doposażenia i wyżywienia Greków. Grecy chcieli także, by Brytyjczycy zajęli się aprowizacją cywilnych mieszkańców Krety (ok. 445 tys.).
     
               Sztab gen. Freyberga był więc  odpowiedzialny za przygotowanie do walki i obronę wyspy siłami wszystkich stacjonujących na niej żołnierzy angielskich, nowozelandzkich, australijskich i greckich – razem tworzących Siły Krety (Creforce). W skład tego międzynarodowego tworu wchodziło ok. 42 500 żołnierzy, w tym ok. 15 600 ludzi z jednostek angielskich ewakuowanych z Grecji i tylko w niewielkiej części dosłanych z Egiptu, ok. 7100 Nowozelandczyków, 6500 Australijczyków oraz ok. 14 000 ewakuowanych z kontynentu Greków (głównie żandarmów, lotników i marynarzy), którym przydzielono zadania policyjne w większych miastach lub przydzielono do zadań pomocniczych przy oddziałach brytyjskich.
     
              „Creforce” posiadały niewiele czołgów, w tym zaledwie 3 nowoczesne, jak na ten okres wojny -  A12 Mk II Matilda II  - i kilkanaście przestarzałych lekkich czołgów Mk VI B. Artyleria polowa dysponowała zaledwie 14 haubicami brytyjskimi (6-funtówki kal. 4 cale) oraz ok. 36–40 działa włoskimi i francuskimi.
     
               Na wyspie w momencie niemieckiego ataku stacjonowało zaledwie 35 samolotów myśliwskich i myśliwsko-rozpoznawczych (Gloster Gladiator, Brewster Buffalo i Hawker Hurricane  19 maja, na dzień przed rozpoczęciem planu „Merkury”, 29 z nich zostało zniszczonych na lotniskach przez maszyny Luftwaffe, a pozostałym 6 nakazano odlecieć do Egiptu  Tym samym „Creforce” pozostała bez jakiejkolwiek osłony z powietrza.
     
               Plan niemiecki hurraoptymistycznie zakładał, że pomimo przygotowywanej od dawna obrony „Creforce”, spadochroniarzom jakoś jednak uda się zająć lotniska na wyspie. Wtedy miał popłynąć na Kretę strumień uzupełnień, które wraz ze spadochroniarzami powinny bez większych problemów rozprawić się z Brytyjczykami.
     
              Nie liczono się możliwością załamania się ataku na lotniska, ani nie planowano, jak w takiej sytuacji wesprzeć już wysadzone na wyspę wojska.
     
             Realizując powyższe plany, niemieccy spadochroniarze ruszyli 20 maja ku swemu przeznaczeniu.
     
             Początek operacji desantowej okazał się pechowy dla jednego z jej głównych dowódców, gen. Süssmanna. Szybowiec DFS-230 wiozący dowódcę 7 DL zerwał się nad morzem z holu bombowca Heinkel 111 i rozbił na wyspie Egina, generał zginął.
     
             Pierwsze oddziały Powietrznodesantowego Pułku Szturmowego (LLSR) gen. Meindla lądowały na spadochronach i szybowcach już o godzinie 8.00, gdy nie zakończyło się jeszcze bombardowanie pozycji „Creforce” przez niemieckie bombowce. Strefa zrzutu LLSR mieściła się w okolicy lotniska w Maleme, którego broniła kompania z nowozelandzkiej 5 Brygady Piechoty.
     
               Uszczuplone przez straty od ognia przeciwlotniczego grupy bojowe spadochroniarzy formowały się ad hoc z tych żołnierzy, którzy wylądowali w miarę blisko siebie, łączyli się w małe grupki pod dowództwem najwyższego stopniem i ruszali do punktów zbornych, zbierając po drodze swoich kolegów.
     
               Wielu spadochroniarzy zawisło na drzewach oliwnych lub zaplątało się w krzaki, inni spadali tuż koło okopanych obrońców – dostając się do niewoli lub ginąc od kul i bagnetów. Wielu skoczków łamało ręce i nogi, gdy ich spadochrony zajmowały się ogniem od pocisków zapalających z przeciwlotniczych karabinów maszynowych.
     
               Pomimo tych strat, grupy spadochroniarzy zdołały się okopać, w miarę możliwości łączono izolowane pozycje obronne, które wspierały się nawzajem i nie dały się rozbić Nowozelandczykom. Ci, nie mając  wystarczającego pojęcia o sile desantu, pozostali na pozycjach obronnych i nie kontratakowali, co z pewnością doprowadziłoby do całkowitego rozbicia większości niemieckich oddziałów wokół lotniska Maleme.
     
               Silny ogień przeciwlotniczy w sektorze Heraklionu spowodował większe rozproszenie maszyn transportujących spadochroniarzy, niż miało to miejsce w pozostałych rejonach działań. Żołnierze niemieccy porozrzucani zostali na kilkunastokilometrowym pasie wybrzeża, niejednokrotnie wpadali do morza lub karkołomnie lądowali na skalistych albo zalesionych wzgórzach na południe od miasta. Także tutaj także pojedynczy skoczkowie lub całe drużyny z danego samolotu wpadały wprost na pozycje Australijczyków, a na maruderów polowała uzbrojona grecka ludność cywilna. Trudno było też zlokalizować zasobniki z zaopatrzeniem i bronią, gdyż samoloty transportowe, robiąc uniki przed ogniem z ziemi, rozrzucały bezładnie swój ładunek po całej okolicy.
     
               W pierwszym dniu operacji „Merkury” zarówno lotnictwo transportowe, jak i spadochroniarze ponieśli ogromne straty, znacznie ponad 1000 żołnierzy było zabitych, rannych lub zaginionych, około 50 samolotów bezpowrotnie straconych. Żadne z lotnisk nie zostało zdobyte i niemieckie oddziały walczyły o przetrwanie.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    O nowej "aferze" z udziałem belgijskiej spółki GH Development informuje portal https://zyciestolicy.com.pl. Jak przypomina portal:
    Media wielokrotnie informowały o problemach belgijskiego dewelopera GH Development związanych z ostrym sporem dotyczącym nieruchomości położonej w Warszawie przy ulicy Wolskiej 31. Właściciel nieruchomości żąda unieważnienia zawartej umowy wskazując, że czuje się oszukany przez GH Development.
    Do naszej redakcji zgłosił się pan Andrzej Zaborowski, polski przedsiębiorca zajmujący się transportem i nieruchomościami. On również kieruje wobec GH Development poważne zarzuty. Pan Andrzej podjął współpracę ze GH Development, zapewniany i przekonywany przez przedstawicieli spółki o profesjonalizmie, zdecydowanym i rzetelnym działaniu.
    Strony zawarły w formie aktu notarialnego przedwstępną umowę sprzedaży prawa użytkowania wieczystego działki położonej w Gdańsku przy ulicy Długa Grobla 4E. GH Development przekonał pana Andrzeja do rozdzielenia należnej płatności na dwie części, mianowicie; cena sprzedaży i cena za uzyskanie pozwolenia na budowę. Ufając w dobre intencje, o których na każdym kroku był zapewniany, pan Andrzej umowę podpisał. Zgodnie z zapisem w umowie pan Andrzej miał uzyskać pozwolenie na budowę, co miało skutkować zapłatą ustalonej ceny.
    Jak wspomina dziś pan Andrzej okazane GH Development zaufanie okazało się zdecydowanie przedwczesne. Otóż GH Development podjęło działania zmierzające do uchylenia się od obowiązku zapłaty należnej panu Andrzejowi drugiej części ceny.
    Zaniepokojony takim obrotem sprawy pan Andrzej zaproponował przedstawicielowi GH Development, pani prokurent Aleksandrze Żuralskiej zawarcie aneksu do umowy zabezpieczającego zapłatę uzgodnionej, drugiej części ceny. Odpowiedzią była zdecydowana odmowa, co utwierdziło pana Andrzeja w przekonaniu, że GH Development w istocie działa w złej wierze.
    Pan Andrzej podjął działania w celu obrony swojego interesu. Co istotne w konstrukcji całej transakcji bardzo istotna była niewielka działka należąca do Energi, a jej nabywca de facto mógłby skutecznie kontrolować całą nieruchomość. Pierwotnie strony ustaliły, że GH Development wykupi tę działkę. Kiedy wyniknął spór GH Development podejmowało działania zmierzające do wykupienia działki należącej do Energi, żeby wpłynąć, a faktycznie przymusić pana Andrzeja do niekorzystnej transakcji.
    Finalnie do zawarcia umowy przyrzeczonej nie doszło, jednakże to nie powstrzymało GH Development przed podejmowaniem działań wymierzonych przeciwko panu Andrzejowi i wywarcia presji, tak aby sprzedał deweloperowi działkę na niekorzystnych warunkach.
    GH Development między innymi próbowało nabyć działkę należącą do Energi, zająć rachunki bankowe pana Andrzeja bez wyroku, odmawiało zwolnienia wygasłej hipoteki. Nie dość tego, GH Development złożyło, jak mówi pan Andrzej, fikcyjne zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a po jego wszczęciu zgłosili się z tak zwaną „propozycją nie do odrzucenia”. GH Development zaproponowało panu Andrzejowi cofnięcie zawiadomienia w zamian za… sprzedaż nieruchomości GH Development!
    Belgijski developer nie ustaje w działaniach przeciwko panu Andrzejowi, mimo że Sąd Okręgowy w Płocku przyznał mu rację i odmówił zabezpieczenia roszczeń GH Development przyznając, że pan Zaborowski legalnie uratował swoją nieruchomość i majątek. '
    To kolejny, po sprawie warszawskiej działki przy Wolskiej 31, przypadek wątpliwych praktyk stosowanych przez GH Development. Pan Andrzej Zaborowski, podobnie jak Wojciech Jaworski, chciał zrealizować transakcję, działał rzetelnie i w dobrej wierze do momentu, kiedy zorientował się, że druga strona chce go oszukać i nie zapłacić uzgodnionej w umowie ceny.
    H Development oskarża pana Zaborowskiego o wadliwe wykonywanie umowy, wprost zarzucając Panu Andrzejowi, że za jego namową organy administracji wydają fikcyjne decyzje.
    W świetle kolejnych ujawnianych spraw wskazujących jasno na mocno wątpliwe działania belgijskiego developera GH Development warto bacznie przyglądać tej spółce. Warto również pytać czy takich osób jak Andrzej Zaborowski i Wojciech Jaworski jest więcej.

    Do sprawy GH Development jak na razie publicznie się nie ustosunkował.
     
    0
    No votes yet
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niemiecki desant na Kretę w 1941 roku był jedną z najśmielszych operacji II wojny światowej.
     
           Już 7 marca 1941 roku  wraz z wyładunkiem pierwszych oddziałów Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego, w ateńskim hotelu „Akropol” rozpoczął funkcjonowanie sztab gen. Wilsona. Od 7 marca do końca miesiąca udało się dostarczyć na miejsce przeznaczenia ok. 31 tys. ludzi, w tym 1 Pancerną Grupę Brygadową, nowozelandzką 2 DP i australijską 16 BP wraz z dwoma pułkami artylerii ciężkiej.
     
           W sumie do początku  kwietnia 1941 roku w ramach operacji  „Lustre” brytyjskie okręty przewiozły do Grecji prawie 59 tysięcy żołnierzy Wspólnoty Brytyjskiej.
     
           Głównym zadaniem „W-Force” miała być obrona przed atakiem Niemców  z terenu Bułgarii. Plan gen. Wilsona przewidywał obronę przełęczy przez znacznie lepiej wyposażone wojska brytyjskie, przy jednoczesnym pozostawieniu wysokogórskich pozycji Grekom zaprawionym w dotychczasowych walkach z Włochami na terenie Albanii.
     
            W momencie ataku Niemiec 6 kwietnia alianci na froncie greckim dysponowali ok. 600 tys. żołnierzy (w tym 58,5 tys. Brytyjczyków), ok. 180 czołgami i ok. 300 samolotami (ponad połowa należała do RAF-u). Niemiecka przewaga była prawie dwukrotna w ludziach, a kilkukrotna w sprzęcie pancernym i samochodowym (1:7) oraz lotniczym (1:3).
     
            Zdobycie przez Niemców Salonik i przebicie się XVIII Korpusu w głąb Grecji doprowadziły do załamania obrony greckiej armii „Wschodnia Macedonia”, której dowódca gen. Bakopulos 9 kwietnia  podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji. Szybkie postępy wojsk niemieckich w północnej i środkowej Grecji sprawiły, że „W-Force” i sojusznicze oddziały greckie na prawie całym froncie cofały się w kierunku Peloponezu – półwyspu, którego usytuowanie geograficzne umożliwiało długotrwałą obronę.
     
           Jest on całkowicie oddzielony od Grecji kontynentalnej głęboką zatoką, natomiast wąski pasek lądu w okolicach Koryntu przecina długi na 6 km i głęboki miejscami nawet na 70 m Kanał Koryncki, łączący morza Egejskie i Jońskie.
     
             26 kwietnia 1941 rok niemieccy spadochroniarze zdobyli Korynt i okolice kanału.  Po dwóch dniach operacja koryncka zakończyła się  powodzeniem przy stosunkowo niewielkich stratach (63 zabitych, 16 zaginionych i 174 rannych. Sukces ten  wywołał euforię wśród dowódców niemieckich wojsk spadochronowych.

               W rezultacie tej śmiałej akcji wojska alianckie zostały rozdzielone na dwie części: główne siły stacjonujące na Peloponezie i mniejsze wojska w Attyce, liczące kilkanaście tysięcy ludzi. Większość wojsk alianckich w Attyce zdołała się ewakuować z portu w Pireusie. 27 kwietnia 1941 roku niemieckie czołgi wjechały do praktycznie niebronionych Aten. Król Grecji Jerzy II opuścił kontynent na pokładzie brytyjskiej łodzi latającej udającej się na Kretę.
     
               W kolejnych dniach podobną ewakuację  przeprowadzono w mniejszych portach na Peloponezie, zajmowanym przez niemiecką 5 DPanc, która dotarła 28 kwietnia do portu ewakuacyjnego w Kalamacie. W nocy do portu dotarł silny zespół (2 krążowniki i 9 niszczycieli), ale z rozkazu dowodzącego nim komandora Bowyer-Smitha przerwano załadunek po zaokrętowaniu zaledwie 332 żołnierzy alianckich. Na skutek tej decyzji w porcie pozostało prawie 8000 żołnierzy alianckich, głównie z nowozelandzkiej 6 Brygady Piechoty, którzy dostali się do niewoli.
     
               W sumie z nieco ponad 53 000 żołnierzy Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego w Grecji ewakuowano do Egiptu i na Kretę ok. 41 000, uzupełnionych oraz  ok. 10 000 żołnierzy greckich. Trzon obrońców Krety miały stanowić właśnie oddziały uratowane w toku tej ewakuacji.
     
                Po zakończeniu walk w kontynentalnej części Grecji i podpisaniu aktu kapitulacji w Semmering, Niemcy zaczęli zastanawiać się nad kolejnym celem ataku.
     
               W obliczu trwającej kampania w Afryce Północnej, jej powodzenie zależało od panowania nad morskimi i powietrznymi liniami komunikacyjnymi. O ile wywalczenie przewagi w powietrzu nie stwarzało Luftwaffe w roku 1941 większego problemu, to na morzu brytyjska Flota Śródziemnomorska, korzystająca z baz w Egipcie, na Malcie, Krecie i Cyprze, stanowiła przeszkodą w nieskrępowanym transporcie materiałów wojennych dla Rommlowskiego „Afrika Korps”.
     
               W niemieckim dowództwie toczyły się spory czy należy przeprowadzić operację na Maltę czy Kretę. Planiści doszli do wniosku, że jednoczesny atak na dwa tak duże cele był prawie niemożliwy do przeprowadzenia posiadanymi siłami.
     
               W trakcie narady 21 kwietnia Keitel i Jodl opowiadali się za atakiem na Maltę,  będącą kluczową bazą aliancką na Morzu Śródziemnym i cierniem w oku sztabowców OKW. Marszałek Göring i generał porucznik Kurt Student uważali, iż nie można zostawić w rękach brytyjskich tak strategicznego punktu we wschodnim basenie Morza Śródziemnego, jakim była Kreta.
     
              Opanowanie wyspy przez Niemców pozwoliłoby osiągnąć im całkowitą kontrolę nad Morzem Egejskim,  a także  presję na Turcję, by zachowywała się zgodnie z niemiecką racją stanu. Jednocześnie widzieli zdobytą wyspę jako bazę wypadową dla kolejnych podbojów – po Krecie przyszłaby kolej na Cypr, a ostatecznym celem byłby Egipt i Kanał Sueski, gdzie spadochroniarze mogliby ułatwić nacierającym czołgom Rommla zdobycie tej najżywotniejszej arterii Imperium Brytyjskiego.
     
               Zdobycie Krety pozwoliłoby także – według Göringa - na zabezpieczenie pól i instalacji naftowych w Ploeszti przed ewentualnym atakiem bombowym z baz na wyspie, co było szczególnie ważne w przeddzień operacji „Barbarossa”. W rzeczywistości realne zagrożenie dla Ploeszti było znikome – na Krecie nie było lotnisk zdolnych do przyjęcia dużej liczby średnich i ciężkich bombowców, a startujące z wyspy maszyny miałyby do pokonania długą trasę nad nieprzyjacielskim terytorium, pod ciągłym ostrzałem artylerii przeciwlotniczej i myśliwców osi.
     
               O wiele  lepsza infrastruktura lotniskowa i portowa była na Malcie i Cyprze), a krytyczna sytuacja na froncie północnoafrykańskim zagrażająca Kanałowi Sueskiemu angażowała Brytyjczykom wszelkie dostępne środki, którzy nie brali pod uwagę prowadzenia z Krety większych akcji zaczepnych do czasu pomyślnego zakończenia kampanii w Afryce.
     
             Hitler miał wprawdzie pewne wątpliwości odnośnie do transportu całości sił drogą lotniczą, ale ostatecznie przychylił się do operacji kreteńskiej.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po 1945 roku Wanda Wasilewska pozostała w Związku Sowieckim, a Róża Thun po raz kolejny może zostać wybrana do PE, gdzie będzie dbała o interesy Unii Europejskiej.
     
     
          W styczniu 1944 roku został usunięty z wojska Sokorskiego, zastępca Berlinga do spraw polityczno-wychowawczych, który zamieścił w organie prasowym 1. Dywizji WP  notatkę, w której wykorzystując prywatną wypowiedź Korniejczuka, zapowiadającą możliwość włączenia Lwowa w granice przyszłego państwa polskiego. Za to właśnie wyleciał z wojska, a mąż Wasilewskiej utracił stanowisko wiceministra spraw zagranicznych.
     

             „Kiedy więc wybuchła sprawa z Korniejczukiem, w której wyniku całe ambitne rusztowanie kariery politycznej obojga zawaliło się z trzaskiem, wytworzyły się warunki do powstania tej ślepej, mściwej nienawiści, jaką zapałała do mnie i do Sokorskiego – wyjaśniał Berling. – Nie kryła się z tym do tego stopnia, że sprawa ta stała się częstym tematem rozmów i źródłem mrocznych dla nas komentarzy, ku radości całego moskiewskiego synhedrionu” .
     
               „Służy tylko jednemu bogu: sobie. – wspominała Helena Usijewiczowa - I jej wzrok ciągle szuka na firmamencie najjaśniej błyszczącej gwiazdy, by się jej pokłonić. Ale jest głupia, sądzi tylko po blasku, nie widzi niczego innego. I jest pełna strachu o swoją skórę. Boi się, a równocześnie niesamowita ambicja każe jej działać. Za własne błędy odpowiedzialność zrzuca na innych i nienawidzi ich za to. Uczucie przyjaźni w ciągu jednej chwili może zmienić się u niej w nienawiść. I jest mściwa. Mściwa jak praczka!”
     
     
           Na decyzję o pozostaniu po wojnie w Związku Sowieckim wpływ miało zapewne rozgoryczenie z powodu odsunięcia na drugi plan z chwilą powstania Centralnego Biura Komunistów i potem PKWN.
     

          Nie można wykluczyć, iż w kalkulacjach Stalina pozycja Wasilewskiej w rozmowach z aliantami nie była najsilniejsza i wolał na stanowiskach kierowniczych w rządzie lubelskim widzieć raczej mało znanych działaczy z kraju.
     

          „To była jego decyzja – uważał ją za renegatkę, - twierdził Felich Tych - podczas gdy inni dygnitarze PKWN byli albo nieznani, albo mało znani, nie wywoływali zachwytu, ale też i nie budzili nienawiści”.
     

             „Ja panu coś powiem, ta Polska jej nie odpowiadała – mówił w rozmowie z Jackiem Trznadlem Julian Stryjkowski. – Nie wiem, czy to jest legenda, że Stalin powiedział o niej: Wanda Wasilewska jest wielką komunistką, bo ona chce, żeby Polska była siedemnastą republiką, a to jest niemożliwe. To jest niepotrzebne. Może ona czuła, że nie ma dla niej miejsca w Polsce, że jest tam znienawidzona. Reszta nie miała innej drogi, oni musieli wracać do Polski. Ale ona wyszła za Ukraińca, poza tym był to wysoki dygnitarz, pisarz wielce ceniony przez aparat, no i ona prawdopodobnie bardzo go kochała”.
     

           Z drugiej strony Gomułka cytuje w swoich wspomnieniach taki oto dialog między nim a Wasilewską i Stalinem:
    „Towarzyszka Wasilewska przydałaby się nam do tej roboty”.  Stalin zrozumiał, że w tej formie zwracam się do niego, by skłonił Wasilewską do powrotu do Polski. Toteż odrzekł:
    „Pażałsta, kak tolko Wanda Lwowna zachoczet – my jej nie zaderżywajem” (Proszę bardzo, jeśli tylko Wanda Lwowna zechce – my jej nie zatrzymujemy).
    Wasilewska poczuła się bardzo dotknięta, urażona. Nie patrząc na mnie, głosem drżącym odezwała się do Stalina:
    „Towariszcz Stalin! Razwie ja nie godna byt grażdankoj Sowieckogo Sojuza?” (Czyż nie jestem godna być obywatelką Związku Radzieckiego?)
    „My Was nie wyganiajem, jeśli chatite, ostawajtes u nas” (My Was nie wyganiamy, jeśli chcecie, zostańcie u nas) – odrzekł Stalin” .

     
     
               Nie należy zapominać, że w Polsce była trzeciorzędną pisarką, a w ZSRS wykreowano ją na pisarską wielkość.
     
     
              W dodatku w Polsce otaczała ją nienawiść, bo symbolizowała zdradę w stanie czystym. To dlatego Związek Sowiecki stał się największą prawdziwą miłością życia Wandy Wasilewskiej.
     
     
             Po zakończeniu w 2009 roku kadencji jako dyrektora Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, Róża Thun został wybrana z listy PO na posłankę do Parlamentu Europejskiego. W 2014 roku uzyskała reelekcję w kolejnych wyborach do PE.
     
     
             W Parlamencie Europejskim została przewodniczącą grupy roboczej ds. jednolitego rynku cyfrowego. Jednocześnie dołączyła do Spinelli Group, organizacji dążącej do całkowitej federalizacji UE.  Spinelii Group promuje plan zniewolenia narodów europejskich zgodny z ideologią swego patrona – włoskiego komunisty Altiera Spinellego, wyznaczoną przez Manifest z Ventotene. W manifeście tym jednoznacznie wskazuje się konieczność likwidacji państw narodowych na rzecz budowy totalitarnego superpaństwa z gospodarką centralnie planowaną.
     
     
             W celu zapanowania nad ewentualnymi buntami świadomej części społeczeństw konieczne będzie gigantyczna inwigilacja. Po to jest właśnie cyfryzacja (w tym portfel tożsamości cyfrowej, pieniądz cyfrowy). Proces ten ma ułatwić postępujące ubóstwo, będące m.in. skutkiem paranoicznej polityki Zielonego Ładu oraz wymieszania kulturowe europejskich społeczeństw, będącego efektem masowej imigracji z obcych kulturowo części świata.
     
     
              To co Spinelli nazywał „likwidacją państw narodowych” Thun i jej towarzysze ze Spinelli Group nazywają „pogłębianiem integracji” oraz „więcej Europy w Europie”.  Thun porzuciła klasycznie rozumiane przywiązanie do ojczyzny, sytuując się na pozycjach uniocentrycznych. Dla niej Unia Europejska jest naczelnym obiektem politycznej lojalności, a Polska odgrywa rolę zaledwie jednego z wielu landów.
     

            Negowanie znaczenia interesu Polski przez Thun sprawiło, iż w 2018 roku eurodeputowany Ryszard Czarnecki porównał ją do szmalcowników.  Osobiście uważam, iż t nie było to specjalnie trafne porównanie. Thun wytoczyła Czarneckiemu proces, który oczywiście wygrała.
     

           W 2019 roku Thun ponownie została wybrana do Parlamentu Europejskiego. W maju 2021 roku wystąpiła z Platformy Obywatelskiej, przystępując do ugrupowania Polska 2050 oraz frakcji „Odnówmy Europę” w PE.
     

            Gdy w maju 2021 roku jednoosobowo Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał Polsce natychmiastowe wstrzymanie wydobycia w Kopalni Węgla Brunatnego „Turów” do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy, Thun pogratulowała kontrowersyjnej sędzi Silvie de Lapuerta.  Niedługo wyszło ma jaw, iż Thun już tydzień przed decyzją TSUE lobbowała w PE przeciwko rodzimej kopalni. Thun razem z Janiną Ochojską oraz Sylwią Spurek zainicjowały a następnie podpisały list grupy europosłów do Komisji Europejskiej, w którym domagano się, aby „Komisja Europejska wykorzystała wszystkie dostępne instrumenty, by chronić obywateli zamieszkujących narażone tereny” i rozpoczęła procedurę naruszeniową przeciwko Polsce.
     

           W tym samym czasie Thun zaczęła ponaglać  Komisję Europejską, żeby zastosowała mechanizm warunkowości względem państw „naruszających praworządność” (czytaj: Polski i Węgier). W celu wzmocnienia swoich nacisków zaczęła nawet grozić, że pozwie KE za bezczynność. „Nie możemy być biernymi świadkami coraz głębszego kryzysu praworządności w UE. – pisała – Komisja Europejska dysponuje mechanizmem warunkowości (pieniądze tam, gdzie przestrzegane jest prawo), ale go nie stosuje. Rozważamy pozew za bezczynność”.
     

             W 2023 roku została inicjatorką i jednym sygnatariuszy listu do  Ylvy Johansson, europejskiej komisarz do spraw wewnętrznych, w sprawie „palącego kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej”.  W apelu do Johansson przekazano również sprzeciw wobec wykorzystywaniu unijnych funduszy do finansowania zapory na granicy Polski z Białorusią.
     

            „Takie środki nie tylko utrwalają podziały i separację między społecznościami, ale także mają negatywne skutki humanitarne i gospodarcze. – napisano w nim - Uważamy, że fundusze UE powinny być wykorzystywane do promowania integracyjnego i opartego na współpracy podejścia, które sprzyja jedności i wzajemnemu zrozumieniu wśród państw członkowskich. W związku z tym z szacunkiem pytamy, czy podziela Pani tę samą opinię i czy jest Pani zaangażowana w promowanie alternatywnych rozwiązań, które przedkładają współpracę i integrację nad dzielące mury graniczne”.
     

           Thun była także wielką entuzjastką wystawy (na zaproszeniu widniało jej nazwisko) wystawy zorganizowanej w Parlamencie Europejskim pt. „Sekrety polskich lasów”. „Dzieło” poruszało sprawę budowy zapory na granicy Polski z Białorusią i kwestię rzekomego jej negatywnego wpływu na środowisko naturalne.
     

          W opisie wystawy znalazło się stwierdzenie, że od początku konfliktu granicznej, po polskiej stronie zginęło już czterdziestu migrantów. Na obrazkach z wystawy byli rzekomi migranci koczujący za graniczną zaporą. Celem wystawy, pomijającej całkowicie kontekst – inspirowanie przez służby białoruskie i rosyjskie tej fali migracji - było bezpardonowe uderzanie w Polskę, by całkowitą winę zrzucić na polskie służby.
     

          Przy przypadku Thun poczucie lojalności wobec własnego państwa dawno już ustąpiło miejsca abstrakcyjnym „wartościom europejskim” oraz unijnej biurokracji.
     

           Wobec oporu poprzednich władz Polski wobec żądań likwidacji jednomyślności w UE, Thun oskarżyła Warszawę o osłabianie UE. „Mieliśmy tę Unię ożywiać i wzmacniać, ale jesteśmy krajem, który Unię osłabia. – dowodziła – Bo to jest jeden organizm i tak to musimy widzieć. Jeśli jeden kraj niszczy praworządność, niszczy prawo, jeżeli sędziowie nie są niezawiśli i niezależni a ten element choruje to trzeba dać mu antybiotyk, bo on musi wyzdrowieć”.
     

        Po przejęciu władzy w grudniu 2023 roku przez nowy rząd, pomimo braku jakichkolwiek zmian w prawie, Komisja Europejska uznała, iż w Polsce jest już praworządność, prokuratorzy wyznaczeni przez Bodnara są niezależni, a sędziowie niezawiśli.
     

          Prawdziwym dramatem Polski jest to, iż polityce funkcjonują osoby, jak np. Thun, które czują się bardziej związane z abstrakcyjną UE niż realnym państwem polskim.
     

           Wanda Wasilewska także czuła się bardziej związana ze Związkiem Sowieckim niż ze swoją ojczyzną.
     

           Pozostając w Związku Sowieckim Wasilewska musiała  zrezygnować z wielkich zamierzeń politycznych.  Była co prawda aż do końca życia deputowaną, skierowano ją też do działalności w Światowej Radzie Pokoju, ale to była klasyczna synekura.


           Zdrowie jej coraz bardziej doskwierało, miała problemy z sercem i układem krążenia. Zmarła 29 lipca 1964 roku w Kijowie, gdzie też została pochowana.
     

            Thun natomiast ma szansę zostać wybrana – tym razem z listy Polska 2050 – po raz kolejny do Parlamentu Europejskiego, gdzie nie będzie kierowała się interesem Polski, ale Związku Sowieckiego, pardon Unii Europejskiej.
     

         Uptade: Róża Thun nie zdobyła jednak mandatu do PE. Zapewne jednak przyjaciele z Brukseli nie zapomną o takim lojalnym sojuszniku.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    J. Molenda – Bierut i Wasilewska. Agent i dewotka
    A. Ciołkosz  - Wanda Wasilewska. Dwa szkice biograficzne
    W. Sokorski -  Adieu, burdel czyli notatnik intymny
    T. Torańska  – Oni
    A. Wat - Mój wiek. Pamiętnik mówiony
    W. Gomułka - Pamiętniki
    Z. Berling - Wspomnienia, t. 2. Przeciw 17. Republice
    https://dorzeczy.pl/opinie/192595/fiedorczuk-unijczycy-polskiego-pochodzenia.html
    https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/185870,1,roza-thun---jej-droga-do-europy.read
    https://wydarzenia.interia.pl/raport-wybory-do-parlamentu-europejskiego-2024/news-roza-thun-zachwala-zielony-lad-nie-tylko-rolnicy-sie-znaja,nId,7511952
    https://polskieradio24.pl/artykul/2744015,radykalne-i-antypolskie-dzialanie-prof-domanski-o-inicjatywie-rozy-thun
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Tej niedzieli Hiobowscy wybrali się na spacer do osiedlowego parku. Pogoda była ładna i po parkowych alejkach spacerowało już wiele osób.
    Hiobowscy doszli do małego mostku nad stawem. Stało tam już dwoje starszych ludzi i wpatrywało się w wodę.
    - Coś się stało? - zainteresował się dziadek Łukaszek kiedy Hiobowscy przechodzili obok nich.
    - Sam pan zobaczy - starszy pan cofnął się od barierki robiąc miejsce.
    Nie wyglądało to dobrze. W wodzie, przy brzegu leżały śmiecie, folie, butelki.
    - Okropne - stwierdziła siostra Łukaszka. - Ależ ta przyroda brzydko wygląda.
    - Na szczęście reszta parku czysta i piękna - babcia Łukaszka odwróciła wzrok.
    - Przecież to nie przyroda zrobiła - wzruszył ramionami tata Łukaszka. - Krzaki i woda nie wytwarzają butelek i folii. Ktoś to przyniósł i tu wrzucił.
    - Ktoś, ktoś - skrzywiła usta mama Łukaszka. - To trzeba powiedzieć wprost: człowiek. To zrobili ludzie.
    Starsza pani odwróciła się ku nim. W jej oczach płonął niezdrowy ogień. Huknęła:
    - Tak! Ma pani ateistyczną rację! To zrobili ludzie! Człowiek to największa zakała tej planety! Ludzie to patologia! Niszczyciele! Emitują CO2 i przynoszą wstyd za granicą! - po czym nabrała powietrza i wypaliła:
    - Wszystkich ludzi należy eksterminować!
    Zrobiło się niezręcznie.
    - Khem - przerwał milczenie Łukaszek. - Nie wiem czy pani do końca wie co mówi, no bo potępiając ludzi potępia pani również samą siebie, wszak jest pani człowiekiem, czyż nie?
    I u go czekała niespodzianka.
    - Nie - uśmiechnęła się pani i wskazała pana stojącego obok. - Od dawna mąż i ja nie czujemy żadnej głębszej więzi z ludźmi. Mieszkamy wśród nich, to prawda, ale tylko dlatego, że urodziliśmy się na tym osiedlu. Gdybyśmy tyko mogli to byśmy wyjechali. Marzę o życiu w otoczeniu króliczków, a mąż wśród pietruszki.
    Starszy pan zaśmiał się. Na lewej górnej jedynce miał przyklejoną natkę.
    - Przepraszam bardzo - nie poddawał się Łukaszek. - Państwo uważacie, że nie jesteście ludźmi? To kim w takim razie?
    Starszy pan odrzekł z namaszczeniem:
    - Ssakami.
    5
    5 (1)