11 lutego i biedni, wykorzystani Polacy...

 |  Written by Max  |  6
Przed chwilą spojrzałem na kalendarz i coś mi się przypomniało - właśnie mija 200 lat od jednej z najpiękniejszych kampanii militarnych w dziejach wojskowości, od desperackiej obrony Francji przed wojskami koalicji antynapoleońskiej. Jest już po Lipsku (październik 1813), a zarazem, wydawałoby się, "po ptokach", wróg dawno już wkroczył w granice Francji, ale dzieją się cuda.  Między 10 a 14 lutego 1814 roku cesarz, mając do dyspozycji marne 30 tysięcy ludzi, stawia czoło 120 tysięcznej armii pruskiej pod wodzą tego samego Bluchera, którego zobaczymy potem pod Waterloo. W bitwach pod  Champaubert, Vauchamps, Montmirail i Chateau-Thierry Francuzi zadają przeciwnikowi poważne straty - historycy piszą nawet o 20 tysiącach - po raz kolejny powstrzymując marsz aliantów w kierunku Paryża. Słynna kampania sześciodniowa to oczywiście tylko jeden z epizodów wojny obronnej, nie zamierzam zanudzać miłych Czytelników szczegółową mini-monografią. Dla porządku dodam, że skończyło się tak, jak skończyć się musiało. Gdzie był Napoleon - Francuzi wygrywali, gdzie byli jego marszałkowie - dostawali w skór. Prosty efekt skrajnej dysproporcji sił, armie sprzymierzone liczyły z górą pół miliona żołnierzy. Pod koniec marca Paryż zostanie zajęty, a ciąg dalszy znany jest wszystkim. Abdykacja, Elba, Sto Dni, Waterloo, Święta Helena.

Natomiast, przy okazji tych moich militarnych wspominków, zahaczę o inne sprawy. O zafałszowany obraz samego Napoleona Bonaparte, pokutujący dotąd na kartach naszych, pożal się Boże, podręczników szkolnych, ba, nawet w niektórych "naukowych" opracowaniach. Napoleona, który miał wykorzystać Polaków, wykrwawić, sprzedać i cynicznie zdradzić. O tezę, jakoby wojny napoleońskie i nasz w nich udział były niemalże największym nieszczęściem, które dotknęło nas w XIX wieku.

Zacznijmy od pieca. W 1795 roku Rzeczpospolita Obojga Narodów przestaje istnieć. Europa patrzy obojętnie, nikomu nie zależy i nikt nie chce z trzema Czarnymi Orłami zadzierać, wszyscy mają inne problemy, niż jakaś tam Polska. 

W 1799 roku do władzy we Francji dochodzi Bonaparte. Koniec Dyrektoriatu, zostaje ustanowiony Konsulat - tyle w ramach nudnej "powtórki z historii". Teraz, obiecuję, będzie już trochę ciekawiej.

Mały Korsykanin, który mianował się Pierwszym Konsulem Francji, mówi, i to wielokrotnie, rzeczy... - no, sami oceńcie, jakie:

"Stara Francja opluła się i zhańbiła, przypatrując się z podłą bezczynnością zagładzie takiego królestwa, jak Polska. Polacy byli zawsze przyjaciółmi Francji i ja biorę na siebie obowiązek ich pomszczenia."
Ładne, prawda? Jest takich "kwiatków" mnóstwo, dziwnym trafem zazwyczaj przemilczanych i zapomnianych. Proszę, jeszcze jeden, z czasów kiedy Bonaparte był "tylko" Konsulem:

"Jeśli pożyję jeszcze ze dwadzieścia lat zmuszę Rosję, Prusy i Austrię do zwrócenia Polsce zagrabionych ziem."

W 1806 roku Napoleon wkracza do Prus unicestwiwszy uprzednio ich armię w dwóch symultanicznych bitwach pod Jeną i Auerstedt. Mimochodem dorzucę, że dużo ważniejsza i trudniejsza do wygrania była druga z bitew, i że cesarza tam nie było. Ale był Louis Nicolas Davout (bądź d'Avout, jak pisała się przed Rewolucją jego rodzina)...

I okazuje się, że ten facet z Korsyki, który zdążył po drodze zostać cesarzem (w 1804 roku Francuzi wybrali go na cesarza, w plebiscycie otrzymał ponad 90% głosów) zamierza dotrzymać danego Polakom słowa. No, ewenement, prawda?
W relacji Wybickiego (znanego głównie jako autor słów nieobcej nam wszystkim Pieśni) wygląda to tak:

Szambelan zawołał: "Pan Wybicki, Polak, do cesarza". - Otworzono mi pokój, zastałem go przy kominku. Zaczął chodzić po pokoju i mnie być obok siebie kazał. Zaczął mówić, że mu wypada ścigać nieprzyjacieła przez Połskę, że on ten kraj rozszarpany i zatracony chce wskrzesić, ałe mu trzeba wiedzieć, czy wojsko w nim znajdzie wygody i żywność? - Odpowiedziałem z wielką przytomnością, iż jeżeli wnijdzie do kraju jako zwycięzca, wszystko nakazać może, ale jeżeli wchodząc oświadczy się być naszym wskrzesicielem, wszystko mu sami poniesieni w ofierze. Na to cesarz: "Czy mi to waćpan zaręczasz?" - "Zaręczam - śmiało odpowiedziałem - bo Polak krew i byt swój cały odda dla odzyskania niepodległości i Ojczyzny". 

On zaś, czytając z mej twarzy to szczere wyznanie, odezwał się: " Wiem, że posiadasz wiełkie zaufanie u swoich współrodaków, napisz tu więc zaraz proklamację do nich, iż wchodzę do Połski w trzykroć sto tysięcy wojska, iż gdy obaczę, że są godni być narodem, będą nim". 


Słynna odezwa została napisana (tej cytować nie będę, jest powszechnie znana, sygnował ją Dąbrowski), rozplakatowana, podana do wiadomosci publicznej. I co? I nic. Jakoś nie przemówiła do uczuć patriotycznych naszych rodaków, nie zauważyli szansy, którą daje im oferta tego "naiwniaka" Bonapartego, który wymyślił sobie, że słowa trzeba dotrzymywać. Albo - nie zależało im na odzyskaniu niepodległości. Albo - byli zbyt zajęci wkupowaniem się w łaski zaborców, śladem Branickiego, Potockiego, Czartoryskich czy króla Stasia. Oczywiście, nie przesadzajmy z idealizowaniem Napoleona. Był pragmatykiem. Polska, sprzymierzona z Francją, byłaby dla Francji atutem - ale wcale też jej być nie musiało. W polityce istnieją różne drogi prowadzące do jednego celu.

A Polacy?
Jak złosliwie i trafnie napisał Norwid (jak na wieszcza całkiem intelektualnie ogarnięty):
"Polacy czekają, aż Francuzi przyjdą im zrobić ojczyznę".

Więc zrobili. I dopiero zaczęły się narzekania: że małe to Księstwo Warszawskie, że nazwa nie ta... Cóż, być może byłoby większe, gdyby w 1806 i 1807 roku Polacy pomogli. Bo, o ile z Prusakami poszło cesarzowi jak po maśle, to z Rosjanami zaczęły się schody. Mordercza bitwa pod Iławą Pruską zakończyła się nierozegraną. A po bitwie wśród Francuzów rozległy się okrzyki "Niech żyje pokój" - zamiast standardowego "Niech żyje cesarz". Później pod Friedlandem poszło lepiej, ale sytuacja wcale nie wyglądała różowo. Armia wymęczona, na całkowite pokonanie molocha rosyjskiego z marszu nie było co liczyć - bez zaliczenia ryzykownej wycieczki na moskiewskie stepy - a na południu powoli zaczynałą szukać swojej okazji do rewanżu Austria, z grubsza wylizawszy rany po batach otrzymanych dwa lata wcześniej. I tak doszło do sławnego pokoju w Tylży, carowi Aleksandrowi też odechciało się na jakiś czas wojenki. Pokoju, na mocy którego powstało Księstwo Warszawskie.

Summa summarum: nie zrobiliśmy praktycznie nic (lokalnych ruchawek w Wielkopolsce pod wodzą Dąbrowskiego i Wybickiego nie liczę, nie miały żadnego znaczenia dla przebiegu działań wojennych), a dostaliśmy prezent. I to jaki - własne państwo! Przecież Bonaparte mógł łatwo nas "przehandlować" w zamian za inne korzyści: na Bałkanach, w Skandynawii, Holandii, Turcji i wielu innych miejscach. Bo dwaj panowie obradujący w Tylży mieli praktycznie całą Europę na talerzu, do podziału (Anglia, jak kiedyś już ustaliłem, na potrzeby własnej "geografii", w Europie nie leży), należało się jeszcze liczyć z Austrią, ale to tyle. Król pruski w Tylży antyszambrował u Napoleona, a jego żona Luiza na zmianę przystawiała się to do Aleksandra (właściwej miłości królowej), to do Bonapartego - tak wyrażał się jej ówczesny "niemiecki patriotyzm", trzeba było resztki państwa ratować...

Wracam do tematu.

W 1809 roku terytorium Księstwa Warszawskiego powiększyło się dwukrotnie, po wygranej wojnie z Austrią. Polacy mieli już wtedy jaką taką armię, udało się Poniatowskiemu pod Raszynem Austriaków zatrzymać, do czasu kiedy bitwa pod Wagram dopełniła losów tej, z kolei, wojny. Przy okazji, aby nie być błędnie rozumianym muszę dodać: cześć i chwała tym Polakom, którzy u boku Napoleona walczyli. Dużo by pisać, a i tak notka rozrasta mi się i rozrasta, ale... - wiecie, że w czasie odwrotu Wielkiej Armii z Moskwy żołnierze innych narodowości płacili bajońskie sumy za polskie mundury, czy choćby fragment munduru? A czemu? Bo Polacy, w tym "1 - szy Pułk lekkokonny polski gwardyi", jako jedni z niewielu w rozpadającej się Grand Armee, dość skutecznie dawali sobie radę z nękającymi wosjko Kozakami. Na tyle skutecznie, że na sam widok polskich barw Kozacy uciekali. Nie tylko wyjaśnia wysoką "wartość rynkową" polskiego umundurowania tej morderczej zimy - pokazuje też jakimi żołnierzami byli Polacy. Jeden z polskich weteranów wojen napoleońskich pisał w 1863 roku: "Za moich czasów dość było pięść Kozakowi pokazać. A teraz?"

Nieszczęsna wyprawa na Moskwę rozpoczęła się 22 czerwca (jeśli liczyć datę odezwy cesarskiej do armii), tego samego dnia w 1941 zaatakowali Niemcy - ciekawostka bez żadnego znaczenia, ale zawsze ciekawostka. Napoleon oficjalnie nazwał ją "drugą wojną polską", ale nie "na użytek Polaków", jak podają niektóre podręczniki i historycy tkwiący jeszcze mentalnie w  PRL-u - on ją po prostu tak nazwał. I powiedział to wszystkim, nie tylko Polakom. Przykład na taką małą manipulację...

Dlaczego polska? Bo miała doprowadzić do przyłączenia Litwy, Ukrainy, Podola. W austriacko-francuskim układzie sojuszniczym z 1814 roku była nawet mowa o oddaniu Królestwu Polskiemu części Galicji, w zamian za bałkańską rekompensatę dla Franciszka, cesarza Austrii. Bonaparte liczył na to, że, przynajmniej tym razem, Polacy będą wiedzieli, co jest dla nich dobre i kto jest ich przyjacielem - jedynym zresztą, jakiego mieli. I że pomogą pokonać Rosję. Że pojawią się ochotnicy z terenów zajmowanych przez Austrię, że ruszy się Litwa... Ale, nie. Z terenów zaboru rosyjskiego dopłynęło maksimum około 20 tysięcy ochotników. Łącznie z kilkudziesięciotysięczna armią Księstwa - to wszystko. Wliczając późniejsze pobory i uzupełnienia Polacy wystawili w sumie może 100 tysięcy. Na papierze (a raczej na monitorze) ta cyfra wygląda nieźle. Tylko że Polaków było wówczas kilkanaście milionów... a szło o naszą przyszłość. Za to znalazło się sporo Polaków walczących po stronie zaborców...

Rok 1814 to koniec naszych nadziei, a Kongres Wiedeński w 1815 śmiało może być określany mianem "czwartego rozbioru Polski". Koniec wszystkiego. Dostaliśmy się pod władzę niezrównoważonego psychicznie (z czasem coraz bardziej) despoty, który w trakcie Kongresu zostawiał wolne miejsce przy swoim stole dla Jezusa Chrystusa (sic!), "króla polskiego", z drugiej strony pod pruski but, a austriacki liberalizm też między bajki można włożyć...

Biedni, wykorzystani przez "korsykańskiego potwora" (termin z burbońskiego szmatławca, użyty po ucieczce cesarza z Elby), Polacy...

Walerian Łukasiński pisał:
"Że Napoleon oszukiwał Polaków dla własnych korzyści, to nam powtarzają miliony razy w różnych językach. Niech temu wierzy, kto chce, tylko Polacy - których to najbardziej dotyczy - nigdy temu nie uwierzą."

Nie miał racji twórca "Towarzystwa Patriotycznego", bardzo się w ocenie Polaków pomylił.
Jerzy Łojek, jeden z wybitniejszych historyków XX wieku, tak ocenił działania Napoleona:
"Zrobił dla Polski więcej niż jakikolwiek inny mąż stanu w ciągu ostatnich trzech stuleci, po dzień dzisiejszy."

A co mówił sam cesarz?
"Oto ludzie, co na takich koniach biją nieprzyjaciół i zabierają im sztandary! To przecież dzielna jazda i dzielny naród ci Polacy!"
 "Spójrzcie na Polskę, tę ziemię dzielnych, na ten naród, który miłość ojczyzny posuwa do ubóstwienia!"


Miał rację Napoleon?








 
5
5 (7)

6 Comments

Obrazek użytkownika Szary Kot

Szary Kot
tak mi jakoś Panem Rzeckim zabrzmiało laugh
Dawno temu, gdy jeszcze byłam studentką, w czasie zajęc odbył się "sąd nad Napoleonem". Wtedy należałam do etuzjastycznych obrońców cesarza.
Dziś, przyznam, wzrasta realizm i krytycyzm. Najważniejszy dla Napoleona był własny interes, a polscy żołnierze wiele mogli pomóc...
 

"Miejcie odwagę... nie tę tchnącą szałem, która na oślep leci bez oręża,
Lecz tę, co sama niezdobytym wałem przeciwne losy stałością zwycięża."

Max
Oczywiście, że dla Napoleona najwązniejszy był interes Francji - był Francuzem. :)
Natomiast Polakom zrobił prezent. Polscy żołnierze mogli pomóc, istotnie, obawiam się tylko, że właśnie realizmu zabrakło wtedy naszym rodakom, później zresztą, tym bardziej.

PS. Pół biedy, że Rzeckim. Gorzej gdyby Szlangbaumem, Ochockim albo, nie daj Boże, Wokulskim. :)

"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
Obrazek użytkownika SmokGorynycz

SmokGorynycz
Księstwa Warszawskiego wynosiła niespełna 5 milionów. Wedle współczesnych norm mobilizacyjnych, uznaje się, że armia o jakiej takiej zdolności bojowej może liczyć maksimum 10% populacji. A to wedle norm - no, przesadziłem, nie dzisiejszych kosmopolitycznych i zawodowych, lecz XX-wiecznych nacjonalistycznych. Co mieliśmy w początku wieku XIX? Góra 20% szlachty i mieszczaństwa, reszta to chłopi z kompletnie nierozbudzoną jeszcze świadomościa państwową i narodową. Czyli 1/5 z pięciu milionów to milion, 10% zdolności mobilizacyjnych, to 100 tysięcy. Więc nie narzekaj Maxie na wysiłek wojenny Polaków - bo oprócz chęci były jeszcze uwarunkowania materialne. A te determinowały sumy bajońskie...
Za tekst dziękuję - super :)
Pozdrawiam
 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
"Rewolucje przerażają, ale kampanie wyborcze wzbudzają obrzydzenie."

Max
Dziękuję, Smoku.
Pisząc o Polakach siegnąłem do źródeł szacujaych całą ówczesną populację, także zamieszkującą tereny polskie poza granicami Księstwa, a pod kontrolą państw ościennych. Nie uważam, aby samo Księstwo Warszawskie mogło zrobić wiele więcej, w kwestii mobilizacji większej siły zbrojnej...
Chociaż?
Wojny napoleońskie to czas, kiedy armie zaczynają realnie ze sobą walczyć, dążąc do eliminacji "siły żywej". Czasy, kiedy kilkugodzinne chodzenie wokół młyna, okupione niewielkimi ofiarami ma skutek chaotycznego ostrzału, określane było mianem przełomowej wiktorii - bezpowrotnie mijają.
Bitwy, wielkie bitwy - to prawdziwe hekatomby. Nawet dla nas, a co dopiero dla współczesnych.
Armie stają się liczniejsze, pojawia się w powszechnym użyciu przymiotnik "narodowy", "narodowe", równiez w odniesieniu do sił zbrojnych. Pojawia się zintensyfikowany powszechny pobór do wojska. 
Piszesz o chłopach - owszem, tu bylismy do tyłu. Cokolwiek by złego o Rewolucji nie pisać (a można wiele) to jednak jej zasługą pozostaje, iż na tym polu Francuzi mieli zdecydowaną przewagę (nie tylko nad Polakami), w kwestii "świadomości patriotycznej". 
Dlatego trudno mówić o szansach na zryw chłopski na terenach poza granicami Księstwa, ale w samym KW? Używając, jednak działającej jakoś, maszynki administracyjnej do mobilizacji?

Ale Polaków krytykuję przede wszystkim za podejście do sprawy. Za spychotechnikę, obwinianie Napoleona. Szansa była, tylko niektórzy, również ci oceniajacy z perspektywy dziesięcioleci i wieków, nie chcą tego faktu przyjąć do wiadomości. Jak dużo zabrakło, czy pokonanie Rosji było osiągalne - o, nad tym można się zastanawiać. 

De facto, ten moment dziejowy dał nam okazję lepszą niż którekolwiek z powstań, następną taką mieliśmy w czasie I wojny. Choć i wtedy w kieleckiem okna się zamykały... Postrzegam analogię, niestety.

 

"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."
Obrazek użytkownika SmokGorynycz

SmokGorynycz
za marksistę, ale jeszcze raz odniosę się do bazy. Sam Napoleon oczekiwał od Księstwa, że będzie zapleczem aprowizacyjnym największej armii jaką widział świat. A przy ówczesnej ekstensywnej gospodarce ziem polskich, oznaczało to konieczność zaangażowania potężnej siły roboczej w produkcję i automatycznie ograniczało zdolności mobilizacyjne. 
Fakt, w "unarodowieniu" byliśmy za Francją - przecież to właśnie ona wprowadziła jako pierwsza pobór powszechny, dzieki któremu przez lat kilkanaście prowadziła wojnę z całą Europą (również w Ameryce) - ale wcale nie tak bardzo, jak Prusy o Rosji nie mówiąc. 
Czy lata 1807-1813 rzeczywiście dały nam szansę większą niż na przykład rok 1830, kwestia do długiej dyskusji. Niezaprzeczenie nigdy  - praktycznie do dzisiaj - nie mieliśmy tak potężnego sprzymierzeńca tak zdecydowanego do działań na naszą korzyść
To, że ówczesne elity polskie zachowały sie małostkowo - to jasne. Knucie z Aleksandrem za plecami Napoleona - krótkowzroczność to najłagodniejsze z określeń. Ale zobacz, to jakaś nasza przypadłość (no, powiedzmy: słabość): 100 lat później Dmowski będzie robił to samo.
Analogie postrzegam również, chociaż gdyby Piłsudski wkraczał w towarzystwie kilkunastu chociazby dywizji francuskich otwierałyby sie i okiennice i drzwi na oścież.
:))
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
"Rewolucje przerażają, ale kampanie wyborcze wzbudzają obrzydzenie."

Max
Kampania 1812, w pewnym sensie, nie daje mi spokoju. Oczywiście, błędy Napoleona są oczywiste, poczynając od podstawowego: postawił na ilość, nie jakość, chyba pierwszy raz w życiu. Tak naprawdę, wartosć bojową prezentowały tylko dywizje francuskie (a duża częśc armii francuskiej zajmowała się wojenką (o pietruszkę, jak się okazało z perspektywy) w Hiszpanii, poza tym pozostawali Polacy. Zbieranina ze związku Reśnkiego, Bawarczycy i inna hołota niemiecka - to żarty. Odrobinę lepiej prezentowali się posiłkowi Włosi - ale ci byli najbardziej podatni na "nagły atak zimy".

Zawalił na wstępie, pod Borodino, powiedzmy że wierzymy, że był chory - zresztą styl poczynań francuskich, ataki na wprost a la marszałek Ney (prawdziwy popis dał potem pod Waterloo) na Trzy Strzały wskazują, że to może być prawda. Ale już miesięczny postój w Moskwie był samobójstwem. Tak, czekał na propozycje pokojowe... Napoleon - czekał (sic!). Starość nie radość. :)

Błysnął jako dowódca - i to w niesamowity sposób - pod Borodino. Uratował co dało się uratować, przypomina mi się Hydaspes (czy Dżelam, jak kto woli), warunki były podobnie trudne: monsun/zima...

Ale pomijając Napoleona - jakkolwiek cenię go jako dowódcę, a jeszcze bardziej za inne osiągnięcia, to przecież "tylko" Francuz- rok 1812 nie daje mi spokoju, bo potem to już była równia pochyła, dla Polski. Powyłaziły z dziur i salonów Wielopolskie, Zajączki i inne - czarne owce zawsze sie znajdą - tyle że te owce znalazły uznanie, u stada baranów. Przy oakzji okazało się, ze zbaranienie jest genetycznie przekazywalne, stąd różne ciekawe "szkoły" historyczne, potem jak znalazł dla komunistycznej "historiografii".

Prawdą jest, że pan z Korsyki liczył na Polaków - pomylił się dwa razy. Co do ilości, gdzie się rozczarował, i co do jakości, tu efekt przerósł jego oczekiwania. Poczytam, dokształcę się dodatkowo - teraz mam na tapecie Wielką Kartę i okolice, jako li tylko historyk-amator mogę sobie pozwolić na skoki w bok - kiedy skończę wrócę w dyskutowane wyżej rejony i czasy. Brandys (i paru innych) zajmuje u mnie poczesne miejsce w biblioteczce (również tej wirtualnej), zaraz obok przygód kapitana Żbika, ale są istnieją inne źródła, mam nadzieję, że dostępne po angielsku, bo mój francuski bardzo jest.. podstawowy. :) I wrócę do tematu Księstwa Warszawskiego i jego możliwości. :)
 

"Cave me, Domine, ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo."

Więcej notek tego samego Autora:

=>>