blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Zdobycie przez Sowietów Budapesztu nie oznaczało zakończenia walk na Węgrzech.
     
     
         Po zdobyciu Budapesztu dowództwo sowieckie nakazało 2, 3 i 4 Frontom Ukraińskim rozpoczęcie przygotowań do przeprowadzenia operacji na kierunkach Budapeszt—Bratysława—Brno oraz Budapeszt—Wiedeń. Sowieci zamierzali przeciąć linie komunikacyjne sił niemieckich broniących się jeszcze na Bałkanach, wyeliminować przemysł zachodnich Węgier oraz Austrii (zwłaszcza zakłady wydobywania i przerobu ropy naftowej), odciąć siłom niemieckim walczącym na północy Niemiec drogę do tzw. twierdzy alpejskiej, a także, przez odciągnięcie sił niemieckich z kierunku berlińskiego, wspomóc armie atakujące w stolicy Niemiec.
     
     
          Walczący na Słowacji 4 Front Ukraiński miał zdobyć okręg przemysłowy Morawskiej Ostrawy i od północy ubezpieczać natarcie na Wiedeń. 2 Front Ukraiński miał zdobyć Nowe Zamki i Bratysławę, a następnie zająć Brno. Lewe skrzydło tego frontu miało natomiast współdziałać z armiami 3 Frontu Ukraińskiego  w celu uchwycenia Wiednia. Lewe skrzydło 3 Frontu Ukraińskiego, nacierające na południe od Balatonu, miało posuwać się na Graz—Maribor w kierunku Alp.
     
     
         Nowa ofensywa miała ruszyć 15 marca, jednak 17 lutego na 7 armię gwardii spadło piorunujące uderzenie. Natarcie to, było wstępem do operacji niemieckiej, która w marcu 1945 roku miała wstrząsnąć frontem wschodnim.
     
     
         20 lutego 1945 roku szef sztabu armii amerykańskiej gen. George Marshall ostrzegał szefa sztabu Armii Sowieckiej gen. Aleksieja Antonowa, że Niemcy szykują dwa potężne zgrupowania uderzeniowe na froncie wschodnim, jedno na Pomorzu do ataku w kierunku na Toruń, a drugie między Morawską Ostrawą a Wiedniem z zadaniem wykonania uderzenia w kierunku na Łódź.
     
     
         W rzeczywistości zaś Niemcy planowali wykonać uderzenie na południowym skrzydle frontu wschodniego, z rejonu Balatonu w celu zlikwidowania sowieckiego przyczółka na Dunaju. Konsekwencją powodzenia planowanej operacji byłoby unicestwienie przygotowań do ofensywy na Wiedeń oraz zmuszenie dowództwa sowieckiego do zabrania znacznych sił z głównego kierunku, jakim był kierunek berliński. Ustabilizowanie się frontu na Węgrzech w oparciu o Dunaj pozwoliłoby zabrać z Grupy Armii „Południe” siły potrzebne do obrony stolicy Niemiec.
     
     
         Plan przeprowadzenia kontrofensywy przewidywał wykonanie trzech silnych uderzeń w zbieżnych kierunkach w celu rozbicia sowieckiej obrony i rozczłonkowania 3 Frontu Ukraińskiego, a następnie zniszczenie jego okrążonych armii. Dodatkowym celem operacji było zabezpieczenie ostatnich pól naftowych pozostających pod kontrolą Niemiec, w węgierskim Nagykanizsa. Główne uderzenie miało być przeprowadzone siłami 6 armii polowej oraz przerzuconej z frontu zachodniego 6 armii pancernej SS (d-ca. SS-Oberstgruppenfuhrer Joseph Sepp Dietrich), w której skład wchodziły: I Korpus Pancerny SS (d-ca. SS-Obergruppenfuhrer Hermann Priess), II Korpus Pancerny SS (d-ca. SS-Obergruppenfuhrer Wilhelm Bittrich) oraz  I Korpus Kawalerii (d-ca. generał Gustav Harleneck), z rejonu między jeziorem Velence a Balatonem, w ogólnym kierunku na Dunaföldvár i Dunapentele. Po przełamaniu sowieckiej obrony część sił miała ponownie skierować się na północ, na Budę, a część zaś na południe, aby współdziałać z 2 armią pancerną. Drugie uderzenie Niemcy zamierzali wykonać siłami właśnie tej armii, w kierunku na Kaposvár. Trzecie uderzenie miał wykonać XCI korpus z grupy armii gen. Weichsa z południowego brzegu Drawy na Pécs i Szekszárd, tak aby zamknąć kleszcze okrążenie 3 Frontu Białoruskiego od południa.
     
     
          Żołnierze 6 armii pancernej SS nie zostali powiadomieni, dokąd byli transportowani. Przypuszczali, że pociągi wiozą ich na pozycje nad Odrą, gdzie spodziewano się potężnej sowieckiej ofensywy. Aby ukryć swoje zamiary, rozkazem OKW poszczególne jednostki otrzymały zakodowane nazwy. I tak II Korpus SS był Sztabem Szkoleniowym SS, Das Reich stała się Grupą Treningową Północ a HohenstaufenGrupą Treningową Półudnie. Żołnierze i oficerowie otrzymali rozkaz odczepienia ze swoich rękawów naszywek z nazwami dywizji.
     
     
         Mimo posiadania pewnych informacji o niemieckich przygotowaniach do kolejnego natarcia na terenie Węgier sowiecka Kwatera Główna zdecydowała się nie przerywać przygotowań do operacji wiedeńskiej. Sowieckie dowództwo uznało, iż prowadząc działania obronne jednostki Armii Czerwonej powinny wyczerpać, wykrwawić i zatrzymać wroga, a następnie używając świeżych, nie wykorzystywanych do obrony wojsk przejść do generalnej ofensywy.
     
     
         Wehrmacht do operacji „Wiosenne przebudzenie”, zgromadził potężne siły (trzydzieści pięć dywizji, w tym jedenaście pancernych, razem około 431 tys. żołnierzy, 5630 dział i moździerzy, 877 czołgów i 900 samochodów i transporterów opancerzonych), porównywalne do tych, jakich użyto podczas ofensywy w Ardenach w grudniu 1944 roku.
     
     
         Do głównego natarcia, miedzy Balatonem a Velence, zostało zgrupowanych osiem dywizji pancernych (w tym cztery SS), dwie dywizje kawalerii, dwie dywizje piechoty oraz jedna węgierska dywizja piechoty. To zgrupowanie wzmocnione było większością sił pancernych — 807 czołgów i dział pancernych oraz 816 samochodów i transporterów opancerzonych — oraz ponad połową artylerii (3280 dział i moździerzy).
     
     
         Na początku marca 1945 roku na Węgrzech zaczął padać śnieg, który przerodził się w prawdziwą śnieżycę, która znacznie utrudniła przegrupowanie niemieckich jednostek. Dietrich zwracał się do OKW, żeby odłożyć termin ofensywy, albowiem jego oddziały nie dotrą na czas na miejsca koncentracji, lecz jego prośba została odrzucona. Pojazdy niemieckie posuwały się wolno, a piechurzy dźwigali na swoich barkach sprzęt i amunicję.
     
     
         Ostatnia wielka niemiecka ofensywa II wojny światowej rozpoczęła się 6 marca 1945 roku w godzinach porannych. Niemcy przełamali pierwszą linię obrony zmuszając Sowietów do wycofania się na drugą pozycję obronną. Padający deszcz ze śniegiem i odwilż sprawiły, iż  ciężkie niemieckie czołgi ledwo posuwały się do przodu, a widok zapadniętych po wieże w błocie czołgów nie był rzadkością.
     
     
         Pomimo tych trudności 11 marca Niemcy zdobyli drugi pas obrony, a sowieckie dywizje musiały się wycofać na na trzeci (ostatni) pas umocnień. Nie udało się jednak okrążyć i zniszczyć sił 3 Frontu Ukraińskiego.
     
     
         Sowieci przeciwstawili Niemcom zdecydowanie większe siły. I tak np. przeciwko pozycjom II Korpusu Pancernego SS stanęło sześć dywizji piechoty (21., 155., 206. oraz 36., 68. i 108. Gwardii) oraz 1. Korpus Zmechanizowany Gwardii i 18. Korpus Pancerny.
     
     
         Między 15 a 16 marca, dywizja Hohenstaufen utkwiła pod Sarosd, a Das Reich utrzymywała pozycje wokół Sarkeresztur. 17 marca, obie dywizje były dywizjami już tylko z nazwy. Hohenstaufen  dysponowała zaledwie 13 Panterami, 16 PzKpfw IV, 11 StuG-ów i 1 Jagdpanzer. Z kolei Das Reich miała na stanie 23 Pantery, 21 PzKpfw IV, 26 StuG-ów, lecz tylko 26 % z nich było sprawnych. Niemcom dokuczały chroniczny brak paliwa i części zamiennych. Wyczerpani żołnierze nie byli w stanie dłużej przeciwstawiać się Armii Czerwonej.
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

     Krakowski Kiermasz Dobrej Książki daje nam obraz środowiska go tworzącego. Znalazły się tam stoiska Gadowskiego, Michalkiewicza, tradycji katolickiej, Nowaka jednego i Nowaka drugiego (prof. prof. Andrzej Nowak i Jerzy Robert Nowak), Wydawnictwo eSPe było, za co mu chwała. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej „Sokoła” w Krakowie, przez co wykłady były w tym samym pomieszczeniu co kiermasz, przez co było głośno, bo ludzie gadali, kupowali a w kącie było wydarzenie kłapane. Już lepiej by te wykłady zrobili na wolnym powietrzu, tam jest boisko chyba. Przy okazji przechodnie by mogli coś usłyszeć i krakówek by się zagotował. Obok jest pub z targami płyt winylowych. Tam puszczają metal niesłuchalny. Co za porażka. Pub nie jest elementem kiermaszu, tylko jest swoim własnym elementem. Piszę to bo połowa nie załapie.

    Nie o tym jednak chciałem pisać. Redaktor Stanisław Michalkiewicz był łaskaw sformułować warunki zakończenia wojny, wkradły się jednak w jego wywód elementy gołosłowne. Owszem mamy różne scenariusze zakończenia konfliktu i jest między nimi maksymalny też:

    Ukraina odzyskuje utracone tereny: Donbas, Zadnieprze, Krym. Rosja ulega demilitaryzacji, degradacji, deatomizacji. Nie wiem skąd pomysł, że bolszewicki arsenał jądrowy musiałby trafić w ręce Ukrainy. Może w nasze trafi? Oczywiście w celu zabezpieczenia i utylizacji. Taki cel powinien nam przyświecać: przynajmniej w dużej części do nas. No bo gdzie? Pomysł, że Ukraina, wykończona wojną będzie dla nas groźna bo wejdzie w posiadanie ruskiego atomu jest mocno naciągany.

    Dodaję, że Rosja powinna ponieść skutki swoich wybryków, przede wszystkim finansowe, ale inne też. Powinna koszta wojny pokryć i zapłacić i odszkodowania. W jakiej formie – to już kwestia do dalszych rozważań. Nie spodziewam się, że Ukraina zajmie Kreml, Rosja raczej się posypie i rozpadnie do reszty.

    Z żalem zauważam, że niedostateczną uwagę poświęcił red Michalkiewicz rozsypywaniu się bolszewickiej strefy wpływu Azja Centralna zerka w kierunku Chin, Europa w kierunku Unii Europejskiej. Łatwy tryumf w starciu z Ukrainą miał zahamować te tendencje, operacja okazała się jednak niewydarzona, bo brakło organizacji. Sowiet powinien poczekać kilka miesięcy na certyfikację drugiej nitki Nord Strima raz. A dwa – na realizację Fit For 55 i innych ekscesów ekonomicznych. Po realizacji zeroemisyjności Unia wpadnie w głęboki kryzys ekonomiczny i przestanie być atrakcyjnym celem ekonomicznym, do którego mogą ciążyć takie kraje jak Ukraina, Gruzja, Białoruś, Armenia, Azerbejdżan i inne. Może nie mogli czekać tak długo?

    Dalej: kwestia naszego udziału. Możliwe jest to dopiero za 10-12 lat, bo na razie nie ma czym. Czy w ogóle mamy tu coś do gadania? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi wciąż. Przecież ruskie ultimatum już poszło, możemy je przyjąć i wtedy oni będą decydować o wszystkim. Możemy je odrzucić i wtedy trzeba się będzie bronić. Lepiej to robić tak jak teraz, czyli wspierając Ukrainę. Walczymy tu bowiem o nasz rozwój, o naszą marżę, przyszłość. Żebyśmy mogli mieć gazoport, atom, Azoty, rozwój. Rosja jak już pisałem domaga się tu weta we wszystkim. Walczymy o nasz fundamentalny interes. Wężykiem.

    Tak sobie patrzę na powyższe i widzę, że nie napisałem jeszcze że warunek pełnego zwycięstwa jest taki, żebyśmy wyszli z obecnej awantury jak najbardziej na plus, I o tym trzeba mówić jak najwięcej. Do łepetyn trzeba wbijać to.

    Zamrożenie konfliktu jest dla nas niekorzystne, bo będzie to zawieszenia broni jedynie, Rosja będzie siedzieć cicho dopóki się nie odbuduje i wtedy będzie 3 runda. Mówi o tym Marek Budzisz, jest to oczywiste, ale czy dociera? Przy okazji pieredyszki do Moskwy zacznie znowu płynąć strumień nowoczesnego sprzętu, jak noktowizory i wszelaka elektronika, co pozwoli na odbudowanie potencjału. Ukraina potrzebuje mocnych gwarancji, aby możliwa była odbudowa. Co tam jeszcze było? Unia była. Unia Polsko-Ukraińska może mieć charakter podobny jak UE, to nie musi być jedno państwo. Jak w ogóle powstanie. To kwestia do rozpatrzenia. Konflikt z Niemcami został omówiony dobrze. Brakuje odniesienia do układu kontynentalnego Francja-Niemcy-Rosja-Chiny. O Chinach było mało.

    II

    Co do naszego udziału: albo będziemy zmuszeni, w razie czarnego scenariusza. Albo wjeżdżamy z pomocą w dogodnym dla nas momencie aby zmaksymalizować efekt. Zaczynamy od Królewca, potem przejeżdżamy przez Mińsk, Smoleńsk, Kursk do Donbasu, który wyzwalamy. A potem Krym. Przypominam, że do Rosji wywieziono tysiące ukraińskich dzieci. Możemy ich szukać jeżdżąc czołgami po całej Rosji. Trzeba dumać jencjatywnie. Nie wiadomo co będzie – może soviet się posypie przy okazji ofensywy a może nie.

    A tu link:

    https://gazetakrakowska.pl/w-najblizszy-weekend-mozna-zajrzec-na-krakows...

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Mamy 2 sfery: polityczną i wojskową. Politycy pokazali przy okazji pierwszej rakiety – tej w Przewodowie – że nie wiedzą co robić. Nie ćwiczą takich rzeczy. Jedyne co potrafią zrobić to zadzwonić do USA, do NATO, do Niemiec żeby tamci im powiedzieli, co mają robić. A tamci dają rozwiązania korzystne dla siebie a nie dla nas. Tam rakieta wleciała na kilka kilometrów w naszą przestrzeń powietrzną więc przetestowała tylko reakcję na wydarzenie, czyli kompletną niezborność.

    Przecież za naszą wschodnią granicą trwa wojna więc rozmaite incydenty są wielce prawdopodobne. A jakby poszła ofensywa z Białorusi na Lwów? Nie takie rzeczy by się działy, np. omyłkowe ostrzały artyleryjskie, naruszania przez wojska itp. Na to wszystko musielibyśmy być przygotowani i nie byliśmy jak widać.

    Rakieta przeleciała ok 350 kilometrów z prędkością ok 850 km/h. Tak wychodzi z Gogle Mapsa i Wikipedii. Pozostawała w naszej przestrzeni powietrznej zatem ok 25 minut. Przy czym do Warszawy jest bliżej. I jest jeszcze druga hipoteza, gorsza. O niej później. Rakieta ta mogła przenosić ładunek atomowy, a może biologiczny, a może chemiczny. Mogła celować w Warszawę, w inne miasto, w tamę np. na Wiśle. I teraz mamy problem z tajnościami: jeśli coś jest tajne to przyjmujemy, że nie ma. Np. zasady zestrzelenia pocisku mknącego: kto podejmuje decyzję o zniszczeniu celu? Sprawa bowiem jest poważna. Tutaj jakiś dowódca operacyjny miał decydować czy obserwować? Sprawa jest sprowadzana do ustalenia, kto powiedział a kto nie powiedział. Jakby nawet powiedział to to jest musztarda po obiedzie, bo pocisk dawno spadł.

    Jeśli nie zmusimy ich do publikacji zasad reakcji to ich nie będzie. Teoretycznie w obliczu publikacji powinni sformułować takie zasady, które można będzie pokazać ludziom bez obciachu. Ale dawno stracili takie zdolności. Dodatkowo zaczęli kłamać, typowe zjawisko, próbując zamotać sprawę pogrążają się sami. Ponoć śledzili ów wehikuł powietrzny? Co nam pomoże takie śledzenie? No nic.

    II

    Mamy sytuację taką: jest wojna, z terytorium Białorusi startują rakiety. Albo startowały. Albo mogą wystartować. Ale na wschodzie jest też Litwa, rakieta może przez Litwę do nas dotrzeć. Jest ruch cywilny, jakieś awionetki. Z drugiej strony może ktoś uciekać z Białorusi. Może być awaria transpondera. Ruch cywilny powoduje, że mają na radarze sporo różnych obiektów wprowadzających chaos. Cel zatem trzeba rozpoznać. Ale zasady muszą tu być jawne, choćby dlatego żeby Ruscy i Białorusini wiedzieli, co ich spotka jak coś. Ale również Litwini. Na razie wygląda to tak, że jakoś to będzie, a jak coś to się obciąży niski szczebel.

    Jak widać trzeba rozpoznać obiekt latający, ocenić ryzyko i podjąć decyzję w 3 minuty. Albo nie w 3. Powinni powiedzieć w ile. Albo stwierdzić, że ryzyko jest zbyt duże i może Ruscy nic nie wyślą. A jak wyślą to szatkownica. Być może bez zamknięcia przestrzeni powietrznej nad nami nie da się sowieckiego pociska zatrzymać? I dlatego tak jojczą? Nie wiem.

    III

    Jest też hipoteza najgorsza: pocisk ten jest zdobyczny i urwał się w trakcie testów. I poleciał parę kilometrów i spadł, bo miał mało paliwa. A ten cały cyrk co robią ma ukryć testy. To jest działanie na zasadzie: „Wysoki Sądzie mój klient nie mógł ukraść auta w Szczecinie bo w tym samym czasie mordował teściową w Rzeszowie”. Weźcie. To takie straszne mecyje że se robimy testy? Zdobycznej rakiety? USA se robią też takie testy. Ciekaw jestem, jakie spektrum powyższych zagadnień jest jawne w USA?

    Co do powiedzenia, czyli ustalenia, kto komu nie powiedział to mamy tu typowo feudalną nieelastyczną strukturę, niezdolną do reagowania. Analogia do Niezwyciężonej Armii Czerwonej jest trafna, głównym problemem jest niezdolność do wydawania rozkazów o odpowiednio wysokiej jakości i brania za nie odpowiedzialności. Gdyby taką tematyką zajęli się na konferencjach BBN to byśmy byli w zupełnie innym miejscu. Tymczasem króluje tam pustosłowie i wodolejstwo, o czym będzie wpis.

    Oczywistym bowiem jest, że decyzję o zestrzeleniu może podjąć jedynie oficer dyżurny na miejscu w baterii. W oparciu o wytyczne, których nie otrzyma, bo boją się je wydać. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    30 stycznia 1945 roku wraz z kilkoma tysiącami osób zatonął niemiecki statek „Gustlof”
     
     
         Sowiecka Flota Bałtyku pomimo coraz bardziej sprzyjających warunków nie działała zbyt efektywnie. Powody były rozmaite. W. Bieszanow wskazuje na niekompetencję jej dowódcy, adm. Tribuca, który zawdzięczał awans Wielkiej Czystce (przed przejściem do sztabu floty był zaledwie kapitanem niszczyciela). Z kolei P. Buttar uważa, że Stalinowi był na rękę nasilający się odpływ ludności niemieckiej z terenów podzielonych w przyszłości między Polskę i ZSRS, dlatego nie miał interesu w zakłócaniu niemieckiej ewakuacji.
     
     
          Największe straty niemiecka flota na Bałtyku poniosła w wyniku alianckich nalotów. W nocy z 18 na 19 grudnia 1944 roku port w Gdyni doświadczył ciężkiego nalotu brytyjskiej Royal Air Force, który spowodował ogromne straty w urządzeniach portowych i warsztatach stoczniowych. Choć najważniejszy cel, zadanie jak największych strat niemieckiej broni podwodnej, nie został osiągnięty, to ucierpiały liczne jednostki nawodne. Zatonęły dwa stare pancerniki:  Schleswig-Holstein oraz Zähringen (pełniący rolę okrętu–celu na ćwiczeniach). Niemcy musieli też spisać na straty przebywający od ponad dwóch lat w remoncie pancernik Gneisenau. Bardzo dotkliwe było zatopienie okrętów pomocniczych niemieckiej floty podwodnej: jednego z najnowocześniejszych okrętów-baz, Waldemara Kophamela, a także tendra Leverkusen oraz hulku Heinz.
     
     
         Do operacji „Hannibal” przydzielono 18 dużych okrętów. Były to: 3 wielkie statki pasażerskie o wyporności ponad 25 000 BRT (Cap Arcona, Robert Ley, Wilhelm Gustloff), 3 średnie o wyporności ok. 22 000 BRT (Hansa, Hamburg, Deutschland), 7 o wyporności od 11 250 do 17 600 BRT (Potsdam, Pretoria, Berlin, General von Steuben, Monte Rosa, Antonio Delfino, General San Martin) oraz 5 poniżej 10 000 BRT. Z czasem do akcji ewakuacyjnej dołączyły inne jednostki — dosłownie wszystko, co mogło pływać.
     
     
         Zależnie od wielkości jednostki te pomieścić mogły 1000–2000 osób, w praktyce zabierały czasem nawet kilkanaście tysięcy.
     
     
         Wzmożony ruch morski nie umknął uwadze sowieckich podwodniaków, tym bardziej, że Kriegsmarine nie była w stanie zapewnić licznym konwojom stosownej eskorty. Największą tragedią było zatopienie 30 stycznia w okolicach Ławicy Słupskiej statku „Gustloffa”.
     
     
         Statek został zwodowany w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu w 1937 roku. Został nazwany na cześć zastrzelonego w 1936 roku szefa oddziału NSDAP w Szwajcarii, Wilhelma Gustloffa, zabitego przez studenta medycyny Dawida Frankfurtera, syn rabina. Śmierć Gustloffa wykorzystano propagandowo, ukazując go jako męczennika ruchu nazistowskiego.
     

         Od momentu wejścia w marcu 1938 roku do służby jako statek pasażerski do września 1939 roku „Gustloff” odbył 50 rejsów, w tym na Półwysep Apeniński, Maderę i do Norwegii. Był kluczowym statkiem nazistowskiej organizacji „Kraft Dur Freude” [Siła przez Radość], odpowiedzialnej za organizowanie imprez turystycznych i sportowych. W ekskluzywnych warunkach fundowano robotnikom pracującym w III Rzeszy bezpłatne rejsy wakacyjne po Morzu Śródziemnym. 
     

        W momencie wyjścia z portu w Gdyni na pokładzie statku znajdowało się 918 oficerów, podoficerów i marynarzy z 2. Dywizji Szkolnej Łodzi Podwodnych, 162 ciężko rannych żołnierzy, 373 pracowniczki pomocnicze Kriegsmarine, 173 członków załogi oraz bliżej nieokreśloną liczbę uchodźców — szacunki wahają się od 4424 do 6200, a nawet więcej.
     
     
          O godz. 21:16 „Gustloff” został trafiony trzema torpedami, wystrzelonymi z pokładu sowieckiego okrętu podwodnego „S-13” pod dowództwem kmdr. ppor. Aleksandra Marineski. Pierwsza rozerwała dziób okrętu, dwie kolejne trafiły w maszynownię i burtę na wysokości basenu pływackiego. W przeciągu 65 minut od trafienia, ok. godz. 22.25, „Gustloff” całkowicie zatonął. Zdołano uratować  zaledwie 1215 osób, tak więc liczba ofiar mogła sięgnąć nawet 9000 ludzi.
     
     
         Zatopienie „Gustloffa” było zgodne z Traktatem w sprawie ograniczenia uzbrojenia morskiego  z 25 marca 1936 r. Głosił on m.in. możliwość storpedowania jednostki pomocniczej idącej w konwoju okrętów wojennych. „Gustloff” płynął bowiem w eskorcie  torpedowca „Löwe”. 
     
     
          Tragedia Gustloffa wywołała poruszenie w kierownictwie III Rzeszy. Jednak 31 stycznia na konferencji z Hitlerem adm. Dönitz w rozbrajający sposób dał wyraz swojej bezradności: „W sprawie straty statku pasażerskiego [sic!] Wilhelm Gustloff, spowodowanej torpedami okrętu podwodnego na trasie na północ od Ławicy Słupskiej, głównodowodzący Kriegsmarine oświadczył, że z uwagi na bardzo liczne transporty na Bałtyku straty musiały być z góry wzięte pod uwagę i chociaż każda strata jest bolesna, to jednak trzeba uważać za szczególne szczęście, iż nie było ich dotąd jeszcze więcej” .
     
     
         Ten sam okręt podwodny S-13 pod dowództwem kpt. Aleksandra Marineski 10 lutego zatopił  kolejny transportowiec z rannymi i uchodźcami na pokładzie — płynący z Piławy Steuben. Tym razem z 4200 pasażerów, uratowało się tylko 659. W ten sposób kpt. Marinesko osiągnął najlepszy wynik spośród wszystkich sowieckich podwodniaków pod względem łącznego tonażu zatopionych okrętów.
     
     
          Sowieccy podwodniacy zatopili jeszcze  transportowiec Borbeck (9 marca), frachtowiec Robert Müller (22 marca),  transportowiec Cap Guir (16 kwietnia)  i okręt pomocniczy Goya (16 kwietnia – ponad 6000 ofiar).
     
     
         Zatonięcia Wilhelma Gustloffa i Goyi stały się dwoma największymi katastrofami morskimi w historii.
     
     
         Do tych strat zadanych przez łodzie podwodne doliczyć należy znaczną liczbę mniejszych jednostek zatopionych bądź uszkodzonych przez lotnictwo i wojska lądowe, na przykład w trakcie zdobywania pruskich i pomorskich portów. W wyniku jednego z nalotów amerykańskiej 8. ALotn na Świnoujście (12 marca) zginąć mogło nawet 23 tys. ludzi, głównie świeżo przybyłych uchodźców.
     
     
         Jednak pomimo tych strat ewakuację uciekinierów ze Wschodu uznać należy za udaną. Prawdopodobnie drogą morską z portów Pomorza, Prus, Kłajpedy i Kurlandii w ciągu 115 dni trwania operacji przewieziono do Niemiec ok. 2,3 mln cywilów i żołnierzy. Zatonęły 123 jednostki (464 340 BRT), na których śmierć poniosło 19 150 ludzi, co stanowi zaledwie 0,8% ewakuowanych.
     
     
         Znacznie więcej – ok. 150 tysięcy Niemców zginęło na drogach, uciekając przed sowieckimi żołnierzami.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Leszczyński – Pomorze 1945
     
     
    K. Golczewski, Przymusowa ewakuacja z nadbałtyckich prowincji III Rzeszy 1943-1945
     
     
    W. Sawicka – Wilcze dzieci
     
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Zaczęło się od tego, że siostra Łukaszka oznajmiła w kuchni, przy obiedzie coś, czego się nikt nie spodziewał. Mama Łukaszka upuściła nóż, którym rozsmarowywała wegańskie masło na chlebie LGBT, tata Łukaszka upuściła gazetę, babcia ciasto francuskie a dziadek klucz francuski. Tylko Łukaszek nie upuścił, a podniósł, Podniósł oczy, spojrzał na siostrę i zapytał:
    - Że co? Strajk dentystów?
    - Wiele już przeżyłem, wiele już widziałem - rzekł sentencjonalnie dziadek. - Ale nigdy, nigdy nie widziałem, żeby dentyści strajkowali.
    - Jedna rzecz jest pewna w tym kraju - tata Łukaszka podniósł palec.
    - Śmierć i podatki - wtrąciła babcia.
    - To są trzy rzeczy - wtrąciła jeszcze szybciej siostra Łukaszka.
    Wybuchła awantura, siostra argumentował, że "podatki" to liczba mnoga, a więc liczą się jako dwa, a śmierć to trzy. Dwie rzeczy to byłoby "śmierć i podatek".
    - Ale tata powiedział, że jedna - przypomniał Łukaszek.
    - Właśnie synu, dziękuję. W tym kraju nawet śmierć nie jest pewna, a co do podatków, to zmieniają się one czasami tak szybko, że nie nadążają za nimi sami zmieniający. Jedna rzecz jednak w Polsce jest niezmienna, a jest to fakt, że nie było, nie ma i nie będzie strajku dentystów.
    - Powiedz no mi moja droga skąd ty właściwie wytrzasnęłaś ten strajk dentystów? - chciała wiedzieć babcia Łukaszka.
    - No, po osiedlu ludzie chodzą z flagami, na których są zęby.
    Mamie Łukaszka oczy zrobiły się okrągłe i zakrzyknęła:
    - Jaki tam strajk dentystów! - gorączkowo zaczęła przerzucać najnowszy numer "Wiodącego Tytułu Prasowego". - Jak wy nic nie wiecie! To jest wielka, potężna akcja!
    - Dziesięć osób chodzi - dodała siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją za drzwi.
    - Pomyliłam się! Jedenaście! Wpuśćcie mnie! - wołała siostra, a reszta rodzina chichrała się w kułak. Mama Łukaszka nadal bohatersko próbował orać mentalny ugór swoich krewnych.
    - To jest specjalna akcja. Walczymy teraz o prawa dla osób myjących zęby.
    Zapadła jeszcze większa konsternacja niż po pierwszej informacji siostry Łukaszka.
    - To nie są ludzie? - spytał ostrożnie Łukaszek.
    - Co to za pomysły?! - mama go ofuknęła.
    - Bo jest już coś takiego jak prawa człowieka. Ich nie obowiązują?
    - Oczywiście, że obowiązują, ale są pewne sytuacje, w których mają ograniczone.
    - Na przykład?
    - Oni tylko chcą odwiedzać się w szpitalach - siostra Łukaszka zajrzała przez drzwi i mama wyrzuciła ją ponownie.
    - Pomyliłam się! - wołała siostra zza drzwi. - Oni chcą mieć prawo do adopcji dzieci!
    - Chodzi o prawo do korzystania z przestrzeni publicznej - wyjaśniła mama Łukaszka. - Niestety, w tak zacofanym społeczeństwie jak polskie nadal pokutuje przekonanie, że miejsce osoby myjącej zęby jest w łazience. A to nieprawda. Oni też mają prawo pójść do fryzjera, na basen, po zakupy czy do restauracji. Niestety, w tym brunatnym kraju na kaczych łapach osoby, które myją zęby są brutalnie wypraszane na przykład z kina!
    I tu mama dramatycznym ruchem zaprezentowała artykuł z "Wiodącego Tytułu Prasowego". Konkretnie z dodatku "Dumnie sterczące push upy" pod tytułem "Wyrzucili mnie z kina kiedy myłam zęby".
    - Poszłam do kina na najnowszą produkcję o tym jak Niemcy ratowali Żydów w getcie przed Polakami... - zaczęła czytać mama, ale Hiobowscy dali jej do zrozumienia, że nie są zainteresowani. Mama Łukaszka zezłościła się dwa razy: raz - wulgarnością słownictwa, dwa - kiedy odkryła, że czytają na drugiej stronie gazety hasła z lewicowej manifestacji "stop hejt".
    - Jesteście przeciwko higienie jamy ustnej! - zakonkludowała mama Łukaszka.
    - O - powiedział Łukaszek pokazując coś na samym dole strony, napisane najmniejszą czcionką.
    Dziadek Łukaszka miał najmocniejsze okulary, ale odmawiał wzięcia "Wiodącego Tytułu Prasowego" do rąk. Siostra Łukaszka pożyczyła je od niego i używając jak szkła powiększającego odczytała:
    - Od momentu rozpoczęcia akcji "Prawa dla osób myjących zęby" obroty producentów pasty do zębów wzrosły o piętnaście procent.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W trakcie operacji „Hannibal” Niemcy ewakuowali z Prus Wschodnich oraz Pomorza ponad 2 mln żołnierzy i cywilów.
     
     
          Wyjście Finlandii z wojny, postępy sowieckie  w krajach bałtyckich i Prusach Wschodnich w drugiej połowie 1944 roku skutkowały wypieraniem Niemców ze wschodniego rejonu Morza Bałtyckiego. Co więcej, zniesienie blokady Zatoki Fińskiej umożliwiło sowieckiej flocie Bałtyku wypłynięcie na pełne morze i aktywne zwalczanie niemieckiej żeglugi. Bałtyk przestał być bezpiecznym azylem i bazą szkoleniową dla niemieckich okrętów podwodnych. Dowództwo  Kriegsmarine zdało sobie sprawę z możliwej rychłej konieczności ewakuowania znajdujących się coraz bliżej frontu 1. (Piława) oraz 2. (Gdynia) Szkolnej Dywizji Okrętów Podwodnych.
     
     
         W styczniu 1945 roku adm. Dönitz polecił kontradm. Konradowi Engelhardtowi opracowanie planu takiej operacji. Plan ten wkrótce stał się kanwą największej ewakuacji morskiej w historii. Adm. Dönitz bowiem nie miał zamiaru ograniczać ewakuacji tylko do personelu marynarki wojennej, ale objąć nią setki tysięcy uchodźców z Prus Wschodnich, a wkrótce i Pomorza Zachodniego, koncentrujących się w bałtyckich portach.
     
     
         Musiał postępować przy tym bardzo ostrożnie, gdyż dla Hitlera oficjalne zaaprobowanie ewakuacji masy cywilów było równoznaczne z uznaniem utraty rdzennie niemieckich terytoriów.   Opór stawiali też gauleiterzy Forster oraz przede wszystkim  Koch, który jawnie sabotował jakiekolwiek próby zorganizowanej ewakuacji. Dlatego Dönitz zwlekał z rozpoczęciem operacji „Hannibal”.
     
     
         Po przełamaniu frontu w Polsce i Prusach Wschodnich Dönitz zrozumiał, że nie może już dłużej zwlekać i 21 stycznia operacja „Hannibal” została oficjalnie rozpoczęta. Hitler przyjął to do wiadomości i na odprawie z Dönitzem ograniczył się do żądania, aby ewakuacja personelu wojskowego traktowana była priorytetowo pod względem przydzielania okrętów i paliwa.
     
     
         Od tego momentu ewakuacja ludności cywilnej i żołnierzy z bałtyckich portów staje się zasadniczym czynnikiem operacji pomorskiej. „W tych okolicznościach – napisał w swych wspomnieniach Dönitz  - uznałem ratowanie ludności niemieckich ziem wschodnich za najważniejszy obowiązek, który pozostał do spełnienia żołnierzowi niemieckiemu. Jeśli już ku naszemu bólowi nie mogliśmy utrzymać dla wschodnich Niemców ich ziem, to nie wolno nam było w żadnym wypadku zaniechać ratowania życia ich samych — nawet wtedy, gdyby miał to być jedyny cel żołnierza na froncie wschodnim”.
     
     
        Setki tysięcy przerażonych Niemców porzucało swe domy, ładowało na furmanki czy wózki co cenniejszy dobytek i próbowało wyjechać, czując za plecami sowiecki oddech. Szansę wydostania się z Prus Wschodnich dawały porty, gdzie można było wsiąść na statki odpływające do Niemiec. Przede wszystkim przez nieodległy od Königsbergu port w Piławie, do którego Niemcom udało się utrzymać niewielki korytarz. Codziennie z Piławy odpływało kilka jednostek zapełnionymi po brzegi cywilami.
     
     
        Po zdobyciu przez Sowietów portu w Piławie fala uciekinierów zalała Gdańsk, skąd mogły odchodzić większe jednostki. Na nadbrzeżu rozgrywały się dantejskie sceny, gdyż wejście na jakikolwiek pokład graniczyło z cudem.
     
     
         Władze niemieckie rozesłały do powiatowych i gminnych przywódców NSDAP rozkazy dotyczące planu realizacji trzeciego etapu ewakuacji oznaczonego kryptonimem „Regen” (Deszcz). Zgodnie z instrukcją na wsi gospodarze otrzymywali rozkaz pakowania się i oczekiwania na zaszyfrowany rozkaz wyjazdu oznaczony kryptonimem „Hagel” (Grad). Ewakuacja miała obejmować wszystkich mieszkańców wsi. Podobnie miało być w miastach.
     
     
         Chłopi musieli ewakuować się własnymi środkami transportu, natomiast w mieście, w miarę możliwości, podstawiano specjalne środki transportu, głównie samochody i dodatkowe wagony kolejowe.
     
     
         Szybkie tempo natarcia Armii Czerwonej, sroga zima (temperatura dochodziła do -30 stopni), brak dostatecznej ilości środków transportu spowodowały, że planowana ewakuacja przebiegała w niespotykanym chaosie. Tragiczną sytuację pogłębiał bałagan na drogach.
     

          W końcu lutego 1945 roku władze hitlerowskie usilnie próbowały jeszcze zapanować nad przybierającą monstrualne rozmiary ucieczką Niemców z zagrożonych obszarów. Porządek w trakcie ewakuacji, wywołanej sygnałami „Regen” i „Hagel” miały poprawić liczne instrukcje ewakuacyjne zwane „Weisungen”, których w sumie wydano do końca lutego blisko 300. Dotyczyły one wielu szczegółów dotyczących samej ewakuacji, od sposobu marszu do rad co zabrać ze sobą a co zostawić.
     
     
          Rozkaz wyjazdu obowiązywał wszystkich mieszkańców, także ludność pochodzenia polskiego. W przeciwieństwie do ludności narodowości niemieckiej, która panicznie bała się nadejścia Armii Czerwonej, ludność polska była zdecydowanie przeciwna ewakuacji. Aby ominąć przymus opuszczenia swoich domów, Polacy często całymi rodzinami chowali się w lesie. Później wracali do swoich gospodarstw i oczekiwali nadejścia frontu. Opornych uznawano za zdrajców i surowo karano. Jednostki Waffen SS przeprowadzające ewakuację w bezwzględny sposób traktowały wszystkich mieszkańców. Na przykład w Niezabyszewie esesmani wyrzucali ludzi z domów, każąc im wyjeżdżać. Podobna sytuacja miała miejsce w Ugoszczy.
     
     
         Ewakuującą się ludność Ugoszczy i Niezabyszewa skierowano przez Bytów w stronę Lęborka i Łeby. Brak czasu na przygotowanie powodował dużą śmiertelność ewakuowanych w czasie drogi. Można było spotkać w przydrożnych rowach nieżywe niemowlęta owinięte w poduszki i koce .
     

         Hrabina Marion von Doenhoff napisała wówczas w swym pamiętniku: „Pierwsi byli białoruscy chłopi z małymi końmi i malutkimi dziećmi. Potem pojawili się Litwini, mieszkańcy Kłajpedy (...). Śnieg nie pada, lecz tnie. Jak przez białą zasłonę oglądam nieszczęsnych ludzi w szarpanych wichrem płaszczach. Włączam się w ten korowód widm i dostrzegam pierwsze trupy leżące przy drodze (...). Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry wprzód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka...”.
     
     
          Brak czasu na przygotowanie powodował dużą śmiertelność ewakuowanych w czasie drogi. Dotyczyło to przede wszystkim dzieci, można było spotkać w przydrożnych rowach nieżywe niemowlęta owinięte w poduszki i koce. Mimo wielu zarządzeń i instrukcji setki gubiły swoich rodziców. Często nie można był potem ustalić ich personaliów. Wydana 6 lutego instrukcja gauleitera Pomorza postanawiała, iż „Dzieci w wieku do lat 10 pozbawione opieki rodzicielskiej, przybywające pociągami ewakuacyjnymi lub konwojami, należy łączyć w grupy według wieku: 1-4, 5-10, 11-14 lat, a ich liczebność zgłaszać do Gauleitung. Przewiduje się umieszczenie tych dzieci w domach opiekuńczych NSV oraz poszukiwanie rodziców lub krewnych. Gdyby dzieci poniżej dziesięciu lat przebywały z młodszym rodzeństwem, należy je umieszczać razem w jednym domu opiekuńczym aż do zakończenia poszukiwań rodziny(...)” . W rzeczywistości takie zarządzenia niewiele pomogły.
     
     
          Chaos zwiększał też widok uciekających oddziałów niemieckich. Zarządzenie wydane przez władze hitlerowskie w sprawie maruderów nakazywało: „Nie należy okazywać zbędnego współczucia tak zwanym rozproszonym. Zabrania się udzielania kwater i jakiejkolwiek pomocy pojedynczym żołnierzom, niezależnie od stopnia służbowego i rodzaju jednostki. Żołnierze bez dowódcy, oficerowie bez stopnia, którzy bez wyraźnego rozkazu udają się na zachód, oraz wszyscy podejrzani winni być aresztowani i doprowadzeni do najbliższego posterunku wojska i policji (...). O wszystkich wykroczeniach, rekwizycjach itp. należy niezwłocznie meldować, aresztując jednocześnie sprawców”.
     
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po wkroczeniu do Prus sowieccy żołnierze rozpoczęli masowe gwałty, rabunki i mordy.
     
     
          Swoistą zapowiedzią nadchodzącej tragedii mieszkańców Prus Wschodnich była rzeź mieszkańców wsi Nemmersdorf, dokonana przez oddziały 11. A Gw z 3. Frontu Białoruskiego 21 października 1944 roku, podczas pierwszej, krótkotrwałej, obecności Sowietów na terytorium Rzeszy. Po powrocie żołnierze niemieccy odkryli zwłoki ok. 70 kobiet i dzieci, przed śmiercią okrutnie torturowanych i zgwałconych.
     
     
           Najgorsze przyszło podczas zimowej ofensywy, kiedy Sowieci zdecydowanie wkroczyli na terytoria bezpośrednio należące do III Rzeszy i licznie zamieszkałe przez ludność niemiecką. W nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku sowieccy żołnierze, którzy weszli do Allenstein (dzisiejszy Olsztyn), wymordowali pacjentów, rannych, personel medyczny szpitala w Kortau oraz znajdujących się w nim uchodźców z pruskich rubieży, głównie kobiety i dzieci. Nazajutrz w dzisiejszej wiosce Szczęsne koło Olsztyna Sowieci zamordowali ponad stu mieszkańców i uchodźców przybyłych z dalszych terenów Prus, a księdza z Klebarka Wielkiego zastrzelono na schodach plebanii. Podobny los spotkał mieszkańców Wartemborga Starego, gdzie zamordowano 19 cywilów, zaś 42 osoby wywieziono do Związku Sowieckiego. Po latach z zesłania wróciła połowa.
     
     
           Ludność przeraziło szokujące zjawisko gwałtów dokonywanych na niemieckich kobietach, a także grabież cywilnego mienia na ogromną skalę. Catherine Merridale  przyznaje, że w Prusach Wschodnich mogło dojść do kilkuset tysięcy przypadków gwałtu. Zwraca przy tym uwagę całkowita negacja istnienia problemu przez sowieckich dowódców - w ich pamiętnikach uznaje się, że zachowanie Armii Czerwonej na terytorium niemieckim było bez zarzutu.
     
     
           Dużą rolę w nakręceniu spirali nienawiści do Niemców odegrała agresywna propaganda wojenna, której ton nadawał czołowy literat epoki stalinowskiej Ilja Erenburg apelując: „Zabijajcie, zabijajcie! Nie ma nic, co byłoby niewinne, ani wśród żywych, ani wśród jeszcze nienarodzonych Niemców. Idźcie za nakazem towarzysza Stalina i zmiażdżcie na zawsze faszystowską bestię w jej jaskini. Gwałtem łamcie rasową pychę germańskich kobiet. Bierzcie je sobie jako prawowitą zdobycz. Zabijajcie, dzielni, niepowstrzymani czerwonoarmiści, zabijajcie!”.
     
     
          Wypowiedzi Erenburga natychmiast podchwycił minister propagandy Joseph Goebbels, wykorzystywał sowieckiee okrucieństwa na pożytek wewnętrzny (motywowanie obrońców) i zewnętrzny (dyskredytacja ZSRS na arenie międzynarodowej) Niemiec.
     
     
           Jednak brutalne postępowanie czerwonoarmistów to nie tylko efekt odgórnej propagandy, ale także zwykła chęć zemsty. Ppor. Iwan Jakuszyn z 3. KK Gw wspominał: „Zanim wkroczyliśmy do Prus Wschodnich, dowódca naszego pułku, Tkalenko, zebrał nas, wszystkich oficerów, i oznajmił: – Myślę, że teraz możemy już wysłać na urlop naszego oficera NKWD. Obowiązuje niepisany rozkaz, że na terytorium nieprzyjaciela każdy żołnierz kieruje się własnym sumieniem. Jeśli ktoś pragnie się mścić, niechaj się mści. Wszyscy zrozumieliśmy tę wypowiedź. Niemcy przynieśli nam tyle rozpaczy i śmierci, tak zniszczyli nasz kraj, że ludzie pragnęli zemsty. W naszym pułku byli żołnierze, którym Niemcy wymordowali całe rodziny. Okrucieństwa popełniane przez Armię Czerwoną, która wkroczyła do Prus Wschodnich, były więc aktem zemsty”.
     
     
         Znamienne, że „święty gniew” sowieckich żołnierzy nie oszczędzał nawet „elementów socjalnie bliskich”. Gorbaczewski pamiętał scenę, która rozegrała się w Olecku: „Kiedy nasza kolumna maszerowała główną ulicą, miasto było opustoszałe. Nie pojawił się ani jeden człowiek. Rozpaczliwie muczały krowy, w oddali szczekały psy. Wtedy nieoczekiwanie z częściowo zniszczonego budynku wyskoczył wysoki, krzepki starszy człowiek z jakąś książeczką w wyciągniętych rękach i z radosnymi okrzykami popędził na spotkanie naszej kolumny. Jeden z czerwonoarmistów, który nie znał niemieckiego, nie próbując dojść, o co chodzi Niemcowi, wystąpił z kolumny i rozbił mu głowę kolbą karabinu. Okrutnie krwawiąc, mężczyzna upadł na bruk. Gdy kolumna mijała leżącego, kolejni żołnierze podchodzili do niego i robili wszystko, żeby go wykończyć: kopali, dźgali bagnetami, a potem pluli na ciało. Przy okaleczonych zwłokach zatrzymał się politruk. Podniósł zakrwawioną legitymację członka Komunistycznej Partii Niemiec, wytarł okładkę i schował w mapniku. Bez słowa wrócił na swoje miejsce w kolumnie” .
     
     
           Tylko niektórzy dostrzegali konsekwencje owej spirali. Lew Kopieliow, oficer polityczny i członek partii, z goryczą notował: „Wojna uczyniła brutalnymi i zniszczyła miliony ludzi, podobnie jak nasza propaganda: wojownicza, szowinistyczna, fałszywa. Uważałem, że taka propaganda jest niezbędna w przeddzień wojny i tak samo podczas jej trwania. Nadal w to wierzę, ale rozumiem także, że z takiego nasienia wyrósł zatruty owoc”.
     
     
           Poza gwałtami sowieccy żołnierze grabili wszelkie niemieckie mienie. Jednocześnie sowiecka propaganda, obawiając się, że zetknięcie się sowieckich żołnierzy z wysokim poziomem życia Niemców może podać w wątpliwość supremację komunizmu w dziedzinie gospodarczej,  wykreowała teorię, jakoby całe swoje bogactwo III Rzesza zawdzięczała tylko i wyłącznie grabieży podbitych państw.
     
     
           Napotkana zatem przez sowieckich żołnierzy własność w istocie nie była niemiecka i można było sobie ją przywłaszczyć w ramach odszkodowania za doznane krzywdy. Nie dziwi zatem treść listu jednego z czerwonoarmistów: „Dumni jesteśmy z tego, że dotarliśmy do legowiska [hitlerowskiej] bestii […]. Zemścimy się, zemścimy za wszystkie nasze cierpienia […]. Ze wszystkiego, co widzimy, jasno wynika, że Hitler ograbił całą Europę, żeby zadowolić swoich krwawych fryców. Zabrali bydło z najlepszych gospodarstw Europy. Ich owce to najlepsze rosyjskie merynosy, a sklepy wypełniają towary ze wszystkich sklepów i fabryk Europy. W niedalekiej przyszłości te dobra pojawią się w rosyjskich sklepach jako nasze łupy” .
     
     
           Odpowiadające za porządek w strefie przyfrontowej NKWD nie tylko nie przeciwdziałało, ale i uczestniczyło w tym procederze.
     
     
          Zgrabione dobra: żywność, rowery, zegarki, aparaty fotograficzne, maszyny do pisania czy odbiorniki radiowe,  sowieccy żołnierze masowo wysyłali do swoich rodzin. Na przykład w okresie od stycznia do maja 1945 roku tylko przez stację kolejową w Kursku przewinęło się 87 tys. paczek (5–16 kg każda) z „trofiejnymi” towarami. Po przejściu Armii Czerwonej w wielu regionach Prus pozostały pustkowia.
     
     
          Choć „wielu rosyjskich żołnierzy nie uczestniczyło w czynach, które tak sterroryzowały i zniechęciły Niemców, a wielu oficerów podjęło kroki, by powściągnąć gniew swoich ludzi” , skala zjawiska spowodowała masowy exodus ludności cywilnej z terenów zagrożonych wkroczeniem Armii Czerwonej. Szacuje się, że 8 mln Niemców uciekło na zachód. W ten sposób Stalin rozwiązał problem niemiecki w Prusach Wschodnich.
     
     
           Po wkroczeniu Sowietów na Pomorze Zachodnie  największa fala odwetu minęła i stosunki z ludnością cywilną przybrały nieco łagodniejsze formy. Na przykład niemieckie kobiety nauczyły się szukać sobie „opiekunów” wśród sowieckich oficerów, którzy mieli bronić ich przed przemocą ze strony żołnierskiej masy i dawać pewne poczucie bezpieczeństwa.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Leszczyński – Pomorze 1945
     
     
    W. Sawicka – Wilcze dzieci
     
    5
    5 (3)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    image
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    28 marca 1945 roku oddziały sowiecko-polskie zdobyły Gdańsk.
     
     
          2. Front Białoruski otrzymał zadanie jak najszybszego oczyszczenia Pomorza Gdańskiego. Od tempa operacji zależało, kiedy wojska Frontu będą mogły przegrupować się na kierunek berliński.
     
     
          „Zdając sobie sprawę z tego, - wspominał Rokossowski - że najmniejsze zahamowanie w naszym marszu nieprzyjaciel wykorzysta do zorganizowania oporu, staraliśmy się rozwijać natarcie bez najmniejszej nawet pauzy. Dlatego zaniechaliśmy wszelkich przegrupowań, które mogłyby spowodować choćby najmniejsze opóźnienie działań”.
     
     
         W tym celu Moskwa zabrała Żukowowi 1. APanc Gw i 1. Brygadę im. Bohaterów Westerplatte, przekazując je Rokossowskiemu. Na korzyść 2. FB działało także zwężenie frontu, a co za tym idzie większe zagęszczenie nacierających oddziałów — z ok. 200 km w początkowej fazie walk na Pomorzu do ok. 70 km, co dawało mniej niż 15 km na każdą armię. 
     
     
          Gen. Weiss - dowódca niemieckiej 2. A broniącej gdyńsko-gdańskiego rejonu umocnionego miał na głowie blisko 100 tys. rannych i 1,5 mln miejscowych Niemców i uchodźców oczekujących na ewakuację. Wprawdzie Sowieci stanęli przed tym samym problemem, jednak zwykle radzili sobie z nim, bezlitośnie rozjeżdżając tych bezbronnych, zdesperowanych ludzi.
     
     
          Niemiecka obrona była w pośpiechu rozbudowywana pod kierownictwem dowódcy gdańskiego okręgu wojskowego, gen. Karla Wilhelma Spechta. Gdyńsko-gdański rejon umocniony posiadał silne fortyfikacje, przygotowane jednak do odpierania ataków z południa i wschodu, a nie z zachodu. Tak więc gen. Specht pilnie zmuszony był przystosować do obrony mieszczące się na zachód od miasta kompleksy leśne.
     
     
         Rankiem 6 marca siły 2. FB przeszły do natarcia, zdobywając po dwóch dniach walk Gniew, Starogard Gdański, Pelpin i Grudziądz. W kolejnym dniu wyparto Niemców ze Słupska i Ustki.
     
     
         W tych warunkach gen. Weiss zrozumiał, że bitwa o przedpola gdyńsko-gdańskiego rejonu umocnionego jest przegrana, i podjął decyzję o stopniowym wycofaniu głównych sił w kierunku Trójmiasta. Jednocześnie podejmowano lokalne kontrataki. W trakcie jednego z nich grupa 5 czołgów typu Panther z 4. DPanc osłaniana przez pluton grenadierów wdarła do Dzierzgonia. Zastani tam Sowieci, zajęci grabieżą i gwałceniem kobiet, uciekli w popłochu, porzucając trzy działa pancerne. Ta niemiecka aktywność nie trwała jednak długo — część czołgów utknęła z braku paliwa, a cysterny z paliwem zostały zatrzymane po drodze przez kolumnę uchodźców.
     
     
          Sowieckie jednostki pancerne kontynuowały atak osiągając 12 marca Zatokę Gdańską w rejonie Pucka, a następnie zdobywając Władysławowo, Puck i Wejherowo. Dzięki zeznaniom jeńców wziętych pod Wejherowem udało się ustalić, że w niemieckich pułkach pancernych zostało najwyżej po 15–20 czołgów, a w kompaniach — po 50–60 ludzi. Wykorzystując tę słabość Niemców oddziały sowiecko-polskie szybkim marszem zajęły Rumię i Redę, docierając na przedpola Janowa.
     
     
          Istotnym atutem dla Niemców była natomiast bliskość morza i wsparcie ogniowe okrętów adm. Thielego: pancerników „kieszonkowych” Lützow i Admiral Scheer, ciężkich krążowników Prinz Eugen i Admiral Hipper, lekkich krążowników Leipzig i Köln, niszczycieli i torpedowców oraz licznych kanonierek, trałowców, eskortowców i innych jednostek.
     
     
          Tymczasem 14  marca ruszyło kolejne sowieckie natarcie, którego celem było zdobycie Gdańska i Gdyni. Zacięte walki rozgorzały na całym froncie, wiele miejscowości kilkukrotnie przechodziło z rąk do rąk. 
     
     
         Aby zmiękczyć niemiecką obronę Gdańska, 12 marca amerykańska 8. Armia Powietrzna (ok. 700 bombowców B-17 Flying Fortress oraz B-24 Liberator) zrzuciła na miasto i port 1435 bomb. Podobnie Rosjanie przeprowadzali nocne bombardowania. Szczególnie dotkliwe były naloty z 19 i 20 marca, które obróciły sporą część miasta, łącznie ze Starym Miastem, w perzynę. Zginęło w nich wielu cywilów, jednak naloty nie miały większego wpływu ani na ewakuację (dziennie opuszczało miasto nawet 30 tys. ludzi), ani na wsparcie ogniowe zakotwiczonych w porcie okrętów Kriegsmarine.
     
     
         Wychodząc nad wybrzeże, oddziały sowieckie naraziły się na ostrzał artyleryjski z okrętów a także z baterii nadbrzeżnych. Ponadto pogorszyła się pogoda, spadł deszcz,  a gęsta mgła utrudniała działalność lotnictwa.
     
     
          Ponadto 1. APanc Gw operowała w lesistym i coraz gęściej zabudowanym terenie, co częściowo niwelowało jej przewagę w czołgach. Na przykład polską 1. BPanc zaangażowaną w walki pod Janowem 17 marca skierowano do pobliskich Łężyc celem rozpoznania obrony przeciwnika. W trudnym terenie okazało się to bardzo męczące i czasochłonne, a na miejscu brygadzie przyszło bezskutecznie szturmować wzgórze 165, ponosząc ciężkie straty.
     
     
          Tymczasem Sowieci 23 marca zdobyli Sopot, dwa dni później Oliwę. Tym samym zgodnie z planem Rokossowskiego gdyńsko-gdańskie zgrupowanie Niemców zostało rozcięte na dwie części. 
     
     
         Coraz trudniejsza sytuacja była w Gdyni. „W Gdyni piwnice były przepełnione, - wspominał niemiecki oficer - wyżywienia jednak było dosyć dzięki składom marynarki wojennej. Miasto przypominało jakiś piekielny kocioł czarownic; samochody napływały ze wszystkich stron i przeciągały ulicami; uciekinierów trzeba było jakoś rozmieszczać, żandarmeria polowa starała się utrzymać porządek. Granaty rosyjskiej artylerii biły w domy, bez przerwy atakowały port samoloty bojowe, a silna artyleria przeciwlotnicza marynarki szalonym ogniem wypełniała powietrze. Na morzu na redzie stał na kotwicy jaśniejący burtami krążownik Prinz Eugen i bił ciężkimi salwami, które nękały drogi dowozowe Rosjan; walczącej piechoty jednak ten ogień artylerii okrętowej prawie nie odciążał.
     
     
          Pomimo że 28 marca Hitler ogłosił Kępę Oksywską „twierdzą”, ze znajdującej się tam dogodnej części wybrzeża  niemieccy żołnierze byli stopniowo ewakuowani drogą morską na zachód.
     
     
          25 marca rozpoczęły się bezpośrednie walki o Gdynię. Grupy szturmowe 19. A, wspierane przez 3. KPanc Gw i polską 1. BPanc Gw, weszły w granice miasta. 28 marca sowiecko–polskie oddziały zdobyły port, kończąc tym samym walki o Gdynię. Resztki niemieckich obrońców przedostały się na Oksywie i Hel. W porcie Sowieci zdobyli 20 okrętów różnej wielkości, w tym osadzone na dnie okręty linowe Gneisenau (został zatopiony przez Niemców, by zablokować port) i Schlezwig-Holstein.
     
     
          26 marca Sowieci znaleźli się na przedmieściach Gdańska. W natarciu na miasto uczestniczyła  polska 1. BPanc im. Bohaterów Westerplatte. Jej udział w zdobywaniu Gdańska miał przede wszystkim cel propagandowy, gdyż polska jednostka wówczas posiadała zaledwie… 10 sprawnych czołgów T-34/76!.
     
     
          Szczególnie silny opór Niemcy stawiali w rejonie dworca, zakładów papierniczych i chemicznych, na Starówce i w całym Śródmieściu. Obronę Gdańska z dużą energią organizował dowódca 4. DPanc, gen. Clemens Betzel, który jednak zginął podczas inspekcji w rejonie Bramy Oliwnej. Po nim dowodzenie przejął dowódca 12. Dywizji Polowej Luftwaffe gen. Becker, który widząc beznadziejność dalszej obrony, nakazał stopniowe opuszczanie miasta.
     
     
          Dnia 28 marca o godz. 14:00 polscy czołgiści symbolicznie zatknęli biało-czerwoną flagę nad gmachem Dworu Artusa. 30 marca, nie mając już szans na ewakuację, resztki garnizonu skapitulowały. Nieliczna grupa niemieckich żołnierzy pozostała jeszcze na Westerplatte, Rosjanie zaplanowali nawet szturm na 7 kwietnia, jednak jeszcze 31 marca Niemcy poddali się. W porcie Sowieci zdobyli 45 łodzi podwodnych, których obawiali się zachodni alianci. 
     
     
          Niemcy wciąż utrzymywali Hel i Wyspę Sobieszewską, z których kontynuowali ewakuację cywilów. Do blokowania Półwyspu Helskiego  Rokossowski oddelegował całą 19. A. Ta jednak nie przejawiała większej aktywności, poprzestając na działaniach blokujących. Dopiero 10 maja oddziały oddziały niemieckie na Helu skapitulowały, do niewoli dostał się też dowódca 2. A gen. von Saucken, który nie skorzystał z danej mu przez adm. Dönitza możliwości ewakuacji. Stopniowo poddawały się pozostałe punkty oporu — obrońcy Mierzei Wiślanej skapitulowali dopiero 13 maja 1945 roku.
     
     
          1. AWP, posiadająca wyjściowo 75 600 żołnierzy, straciła między 1 marca a 4 kwietnia 1945 roku 8668 (2575 poległych i 6093 rannych) żołnierzy i oficerów. Procent strat bezpowrotnych (3,4%) był więc niższy niż w Armii Czerwonej.
     
     
          Pomorska operacja była pierwszą operacją, w której armia polska wykorzystana została jako pełnoprawny związek wojskowy (co prawda, nie na głównym kierunku natarcia). Po raz pierwszy użyto jej w kontekście bojowym, a nie propagandowym, jak w przypadku bitwy pod Lenino.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Leszczyński – Pomorze 1945
     
    H. Guderian - Wspomnienia żołnierza
     
    E. Kospath-Pawłowski - Wojsko Polskie na Wschodzie 1943–1945
     
    K. Rokossowski - Żołnierski obowiązek
     
    K. Sobczak  - Kierunek Bałtyk: wyzwolenie polskich Ziem Północnych 1944– 1945
     
    A. Sroga - Na drodze stał Kołobrzeg
     
    A. Zawilski - Polskie Fronty 1918–1945
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
     

    Ludzie zapomnieli już o seklelach i przestali porównywać Mandalorianina do nich, stąd się wzięła pewna fala krytyki. Z drugiej strony rzeczy w Mandalorianinie dzieją się podobnie jak w Nowej Nadziei, Imperium Kontratakuje i Powrocie Jedi. Trzeba przestać wozić się na leczeniu traumy po abominacjach Kathleen Kennedy. Nie wiadomo jednak czym to leczenie zastąpić? Finał drugiego sezonu zaleczył tą traumę dość skutecznie, poprzez pojawienie się spektakularnego Luke Skywalkera. W sensie tym Mandalorian jest ofiarą swojego sukcesu, który był duży. Zakończył się właśnie trzeci sezon, który nie różni się niczym od dwóch poprzednich. Widzę, że okazał się zbyt trudny w odbiorze i wymaga pogłębionej, a zatem spoilerowej egzegezy.

    Jestem nieobiektywny krańcowo bo serial Mandalorian został skrojony pod moje, jakże wyrafinowane gusta. Jest to klasyczny serial utrzymany w stylu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego stulecia. W tym Złotym Wieku seriale wyróżniały się sympatycznymi, „wyrazistymi, bohaterami, klarowną - co wcale nie znaczy - prostacką - fabułą, jasnymi widokami, dobrymi zakończeniami, w których jeśli ktoś już ginie - jak tu Gideon - to ma to istotne znaczenie, nie służy brutalizacji klimatu”[1]. Weźmy taką Drużynę A: w każdym odcinku dostawali zlecenie, zaczynali je realizować, łapali ich, wchodził plan B, jeszcze czasem wjeżdżała żandarmeria. I się to podobało. Ponieważ było tam dużo fanu to wyłapywanie różnych absurdów, dostarczało dodatkowego fanu. Prażą do siebie tam ogniem maszynowym i nikt nie ginie, zawsze wyciągną Mardoka z psychiatryka, itp. Tego było mnóstwo.

     

    Mandalorian jest podobnie serialem epizodycznym: główny wątek jest okazją do zwiedzania różnych miejsc i przeżywania ciekawych przygód. Nie jest to współczesny serial stanowiący rozwleczenie filmu na 10 odcinków, przez co są tu dłużyzny i nuda. Dlatego też mylne są analogie do gier, w tym RPG. Są tam jakieś sajdkłesty itp. Ale takie coś w serialach było już dużo wcześniej.

    Przyczyny mniejszej oglądalności można wyliczyć następująco:

    1. Fatalny marketing Disneja, wielu potencjalnych widzów nie wiedziało o emisji. The Boys Amazona obwieszało plakatami każdy przystanek a ci zrobili 6 murali w całym kraju. W TV reklamy były? Nie trzymają się też terminu emisji: co roku przed Bożym Narodzeniem. Emisja Xięgi Bobusia też wprowadziła zamęt.

    2. Wywalenie Cary Dunn.

     

    3. Zaakcentowanie Bo Katan, co wywołało reakcję publiki. Nie jest ona wbrew pozorom elementem wokistycznym, posiada tylko elementy wokizmu. Ale ludzie są rozdrażnieni. Podobnie się zaczęli rzucać o pryzmat na okładce płyty Dark Side of The Moon Pink Floyd: że tęcza ma tam 6 kolorów. Ale to 50 lat temu robili i nie o to chodzi. Naród jest przewrażliwiony i nie trzeba go drażnić.

    4. Czy Disnej nie zaczął psuć serialu dokładając swoje trzy grosze? Ponoć w 2 sezonie Grogu miał opuścić serial ale kazali go przywrócić, bo zabawki.

    5. Ludzie nie chcą zgodności z sekłelami, za którymi idzie ogólne dziadostwo Nowej Republiki, która jest zbędna.

    6. Jeden chce tego, drugi owego. Jeden chce cameo różnych postaci jak Wielki Admirał Thrawn, a drugi nie chce. Podnoszą głowę zwolennicy nudy fabularnej z Andora. Zwolennicy Kenobiego nie podnoszą.

     

    7 Mandalorianie są wierzący. [2]

    8. Ludzie powkręcali się w jakieś absurdalne oczekiwania i potem się dziwią, że nie ma.

    9. Nonszalancja kreatywna scenarzystów.

    10. Scenarzyści nie radzą sobie z zaawansowaną techniką, lepiej by to wyglądało jako fantasy.

     

    Dobra, pora teraz na część spoilerową, w której poruszę problematykę darcia łacha z sekłeli:

    Spoiler

    Mamy tu tradycyjne oplucie sekłeli:

    1. Taran Holdo: tu też mamy poświęcenie statku ale ono ma sens i nie jakieś paliwo. PILOT WYSKAKUJE!!!.

     

    2. Finałowa scena versus koniec Odrodzenia Skajłokera: fajne zakończenie, domek, żabki itp. versus absurdalna sceny samej Rey zakopującej miecze nie wiadomo po co na rodzinnej farmie Luka i przywłaszczającej sobie nazwisko Skywalker.

    3. Grogu nic sobie nie przywłaszcza tylko zostaje adoptowany i się teraz nazywa sir Din Grogu.

    4. Zbrojmistrzyni jako antyteza Holdo: Zbrojmistrzyni jest mądra a Holdo głupia.

    W 3 sezonie mamy trójkę głównych bohaterów: Grogu, Bo Katan i Din Djarin, czyli Mando. Głównym wątkiem jest jednoczenie Mandalorian i odzyskanie planety Mandalora. W skrócie: Bo Katan przechodzi przemianę i wyzbywa się egoizmu. Wcześniej pragnęła koryta, obecnie walczy o swój lud i jego dolę. Grogu rozwija swe zdolności. Obecnie jego główną mocą jest zdolność do neutralizowania negatywnych emocji, będących pożywką dla ciemnej strony. Potrafi godzić zwaśniony element szukający guza. Wyraźnie Szuka też towarzystwa i kompanów. Akcentem humorystycznym jest pasowanie go na rycerza. Tak – Grogu zostaje rycerzem.

     

    image

     

    Bo Katan jest postacią znaną fanom z kreskówek, tutaj widzimy jednak jej wyraźny rozwój. Wcześniej walczyła o koryto, po spotkaniu mitozaura walczy już o dobro Mandalorian, starając się ich zjednoczyć i odzyskać planetę. Wszystko szło tu w stronę miłości z Dinem, niestety nie ma tu związku na razie. Silna, dzielna, niezależna nie może mieć męża. Ale będzie następny sezon, możemy zatem żywić nadzieję.

    Mando pokazuje nam swe zdolności detektywistyczne, widzimy że potrafi docenić starania Bo Katan, widzimy że zjednoczeni pokonują Moffa Gideona u jego pomagierów. Złośliwi mawiają, że w finale mamy obraz normalnej rodziny: chłopak, dziewczyna, dziecko.

    Serial od ręki rozwiązuje różne problemy, zaprzątające łepetyny widzów: pogodzenie zdejmujących kaski z niezdejmującymi, rzekomy konflikt Bo Katan z Mando. Publika się nakręciła tym konfliktem a tu ni ma. I płacz. Własność Czarnego Miecza.

    Co do wykonania to estetyka wypada zadowalająco. Jasne plany są, jak jest ciemno to dlatego, że jest ciemno a nie dlatego, że oszczędzają na żarówkach. Widać natomiast ograniczenia użytej technologii, np. mało statystów. Ale nie siedzą cały czas na pustyni, tylko widzimy Coruscant.Mamy walki z potworami, mamy utarczki kosmiczno-powietrzne. Co do muzyki to muszę przesłuchać, bo niezapadła mi w pamięć.

    O poszczególnych odcinkach zrobię oddzielny wpis, bo są tego warte. Doceniam natomiast zakończenie bo jest zamknięte. W zasadzie serial można by zakończyć w tym momencie i będzie OK. Podobnie jak Orville, które chyba padło. Wy też doceńcie ten miły gest, szczególnie cenny w dobie mody na kancelowanie seriali między sezonami.

    image

     

    Może powinni serial skończyć na 2 sezonie? Bo – jak pisałem – publiczność się zmieniła. Albo dopracować go fabularnie? Kto pamięta jeszcze 1 odcinek 1 sezonu: tam mają drzwi które jak coś przecinają gościa na pół? Kto zamontuje takie mordercze drzwi? Nie wynaleźli jeszcze plandeki od Żuka i na mrozie jeżdzą TAXI cabrio. Kto normalny będzie jeździł taksówką -kabrioletem po mrozie? O absurdach fabularnych tamtych sezonów pisałem. Trzeci nie jest ani lepszy, ani gorszy. Publika jest za to rozpasana. Porównajcie sobie to wszystko do Odrodzenia Skajłokera, gdzie walka finałowa jest jednak słabsza. Ponoć tam Palpatine się sam wykończył, bo Rey tylko odbijała jego błyskawice. Tutaj zaś Moff Gideon został podsmażony w wybuchu, ergo nikt go nie zabił też. Nawet stosunkowo proste jego krętactwa przerastają horyzonta odbiorcy. Jak mówi, że go w zasadzie klonowanie nie interesuje to znaczy, że ma fioła na punkcie klonowania.

    Podsumowując: Trzeci sezon Mandalorianina jest super i dobrze się ogląda. Jest to moja opinia bo ja ją wyrażam.

    Przypisy:

    1. http://trek.pl/forum/topic/the-mandalorian/page/9/#post-253443

    2. https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1290162,porozmawiajmy-o-wierze-spoiler

    O Mando: https://www.filmweb.pl/serial/The+Mandalorian-2019-813197

    Twórcy: Jon Favreau, Dave Filoni i inni. Kathleen Kennedy NIE.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    18 marca 1945 roku jednostki 1 armii WP zdobyły Kołobrzeg.
     
     
          Po okrążeniu i zlikwidowaniu kilku niemieckich ugrupowań, strefie działania prawego skrzydła 1. FB pozostała jeszcze jedno ognisko wojsk przeciwnika — przedmoście pod Szczecinem-Dąbiem i Gryfinem. Był to największy przyczółek wojsk niemieckich na wschodnim brzegu Odry, stanowiący swoisty nawis nad stojącymi naprzeciw Berlina sowieckimi armiami.
     
     
           Sowieckie natarcie rozpoczęło się 15 marca i po trzech dniach zaciekłych walk jednostkom sowieckim i polskim udało się dojść do Odry w rejonie miast Klucz, Radziszewo i Dalszewo i tym samym przeciąć zgrupowanie niemieckie na dwie części. Większa z nich znajdowała się w rejonie Szczecina i Dąbia, a znacznie mniejsza — w rejonie Gryfina. Tym razem Hitler zgodził się wydać rozkaz wycofania się Niemców z obu przyczółków. Ewakuacja została przeprowadzona 19–20 marca. 20 marca wojska sowieckie wkroczyły do Dąbia, a kilka godzin później do Gryfina. Szczecin pozostał w rękach niemieckich do 26 kwietnia
     
     
          Najważniejszym zadaniem postawionym przez Sowietów polskiej 1. AWP było zdobycie  Kołobrzegu, który, zgodnie z wolą Hitlera, 28 listopada 1944 roku mianowany został miastem–twierdzą. Powstał wtedy plan rozbudowy trzech pierścieni obrony wokół miasta, uwzględniający specyfikę położenia Kołobrzegu i istniejącej zabudowy. 26 stycznia powołany został sztab twierdzy, który w ciągu stycznia i lutego nadzorował realizację owego planu. W tym czasie udało się m.in. wykopać kilka kilometrów rowów przeciwczołgowych, które w połączeniu z naturalnymi przeszkodami: rzeką Parsętą, Kanałem Drzewnym (zwanym też rzeką Więceminką) i podmokłym, bagnistym terenem wokół miasta, czyniły je prawie niedostępnym dla czołgów.
     
     
         Teren wokół miasta sprzyjał obrońcom. Kołobrzeg otoczony był bowiem od północy morzem, od zachodu bagnistym parkiem, rzeką Parsętą (szerokość 45–50 m) i basenem portowym, od południa wezbranym wiosennymi wodami Kanałem Drzewnym (szerokość ok. 20 m), starymi fosami w rejonie Starego Miasta oraz tzw. Kanałem Miedzianym, od wschodu natomiast znów podmokłym parkiem. Ponadto miasto okalała szeroka na 600–1000 m podmokła dolina, pośrodku której znajdował się szeroki rów melioracyjny.
     
     
          W okresie wiosennych roztopów natarcie musiało koncentrować się wzdłuż nasypów dróg, bowiem dolina była niedostępna dla czołgów, a przekroczenie rowu wymagało środków przeprawowych.
     
     
          Do obrony przygotowano również trwałą zabudowę miasta, łącząc ją fortyfikacjami polowymi, a ulice barykadując. System obrony Kołobrzegu podzielony został na trzy sektory (I „Wschód”, II „Środek”, III „Zachód”) oraz trzy pierścienie. Pierścień zewnętrzny, o długości ok. 20 km, zbudowany został na skrajach przedmieść i składał się z umocnień typu polowego oraz umieszczonego 100–150 za nimi rowu przeciwczołgowego. Drugi pierścień przebiegał od fortu Kamienny Szaniec nad morzem, przez plac wyścigowy, parowozownię, następnie przez miasto do Kanału Drzewnego i wzdłuż jego brzegu. Osłaniający port trzeci pierścień biegł od rzeki Parsęty wzdłuż toru kolejowego, przez dworzec i opierał się o morze.
     
     
         Taktyka obrony komendanta miasta płk Fritza Fullriedego opierała się na grupach bojowych, które tworzyły kompanijne punkty oporu i batalionowe środki oporu. W ramach takiego ośrodka grupom po 10–15 żołnierzy przydzielano do obrony poszczególne domy. Grupy takie uzbrojone były w broń niezbędną do miejskich walk: pistolety maszynowe, 1–2 karabiny maszynowe, 1–2 moździerze, 1–2 działa i pancerzownice. Płk Fullriede duży nacisk położył na wsparcie artyleryjskie obrońców, sprowadzając do miasta działa artylerii nadbrzeżnej kalibru 280 mm oraz haubice 105 mm. Artyleria przeciwlotnicza 105 mm, 37 mm i 20 mm zgrupowana została pod komendą mjr. Schleiffa z zadaniem odpierania ataków zarówno z lądu, jak i z powietrza. Do systemu obrony artyleryjskiej mjr. Schleiffa włączone zostały przybyłe ze Świnoujścia niszczyciele flotylli „Narvik”. Okręty te uzbrojone były w 4 do 5 dział kalibru 150 mm oraz około 20 działek przeciwlotniczych kalibru 37 i 20 mm. Ponadto w rejonie Kołobrzegu operowały krążowniki Admiral Scheer i Lützow. Dodatkowo artyleria miejska wzmocniona została wzmocniona 16 stanowiskami ciężkich wyrzutni Nebelwerfer kalibru 280 mm. Ponadto załoga twierdzy miała do dyspozycji pociąg pancerny pod dowództwem kpt. Römiga.
     
     
          Ogromnym problemem dla komendanta stał się jednak napływ uchodźców, w wyniku którego liczba ludności miasta wzrosła o ok. 50 tys. (do ponad 85 tys.). Jednak do 17 marca drogą morska zdołano ewakuować aż 70 tyś. cywilów.
     
     
           W dowództwie 1 AWP  nie rozumiano, że Kołobrzeg jest silnie broniony i nie ma szans na zajęcie go z marszu. Do zdobycia miasta gen. Popławski wyznaczył 6. DP oraz 3. DP.  Ta pierwsza miała wprawdzie niezłe wsparcie artyleryjskie: 124 działa różnych kalibrów i 88 moździerzy, ale „ich ilość i rodzaj nie wystarczały jednak do zdobycia ufortyfikowanego miasta ani nie mogły zastąpić bardziej skutecznych w tym wypadku środków walki, jak bombowce, działa szturmowe czy miotacze ognia”.
     
     
          Pomimo tego dowódca 6 DP  płk. Szejpak rozpoczął natarcie 8 marca. Atak zakończył się klęską, a jedynym sukcesem było szeroko rozgłoszone przez organa propagandowe WP wyjście polskich jednostek nad Morze Bałtyckie. Pierwsi nad Bałtyk wyjść mieli plut. Kazimierz Grzejek oraz plut. Zygmunt Pączka z 16. pp. Ten pierwszy, wyraźnie wzruszony, krzyknął niezbyt propagandowo: „Zygmunt! Kur…! Morze!” .
     
     
          Zaniepokojony silnym oporem w pasie 6. DP, gen. Popławski po południu nakazał 3. DP uderzyć na miasto od strony wschodniej. Jednak jej dowódca płk Zajkowski do walk o miasto wyznaczył tylko 7. pp, wspierając go całością dostępnej artylerii. Także i ten atak został szybko odparty przez obrońców miasta.
     
     
          Po tych niepowodzeniach,  w nocy z 11 na 12 marca gen. Popławski wydał rozkaz o utworzeniu w każdym pułku oddziałów szturmowych, a w nich — grup szturmowych. W grupach takich oprócz piechoty znajdować mieli się też saperzy, chemicy oraz artyleria. Zmiany te przyniosły rezultaty i 12 marca Polacy przełamali zewnętrzny (trzeci) pierścień umocnień twierdzy.
     
     
          Jednocześnie dowództwo 1. FB zgodziło się na dalsze wzmocnienie sił oblegających Kołobrzeg. Gen. Popławski skierował do walk o miasto 4. DP, 4. pcz, 2. bmo oraz dwa pułki artylerii przeciwlotniczej.
     
     
          Na efekty wzmocnień nie trzeba było długo czekać. W dniach 13 i 14 marca Polacy opanowali najważniejsze punkty oporu na przednim skraju obrony i stworzyli przyczółki na drugiej linii niemieckiej obrony. 14 marca gen. Popławski nakazał przerwanie walk i przekazał poprzez zdobyczną niemiecką radiostację pułkownikowi Fullriede pięciopunktowe ultimatum, które zostało odrzucone.
     
     
         W kolejnych dniach walki coraz bardziej koncentrowały się na prawym brzegu Parsęty. W wąskich ulicach śródmieścia straciły na znaczeniu niektóre środki wsparcia, np. ciężkie czołgi, zyskały natomiast coraz chętniej używane przez Polaków zdobyczne pancerzownice. Polscy żołnierze powoli ale systematycznie zbliżali się do portu
     
     
          W toku ciężkich walk w dniach 16 i 17 marca Polacy całkowicie opanowali wewnętrzną strefę niemieckiej obrony (teren między drugim a trzecim pierścieniem). Niemcy zostali ściśnięci na niewielkim skrawku portu, ok. 3 km szerokości i 800 m głębokości. W nocy z 16 na 17 marca płk Fullriede „wbrew rozkazowi, aby poświęcić ostatniego człowieka dla stworzenia kołobrzeskiego mitu, powziął decyzję, aby zakończyć walkę, która straciła już swój sens” .
     
     
          W ciągu tej i następnej nocy stojące na kołobrzeskiej redzie statki zabrały ok. 7500 żołnierzy. W momencie kapitulacji miasta 18 marca 1945 roku Polacy schwytali w porcie zaledwie ok. 400 niemieckich żołnierzy.
     
     
          Tak ostatnie godziny walki o miasto wspominał ppor. Mieczysław Opaliński z 23. pal (6. DP): „[…] Wszystkie baterie 23. pułku artylerii lekkiej zostały skierowane do strzelania na wprost. Mimo silnego ognia artylerii okrętowej i moździerzy nieprzyjaciela skierowanego do nacierającej piechoty i w różne punkty zajętych rejonów miasta szturmujemy silnie bronione pozycje hitlerowców. Pod wieczór (17 marca) z trudem przedzieramy się przez zgliszcza i zagruzowane ulice, omijając szereg barykad. Szalejące pożary rozjaśniają zapadłe już ciemności nocy. Wszędzie roznosi się swąd spalenizny […]. […] Zaczyna świtać, cichną odgłosy walki, wokół spokój. Wkrótce nadchodzi dowódca baterii, por. Nikołaj Bobrikow. Oświadcza, że nie ma już Niemców. Chłopcy zadowoleni tą tak nagłą i radosną wiadomością szybko porządkują działa i już spieszymy nad brzeg morza” .
     
     
         Po opanowaniu miasta odbyły się symboliczne uroczystości, m.in. ceremonia zaślubin Polski z morze oraz uroczysta msza święta.
     
     
          W walkach o Kołobrzeg Niemcy stracili ok. 9000 żołnierzy, przy czym 5000 z nich to polegli i ranni, 4000 dostało się do niewoli. 1. AWP również poniosła duże straty — 3807 ludzi, w tym 1013 poległo, 2552 zostało rannych, a 142 uznano za zaginionych. Sowieci stracili 420 (liczba pochowanych przy miejskim cmentarzu).
     
     
          Płk Fullriede wraz z niedobitkami garnizonu dopłynął do Świnoujścia, gdzie został przywitany przez oddziały 3. APanc z pełnymi honorami. Niebawem stawił się u Hitlera, który nagrodził go Liśćmi Dębowymi do Krzyża Rycerskiego. Po wojnie generał Fullriede skazany zostanie na dwanaście lat więzienia za zbrodnie wojenne.
     
     
          Bitwa o Kołobrzeg, pomimo licznych błędów w dowodzeniu, stała się pierwszym znaczącym zwycięstwem operacyjnym WP, największą obok powstania warszawskiego, bitwą uliczną stoczoną przez jednostki polskie podczas drugiej wojny światowej. Zdobycie tej bazy morskiej dało flocie sowieckiej bazę daleko wysuniętą na zachód (to z niej wyruszył w maju desant na Bornholm).
     
     
          W dowód uznania sowieckim zwyczajem kilkunastu polskim jednostkom nadano tytuły „kołobrzeskich”. Znamienny jest fakt, że przez pomyłkę tytuł ten otrzymał także 5. pp z 2. DP, który z bitwą o Kołobrzeg nie miał nic wspólnego. Jednak, jako że nazwy takie przydzielał sam Stalin, nikt nie odważył się ich zmienić.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Oddziały polskie skierowane zostały na Pomorze w końcu stycznia 1945 roku.
     
     
          Obroną Powiśla, Pomorza Gdańskiego i Zachodniego zająć się miało nowo utworzone zgrupowanie strategiczno-operacyjne: Grupa Armii „Wisła”, licząca ponad 500 tysięcy niemieckich żołnierzy.
     
     
         Jak słusznie zauważył E. Kospath-Pawłowski, poza 1. AWP, która osiągnęła Bydgoszcz - cel swojego marszu, 28 stycznia, pozostałe związki przemieszczały się bardzo powoli. Rekordzistą był 1. KPanc, który wyruszając z Chełma 7 lutego, dotarł do Myśliborza dopiero 19 marca. Główną przyczyną tego powolnego marszu był to, iż  wojsko operacyjne wykorzystano do demonstracji siły nowej władzy wobec mieszkańców centralnych i zachodnich ziem Polski. Stąd dywizje i brygady przegrupowały się szeroką ławą prawie przez wszystkie większe miasta centralnej Polski”. W każdym pułku zorganizowano trzy batalionowe grupy propagandowe i jedną pułkową, które idąc przed pozostałymi oddziałami organizowały polityczne wiece i spotkania.
     
     
          Tymczasem oddziały sowieckiego 1 Frontu Białoruskiego na odcinku Trzcianka–Dobiegniew przełamały umocnienia Wału Pomorskiego. „Zrozumiałem, że chcąc zapewnić pomyślny przebieg marszu, - wspominał gen. Popławski – dca 1 AWP -  należało najpierw zdobyć Podgaje, Jastrowie i Ptuszę. Te silne umocnione punkty znajdowały się na wzgórzach i broniły podejść do pasa przesłaniania. Szybko dojrzewała decyzja. Należało uderzyć z marszu, zepchnąć niemiecką osłonę i otworzyć drogę do głównego pasa ochrony Wału Pomorskiego. Wyjście na rubież Sypniewo, Szwecja dawało możliwość przełamania głównej pozycji Wału Pomorskiego. Decydowała szybkość. Powolność była na rękę tylko wrogowi”.
     
     
         Pierwsze natarcia Polaków zakończyły się porażką, dopiero zaskakujący atak żołnierzy 10. pp na tyły pozycji niemieckich doprowadził do zdobycia Jastkowa, a następnie Podgajów.
     
     
         Maszerujące na Wał Pomorski oddziały 6. DP wyzwoliły znajdujący się pod Kłominem duży obóz jeniecki (Offlag II D Gross Born), w którym przetrzymywano m.in. prokomunistycznego pisarza i publicystę Leona Kruczkowskiego oraz zdolnego sztabowca ppłk Stefana Mossora.
     
     
          2 lutego 12. pp z 4. DP dotarł do przesmyku między jeziorami Smolne i Łubianka. Gen. Kieniewicz wspominał, iż „Zwiad doniósł o silnych umocnieniach w bezpośredniej bliskości wroga. Zaskoczyło nas to nieco, ponieważ mapy sztabowe żadnych pasów obrony w tych okolicach nie przewidywały. Udałem się osobiście na zwiad i stwierdziłem, że cała linia jezior, jaką mieliśmy przed sobą, jest nadzwyczaj silnie ufortyfikowana. Przez lornety polowe widać było bunkry betonowe, umocnione linie okopów, silne gniazda ogniowe, lufy armat. Szczególnie silnie umocnione były przejścia między jeziorami, chociaż i wewnętrzne brzegi jezior zamienione zostały również w fortece”.
     
     
         Gen. Popławski podjął decyzję o przełamaniu obrony niemieckiej z marszu. Zamierzał rozwinąć działania armii w całym jej pasie, główny wysiłek koncentrując na przełamaniu obrony nieprzyjaciela na odcinku Nadarzyce–północny skraj jeziora Dobre siłami 4. i 6. DP, a następnie wyjść na szosę Wałcz–Czaplinek.
     
     
         7 lutego 1945 roku 6. DP, ponosząc duże straty, zdołała zająć Nadarzyce, przełamując linię Wału Pomorskiego na południe od tej wsi. W toku walk zginęła m.in. chor. Irena Kruszewska, której śmierć stała się jednym z peerelowskich symboli bohaterstwa kobiet walczących w regularnych rpkomunistycznych jednostkach. Na froncie wschodnim w regularnych siłach zbrojnych służyło blisko 8 tys. Polek, spośród których poległo ok. 100.
     
     
         Po opanowaniu 11 lutego Wałcza, w ciągu następnych paru dni 1. AWP poszerzyła wyłom w Wale Pomorskim, powiększając jego głębokość do 30 km.
     
     
         Tymczasem szybkie tempo sowieckiego natarcia sprawiło, iż  czołówki 1. i 2. Frontów Białoruskich za bardzo oddaliły się od siebie. Sytuację wykorzystali Niemcy, przystępując 16 lutego do realizacji operacji „Sonnenwende” (niem. „wschód słońca”). Niemiecka kontrofensywa zastała Rosjan w trakcie przegrupowania. Choć po początkowych sukcesach  niemiecka operacja rychło straciła impet, ale zmusiła marsz. Żukowa do przejścia 20 lutego całym frontem do obrony, tym samym ostatecznie przekreślając projekty zdobycia Berlina jeszcze w lutym.
     
     
         Jednocześnie Moskwa uznała, iż przed uderzeniem na Berlin najpierw oczyścić należy Pomorze Zachodnie. Oprócz konieczności zabezpieczenia północnego skrzydła przed niemieckimi kontratakami nie bez znaczenia była także konieczność likwidacja baz Kriegsmarine.
     
     
         1. Front Białoruski miał wykonać główne na Białogard i Kołobrzeg. Z kolei 2. Front Białoruski główne uderzenie wykonać miał w kierunku na Koszalin. Natomiast 3. Front Białoruski dostał rozkaz jak najszybszego wysunięcia lewego skrzydła na wybrzeże Zatoki Gdańskiej, na wschód od Wisły, by uniemożliwić Niemcom ewentualne wycofanie się na Mierzeję Wiślaną.
     
     
         Jednostki 2. Frontu Białoruskiego Rokossowskiego atak rozpoczęły 24 lutego przełamując niemiecką obronę i zajmując trzeciego dnia operacji Szczecinek. Zdobycie 3 marca  Miastka oznaczało nie tylko fiasko niemieckich planów kontrataku na tyły sowieckiego zgrupowania uderzeniowego, ale przede wszystkim ostateczne przełamanie Wału Pomorskiego i uzyskanie przez Sowietów dogodnej pozycji do marszu na Bałtyk.
     
     
         Upadek 5 marca Koszalina oznaczał, iż zgrupowanie pomorskie Niemców zostało rozdzielone na dwie części. Ze sztabu 2. A wciąż docierały już tylko pełne goryczy raporty: „Porzuciliście nas w potrzasku. Nie mieliście nawet tyle odwagi ani poczucia odpowiedzialności, żeby oszczędzić nam tego przykrego losu, chociaż pomagając nam, robilibyście to dla własnej korzyści”.
     
     
         Jakby tego było mało, 1 marca 1945 roku do ataku ruszył 1. Front Białoruski szybko przełamał niemiecką linię obrony, zdobywając 4 marca Stargard Szczeciński, a następnego dnia  Kamień Pomorski. W tym samym czasie oddziały 1. APanc Gw osiągnęły Bałtyk na zachód od Kołobrzegu.
     
     
         W ofensywie 1 Frontu Białoruskiego uczestniczyły oddziały 1 Armii Wojska Polskiego, dowodzone przez sowieckiego generała Popławskiego. Pomimo znacznej przewagi nad Niemcami „1 Armia WP w operacji pomorskiej występowała tylko z ograniczonymi środkami wzmocnienia. Nie działały na jej rzecz żadne siły frontowe. Stąd nasycenie środkami walki było średnio niższe o połowę niż w armiach sowieckich nacierających w operacji pomorskiej i wynosiło 4 bataliony oraz 110 dział i 12,5 wozu pancernego na 1 km odcinka przełamania”.
     
     
           Po porażce pierwszego dnia natarcia,  następnego dnia przełamano niemiecką linię obrony dzięki dzięki brawurowej szarży 1. SBK, jednej z ostatnich bojowych szarż polskiej kawalerii w historii. „Nieprzyjaciel stawiał nadal zacięty opór. – wspominał S. Arkuszewski - Czołgi i piechota z trudem posuwały się do przodu, ponosząc duże straty. Już trzy polskie czołgi dymiły przed zabudowaniami Borujska. Dalsze losy natarcia zaczynały być problematyczne. Wówczas dowódca armii zdecydował się rzucić do ataku grupę konną […]. Na skraju lasu szybko formuje się linia szwadronów. Błysnęły szable i grupa galopem ruszyła do szarży. Na czele cwałował porucznik Starak, oficer wyróżniający się doświadczeniem i odwagą, oraz kilku wiarusów. Nieznacznie za nimi, szerokim wachlarzem, połączone szwadrony. Było to zapierające dech widowisko. Konie mknęły w szalonym biegu, pokonując w paru minutach przeszło dwukilometrową, pełną różnych przeszkód, przestrzeń do wsi. Okrzyki „hura!” przebijały się wśród ryku silników, wybuchów pocisków i nieustannego terkotu karabinów maszynowych. Przed samym Borujskiem szwadrony kawalerii minęły czołgi […]. Szwadrony przebijały się przez przeszkody, rąbiąc i tratując zagradzających im drogę Niemców. Zaskoczeni i zdezorientowani tym niebywałym i błyskawicznym atakiem, nie zdążyli w pierwszej chwili zorganizować oporu. Wkrótce jednak otworzyli silny ogień. Było już jednak za późno. Wysunięte placówki nie wytrzymały nerwowo. Porzucając stanowiska, usiłowały chronić się pomiędzy zabudowaniami. Zdecydowała szybkość i brawura ułanów. I chociaż kilku z nich padło, pozostali byli już w zagajniku, tuż przed wsią. Na zagajnik posypał się grad pocisków, ale ułani, już częściowo spieszeni, atakowali w tym momencie zabudowania Borujska, od których dzieliło ich 100 do 200 metrów. 2 pluton na czele z podporucznikiem Józefem Ziętkiem, z dwoma cekaemistami, uderzył w kierunku kościoła. Inny pluton, z plutonem cekaemów i działami 76 mm, zaatakował wschodni skraj wsi, postępując wzdłuż drogi. Wkrótce dołączyły czołgi. Kiedy ułani dopadli zabudowań wsi i rozpoczęli walkę wręcz, na pomoc ruszyła im piechota”.
     
     
          Paradoksalnie słabe postępy 1. AWP stworzyły możliwość otoczenia i likwidacji broniących się przed jej frontem X Korpusu Pancernego  SS gen. von Krappego. Ten kawaler krzyża rycerskiego był zażenowany brakiem profesjonalizmu u swoich przełożonych — będąc już w niewoli, miał stwierdzić, nawiązując do Himmlera, że wojna jest sprawą zbyt poważną, żeby można było powierzać nieukom dowodzenie armiami”. W czasie likwidacji okrążonego zgrupowania stracili 700 zabitych i 6000 wziętych do niewoli. Polskie oddziały zdobyły cały sprzęt okrążonych jednostek, m.in. 277 dział, 126 moździerzy, 25 czołgów i samochodów pancernych oraz 850 samochodów.
     
     
          Podobny los spotkał francuskich ochotników z 33. DGren SS „Charlemagne”, która została otoczona i rozbita przez Sowietów, a jej dowódca gen. Edgar Puaud poległ 5 marca 1945 roku.
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Jak informowała Wirtualna Polska - Na liście importerów zboża z Ukrainy znajduje się Spółka Mizgier Tomasz i Synowie, prowadząca fermy drobiu, ściągała z Ukrainy kukurydzę i pszenżyto. Przedstawiciele firmy potwierdzili, że kupują zboże z Ukrainy. Przekazali nam też, że przeładunku zboża z wagonów kolejowych na samochody dokonano w firmie Elewarr, na bocznicy kolejowej w oddziale Gądki... Elewarr to spółka kontrolowana przez państwo. Od jakiegoś czasu wśród rolników krążyły plotki, że kupuje ona ukraińskie zboże. W ostatnich dniach firma wydała oświadczenie, że "nie prowadziła, nie prowadzi i nie zamierza prowadzić skupu ani obrotu importowanych zbóż i rzepaku, m.in. z Ukrainy oraz nie wynajmuje powierzchni magazynowej w celu przechowywania zboża ukraińskiego".  Gdy zapytaliśmy o przeładunek ukraińskiego zboża, Michał Kotowski, dyrektor oddziału Elewarru w Gądkach (a także niedoszły radny PiS w Kaliszu, współpracownik posła tej partii - Jana Dziedziczaka), przyznał że spółka świadczy takie usługi, na zasadach komercyjnych. "Co w tym złego? Czy to jest niezgodne z prawem?" - pytał Kotkowski. Oczywiście nie jest to niezgodne z prawem. Po oświadczeniach spółki w sprawie ukraińskiego zboża może być jednak pewnym zaskoczeniem.

    W tym miejscu nie sposób nie zadac pytania, skoro nie było importu, a tylko świadczenie usługi komercyjnej przeładunkowej dla polskiej firmy, a działalność taka jest zgodna z prawem, to dlaczego ma to być jakieś zaskoczenie i w czym ma to być naganne? Czy takie same zainteresowanie wp.pl budziło np. że zboże transportowane jest koleją (czyli torami PKP PLK, i prawdopodobnie wagonami PKP), że następuje przeładunek z LHSu na zwykły pociąg (firma przeładunkowa tez ma się tłumaczyć), a towar przewożony jest samochodami fimy transportowej (właściciel firmy tejże firmy też ma się tłumaczyć?). Dośliszmy do absurdu, w którym zwykła komercyjna działalność, zgodna z prawem, jest publicznie napiętowana.

    Elewarr zareagował na twierdzenia Wirtualnej Polski. Informujemy, że w ramach dodatkowych usług komercyjnych, na podstawie umów zawieranych z rolnikami oraz innymi polskimi kontrahentami, Spółka świadczy usługi, np. wykonywanie analiz laboratoryjnych, usługowe ważenie transportu samochodowego i kolejowego, kolejowe usługi manewrowe czy usługowy przeładunek towaru zbóż i rzepaku w ramach składów kolejowych. W przypadku tego rodzaju usług Spółka nie dysponuje wiedzą handlową o miejscu pochodzenia towaru obcego co do którego nie ma żadnych praw oraz w konsekwencji Spółka nie ma żadnych podstaw prawnych do żądania informacji o pochodzeniu czy przeznaczeniu towaru, który nie jest przedmiotem obrotu dla Spółki. Spółka nie ma także podstaw faktycznych do odmowy świadczenia dodatkowych usług dla podmiotów, z którymi utrzymuje wieloletnie, stałe kontakty handlowe. Elewarr sp. z o.o. informuje, że nie prowadziła, nie prowadzi i nie zamierza prowadzić skupu ani obrotu importowanych zbóż i rzepaku, m.in. z Ukrainy oraz nie wynajmuje powierzchni magazynowej w celu przechowywania zboża ukraińskiego. Spółka swoją ofertę skupową zbóż (w tym kukurydzy) i rzepaku kieruje wyłącznie do polskich producentów rolnych, którzy pod rygorem odpowiedzialności prawnej składają oświadczenie o pochodzeniu towaru z ich gospodarstwa. Taki stan faktyczny wpisuje się w aktualną politykę skupową towaru Spółki obowiązującą od 2019r. Spółka wielokrotnie od 2022r. informowała m.in. na swojej stronie internetowej, w mediach społecznościowych i wypowiedziach medialnych, że nie prowadziła i nie prowadzi skupu zboża importowanego. Dementujemy wszelkie informacje, które dotyczą rzekomego skupowania przez Spółkę zbóż ukraińskich (w tym kukurydzy) i rzepaku ukraińskiego czy posiadania takiego towaru w naszych magazynach. Publiczne przekazywanie tego rodzaju kłamliwych informacji o rzekomym skupowaniu i przechowywaniu importowanego zboża i rzepaku, stanowi nadużycie, które może spotkać się z odpowiednią reakcją prawną - czytamy w komunikacie spółki.

    Elewarr sp. z o.o. informuje, że nie prowadziła, nie prowadzi i nie zamierza prowadzić skupu ani obrotu importowanych zbóż i rzepaku, m.in. z Ukrainy oraz nie wynajmuje powierzchni magazynowej w celu przechowywania zboża ukraińskiego. I to powinno zamknąć całą sprawę.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Tata Łukaszka razem ze swoim kolegą, Kubiakiem, przez cały dzień wysyłali mailem życzenia świąteczne. Wreszcie, koło południa, poszli do stołówki firmowej, żeby coś zjeść.
    Stołówka miała być w remoncie, ale fachowcy tego dnia złamali płytę gips-kartonową kiedy wieźli ją rowerem. Bo do remontu wybrano firmę, która była w całości roweromobilna.
    Siedzieli więc na stołówce i jedli hamburgery z szarpaną żurawiną, bo ich firma od roku była zeromięsna.
    Siedzieli tak i jedli i nagle do stołówki wpadła pani dyrektor od HR.
    - Kto zrobił te życzenia, które wysyłaliście mailem?! - zapiała.
    - My - odparł parskając żurawiną Kubiak.
    - Niech pan ma choć odrobinę godności i nie kłamie, Kubiak! Pan tu nic nie robi!
    I to była niestety prawda. Wszyscy zachodzili jak to się stało, że Kubiak praktycznie nic nie robił i nadal był w firmie. Z drugiej strony przyznać jednak trzeba, że w nicnierobieniu prezentował klasę światową.
    - A o co właściwie chodzi? - zapytał tata Łukaszka.
    Pani dyrektor wyjęła kartkę z wydrukowanym obrazkiem, jaki on i Kubiak rozsyłali innym.
    - Dostałam to w poczcie zwrotniej. To niedopuszczalne! - i pani dyrektor odczytała:
    - Radosnych świąt Zmartwychwstania Pańskiego... Wesołego Alleluja!
    I opuściła ręce dramatycznym gestem.
    - No i? - mruknął tata Łukaszka. - Coś w tym złego?
    - Oczywiście! Nikt tak nie pisze!
    - Ależ wszyscy tak piszą! - Kubiak sięgnął po telefon. - Niech pani zobaczy jakie życzenia nam przesłała pewna organizacja pozarządowa. Ich program na co dzień wygląda tak: aborcja, apostazja, świeckie państwo, zamknąć kościoły, księża to pedofile, zero pieniędzy na religie, religia to opium dla mas, papież krył pedofilów i tak dalej. A co dzisiaj w mailu? W mailu życzą nam wesołych świąt Wielkanocnych.
    - Oni? Radosnej?? Wielkanocy??? - zdumiał się tata Łukaszka. - To tak jakby Hitler życzył szczęśliwej chanuki!
    - Nie możecie wysyłać takich życzeń - upierała się pani dyrektor. - One obrażają!
    - kogo Jezus może obrażać? - wzruszył ramionami tata Łukaszka. - Tych co wierzą nie obraża. Dla tych co nie wierzą jest postacią fikcyjną. Jak postać fikcyjna może obrażać?
    - Poza tym Jezus to dobro - wtrącił Kubiak.
    - Może obrażać wyznawców zła! - pani dyrektor podniosła palec w górę. - Tutaj macie prawidłowe życzenia. Zobaczcie sobie.
    I podała im kartkę w białoróżowy wzór.
    Dłuższą chwilę trwało zanim Kubiak zorientował się gdzie jest góra a gdzie dół.
    - Odwrotnie - westchnęła pani dyrektor i obróciła kartkę do góry nogami.
    Po dłuższym przyglądaniu udało im się odkryć wśród geometrycznego gwałtu różu na bieli króliczka, marchewkę, kurczaczka i jajko. Dali radę nawet odcyfrować napis "Wszystkim osobom życzymy radosnego czasu świąt".
    - Jakich świąt? - zapytał słabo Kubiak.
    - Radosnych oczywiście - wyjaśniła pani dyrektor. - Zapraszam do mnie. Zaraz zrobimy porządne życzenia i roześlecie je jeszcze raz.
    - Mamy pracę - bronił się słabo tata Łukaszka.
    - To jest ważniejsze! Idziemy!
    I poszli.
    Wrócili po godzinie do swoich biurek urywając tym samy plotki o ich rychłym zwolnieniu. Towarzyszyła im pani dyrektor.
    - Zobaczcie jakie koledzy opracowali życzenia świąteczne!
    Wszyscy podeszli zobaczyć kolorowe wariacje z jajkami na temat "wesołych świąt".
    - No co? Nie podoba się? - pani dyrektor byłą oburzona brakiem entuzjazmu.
    - Powinie być Jezus - odezwał się któryś odważny. - W końcu to jego święto.
    - Nie będzie żadnego Jezusa - zapieniła się pani dyrektor. - Jezus obraża. Będą jajka.
    - To ja już wolałabym Jezusa zamiast jajek - odezwało się jakieś młode dziewczę.
    - Pani serio??? - zdumienie pani dyrektor nie miało granic.
    - Tak, serio.
    - Dlaczego?
    - Jajka mnie obrażają. Wolę Jezusa.
    - Co pani, katoliczka?
    - Nie, weganka.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W tradycji chrześcijańskiej pisanki oznaczają zmartwychwstanie Jezusa, symbolizują także budzenie się do życia natury.
     
         Na ziemiach polskich już w X wieku znany był zwyczaj ozdabiania jajek, ale korzenie tej tradycji sięgają zdecydowanie dalej. Ślady przyozdabiania jajek odkryto już w starożytności – w Mezopotamii.
     
        Samo jajko już w starożytności było przedmiotem kultu, jako symbol świata, płodności, życia i zdrowia. Persowie wierzyli, że świat wykluł się z jajka – białko stało się słońcem, żółtko zaś – księżycem. Według mitologii indyjskiej kosmiczne jajo zostało złożone przez boskiego ptaka w pierwotnych wodach i wykluł się z niego Brahma, stwórca pierwszych istot żywych. Z kolei starożytni Egipcjanie sądzili, że kosmiczne jajo zostało złożone w Nilu, a jego skorupka kryła bogów Re i Ptaha.
     
        Najstarsze malowane jajka pochodzą z Asyrii i liczą ponad 5000 lat. Nieco późniejsze wywodzą się z Chin, Egiptu i Persji. O malowaniu jajek wspominają poeci Owidiusz, Pliniusz Młodszy oraz Juwenalis, wiemy więc, że zwyczaj ten był rozpowszechniony również na terenie Cesarstwa Rzymskiego. Najstarsze polskie pisanki datuje się na koniec X wieku. Odnalezione zostały w grodzie Ostrówek (dzisiejsze Opolskie).
     
        Sama praktyka dekorowania skorupki miała spotęgować cudowne własności jajka. Uważano, że jajko chroni przed złem. Dlatego też wkładano jajko do ust zmarłego, by jego dusza zaznała spokoju i nie błąkała się po świecie. Jajek używano również do leczenia chorób i łagodzenia bólu, turlając je po ciele chorego. Jajko pełniło także funkcję „kamienia węgielnego” – zakopywano je w miejscu, gdzie miał powstać nowy budynek, by zło trzymało się z daleka.
     
        Tradycja przygotowywania pisanek przeniknęła do kultury chrześcijańskiej. Według legendy święta Maria Magdalena, dowiedziawszy się o zmartwychwstaniu Jezusa, pobiegła do domu, gdzie zorientowała się, że jej jajka mają czerwone skorupki. Ogłaszając apostołom radosną wieść, pokazała im też niezwykłe znalezisko. Z kolorowych jajek wykluły się barwne ptaki, które poleciały obwieszczać na całym świecie Dobrą Nowinę.
     
        W dawnej Polsce ozdabianiem wielkanocnych pisanek zajmowano się w Wielki Piątek. Była to czynność zarezerwowana dla dziewcząt. Wodą, w której gotowały się przeznaczone do malowania jajka, myły włosy. Taki zabieg miał sprawić, że włosy stawały się gęste i nabierały blasku. Pisanki służyły dziewczynom jako wykup w śmigus-dyngus – rozdawały je chłopakom, by uniknąć polania wodą. Najładniejsze malowane wielkanocne jajko panna wręczała kawalerowi, którego darzyła szczególnymi względami. Jeśli chłopak odwdzięczył się podobnym podarunkiem, świadczyło to o odwzajemnionym uczuciu.
     
        Dawniej mianem pisanek określano tylko te malowane jajka, które były ozdobione różnymi deseniami. Wzór nanoszony był rozgrzanym woskiem pszczelim za pomocą różnych narzędzi: szpilek, słomek, szydełka, patyków itp. Następnie zanurzało się jajko w gotowym barwniku, a później usuwano naniesiony wosk. Znajdujący się pod nim dekor pozostawał niezabarwiony.
     
        Jajka malowane na jeden kolor, bez wzorów, określano mianem kraszanek. Kolor uzyskiwano za pomocą naturalnych barwników. Brązową skorupkę dawało gotowanie jajek w wywarze z łupin cebuli. W celu uzyskania żółtych kraszanek wykorzystywano korę młodej jabłoni lub kwiaty nagietka. Fioletowe skorupki wymagały kwiatów ciemnej malwy, niebieskie zaś – kwiaty bławatka. Do uzyskania zielonej barwy nieodzowne były pędy młodego żyta lub listki barwinka, a różowej – sok z buraka.
     
        Każdy kolor miał swoją symbolikę. Fioletowy i niebieski oznaczały wielkopostną żałobę. Żółty, zielony i brązowy – radość ze zmartwychwstania, zaś czerwona symbolizowała krew Chrystusa.
     
        Z kolei drapanki  powstają poprzez wydrapywanie wzorów na barwionej skorupce ostrym narzędziem.
     
        Inną metodą dekoracji wielkanocnych jajek, popularną w okolicach Krakowa i Łowicza, było naklejanie kolorowych wycinanek z papieru. Tak ozdobione jajka nazywa się nalepiankami.
     
        Wyjątkowo efektownie prezentują się pisanki ażurowe, zwane również ażurkami. Powstają poprzez wywiercanie otworów w wydmuszce jajka. Następnie wydmuszka zostaje pokryta farbą akrylową.
     
         Skorupki z pisanek i kraszanek rzucano pod drzewa owocowe, aby obrodziły, zagrzebywano w kretowiskach, aby kury ich nie rozwlekały i jaj nie gubiły, dodawano do paszy kurom, aby dobrze się nosiły, do ziarna przeznaczonego na siew, aby było plenne, do studni, aby woda była czysta itp. Miały moc przenoszenia na siebie ciążącej na człowieku lub zwierzęciu choroby, więc w magii leczniczej znalazły duże zastosowanie.
     
        Na Ukrainie w Kołomyi znajduje się Muzeum Pisanek. Budynek ma formę wielkiego jajka. Muzeum może pochwalić się bogatymi zbiorami pisanek z całego świata: od Chin przez Izrael po Egipt i Kenię. Polskę reprezentują wielkanocne pisanki łowickie.
     
     
    Czytelnikom mojego bloga chciałbym złożyć życzenia Radosnych i Błogosławionych  Świąt Wielkiej Nocy.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po zdobyciu Budapesztu sowieccy żołnierze rozpoczęli rabunki, brutalne gwałty oraz zbrodnie na ludności miasta.
     
     
          Zgodnie z rozkazem Malinowskiego Peszt miał zostać definitywnie zdobyty do 14 stycznia. Szczególnie krwawe walki toczyły się o koszary Franciszka Józefa, dworzec Keleti oraz dworzec Ferencváros.
     
     
          Sowieci nie zamierzali dzielić się zwycięstwem z Rumunami.  Gdy ci szykowali się do szturmu na centrum Pesztu, Malinowski nakazał gen. Sovie przeniesienie się na Słowację. Protesty nie przyniosły efektu, a niedługo potem gen. Sova zdał dowodzenie. Wezwany do Bukaresztu 1 lutego 1945 roku odszedł w stan spoczynku, a w 1948 roku został aresztowany i skazany na 10 lat ciężkich robót. Rosjanie nie wybaczyli mu jego protestów w czasie zdobywania Budapesztu.
     
     
          W nocy z 15 na 16 stycznia został zniszczony most Franciszka Józefa. Rankiem 16 stycznia padł Dworzec Zachodni (Nyugati pu), a na południu Rosjanie podeszli pod plac Kálvina, walki trwały na placu Baráros. „W ciasnych i krętych ulicach, - napisano w niemieckim meldunku - jak również z powodu, że walki toczą się w piwnicach i kanałach ściekowych, nie można już wyznaczyć głównej linii obronnej. Nie można też używać czołgów i pojazdów opancerzonych, bo ulice są zablokowane lejami i zwałami gruzu ze zniszczonych budynków”.
     
     
          Naczelne niemieckie dowództwo zrozumiało w końcu, że przyczółek peszteński jest definitywnie stracony. Hitler dał 16 stycznia gen. Pfeffrer-Wildenbruchowi prawo decydowania o losie walczących jeszcze w Peszcie oddziałów. W nocy z 17 na 18 stycznia o godzinie 22.00 obrońcy rozpoczęli wycofywanie się z przyczółka. Oba ostatnie mosty — Łańcuchowy, najstarszy z mostów budapeszteńskich, słynący z urody most Elżbiety, wyleciały w powietrze 18 stycznia 1945 roku. o godzinie 7 rano.
     
     
          W walkach o Pest obrońcy stracili ponad połowę sprzętu bojowego. Z walki wyeliminowanych zostało około 12 tys. żołnierzy węgierskich i 10 tys. niemieckich (zabitych i rannych). Straty sowieckie były ogromne — blisko 100 tys. rannych, zabitych i zaginionych, 200 czołgów i dział pancernych, ponad 300 dział i tyle samo moździerzy.
     
     
          Zażarte walki w Peszcie i na jego przedmieściach spowodowały także wielkie straty i gehennę ludności cywilnej, mieszkańców miasta i licznych uciekinierów ze wschodnich krańców Węgier. „Ludność cywilna, - gen. Hindy pisał w meldunku - wyganiana ze swych zbombardowanych schronów, ograbiona z majątków, głodna i spragniona, cierpiąca na skutek własnego i wrogiego ognia, wsłuchująca się w szeptaną propagandę, coraz bardziej wyraża swoja nienawiść w stosunku do Niemców i strzałokrzyżowców. Uważa swoje cierpienia oraz niszczenie miasta za całkowicie niezrozumiałe. Nienawidzi pojawiania się w schronach własnych żołnierzy, bowiem zdarzało się, że to pojawiający się Rosjanie rozdawali wodę, żywność papierosy. Z tego powodu w wielu miejscach oczekuje się na Rosjan jak na wybawicieli. Rosjanie strzelają na każdy ruch wojska, ale oszczędzają cywili”.
     
     
          Katastrofalna była sytuacja rannych. Szpitale polowe urządzono w piwnicach i lochach zamku, Parlamentu, Muzeum Wojska i Drukarni Państwowej. Brakowało wszystkiego od jedzenia, lekarstw, środków opatrunkowych, do opału i fachowej opieki.  „Ciemne korytarze, pełne zaułków. – wspominała Klara Ney -  Pod gołymi ścianami na noszach, deskach, drzwiach leżą jeden na drugim pozbawieni rąk, nóg ranni, pozostałości ludzi. Bród i smród przechodzi najśmielsze wyobrażenie. Do tego wszystkiego miliony łażących po wszystkim wszy”. Młody żołnierz wspominał: „Ktoś chwycił mnie za dłoń. Była to dziewczyna z jasnymi włosami i piękną twarzą. Błagała mnie szeptem: „Weź pistolet i zastrzel mnie”. Spojrzałem na nią i z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że nie ma obu nóg”.
     
     
          Po zdobyciu Pesztu Sowieci skoncentrowali się na ataku na Budę. Zacięte walki toczyły się o  Sas-hegy (Orla Góra), górująca nad południową Budą. Gdyby dostała się w ręce Sowietów, mogliby mieć wgląd na wzgórze Gellerta z Cytadelą, Wzgórze Zamkowe oraz plac Vérmező, na którym urządzono lotnisko polowe.
     
     
          W zachodniej i północnej części Budy obrona opierała się o niezbyt gęstą zabudowę domów jednorodzinnych. Niewielka liczba obrońców nie pozwalała na utworzenie ciągłej linii obrony, dlatego przyjęli oni szczególną taktykę. Dysponując znaczną ilością broni maszynowej ( jeden karabin maszynowy przypadał na drużynę ) obsadzali tylko niektóre domy znajdujące się na pierwszej linii, na tyłach zaś pozostawiali silne odwody. W przypadku dokonania włamania, sowiecki klin był brany w dwa ognie — od czoła zastępowała mu drogę grupa odwodowa, a od tyłu ostrzeliwały posterunki z pierwszej linii. Taki system nosił nazwę „szachownicy” i okazał się niezwykle skuteczny.
     
     
          Mimo, iż Sowieci dysponowali ogromną przewagą materialną nad pozbawionymi zaopatrzenia obrońcami, a siły oblężonych topniały z dnia na dzień, to do 22 stycznia z 608 kwartałów Budy opanowali tylko 114.
     
     
         29 stycznia wysunięte grupy szturmowe 75 korpusu strzeleckiego, nacierające od strony Óbudy (północna, najstarsza część Budy), osiągnęły przyczółek mostu Małgorzaty. Z wyspy Małgorzaty ewakuowali się ostatni jej obrońcy i w całości znalazła się ona w rękach sowieckich. Następnego dnia sowieckie natarcie dotarło do placu Kálmána Szélla. W walce na najbliższą odległość artylerzyści 12 dywizji rezerwy zniszczyli 3 czołgi T-34, ale zostali rozjechani wraz ze swymi haubicami przez pozostałe sowieckie czołgi. Rosjanie od tej momentu trzymali pod ciągłym ogniem budynek pałacu pocztowego — ostatnią poważną przeszkodę na drodze do Wzgórza Zamkowego i Zamku.
     
     
         Sytuacja zaopatrzeniowa obrońców była katastrofalna. Walczący żołnierze otrzymywali skromne racje żywnościowe: kromkę chleba. 5 gramów tłuszczu i końskie mięso, ale ludność cywilna pozbawiona była dostaw. Nawet gen. Pfeffer-Wildenbruch pisał w meldunkach, że „Sytuacja 300 tys. (którzy jeszcze znajdowali się w okrążeniu — przyp. autora) cywili okropna. Nie ma nie uszkodzonego budynku. Straty z powodu ognia wroga. Głód i niebezpieczeństwo epidemii". Aby ulżyć ludności cywilnej, w sprawie przerwania walk do gen. Pfeffer-Wildenbrucha udał się 3 lutego, cały czas przebywający w Budzie, nuncjusz apostolski Angelo Rotta. Ale dowódca twierdzy miał na wszystko jedną odpowiedź: „Rozkaz Führera, że Budapesztu należy bronić do ostatniego żołnierza, nie został anulowany”.
     
     
        Ponieważ obrońcom Orlej Góry kończyła się amunicja i dłużej nie było możliwości utrzymywania tej pozycji, zdecydowano się na jej opuszczenie. Teren zajmowany przez obrońców kurczył się coraz bardziej. 9 lutego wojska sowieckie odniosły znaczne sukcesy: oczyściły Dworzec Południowy, zdobyły pozycje artylerii usytuowane między Wzgórzem Zamkowym a wzgórzem Gellerta, a także małe wzgórze Gellerta. Obrońcom pozostały właściwie tylko dwa duże węzły obronne: Wzgórze Zamkowe, wzgórze Gellerta oraz część XI dzielnicy.
     
     
         11 lutego nastąpił generalny szturm na wzgórze Gellerta. Resztki obrońców zamknęły się w Cytadeli na szczycie wzgórza, ale do końca dnia i ona była już w rękach sowieckich. Tego dnia Sowieci zdobyli tereny wokół placu Kosztolányiego i Mórica Zsigmonda, Politechnika oraz hotel „Gellert”.
     
     
         Wbrew rozkazom Hitlera, nakazującym bezwarunkowo obronę, po ostatniej nieudanej próbie odblokowania miasta w sztabie IX korpusu górskiego SS zapadła decyzją o próbie przebicia się na zachód. Bez amunicji i żywności nie można było utrzymać nawet niedostępnego Wzgórza Zamkowego. O planowanej próbie Niemcy nie powiadomili Węgrów.
     
     
         Plan operacji przewidywał przedostanie się do lasów Budy, a stamtąd do masywu Pilis, gdzie znajdowały się oddziały niemieckie. Mimo ogromnych strat, część żołnierzy pierwszej fali zdołała przebić się przez wysunięte stanowiska 180 dywizji strzeleckiej, wspieranej przez nieliczne okopane czołgi. Wyznaczeni do drugiej fali natarcia żołnierze, widząc góry trupów i rannych, wycofali się na Wzgórze Zamkowe. Sowiecka artyleria biła ze wszystkich dostępnych środków na Wzgórze Zamkowe i jego okolice. W sumie do lasów zdołało przebić się ok. 15 tysięcy żołnierzy.
     
     
         Na Wzgórzu Zamkowym pozostało około 5 tys. żołnierzy, głównie Węgrów. Ponadto w podziemnych szpitalach pozostało wiele tysięcy rannych, pozbawionych opieki lekarskiej. Zajęcie całego wzgórza było w tej sytuacji formalnością. Większość obrońców miasta poddała się 13 lutego.
     
     
          Walki o Budapeszt kosztowały Armię Czerwoną 80 tysięcy zabitych, 240 tysięcy rannych, 1766 straconych czołgów, 4100 dział i 293 samoloty. Zginęło 32 tysiące obrońców, a ponad 60 tysięcy dostało się do niewoli.
     
     
        W wyniku działań zbrojnych zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo 80% budynków w Budapeszcie, w tym zamek i przepiękny gmach Parlamentu, a także pięć mostów na Dunaju.
     
     
         Po zdobyciu miasta marszałek Malinowski wydał je na pastwę żołnierzy. Przez dwa dni mogli bezkarnie rabować, zabijać i gwałcić. Rabowali wszyscy: najwyżsi rangą oficerowie  wysyłali specjalne ekipy, które zabierały dzieła sztuki i wszystkie cenne przedmioty z prywatnych domów, muzeów, państwowych budynków, kościołów, pruli nawet sejfy ambasad krajów neutralnych. Zwykli żołnierze zatrzymywali cywilów na ulicach i pod groźbą użycia broni okradali ich z portfeli i dokumentów. Wielu wywoziło zdobyte łupy w dziecięcych wózkach.
     
     
         Dziesiątki tysiące mieszkanek Budapesztu kobiet zostało brutalnie zgwałconych przez sowieckich żołdaków.  Wśród pierwszych ofiar były studentki budapeszteńskiego uniwersytetu oraz pielęgniarki z polowych lazaretów. Nie oszczędzano nawet żon i córek węgierskich komunistów. Mátyás Rákosi, sekretarz generalny węgierskiej partii komunistycznej, interweniował u sowieckich władz, błagając o powstrzymanie „gwałtownej, obłędnej nienawiści” żołnierzy Armii Czerwonej do Węgrów. „Pijani żołnierze gwałcili matki na oczach ich dzieci i mężów. Dziewczęta w wieku nawet dwunastu lat zabierano rodzicom, by gwałciło je dziesięciu-piętnastu żołnierzy, często zarażonych chorobami wenerycznymi. Po pierwszej grupie przychodziły inne, które czyniły to samo. Kilku towarzyszy straciło życie, próbując ochronić swoje żony i córki” – pisał jeden ze świadków tych zdarzeń.
     

          „Po zakończeniu oblężenia żołnierzom radzieckim – napisał Ákos Engelmayer -zezwolono na czterdziestoośmiogodzinny, niczym nie kontrolowany rabunek. W całych Węgrzech ponad 400 tysięcy kobiet zostało zarejestrowanych jako zarażone chorobami wenerycznymi na skutek gwałtu. To ogromny procent w dziesięciomilionowym kraju. Jestem przekonany, że trwający od tego czasu aż do dzisiaj niski przyrost naturalny jest wynikiem tamtej traumy. Około 700 tysięcy osób zostało zesłanych w głąb ZSRR. Wróciło 300 tysięcy”.

     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Sowa – Budapeszt 1944-1945
     
    K. Nevekin – Zdobyć Budapeszt. Kampania na Węgrzech 1944
     
    B. Góralczyk – Węgierski syndrom Trianon
     
    W. Felczak – Historia Węgier
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Łukaszek wraz ze swoim tatą szli przez osiedle kiedy zobaczyli brzydki obrazek. Grupka młodzieży o kolorowych włosach paskudziła farbami pomnik.
    - Ładnie to niszczyć pomniki? - zapytał ich tata Łukaszka.
    - Niech pan najpierw zapyta czyj to pomnik! - zagulgotała jakaś oburzona osoba o płci zamaskowanej sporym brzuchem.
    - A to robi jakąś różnicę? - wzruszył ramionami tata Łukaszka. - Dzielimy pomnik na te, na których można uprawiać wandalizm, i na te, na których nie można?
    - To jest pomnik Karola W., zbiegłego z Polski za granicę znanego obrońcy pedofilii...
    - Macie pretensje o obronę?
    Tata Łukaszka próbował z nimi dyskutować, ale to nie dawało żadnego efektu. Młodzi właściwie zamiast odpowiedzi skandowali wulgaryzmy.
    - Po co ty w ogóle z nimi dyskutujesz, przecież to jakaś bojówka - odezwał się w końcu Łukaszek.
    Młodzi się oburzyli.
    - Jesteśmy grupą aktywistów "Szturmowcy tolerancji"! - krzyczała starsza pani o turkusowej grzywce. - Napiszemy na tym pomniku to, co uważamy i nie powstrzymacie nas! Co, napis was obraża! Taliban! Zacofańcy!
    Tata Łukaszka próbował jeszcze argumentować, ale Łukaszek mu przerwał:
    - To trzeba rozwiązać inaczej.
    I wyjął z kieszeni opakowane w filię ciastko.
    - O nie! - krzyknęła pani z turkusowych włosach i runęła do tyłu. - Tylko nie to!
    Łukaszek podniósł ciastko do góry i szedł prosto na nich. Młodzi krzycząc "Kremówka papieska!!!" uciekali, zostawiając puszki z farbą i plecaki.
    Wreszcie Łukaszek i jego tata zostali sami. Ale nie na długo. Zza narożnika bolku wyszedł patrol policji i podszedł prosto do Łukaszka.
    - Słuchaj no, chłopcze! Czy to ty tą grupą spokojnych ludzi torturowałeś papieżem i religię? Polska to kraj wszystkich a nie katolicki taliban.
    - Nie torturowałem.
    - Ale użyłeś wobec tych ludzi papieskiej kremówki. Nie zaprzeczaj. Są relacje światków, zabezpieczamy monitoring. Jedna osoba niebinarna dostała hiperwentylacji.
    - To dwie osoby - zauważył tata Łukaszka.
    Policjant spojrzał na niego złym wzrokiem.
    - Nie użyłem - odparł Łukaszek.
    - Ale masz przy sobie ciastko?
    - Owszem, mam.
    I Łukaszek wyjął je z kieszeni.
    - Ha! - ucieszył się policjant. - A więc jednak! Masz przy sobie kremówkę!
    - To nie jest kremówka.
    - A co?
    - Napoleonka.
    - A to przepraszamy.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Katarzyna  |  0
    22 marca minęła  rocznica tragicznych 3 zamachów w Brukseli  (dwóch na lotnisku w Zaventem  i jeden przy stacji metra Maelbeek/Maalbeek). W 2016 r.  w wyniku wybuchów bombowych zginęło wówczas 35 osób, a 316 zostało rannych.
    A choć były to zamachy islamskich fundamentalistów, mało już kto pamięta, że o terroryzm islamski obwiniali niektórzy publicyści, dziennikarze, eksperci od głębokich analiz wydarzeń politycznych, chrześcijańską tradycję, która prowokuje wyznawców islamu. Pełen goryczy felieton napisał wówczas Andrzej Nowak Między hukiem a skomleniem opublikowany w Gościu Niedzielnym i powtórzony w zbiorze felietonów autora Wojna i dziedzictwo Historia najnowsza. A przypominam i piszę o tym, bo jest to najlepszy komentarz do tego, czego świadkami jesteśmy dziś. Zmieniły się tylko figury, bo problemy te same, choć inne są wydarzenia, to mają to samo źródło.
    Wtedy, tuż przed tragedią w Belgii, rozpoczynał się Wielki Tydzień. W Krakowie w tym czasie odbywał się  koncert muzyki Josefa Haydna Siedem słów Chrystusa na krzyżu w ramach festiwalu Misterium Paschalia. Jeśli ktoś szukał tam mistycznego przeżycia, kontemplacji, ten został oszukany.
    Do tej mistrzowsko wykonanej muzyki dołączono między częściami dzieła  „bełkot grafomana, wynagrodzonego  za swój agresywny antyklerykalizm  nagrodą Nobla (literacką), portugalskiego komunisty, Jose der Sousa Saramego. Chrystus, który nie wierzy w Boga, pluje na Ewangelię, womituje obrzydzeniem do bliźniego swego – na prośbę katalońskiego dyrygenta”.
    Rozlegający się huk w II części utworu Haydna obrazujący trzęsienie ziemi w chwili konania Chrystusa zmieszał się w przedstawieniu ze skomleniem aktorskim.
    Wszystko zgodnie  z europejską poprawnością polityczną kasującą od podstaw kulturę chrześcijańską.
     
    I wszystko szłoby zgodnie z  planem, gdyby nie te zamachy w Belgii następnego dnia. Europa nie może się jednak poddać, nie może zrezygnować z budowania przyszłości bez korzeni chrześcijańskich. Wzburzony i zrozpaczony lud już jest wytresowany na takie okoliczności. 
    Pójdzie w marszu, złapie się za rączki – jak pisze autor – i pod ochroną policji zaprotestuje przeciwko „prawicowemu populizmowi”. Zamiast huku oburzenia będzie skomlenie.
    Andrzej Nowak nie wspomniał o kredkach i rysowaniu na asfalcie, by rozładować emocje i nie szukać zemsty, ale przecież wszyscy to pamiętamy.
    Postawił jednak wówczas diagnozę. Europa musi wrócić do swych chrześcijańskich korzeni, kardynalnych cnót i demokratycznej władzy. Inaczej „terremoto nas nie minie”.
    Profesor przesadził w diagnozie? A może moralizował?
    Nie trzeba być wytrawnym obserwatorem życia politycznego, kulturalnego, by dostrzec zdwojoną siłę anihilacji cywilizacji Europy. Nie ma już zapijaczonego Junckera, ale jest przez nikogo nie wybrany Timmermans ze swoim programem ratującym planetę, jest umaczana w aferę szczepionkową Ursula von der Layen, są dziesiątki skorumpowanych europarlamentarzystów.  Niektórzy z nich trafili do więzienia.
    Europa nie ma czasu na walkę ze zbrodniarzem Putinem, z przestępstwami nożowników, bezradnością wobec przemytników emigrantów i handlarzy dziećmi.  Ma znacznie poważniejsze zadnia, jak zniszczyć wykorzenić kulturę, wytępić katolików, zabronić modlitwy, zakazać czytania nieprawomyślnych książek, wyprodukować żywność syntetyczną, biegać do psychologa, który proponuje nam farsz do pierogów z dziecka poczętego,  nauczyć jeść robaki.
    Nie chcę powtarzać truizmów. Każdy widzi jak jest, tylko „wielu udaje, że nie wie, zaciska oczy, żeby nie widzieć, jak w tym, na końcu felietonu  cytowanym  fragmencie wiersza Eliota:

    „My, wydrążeni ludzie
    My, chochołowi ludzie
    Razem się kołyszemy
    Głowy napełnia nam słoma
    Nie znaczy nic nasza mowa…”.
    Eliot Thomas Stearns
    Wydrążeni ludzie
    Między hukiem a skomleniem
    demotywator
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka zaprosiła mamę Wiktymiusza na obiad. Ugotowała zupę. Już nalewała ją do talerzy gdy do mieszkania, w którym były tylko one dwie, wszedł Łukaszek.
    - Dobrze, że jesteś, podasz nam łyżki? - spytała mama Łukaszka.
    - Podam - westchnął ciężko Łukaszek i poczłapał do kuchni.
    - Zaraz go wrobię w zmywanie garów - zachichotała mama Łukaszka.
    - Łyżek nie ma w szufladzie - doleciało z kuchni.
    - Są brudne, leża w zlewie, umyj je i przynieś dwie.
    Łukaszek wyjrzał z kuchni i poinformował, że zlewu nie widać spod sterty brudnych naczyń.
    - Są na samym dnie. Musisz umyć wszystko, żeby nam je podać. Obiecałeś - przypomniała mama Łukaszka.
    Łukaszek spojrzał na nią nieodgadnionym wzrokiem i wyszedł. Obie mamy chichotały z radością, ale i niepokojem. Nie było słychać odgłosów wody płynącej z kranu. Zamiast tego Łukaszek przetrząsał szuflady i zaglądał do garnków.
    Kiedy ponownie wszedł do pokoju, jego mama zapytała niezadowolona:
    - Dlaczego nie zmywasz? Inaczej nie dostaniesz się do łyżek, które obiecałeś nam podać!
    Okazało się, że Łukaszek miał w ręce gruby pęk widelców.
    - Proszę - powiedział i położył przy każdym talerzu mniej więcej równy ich stosik.
    Zapadła taka cisza, że było słychać jak się chmury przesuwają.
    - Po co przyniosłeś widelce? - odezwała się z niepokojem mama Wiktymiusza.
    - No i widzi pani, źle pani zrobiła. Nie można tak z góry segregować sztućców. Trzeba najpierw zapytać je o nazwę. Tak się składa, że te tutaj to akurat łyżki.
    - Wyglądają jak widelce - zauważyła mama Wiktymiusza.
    - Bo to są widelce! - krzyknęła mama Łukaszka. - Podobne głupoty...
    - To są transłyżki - przerwał jej Łukaszek. - Stop sztućcowej transfobii!
    Mama Łukaszka nie poddawała się, a Łukaszek coraz głośniej krzyczał "stop transfobii'.
    - Wiesz co - wtrąciła się mama Wiktymiusza. - Może lepiej jednak jedzmy tymi wi... transłyżkami. Te krzyki nie służą niczemu dobremu, może jeszcze ktoś niepowołany je usłyszy i wyciągnie mylne wnioski... No i zupa stygnie.
    Mama Łukaszka niechętnie przyznała jej rację i obie panie zaczęły jeść zupę widelcem.
    - Zastanawia mnie dlaczego nie przyniosłeś nam po jednym widelcu tylko cały pęk - zastanawiała się mama Wiktymiusza.
    - Wziął chyba wszystkie z szuflady - mruczała mama Łukaszka zła. - Wymyśliłeś tą cała bzdurę z transłyżkami tylko po to, żeby nie zmywać!
    - Kiedy tata wczoraj powiedział o ideologii... - zaczął Łukaszek i przerwał na gest mamy Wiktymiusza. - Tak, proszę pani, przyniosłem wszystkie transłyżki.
    - Nie wystarczyłaby jedna?
    - Nie, bo one są niebinarne. Dlatego... - Łukaszek nabrał powietrza. - Dlatego proszę abyście spróbowały zupy każdą transłyżką, którą przyniosłem.
    Obie mamy spojrzały na siebie, a mama Wiktymiusza oznajmiła:
    - No dobrze, niech ci będzie.
    I panie próbowały zupę każdym sztućcem po kolei. Gdy użyły już wszystkich, Łukaszkowi nagle przypomniało się, że musi pilnie gdzieś wyjść.
    I wyszedł.
    - Dobrze, że poszedł - mama Wiktymiusza odłożyła widelec obok prawie pełnego talerza. - Nie chciałam przy nim mówić, ale tymi widelcami nie idzie się najeść.
    - Więc dlaczego się zgodziłaś?
    - Z powodów ideologicznych oczywiście. Tyle, że teraz jestem głodna, ale chyba z zupy już zrezygnuję...
    - Nie szkodzi, mam jeszcze drugie danie - mama Łukaszka wyniosła oba talerze z których niewiele ubyło zupy. Potem wróciła, zabrała wszystkie brudne widelce i wrzuciła je do zlewu, gdzie spadły na samo dno. Wreszcie ponownie pojawiła się w pokoju niosąc dwa talerze pełne spaghetti. Postawiła je na stole, zasiadła naprzeciw mamy Wiktymiusza. Spojrzała na nią, ona się zrewanżowała spojrzeniem i tak siedziały dłuższą chwilę.
    Ciszę przerwała wreszcie mama Wiktymiusza:
    - Spaghetti jem zazwyczaj widelcem...
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    29 marca minister rolnictwa Henryk Kowalczyk i liderzy kilku organizacji rolniczych (AgroUnii, ZMW, Solidarność RI, Izb Rolniczych, ZZR Ojczyzna) podpisali w godzinach nocnych ok. 22.30 - 11 punktowe porozumienie, zbiór zasad. Uczestnicy tegoż porozumienia ogłosili swój sukces.

    Jednakże nie da się nie zauważyć, że Związek Zawodowy Rolnictwa "Korona" nie podpisał tego dokumentu, a w wywiadzie dla wpr.pl i w wydanym na stronie Związku oświadczeniu, pełnomocnik - Daniel Alain Korona jednoznacznie wskazuje, że to zwykły niewiele znaczący świstek papieru, zbiór haseł, pobożnych życzeń i ogólników, a nie jakiś konkretny poważny dokument.

    ZZR "Korona" odniósł się do każdego z punktów porozumienia cyt.
    Przywrócenie ceł oraz wprowadzenie kaucji na tranzyt i na artykuły rolno-spożywcze z Ukrainy do poziomu równowagi cenowej z cenami na rynku polskim (Jedynie co jest możliwe, to rezygnacja ze zwolnienia z kontyngentów i z ceł, oraz powrót do zasad wynikających z układu stowarzyszeniowego UE-Ukraina, ale decyzję w tej sprawie podejmuje Unia Europejska; W tej sprawie premier zapowiedział wcześniej wystąpienie do Komisji Europejskiej, ale nie posiadamy informacji by już to nastąpiło; czyli niczego nowego w sprawie nie ustalono).
    Wprowadzenie tarczy dla branży rolno-spożywczej w wysokości co najmniej 10 mld złotych jako rekompensaty z tytułu kryzysu na rynku zbóż, rzepaku i artykułów rolno-spożywczych wywołanych rosyjską agresją na Ukrainę (Otóż nie wiadomo z jakich środków finansowych miałaby powstawać tarcza - z unijnych czy krajowych, każda udzielona pomoc wymaga zgody Unii Europejskiej, nie sprecyzowano jednak z jaką konkretną propozycją i do kiedy nastąpi wystąpienie do Komisji Europejskiej w sprawie) 
    zdjęcia z polskiego rynku nadmiaru zbóż i rzepaku do końca czerwca 2023 poprzez eksport, oraz wykorzystanie na cele energetyczne (postulat słuszny, tyle że eksportu nie da się zadekretować, nie wiadomo jak to ma być wykonane i przez kogo, nie wiadomo jaki podmiot zobowiązał się do zwiększenia eksportu, z jakim harmonogramem odbioru, do jakich grupy klientów?) 
    Wprowadzenie nowelizacji ustawy o biopaliwach wg załącznika przygotowanego przez Polską Koalicję Biopaliw, w terminie do końca maja 2023 roku (trudno się odnieść nie znając projektu ustawy, ale uwzględniając proces legislacyjny czyli rząd, sejm, senat, prezydent, ogłoszenie w RCLu, wątpliwe jest zakończenie prac do końca maja) 
    Dokonanie zmian w budżecie Krajowego Planu Strategicznego dla WPR na lata 2023-27 poprzez zwiększenie dofinansowania z budżetu krajowego do maksymalnego poziomu dopuszczalnego przez Komisję Europejską (Zwiększenie budżetu KPS nie wydaje się w najbliższym czasie możliwe ze względów zarówno finansowych jak i legislacyjnych, chyba że chodzi o przesunięcie środków w ramach budżetu KPS, ale nie stwierdza się kto miałby być wówczas poszkodowanym). 
    Dopłaty do transportu dla rolników i podmiotów zajmujących się obrotem zbóż w wysokości 100-200 zł w zależności od odległości do portów bałtyckich (to powtórzenie wcześniej przedstawionego hasła przez ministra, nie sposób zrozumieć jednak dlaczego ma to dotyczyć jedynie transportu do portów bałtyckich, a nie np. do granicy, część zboża eksportowane mogłoby być drogą lądową, dopłaty wymagają zgody UE, nie sprecyzowano jednak terminu do którego rząd wystąpi do Komisji Europejskiej, czyli nic nowego nie ustalono). 
    Wprowadzenie do obrotu z Ukrainą jedynie biopaliw z dodatkiem biokomponentów krajowego pochodzenia tj. do oleju napędowego 20%, do etyliny - 10% (brak terminu, a przypominamy ponadto, iż relacje z Ukrainą regulowane są przecież przepisami unijnymi czyli należałoby wystąpić prawdopodobnie do Komisji Europejskiej); 
    Rozwój infrastruktury transportowej, magazynowej, przeładunkowej - ogólnikowe hasło, tylko że nie wiadomo na czym ma to polegać, jakie projekty legislacyjne, projekty inwestycyjne mają być realizowane, jakie środki finansowe mają być przeznaczone, i w jakim okresie, abstrahując iż to nie ministerstwo rolnictwo jest władne w sprawie infrastruktury transportowej). 
    Zwiększenie przepustowości portów - ogólnikowe hasło, nie zadekretuje się przepustowości, potrzebne są stosowne inwestycje i środki finansowe, szczegółów brak 
    Priorytyzacji transportu i przeładunku zboża względem innych towarów - ogólnikowe hasło, brak konkretów i terminów. Nie zadano żadnego pytania do podmiotów transportowych, co do możliwości i sposobu realizacji tego postulatu. 
    Otwarcie nowych rynków zbytu poprzez:
    a. promocję polskiego zboża i produktów zbożowych (kto ma sfinansować tą promocję, w jakim sposób się ono odbywać, czy przez nowy podatek na produkty zbożowe?)
    b. realne wsparcie dyplomacji ekonomicznej (Jak ma to być wykonane?)
    c. efektywną współpracę służb dyplomatycznych itp z sektorem handlowym (ogólnikowe hasło, brak szczegółowych propozycji)
    d. sprawne uzgodnienia fitosanitarne - ujednolicenie sposób działania poszczególnych placówek fitosanitarnych (postulat słuszny, ale wymaga projektu odpowiedniego rozstrzygnięcia wraz z terminem realizacji).

    Reasumując abstrahowano zarówno od realiów legislacyjnych, ekonomicznych, infrastrukturalnych. Nie ustalono żadnych szczegółów, terminów, konkretów, nawet adresatów koniecznych wystąpień, a niektóre postulaty wymagają konsultacji międzyresortowych, chociażby z racji właściwych uprawnień. Są to jedynie "gruszki na wierzbie", a problem nadpodaży zbóż i rzepaku wciąż pozostaje nierozwiązany. Z tych powodów Związek Zawodowy Rolnictwa „Korona” nie podpisał się pod ww. hasłami. Oczekujemy konkretów, kto, kiedy i w jaki sposób zrealizuje ww. postulaty, w szczególności konkretnych projektów rozporządzeń i ustaw, zagwarantowania środków finansowych, bez nakładania dodatkowych obciążeń podatkowych na rolników czy na firmy sektora rolno-spożywczego - stwierdza Korona.
     
    5
    5 (2)

Strony