blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W latach 80. nielegalny handel mięsem osiągnął olbrzymie rozmiary.
     
     
          Dużym źródłem zaopatrzenia dla nieoficjalnego rynku był przemysł mięsny.
     
     
           Rozmiary takiego procederu ujawniła kontrola w katowickich Zakładach Mięsnych, gdzie w „magazynie poubojowym ujawniono zeszyt podręczny, w którym pracownicy magazynu dla własnej orientacji prowadzili ścisłą ewidencję liczby i rodzaju wycięć”. Tylko w okresie od kwietnia do czerwca 1981 roku dokonano „12 360 wycięć w otrzymywanych z uboju półtuszach, co stanowi około 11,9% ogółu półtusz, przy czym dziennie ilość wycięć wahała się od 17 do 242 przy średnim dziennym uboju 500–550 sztuk trzody”.
     
     
           Nagminnie zwiększano przysługujący pracownikom przemysłu mięsnego deputat w naturze z 15 kg do nawet 24 kg mięsa miesięcznie. Próby ograniczenia uprawnień pracowników przemysłu mięsnego, podjęte w połowie 1982 roku, natrafiły na skuteczny opór.
     
     
           Dysponowanie tak deficytowym i cenionym produktem stawiało wszelkie zakłady mięsne w niezwykle uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych gałęzi przemysłu i usług. Kierownictwa tych zakładów przy aprobacie załóg prowadziły wymianę barterową z producentami innych poszukiwanych towarów.
     
     
          Dla producentów mięsa ważniejsze było zaspokojenie potrzeb pracowników i okolicznych mieszkańców niż państwa. Wykorzystywano w tym celu przepisy o tzw. ubojach selekcyjnych i sanitarnych zwierząt słabych lub rannych, z których mięsa nie trzeba było odstawiać do skupu centralnego. Jednak nieraz zdrowe sztuki zostawiano do własnego użytku, „selekcyjne” odsprzedając państwu.
     
     
          Wprowadzenie stanu wojennego nie wpłynęło na poniechanie tego procederu. Jak oceniano w sierpniu 1984 roku, PGR-y RSP zatrzymywały na własny użytek 30–40% hodowanych zwierząt, a  „uzyskane mięso i jego przetwory sprzedano w znacznych ilościach poza systemem reglamentacji pracownikom Państwowych Gospodarstw Rolnych, okolicznym mieszkańcom oraz agentom placówek gastronomicznych i ośrodkom wczasowym”.
     
     
          W ten sposób doszło do podziału społeczeństwa na dwie kategorie - posiadających lub nie dostęp do tego typu kanałów dystrybucyjnych. Pierwsi starali się okopać na dogodnych pozycjach, zażarcie ich broniąc. Drugim pozostawały bezskuteczne zazwyczaj protesty i szukanie źródeł dostaw na wsi lub u „baby z cielęciną”...
     

          Wszystkie większe miasta posiadały własne „zaplecze mięsno-nabiałowe”. W okolicach Warszawy były to początkowo Karczew (już podczas okupacji nazywany „Prosiakowem”), Nowa Iwiczna, okolice Radzymina, Wołomina i Wyszkowa. W latach osiemdziesiątych, m.in. dzięki rozwojowi komunikacji, trasy codziennego zaopatrzenia stolicy sięgały okolic Siedlec, Ostrołęki czy Radomia.
     
     
         W pierwszej powojennej dekadzie mięso przewożono do Warszawy korzystając  z wąskotorowych kolejek dojazdowych (karczewska, marecka czy grójecka). Gęsta sieć przystanków, niewielka szybkość i zazwyczaj współpracująca z pasażerami obsługa, na ogół również miejscowa, zapewniała handlarzom względne bezpieczeństwo.
     
     
         Sięgano też po sprawdzone już podczas I wojny światowej metody ukrywania kontrabandy — w bańkach na mleko czy w udawanej ciąży. Handlarki z Wyszkowa przewoziły w ten sposób nawet kilkanaście kilogramów cielęciny.
     
     
          Bardziej doświadczeni handlarze starali się więc korzystać raczej z usług PKS, która zastąpiła likwidowane od lat pięćdziesiątych wąskotorówki, autobusów dowożących robotników do miast czy z przygodnych samochodów, najchętniej służbowych, z rzadka kontrolowanych przez milicję. Autobusy były o tyle wygodne, że mogły się zatrzymać przed miejscem spodziewanej kontroli. „Stosowane w naszych działaniach tzw. blokady – napisano w raporcie - powodują, że handlarze wysiadają na wcześniejszych przystankach, ew. na żądanie, dla uniknięcia kontroli”.
     
     
          Hurtownicy korzystali z samochodów,  o ile bowiem autobusem lub koleją można było zabrać do kilkudziesięciu kilogramów towaru, samochodem nawet kilkaset. Na przykład w marcu 1984 roku funkcjonariusze MO z Wyszkowa znaleźli w jadącym do Warszawy aucie 217 kg wieprzowiny, w czerwcu — 179 kg cielęciny.
     
     
         Wykorzystanie samochodów umożliwiło poprawę warunków sanitarnych. „Są [...] i tacy - pisał w 1984 roku Marek Przybylik - którzy przyjeżdżają samochodem z lodówką, a w niej mięso elegancko przygotowane, według życzeń odbiorców, wedle zamówienia”.
     
     
            Przy tak specyficznym produkcie jak mięso niezwykle istotne było bowiem zaufanie do dostawców, stąd też  brała się niezwykła trwałość sieci dystrybucyjnych, a namiary na rzetelną „babę z cielęciną” były przekazywane jako najcenniejsze informacje. Również dostawcy zależało na utrzymaniu stałego i wypłacalnego kręgu odbiorców, którym dostarczali towar w umówionych dniach, miejscach oraz asortymencie.
     
     
          „Woziłam do szpitala na Spartańską [w Warszawie]. – wspominała jedna „baba” - Jak przyjeżdżałam, to lekarze i pielęgniarki lecieli po towar. Jak to zobaczył jakiś dyrektor, że to cielęcina, to wygonił i zapowiedział, że jeszcze raz zobaczy, to wezwie milicję. Wygonił, ale nie skrzywdził. Ja tam bywałam od przypadku do przypadku, ale byli tacy stali, co mieli w piwnicy metę, gdzie dzielili cielęcinę”.
     

          W połowie lat osiemdziesiątych milicja rozpoznała w centrum stolicy, gdzie były zarówno prywatne pawilony handlowe (na ul. Świętokrzyskiej), jak też liczne i różnorodne instytucje państwowe, około pięćdziesięciu handlarzy, stale je odwiedzających.
     
     
          Byli to zazwyczaj detaliści, prawdziwi hurtownicy koncentrowali się w okolicach bazarów, zwłaszcza bazaru na ul. Polnej, „obsługującego w znacznej mierze ekskluzywną klientelę spośród personelu ambasad, świata kulturalnego itp.”.
     
     
           „Z naszego rozpoznania wynika - informował funkcjonariusz MO - że jeden handlarz w rejonie bazaru ul. Polnej sprzedaje 3 razy w tygodniu mięso z dwóch cielaków [...]. Można przyjąć, że przy dobrej organizacji nielegalnego skupu i obrotu może w ciągu roku dokonać obrotu 200 cielakami. Zysk ze sprzedaży mięsa z 1 cielaka wynosi średnio 6–9 tys. złotych w zależności od pory roku. Przy uwzględnieniu dodatkowego zysku ze sprzedaży anonimowej skór cielęcych w punktach GS - „Samopomoc Chłopska” w cenie 600–700 zł jedna skóra, oraz podrobów roczny zysk handlarza przekracza lub może przekroczyć 1 mln zł. Odnotowano przypadek handlu za dewizy”.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Siostra Łukaszka poprosiła swojego brata o bardzo zaskakującą rzecz. Żeby jej pomógł wybrać odpowiednie do jej przekonań ugrupowanie polityczne.
    - Wy wszyscy coś macie a ja nic - rozżalona siostra wyłamywała sobie śliczne paluszki.
    - A jakie masz przekonania polityczne? - zapytał Łukaszek.
    - No właśnie sama nie wiem - wyznała szczerze siostra. - Uważam, że świat powinien być miły, ludzie piękni, życie bez wysiłku, praca powinna być dla chętnych, social media powinny być obowiązkowe, chciałabym być bogata, wszyscy powinni się kochać, zwierzątka nie powinny cierpieć, szyneczka jest pyszna, wojsko...
    - Wystarczy - przerwał jej Łukaszek i zajrzał do komputera. - Już wiem. Za godzinę jest wiec Zwierzopatolewu. Możesz iść.
    Siostra się wystraszyła.
    - A czy to bezpieczne? Co to jest?
    - To skrót skrótu - wyjaśnił Łukaszek. - Skrót skrótu brzmi: Zwierzopatolew. A sam skrót, w rozwinięciu brzmi: ZwierzoPatoLewdOsoNiIGraNaIn. To z kolei skrót od Zwierzęca Patologiczna Lewica dla Osób o Niskim IQ Grająca Najniższymi Instynktami.
    - Strasznie długa nazwa. Ale lubię zwierzątka, więc pójdę - zadecydowała siostra Łukaszka.
    I poszła.
    Pod galerią handlową stała wiekowa pani poseł z grupką młodzieży i skrzekliwym słabym głosem nawoływała do poparcia.
    Siostra podeszła i odważnie zapytał o program.
    - Równość, miłość, tolerancja - objaśniła pani poseł.
    - Wreszcie coś dla mnie - ucieszyła się siostra Łukaszka, stanęła obok pani poseł i zaczęła klaskać w dłonie ciesząc się, że działalność polityczna jest taka prosta.
    - Przepraszam panią - podszedł jakiś młody z papierami. - Jestem społecznym asystentem pani poseł. Widzę, że pani dołączyła do nas. Zaraz wręczę pani naszą ulotkę programową. Proszę mi jednak powiedzieć: pani jest jednoakapitowa, jednozdaniowa czy jednowyrazowa?
    - Że co? - wystraszyła się siostra.
    - Rozumie pani jeden akapit tekstu?
    - Co to jest akapit?
    - Rozumie pani jedno zdanie tekstu?
    - To zależy jaki długie - przyznała siostra.
    - Jednowyrazowa - zadecydował asystent. - Na wszelki wypadek spytam jeszcze, czy pamięta pani naszą nazwę, skrót nazwy czy skrót skrótu?
    - Skrót skrótu.
    Asystent podał siostrze ulotkę, na której było napisane tylko jedno słowo. "Odebrać". - Niech pani to skanduje.
    - Odebrać! Odebrać! - skandowała siostra.
    Wiekowa posłanka zaczęła wołać przez megafon:
    - Rozdział kościoła od państwa! Rozdział kościoła od państwa! Nie może być tak, że ksiądz kasuje od niewierzących inną stawkę na pochówek na cmentarzu parafialnym!
    - Zróbmy swoje cmentarze! - zawołała siostra.
    - Stop! - krzyknęła wiekowa posłanka. - Jakie: zróbmy? Co to za prawackie hasła? Pani ma skandować to co jest na kartce!
    - Odbierzmy - przeczytała siostra. - Ale jak to, odebrać jemu jego cmentarz?
    - Oczywiście!
    - Nie lepiej zbudować samemu swój?
    - Proszę pani - wtrącił się zniecierpliwiony asystent. - My jesteśmy lewicą. My nie budujemy. My odbieramy tym, co zbudowali.
    - Acha - bąknęła zmieszana siostra i im bardziej rozumiała działalność Zwierzopatolewu, tym mniej jej się podobała.
    Wiekowa posłanka stwierdziła, że skoro ludzie do nich nie podchodzą, to oni spróbują podejść do ludzi. Weszli zatem do centrum handlowego. Oglądali witryny luksusowych sklepów. Wiekowa posłanka wołała, że nie może tak być, aby jakiś zegarek kosztował więcej niż proletariusz nie zarobi przez całe życie. Wszystkie zegarki powinny kosztować tyle samo, bo wszyscy mamy równe ręce i równy czas. A te drogie należy...
    - Odebrać! - zawołali pozostali.
    - I co dalej? - zainteresowała się siostra Łukaszka. - Kto je potem dostanie?
    - To panią nie powinno interesować! - piała gniewnie wiekowa posłanka. - Pani ma skandować postępowe hasła!
    Siostra nie dyskutowała już więcej tylko skandowała. Szło jej tak dobrze, że wiekowa posłanka nawet ją raz pochwaliła.
    Wreszcie skończyło się chodzenie, wyszli z centrum i stanęli na parkingu koło nowego, drogiego SUV-a.
    - Odebrać! - siostra Łukaszka zawołała automatycznie ochrypłym głosem, a inni podjęli. - Odebrać!
    - No nie no, tego nie - uśmiechnęła się niezręcznie posłanka. - Ten jest mój.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Docent zza morza  |  0

    Wejdą – nie wejdą?

    A jak wejdą, to kiedy…?
    I co wtedy będzie… ???

    Kreml i Putin ostentacyjnie (moim zdaniem – zbyt ostentacyjnie) robią wszystko, by nas przekonać o ich nadchodzącej inwazji na Ukrainę – tak się nadymając i tupiąc nóżkami (i na morzu, i na lądzie), że zaczyna to już wyglądać dosyć groteskowo…

    Czyżby kremlowska kamanda po prostu przeszarżowała i już zaczyna gonić w piętkę... gdy Zachód teraz ani nie dał się podzielić, ani zastraszyć?

    Ale pamiętajmy o szachowych upodobaniach Rosjan oraz ich skłonności do wznoszenia „wiosek potiomkinowskich” – jednym słowem – planowanie swych alternatywnych posunięć na kilka-kilkanaście ruchów do przodu (w zależności od reakcji przeciwnika) oraz gigantyczna, systematyczna podpucha i maskirowka - to dwa fundamenty ich sztuki wojennej, dyplomatycznej i politycznej…

    Bo państwo rosyjskie to mistrz pozorów.
    I dlatego Rosja nigdy nie jest ani tak słaba, ani tak silna, na jaką wygląda …

    Czyli ten aktualny spór to, niestety, toczy się dziś raczej wedle scenariusza pisanego w Moskwie niż w Waszyngtonie…

    Bo co też tak naprawdę Putin zamierza dziś osiągnąć?
    I po co usiadł do tych negocjacji (bo te wojska wokół ukraińskich granic to przecież jego „argumenty”)?

    A w każdych negocjacjach to powinno się mieć swój plan maksimum (kwestie z których da się spokojnie zrezygnować, wykazując się „dobrą wolą”) oraz swój cel podstawowy.

    A jeśli celem maksimum Putina jest groźba wojny (jeśli Zachód nie ugnie się przed jego księżycowymi i nierealnymi od samego początku żądaniami – a te zaporowe postulaty w praktyce oznaczałyby przecież faktyczne odwrócenie skutków przegranej przez Kreml zimnej wojny…)?

    I od początku wiadomo było, że nikt przy zdrowych zmysłach na nie się nie zgodzi. Dlaczego więc je wysunięto, a „cały Zachód” – a już szczególnie „nasze” media – to niemalże dostał wtedy kolektywnych spazmów…?

    A co jest celem podstawowym Putina?
    Ano wszystko wskazuje na to, że jest nim teraz formalna legalizacja rosyjskich podbojów z roku 2014. Czyli toczący się w cieniu „zagrożenia wojną” proces formalnego uznania przez Rosję "niepodległości" obu donbaskich zbuntowanych „republik ludowych”.

    - = > Duma-państwowa-odbędzie-konsultacje-na-temat-uznania-Donieckiej-i-Ługanskiej-republiki-ludowej/

    Bo gdy wojny – czyli inwazji na Ukrainę - w końcu nie będzie i okaże się, że świat pogratuluje sobie, że to jego zdecydowana postawa jej zapobiegła… to kto w końcu wyjdzie na durnia w tej rozgrywce?

    Bo genialny w swej prostocie kremlowski manewr z rozmieszczeniem swych wojsk w stepie i negocjacje z pozycji siły – aż do punktu - „ok, teraz wycofamy się - bo pokój jest najważniejszy - ale Donieck, Krym i Ługańsk na zawsze nasze” – będzie kolejną strategiczną porażką Zachodu, a łatwość z jaką kremlini nas tu ograli, tylko będzie ich w przyszłości zachęcała do dalszych zagrywek tego typu…

    P.S. Z myślą o młodszych czytelnikach:

    „Przychodzi biedny Żyd do rabina i prosi o radę:
    Oj, mądry Rebe, pomóż mi. To moje życie takie ciężkie: mieszkam w niewielkiej chatce z żoną, czwórką dzieci, babcią, dziadkiem i jeszcze teściową. Już się zupełnie nie mieścimy w tej małej izdebce. Oj, pomóż, mądry Rebe...
    Na to Rabin powiada:
    Słyszałem, że masz w obórce kozę?...
    - Tak Rebe, mam jedną kozę, co daje mleko, którym karmię dzieci.
    - To ją teraz sprowadź do domu - mówi rabin.
    Rebe, Rebe, co ty mówisz?... Ja, żona, czwórka dzieci, teściowa i jeszcze koza?... To jak ja teraz będę mieszkał?...
    Ale rabin był nieubłagany - musisz wprowadzić sobie kozę do domu!!
    Za parę tygodni rabin spotyka tego Żyda i pyta się:
    - A co tam Icek u ciebie?
    Oj Rebe. Teraz to już zupełnie nie da się żyć w domu. Ja, żona, czwórka dzieci, teściowa, dziadek i jeszcze teraz ta koza. To już nie jest życie.
    Na to rabin powiada:
    - To zabierz kozę z powrotem do obórki.
    Za niedługo rabin jeszcze raz spotyka Żyda i pyta się go:
    Jak tam, Icek, w twoim domu?...
    - Oj, Rebe. Jakiś ty mądry! Jak my teraz mamy w domu dużo miejsca. Świetnie mieścimy się w tej izdebce - ja, żona, czwórka dzieci, teściowa i dziadek. Oj, jakiś ty mądry, Rebe..."

    P.S. 2 Bo te sto kilkadziesiąt tysięcy ruskich sołdatów wokół ukraińskich granic, to chyba jednak tylko koza Putina… najwyraźniej mająca osłaniać zmianę statusu ukraińskich „separatystów”. A korzystając z głupoty Zachodu, to może ten od początku starannie zaplanowany odwrót uda się przekuć na coś jeszcze…

    image
     
    P.S. 3 Kremlowską racją stanu oraz sensem istnienia tej postmongolskiej struktury w Rosji jest ciągłe najeżdżanie i łupienie sąsiadów oraz utrzymywanie w poddanych przeświadczenia, że ich Rassija to nadal jest „wielikaja dzierżawa”, której wszyscy wokół nadal się panicznie boją.

    Ale efekty psychologiczne najechania Ukrainy w roku 2014 to już dawno minęły, a i przywoływanie  zbiorowego rosyjskiego orgazmu po przyłączeniu Krymu nie wzbudza już pożądanych emocji....

    A skoro nie da się dziś dalej najeżdżać i łupić sąsiadów - ani na Zachodzie, ani na Wschodzie – to chociaż trzeba tworzyć wrażenie dalszego zdobywania łupów kosztem Ukrainy. Bo bez takiego wrażenia, to i lud może się w końcu zbuntować, a i bojarzy mogą niespodziewanie zrobić kęsim kęsim swemu kremlowskiemu chanowi…

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0

    Premier w tekście opublikowanym w piątek na portalu miesięcznika ocenia, że Europa stoi dziś na krawędzi wojny.

    Konflikt zbrojny przestał być mało prawdopodobnym scenariuszem. Stał się realną możliwością

    —napisał.

    Podkreślił, że Rosja po raz kolejny próbuje naruszyć integralność terytorialną Ukrainy a kwestionowanie granic suwerennego państwa oznacza jedno – zamach na europejski pokój.

    Świat, który dobrze znamy, świat europejskich wartości, wolności, demokracji i dobrobytu znalazł się na celowniku rosyjskich przywódców i wojskowych. Stawką nie jest tylko przyszłość Ukrainy, ale też bezpieczeństwo i rozwój europejskich gospodarek. Ten największy kryzys polityczny od zakończenia zimnej wojny rzuca wyzwanie regułom, które przyjęła wspólnota euroatlantycka po 1989 roku

    —napisał premier.

    To świadomy akt politycznego cynizmu”

    Wielu przywódców nie miało odwagi ani determinacji, by przeciąć nici powiązań biznesowych z Kremlem. To pętla, która z czasem zaciskała się wokół europejskiej, a nie moskiewskiej szyi. Decydowanie się na niejasne interesy z reżimem, który nie cofał się przed wojną z mniejszymi państwami, przed zabójstwami politycznymi, przed akcjami służb specjalnych przeprowadzanymi na terytoriach państw członkowskich Unii Europejskiej, trudno nazywać tylko krótkowzrocznością. To świadomy akt politycznego cynizmu

    Całość znajdziesz tutaj: https://wpolityce.pl/polityka/585329-morawiecki-w-europie-rosja-ma-wiele...

    4
    4 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  1

    Niewiele się pomyliłem przewidując fabułę ostatniego odcinka serialu Księga Boby Fetta. Nawalili mnóstwo postaci które się kłębią - tak to wygląda. Przypominam też o nowatorstwie serialu, czyli nie da się szufladkować po tytule. To wszystko jest tak naprawdę jednym serialem który trzeba oglądać po kolei. A że jeden sezon się nazywa Xięga Bobusia a drugi Asoka to tylko tak dla zmyły. To nie są oddzielne byty serialowe. Tak jest to telenowela i kluczem do zrozumienia są tu takie produkcje jak Drużyna A i MakGajwer. Dobrze się to oglądało chociaż było pełno głupot i uproszczeń. Podobnie jest i teraz. Owszem, wrzucenie 2 odcinków bez Boby to błąd konstrukcyjny obiektywnie, podobny do usunięcia Poe Damerona z 3/4 przebiegu Przebudzenia Mocy. Ale subiektywnie jest to nowość która się przyjmie i zmieni kryteria konstrukcji.

     

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1204004,zdradzam-zakonczenie-ksiegi-boby-fetta-uwaga-spoilery

    Analizując serial musimy odwołać się do następującego aparatu pojęciowego: filonizmy, prekłeloza, sekłeloza, technobełkot i inne. Technobełkot jest na poziomie niskim, myśliwiec gwiezdny hiperprzestrzenny opisywany jest technologią analogiczną jak stosowana w ziemskim warsztacie tjuningowym: sprężarka, wał itp. Favreau ma doświadczenie z Star trekiem więc powinien znaleźć kogoś, kto opracuje mu stosowne gwiezdne słownictwo. Ale nie.

    Zanim przejdę do spoilerów nadmienię ze tzw Sekłele nie mają startu do Xięgi Bobosia, która stanowi otorbienie Favreau i Filoniego w tzw filoniversum nawiązujące do kreskówek z czasów prekłeli. A teraz spoilery:

    SPOILER

    I Fabuła

     

    Boba w wyniku swoich działań doprowadził do wybicia Tuskenów i wysadzenia burdelu z dobrą obsadą aktorską. Wykończył niewinnych motocyklistów i to są poważne minusy jego działalności które go obciążają. Na plus można mu policzyć ostateczny sukces. Pierwsze 4 odcinki stanowią oddzielną całość i na plus je oceniam:

    Gdyby nie te porąbane sekłele (Przebudzenie Mocy, Ostatni Jedi, Skywalker: Odrodzenie) wydźwięk byłby na plus. Mamy bowiem prekłelozę pojmowaną jako zbiór głupot wprowadzony przez Lucasa w prekłelach: midichloriany, nieprzywiązywanie się itp. I tym bełkotem mówi Luke do Grogu. Gdyby nie sekłele to bym powiedział że cała akcja ma na celu zrozumienie że to są jakieś absurdy: Grogu w końcu wróci do Luka wzmocniony tą wiedzą. Albo pójdzie swoją droga użytkowania mocy, która nie będzie drogą Jedi. Przecież posługuje się ową moca w stopniu znacznym instynktownym. Leczy, potrafi uspokoić rankora. Przy połączeniu z Mando zyskuje na potędze, podobnie Mando sprawniej posługuje się mrocznym mieczem gdy jest razem z Grogu. Nie męczy ich bowiem tęsknota.

    Pozytywnie to wyglądałoby tak, że Luke odblokował Grogusia, który zacznie szybko się rozwijać. Szkolenie małego trwało chyba tyle co całe szkolenie Luka na Dagobath pod okiem Yody. Tak bym powiedział gdyby nie te sekłele. Teraz usunęli Bombelka bo pierwszym uczniem w Akademii Luka ma być Ben Solo i wszystko ma się spierniczyć po staremu. Nie na darmo po obejrzeniu wspomnianego Przebudzenia mocy zakrzyknąłem: przecież ze wszystkich zrobili idiotów: z Nowej Republiki, LUka, Lei, Hana Solo, Lando etc etc. Dlatego muszą oni być w serialach idiotami aby się zgodziło. Z drugiej strony zdechnięty Palpatine dysponuje nieograniczonymi środkami i możliwościami. Jeśli przyjmiemy takie założenia to dobrego serialu nie dostaniemy.

    Uratowanie Gwiezdnych Wojen dalej jest możliwe ale czy realne?

     

    II Bohaterowie

    Zwraca uwagę brak negatywnych. Mamy jednego Cada Bane, czyli smerfiastego. Karpie są anonimowe, żaden się nie wyróżnia. Ich wódz też jest kompletnie nijaki. Słabe postaciopisarstwo. Boba Fett i jego ewolucje wypadają zaś bardzo dobrze. Tuskeni świetni. Fennec w porządku. Świniaki na początku OK potem zeszmacone. czemu nie mają jakiegoś pistola? Na minus zatem. Mamy gang na kosmicznych Vespach wyglądających dziwnie. Oni nie podpasowali jakoś fandomowi ale ja wiem? Nie są aż tacy tragiczni jak koniki w Ostatnim Jedi. Jednak pewne ulepszenia są widoczne. Pozytywni ogólnie na plus.

    III Filonizmy

    Finałowy odcinek wzbudził narzekania które są poniekąd uzasadnione. Robert Rodriguez nie sprawdził się jednak jako reżyser gdyż pewne schematy z lat 80-tych ubiegłego wieku się zestarzały: tamci strzelają milion razy i nic, a my strzelamy 3 razy i kładziemy 9 wrogów. Każdy nasz strzał trafia a oni w połowie filmu ranią bohatera. John Wick normalnie.  Niezniszczalność Dina Djarina i Boby Fetta już drażni, bo tamci zawsze trafiają w beskar. Czarny Wookie zwany Czarnym Krrsantanem nie ma pancerza a mimo to walą do niego nieskutecznie. Raz jest ranny, potem nieranny itp. Ze 20 razy oberwał podobnie jak rankor, któremu dlatego nic. To jest słabe pisarstwo zwane leniwym pisarstwem. Machiny bojowe karpii nie mogą w nic trafić z 5 metrów. Żałosne. Ataki wręcz na Wookiego zamiast pistolem. To jest żałosne realizacyjnie. Ale na poziomie detali: konkretnych rozwiązań. Obalająca moc strzału Cada Bane? Żarty. Takie niedoróbki słusznie nazywamy filonizmami.Wieszczyłem, że jeśli czegoś z tym nie zrobią to się w końcu publika zacznie irytować

    IV Luke i Grogu

    Pisałem już dawno że Ashoka powinna się spotkać z Lukiem i dowiedzieć się, że to Anakin wykończył Palpusia. I dowiedziała się i humor jej się pojawił. Dodatkowo tzw Zakonu Jedi nie ma, jest tylko Luke. Podąża ona jednak swoją własną drogą i to jest fajne. Fani malkontencili o Hanie Solo i jego pojawieniu się. Z Leią jest kłopot bo nie żyje i nie może wyrazić zgody, Han zaś jest za drogi i po co? Mark Hamill jest chętny i dużo nie weźmie. Luke jest taki komputerowy, ale lepszy niż w Mandalorianinie. Nie może być za fajny przez sekłele (sekłeloza). Dzięki niemu Grogu nauczył się wywijać fikołki i stanie się niebezpiecznym przeciwnikiem. Mam nadzieję że Luke jednak się rozwinie i przekreślą sekłele. Kto jest za a kto woli mękę sekłelową? Miasta które są za niech się wpisują.

    Malkontenty, nie odróżniające często Mos Eisley  od Mos Espa,  doceńcie zakończenie jednoznacznie pozytywne. Wygrali, pogonili karpie i rodziny przestępcze i zaprowadzili prawo i sprawiedliwość. Miasto przejmą teraz skutery a Boba przejdzie na emeryturę. Teraz ruszą walczyć o Mandalorę. Jak już wspominałem chyba Mando jako dzierżyciel mrocznego miecza jest pretendentem do władzy i ktoś mu musi to uświadomić bo wyraźnie nie pojmuje. Skazany jest na starcia z innymi pretendentami którzy pożądają tej broni. Powinien stoczyć pokazówkę z Bo Katan. Kto się domyśli że to ustawiony wałek?

     

    PS: Zapomniałem napisać:

    Kto chciał czekać na dalsze przygody Mando i Grogu 2 lata? Gdy okazało się, że Xięga Bobusia zajmie termin Mandalorianowi byłem niepocieszony ale te 2 odcinki mu poświęcona wystarczą. O serialu pisałem już:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1202459,prawo-sprawiedliwosc-patriarchalizm

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1194008,boba-fett-powrocil

    5
    5 (1)

    1 Comments

    Obrazek użytkownika Smok Eustachy

    Smok Eustachy

    Zdradzam zakończenie Księgi Boby Fetta. Uwaga SPOILERY!!!

    Odcinek rozpocznie się na Coruscant, gdzie karpie będą próbowały uwolnić Moffa Gideona, w czym przeszkodzi jednak młoda Holdo. Otrzyma ona jednak serię lewych prostych w kły, co spowoduje trwałe problemy psychiczne. W tym czasie Sokół Millenium będzie ścigał Moffa, nad Tatooine zostanie jednak zaatakowany przez Slave 1. Gideon korzystając z zamieszania kradnie myśliwiec Mando i udaje się na Exagol. Mando stoczy zaś walkę na miecze świetlne z młodym Snołkiem, który będzie wygrywał, nie doceni jednak odsieczy Grogu i Luka Skywalkera, którzy zaatakowani zostaną przez Odległe Rubieże, z którymi zmierzy się Asoka udaremniająca Thrawnowi przejęcie pociągu karpi. Żwirek walczy z Muchomorkiem. Luke zakłada kaptur ale Robin The Hooded Man zwraca mu uwagę, że nie powinien kraść mu stylówy.

    Wszystko to będzie obserwował Palpatine stojący w kolejce w ZUSie po zasiłek chorobowy. Obawia się on pojawienia się w rejonie USS Orville {premiera 2 czerwca na platformie Hulu} dlatego wysyła Cada Bane na Arrakis aby urządził zasadzkę na Poe Damerona, który tam pełni funkcję ojca Paula Atrydy. Cadowi popierniczyły się kierunki i zamiast na Arrakis trafia na Tatooine. To i to pustynna dziura. Jeden pies. W zastępstwie Cada zamach przeprowadzają Harkonnenowie. W efekcie wszyscy nawalą się przyprawą jak Meserszmity. Związek zawodowy czerwi pyta się, co z Sarlakiem?

    https://youtu.be/xAWJq0fetYw

     

     
     

    W reakcji na te wydarzenia Boba Fett, Fennec Shand i miś Yogi wyruszą do tajnej kwatery karpi w Mos Espa, drogę zatarasuje im jednak lektyka młodych Huttów, która rozpadnie się pod ich ciężarem w drobny mak. Tym z pomocą przyjdzie młody Genarał Hux, który na Coruscant ostrzela Leię z pistoletu na wodę. W czasie walki kołyska z młodym Kylo Renem wywróci się a ten swój głupi ryj rozwali. Rozbeczy się i stwierdzi że pierniczy taki karnawał i przechodzi na ciemną stronę. Tutaj bowiem daje po oczach miecz świetlny Grogusia, ścigającego Thrawna uciekającego z Kermitem Żabą. A po ciemnej stronie jest ciemno przynajmniej.

    Tu akcja przenosi się na Tatooine z powrotem, gdzie kontratakującym Tuskenom przewodzi Zbój Łamignat. Staje on jednak na drodze gangowi na kosmoVespach i dochodzi do kolizji w wyniku której Kudłaty i Skubi Do gubią ślad ducha Imperatora Palpatine i uciekają do Mirmiłowa, gdzie Cad Bane tropi zaginiony Weyfander. Nie przewidział on jednak pojawienia się Lubawy, która przydzwoniła mu patelnią w ten pusty niebieski łeb. W trakcie odwrotu Cad Bane trafia do wioski Smerfów gdzie udaje Lalusia próbując przejąć kolejny plan Gargamela. ZUS zaś może dać rentę albo Sarlakowi albo Palpusiowi, dlatego wysyła Lando Carlissiana na poszukiwanie zaginionej dokumentacji medycznej. Jest ona we wraku 2 Gwiazdy Śmierci. Q śmieszy ten wynalazek. Lando towarzyszy ten Jeden pies wspomniany. Sukces misji staje się wątpliwy gdyż Lando udziela wywiadu red. Jastrzębowskiemu na Salonie 24 w wyniku którego trafia na kwarantannę. ZUS każe zwrócić Palpusiowi zasiłek pogrzebowy z powodu takiego że się nie należy.

    Mando ściga Moffa, Asoka ściga Tarkina, Kojot ściga Strusia Pędziwiatra.

    W tym czasie Czarny Krrasantan walczy z Czubaką a Boba Fett szuka zemsty na Hanie Solo. Tym jednak przychodzą z pomocą R2D2 i C3P0. Boba zmienia jednak zdanie i próbuje zniszczyć centralę karpi. Nie wie jednak, że plan ten poznał Bruner, który przekabacił świniaki na swoją stronę (Bruner Ty Świnio!). Bruner wraz z Bosskiem przedostaje się do dawnego zamku Jabby, obecnie Boby Fetta, aby porwać rankora. Wie o tym Sarlak, który nie zginął ale poszedł na zwolnienie i udał się na Endor do sanatorium. Nie miał jednak maseczki i zawrócili go w kosmodromie. Jama jego okazuje się być zajęta przez szeryfa Cobba Vantha który nie przewidział konfliktu z Moffem Gideonem, ten zaś uciekając przed Mando wpadł w bagno na Dagobath. Tam spotkał widziadło Vadera, które poleciło mu wysłać Młodego Huxa na poszukiwanie Dupy Maula. Dupa Maula wraz z Keirą przeprowadza kontratak, odparty jednak przez sojusz Jawów i skuterów Vespa. Po walce skutery idą na części służące do budowy Starkillera. Michasia Burnham stroi swoje miny od których kwaśnieje niebieskie mleko na Tatooine. Anakin Skywalker interweniuje i na Dagobath dochodzi do konwentyklu duchów mocy Jedi, które ustalają, że tak dalej być nie może. Boba Fett zaprowadza prawo i sprawiedliwość w regionie. W reakcji Nowa Republika skarży się na niego do TSUE. <

    Dochodzi do finałowej walki, gdzie Luke walczy z Snołkiem, Keira robi piękne oczy do Hana ale zostaje odstrzelona przez Leię. Koska Reeves pokonuje Skałę (Geode) i zapewnia sobie w ten sposób udział w walce wieczoru na Wrestlemanii. Maczeta macha maczetą. Cad Bane obrywa po ryju od Boby Fetta, wspartego przez Bo Katan, która podejmuje decyzje o ślubie z Mando....


    przewidywany czas odcinka 357 godzin i 27 minut.

    Opublikowano: 9 lutego 2022, 02:38 ; Ostatnia aktualizacja: 9 lutego 2022, 03:42
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Przez cały okres PRL władze nie były w stanie rozwiązać kwestii „mięsnej”.
     
     
          Zaostrzenie na przełomie lat 50 i 60 walki ze spekulantami nie przyniosło żadnych efektów. Zamiast oczekiwanej przez władze poprawy nastąpiło dalszego pogorszenie zaopatrzenia sklepów w mięso. „Stanie w ogonkach należy do codzienności życia - zapisał w grudniu 1963 roku Rakowski. - Setki i miliony ludzi uganiają się za mięsem i wędliną. Już dawno nie było takich trudności”.
     
     
          Ofiarą polityki władz został Stanisław Wawrzecki skazany w tzw. aferze mięsnej na karę śmierci. „Stosunkowo dużo osób stwierdza – napisano w raporcie - że mimo zamknięcia aferzystów nie odczuwa się poprawy zaopatrzenia w mięso. Aby zaradzić problemom utworzono w sierpniu 1964 roku Państwową Inspekcję Gospodarki Mięsnej, mającą nadzorować cały obrót tym produktem, od skupu po sprzedaż detaliczną.
     
     
         W desperacji Gomułka zaproponował wprowadzenie wysokich grzywien (1–2 tys. zł), sugerując jednocześnie, że „dla lepszego ścigania nielegalnego uboju można wprowadzić nagrody za meldunki o nielegalnym uboju [...] w wysokości 100 zł od cielęcia. Nagrody byłyby płatne po ściągnięciu grzywny. Należy również rozważyć przekazywanie części lub całości grzywny na rzecz GRN w celu zachęcenia ich do walki z nielegalnym ubojem cieląt”. I sekretarz postulował także zakazanie prywatnego handlu cielęciną.  Każdy przypadek byłby karany konfiskatą i wysoką grzywną, a „dla zachęcenia ścigania nielegalnego handlu cielęciną należałoby wypłacać nagrody MO za każdy przypadek konfiskaty cielęciny”.  Na szczęście nie zrealizowano tych paranoicznych pomysłów.
     
     
         W odpowiedzi na kolejne załamanie rynku mięsnego, w listopadzie 1967 roku podwyższono o 16% ceny mięsa, co doprowadziło do protestów, a nawet  krótkotrwałych strajków.
     
     
          Podwyższono jedynie ceny detaliczne, ale nie skupu. W rezultacie chłopi zamiast sprzedawać państwu, wybierali raczej czarny rynek. Ceny skupu podwyższono dopiero 1 stycznia 1970 roku, na co chłopi zareagowali tak masowymi dostawami, że w kilku województwach trzeba było na kilka dni zamknąć punkty skupu. Podwyżka nie była jednak w stanie zniwelować fatalnego zaopatrzenia rolnictwa w pasze, węgiel oraz nawozy.
     
     
         Pomimo powołania nowej struktury - Państwowej Inspekcji Skupu i Przetwórstwa Artykułów Rolnych, która zastąpiła dwie dotychczasowe Inspekcje - Zbożową i Mięsną, w końcu 1970 roku znów sklepy mięsne opustoszały. W tej sytuacji Gomułka zadecydował o wprowadzeniu kolejnej podwyżki cen żywności, co doprowadziło do buntu robotników na Wybrzeżu, krwawo stłumionego przez komunistów.
     
     
         Po przejściowej poprawie sytuacji osiągniętej przez ekipę Gierka, kryzys zaopatrzeniowy zaczęto odczuwać w połowie 1973 roku, co błyskawicznie doprowadziło do „nasilenia nielegalnej formy obnośnej sprzedaży mięsa po domach, a także (…) do zakładów pracy”.
     

        Głęboki krach przyszedł w lutym 1975 roku, kiedy sklepy wyglądały jak w  końcówce poprzedniej dekady. Mimo ciągle uprawianej propagandy sukcesu stawało się jasne, że nie ma szans na zaspokojenie popytu, zwłaszcza przy stabilnych cenach. Wydanie milicji nakazu nasilenia walki z nielegalnym obrotem mięsem przeniosło mierne rezultaty.
     
     
         Po odwołanej podwyżce z lata 1976 roku, naczelnicy gmin otrzymali zalecenia przeprowadzania rozmów ostrzegawczych z rolnikami niedotrzymującymi umów i nie wydawać im zezwoleń na ubój gospodarczy. Zamiast ograniczenia nastąpił wzrost obrotów mięsem na czarnym rynku.
     
     
        Powstałe w 1976 roku tzw. sklepy komercyjne, gdzie oferowano mięso lepszych gatunków po znacznie wyższych cenach, miały stanowić wstęp do urealnienia cen na całym rynku.
     
     
         W 1980 roku nastąpił gwałtowny spadek (o ponad 10%) produkcji rolnej. Trudności z paszą doprowadziły do masowej wyprzedaży inwentarza przez chłopów. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Krach nadszedł już w pierwszych miesiącach 1981 roku, w całym roku  skupiono trzody o 42,6%, bydła o 42,4%, a zbóż o 27,1% mniej niż w poprzednim. Największe załamanie było na wschodzie kraju, gdzie dominowały niewielkie gospodarstwa indywidualne, które z jednej strony najbardziej ograniczyły hodowlę z drugiej zaś tutaj były największe tradycje nielegalnego obrotu mięsem.
     
     
          Mięso i wyroby „wypływały” ze wszystkich rodzajów przedsiębiorstw, od wielkich przetwórni podległych Centrali Przemysłu Mięsnego, po niewielkie zakłady należące do WSS „Społem”, „Samopomocy Chłopskiej”, Gminnej Spółdzielni, poszczególnych PGR-ów czy RSP. Centrala Przemysłu Mięsnego oceniała, że są dwa rodzaje przestępstw „mięsnych”: „działalność przestępcza w grupie, którą stanowią pracownicy zakładów mięsnych z różnych działów produkcyjnych, skupu, obrotu towarowego i straży przemysłowej, współdziałających w wytwarzaniu pozaewidencyjnych nadwyżek, a następnie w ich upłynnianiu w porozumieniu z osobami spoza przemysłu”, i indywidualne kradzieże, dokonywane przez pracowników zakładów mięsnych, „polegające na wynoszeniu mięsa i jego przetworów w różnych ilościach.
     
     
         Latem 1981 roku sytuacja stała się wręcz tragiczna, co skłoniło Jaruzelskiego do zwrócenia się do premiera rządu ZSRS Nikołaja Tichonowa z prośbą o przekazanie 30 tys. ton mięsa (w zamian za ziemniaki), a minister handlu wewnętrznego cofnął wprowadzone jeszcze przez Bieruta przepisy dopuszczające legalny obrót mięsem z uboju gospodarczego.
     
     
         „My nie unikniemy i nie zlikwidujemy obrotu mięsem - mówił we wrześniu 1981 roku wicepremier Stanisław Mach - bo przyjeżdża do wujka bratanek i zabijają świnię, i wiezie ją do miasta, więc w ogóle nie widzę celowości przeciwdziałania tego typu zjawiskom. Nie ma możliwości i nie ma co tego ścigać. Nie warto, nie damy sobie rady, a poza tym, jak przywiózł, to nie kupi w mieście. Więc to na jedno i to samo wychodzi. Więc tu trzeba do sprawy elastycznie podchodzić, tak samo jak i ten ubój międzygospodarczy. Sąsiad z sąsiadem biją świniaka do połowy. No biją, jeść muszą”.
     
     
        Takie głosy rozsądku pozostały jednak odosobnione, a po wprowadzeniu stanu wojennego powrócono do represji wobec uczestników „nielegalnego” handlu mięsem.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Mięso odgrywało w PRL rolę pryzmatu, przez który społeczeństwo postrzegało władzę.
     
     
          Już na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych zaopatrzenie w mięso zyskało w hierarchii nierozwiązywalnych problemów systemu komunistycznego wysoką pozycję. Jej wyznacznikiem może być częstotliwość występowania kwestii mięsnej w materiałach Biura Politycznego KC PZPR. Pojawiła się już w końcu lat czterdziestych i utrzymała się do 1989 roku,
     

          Wzrost produkcji mięsa pozostawał daleko w tyle za przyrostem demograficznym w PRL. Jednocześnie od połowy lat 50. władze eksportowały znaczne ilości wysokiej jakości mięsa i jego przetworów. I tak np. w 1955 roku eksportowano ponad 99%, a dwadzieścia lat później 74,3% krajowej produkcji szynki konserwowej.
     
     
          O ile w latach 1950– 1976 produkcja drobiu wzrosła siedmiokrotnie, wołowiny zaś czterokrotnie, to ulubionej przez Polaków wieprzowiny zaledwie o dwie trzecie.
     
     
          Zaopatrzenie w mięso i jego niskie ceny postrzegane były jako jedno z podstawowych dóbr socjalnych, element umowy zawartej przez społeczeństwo z władzą. Pod koniec lat osiemdziesiątych dopłaty te pochłaniały prawie 30% budżetu państwa.
     
     
         W ostateczności sięgano po drastyczne środki -  nagłe podwyżki cen (1953, 1959, 1967, 1970, 1976, 1980, 1982), które wywoływały społeczny protest, nie przynosząc trwałych efektów ekonomicznych.
     
     
         Tak wielkiemu popytowi nie było wstanie sprostać polskie rolnictwo, ustawicznie poddawane różnym ekonomicznym eksperymentom, polityka rolna była w PRL polem „permanentnego ścierania się celów politycznospołecznych oraz produkcyjno-efektywnościowych”. Prywatne rolnictwo produkujące większość mięsa było trudnym do zniesienia ideologiczno-ekonomicznym cierniem. „Rolnictwo w naszym kraju rozwija się – zapisał Rakowski - bardzo dobrze zawsze wtedy, gdy partia czuje się słaba. Tak było w 1948 roku. W momencie, gdy zaczynamy „wierzyć w siłę” - tak było w 1949 roku - natychmiast uderzamy chłopów po kieszeni i w rezultacie następuje spadek produkcji. Potem, gdy jesteśmy znowu słabi - patrz 1956 rok - rolnictwo zaczyna się świetnie rozwijać. I da capo. Teraz znowu przychodzą towarzysze z Ministerstwa Finansów i proponują uderzenie chłopa po kieszeni”.
     
     
         Gdy władze obniżały ceny skupu mięsa żadna siła nie była zdolna zmusić chłopa do kontynuowania lub zwiększania produkcji i sprzedaży jej państwu, zwłaszcza że nieoficjalny rynek dawał znacznie korzystniejsze ceny.
     

         W obliczu braku mięsa władze komunistyczne starały się dostarczać go przede wszystkim do  „dużych ośrodków klasy robotniczej”, pozostawiając prowincję w niemałej mierze własnemu losowi, w praktyce korzystanie z usług „baby z cielęciną”.


         Po zakończeniu wojny władze komunistyczne zbytnio nie zwalczały prywatnych pośredników w obrocie mięsem, doskonale wiedząc, że  bez nich kłopoty z mięsem byłyby jeszcze większe. W rezultacie „bitwa o mięso” była jedną z ostatnich rozegranych w ramach „wojny o handel”. Rozpoczęto ją od rozprawy z rzeźnikami i masarzami, narzucając im niskie ceny detaliczne niewiele wyższe niż koszt żywca.  Prasa zaczęła publikować listy nieuczciwych rzeźników i restauratorów, ukaranych przez Komisję Specjalną na kilkuletni pobyt w obozach pracy w  Mielęcinie czy Chrustach.
     
     
        Jednocześnie z dniem 1 stycznia 1949 roku zniesiono kartki na mięso. W ten sposób wykazano zależność między spacyfikowaniem „spekulantów” a znormalizowaniem rynku.
     
     
          Na wsi obserwowano targowiska i tradycyjne miejsca obrotu zwierzętami, sprawdzano podróżujących. W miastach przeprowadzano ustawiczne kontrole sklepów rzeźniczych bądź knajp, kończące się zazwyczaj ich zamknięciem.
     
     
         W ten sposób władze komunistyczne chciały ostatecznie wyeliminować prywatnych odbiorców mięsa oraz  zmusić chłopów „do sprzedaży legalnej na miejscu, a tym samym przyczynić się do wypełnienia zobowiązań zgodnie z planem”.
     
     
         W grudniu 1949 roku nielegalny ubój i handel mięsem zalecano karać przynajmniej półrocznym pobytem w obozie pracy. W rezultacie czego coraz więcej chłopów trafiało do obozów pracy.
     
     
         Wbrew nadziejom komunistów zaopatrzenie w mięso nie tylko nie poprawiło się, ale skup mięsa systematycznie spadał.  Władzom nie pozostało nic innego, jak w końcu sierpnia 1951 roku przywrócić kartki, nazwane eufemistycznie „bonami mięsno-tłuszczowymi”.
     
     
         W jakim stopniu rozwiązywały one problem, pokazywała ulica:
     
    Co tu gadać
    Po cóż krzyć
    Nie dadzą nam umrzeć
    A więc trzeba żyć [...]
    I byłaby już sprawa prosta
    Gdyby nie ta bona mięsna Ona Ci już włazi w drogę i podstawia śmierci nogę.
    I przed samym Twoim zgonem
    Zabija śmierć salcesonem
    Bo ta właśnie mięsna bona
    Nie da żyć i nie da skonać.”


           W odpowiedzi na wzmożenia nielegalnego obrotu mięsem  władze nasiliły kontrolne w sklepach, na targowiskach, dworcach, gdzie - jak podczas okupacji - zatrzymywano kobiety szmuglujące mięso w bańkach z mlekiem. W grudniu 1951 roku MBP rozesłało specjalny okólnik informujący, że „jednym z podstawowych warunków powodzenia akcji kontraktacyjnej, która posiada decydujące znaczenie dla sprawy zaopatrzenia w mięso, jest zwalczanie nielegalnego uboju, handlu spekulacyjnego mięsem i trzodą oraz wszelkich innych form wrogiej działalności. [...] Do walki z wrogiem na tym odcinku muszą przystąpić zarówno PUBP, jak PKMO, a szczególnie Gminne Posterunki MO”.
     
     
          W lutym 1952 roku przywrócono obowiązkowe dostawy zwierząt rzeźnych przez rolników.  Ceny za dostawy obowiązkowe, pokrywające często zaledwie połowę kosztów produkcji  i wysoki podatek gruntowy skutecznie podcinały chłopską gospodarkę. W obawie przed wzrostem świadczeń  chłopi większość nadwyżek sprzedawali poza kontrolą państwa.  Nakazany „właściwym organom” nadzór nad obrotem żywcem i mięsem nic nie dał  i  we wrześniu 1955 roku przymusowe dostawy spadły do 48,4%. Przed sklepami mięsnymi ustawiały się olbrzymie kolejki.
     

            Po 1956 roku pozwolono ponownie na działalność prywatnych rzeźników co błyskawicznie poprawiło zaopatrzenie w mięso. Przerwa była jednak krótka i już w 1958 roku władze komunistyczne  rozpoczęły kolejny etap forsownej industrializacji - naturalnie kosztem rolnictwa. Pogłębiające się kłopoty z mięsem wywołały latem 1959 roku falę niezadowolenia.  

     

            „Partia znajduje się w stanie gorączki mięsnej. – notował w 1959 roku Mieczysław Rakowski - Brak mięsa odsłonił wszystkie inne słabości. Nie owijając spraw w bawełnę, mamy kryzys gospodarczy”.  Wypróbowanym lekarstwem na kryzys były podwyżki cen mięsa oraz rozpoczęcie nagonki na rzekomych spekulantów, wykupujących mięso u chłopów.
     
     
          Błyskawicznie zorganizowano też kampanię prasową, przypominającą tę z przełomu 1948 i 1949 roku, mającą przekonać społeczeństwo, że brakom winni są chłopi i spekulanci.
     
     
          Funkcjonariusze milicji zostali zobligowani do kontroli bazarów, targowisk, dróg dojazdowych do nich, dworców autobusowych i kolejowych. Zarówno funkcjonariusze mundurowi, jak i wywiadowcy zostali zobowiązani do rozpoznawania osób zajmujących się nielegalnym handlem, mieli także przeprowadzać rozmowy ze znanymi handlarzami i organizować wokół nich „sieć k[ontaktów] p[oufnych] i informatorów dla zapewnienia sobie stałego dopływu informacji o nielegalnym handlu żywcem i mięsem”.
     
     
            W końcu listopada 1959 roku do rozprawy ze spekulantami przystąpiło również Ministerstwo Handlu Wewnętrznego, potwierdzając całkowity zakaz sprzedaży mięsa i wędlin z prywatnego uboju. 
     
     
     
    CDN.

     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka prowadziła ostry bojkot osiedlowej piekarni.
    - Łamią wszelkie procedury wypieku chleba! - utrzymywała.
    - Znasz się na pieczeniu chleba? - spytała ironicznie babcia Łukaszka.
    - Nie, ale oficjalne czynniki tak mówią! - mama Łukaszka gorączkowo wertowała czterostronicowy dodatek do "Wiodącego Tytułu Prasowego" pod tytułem "My, Europejczycy wstydzimy się za Polskę".
    - Jakie czynniki? - zapytał spokojnie tata Łukaszka.
    - Europejska Komisja do Spraw Obrotu Bielizną Używaną - odczytała mama.
    - Co ma bielizna do chleba? - zaśmiała się perliście siostra Łukaszka. - Czy komisja do spraw bielizny może się wypowiadać w sprawie chleba?
    Tego dla mamy Łukaszka było już za wiele.
    - Mogą, bo są Komisją Europejską! - mama prawie wykrzyczała ostatni wyraz. - Co, nie podoba ci się? Chcesz wyjść...
    - Nie! - wystraszyła się siostra.
    - ...z Europy? - dokończyła mama i spojrzała na swojego syna. - Łukasz!
    - Co?
    - Czemu tak nienawistnie milczysz? Idź po chleb.
    - O tej porze? Sklep zamknięty.
    - Wiem o tym, poza tym w sklepie jest za drogo. Pójdziesz do piekarni.
    Hiobowscy osłupieli.
    - Przecież prowadzisz bojkot piekarni - upewniał się Łukaszek.
    - Piekarni tak, ale nie chleba. Chleb należy się wszystkim. Bo powstał on za pieniądze, jakie piekarnia dostała od wszystkich Polaków.
    - Dostała? - tata Łukaszka zakrztusił się herbatą.
    - No przecież nie ukradła. No nie patrz się tak Łukasz tylko idź! Tu masz odliczone pieniądze!
    Łukaszek poszedł więc. Pod piekarnią była już spora grupa niezadowolonych ludzi. Na samochodach, torbach i ubraniach mieli nalepki z napisem "precz z chlebem" i wszyscy chcieli kupić chleb. Byli niezadowoleni bo piekarnia podniosła właśnie ceny chleba. Przed piekarnią stał jej szef i tłumaczył skąd się wzięła ta podwyżka, ale do zebranych jakoś to nie trafiało.
    - Za poprzedniego piekarza chleb był tańszy - powtarzali ludzie w kółko. - Pan chyba oszalał. Podnosi sobie pan ceny ot, tak, nie licząc się w ogóle z portfelami klientów.
    - Podnoszę, bo muszę. Teraz jest duża inflacja, ceny mąki, prądu i gazu poszły górę - tłumaczył piekarz.
    - Co to ma do rzeczy? - jakaś pani wzruszyła dostojnie ramionami. - Poprzedni właściciel piekarni umiał sobie jakoś z tym poradzić. Może pan nie daje sobie po prostu rady? Proszę odejść i oddać piekarnię poprzedniemu właścicielowi.
    - Wtedy ceny surowców i nośników energii były o wiele tańsze a to one w dużej mierze składają się na cenę chleba... - pan piekarz zaprezentował infografikę z procentowym rozkładem składników ceny jednego bochenka. Jakiś młody człowiek z brodą i w okularach, nie wytrzymał.
    - Nie życzę sobie prezentowania informacji, kłamliwych i tendencyjnych, tożsamych manipulacyjną propagandą innych sklepów. Traktuję to jako despekt. Naprawdę uważacie, że cena chleba zależy od ceny prądu czy gazu jednocześnie informując, że nie macie na to wpływu? Serio??? To wy, jako producent chleba ponosicie odpowiedzialność za ceny waszych produktów. Nikt inny tylko wy! To wy jesteście odpowiedzialni, aby w cenie waszego produktu zmniejszać udział drożejących kosztów! To jest wasze zadanie! Wskazywanie paluchem na gazownię czy elektrociepłownię jest żałosną próbą zdjęcia z siebie tej odpowiedzialności i świadczy wyłącznie o was! Mieliście wiele lat, by się na to przygotować! A wy nie zrobiliście nic! Zupełnie nic! Poza tym przypominam, że priorytetem jest w tej chwili klimat, walka o planetę, o środowisko!
    - Ludzie, zrozumcie - pan sprzedawca był zrozpaczony. - Co ja mam zrobić? Odłączyć prąd? Jak będę pracował w nocy? Wyłączyć gaz? Na czym będę piekł?
    - Jest pan amatorem czy zawodowcem? - zapytał surowo starszy pan w kurtce moro z napisem na plecach "Jestem z WSI i się tego nie wstydzę".
    - Zawodowcem...
    - To powinien pan wiedzieć co zrobić, aby chleb był tańszy.
    - Wiem - pan piekarz wyprostował się dumnie. - Zetnę swoją marżę. O tyle.
    - Za mało - zaczęli wybrzydzać potencjalni klienci. - A zresztą i tak wolelibyśmy poprzedniego właściciela. U niego nawet może być drożej, bo chleb ma lepszy smak. Smak wolności.
    - Czy ktokolwiek chce u mnie kupić chleb? - pytał załamany piekarz.
    - Ja - Łukaszek przepchnął się przez tłum. - Ale mam za mało pieniędzy. Chyba, że sprzeda mi pan po starej cenie.
    - Jak jemu po starej cenie, to nam też! - zawołali wszyscy.
    - Widzisz? - westchnął pan piekarz. - Nie mogę.
    - A jeśli sprawię, że inni kupią po nowej?
    - To dostaniesz bochenek za darmo!
    - Ty chcesz nas zmusić, żebyśmy kupili chleb po droższej cenie? - pan w kurtce moro spojrzał lekceważąco na Łukaszka. - Jesteś amatorem czy zawodowcem?
    - Amatorem.
    Pan w moro prychnął śmiechem. Kilka osób mu zawtórowało.
    - Nie spytał pan amatorem czego - rzekł spokojnie Łukaszek. - Otóż jestem amatorem dobrego chleba. I wierzę, że wszyscy tu obecni, no może poza panem, są amatorami dobrego smaku i dobrych rzeczy. A wszyscy wiemy, że to, co dobre musi kosztować. Czy Ferrari jest tanie? Czy na wczasy na Zanzibarze każdy sobie może pozwolić? Nie. I tak samo jest z tym chlebem. Nie jest tani, to fakt. Ale dzięki temu macie pewność, że kupujecie produkt ekskluzywny. Żadna hołota żyjąca za wasze pieniądze z 500+ nie wbije swoich szczerbatych zębów w ten sam miąższ chlebowy co wy. A zatem kupujcie! Kupujcie, bo to ostatnia taka okazja. Dzisiaj jest drogi. Ale jutro może być jeszcze droższy!
    Ludzie runęli do środka i zaczęli kupować chleb. Pan w kurtce w moro spojrzał na Łukaszka i też wszedł do piekarni. Rozanielony piekarz wręczył Łukaszkowi darmowy bochenek i Łukaszek poszedł do domu.
    - Ehehe, zapomniałam, że chleb podrożał i dałam ci za mało pieniędzy - śmiała się nieszczerze mama. - Ale widzę, że sam sobie poradziłeś. Brawo, brawo...
    - Dołożyłem ze swoich - rzekł Łukaszek urażonym tonem. - Musicie mi oddać.
    - Niczego ci nie oddam - zaśmiała się triumfująco mama. - Poczuj i ty na własnych pieniądzach szaleństwa tego reżimu. I co? Jak ci się to podoba? Popierasz obecną władze? Co teraz zrobisz?
    Łukaszek zacisnął palce w kieszeni na pieniądzach, które dostał od mamy idąc po chleb.
    - Nie wiem - powiedział powoli. - Jakoś sobie to odbiję...
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Jak donosi Mordimer Madderdin, pardon, Jacek Piekara "Feministka Jennifer Swayne protestuje przeciw temu, że w Wielkiej Brytanii maniacy seksualni i gwałciciele zamykani są w żeńskich więzieniach, jeśli zadeklarują, iż są kobietami. Tam seksualnie wykorzystują uwięzione kobiety. Została więc aresztowana za transfobię i mowę nienawiści..."

     

    image


    Co tu zastanawia to kompletny brak reakcji feministek, zwolenników praw kobiet, simpów, itp. Nic. Wrzuciłem to tu i ówdzie i nie ma. Ani nie piszą, że to nieprawda, ani nie popierają, ani się nie przeciwstawiają. Gdzie jest Środa, gdzie Szczuka, gdzie Maja Staśko? Kasia Babis, Fangotten, Krytyka Polityczna, Feminoteka, Wysokie Obcasy? Gdzie jest odklejona teolożka fundamentalna? Też nie? Ogólnie rzesza różnych takich pyskatych wsadziła mordę w kubeł i nie bulgocze? Łaj?

    No boją się zakwalifikowania jako terfiary i co za tym idzie wyautowania. (Zcancelowanie, wywalenie na margines, exterminacja psychiczna, unieważnienie). My zaś powinniśmy im przypominać tę aferę na każdym kroku i domagać się określenia stanowiska, są bowiem za. Przypominam mądrość etapu jest taka a nie inna. Nie mogą jeszcze wyznać że są za gwałceniem kobiet. A są. Ogólnie za dyskryminacją kobiet przez transów, czyli facetów.

    Patriarchat zaś jest prokobiecy bo broni jedne koboety przed drugimi. Największym wrogiem jednej kobiety jest inna kobieta.

     

    II

    Pomijam Korwina który już we wczesnych latach 90-tych ubiegłego wieku przewidywał taką sytuację bo to jest logiczny wniosek z ich założeń.  Mało kto zwraca jednak uwagę na statystyki: skoro taki gościu mówi że jest kobietą i idzie do kicia jako kobieta to jego zbrodnie, w tym gwałty zaliczane są do zbrodni kobiet co zmieni statystyki i za jakiś czas się okaże że to kobiety gwałcą i mordują inne kobiety. Żadna feministka jak już wspominałem nie zakwili w tej kwestii. I tu konsekwencje będą ogromne w kształtowaniu polityki społecznej. Same se zgotowały ten los. A Korwin-Mikke, Ziemkiewicz i inni wyrastają na obrońców kobiet bo nie boją się podejmować problemu.

    III

    Weźmy inne postulaty z następnych etapów: seksizmem jest na przykład twierdzenie, że faceci są silniejsi od kobiet. Skoro nie są to Kodeksie Pracy trzeba znieść ograniczenia w dźwiganiu dla kobiet, niech każda do 40 kilo może dźwigać jak facet. czemu Senyszyn nie podejmuje tego tematu? A Klimansara? Bo oszukują społeczeństwo nie podając swych prawdziwych celów.

     

    Wskazówka dla nas jest taka, ze musimy informować o tej patologii szerokie kręgi społeczne i dzięki temu może ocalejemy. W sensie na zachodzie się już zawali i dowodnie okaże się, że tak się nie da. A my się jeszcze będziemy trzymać.

    Historii się trzeba było uczyć naszej aby pojąć jak lewaki wyrzynają jedne drugie. Zawsze wygrywają bardziej radykalne pozbawione skrupułów, resztek moralności, wrażliwości. Weźcie se przed oczy bolszewików wyrzynających mienszewików. Tak samo transe wykańczają terfiary

    Jeszcze jest ta druga we Francji antyislamistka. Ale o niej później.

    PS O Mądrości etapu:

    Towarzysz Lenin objawił prawdę taką, że rewolucja składa się z etapów. Każdy etap ma swoje prawdy, cele, środki, metody. Po przejściu do następnego etapu prawda poprzedniego staje się kłamstwem itd. Ponieważ jesteśmy rewolucyjnie do tyłu przeto ratunkiem naszym jest pokazywanie patologii następnych etapów. Czyli sytuacji z krajów gdzie dalej zaszło. Informacje takie, jako przyszłościowe, budzą ataki furii u tamtych. Nie możemy być tu tylko reaktywni ale uprzedzająco musimy działać. Doszło już u nas do profanacji więc wiarygodne są informacje o docelowym modelu ekscesów, czyli podpalenia kościołów, dewastacje itp. Pokazać można początkowe ściemy i dalszą ich ewolucję. Znaczące elementy jak wywalenie Navratilowej. Navratilova została na wcześniejszym etapie i ośmielila się upomnieć o prawa kobiet. Parady równości są tylko u nas, gdzie indziej są parady dumy itp.

    Uwypuklić należy katofobiczne nastawienie ideolo LGBT oraz pokłady nienawiści które tam zalegają. Wpływa ona negatywnie na kondycję społeczeństwa.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Został jeden odcinek do końca serialu Księga Boby Fetta i pewne tendencje są widoczne. Teraz jest dobry moment na podsumowanie ich bo jeszcze trwa niepewność. Na początek kilka uwag bezspoilerowych a potem będzie spoiler, który jest bez sensu. Kto miał zobaczyć to zobaczy a kto nie zobaczył to już nie zobaczy. W każdym razie są widoczne poważne rozbieżności artystyczne względem linii Kathleen Kennedy czyli niesławnych sekłeli i spinofów. Tutaj twórcy tłumaczą różne kwestie wprowadzone wcześniej. Teraz jak pojawia się jakaś rozkmina możemy się spodziewać że wyjaśnią w następnych odcinkach. Tak jest z tzw Czarnym Lightsaberem czyli czarnym mieczem świetlnym. Zostały objaśnione kryteria jego przejmowania i w miarę trzymają się kupy. Nie trzeba zabić poprzedniego właściciela więc nie rozumiem czemu Bo Katan nie mogła spuścić łomotu Mando i zdobyć broni. Ale może jeszcze pokażą. Może będzie ślub Mando z Bo Katan i tak opanują Mandalorę. Zobaczymy.

     

    Podsumowując: Boba pragnie zaprowadzić na Tatooine prawo i sprawiedliwość niczym różni tacy z popkultury i nie tylko. TAkie jest przesłanie Favreau i Filoniego. Czyli twórców. Dodatkowo pokazują nam oni funkcjonowanie patriarchatu: Niby Boba rządzi ale najwięcej do powiedzenia ma Fennec Shand, o której później. Dodatkowo wprowadzili oni reżyserkę, która nie spotyka się z hejtem i ludzie lubią jej dzieło. Niesamowite. Wystarczy zrobić dobry film i nagle hejt znika:

    image

    Przepaść ideowa dzieli Xięgę Boby Fetta od ostatniego Jedi dlatego Xięga sie dość podoba.

     

     

    Bobuś pojawił się w Imperium Kontratakuje jako łowca nagród pracujący na zlecenia Jabby. Na zlecenia samego Vadera podejmuje się trudu śledzenia Hana Solo wraz z Sokołem Millenium. Interesy Jabby łączą się tu z interesami Imperium. Imperium chce Luka a Jabba Hana. Boba popykał se z blastera i dostarczył zamrożonego Hana owemu ślimokowi. W Powrocie Jedi kiwa główką, potem po krótkiej walce dostaje dzidą w plecak, wali łbem w burtę barki i wpada do jamy sarlacca. I to jest wszystko. W prekłelach Lucas dodał mu historię smutnego dzieciństwa wprowadzającą jego nienawiść do Jedi, którzy wykończyli jego tatusia którego był klonem.

    Teraz pora na Telesfora czyli na spoiler zawierający szczegóły tego i owego:

    *

    *

    *

    Zabieg artystyczny twórców serialu jest prosty: bohater na początku jest wrzucony w sytuację bez wyjścia i zbiera konkretny łomot tak aby widz mu współczuł. Boba wydostaje się z wspomnianego potwora ale Jawowie rabują mu pancerz a Tuskeni więżą. Fabuła toczy się dwutorowo: retrospekcje z Tuskenami raz a przejmowanie pozycji Jabby dwa. Retrospekcje są fajne bo pokazują nam przyczyny takiej a nie innej postawy bohatera. Teraźniejszość już jest mniej fajna: z jednej strony są świniaki a z drugiej gang na skuterkach. Średnio przypadł on do gustu widzom. Fani kręcą nosem bo naoglądali się jakiś pierdół, komiksów, jakiejś sieczki. Książki w starym kanonie są. I nie zgadza się to co tam wypatrzyli z serialem. Dlatego mówię każdemu, aby nie czytał tego bo to bez sensu jest. Taka exscytacja.

    Ustalmy zatem podstawowe fakty których nie rozumieją: Boba pragnie zastąpić Jabbę Hutta, u którego pracował wcześniej. Jabba był to niezła szycha więc mamy tu wyraźny wzrost aspiracji Boby. Dodatkowo pragnie on ucywilizować zasady panujące w organizacji. Fany nie doceniają tutaj wyraźnie tych aspektów epatując mirażami łowcy nagród znanego w całej galaktyce. Nie rozumieją, że wytarmoszony przez sarlaka i pozbawiony zbroi musi przewartościować se postępowanie. A sójka im w bok. "Człowieka zwanego Koniem" widzieli? Motyw białego u Indian znają? No nie znają. Więc mają okazje się zapoznać.

    II

     

    Opowieść o przygodach Boby zajmuje 4 odcinki co jest pewnym nowatorstwem, dwa następne zajęły bowiem przygody Mando. Może będzie tak, że serial z konkretnym tytułem będzie kwestią umowną i wątki będą przemieszane. Do tej pory tak nie było nigdzie ale może się przyjmie? Ciekawy eksperyment formalny. Jak się przyjmie to nie będzie nigdy wiadomo o kim będzie następny odcinek. Piąty odcinek był fajoski a szósty wyreżyserował Filoni. Nie ma tu bez jakiejś idei przewodniej, spójności, sensu, zbiór scenek samodzielnych to jest. Smerfienie. Nawrzucanie kogo się da: Ashoka, Luke, Grogu, szeryf, ten smerf w kapeluszu. Kto to w ogóle jest? Wiadomo było że karpie są za cienkie na ekipę Boba+Mando+Fennec+czarny Wookie+świniaki+skutery stąd potrzebują wzmocnienia. No i mają niebieskiego.

     

     
     

     

    Z punktu widzenia metaopowieści dowiadujemy się wielu rzeczy luźno związanych z samym serialem: na razie wątek Luka i Grogu nie będzie tu się wiązał ale kwestia stosunku Boby do Jedi będzie musiała być rozwiązana. Na razie starannie unikają tego tematu więc będzie rozróba. Podobnie Ashoka nie pojawi się na Tatooine.

    Lucas nie umiał za bardzo pokazać przejścia Anakina na ciemną stronę dlatego zrobił z Jedi bandę porąbanych kretynów (zabierających małe dzieci rodzicom) i wprowadził ideologię nieprzywiązywania się. Dlatego Grogu musi teraz wybrać między Mando a byciem Jedi. Przy Luku jest dużo mądrzejszy niż wcześniej. Filoni jako totumfacki Lucasa nie wycofa się z tych absurdów na pewno a są one przeszkodą w sensowności. Czy mogę żywić nadzieję, że to rozdarcie jest przejściowe i zniknie? Podobnie jak się zmienił stosunek Mando do robotów i zdejmowania hełmu?

    III Finał Przewidywania

    Będzie decydująca bitwa z karpiami (Pykami). Zwracam uwagę że oprócz plemienia w którym siedział Boba jest jeszcze to z którym jest skumplowany Mando i które od pokonaniu smoka jest skumplowane z szeryfem, którego załatwił smerf. Więc tu przewiduję przetasowania. Być może jacyś Tuskeni przeżyli i są teraz tam. Jakby się pojawiła Cara Dunn to odcinek uzyskałby na IMDB 20/10. Są takie plotki ale to nierealne. Czy Grogu i Luke przylecą ratować Fetta? Od ich walki minęło zaledwie 5 lat! Będą zaskoczenia. Inne plotki mówią o Hanie Solo. Ja przewiduję że będą zaskakujące rozwiązania fabularne.Mamy tu bowiem przyprawę która Han szmuglował dla Jabby i jest ona pokazana jako niedobra. Trochę zrzynają dalej z Diuny z tą przyprawą. Czy Maczeta będzie machał Maczetą?

    Przyzwyczajajcie się do koncepcji szerokiego uniwersum nie ograniczonego tematyką zasugerowaną w tytule serialu.

    PS: Tak, wiem kto to jest niebieski. Taki kretyn z kreskówek. Nie oglądajcie tego. Poważnie mówię bo wszystko się będzie wam kitwasić.

    PS2: Mamy kolejny filonizm: maszyny-pająki noszą kamienie zamiast postawić betoniarkę, szalunki i betonować. CO za prymitywizm techniczny. O filonizmach zrobię oddzielny wpis OK?

     

    Serial: Księga Boby Fetta.

    Twórcy Filoni, Favreau, Rodriguez i inni. Kennedy NIE.

    Poprzedni wpis mój:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1194008,boba-fett-powrocil

    I oczywiście nie streszczam fabuły bo to bez sensu.

     

     

    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Jeszcze kilka lat temu (2017/18) Elewarr nie spłacił kredytu skupowego. A dziś, Spółka nie tylko spłaciła kredyt skupowy, ale uczyniła to na 5 miesiące przed terminem (28 stycznia).
    Co wpłynęło na taką zmianę sytuacji? Otóż w listopadzie 2018 roku prezesem został Daniel Alain Korona, ekonomista, b. przewodniczący rady nadzorczej i b. prezes Elewarru z 2007 roku,
    W następstwie już w 2018/19 roku Spółka osiągnęła zysk 0,93 mln zł (gdy w poprzednim roku obrotowym miała ponad 17 mln zł straty), a kredyt spłacono przed terminem (6 maja). Z roku na rok terminy spłat kredytu były wcześniejsze (26 kwietnia, 12 luty), a wynik finansowy coraz wyższy (1,676 mln zł; 15,759 mln zł)
    W tym roku Spółka, pod zarządem Korony, kolejny raz jednak bije rekordy.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W latach 80. niemal każda stacja benzynowa sprzedawała „lewe” paliwo.
     
     
           Dla większości zmotoryzowanych stacje benzynowi stanowiły pierwszy etap starań o zdobycie dodatkowego (czy jakiegokolwiek) paliwa. „Należy stwierdzić  - mówił w połowie 1983 roku dyrektor CPN Marian Bartoszewicz - że napór klienta jest tak ogromny, że prawe wszyscy [pracownicy] ulegają tej pokusie”.
     
     
           Niewiele zmieniło wprowadzenie w marcu 1982 roku przepisu nakazującego ajentowi stemplowanie przy sprzedaży paliwa specjalnej wkładki PZU i wpisywanie każdej transakcji do odpowiedniego wykazu. W połowie 1982 roku zasady te były naruszane w co drugiej kontrolowanej stacji.
     
     
          Sami klienci także wypracowywali własne metody omijania przepisów - wkładki PZU, które powinno się stemplować na stacjach, smarowano parafiną ułatwiającą usunięcie tuszu, ubezpieczano także samochody od dawna niejeżdżące. W rezultacie nawet 30% załączników PZU mogło być sfałszowanych lub wyłudzonych.
     
     
          Najczęściej jednak ajent za odpowiednią cenę sprzedał więcej benzyny - przy zachowaniu pewnych środków ostrożności był to proceder trudny do wykrycia. Różnicę pokrywały zarówno redystrybuowane przez kierowców państwowych pojazdów paliwowe oszczędności, wycieki z tzw. stacji garażowych oraz nadużycia  w składach CPN
     
     
          Nic więc dziwnego, że służby kontroli poddawały stacje coraz bardziej rygorystycznemu nadzorowi. Na przykład z przeprowadzonych w 1983 roku 21 „zmasowanych, o zasięgu ogólnokrajowym” akcji antyspekulacyjnych cztery nosiły kryptonim „Benzyna”, ale również podczas piętnastu operacji „Rynek” zaglądano do dystrybutorów. Tylko podczas kontroli przeprowadzonej 29 marca 1983 roku w 368 stacjach benzynowych - w 78% ujawniono różne nadużycia. W rezultacie w pierwszej połowie 1983 roku spośród 5800 pracowników 1300 stacji CPN - 1002 zwolniono, a 3335 ukarano. W następnym roku ukarano 3271 ajentów, 1161 zwolniono, wszczęto 550 spraw karnych. Między styczniem a wrześniem 1985 roku każdą stację sprawdzano średnio pięciokrotnie (229 ajentom wypowiedziano umowy, 1723 ukarano).
     
     
          Zyski były bowiem tak duże, że nawet wzrost ryzyka nie doprowadził zaniechania procederu, ale do wypracowania coraz bardziej wyrafinowanych strategii.
     
     
           Prawdziwymi hurtownikami byli pracownicy CPN-owskich magazynów, którzy odpowiednio manipulując normami strat czy mieszając różne rodzaje paliw, potrafili wygospodarować setki ton.  I tak np. w składzie w Płocku za kradzież co najmniej 600 ton paliwa i kilkudziesięciu ton olejów silnikowych przed sądem stanęło 32 (z 37!) pracowników.
     
     
           Wygospodarowane paliwo przewożono na stacje CPN, zyski dzieląc zazwyczaj po połowie. Część dostawcy była dzielona między kierownictwo, magazynierów, dyspozytorów, kierowców etc. Kosztem dodatkowym ajenta była usługa pracownika Obwodowego Urzędu Miar i Wag, który przy okazji legalizacji dystrybutorów „(wg taryfy od 1 zł do 1,5 zł za litr) cofa ajentowi o żądaną ilość tysięcy litrów wskazania licznika. Ajent bez problemu może wówczas sprzedawać „lewą” benzynę bez obaw, że nagła kontrola wykryje mu w zbiorniku o cysternę paliwa więcej, niż opiewają dokumenty stacji”.
     
     
           Posiadanie rezerw stało się konieczne po wprowadzeniu w kwietniu 1984 roku nowych zasad reglamentacji benzyny. Teraz na stacji miały zostawać kupony, które teoretycznie łatwo było porównać z licznikiem dystrybutora i tym samym wyeliminować „przecieki”. Jednak słabym punktem tej reformy stały się kartki dla tzw. jednostek gospodarki uspołecznionej, które - niewykorzystywane - legalizowały nadwyżki benzyny zbywane przez ajentów.
     
     
          Wkrótce po wprowadzeniu kartek dosłownie w całym kraju pojawiły się ich falsyfikaty. Pewna przedsiębiorcza Polka z Berlina Zachodniego zamówiła u Niemców 10 tys. kart benzynowych, nieróżniących się praktycznie od oryginalnych. Ale i krajowe produkty były często tak doskonałe, że można je było rozpoznać tylko pod lampami ultrafioletowymi, w które od 1985 roku zaczęto wyposażać stacje benzynowe.
     
           Kreatywni pracownicy PZU przy pomocy kolegów z wydziałów komunikacji przypisywali talony benzynowe samochodom wycofanym z eksploatacji, wyrejestrowanym w innych województwach lub też całkowicie fikcyjnym. Kiedy w 1986 roku Komenda MO we Wrocławiu zaczęła komputerowo porównywać wykazy zarejestrowanych samochodów i wydanych kart, okazało się, że 10 tys. z nich wystawiono na nieistniejące pojazdy.
     
     
          Ponieważ olej napędowy był w wolnej sprzedaży, popularne stały się diesle. A kiedy udało się diesla zarejestrować jako tzw. benzyniaka, po sprzedaży przydziałowej benzyny można było jeździć praktycznie za darmo, zwłaszcza gdy w ropę zaopatrywano się na czarnym rynku.
     
     
          Nadal wielu taksówkarzy zamiast świadczyć usługi sprzedawało przydziałową benzynę. Taksówkarz dostawał bowiem zazwyczaj przydział na 10 litrów paliwa dziennie, podczas gdy normalny kierowca 30–45 litrów miesięcznie. Wystarczyło więc albo sprzedać paliwo, albo kartki ajentom stacji, którzy na ich podstawie rozprowadzali benzynę po odpowiednio wyższej cenie.
     
     
           Jak obliczał w 1986 roku wiceszef Centralnej Komisji do Walki ze Spekulacją płk Władysław Trzaska, taksówkarz, nie jeżdżąc, lecz tylko sprzedając benzynę, miał całkiem niezłą pensję, nawet do 50 tys. zł.
     
     
          Także wyjeżdżający za granicę taksówkarze nie wyrejestrowywali działalności. Rodziny w dalszym ciągu pobierały kartki, sprzedając je pracownikom stacji benzynowych. Na przykład we Wrocławiu w 1985 roku na 4 tys. taksówkarzy wyjechało około 1500, nieraz na wiele miesięcy.
     
     
          Coraz częstsze kontrole ograniczyły nadużycia na stacjach, nie były w stanie zapobiec wielkim „dziurom” w tzw. stacjach garażowych, przez które  przechodziło 70% wszystkich paliw.
     
     
          Przy nieprawdopodobnym często bałaganie, chaotycznym zarządzaniu, fatalnym stanie urządzeń technicznych manka lub superaty tworzyły się nieraz całkowicie samoistnie. Dla operatywnych pracowników były to warunki wręcz idealne.
     
     
         Mimo tego dopiero w 1986 roku zaczęto kontrolować te obiekt. Spośród sprawdzonych wtedy przez Biuro Kontroli URM 495 stacji - w 79% znaleziono różnice inwentaryzacyjne, w 48% nieprawidłowo rejestrowano przychód i rozchód paliw.
     
     
          Jak to w zwyczaju w systemie socjalistycznym  powołano przy Radzie Ministrów specjalny międzyresortowy zespół. Kierowany przez podsekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego i Lekkiego Stanisława Kłosa, planował przeprowadzenie kolejnych masowych akcji kontrolnych, barwienie paliwa, w lipcu 1987 roku zaproponowano nawet wdrożenie systemu informatycznego mającego objąć 12 tys. stacji. Zamiast tego jedyną konkretną propozycją było obcięcie dla nich limitów paliwa.
     
     
          Jakiekolwiek radykalniejsze zmiany były po prostu niemożliwe. Bez przejmowania z nieszczelnych państwowych czy spółdzielczych dystrybutorów tysięcy ton paliwa do baków chłopskich traktorów i kombajnów zaopatrzenie rynku w żywność byłoby jeszcze gorsze.
     
     
     
          Propozycja wprowadzenia ceny komercyjnej, po której można by kupować paliwo poza reglamentacją, która pojawiła się w 1983 roku wywołała sprzeciw natury zarówno społeczno-politycznej („benzyna dla bogatych”), jak i ekonomicznej (od wzrostu cen u prywatnych wytwórców po „inspirowanie do spekulacji” nawet uczciwych ajentów).
     
     
           „Proszę towarzyszy - ostrzegał w październiku 1985 roku płk Władysław Trzaska - [...] mieszkając, siedzimy na minach. Dosłownie na minach. Nasze strychy, piwnice, komórki, altanki są podminowane benzyną. Teraz właśnie [...] za ten czwarty kwartał ludzie, którzy biorą benzynę, żeby zebrać karty, które mają, nie mają gdzie tej benzyny przechować. I obserwuję, że w takich dzbanach, gąsiorkach, gąsiorach, bańkach po mleku, kanistrach z plastiku, dzbankach nawet po prostu...”
     
     
          Dopiero w połowie 1988 roku rozpoczęto się w 64 wydzielonych stacjach sprzedaż benzyny bez kartek, ale po niezwykle wysokich cenach. „Dla obywatela nie zmienia się nic - komentował Jerzy Baczyński - poza tym, że będzie mógł oficjalnie kupić paliwo, za cenę, którą do tej pory płacił nieoficjalnie”.
     
     
          Niezwykle niska liczba tych komercyjnych stacji sprawiła, iż nie stanowiły one konkurencji dla zwykłych stacji, gdzie sprzedawano „lewe” paliwo. „Wielu kierowców, - pisano - mając do wyboru albo parogodzinną kolejkę za 300 zł litr, bądź stary układ z ajentem (tym razem po 350 czy 400 zł), wybierze ten drugi wariant”.
     
     
           Dopiero 1 stycznia 1989 roku zniesiono całkowicie kartki na benzynę dla polskich obywateli.
     
     
           Dopóki trwała zima i ludzie jeździli mało, paliwa nie brakowało. Kłopoty zaczęły się wiosną, gdy na trasy wyruszyli wszyscy zmotoryzowani. Temu popytowi państwowe stacje nie były w stanie podołać. Braki były tak dotkliwe, że kierowcy zaczęli tęsknić za reglamentacją.
     
     
           Uspokajanie rynku paliwowego trwało do początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy już stacje stały się prywatne, paliwowa szara strefa bynajmniej nie zniknęła. Zmieniła tylko charakter.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
     
    M. Bednarski -  Drugi obieg gospodarczy. Przesłanki, mechanizmy i skutki w Polsce lat
    osiemdziesiątych
    Ilustracja: https://www.pinterest.com/pin/600878775260274973/
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od lat 60. znaczna część samochodów prywatnych jeździła na „państwowej” benzynie.
     
     
         Otrzymanie samochodu w PRL było przywilejem, nagrodą, gratyfikacją, czasami formą przekupstwa. Tylko w pełni lojalni wobec władz komunistycznych mogli liczyć na szybkie spełnienie marzeń o własnych „czterech kółkach”. Olbrzymia większość chętnych musiała nie tylko wcześniej zapłacić, ale jeszcze cierpliwie czekać na samochód.
     
     
          Po zakupie upragnionego samochodu trzeba było potem walczyć o paliwo. O ile jeszcze w latach 70.  czarnorynkowa cena paliwa bywała nawet o połowę niższa od oficjalnej, to dekadę później nastąpiło odwrócenie tej proporcji.
     
     
          Bezpośrednio po wojnie niewielka liczba prywatnych samochód pochodziła głównie z demobilu. Było ich jednak tak mało, że Rocznik statystyczny z 1949 roku w dziale „Komunikacja. Łączność” w ogóle nie uwzględniał prywatnych samochodów. Podjęcie w 1951 roku produkcji samochodów marki Warszawa niewiele zmieniło - w 1955 roku w prywatnych rękach było jedynie 20,5 tys. aut.
     
     
            Przełom nastąpił w 1956 roku, gdyż odwilż zapanowała również na polu motoryzacyjnym. Zwiększony popyt szybko doprowadził do rozwoju czarnego rynku zezwoleń uprawniających do nabycia samochodu.
     
           Naturalną konsekwencją był wzrost zapotrzebowania na tanie paliwo i pierwsze doniesienia o jego kradzieżach. Było to jednak zjawisko rosnące i coraz bardziej widoczne. Nic też dziwnego, że już na początku 1959 roku „Szpilki” zamieściły rysunek Zbigniewa Kiulina z następującym dialogiem:
            „ - Podobno mają u nas wprowadzić ruch lewostronny.
               - Dlaczego?
               - Bo przecież prawie wszyscy jeżdżą na lewej benzynie.”
     
          Wedle szacunków milicji w 1964 roku pojazdy prywatne zużyły ok. 284,4 tys. ton paliwa, natomiast stacje benzynowe sprzedały ich właścicielom tylko 124,4 tys. ton. Pozostałe 160 tys. pochodziło z państwowych baków. Wygospodarowanie paliwa nie było specjalnie trudne, a tam, gdzie zasady gospodarowania paliwem były rygorystycznie przestrzegane, dochodziło do protestów załogi, a kierowcy odchodzili z pracy, szukając bardziej liberalnych szefów.
     
     
         Powszechne było wpisywanie większych niż w rzeczywistości przewozów, co miało zwiększać ilość zużytego paliwa. Na przykład w województwie katowickim transport podległy Ministerstwu Budownictwa w 1962 roku przewiózł według dokumentacji ok. 26 mln ton towarów, podczas gdy do przewiezienia było zaledwie 3,8 mln ton! Podregulowywano również silniki przerabiano liczniki oraz wpisywano do kart znacznie dłuższe trasy niż w rzeczywistości.
     
     
          Kierowcy „państwowych” samochodów podjeżdżali na  „zaprzyjaźnioną” stację benzynową, gdzie od ajenta „otrzymują rachunki na zakup większej ilości benzyny, niż to w rzeczywistości miało miejsce. Np. kierowca faktycznie nabył 20 litrów benzyny, a kierownik stacji CPN wystawił mu rachunek za nabycie 120 litrów, z tym że fikcyjna ilość benzyny guruje tylko na oryginale rachunku, który otrzymuje kierowca, natomiast na kopii rachunku, która pozostaje u kierownika stacji benzynowej CPN, [...] guruje faktyczna ilość sprzedanej benzyny”.  Czasami ajent wystawiał rachunek, w ogóle nie sprzedając benzyny, co powodowało, że w jego zbiornikach tworzyła się nadwyżka. Likwidował ją, sprzedając odpowiednią ilość paliwa zwyczajnym klientom, za oficjalną cenę i nie potwierdzając tego paragonami.
     
     
          Nic więc dziwnego, iż corocznie tysiące ton „oszczędzonego” paliwa trafiało do prywatnych baków.
     
     
          Proceder ten stał się masowy w epoce gierkowskiej, gdy własny samochód w końcu „zmieścił się w obrębie pojęć o socjalistycznym trybie życia”.  Ponadto wydatki na kupno i następnie eksploatację samochodu miały trwale „odciążyć [...] rynek żywnościowy (zwłaszcza mięsny), odciążyć [...] też rynek wyrobów przemysłowych konsumpcyjnych”.
     
     
          Rozbudzone apetyty społeczeństwa zostały brutalnie przyhamowane przez kryzys naftowy, który dotarł również nad Wisłę. Gdy w styczniu 1974 roku o ponad 75% podwyższono cenę benzyny natychmiast zwiększyła się ilość „państwowego” paliwa na rynku. Spadła natomiast sprzedaż paliw prywatnym odbiorcom na stacjach CPN.
     
     
          Przy rosnącym popycie na paliwo znacznie bardziej opłacalna była bowiem kooperacja ajentów stacji CPN z pracownikami należących do CPN składów i punktów uzdatniania benzyny. „Przecieki” z takich źródeł zdarzały się już wcześniej, jednak dopiero w latach siedemdziesiątych osiągnęły znaczące rozmiary. I tak np. w Zakładzie Gospodarki Produktami Naftowymi w podwarszawskich Mościskach jego pracownikom udało się dzięki manipulacji normami ubytków „wygospodarować” od lipca 1977 do maja 1979 roku około 1,6 mln litrów benzyny, upłynnionej następnie w szesnastu stacjach CPN w Warszawie i okolicach.
     
     
         Pod koniec lat siedemdziesiątych polskie rafinerie przerabiały ok. 17 mln ton ropy, w tym jedynie 3,5 mln ton z spoza ZSRS. W latach 80. import z krajów kapitalistycznych spadł niemal dziesięciokrotnie, nieco spadły także dostawy ze wschodu. W efekcie w 1982 roku do Polski trafiło zaledwie 13,3 mln ton ropy, podczas gdy corocznie przybywało kilkaset tysięcy nowych aut. „Rozwinięto motoryzację - tłumaczył w połowie 1983 roku pracownik warszawskiej stacji benzynowej -  ludziska połknęli tego bakcyla, a tu - szlaban na benzynę. Toteż starają się oszukiwać jak mogą”.
     
     
         Na początku 1982 roku paliwo stało się ważnym elementem wszelkich antyspekulacyjnych sprawozdań i zajmowało w nich aż do 1989 roku czołowe miejsce, obok mięsa i alkoholu.
     
     
          Poważne problemy z zaopatrzeniem w paliwo zaczęły się już w połowie 1981 roku ale prawdziwe kłopoty zaczęły się na początku następnego roku. Władze komunistyczne najpierw wydzieliły niektóre stacje paliw wyłącznie dla odbiorców uprzywilejowanych, potem wprowadziły zakaz sprzedaży do kanistrów (a do baków zaledwie 10–20 litrów jednorazowo), następnie tankowanie w dni parzyste lub nieparzyste, w zależności od końcówki numeru rejestracyjnego.
     
     
          Posiadanie benzyny stało się ważne z aprowizacyjnej przyczyny, gdyż ten kto ją posiadał  mógł np. „wyrwać się na wieś i kupić u rolnika coś ponad skromne i wymagające długiego stania w kolejkach kartkowe przydziały. Wygodniej siedzieć w kolejce po benzynę, niż stać w kolejce po mięso”.
     
     
          W marcu 1981 roku zniesiono rozliczanie „państwowych” kierowców z rachunków za kupioną na stacjach CPN benzynę, co przerwało tak korzystną kooperację - od tej pory podstawą rozliczenia benzyny były przejechane kilometry. Od tej pory kierowcy „państwowych” samochodów wypracowywane nadwyżki sprzedawali prywatnym klientom, płacącym trzykrotną, a czasami wręcz pięciokrotną stawkę.
     
     
           Niektórzy kierowcy państwowych pojazdów korzystając z uprawnień do tankowania na wydzielonych stacjach, po prostu pobierali paliwo, przetaczając je po chwili do jakiegoś prywatnego baku. Część taksówkarzy, mających podobne uprawnienia, w ogóle przestała jeździć, ograniczając się do odsprzedaży benzyny i znacznie lepiej na tym wychodząc.
     
     
           „Najlepiej było z benzyną w 81-ym - wspominał w 1983 roku kierowca służbowego auta - Nie opłacało się nawet jeździć. Ludzie płacili za baniak 20-litrowy jak za zboże”.
     
     
         Doskonałe przebicie dawała sprzedaż paliwa zagranicznym turystom, a na trasach przelotowych żądano nawet 30 marek zachodnioniemieckich za 20-litrowy kanister. Jak informowano w listopadzie 1981 roku: „bezpośrednio z wozów konnych lub samochodów ustawionych w niedalekiej odległości od stacji benzynowych dokonuje się odsprzedaży paliw po wygórowanych cenach z beczek lub kanistrów”.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Lata 70.  i 80. były rajem dla cinkciarzy
     
     
                   Do lat siedemdziesiątych, kiedy środowisko waluciarzy było jeszcze stosunkowo niewielkie i zwarte, można zapewne mówić jeszcze o swoistym esprit de corps i wyciąganiu konsekwencji wobec łamiących w sposób rażący przyjęte zasady gry. Powodem do eliminacji z zawodu były zbyt bliskie kontakty z milicją czy Służbą Bezpieczeństwa.
     
     
                 Ta wewnętrzna samoobrona sprawiała, iż  zwykli mundurowi funkcjonariusze MO zazwyczaj nie podejmowali walki z walutowym podziemiem. Cinkciarze zazwyczaj nie reagowali na pojawienie się mundurowych milicjantów – „trzymają się jedynie w bezpiecznej od nich odległości. Na wezwanie nie zatrzymują się, w wypadku pościgu uciekają. Są pewni, że funkcjonariusz nie użyje broni i nie dogoni ich w bezpośrednim pościgu. Po oddaleniu się milicjantów zajmują ponownie swoje pozycje. Respekt budzą w nich jedyne funkcjonariusze „dewizówki”.
     
     
                 Milicja była często bezradna wobec wykształconych przez czarny rynek walutowy strategii obronnych - wielostopniowości kontaktu, zasady nieposiadania przy sobie walut, a przede wszystkim niezwykłej czujności, prowadzącej do zaniechania transakcji w przypadku jakiegokolwiek podejrzenia. Cinkciarze doskonale orientowali się w przepisach prawa dewizowego i karnoskarbowego.
     
     
                „Dopóki nie złapie się kogoś za rękę, nic mu nie można praktycznie zrobić - zwierzał się dziennikarzowi na początku lat 70. gdański waluciarz. - A złapać nie jest tak prosto  - dodaje.- Wprawdzie dewizówka zna prawie wszystkich cinkciarzy i często urządza naloty na lokale, w których pracujemy, ale i na to są sposoby. Przeważnie każdy portier trzyma z nami i jak się coś zaczyna święcić, daje dyskretny cynk. Wtedy każdy, kto ma przy sobie coś trefnego, szybko pozbywa się kompromitujących dowodów, najczęściej chowając je w specjalnie w tym celu wiszącym w szatni bezpańskim płaszczu, i wszystko gra. Czasami zaś po prostu podrzuca się dolary czy funty znajdującym się w lokalu znajomym, co do których dewizówka nie posiada żadnych zastrzeżeń”.
     
     
                 Nic dziwnego, że podejmowane co jakiś czas akcje przeciwko spekulantom walutowym dawały mizerne rezultaty - i tak np. w 1962 roku w rejonie warszawskiego „centrum dewizowego” (ul. Jasna, Mazowiecka, Traugutta, Świętokrzyska) zatrzymano 253 osoby, ale wszczęto zaledwie 20 dochodzeń, a 13 osób aresztowano.
     
     
           Milicyjne raporty są pełne informacji o cinkciarzach, którzy płacili grzywny, odsiadywali wyroki, po czym wracali do dawnego zajęcia, doskonaląc techniki obronne.
     
     
              W latach 70. wielu cinkciarzy w Warszawie „posiadane samochody postawiło na taksówki. W ten sposób mają jeszcze lepsze możliwości wymiany dewiz. Na ten temat dość głośno mówi się wśród pracowników gastronomii. Dziwią się oni, że organa milicji, znając „chlubną” przeszłość „cinkciarzy”, nie przeszkodziły w wydaniu im koncesji taksówkowych”. Można przypuszczać, iż w wielu wypadkach o wydaniu koncesji zadecydowała współpraca z milicją lub SB.
     
     
             Według milicyjnych szacunków zawodowy waluciarz skupywał w ciągu miesiąca dewizy o wartości około 600 dolarów, zarabiając około 15–20 tys. zł, czyli kilka razy więcej, niż wynosiła przeciętna pensja. Jeśli znał języki obce, mógł miesięcznie „wyciągnąć” znacznie więcej.
     
     
            Nie ulega wątpliwości, że pomimo oficjalnych zaprzeczeń,  władze komunistyczne wykorzystywały czarny rynek do kupna lub sprzedaży walut. Ponadto współpracujący z milicją lub SB cinkciarze  mogli służyć cennymi informacjami zarówno o cudzoziemcach, którymi interesował się wywiad lub kontrwywiad, o prywatnej inicjatywie, jak i - w latach osiemdziesiątych - o opozycji, wspomaganej finansowo z zagranicy i upłynniającej na czarnym rynku część otrzymywanych dewiz.
     
     
             W połowie lat 70. zaobserwowano zanikanie zwartego, względnie solidarnego środowiska cinkciarzy. Tajemnicą poliszynela stały się ścisłe związki wielu cinkciarzy z milicją oraz Służbą Bezpieczeństwa. To co kiedyś było powodem do usunięcia z grona cinkciarzy,  teraz stało się normą.
     
     
             Lata osiemdziesiąte przyniosły wejście do dewizowej gry kolejnych aktorów. Cinkciarze zaczęli narzekać na psucie interesów przez różnych „partaczy”.  „Dewizowy” cudzoziemiec otrzymywał pierwszą propozycję wymiany już w samolocie czy na przejściu granicznym i zanim stawał przy hotelowym barze, otrzymywał podobne oferty od obsługi lotniska czy dworca, taksówkarza, recepcjonisty, bagażowego, itp.
     
     
           Nie ma wątpliwości, że z  wyjątkiem kilku kurortów (Zakopane, Sopot) cinkciarze pracowali w dużych miastach. Według milicyjnych szacunków z  1985 roku z  ustalonych 3939 podejrzanych o obrót walutami 89,8% (3537) było mieszkańcami miast, z nich zaś 40% (1471) — dużych, powyżej 200 tys.. W samym jednak Zakopanem było w tym czasie ok. 180 miejscowych, „zawodowych” cinkciarzy i  250 z  innych regionów Polski.
     
     
             Koniec lat osiemdziesiątych stanowił dla cinkciarzy jednocześnie czas niezwykłej prosperity i początek końca ich epopei. Rozpoczęty w 1987 roku skup i sprzedaż bonów PKO przez banki przetrwali bez większych problemów.
     
     
                Prawdziwym zagrożeniem okazała się natomiast wprowadzona w marcu 1989 roku wewnętrzna wymienialność złotówki i dopuszczenie koncesjonowanych kantorów wymiany do obrotu walutą.
     
     
               Część cinkciarzy wyczuła koniunkturę i zalegalizowała działalność, inni postanowili kontynuować taktykę „Oni będą na pewno płacili podatki, a ja nie - mówił dziennikarzowi warszawski waluciarz. - Oni będą mieli tę całą swoją biurokrację, a ja nie. Oni będą mieli kurs dnia, a ja godziny, oni kurs godziny, ja minuty. Radiotelefony zdrożeją”.
     
     
              Błyskawicznie rosnąca w drugiej połowie 1989 roku inflacja, potem przeradzająca się w hiperinflację, spowodowała, że każdy, kto zajmował się wymianą miał pełne ręce roboty. Kto miał złotówki, natychmiast zamieniał je na trwalsze walory, systematycznie je potem sprzedając „na życie”.
     
     
              W gospodarce wolnorynkowej cinkciarze okazali się co prawda przeżytkiem, ale bynajmniej nie odeszli ze sceny nagle. „Można ich bez trudu spotkać - pisał w końcu 1993 roku dziennikarz „Gazety Bankowej” - przeważnie w miejscach, gdzie stali od lat, czyli przed bankami i na bazarach. W naturalny sposób konkurują z kantorami. Podobno oferują lepsze warunki – „taniej sprzedam, lepiej zapłacę”, chociaż dokonujący z nimi transakcji naraża się nierzadko na poważne straty, nie zawsze są to bowiem ludzie o kryształowych charakterach. Oferta „konika” może być rzeczywiście nieco, ale tylko nieco korzystniejsza niż kantorów. Nielegalni pośrednicy nie ponoszą bowiem, często znacznych, kosztów wynajmu lokali, płac itd. Duża grupa klientów „cinkciarzy” to ludzie, którzy od lat dokonywali transakcji na ulicy i jakby z przyzwyczajenia ciągle omijają jasno oświetlone miejsca. Inną grupą klientów stanowią przybysze zza wschodniej granicy, którym formalnie nic kantor sprzedać nie może”.
     
     
            Stopniowo tracili jednak klientów, dla których coraz bardziej liczyła się nie tyle minimalna różnica w cenie, ile bezpieczeństwo i wygoda.
     
     
              W końcu zniknęli z ulic. Pozostali jednak w zbiorowej pamięci, nieprzypadkowo więc pierwszy wprowadzony w 2012 roku internetowy system wymiany walut nazwano „cinkciarz.pl”.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
     
    M. Bednarski -  Drugi obieg gospodarczy. Przesłanki, mechanizmy i skutki w Polsce lat
    osiemdziesiątych
     
    P. Wojasz, - Niebieski ptak. Absurdy peerelowskiej rzeczywistości we wspomnieniach byłego cinkciarza
     Fotografia: https://www.vogue.pl/a/dolary-i-koszmary
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  8

    - Rozważamy dalsze wzmocnienie naszej obecności we wschodniej części Sojuszu, może to obejmować rozmieszczenie dodatkowych grup bojowych NATO - zapowiedział Jens Stoltenberg w Brukseli.

    Dodatkowe okręty i myśliwce do Europie Wschodniej

    Reuters przypomina, że obecnie NATO ma około 4000 żołnierzy w wielonarodowych batalionach w Estonii, na Litwie, Łotwie i w Polsce, wspieranych przez czołgi, obronę przeciwlotniczą oraz jednostki wywiadowcze i nadzoru.



    https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-01-24/szef-nato-rozwazamy-wzmocnienie-naszych-jednostek-bojowych-w-europie-wschodniej/?ref=aside_najnowsze
    5
    5 (1)

    8 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    pobił Szwedów i Moskali mając nieco ponad czterotysięczną armię, wobec 19-totysięcznej armii wrogów.
    Przy takich relacjach powinniśmy dziś mieć 20-totysięczną armię NATO.
    Na bitność Ukraińców raczej bym nie liczyła, NATO powinno osłaniać Europę a nie chronić Ukrainę. A, tak czy inaczej, Europa Zachodnia będzie miała powtórkę z Rapallo. Rosja, na dziś, "wygra" uruchomienie Nord Stream, może jeszcze pozbędzie się Zełeńskiego, a za rok "upomni się" o "historycznie rosyjskie" terytoria Ukrainy. 
    Obym była złym prorokiem!
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Nie rozumiem, dlaczego deprecjonujesz najsilniejszą armię w środkowej Europie. Ukraina ma 250 tys. ludzi pod bronią, doświadczony personel i drugie tyle rezerw, równiez ostrzelanych i wyćwiczonych. Jak każda armia ma też pewne słabości, za Zeleńskiego odsunięto niektórych zdolnych oficerów a przywrócono ukraińskich "Koziejów", ale nie da się tej armii lekceważyć. Nawet Polska mogłaby nie dac sobie z nią rady, gdyby Ukraińcy (czego nie zrobią) chcieli nas hipotetycznie zaatakować.
    Istotnym brakiem tej armii jest słabiutkie lotnictwo, obrona plot i ppanc. Ale właśnie Brytyjczycy, USA i Polska ich dozbrajają. I słusznie. Bo lepiej toczyć wojnę nad Donem, niż nad Bugiem.
    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Armia ukraińska jest najliczniejsza w Europie, ale - czy najsilniejsza?
    Krym poddali Ukraińcy bez wystrzału, a w ich armii nadal jest wielu chachłaków - pro-rosyjskich Ukrów.
    Armię zapewne należałoby "oczyścić", ale skoro nie zrobiono tego dotychczas, w jaki sposób możnaby "zmienić konie podczas forsowania brodu"?
    I jeszcze jedno - jaka jest ukraińska świadomość narodowa? Jakie jest morale ich armii?
    Kiedy, ostatnio, Ukraińcy wykazali się męstwem? Dotychczasowe doświadczenia, zwłaszcza z dowódcami podobnymi "Koziejom", nie rokują nic optymistycznego.
    Jedno jest niewątpliwie prawdą - "lepiej toczyć wojnę nad Donem, niż nad Bugiem", gorzej - jeśli nad Bug trafić by miały resztki rozbitej, zdemoralizowanej armii. Bo wtedy byłby to nasz niemały problem. W jaki sposób możemy tego uniknąć. No właśnie - jak szacujemy, w tym wszystkim, nasz problem?
    Serdecznie pozdrawiam, 
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Wystarczająco silna, by ze wsparciem sojuszników odstraszyć Putina. Zagadnienie jest proste: albo Ukraińcy otrzymają wsparcie (i Putin im na jakiś czas odpuści), albo wsparcia nie otrzymają. Wówczas są dwa warianty: Putin wygrywa lub Putin przegrywa. W obu przypadkach zawsze znajdziemy sobie jakąś wymówkę typu: "skoro byli tak słabi, to nie warto im było pomagać" albo "skoro byli tak silni, to też nie warto im było pomagać".
    Najbardziej mnie ubawiły ostatnio władze USA, które pytane, dlaczego nie wspierają Ukrainy mocniej, odpowiedziały, ze nie chcą prowokowac Putina do wojny... Paradne devil
    Co się tknie Krymu. W chwili inwazji na Krym Ukraina miała w dyspozycji około 5000 gotowych do walki żołnierzy. Reszta oddziałów nie była gotowa, gdyż Janukowycz i jego ludzie usypiali czujność wojskowych i wyprzedawali sprzęt. Do tego w dniu ucieczki Janukowycza i Azarowa okazało się, że w kasie państwowej są kompletne grosze. Ci ludzie zwyczajnie okradli ukraińskich podatników i zwiali do Rosji. Zniknęły też rezerwy strategiczne na wypadek wojny. Jakby tego mało demokratyczny rząd Obamy naciskał na nowy rząd ukraiński, żeby nie stawiał oporu, żeby broń Boże nie doszło do eskalacji. I tak właśnie Putin zajął Krym.
    Naturalnie od pierwszych dni po ucieczce Janukowycza myślano o oporze zbrojnym, a już po konferencji w Rostowie nad Donem było pewne, że Rosja zaatakuje. Zanim jednak zorganizowano i podwyższono gotowość wojska musiało minąć sporo czasu (zwłaszcza przy chronicznym braku gotówki). Nie chciano doprowadzić do otwartej wojny z Rosją, więc nazwano to "operacją antyterrorystyczną" (ATO). Tak więc armia ukraińska była od początku podrzędna w stosunku do polityki i polityków. To oni podejmowali decyzje. To oni odpuścili Krym Putinowi. To uni udawali, ze wojny nie ma. Nie armia.
    Przebieg ATO pokazuje, że armia ukraińska walczyła dość dobrze. Przykładem jest rajd brygady Zabrodskiego (Влітку 2014 року 95-та бригада під командуванням Забродського здійснила рейд в тил супротивника. За два тижні, виконуючи бойові задачі, бригада Забродського пройшла 470 км від Слов'янська до Маріуполя, потім вздовж російсько-українського кордону, і через Луганськ повернулася до Слов'янська. На думку американського експерта Філіпа Карбера (англ. Phillip A. Karber) це був найдовший рейд збройного формування у новітній історії) (za wikipedią). Słynna również była obrona portu lotniczego w Doniecku. Miała ona rangę symbolu, gdyż sam port popadł w ruinę i nie przedstawiał większej wartości. 
    Więcej szczegółów o wojnie: wiki. Polecam też https://youtu.be/A8j1ZT4gulA niestety nie można włączyć tłumaczenia. W każdym razie na youtube pod hasłem Хроніки неоголошеної війни (Kroniki niewypowiedzianej wojny)
     
    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Nie mniej - mam nadal wiele wątpliwości co do morale obecnej armii ukraińskiej. I co do pryncypiów tej armii.
    BTW (tak nawiasem wink) - w ramach odprężenia czytam ostatnio, po raz kolejny - z przyjemnością, powieść Władysława Łozińskiego dla młodzieży, Oko proroka. Wbrew pozorom - nie jest to tylko powieść historyczno-przygodowa, lecz odnosi się także, przy okazji, do naszych, polskich relacji z Ukraińcami - Kozakami. Akcja toczy się w wieku XVII, Kozacy pokazani są z różnych stron - są odważni, bitni, honorowi, pracowici, waleczni (walczą z pohańcami - Turkami, Tatarami), tak działa większość, pojawia się też jeden okrutny, małostkowy, chciwy... Na takich cechach bazował poźniej Polak (niestety) Bohdan Chmielnicki: Ukraińcy (Kozacy) mordowali cywilów - Polaków i Żydów, mordowali bezbronnych jeńców wojennych (podobno mordercami byli jedynie Tatarzy Nogajscy). Chmielnicki nadal pozostaje bohaterem ukraińskim, a rodowity Kozak - Jarema Wiśniowiecki - bohaterem nie jest. I wielu Kozaków którzy współdziałali w tamtych czasach z Rzecząpospolitą uznanych zostało za zdrajców. 
    Toteż, niestety, historyczne relacje Polski z Ukrainą, oparte na "kozackich" cechach charakterologicznych, są mało optymistyczne. Co zresztą dziś obraca się przeciw Ukrainie.
    Nie ma lekko...
    Pozdrawiam,
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    W pełni zgoda jeśli chodzi o jawnie fałszywych bohaterów i jawnie bzdurne mity, takie jak np mit o tym, jakoby Żydzi dzierżawili cerkwie. Otóż dzierżawili wiele rzeczy - ale nie cerkwie!
    Co do Jaremy to... jakby to powiedzieć... tyleż on wart co i Chmielnicki, per saldo patrząc na "osiągnięcia". Niewątpliwie bohaterski dowódca, ale nieliczący się ze stratami, z konsekwencjami, w ogóle z niczym. Uwielbiany jako nadzieja szlachty kresowej, która utraciła swoje majątki, ale... tonący często brzytwy się chwyta, niestety.
    Wszystko wymaga czasu. Kolega pokazywał mi zdjęcie z sali pamięci w polskiej 6 Brygadzie Powietrzno-Desantowej. Myślałem, ze to z dawnych czasów. Ale nie... bohaterem był tam nie kto inny, tylko Rozłubirski! Takie kwiatki były jeszcze niedawno. Nie dziwmy się, więc Ukraińcy mieli do niedawna jeszcze pomniki Lenina w każdym wiekszym mieście i w wielu mniejszych, że mają tez fałszywych herosów nacjonalizmu... Pomyśl, jak wiele kosztuje wyrzec się zła i jak bardzo zło daje w d... temu narodowi. Bardzo poruszyło mnie wystąpienie na Majdanie unickiego arcybiskupa, który tak wyjaśnił Ukraińcom cierpienia: wyrzekliście się zła, więc zło zsyła na was karę. 
    Tak więc mam ocean cierpliwości do Ukraińców, którzy przecierpieli wiele, by nie osunąć się na kolana...
    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    w swojej ocenie Ukraińców! Czytam teraz przepowiednię z Tęgoborzy i pozwolę sobie zacytować fragmenty:
    U wschodu słońca młot będzie złamany.
    Pożarem step jest objęty.
    Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany
    Nad rzeką w pień jest wycięty.

    Bitna Białoruś, bujne Zaporoże,
    Pod polskie dążą sztandary.
    Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze
    Wracając na szlak swój stary.

    Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
    To Europy bastiony,
    A barbarzyńca po wieczne czasy
    Do Azji ujdzie strwożony. ...

    Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie.
    Dunaj w przepychu znów tonie.
    A kiedy pokój nastąpi w Warszawie,
    Trzech królów napoi w nim konie. ...

    Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie,
    Trzy kraje razem z Rumunią.
    Przy majestatu polskiego tronie
    Wieczną połączą się unią.

    A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki,
    Choć wiary swojej nie zmienia,
    Polski potężnej uprosi opieki
    I wierną będzie ta ziemia.

    Nie mam odwagi interpretować wizji, ale tak sobie myślę, że ostatecznie "młot będzie złamany", a rzeka nad którą "w pień będzie wycięty" to Dniepr (skoro mowa o pożarze stepu) na Zaporożu.
    Ale która to będzie ta "druga wyprawa" po której upadnie niedźwiedź?
    Razem - przepowiednia brzmi optymistycznie dla Ukrainy i dla nas. Myślę, że pomoc militarna - sprzęt wojskowy, nie tylko amerykański - ma istotne znaczenie. No i morale Ukraińców - rzeczywiście zbliżone do polskiego w 1920 - ma również niebagatelne znaczenie.
    "A barbarzyńca po wieczne czasy Do Azji ujdzie strwożony." Mam nadzieję, że to zobaczymy już wkrótce! Serdecznie pozdrawiam,
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Główną obecnie słabością Polaków jest nieznajomość języków własnych sąsiadów. Polska inteligencja przez lata wciskała dzieciom języki zachodnie, byleby tylko wyrwać się z kleszczy rosyjskich krwiopijców. Doprowadziło to jednak do tego, że kompletnie nie znamy najbliższego sąsiedztwa, nie oglądamy, nie czytamy ukraińskich massmediów, nie rozumiemy ich podejścia do historii, ich polityki historycznej itp.
    Polską opinię publiczną co jakiś czas rozgrzewa spór o to, czy mówimy "na Ukrainie" czy "w Ukrainie". Irytuje nas podejście Ukraińców, ale w relacjach z moskowią oni nawet na tym gruncie walczą o własną podmiotowość. Nie z nami to walka! Nota bene rosjanie jeszcze usilnie akcentują "UkrAinie", choć wg reguł języka rosyjskiego powinni akcentować "UkraInie", co również Ukraińców doprowadza do białej gorączki. Tak jakby Ukraina była jakąś "U-krainą", pograniczem, podregionem rosji.
  •  |  Written by Danz  |  0
    Wiodący republikańscy kongresmeni z komisji ds. sił zbrojnych wezwali w poniedziałek Pentagon do przyspieszenia zatwierdzenia sprzedaży Polsce czołgów Abrams. Jak stwierdzili w opublikowanym liście, szybsza decyzja w tej sprawie wysłałaby sygnał "zarówno NATO, jak i Kremlowi".

    https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-01-24/usa-republikanie-przyspieszmy-sprzedaz-abramsow-polsce/?ref=aside_najnowsze
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    Jak podają amerykańskie media, a także PAP, siły USA zostały postawione w stan podwyższonej gotowości. Chodzi o możliwość szybkiego rozmieszczenia ich w Europie. - Rozkazy przygotowania do przerzutu wydane zostały żołnierzom na terenie kilku baz, znajdujących się na terenie USA - podał "Wall Street Journal".

    https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-01-24/pentagon-sily-usa-postawione-w-stan-wyzszej-gotowosci-by-moc-szybko-przemiescic-sie-do-europy/

     
    0
    Brak głosów