blogi
-
| Written by Danz | 0 (1) -
| Written by Danz | 0 (1) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Drabina eskalacyjna idzie jak burza i mamy nowy filmik z bazgroleniem Bartosiaka. Jacek Bartosiak wyznacza swymi malunkami nowe standardy debaty publicznej, nikt inny chyba takich działań nie podejmował. Poziom jest o niebo wyższy niż wynurzenia dr Napierały czy Wojczala, którzy nie malują tak pięknie. Napierała epatuje za to strumieniem świadomości recenzują najnowszą pozycję książkową Ziemkiewicza „Wielka Polska”.
https://youtu.be/1vnsreKw4vANajważniejszą tezą Bartosiaka jest niechęć polityków do brania udziału w grach wojennych. Musieliby podejmować bowiem konkretne decyzje z konkretnymi efektami, czego oni się boją i czego robić nie chcą. Nie wyobrażam sobie Donalda Tuska w tej roli ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie Jana Parysa przeczołganego w ten sposób. Że by sobie dał radę. A efekty widać było przy okazji incydentu w Przewodowie (gdzie rakieta uderzyła w silos, traktor i przyczepę zabijając 2 osoby). Reakcje nasze powinny być przećwiczone, właśnie różnymi takimi grami. Powinny być przygotowane oświadczenia, schematy na wypadek takiego zdarzenia, które było pewne. Tj oczywiste jest, że coś u nas spadnie i będziemy musieli zając stanowisko. A ich to zaskoczyło jak zima drogowców.
Drugą pod względem wagi tezą są kryteria amerykańskie: o tym co nam przekażą decyduje pokaz naszych kompetencji. Amerykanie widzą niekompetencję, nie komentują jej ale jest ona kryterium. A jaka może być kompetencja gdy politycy nie mają czasu na nabycie kompetencji? No żadna. Podejście takie: my tu kupimy u was uzbrojenie a wy nas brońcie nie broni się. Dalej mamy obiektywne trudności w docieraniu pomocy przez Niemcy. I subiektywne (Niemcy mogą nie chcieć). Dalej mamy konieczność zapewnienia sobie maksymalnej niezależności w prowadzonych działaniach poprzez własne drony, satelity, rozpoznanie, efektory. Dalej mamy Artykuł Piąty, o którym pisałem już wiele razy.
Na końcu główne kierunki działań, możliwości itp. I nie są to rzeczy tajne, tylko jawne. Słusznie wskazywał Bartosiak Wojczalowi że nie ma się co zagłębiać w tajności bo jawności wystarczą.
Zachęcam do obejrzenia. Jak ktoś ma jakieś wnioski to w komciach można. A jak nie to nie.
(2) -
| Written by sprzeciw21 | 0 Czy ktoś się o nas upomni? Proszę nie zostawiajcie nas samych, bo już dość jesteśmy osamotnieni w życiu codziennym - w tych dramatycznych słowach apelowała pani Karolina na łamach cenyrolnicze.pl, w związku z wykluczeniem samotnych rolników z możliwości otrzymania pomocy suszowej.
Ten głos rozpaczy nie pozostał bez echa, skoro 21 listopada Związek Zawodowy Rolnictwa "Korona" i były prezes Elewarru - Daniel Alain Korona wystosowali list do Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, w którym możemy przeczytać: Nie rozumiemy przyczyn dyskryminacji osób samotnych. Twierdzenie o socjalnym charakterze pomocy jest o tyle niezasadne, że po pierwsze jest to pomoc związana z suszą, a po drugie w przypadku pomocy socjalnej jedynym kryterium powinno być poziom dochodu. Naszym zdaniem obowiązujący dotychczas zapis narusza zasadę sprawiedliwości społecznej wynikającej z art.2 konstytucji oraz równości wobec prawa, wynikającej z art.32 konstytucji RP. Ponadto wnioskodawcy proponują przedłużeniu terminu składania wniosków do 15 grudnia, gdyż nowelizacje rozporządzenia rady ministrów co kilka dni stawia rząd pod względem wizerunkowym w negatywnym świetle.(1) -
| Written by Godziemba | 0
Nie tylko w okresie powojennym, ale także przed wojną mecze derbowe wywoływały wielkie emocje.
„Mecze rywalek miejscowych posiadają zawsze swoisty charakter. W zawodach tych wyładowuje się bowiem zazwyczaj cały nadmiar elektryczności, nagromadzonej w powietrzu między krańcowymi zwykle interesami obu klubów, spełniających w tym wypadku rolę biegunów, między którymi trzaskają zygzaki piorunów. Wszelkie wzajemne urazy otwarte i zamaskowane, wszelkie legalne i podziemne pociągnięcia dyplomacji klubowej na meczu takim mają możność wyładowania się w formie najprostszej” – napisał wiosną 1930 roku po meczu Polonii z Warszawianką jeden z dziennikarzy.
Przegrać można każdy mecz, byle nie ten jeden – derbowy. Mecz taki bowiem „w rozgorzałych wyobraźniach zapaleńców obu klubów przybiera kształty i znaczenie zmagań na śmierć i życie, w których stawką jest nie tylko sława, ale nawet istnienie klubu”.
Derbowa gorączka udzielała się wszystkim na długo przed pierwszym gwizdkiem, a mecz zwykle bulwersował, tak jak w 1935 roku przy okazji meczu Warszawianki z Legią, kiedy doszło do rękoczynów – i to zarówno na boisku, jak i na trybunach, gdzie jak donosił jeden ze sprawozdawców: „ciosy zadawano przeważnie otwartą rękawicą”.
Inne starcie Warszawianki z Legią, rozegrane w 1933 roku, prasa nazwała „corridą piłkarską”.
Nie inaczej było w Łodzi, gdzie przed wojną nikt jeszcze nie emocjonował się rywalizacją ŁKS-u z Widzewem, bo ten drugi w dwudziestoleciu międzywojennym nie należał do potentatów. W Łodzi rozbudzającą wyobraźnię były pojedynki ŁKS-u z Turystami.
„Zawody powyższe to jeden wielki skandal, skandal jakiego kronika łódzka, a może i polska, jeszcze nie notowała. Publiczność, gracze i last not least „ofiara” – sędzia p. Posner zadokumentowali swe ubóstwo inteligencji i humanitarności” – relacjonował dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, nazywając spotkanie „rzezią”, w której publiczność „dopingowała wszelkimi możliwymi środkami swych pupilów”, a kiedy sędzia wskutek brutalnych faulów przerywał grę, „jedna część darła się wniebogłosy, „dobrze mu tak”, inna zaś „sędzia kalosz”.
W drugiej połowie ww. meczu najpierw Kazimierz Jasiński powalił bez pardonu Alfonsa Michalskiego, ten w rewanżu huknął ełkaesiaka w twarz, sędzia natomiast zamiast ukarać popularnego „Alfę”, przez pomyłkę wyrzucił z boiska innego zawodnika Turystów. Po tym zdarzeniu arbiter pogubił się kompletnie, a na boisku polowanie na kości trwało w najlepsze do końcowego gwizdka.
Podobne obrazki oglądano również podczas łódzkich starć z udziałem ŁKS-u i niemieckiego Unionu.
We Lwowie wielkie emocje wywoływała rywalizacja Pogoni z Czarnymi, a także starcia tych drużyn z Lechią i Hasmoneą, w której nikt nie oszczędzał ani siebie, ani takich nawet idoli całego miasta jak Wacław Kuchar.
Najbardziej iskrzyło na linii Pogoń–Czarni. Witold Szolginia twierdził, że sympatie tak mocno podzieliły miasto, że w szkole „żaden „Poganiacz” nie przyjaźnił się z żadnym „Czarnym” i nawet nie do pomyślenia było siedzenie z nim w jednej szkolnej ławce”.
Do konfliktów z powodu futbolu dochodziło tam także w obrębie rodziny, na przykład kiedy jeden z braci kibicował Pogoni, a drugi okazywał się sympatykiem popularnych „Powidlaków”.
W Katowicach wrogiem Ruchu Hajduki Wielkie został niemiecki 1. FC Katowice, wrogiem śmiertelnym.
Kibice, działacze i piłkarze obu zespołów nie szczędzili sobie złośliwości, każde takie starcie urastało do rangi „meczu o życie”, na boisku trzeszczały kości, a za największą zbrodnię uznawano na Górnym Śląsku przenosiny piłkarza do rywala zza miedzy. Nie dotyczyło to młodych, nieznanych jeszcze piłkarzy, jak na przykład Ernesta Wilimowskiego, który w pierwszej połowie lat trzydziestych zamienił barwy niemieckiej jedenastki na trykot Ruchu.
Tenże Wilimowski 21 maja 1939 roku zdobył dziesięć goli w wygranym aż 12:1 ligowym meczu Ruchu z Unionem-Touring, choć „Przeglądu Sportowego” potrafił mu wytknąć: „Gra Wilimowskiego nie była bez zarzutu. Było w niej za dużo cyrkowych sztuczek i za mało pomocy sąsiadom, na czym stracił dobrze grający Wodarz”.
Derby Łodzi, Warszawy, Lwowa czy Górnego Śląska miały swój ciężar gatunkowy, ale mogły się równać ze „świętą wojną” Krakowa. Ta odwieczna walka o prymat pod Wawelem rozpoczęła się wiele lat przed pierwszą wojną światową, prezentując jedyną w swoim rodzaju konfrontację, w ramach której ścierały się rozmaite postawy społeczne i narodowościowe.
I tak, Cracovia przekonywała, iż jest klubem otwartym i demokratycznym, skupiając wokół siebie ludzi o poglądach liberalno-lewicowych. Kibice Wisły natomiast podkreślali swój polski rodowód, stąd też często zarzucano im nacjonalizm, a nawet posądzano o antysemityzm.
Obie krakowskie drużyny spierały się nawet w tak prozaicznych sprawach jak godzina rozpoczęcia meczu. Kiedy w 1922 roku Wisła świętowała otwarcie swojego nowego boiska, zapraszając na mech Pogoń Lwów, działacze Cracovii zaplanowali na ten dzień prestiżowy mecz towarzyski z czeską Slavią. Nie pomogły żadne prośby i groźby. Działacze „Pasów” oznajmili rywalowi zza między, że godziny rozpoczęcia pojedynku ze Slavią nie przesuną, bo… zdążyli już wydrukować afisze reklamowe.
Z kolei podczas tournée reprezentacji Krakowa po Holandii trzech piłkarzy Wisły oświadczyło, że nie zagrają z Holendrami, bo rozlepione w Hadze afisze anonsowały mecz „Cracovia – Zwaluwen”. A przecież – dowodzili gracze „Białej Gwiazdy” – wiślakom nie godzi się występować pod szyldem odwiecznego rywala.
Ostatecznie wspomina trójka pojawiła się na boisku, gdy wytłumaczono im, że autorzy afiszu popełnili błąd, umieszczając na nim słowo „Cracovia” zamiast „Cracovie” (czyli Kraków).
„Przed meczem i po meczu byli to najmilsi koledzy, z którymi chętnie i miło się dyskutowało, roztrząsało się sytuacje z minionego meczu, analizowało to czy inne dobre, czy złe pociągnięcie. W ferworze walki zapominało się o niejednym, mając tylko jedno na myśli: zwycięstwo dla barw swego klubu!” – wspominał derbowe pojedynki znany piłkarz „Pasów” Zygmunt Chruściński.
W maju 1925 roku podczas derbowego pojedynku Władysław Kowalski z Wisły huknął w twarz zawodnika Cracovii, też reprezentanta Polski, Stanisława Cikowskiego, za co ten pierwszy zapłacił kilkumiesięczną dyskwalifikacją; z kolei piłkarz „Pasów”, rozczarowany łagodną jego zdaniem karą dla rywala, zrezygnował wkrótce z uprawiania sportu.
Rozmaite krakowskie autorytety próbowały doprowadzić do załagodzenia napiętych stosunków między odwiecznymi wrogami. Znany krakowski krytyk teatralny i prozaik Tadeusz Kudliński wzywał, aby skończyć z „tym wrogim, wręcz pogrzebowym nastrojem i głupim gadaniem, że tamci to patałachy, a nasi „cyzie”. Przekonał niestety nielicznych.
CDN.(2) -
| Written by alchymista | 1 
Powiem kilka rzeczy strasznych i brutalnych, które przeczą słowu „perspektywa”. Bo przecież używamy tego słowa na ogół w kontekście optymistycznym.
Od samego początku tej wojny nasi kochani sojusznicy zarzekają się, że nie chcą eskalacji konfliktu i stosownie do tej deklaracji udzielają Ukrainie pomocy kropelkowej. Takiej tylko, by podtrzymać opór i maksymalnie osłabić rosjan. Inaczej mówiąc, by wojna była toczona nie o zwycięstwo, ale o wyczerpanie.
Niestety, następuje wyczerpanie obu stron konfliktu, a zwłaszcza Ukrainy. Jako kraj cywilizowany Ukraina traci na wojnie więcej, niż barbarzyńska moskowia. Przede wszystkim traci perspektywy na normalność. Straumatyzowana ludność cywilna oczekuje przełomu, który nie nadchodzi, ponieważ a) kremlowski szatan-katechon niszczy infrastrukturę krytyczną b) zachodni sojusznicy nie są w stanie go zmusić do zaprzestania c) ukraińska armia nie ma dostatecznych środków rażenia, aby przeważyć na swoją korzyść na wszystkich frontach wojny.
Napisałem „szatan-katechon”, gdyż sposób jego nauczania ma charakter para-religijny. Jego naukę dokładnie przekazał ostatnio były „ukraiński” minister Nikoła Azarow:
„Посмотрите внимательно на видео вечернего Киева. Вот такую высокую цену киевляне платят за поддержку государственного переворота в 2014 г.”
„Popatrzcie uważnie na wideo wieczornego Kijowa. Ot taką wysoką cenę kijowianie płacą za popieranie zamachu stanu w 2014 roku”
– napisał malwersant i rosyjski agent. Naturalnie, nie dowierzamy, by jego główną troską było zapewnienie Kijowianom prądu i Ukraińcy też nie dowierzają. Dobrze wiedzą, kim jest ten człowiek i że nie należy mu wierzyć. Ale jego słowa pokazują sposób myślenia rosjan, wiarę w determinizm i wiarę w ostateczne zwycięstwo rosji jako swego rodzaju ziemskiego bóstwa. Karą za zdradę bożka jest ciemność i strach. I z pewnością są tacy, którzy w rozpaczy myślą, że niechby już ten Zelenskyj przystąpił do negocjacji, coś tam oddał, coś tam ustąpił, byleby tylko była ciepła woda w kranie. A może rozwiązaniem byłaby kapitulacja? Chodzi przecież o to, by w domu wreszcie było ciepło. Żeby było światło. Żeby można było podłączyć podstawowe urządzenia domowe: pralkę, lodówkę. Myśl o tym, że jeśli rosjanie włączą prąd, to będą również tym prądem razić w rozmaitych katowniach – jest odsuwana na dalszy plan jako mniej istotna wobec problemów „dnia codziennego”. Ostatecznie przecież wszystkich razić nie będą, bóstwo domaga się kozłów ofiarnych, a nie całego plemienia, które (jak wierzy) tak czy inaczej zmusi do uległości.
NATO w dalszym ciągu próbuje zdusić rosję drobnymi kroczkami, zaciskając kły coraz głębiej w ciało potwora. Ale w tym czasie Ukraińcy poddawani są straszliwej próbie wytrwałości. A potwór cały czas kąsa i ma pomysł, jak kąsać.
W 1614 i 1615 roku, gdy moskale podeszli pod Smoleńsk, a Smoleńsk był niegotowy do obrony i miał zniszczone mury, Chodkiewicz sięgnął po broń terroru – wysłał w głąb państwa moskiewskiego mały, ale szybki zagon kawalerii pod dowództwem imć Aleksandra Lissowskiego. Lissowski krążył po moskowii tak głęboko przez wiele miesięcy, że całkowicie zdezorganizował moskiewską mobilizację i ocalił Smoleńsk. Moskwa miała za mało sił, by Smoleńsk zdobyć, gdyż moskiewskie raby bały się wychodzić z domów, z obawy o żony i dzieci, pozostawione na pastwę Lissowsczyków.
Dzisiaj Stany Zjednoczone stanowczo odmawiają Ukrainie prawa do stosowania tej samej broni. „Dajemy Wam Himarsy” – mówią – „ale nie wolno Wam razić z nich po terytorium rosji”. „Ale Krym to Ukraina, prawda?” - pytają mały kotek wielkiego kota. „ Tak, Krym to Ukraina” – odpowiada wielki kot, mrużąc oczy przyzwalająco. Dobre chociaż i to. Rzecz w tym, że ukraińska ziemia będzie teraz pełna niewypałów i lejów po bombach, natomiast ziemia rosyjska ocaleje. Kraj, który barbarzyńsko najechał sąsiada jak gdyby nie ponosi żadnych bezpośrednich kosztów tej wojny. Nędzę rosjanie i tak znają. Że na skutek sankcji będą umierać z głodu nie tysiącami, ale milionami? Kto zauważy? Kto z nich się przestraszy? Strach jest stopniowalny, ale ma swoje granice dla ludzi, którzy i tak całe życie żyją w strachu i bardziej się boją własnej władzy, niż najazdu obcej armii. Myślenie abstrakcyjne nie jest mocną cechą przeciętnego rosjanina, dopiero gołe fakty i doświadczenie mogą (być może) zmusić go do refleksji.
Terror wroga jest prawdopodobnie jedyną bronią, której rosjanie mogą się przestraszyć bardziej, niż terroru własnych tyranów.
Jest tu jednak pewien maleńki haczyk, który swego czasu odczuła na swojej skórze Czeczenia. Cywilizowany świat z oczywistych powodów nie akceptuje terroru. Więcej nawet, Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego do zbrodni wojennych zalicza:
- zamierzone kierowanie ataków przeciwko ludności cywilnej lub osobom cywilnym niebiorącym bezpośredniego udziału w działaniach wojennych;
- zamierzone kierowanie ataków na obiekty cywilne,czyli obiekty niebędące celami wojskowymi;
- atakowanie lub bombardowanie, przy użyciu jakichkolwiek środków, bezbronnych miast, wsi, domów mieszkalnych i budowli niebędących celami wojskowymi.
Wszystkie te zbrodnie rosja popełniała, popełnia i popełniać będzie, ale Ukraina nie może jej odpowiedzieć pięknym za nadobne, bo ustanie i ten wąski strumyczek pomocy militarnej, który ciągle płynie. Dodatkowym kosztem byłoby również uznanie Ukrainy za państwo zbrodnicze, skojarzenie jej raz na zawsze z „banderyzmem” rozumianym jako synonim nazizmu. To nic, że Amerykanie i Brytyjczycy stosowali przeciw niemieckim miastom naloty dywanowe – co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie.
Jeśli zatem Ukraina nie otrzyma decydującej pomocy wojskowej i gospodarczej, wojna będzie się przeciągać. I choć rosja będzie ponosić ogromne straty pod każdym względem, to jednak jako państwo mafijne nie załamie się od razu. Ukraińcy natomiast stopniowo będą popadać w demoralizację. Z jednej strony pospolita bandyterka, z drugiej strony znękani cywile, z trzeciej strony – zdesperowani patrioci. Wszystko to jest żyzną glebą dla trzech zagrożeń:
1. wzrostu przestępczości,
2. zwiększonej skłonności do kolaboracji,
3. desperackich czynów terrorystycznych.
W pewnej, niesprecyzowanej przyszłości (liczonej jednak w latach, a nie dziesiątkach lat) może dojść do nowych aktów terroru, podobnych do tych z Biesłanu i teatru na Dubrowce. Nie w tym roku i zapewne nie w przyszłym – bo póki żyje nadzieja na odbicie utraconych terytoriów, póty łatwiej jest ukraińskiemu rządowi panować nad sytuacją.
Jakie są z tego wnioski na przyszłość, także dla Polski?
Kraj napadnięty ma zawsze kilka możliwych rozwiązań:
1. skapitulować, licząc na przetrwanie biomasy (ładniej nazwanej „tkanką narodową”). Rząd będzie wówczas kozłem ofiarnym złożonym na ołtarzu tyrana.
2. bronić się w porozumieniu z sojusznikami, licząc na to, że siły własne w połączeniu z pomocą sojuszniczą zdecydują o zwycięstwie.
3. jeszcze przed napaścią wroga zaplanować strategiczny terror i dywersję, które po rozpoczęciu przezeń wojny doprowadzą do jego dezorganizacji i uniemożliwią prowadzenie wojny.
To trzecie rozwiązanie wydaje się najbardziej ryzykowne, gdyż naraża kraj na ostracyzm i międzynarodowe potępienie. Co jednak wtedy, gdy sojusznicy nie chcą szybkiego zwycięstwa i we własnym interesie dążą jedynie do przewlekania wojny? Co jeśli obiecują, dają kropelkową pomoc, uspokajają, zapewniają, poklepują po plecach – a w istocie oszukują swego junior-partnera?
Wtedy rząd staje przed wyzwaniem i musi się zastanowić wobec kogo jest lojalny: czy wobec sojusznika, który (doceniając osobistą lojalność) prędzej, czy później zaoferuje mu samolot i ewakuację, czy wobec najlepszej części narodu, który oczekuje od liderów bezgranicznego poświęcenia i dla takich liderów gotów jest dokonywać cudów.
Jakub Brodacki
(4) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Jan Parys ostatnio (24.10.2022) opublikował artykuł w Rzeczypospolitej o naszym bezpieczeństwie. Odklejenia jego już były przedmiotem niniejszego bloga kiedyś a to jest nowe odklejenie. Co gorsza CEP Jacek Saryusz-Wolski podaje to jako wybitne
( https://twitter.com/JSaryuszWolski/status/1586672704836575236 ). Przejdźmy zatem do konkretów: słusznie mi tu piszą w komciach że piszę w sposób wymagający inteligencji aby nadążyć, ale niestety tak zostanie. Parys natomiast nie dostrzega tych kombinacji międzynarodowych o których pisałem ostatnio bo zostały sformułowane w przestrzeni publicznej: Niemcy trzymają sztamę z ruskimi i chińczykami bo są uzależnieni od ruskich surowców i chińskiej produkcji. Dodatkowo mamy jeszcze pewne ograniczenia jeszcze z czasów powojennych. Budowa Bundeswery.
Problem zatrzaskiwania się wieka od trumny: dil USA z Niemcami i Rosją który nie wyszedł: USA zostawiają Niemcom i ruskim zarząd nad Europą ale Rosja musi uznać swój status juniormocarstwa przy USA. Putin na nasze szczęście tu bryknął, nie poczekał na uruchomienie Nordstrima 2, zażądał wycofania się USA za Odrę i wycofania atomu amerykańskiego z Europy. Tak aby został tylko ruski atom praktycznie. USA skupiają się na Dalekim Wschodzie, na Pacyfiku, na Tajwanie. Potrzebują rozwiązania rąk w Europie.
Taka jest geneza wojny na Ukrainie.
Tego u Parysa nie znajdziecie. Dostrzega natomiast w pewnym stopniu antyamerykańskość Francji, Niemiec itp. Rosja przez Europę Zachodnią nie jest postrzegana jako zagrożenie dla Europy Zachodniej, co powinno być oczywiste ale nie jest. Dla tamtych takie kraje jak Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia przynależą do Rosji i jak ona je zajmuje to nic się nie dzieje bo to ich jest. Pora przyjąć do wiadomości te tezy. Dla nich problemem jest że Putin nie dotrzymał i nie zajął Ukrainy w 4 dni. Podobnie dla Chin.
II Superpaństwo i niezgoda
Niemcy mają za nic praworządność i próbują stworzyć hegemonię swą nad Europą co znajduje wyraz w działaniach Unii Europejskiej i wynurzeniach kanclerza Scholza. Kurdupla. My się nie możemy na to zgodzić owszem. Ale implikacje są tu dla Parysa niedosiężne: nie zgodzimy się i co? Jest to taka sytuacja jakby spotkał na swej drodze trzech gości z bejsbolami. Albo im daje portfel albo się z nimi bije. Jak chce się bić to musi mieć lepszego bejsbola, albo być King Brus Li Karate Mistrzem, albo spierniczać. Pod tym kątem trzeba dokonać analizy poczynań Unii Europejskiej i takie tezy trzeba komunikować Amerykanom:
- Słuchajcie Amerykanie – tak im trzeba powiedzieć - jak wyrwiecie Niemcy z obozu chińskiego to się z nimi jakoś dogadamy.
- Do tego czasu Niemcy nie będą z wami, tylko będą wierzgać jak tylko mogą.
- Dojście do władzy totalnych oznacza automatycznie upadek Ukrainy na co nie możecie sobie pozwolić.
- Jesienią 2021 roku Niemcy przygotowywali grunt pod ruską inwazję na Ukrainę gorączkowo próbując zmienić rząd w Polsce.
Chodzą słuchy rozpowszechniane również w Saloniku Ziemkiewicza, iż PiS szykuje kapitulację wobec Niemiec i tak się ma skończyć niezgoda nasza totalna.
Pisowce nie miały bowiem żadnego planu działań przygotowanego. Operują oni w sferze budowy Wszechświatowej Harmonii Moralnej. Że niby jak powiedzą tamtym że są niesłuszni to oni się zawstydzą. Co z tego że Unia Europejska jest przeciw traktatom? We wspomnianym Saloniku pojawiają się głosy o zakwalifikowaniu się premiera Morawieckiego i różnych jego funkcyjnych do Trybunału Stanu.
Jakiego bejsbola przyszykowali oni dla Unii? Żadnego. Na koniec zostawiłem sobie wypowiedź Dmowskiego że nie ma racji i braku racji tylko jest siła i brak siły.
I dalej:
1. Co możemy zrobić Unii Europejskiej a co możemy jej dać?
2. Co możemy zrobić USA i co możemy im dać?
A kumacie że jak Chiny zaatakują USA to wejdzie Artykuł 5 i będziemy walczyć z Chinami?
O wcześniejszym Parysie:
https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/835422,rekonstrukturyzacja
Na zdjęciu: Scholz w Pekinie
(1) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Wczoraj rakieta uderzyła w silos zbożowy w miejscowości Przewodów, ok 6-8 kilometrów od granicy polsko-ukraińskiej. Zginęły 2 osoby. No i się zaczęło. Przy okazji wojen takie incydenty się zdarzają: ostrzały, naruszenia terytorium, zatapianie statków. Wszelakie działania tego typu spotykają się z odpowiednią reakcją. Formy tej reakcji są znane. Tymczasem u nas zapanowała pewna konfuzja i zdziwienie, które słusznie totalni wytknęli pisowcom. Parę dni temu podobnie walnęło w Mołdawię. I co zrobiła Mołdawia?

Najbardziej prawdopodobną przyczyną była awaria rakiety. Albo się popsuła sama z siebie, albo została uszkodzona ogniem przeciwlotniczym, po czem straciła sterowność, gwałtownie odbiła na zachód, utrzymała się paręnaście sekund w powietrzu po czym walnęła w silos. Była też możliwość że to ukraińska rakieta przeciwlotnicza jest i należało ją wziąć pod uwagę zanim się zacznie nieodpowiedzialnie kłapać paszczą. Celowy atak w silos zbożowy 6 kilosów od granicy nie trzyma się jako przyczyna ani przez chwilę. Zanim zaczniecie opowiadać o Artykule 5 zastanówcie się przez chwilę co kłapiecie. Zanim zaczniecie nieodpowiedzialnie kłapać o odpowiedzialności też się zastanówcie.
Mam nadzieję że teraz towarzystwo trochę ochłonie i z sensem zacznie reagować. Tym bardziej że rakieta okazała się oficjalnie rakietą ukraińską przeciwlotniczą. Ciekawe że to Biden ogłasza a nie nasi. Co za porażka.
Obecnie należy zażądać od sowietów aby swoje rakiety puszczali w bezpiecznej odległości od naszych granic, bo to ich wina. Puszczają przy naszej granicy i są takie incydenty. Otwieramy w ten sposób drabinę eskalacyjną bo nie posłuchają się.
II Jakie są możliwe nasze reakcje?
Skrajnymi będą z jednej strony pełnoskalowy atak na ruskich albo kapitulacja. Nie możemy dopuścić do ofiar takich więc poddajemy się bez walki. Z drugiej strony nie mamy czym bolszewików atakować bo uzbrojenie i amunicja poszły na Ukrainę a nowe zakupy są w drodze. Pośrodku są noty dyplomatyczne, żądania zadośćuczynienia, sankcje, wydalenia dyplomatów i inne tam takie te. Możemy ogłosić że będziemy zestrzeliwać na wszelki wypadek pociski które będą latać za blisko naszych granic. Ale tu musimy mieć zgodę Ukrainy. I rakiety przeciwlotnicze.
Zacząć bowiem trzeba od wprowadzenia pojęcia granicy: po naszej stronie granicy jesteśmy my a po drugiej jest zagranica i nie mamy wpływu na to, co się tam dzieje. Może sobie lecieć obiekt i jak nagle skręci i przeleci na naszą stronę i wybuchnie to nie poradzisz nic.
III Zaskakujący atak
Nie ma możliwości zapobieżenia zaskakującemu atakowi. Np ktoś po białoruskiej stronie granicy wyciągnie kałacha i zacznie strzelać na naszą stronę. Co zrobić aby uprzedzić? Zapobieganie opiera się na odwecie i sensie. Odwet to wiadomo: zaatakują ale my im potem damy łupnia. Sens:
Wyobraźcie sobie że ruskie postanowili zaatakować Kalibrami (takie rakiety) silosy zbożowe przy granicy po naszej stronie. Nie zapobiegniemy temu w żaden sposób jeśli rakiet będzie kilka i jednocześnie uderzą. Bo od granicy będą lecieć kilka, kilkanaście sekund i w tym czasie nic ich nie przechwyci bo nie ma takiej możliwości. Jeśli zaś będzie to zmasowane uderzenie, nie tylko na silosy, ale i na ambony strzelnicze, skrzynki pocztowe, drogowskazy itp. to ktoś na wysokim szczeblu będzie musiał podjąć decyzję o zestrzeliwaniu pocisków na terytorium Białorusi. A podjęcie takiej decyzji trwa. Jedyną obroną jest tu bezsensowność takiego ataku. Nie ma nad granicą celów wartych salwy Kalibrem.
Jeśli szukamy okazji do wmieszania się w wojnę to reakcje nasze będą ostrze na najmniejsze uchybienia, a jeśli chcemy uniknąć tego wmieszania się za wszelką cenę to będą zgoła inne. Mamy tu terminy takie jak drabina eskalacyjna, obrona neutralności, neutralność życzliwa itp. Wyobraźcie sobie że sowiet wjechał jednak na Ukrainę od strony Białorusi i ruskie bewupy przepływają Bug na naszą stronę aby objechać pozycje ukraińskie. A jakby ukraińskie bewupy objeżdżały pozycje ruskie to możemy przymknąć oko. IV
Ten gościu z onetu Wyrwał histeryzuje co jakiś czas na podejrzaną nutę. Nie doszło do żadnego sprawdzenia obrony NATO bo nie ma opcji zastosowania tej obrony 6 kilometrów od granicy. Weź człowieku przestań się kompromitować. Do Warszawy taka rakieta nie powinna dolecieć ale na czysta metrów od granicy doleci. Przy czym obawiam się, że o potencjalnej drabinie eskalacyjnej pisowcy nie myślą i jedyne co im przychodzi do głowy to dzwonienie do USA. Powinniście mieć to przepracowane i każdy winien wiedzieć co robi. A to co jest to jest parysizm.
PS: Jakieś ogarnięte ludzie na Tłiterze wywodzą, że musimy najpierw rozpoznać cel zanim go pukniemy bo to może być np. samolot cywilny
https://twitter.com/MPiekarski24/status/1592629854234906624
EDIT:
Parys faktycznie się odkleił:
Co za człowiek. Nie wie a kłapie.
(1) -
| Written by Godziemba | 0
Sady Żoliborskie są jednym z najpiękniejszych osiedli w Warszawie wybudowanych w okresie PRL.
W powojennej, zniszczonej przez Niemców Warszawie głód mieszkań był tak olbrzymi, iż podstawowym parametrem była budowa największej liczby mieszkań w jak najkrótszym czasie. Jakość budynków i mieszkań liczyła się dużo mniej.
W 1958 roku Halina Skibniewska na zlecenie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej zaprojektowała na Żoliborzu zupełnie inne osiedle – Sady Żoliborskie, gdzie zamiast wysokich punktowców z wielkiej płyty postanowiła postawić kameralne trzypiętrowe bloki z białej cegły.
Tylko na jego obrzeżach stanął jedenastopiętrowy blok. W jego przyziemiu znalazły się dwupoziomowe mieszkania połączone z wysokimi na blisko cztery metry pracowniami. Mieli w nim zamieszkać rzeźbiarze.
Z tarasu umieszczonego na dachu bloku i ogólnodostępnej świetlicy można było podziwiać nietypowy układ tonącego w zieleni osiedla.
Skibniewska postanowiła bowiem ustawić bloki w taki sposób, by w obrębie całego kompleksu tworzyły dodatkowe wewnętrzne przestrzenie. Te niewielkie zielone dziedzińce miały sprzyjać nawiązywaniu relacji, tu miały bawić się dzieci i wypoczywać dorośli.
Osiedle było wyposażone nie tylko w przydomowe place, ale także w duży ogród zwany robinsonadą.
Z balkonów wychodzących na te dziedzińce matki mogły doglądać swoich pociech.
Mieszkania miały funkcjonalny rozkład pomieszczeń, aby zaś ułatwić ludziom aranżację wnętrz, razem z osiedlem zaprojektowała nawet modułowy system meblościanek do samodzielnego montażu.
Osiedle zachwycało detalami, okienne ramy były w naturalnym kolorze drewna, a mieszkania można było wietrzyć także za pomocą oryginalnych żaluzjowych wywietrzników.
Na terenie osiedla wybudowano żłobek i przedszkole, a później także szkołę podstawową.
Wnętrze kolonii zamknięte zostało dla samochodów, a parkingi znalazły się poza nią.
Skibniewska postawiła także jeden podstawowy warunek: „Pod budowę osiedla wycinamy tylko te drzewa, które naprawdę trzeba. Resztę zostawiamy, nawet jeśli budowlańcom miałoby to komplikować życie”.
Osiedle Sady Żoliborskie powstaje do połowy lat siedemdziesiątych i składa się z czterech kolonii, spośród których Skibniewska projektuje tylko pierwszą, następne zabudowywane są już typowymi blokami, do których nie chciała przykładać ręki.
Na całym osiedlu było jednak wszędzie zielono i idyllicznie.
„Mieliśmy wrażenie, że budowanie takich elitarnych osiedli jak Sady jest wbrew logice i powszechnemu problemowi mieszkaniowemu w tamtych czasach. – dowodzi Zofia Hansen - Docenialiśmy jednak jej umiejętności. Sady były zresztą prezentowane na międzynarodowych wystawach architektonicznych”.
Wbrew planom autorki osiedla, mieszkania na osiedlu nie otrzymywali artyści i inni przedstawiciele inteligencji, ale przed wszystkim członkowie PZPR.
Mimo wszystko Sady Żoliborskie były przykładem, jak trzymając się sztywnych komunistycznych normatywów, można było wybudować osiedle i domy przyjazne ludziom.
Skibniewska „starała się zmniejszyć rozmiary katastrofy rozpisanej na tysiące bloków i osiedli, które do dzisiaj są pozostałością systemu obecną na każdym kroku” – napisał Tomasz Fudala, który badał archiwum domowe architekta.
Na początku lat dziewięćdziesiątych stary sad na tyłach Kolonii I zamieniony został na park dla mieszkańców okolicznych bloków.
Park został jednak zachowany. „Myśmy tego parku bronili własną piersią – mówią mieszkańcy – Przyszła taka jedna mądra i mówi, żeby tu postawić nowe bloki. Ale wtedy się całe towarzystwo zebrało, było spotkanie w szkole i ją tam pogoniliśmy. Ma być park, a nie bloki”.
Skibniewska wygrała w 2005 roku batalię ze spółdzielnią mieszkaniową i bloki na Sadach zostały ocieplone z poszanowaniem architektonicznych detali.
Autorka osiedla zmarła w Warszawie w 2011 roku.
Sady Żoliborskie nadal są bardzo popularne, a ceny mieszkań na osiedlu są znacznie wyższe niż w okolicy.
Wybrana literatura:
F. Springer – Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u
T. Fudala – Osiedle ładnej pogody – pocztówka z architekturą Haliny Skibniewskiej
J. Trybuś - Przewodnik po warszawskich blokowiskach(2) -
| Written by Godziemba | 0
Otwarty w 1962 roku Supersam przy warszawskim placu Lubelskim był pierwszym w Warszawie sklepem samoobsługowym i jednym z najciekawszych pawilonów wybudowanych w PRL.
„Czy po to, żeby sprzedawać pietruszkę, trzeba budować aż takie konstrukcje?” – zapytano kiedyś Macieja Krasińskiego, jednego z projektantów warszawskiego Supersamu. „Po to, żeby sprzedawać pietruszkę, nie trzeba w ogóle niczego budować, wystarczy plac noszący nazwę Zieleniaka – odpowiedział Krasiński. „Ale jeśli już się coś buduje, to budować należy możliwie najciekawiej, z rozmachem, słowem „na miarę naszych czasów”.
W zespole projektowym pracującym nad Supersamem byli wybitni ówcześni architekci. Kierował nim Jerzy Hryniewiecki, mając pod swoimi skrzydłami Ewę i Macieja Krasińskich oraz czterech konstruktorów: Wacława Zalewskiego, Andrzeja Kusia, Andrzeja Żurawskiego i Józefa Sieczkowskiego.
Sala sprzedażowa Supersamu miała ponad tysiąc sto metrów kwadratowych i była przykryta ważącym ponad sto ton dachem, który nie był podparty w żadnym miejscu. Wszystko dzięki utrzymującemu całą konstrukcję systemowi lin i odciągów.
W tym niezwykłym dachu znalazło się miejsce na przewody wentylacyjne i instalacyjne. Jego konstrukcja była bez wątpienia unikatową nie tylko na skalę peerelowską ale wręcz europejską.
W czasie budowy Supersamu zastosowano wiele pionierskich rozwiązań. Specjalnie na jego potrzeby opracowano recepturę pierwszego polskiego bezbarwnego lakieru do drewna o właściwościach ognioodpornych.
Zaś polskie huty szkła zdołały odlać ważące czterysta kilogramów i grube na szesnaście milimetrów lustrzane szyby, których wielkie tafle stanowiły ważny element elewacji sklepu.
W dniu otwarcia 6 czerwca 1962 roku ludzie nie przyszli podziwiać jego konstrukcji, ale aby zdobyć niedostępne artykuły. Od kilku dni prasa podgrzewała atmosferę, zapowiadając, że sklep będzie najlepiej zaopatrzonym w produkty miejscem w stolicy.
Obietnica zdobycia pomarańczy wygrała z podwieszanym dachem, a wizja czekolady z kunsztownymi mozaikami na antresolach i w holu, zaś paczkowana kawa z gigantycznymi szybami.
W budynku znajdowały się dwa punkty gastronomiczne: bar kawowy i bar szybkiej obsługi „Frykas”. Możliwe, iż dopiero pijąc kawę i jedząc ciastko można było docenić walory architektoniczne sklepu.
Supersamu przez całe lata obiekt utrzymywał renomę najlepiej zaopatrzonego sklepu w Warszawie. Gdy czegoś w nim brakowało, wiadomo było, że nie ma tego nigdzie.
Nawet na początku lat 80., gdy w sklepach królowały ocet i musztarda, w Supersamie octu i musztardy było najwięcej. Tysiąc sto metrów kwadratowych hali sprzedażowej działu spożywczego do czegoś w końcu zobowiązywało.
Trudne czasy dla Supersamu nastały po 1989 roku. Pierwsze zniknęły stąd bary szybkiej obsługi.
W zamian w 1994 roku w Supersamie pojawiła się jedna z pierwszych w Warszawie restauracji McDonald’s.
Sklep nadal miał spore grono wiernych klientów, jednak topniało ono w miarę, jak w stolicy przybywało supermarketów.
W 2004 roku. władze Spółdzielni Spożywców „Supersam” zamówiły – na żądanie McDonald’s Polska - w Politechnice Warszawskiej ekspertyzę mającą ocenić, czy budynek spełnia warunki ochrony przeciwpożarowej i BHP.
Równolegle z zamówieniem ekspertyzy do mediów zaczynały przeciekać informacje, jakoby w miejscu Supersamu miał stanąć nowoczesny biurowiec. Działka, na której znajdował się sklep była niezwykle atrakcyjna.
Zaniepokojonych pracowników Supersamu i miłośników powojennej architektury uspokajał Michał Borowski, ówczesny naczelny architekt Warszawy, zapewniając, że „Supersam to bardzo wartościowy budynek. Nie zgodzę się na jego wyburzenie”.
Po roku spokoju, w 2005 roku prezes Spółdzielni Spożywców „Supersam” Grzegorz Majewski przekonywał dziennikarzy, iż „Ludzie nie wiedzą, w jakim stanie jest ten sklep. Konstrukcję zżera korozja. Wstępny raport o stanie technicznym jest bezlitosny.”
W odpowiedzi komitet obrony Supersamu zebrał 2 tysiące podpisów i wysłał do Generalnego Konserwatora Zabytków wniosek o wpisanie Supersamu do rejestru zabytków.
Ostatecznie wyrok na Supersam wydał autor ekspertyzy jego stanu technicznego, profesor Kazimierz Szulborski z Politechniki Warszawskiej. Uznał w niej, iż Supersam grozi katastrofą budowlaną, jego stan jest fatalny, a liny podtrzymujące dach (i całą konstrukcję) są przeżarte przez rdzę nawet w sześćdziesięciu procentach.
Po przeczytaniu ww. ekspertyzy Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego, Jacek Laskowski wydaje zakaz użytkowania obiektu do czasu usunięcia zagrożenia katastrofą budowlaną.
W odpowiedzi profesor Andrzej Kuś, jeden z konstruktorów Supersamu, przekonywał, iż „To nie korozja zagraża Supersamowi, ale ekspertyza. Nie ma takiej konstrukcji, której nie można by naprawić. Supersam można naprawić w dwa tygodnie, wystarczy wymienić podtrzymujące go liny. Taka naprawa wystarczyłaby przynajmniej na kolejnych czterdzieści lat funkcjonowania obiektu”.
9 kwietnia 2006 roku, w niedzielę, mieszkańcy Warszawy po raz ostatni mogli zrobić zakupy w Supersamie.
Dwa dni później Krzysztof Kłapa, rzecznik prasowy firmy McDonald’s Polska wezwał do ratowania tak cennego architektonicznie obiektu, zarzucając Spółdzielni Spożywców niedbalstwo w konserwacji obiektu. W przypadku wyburzenia sklepu zapowiedział wystąpienia o wielomilionowe odszkodowanie.
Jednocześnie McDonald’s Polska zaproponował zapłatę z góry za 8 lat wynajmu, co winno wystarczyć na wykonanie wszystkich niezbędnych prac remontowych.
Jednak dwa miesiące później przedstawiciel McDonald’s Polska poinformował, iż Spółdzielnia Spożywców zgodziła się „wypłacić nam odszkodowanie w wynegocjowanej wysokości”.
Równocześnie Spółdzielnia obiecała swym pracownikom wybudowanie zastępczego pawilonu handlowego u zbiegu ulic Puławskiej i Domaniewskiej, na działce wydzierżawionej od miasta.
W listopadzie 2006 roku pod Supersamem pojawiły się koparki, rozpoczynając częściową rozbiórkę obiektu. W czasie demontażu jednego z elementów dachu została jednak uszkodzona cała jego konstrukcja. W tych warunkach Spółdzielnia zwróciła się do Inspektora Budowlanego z wnioskiem o zgodę na wyburzenie całego budynku. W trybie natychmiastowym ją otrzymała.
Do końca roku Supersam przestał istnieć.
Wybrana literatura:
F. Springer – Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u
P. Giergoń – Warszawa-Supersam
M. Wojtczuk - Koniec Supersamu(2) -
| Written by sprzeciw21 | 0 Konfederacja alarmuje, że polski rząd może się ugniąć przed skandalicznymi żądaniami Unii Europejskiej i w konsekwencji zrezygnować z preferencyjnych stawek VAT ustanowionych w ramach tarczy antyinflacyjnej. Efektem byłyby wyższe ceny dla konsumentów. Na razie mowa o energii, gazie i nawozach, ale nie wykluczone że wkrótce będzie to także dotyczyć żywności.
Tymczasem o przedłużenie zerowej stawki VAT na żywność, nawozy i środki ochrony roślin w 2023 roku zaaapelował Związek Zawodowy Rolnictwa "Korona" reprezentowany przez przewodniczącą Alinę Ojdanę oraz były prezes Elewarru z lat 2014-2018 - dr Daniel Alain Korona (autor sukcesów finansowych tej spółki, odwołany 13 lipca mimo rekordowych zysków). Jak stwierdzają - W naszej ocenie poziom życia obywateli, społeczeństwa, ma charakter priorytetowy, niezależnie od tego, co w tej sprawie sądzą urzędnicy Komisji Europejskiej.
Ciekawe co zrobi polski rząd, ugnie się przed urzędnikami z Brukseli czy stanie po stronie polskiego społeczeństwa?
Brak głosów -
| Written by Godziemba | 0
Badylarz był w PRL-u synonimem bogactwa
Hasło „badylarz” w słowniku języka polskiego pojawiło się już w 1958 roku i miało znaczenie: „żartobliwie: podmiejski ogrodnik uprawiający warzywa”.
Wkrótce potem zostało nacechowane negatywnie. „ Głoszono, że jest zamożny, co w skromnie żyjącym społeczeństwie miało budzić niechęć i złość. Budzenie zawiści to stały element propagandy komunistycznej – wyjaśniał prof. Michał Głowiński.
Po październiku 1956 roku władze komunistyczne uznały, iż spółdzielnie rolnicze winny być tworzone wyłącznie na zasadach dobrowolności, w rezultacie z blisko 10 tysięcy spółdzielni, do których wstępowania zmuszano w latach 1949-1955, pozostało zaledwie 1600.
PRL był jedynym krajem komunistycznym, w którego rolnictwie dominowały indywidualne gospodarstwa. Indywidualni rolnicy w PRL-u byli enklawą kapitalizmu. Wśród nich najbardziej kapitalistyczni okazali się badylarze, którzy pojawili się po 1956 roku.
Ci, którzy mieli ziemię na obrzeżach dużych miast, zaczęli uprawiać warzywa i owoce, na które utrzymywały się wysokie ceny. Hodowali też kwiaty na eksport na Zachód.
Badylarze jako nieliczni w PRL sprzedawali swoje produkty na wolnym rynku. W Warszawie powstało wielkie targowisko na Okęciu. Badylarze zjeżdżali tam bladym świtem i wystawiali warzywa i owoce. Zaopatrywali się na nim właściciele warzywniaków i straganiarze, którzy handlowali na mniejszych bazarach.
Uprawa warzyw stanowiła jednak wyzwanie, bo nie było z czego zbudować szklarni – w PRL-u brakowało wszystkiego. „Były przydziały na materiały budowlane. – wspominał Jan Zdunek - Dostawało się je na budowę chlewni czy obory. Ale na ogrodnictwo ich brakowało. Jeździłem po innych województwach i kupowałem je na nazwiska znajomych rolników”.
Każda szklarnia była budowana z czegoś innego. Szkielet stawiano często z szyn kolejowych, a ogrzewanie konstruowano z rur ze starych parowozów.
Po zbudowaniu szklarni pojawiał się problem ze zdobyciem opału do jej ogrzania. Węgiel także przydzielano. Aby go otrzymać, trzeba było zakontraktować dostawy pomidorów lub ogórków dla państwa. „Kontraktowało się powierzchnię uprawy w szklarni. Dostawało się 130 kilogramów węgla na 1 metr kwadratowy” – wspomina jeden z badylarzy. Zwykle to nie wystarczało, więc palono wszystkim co wpadło w ręce, także starymi oponami.
„Mieli ciężkie życie, czasem próbowano dokręcać im śrubę. Mieli jednak własną ziemię i nie musieli wchodzić w ten biznes za czyjąś zgodą” – uważa profesor Wojciech Morawski.
Większa skala interesów zaczynała przyciągać uwagę władz. „Krążyła legenda, że mój ojciec miał samolot, którym dostarczał kwiaty do Szwecji – wspomina Elżbieta Orłowska - W PRL-u brakowało wszystkiego i każdy wyprodukowany towar można było łatwo sprzedać – aby utrzymać się, wystarczyło prowadzić szklarnie na przyzwoitym poziomie; dorabiali się ci, którzy wkładali w to więcej pracy”.
„Jak ktoś miał uprawę pod szkłem, to już był wielki badylarz. Uważano, że jest bogaty. Wszyscy na niego najeżdżali. Na partyjnych zebraniach mówiono, że ludzie w fabrykach pracują po osiem godzin i tyle nie zarabiają” – wspomina Jan Zdunek, ogrodnik z Pleszewa.
„Mieli mercedesy, bo to był dobry biznes – przyznaje profesor Wojciech Morawski. -Propaganda socjalistyczna nie mogła tego ścierpieć”.
Inteligencja w PRL, zazdroszcząca im bogactwa, natrząsała się z ich prostactwa. W ich mniemaniu badylarz to był taki prosty człowiek w gumiakach, który niewiele wie i niewiele umie. „Przydarzyło mu się szczęście, bo ma szklarnię, i pewnie jeszcze oszukuje. Ale ta praca wymaga ogromnej wiedzy. Nie da się coś tam posiać, coś tam zebrać, troszeczkę polać wodą i samo wyrośnie”.
Najwięcej zarabiano na hodowli kwiatów. Największe obroty były, gdy nadchodziły popularne imieniny Jadwigi, Stanisława, Jana, Anny czy Barbary. Jednak najlepszy był 8 marca – Dzień Kobiet, celebrowany w PRL-u niczym święto państwowe. W latach 70. Edward Gierek co roku 8 marca jechał do starannie wybranego zakładu i wręczał pracownicom po goździku. Goździki trafiły do obiegowego powiedzenia: „Rąsia, buzia, klapa, goździk” .
„Popyt na goździki był niesamowity. Rosły przez cały rok, przełamywało się im tylko pąki, aby wysyp był na 8 marca. Uzupełniało się je tulipanami. Ale z nimi nie można było się spóźnić, bo następnego dnia nikt już ich nie kupił – opowiada Andrzej Aumiller, były dyrektor Państwowego Gospodarstwa Ogrodniczego w Naramowicach.
PRL stał się goździkowym mocarstwem. Szacuje się, że w latach 70. wyrastało u nas co roku 7 miliardów kwiatów, z których ponad połowa to goździki! PRL eksportowała je na Zachód, a także do pozostałych krajów socjalistycznych.
Dopiero w latach 80. goździki zaczęły być stopniowo wypierane z kwiaciarni przez gerbery i frezje. Zniknęły niemal całkowicie wraz z upadkiem PRL-u.
Paradoks polegał na tym, że czerwone goździki od starożytności były jednym z symboli chrześcijaństwa. „Oznaczały mękę Chrystusa i miłość, w imię której dał się ukrzyżować (ich kształt miał przypominać gwoździe, którymi przybito go do krzyża, a czerwony kolor – jego krew)”.
Wraz z upadkiem PRL, ogrodnictwo przestało być opłacalne. Wolny rynek, otwarcie granic i uwolnienie kursu złotego spowodowały, że do Polski napłynęły tanie pomidory, ogórki i sałata uprawiane w zachodnich i południowych krajach.
Tereny wokół Warszawy stały się atrakcyjnymi terenami budowlanymi. I tak np. w Wilanowie na terenie dawnej wsi Zawady pozostały już tylko pojedyncze szklarnie. Większość właścicieli szklarni posprzedawali ziemię pod osiedla domów jednorodzinnych i niewielkich apartamentowców.
Wybrana literatura:
P. Lipiński, M. Matys – Absurdy PRL-u
K. Klinger - Goździk – kultowy kwiat PRL
A. Zadworny - Badylarz walczy o honor(1) -
| Written by Godziemba | 0
W PRL-u brakowało nie tylko mięsa, cukru, szynki i sznurka do snopowiązałek, ale także papieru toaletowego.
Trzeba było na niego polować, a potem wystać w kolejce. Szara rolka papieru toaletowego stała się królową PRL-u.
Polacy żartowali – co to jest: idąca ulicą kobieta niesie deficyt w deficycie? Szynka owinięta w papier toaletowy!
Filmowcy z Polskiej Kroniki Filmowej przeprowadzili śledztwo i ustalili, że na głowę statystycznego Polaka przypadało rocznie siedem rolek. Czyli zaledwie około metra papieru toaletowego dziennie.
Leopold Tyrmand zastanawiał się w swojej książce „Cywilizacja komunizmu” dlaczego „kraje komunistyczne, zdolne do produkcji elektrowni atomowych i pojazdów kosmicznych, nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości papieru toaletowego dla swych mieszkańców, pozostaje zagadką, z której rozwiązania zrezygnowały już najśmielsze i najtęższe umysły”.
W podziemiach, otwartego w 1955 roku Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, panie, zwane popularnie babciami klozetowymi, siedzące przez wejściem do toalety, pytały się wchodzących: „przepraszam bardzo, na grubo czy na cienko?” I w pierwszym wypadku wydawały odpowiednią ilość papieru toaletowego: jeden listek albo dwa.
Po 1956 roku oficjalnie zaczęto przyznawać, iż istnieje problem z papierem toaletowym, a Polska Kronika Filmowa nakręciło o tym nawet materiał. Kiedy na ekranie pokazywała się kobieta niosąca kilka rolek, narrator żartobliwie czytał: „Co to? Patrzcie! Proszę pani, proszę pani, gdzie pani zdobyła ten skarb? Powtarzając słowa Wiecha, życzymy sobie wszyscy, by ten papier przestał być papierem wartościowym”.
Królową pożądano szczególnie wówczas, gdy zasiadano na „królewskim tronie” – jak wówczas nazywano muszlę klozetową. Zapewne w związku z powiedzeniem, że WC to miejsce, gdzie nawet król chodzi piechotą.
Powszechne poszukiwanie papieru toaletowego sprawiło, iż zrodziła się jedna z ikon PRL-u – dumna Polka lub Polak na ulicy z zawieszonymi na szyi rolkami papieru toaletowego. „Nazywało się to różańcem. Wieszało się na szyi dziesięć rolek”.
Papier toaletowy można było także zdobyć w zamian za makulaturę w punktach skupu makulatury. „To była forma handlu wymiennego. – podkreślał Zdzisław Sadowski - Można było zawieźć makulaturę do punktu sprzedaży i dostawało się za to parę rolek papieru toaletowego. To już był postęp, kiedy dopracowaliśmy się takiego rozwiązania”.
Pracujący w skupie Wiktor Ostrowski belował gazety, ale przy okazji razem z kolegami przeglądał książki oddane na makulaturę – wielu skompletowało interesujące biblioteczki literatury historycznej. „Najwięcej w skupie było dzieł Lenina – wspomina Ostrowski. – Propagandową makulaturę oddawały biblioteki z zakładów pracy. Lenina nikt do domu zabrać nie chciał, z reguły więc od razu szedł na pulpę. Ale raz Lenina przygarnęła pewna kobieta. Wyrywała z niego kartki i owijała jajka, którymi handlowała. Wszyscy się zastanawiali, czy milicja nie zatrzyma jej za to, że profanuje święte księgi”.
Pomimo starań władz papieru wciąż brakowało. Władze sięgnęły po ostateczne rozwiązanie – powołano komisję. Jej działalność, jak można się było spodziewać nie przyniosła rozwiązania problemu papieru toaletowego.
W połowie lat 80. szara rolka stała się orężem w ręku podziemia. Do ustępów trafił ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban. Na podziemnym, nielegalnym papierze toaletowym wydrukowano jego twarz. „Byłem raczej w miłości własnej zadowolony z tej popularności” – opowiadał Urban.
W tym samym czasie członkowie Pomarańczowej Alternatywy rozrzucili po Wrocławiu ulotki z napisem: „Kto się boi papieru toaletowego? Czy za pomocą papieru toaletowego można pogłębić socjalizm? Czy papier toaletowy jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem rewolucji światowej?”.
Następnego dnia na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu pojawili się ludzie w pomarańczowych czapeczkach obwieszeni papierem toaletowym. „Jeździłem na rowerze, byłem obwieszony girlandami z papieru toaletowego, a milicjanci mnie gonili – wspomina Waldemar Fydrych. – Próbowali jakoś spacyfikować ten papier toaletowy, zatrzymywali ludzi, rewidowali w torbach, czy posiadają papier toaletowy. W artystycznej rzeczywistości socjalistycznej pogubili się zagraniczni aktorzy, którzy akurat przyjechali na przegląd teatralny do Wrocławia. Nie potrafili się zorientować, czy milicjanci to część happeningu, czy są prawdziwi. Ulicą toczył się chłopak owinięty w wielką kulę papieru. Milicjanci próbowali go wepchnąć do radiowozu, ale kula utknęła w drzwiach. Między ludźmi biegał pies z kokardą z papieru toaletowego. Obszczekiwał milicjantów, którzy nie mogli się do niego zbliżyć, a ludzie mu bili brawo. Tyle że ci, którzy oklaskiwali psa, trafiali do milicyjnej „suki”.
„Wielkość produkcji papieru była określona z góry, przez plan centralny – tłumaczy Zdzisław Sadowski. – Nie było wolnego rynku, więc nie mógł zarządzać produkcją papieru toaletowego”. A plan centralny „trzymał się ideologii, nie zaś rzeczywistości”.
Wedle Tyrmanda planową gospodarką komunistyczną kierowała zasada ważności, a nie potrzeby. Ludzie co prawda potrzebowali papieru toaletowego, ale teoretycy komunizmu nie przywiązywali wystarczającej wagi do niego. Ważniejsza była walka o pokój niż o łazienkę.
Brak papieru toaletowego stał się symbolem nieudolności nie tylko poszczególnych rządów, ale całego ustroju komunistycznego w PRL.
Wraz z upadkiem PRL papier toaletowy pojawił się w sklepach. „Z papierem było coś takiego jak z mięsem – przypuszcza wydawca Andrzej Zasieczny – Do pewnego momentu mięsa w Polsce nie było, aż nagle stało się go tak dużo, że właściwie nie można już było na nie patrzeć. I podobnie było z papierem”.
Normą jest dzisiaj papier delikatny, a ten szary, przypominający czasy PRL, jest trudny do zdobycia.
„Znam pewną hrabinę w Paryżu, - opowiada Waldemar Fydrych - która kiedyś mieszkała w Polsce, i jak ktoś z Polski jedzie do Francji i do niej dzwoni, to ona prosi, żeby przywiózł szary papier toaletowy. Polski szary papier toaletowy, bo on jej najbardziej ojczyznę przypomina”.
Wybrana literatura:
P. Lipiński, M. Matys – Absurdy PRL-u
L. Tyrmand – Cywilizacja komunizmu
Z. Zblewski – Abecadło PRL-u
Ilustracja: https://regiodom.pl/papier-toaletowy-krotka-historia-dlugiej-rolki/ar/c9...(2) -
| Written by sprzeciw21 | 0 Nowelizacja ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych, przegłosowana przez posłów obozu rządzącego i opozycji, wzbudza wątpliwości. Poprawki do tej ustawy do komisji senackich zgłosili Przewodnicząca Związku Zawodowego Rolnictwa "Korona" Alina Ojdana i były prezes Elewarru z lat 2018-2022 dr Daniel Alain Korona.
Mimo przyjęcia Narodowego Celu Wskaźnikowego na poziomie 80%, projektowana ustawa zmierza do ograniczenia udziału biokomponentów w paliwach, a nie upraszcza istniejącej legislacji. Dlatego proponujemy uchylenie większości zapisów i wprowadzenie wskaźników udziału biokomponentów na czas bezterminowy, a nie roczny. W przyszłym roku odbędą się wybory parlamentarne i nikt nie będzie miał głowy w parlamencie by uchwalić kolejną nowelizację - wyjaśnia portalowi Serwis21, były prezes Elewarru.
Poniżej propozycje poprawek do druku senackiego nr 854 zgłoszonych przez KORONY:
1) W Art. 1. stanowiącym W ustawie z dnia 25 sierpnia 2006 r. o biokomponentach i biopaliwach ciekłych (Dz. U. z 2022 r. poz. 403) po art. 35a dodaje się art. 35b w brzmieniu: „Art. 35b. W 2023 r.: - proponujemy skreślić w 2023 roku.
Działalność gospodarcza potrzebuje stabilności rozwiązań ustawowych, a nie nieustannych zmian. Perspektywa jednego roku (do końca 2023 roku) jest perspektywą zbyt krótką, która nie pozwala podejmować średnio i długoterminowych decyzji gospodarczych, zwłaszcza jeżeli uwzględnimy kalendarz wyborczy (październik 2023) a następnie tworzenie nowego rządu. Na kolejną zmianę przepisów w IV kwartale może zabraknąć czasu, a decyzje podejmowane będą w pośpiechu bez realnej dyskusji i refleksji. Z tych względów proponujemy skreślić zwrot „w 2023 roku” i pozostawić przyjęte rozwiązanie na okres bezterminowy.
2) Art. 1 Pkt. 1) w brzmieniu minimalny poziom realizacji Narodowego Celu Wskaźnikowego, o którym mowa w art. 23 ust. 1a, wynosi 80% - uchylić
Zgodnie z obecnymi przepisami ustawowymi minimalny poziom realizacji Narodowego Celu Wskaźnikowego określone jest zgodnie z art.23 ust.1b na poziomie 85%. Początkowo w nowelizacji ustawy proponowano 60%, później 75%, teraz 80%, co świadczy że proponowane poziomy mają niewielkie znaczenie. Nie wyjaśniono dlaczego poziom 80% jest zasadny, a poziom planowany w dotychczasowej ustawie na okres po 2022 roku - 85% jest już niezasadny. W świetle powyższego proponujemy skreślić cały przepis.
3) Art.1 pkt. 3) w brzmieniu minimalny udział biokomponentów, o którym mowa w art. 23b ust. 1, w oleju napędowym wynosi 5,2% - uchylić.
Zgodnie z przepisami dotychczasowymi Minimalny udział biokomponentów, o którym mowa w ust. 1, wynosi: 1) 3,2% – w benzynach silnikowych; 2) 6,2% – w oleju napędowym. Nowelizacja proponuje zmniejszenie minimalnej ilości biokomponentów w oleju napędowym o 1%. Nie przytoczono żadnego sensownego uzasadnienia takiej propozycji zmiany. W komunikacie prasowym z dnia 4.08.2022 Polska Koalicja Biopaliw i Pasz Białkowych zauważa fakt blendowania w 2023 roku z 6,2% do 5,2%, co powoduje że uwzględniając także inne zapisy nowelizacji NCW jako takie traci w praktyce na znaczeniu.
4) Art.1 pkt. 4) w brzmieniu udział biowęglowodorów ciekłych wykorzystanych przez podmiot realizujący Narodowy Cel Wskaźnikowy do realizacji obowiązku, o którym mowa w art. 23 ust. 1, liczony według wartości opałowej, w ogólnej ilości paliw ciekłych i biopaliw ciekłych stosowanych w transporcie drogowym i kolejowym, rozporządzanych przez dokonanie jakiejkolwiek czynności prawnej lub faktycznej skutkującej trwałym wyzbyciem się tych paliw ciekłych i biopaliw ciekłych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przez podmiot realizujący Narodowy Cel Wskaźnikowy lub zużywanych przez ten podmiot na potrzeby własne na tym terytorium, nie może przekroczyć 0,9% - uchylić
W komunikacie prasowym z dnia 4 sierpnia 2022 r. Polska Koalicja Biopaliw i Pasz Białkowych oceniając ten przepis stwierdziła, że: uprawnia do stosowania większego dolewu biowęglowodorów ciekłych, a więc biokomponentów nie wytwarzanych obecnie w Polsce. Temu służy zwiększenie limitu dla tego rodzaju biopaliw do 0,9%. W świetle takiej oceny, powstaje pytanie czy celem ustawodawcy jest zwiększenie importu biokomponentów zagranicznych kosztem krajowych?
5) Odnośnie art.1 pkt. 5) tj. udział biokomponentów wytworzonych z surowców określonych w załączniku nr 1 do ustawy, liczony według wartości opałowej, w ogólnej ilości paliw ciekłych i biopaliw ciekłych stosowanych w transporcie drogowym i kolejowym, rozporządzanych przez dokonanie jakiejkolwiek czynności prawnej lub faktycznej skutkującej trwałym wyzbyciem się tych paliw ciekłych lub biopaliw ciekłych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przez podmiot realizujący Narodowy Cel Wskaźnikowy lub zużywanych przez ten podmiot na potrzeby własne na tym terytorium, nie może przekroczyć 0,5%.”, trudno nie zauważyć pewnej niekonsekwencji ustawodawcy. W dotychczas obowiązującej ustawy o biokomponentach znalazł się bowiem zapis o minimalnym w roku 2020 wskaźniku 0,1% dla udziału biokomponentów wytworzonych z surowców określonych w części A załącznika nr 1 do ustawy (art.35a ust.2) i maksymalnym poziomie 7% dla udziału biokomponentów wytworzonych z roślin wysokoskrobiowych, roślin cukrowych i oleistych oraz roślin uprawianych do celów energetycznych na użytkach rolnych jako uprawy główne (art.35a ust.1). Teraz zaś wprowadza się maksymalny (przedtem był minimalny) udział 0,5% dla surowców określonych w załączniku nr 1 czyi także dla surowców części A m.in. dla alg, bioodpadów, słomy, obornika, luski, nasion, itd. i surowców części B czyli zużyty olej kuchenny, tłuszcze zwierzęce (część B). Zatem wprowadzenie tego zapisu budzi nasze wątpliwości.
(1) -
| Written by Godziemba | 0
Obok słynnego Różyca na Pradze do lat 70. istniał także bazar między Stalową i Strzelecką.
W okresie międzywojennym renoma bazaru Różyckiego była już mocno ugruntowana. Z pewnością był największym i najbardziej znanym bazarem po tej stronie Wisły, a w skali miasta konkurować z nim mógł tylko wolski Kercelak.
„Tam wszystko się kupiło. – wspominała jedna z klientek - Tam mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona; poszłaś boso, wyszłaś ubrana; tam wszystko się kupiło, od a do z, od ubrania do... od koszuli, jak to się mówiło, od majtek do, do... do futra, na tym Bazarze Różyckiego.”
Od strony Targowej sprzedawano piękne ubrania, suknie „pierwszej i ostatniej mody”. Nieodłącznym elementem zakupów było targowanie się, należało nawet do „dobrego tonu”. Po targowisku chodzili także muzykanci, przygrywając kupującym do taktu. Zachęcano do udziału w grach hazardowych: „ Tacy byli cwaniacy, mieli takie krążki, czerwona, czarna wygrywa, tak jakoś to... I ja kiedyś tak sobie stanęłam, przyglądałam się, no to tak wiedziałam jak oni, gdzie ta karta jest. Wszystko to wiedziałam. I myślę sobie: „No może ja się skuszę”. Ale przede mną jakaś kobieta właśnie skusiła się na to – przegrała, oczywiście. I też widziała, że tak jak ona myśli, że ta karta tam jest. Nie, nigdy tam nie można było wygrać.”
Wśród przekupek dominowały wieśniaczki, które sprzedawały „W liściach kapusty masło osełkowe, ser biały, biały serek, śmietana w bańkach całych, no to – na mnie to robiło wrażenie.”
Z pewnością do legend Różyca zaliczyć należy postać Wincentego Andruszkiewicza nazywanego „Wicusiem Marynarzem”, który kiedyś pływał na statkach handlowych, a ważył ponad 150 kg. Handlował przede wszystkim kaszanką i bimbrem. Podczas okupacji hitlerowskiej skupował broń dla Polskiego Państwa Podziemnego. Po wojnie przez kilka lat prowadził lokal gastronomiczny na ul. Brzeskiej. Wkrótce potem ubecy postawili mu ultimatum: albo zostanie kapusiem, albo knajpę trzeba będzie zamknąć. Wicuś nie zgodził się, stracił lokal i wrócił na bazar.
Targowisko spłonęło w czasie powstania warszawskiego, ale szybko odrodziło się po wojnie. 1950 roku bazar został upaństwowiony, ale nadal dominowały na nim stanowiska prywatne.
W 1957 w murowanym budynku w głębi bazaru otwarto cieszący się dużym powodzeniem komis. W części bazaru nazywanym „Kanadą” można było odzyskać ukradzione na bazarze przedmioty.
Okres jego największej świetności przypada na lata 70-te i 80-te XX wieku. Można tu było wówczas nabyć produkty pozornie niedostępne od dżinsów, pomarańczy czy kurczaków po skórzane obuwie. Kwitł także czarny rynek, przede wszystkim walutowy.
Dziś, choć mocno zaniedbany bazar popada w ruinę, nadal stanowi symbol przedwojennej Pragi. Były nawet plany likwidacji słynnego targowiska, na szczęście nic z nich nie wyszło.
W 1911 roku Władysław Pachulski i Andrzej Domański założyli bazar, który mieścił się pomiędzy ulicami Stalową i Strzelecką. W następnych latach, w miejscu dotychczasowej, drewnianej, zabudowy, wystawili czteropiętrową kamienicę frontową z długą oficyną biegnącą w poprzek ulicy przy Stalowej 21. Następnie powstała podobna kamienica z oficyną na działce przy Strzeleckiej 26. Budynki łączyły się ze sobą, tworząc w środku rozległy dziedziniec. Właściciele planowali jeszcze wystawienie analogicznej kamienicy przy Stalowej 19, ale wybuch I wojny światowej uniemożliwił tej budowy.
Pustą przestrzeń pomiędzy czynszówkami przeznaczono na targowisko, zwane niekiedy „Spichlerzem Nowej Pragi”. Można tu było kupić przede wszystkim żywność, ale także odzież, starocie i artykuły żelazne, a w soboty odbywały się słynne targi ptactwem, w tym gołębiami i kanarkami.
„Był to niezwykły bazar (…) - wspominał Paweł Elsztein - nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nigdzie podobnej atmosfery handlowej nie spotkałem. Był to, jakby powiedzieć, bazar familijny. Wszyscy chyba się znali: handlujący i kupując.”.
Z kolei Stefan Mierowski zapamiętał, że: „Najbardziej kolorowo i barwnie było na początku roku szkolnego, we wrześniu. Wtedy przechodząc przez bazar można było podziwiać bogactwo świeżych warzyw, owoców i kwiatów, a obok nich duży wybór nabiału i drobiu (w tym żywego) oraz gołębie. Znajdowały się tam stragany z używaną odzieżą i przedmiotami gospodarstwa domowego, czyli tak zwaną starzyzną. W sumie bazar ten nie był duży i daleko mu było do wielobranżowego, na rozległym terenie położonego Bazaru Różyckiego (…)”.
„Od Strzeleckiej na podwórko wiodła jedna brama, a od Stalowej druga. – wspominała Zofia Osowska - W środku trzy rzędy straganów. Dalej był jeden rząd ław w poprzek i znów stragany. Za nimi (od Strzeleckiej) rozciągał się plac, na który przyjeżdżali dostawcy warzyw, owoców i mleka”.
Jeden z rzędów straganów stanowiły drewniane jatki, w których mięso sprzedawali przede wszystkim kupcy żydowscy. Od nich też chętnie kupowano ryby.
Halina Cieszkowska opisywała, iż „główną aleję okupowali pejsaci Żydzi w tradycyjnych jarmułkach na głowach. W tekturowych kartonach wystawiali swoje skarby: wstążki, nici, korale, cekiny i delikatne koronki, zwane walansjenkami, a na deskach wykładali kolorowe materiały. W ulicach sąsiadujących z bazarem Żydzi również prowadzili handel. Tylko na ulicy Stalowej w latach 30. XX wieku znajdowały się między innymi piekarnia, sklep z rybami i owocami, pracownia galanterii, sklep z odzieżą dziecięcą czy wyroby fajansowe”.
Cały kompleks szczęśliwie przetrwał wojnę. Targowisko działało aż do lat 70-tych XX wieku.
„Pod płotem od ulicy Strzeleckiej ustawia się falanga jegomościów w cyklistówkach i fufajkach i celebruje swą wielką „czarną mszę”. – pisał Olgierd Budrewicz - Chodzi głównie o gołębie. Cena ich waha się od 5 do 500 złotych. W ogromnym skupieniu badane są skrzydła, dzioby i pazurki. Padają zagadkowe określenia, referowane są szczegółowo zalety i wady ptaków”.
W 1962 roku „Stolica” ostrzegała, że „w okolicach bazaru ogniskuje się potajemny handel chwytanymi w sidła, dzikimi ptakami śpiewającymi i barwnymi. Praktykowany jest proceder przemalowywania wróbli na kanarki”.
Po zamknięciu bazaru nieremontowane kamienice popadły w ruinę. Cała posesja wystąpiła w nagrywanym w 2003 r. teledysku do piosenki „Bo tutaj jest jak jest” duetu Borysewicz&Kukiz.
Wybrana literatura:
K. Głowacka – Echa dawnej Warszawy. Praga
P. Kulesza - Niebieski syfon. Z dziejów bazaru Różyckiego.
M. Miller - Co dzień świeży pieniądz, czyli dzieje bazaru Różyckiego
J. Kasprzycki - Korzenie miasta. Tom III Praga
(2) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Doszło ostatnio do debaty między Jackiem Bartosiakiem a Krzysztofem Wojczalem. Wojczal stanowi linie oporu wobec Armii Nowego Wzoru dlatego jego tezy są popularne w środowiskach pisistycznych. Debata ta odbyła się w Krynicy przy okazji czegoś, na czym był też Ziemkiewicz, o czym później. W każdym bądź razie nie czuję się powołany do przedstawienia tez Wojczala, niech ktoś inny pisze o nich a nie ja. Zapraszam.
Bartosiak wypadł lepiej w tej debacie bo mówił o rzeczach fundamentalnych, takich jak Artykuł 5 i inne. Podstawowy problem z Artykułem 5 jest taki, że musimy czekać aż nas ruskie zaatakują co rodzi konkretne problemy i wymusza konkretne rozwiązania. Pisoski dorobek intelektualny pokroju Parysa nie rozumie tych zależności raczej. Ale to już nie jest problem z Artykułem 5.
Jak coś to różne kraje powiedzą, że to my zaczęliśmy i A5 w ogóle nie ma zastosowania raz a dwa potępiają nas jako agresora i wprowadzają sankcje na nas. Drugi problem to zakresem działań które inne kraje podejmą. Przysłowiowe rysowanie kredkami po chodniku może być. Kolejną fundamentalną tezą jest stosunek Niemiec do agresii bolszewickiej na Ukrainę: Niemcy były za szybkim upadkiem Ukrainy. Dalej mamy te całe zdolności, pętle informacyjne, aplikacje dla żołnierzy, dla ludzi. Żeby mogli zgłaszać cele. Drony, drony cywilne które są tanie i które się mają zużywać. Sposób użycia czołgów, oddzielenie ruskich od artylerii, podobne jak w czasie rajdu sowieckiego na Kijów. Niezależność od Amerykanów, żeby nie mogli do nas zadzwonić i kazać się poddać. Wtedy my mówimy, ze tłuczemy ruskich w strefie przesłaniania i stwarzamy fakty polityczne.
Jeszcze trzeba tu uwiecznić na piśmie kwestię NATO: to nie NATO pomaga tylko kilka krajów, które chce. A chce bo ma w tym interes. A te co nie chcą to nie pomagają. Niemcy robią jak najmniej, jak najpóźniej. Amerykanie ich cisną ale jak nacisk USA zelżeje to natychmiast przestaną. Nie ma decyzji o aktywnej obronie.
https://youtu.be/Ivup9jMOxSE?t=3198
II
Wspomniany red. Ziemkiewicz wydał pozycję literacką „Wielka Polska”. Na licznych spotkaniach z czytelnikami opowiada różne różności na jej temat. Tezy które stawia ten, dość znany m. i. z tego bloga publicysta, współgrają z wynurzeniami Bartosiaka. Dlatego w tym miejscu zatrzymam się nad geopolitycznym obrazem naszej sytuacji: Dla USA najlepsze było takie rozwiązanie: Niemcy i Rosja obejmują kuratelę nad Europa Środkową i sobie dzielą nas, dzięki czemu USA mają swobodę na Pacyfiku. Aby ten dil dopiąć Rosja musiała jednak uznać swoją rolę junior mocarstwa przy USA. Amerykanie nie umieją negocjować z ruskimi bo wiecie jak jest: taki swój schemat mają, że jedna strona coś tam ustąpi, druga strona coś ustąpi i tak się spotkają na środku kompromisem. Tymczasem Azja ustępstwo uważa za przejaw słabości i nie cofa się, tylko idzie do przodu. Putin pojechał do Pekinu i wydał oświadczenia z Chińczykami. Że będą walczyć w imieniu miliardów dyskryminowanych z dominacja tzw. Złotego Miliarda, czyli najbogatszej części ludzkości. USA, Europa itp. Dodam, że Rosja wysunęła konkretne żądania wobec USA: żeby się wyniosły za Odrę i zabrały broń jądrową z Europy.
Niemcy zaś są podpięte do Rosji uzależnieniem od surowców i pod Chiny, uzależnienie od towarów. Gospodarka niemiecka jest pozornie silna: nieinnowacyjna, wisząca na tanich surowcach. Dlatego Scholz pojechał do Pekinu jako pierwszy i sprzedaje port w Hamburgu Chińczykom. Ergo Rosja jest juniorpartnerem Chin obecnie i Niemcy też. Tak jakoś to wywodzi.
Stąd mamy sytuację w Unii Europejskiej, gdzie tzw wartości unijne były fajne gdy oni doili nas. A jak my konkurujemy i ich wygryzamy to już są niefajne. 3 wolne przepływy są kasowane. Niemcy mają też za nic te wartości i starają się podporządkować sobie inne państwa. Ziemkiewicz uważa, że trzeba budować układ środkowoeuropejski raz. Dwa: USA się opłaca pomagać Polsce.
III
Obejrzyjcie sobie te audycje, bo ja tu tylko skrótowo podaję czego możecie się po nich spodziewać. Miało być dłużej ale wpadł mi w ręce artykuł wspomnianego Jana Parysa. Symbolu pisoskiej odklejki. Nie dostrzega on powyższych aspektów, nazwijmy je geopolitycznymi. Jakby wypalił dil USA z Niemcami i Rosją to nie byłoby mowy o rozbieżnościach między tymi krajami. I wtedy by było superpaństwo z błogosławieństwem USA. Że USA jest postrzegane w UE jako wróg? Postrzegali tam w ten sposób już od dawna. Cą sądzicie o rzeczonym artykule?
Problem jest tu kolejny: Parys postrzega rzeczywistość przez pryzmat mrzonek o wszechświatowej harmonii moralnej. Myśli, że to gimnastyka artystyczna a tamci grają z nim w dupaka.
https://twitter.com/JSaryuszWolski/status/1586672704836575236
IV
Ziemkiewicz zaś przewiduje w przyszłym roku niezłą dyskotekę. Albo wygra PiS i totalni dostaną totalnego świra i zaczną skakać po suficie i kąsać framugi. Wtedy PiS się zacznie wykańczać wewnętrznie w 3 frakcjach: ziobrystów, morawiecczyków i aparatu. A jak totalni wygrają to okaże się że kasy unijnej nie ma. To co nam wstrzymują to nie są pieniądze które dostaniemy i możemy sobie wydać tylko konkretnie celowane fundusze na jakiś badziew służący Niemcom, jak wiatraki. Cały aspekt unijny pozostawiam na później, bo jest obszerny. Unia chce nas wyrzucić bo wcześniej za swe niepowodzenie obciążała Brytoli a jak ich nie stało to my jesteśmy przyczyną. Niemcy i Rosja obawiają się nas z przyczyn rozmaitych. Zachęcam do obejrzenia materiałów i poczytania książki RAZa, której jeszcze nie czytałem bo nie było.
Na obrazku: Ziemkiewicz w Klubie Jagiellońskim
(2) -
| Written by Godziemba | 0
Tradycje targowe na warszawskiej Pradze sięgają wieków średnich i właśnie dzięki wymianie handlowej rozwinęła się w tym miejscu osada.
Pamiętał o tym pochodzeniu Pragi król Władysław IV, gdy w 1648 r. nadawał jej prawa miejskie, zastrzegając, iż „ zaprowadzamy w niem cztery jarmarki: pierwszy na Trzy Króle, drugi i trzeci na zwiastowanie Najświętszej Marii Panny, czwarty na św. Franciszka Wyznawcę, niemniej targi co tydzień w dni tylko piątkowe na konie i bydło, wtorki zaś i soboty na rzeczy i towary różnego rodzaju, wraz z pobieraniem targowego po jednym groszu od każdego konia lub wołu. Wolno więc będzie kupcom, kommissantom i innym jakiegokolwiek stanu osobom w czasie rzeczonych jarmarków i targów przybywać, przychodzić, powracać, kupować, sprzedawać, zamieniać rzeczy na rzeczy i inne godziwe dozwolone handle odbywać z produktami, towarami, końmi, wołami lub bydlętami własnymi.”
Bez wątpienia Praga słynęła przede wszystkim z targów bydła i koni, które cieszyły się ogólnokrajową renomą.
W czasach panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, Praga prężnie się rozwijała, a na jej obszarze Pragi powstała wówczas ponad setka nowych domów, a także szynki i zajazdy.
Po rzezi Pragi w 1794 roku oraz walkach w jej bezpośrednim pobliżu w czasie powstania listopadowego, które wpłynęły na zahamowanie aktywności handlowej, sytuacja wróciła do normy. Handel kwitł niemalże na każdym placu i każdej ulicy na Pradze. W okolicach ulic Kłopotowskiego i Okrzei sprzedawano przede wszystkim owoce i warzywa, na Targowej konie, na Wołowej bydło.
„Targowa to olbrzymie zbiorowisko cuchnącego błota i zgniłego nawozu, - pisał „Kurier Warszawski” - pełne zanieczyszczonych kałuż i wytwarzające niemiłe, a zdrowiu szkodliwe wyziewy, jest dla Pragi czymś w rodzaju Augiaszowych stajni, którym jednak brak tylko… Herkulesa. Targ na bydło znajduje się w samym środku Pragi. Na ulicy jednej z najpryncypialniejszych i najwięcej mających szans pomyślnego rozwoju – Wołowej.”
Wraz z rozwojem kolei oraz budową mostu żelaznego Praga przeżywała prawdziwy rozkwit. Po powstaniu styczniowym targowisko na Pradze rozrastało się, a zwiększony import bydła i trzody chlewnej z Ukrainy wymusił budowę rzeźni nieopodal targu, na zachód od ul. Moskiewskiej (dziś Jagiellońska). Na przełomie XIX i XX w. dziennie przechodziło przez nią około 1500 sztuk bydła.
„Przyszedł nam na myśl wołowy targ na Pradze. – pisał Bolesław Prus - Ktokolwiek przejeżdżał lub przechodził kiedy tamtejszymi okolicami, musiał niewątpliwie zauważyć szereg barier wynurzających się z błota i tworzących bardzo powikłane labirynty. W każdy piątek zapełniają się one rogami wołów. Mówimy tylko o rogach, nogi bowiem, ogony i korpusy pracowitych karmicieli naszych z powodu… plastyczności gruntu, czyli błota, ukrywają się pod poziomem”.
Ostatecznie targowisko to zlikwidowano w 1882 roku, wytyczając na jego miejscu ulicę Targową. Targ koński został przeniesiony na Grochów, w okolicę nowo utworzonego Instytutu Weterynaryjnego.
Po powstaniu styczniowym na Pradze powstał także pierwszy prywatny bazar, założony przez Strumiłłę w pobliżu Dworca Petersburskiego.
Kolejnym prywatnym bazarem był słynny bazar Różyckiego, założony w 1883 roku przez Juliana Różyckiego. Różycki od końca lat 70. XIX wieku skupowanie parcele w rejonie ulic Targowa – Brzeska – Ząbkowska – Kępna, z myślą o założeniu bazaru.
Cały teren ogrodzono żeliwnym płotem, a na targ prowadziło pięć bram, w tym główna, znajdująca się od strony ul. Targowej. Ozdobiona została tablicą z ozdobnym napisem „Bazar Różyckiego”. Właściciel zatrudnił Manasa Rybę jako administratora przedsięwzięcia, którą to funkcję sprawował aż do swojej śmierci w 1938 roku. Do jego obowiązków należało nie tylko zbieranie opłat targowych, ale także pilnowanie porządku.
„Niegdysiejszy właściciel domu Manas Ryba zasłynął z długowieczności. – napisali o nim Jerzy Majewski i Tomasz Urzykowski w „Spacerowniku warszawskim” - Jedni powiadali, że dożył 108 lat, inni, że zaledwie 95. Powiadano, że żona Ryby, panna Estera z domu Halbfisz (Półryba), wyszła za Manasa po to, by zostać całą Rybą.”
Dla kupców zbudowano na bazarze liczne stoiska, kramy, stragany i jatki, możliwe do wynajęcia po zróżnicowanych cenach. Największym powodzeniem cieszyły się oczywiście stanowiska znajdujące się w pobliżu bram, te były także najdroższe. Mniej zasobni sprzedawcy uprawiali tzw. handel obnośny, oferowany towar zawieszając na sobie. Można tu było kupić przysłowiowe „mydło i powidło”: od artykułów spożywczych, poprzez obuwie i odzież po starzyznę. W jatkach na bieżąco oprawiano żywą zwierzynę, nic dziwnego więc, że wokół unosił się słodkawy fetor i krążyły roje much.
Wśród kupców przeważali Polacy i Żydzi, choć nie brakowało także przedstawicieli innych narodowości. Klienci mogli też skorzystać z jednego z licznych punktów „małej gastronomii”, gdzie królowały flaki i pyzy. Nielegalnie grano w „trzy karty” czy kości, można było skorzystać z usług wróżki.
Bazar szybko zyskał złą sławę, jako raj kieszonkowców, drobnych złodziei straganowych oraz arena walki gangów wymuszających haracze za ochronę stoisk.
Zdarzali się także nieuczciwi handlarze, którzy oszukiwali na wadze i jakości towaru, fałszując wagi i odważniki. Dolewano wody do mleka, a zamiast zamówionej wołowiny klient otrzymywał koninę, a świeże ryby po oprawieniu w domu okazywały się śnięte, a ich skrzela pomalowano na czerwono.
„Tam, gdzie rzeźnicy na pół zgniłymi odpadkami biją po twarzy upominających się o lepszy towar nabywców, - pisał „Tygodnik Ilustrowany - gdzie przy straganach brzmi nieustannie litania najwstrętniejszych przekleństw i wymysłów, gdzie kwitnie dowcip ściekowy, zdolny już nie o rumieniec, ale o spazmy i omdlenie przyprawić człowieka delikatnego, gdzie gromada rzezimieszków, niby stado szakali, wije się między tłumem, nie tylko opróżniając kieszenie, ale wprost wydzierając łup z ręki, która go nie dość krzepko trzyma – tam o osobistym dopełnieniu zakupów przez panią domu mowy być nie może.”
W 1902 roku powstał przy ulicy Ząbkowskiej 9 tzw. bazar żydowski. Stanowił on część bazaru Różyckiego, w której sprzedawano towary szczególnie poszukiwane przez Żydów, jak choćby koszerne jedzenie.
Na początku XX wieku przed wejściem od strony Targowej Julian Różycki postawił kiosk w kształcie niebieskiego syfonu, w którym prowadził sprzedaż słodyczy oraz własnych wód mineralnych. Zawieszona nad głównym wejściem reklama głosiła, że jest tu „słodko, mokro i przyjaźnie”.
Ze względu na doskonałą lokalizację w centrum dzielnicy, bazar wkrótce stał się głównym ośrodkiem praskiego handlu. Sprzyjał temu także rozwój linii kolejowych, a szczególnie kolejek dojazdowych.
CDN.
Zdjęcie: https://www.worldisbeautiful.eu/en/gallery/37-praga-warsaw/714-bazar-roz...
(3) -
| Written by Godziemba | 0
W 1956 roku Józef Sigalin został odwołany ze stanowiska naczelnego architekta Warszawy.
W sierpniu 1951 roku Sigalin został naczelnym architektem Warszawy. Korzystając z przywileju wybrania sobie siedziby wrócił do pałacu Pod Blachą, gdzie pracował w trakcie budowy trasy W-Z.
Czarną kartą na nowym stanowisku było wyrażenie zgody w kwietniu 1954 roku – wbrew protestom architektów i konserwatorów – na zburzenie pozostałości Zamku Ujazdowskiego, który początkowo zamierzano odbudować z przeznaczeniem na Dom Wojska Polskiego.
Z drugiej jednak strony zadecydował o odbudowie warszawskiej Starówki. „Cała odbudowa Warszawy jest zasługą warszawiaków, - napisał Tyrmand - ale odbudowa staromiejskiego rezerwatu wzruszeń jest zasługą komunistów. I dlatego dziękuję im w tym miejscu za ten śnieg warszawski na arcywarszawskich dachach”.
Dla komunistów Stare Miasto było narzędziem legitymizacji ustroju. Przed wojną biedna i niebezpieczna dzielnica miała zostać w nowej sytuacji politycznej „uzdrowiona” i dumnie świadczyć o wielowiekowej tradycji kultury polskiej. „Socjalistyczna Warszawa była projektem rewolucyjnym, z którego wyłonić się miało zupełnie nowe miasto. Potrzebny był jednak kontrapunkt w postaci fragmentu nawiązującego do przeszłości. Odbudowane zabytki – w rozumieniu władz – przekazywały prosty komunikat: państwo buduje społeczeństwo nowoczesne, „postępowe”, ale chce i potrafi uszanować tradycję”.
W trakcie budowy Pałacu Kultury i Nauki im. J. Stalina Sigalin został pełnomocnikiem rządu do spraw jego budowy. Zaprojektowany przed nim centralny plac stolicy miał być miejscem organizowania różnego typy wieców i manifestacji. Na szczęście fiasko planu sześcioletniego uniemożliwiło realizację planowanej budowy gigantycznej dzielnicy centralnej i związanego z tym wyburzenia setek domów w śródmieściu Warszawy.
W połowie 1954 roku pojawiły się wśród sowieckich architektów pierwsze głosy krytykujące abstrakcyjność form architektonicznych i nieuzasadniony przerost ornamentyki socrealizmu.
W styczniu 1955 roku Bierut opowiedział się za odejściem od dotychczasowych form architektonicznych. Na posiedzeniu Komitetu Warszawskiego PZPR w lutym 1955 roku zarzucono Sigalinowi tłumienie krytyki oraz niechęć do „słuchania słusznych uwag” i „oderwanie się od życia, ludzkości, od jej potrzeb”.
Także wśród polskich architektów zaczęto krytykować Sigalina za ostentacyjne podporządkowanie Biuru Politycznemu PZPR i przedkładanie go nad lojalność wobec środowiska.
Wiosną 1956 roku otwarcie uznano za błędny kierunek architektury i urbanistyki z lat 1949–1955. uznano rzecz jasna za błędny. W tej sytuacji nie było niespodzianką odwołanie w lipcu 1956 roku Sigalina ze stanowiska naczelnego architekta Warszawy.
W październiku 1957 roku został pełnomocnikiem Prezydium Rady Narodowej miasta stołecznego Warszawy do spraw budowy mostu pod Cytadelą i tras dojazdowych. Uroczyste otwarcie Trasy Starzyńskiego, jak ją nazwano, odbyło się 21 lipca 1959 roku.
Następnie próbował przekonać – bez efektów - decydentów do budowy kolejnych mostów - Łazienkowskiego wraz z trasą, stanowiącą południową część obwodnicy śródmiejskiej, oraz Świętokrzyskiego z dojazdami.
W tej sytuacji objął kierownictwo zespołu opracowującego rozwiązania komunikacyjne dla placu Zawiszy i obwodnicy śródmiejskiej, a później także na Woli, Ochocie, Powiślu i Mokotowie.
W czasie wydarzeń marcowych, 1968 roku, pracę w PWN straciła jego żona – Anna, a on sam zaczął wręcz demonstracyjnie wypierać się swojego pochodzenia.
W 1971 roku Gierek zadecydował o wznowieniu prac nad budową Trasy Łazienkowskiej. Początkowo Sigalin zostaje współpracownikiem dyrektora generalnego budowy, ale w październiku 1973 roku został wysłany na emeryturę.
Na pocieszenie przyznano mu wysoką emeryturę i pozostawiono do dyspozycji samochód służbowy, a Prezydium Stołecznej Rady Narodowej powierzyło mu opracowanie planu zagospodarowania warszawskiego obszaru doliny Wisły. Był to temat bezpieczny – bo odległy.
Jego długotrwała choroba nowotworowa zbiegła się w czasie z wprowadzeniem stanu wojennego.
Józef Sigalin zmarł pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia 1983 roku w Lecznicy Ministerstwa Zdrowia. Został pochowany na Wojskowym Cmentarzu na Powązkach.
Wybrana literatura:
A. Skalimowski – Towarzysz odbudowy
P. Majewski - „Stalinskij Empir” 1949–1956. Krajobraz miejski Warszawy w czasach dominacji sowieckiej
Zbudować Warszawę piękną….O nowy krajobraz stolicy (1944–1956)
J. Górski - Warszawa w latach 1944–1949. Odbudowa
M. Dąbrowska - Dzienniki 1914–1965
L. Tyrmand - Dziennik 1954
(1) -
| Written by sprzeciw21 | 0 Jak informuje wp.pl - poparcie dla PiS z roku na rok spada, jeszcze w wyborach parlamentarnych w 2019 roku PiS mogło liczyć na 57 proc. poparcia na wsi. Dziś ... poparcie to oscyluje w granicach 40 proc. Dlatego niektórzy dotychczasowi zwolennicy PiS na wsi mają nawet domagać się powrotu do rządu Jana Krzysztofa Ardanowskiego, byłego ministra rolnictwa, który sprzeciwił się forsowanej przez Jarosława Kaczyńskiego "piątce dla zwierząt".
Resort rolnictwa nie ma szczęścia. Po odejściu Ardanowskiego, ministrem został Grzegorz Puda, który wogóle nie miał pojęcia o rolnictwie. Ale miał zaletę, że nie znając się, przynajmniej się nie wypowiadał i raczej nie opowiadał dyrdymałów. Jego następca Henryk Kowalczyk, to seria wpadek, zarówno pod kątem decyzji personalnych (nowy prezes KGS, pełnomocnik ds. współpracy z Ukrainą), pod kątem proponowanych rozwiązań (resort nie oponował wobec planowanej nowelizacji ustawy o biokomponentach, która uderzałyby w producentów rzepaku), pod kątem wypowiedzi (w kwestii zboża ukraińskiego, rurociąg na olej spożywczy, terminal portowy w ciągu kilku tygodni itp).
Jedynym wyjściem dla ratowania sytuacji na wsi, jest zmiana ministra, ale nie na takiego, który będzie hołdować zasadzie TKMu, i na prawo i lewo wsadzał "swoich" niekompetentnych i niedoświadczonych w branży ludzi (jak np. prezes KGSu, który objął funkcję i mimo całkowitego braku doświadczenia ws. funkcjonowania rynku cukru i mimo że wyniki finansowe w Polanexie były ujemne - pomimo bardzo wysokiej dokapitalizacji).
Z tych powodów wydaje się, że jedynym wyjściem dla PISu jest przywrócenie Jana Krzysztofa Ardanowskiego na ministra. Powinno to pozwolić na zahamowanie odpływu elektoratu wiejskiego.(2) -
| Written by Godziemba | 0
W trakcie odbudowy Warszawy zburzono szereg zabytkowych budynków.
Na początku kwietnia 1946 roku Sigalin objął kierownictwo Pracowni Głównej BOS-u, której zadaniem było ustalanie wytycznych dla planów przestrzennych i urbanistycznych. Na jej posiedzeniach Jan Zachwatowicz przekonywał, że Warszawa nie może być miastem „bez przeszłości”, a innej drogi niż odbudowa zabytków po prostu nie ma. Zabytki miały bowiem nie tylko odgrywać rolę estetyczną, lecz także umacniać więzi społeczne. Sigalin natomiast zdecydowanie krytykował dominację działań konserwatorskich. Na jednym z posiedzeń stwierdził wręcz, że „stanowiskiem kierownictwa BOS jest, że „getta zabytkowego” w Warszawie nie będzie”.
Nie licząc się ze zdaniem swych oponentów wydając decyzje o rozbiórce, wydając wyrok na budowle, które przetrwały wojnę w stosunkowo dobrym stanie. Miał natomiast poparcie władz komunistycznych z Bierutem na czele.
Dążenie do odtworzenia historycznych kształtów Warszawy nie mogło bowiem przesłaniać potrzeby wzniesienia nowej „socjalistycznej” stolicy. Wyzwaniem była więc nie tylko odbudowa, ale przede wszystkim przebudowa miasta i nadanie mu nowego socrealistycznego oblicza.
Jednocześnie odbudowa stolicy, stając się symbolem odbudowy całego kraju, miała skupiać Polaków wokół wielkiego wspólnego celu. W tym celu w 1946 roku utworzono Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. W latach 1946–1965 zebrano ponad pięć i pół miliarda złotych, z których większość przeznaczono na stołeczne inwestycje.
Jednym z najważniejszych projektów było otwarcie strategicznej arterii przelotowej Wschód–Zachód, mającej łączyć dwa brzegi miasta na wysokości placu Zamkowego. Od późnej jesieni 1947 roku do 22 lipca 1949 roku, gdy Trasę oddano do użytku, zbudowano lub odbudowano łącznie pięćdziesiąt trzy budynki, w tym obiekty zabytkowe: pałac Pod Blachą, pałace i kamienice na Krakowskim Przedmieściu, Miodowej, Bielańskiej, Lesznie i placu Bankowym. Równocześnie wzniesiono od podstaw osiedle mieszkaniowe Mariensztat.
Propagandowy rozgłos nadany tej „socjalistycznej rekonstrukcji” wzorowany był na kampaniach dotyczących przebudowy Moskwy z lat trzydziestych.
Sigalin został Pełnomocnikiem Komisarza Odbudowy miasta stołecznego Warszawy do spraw budowy Trasy WZ, a pracownią urbanistyczną Trasy kierował słynny cichociemny Stanisław Jankowski „Agaton”.
Trasa miała być wielkim symbolem nowoczesności. Z tego powodu zdecydowano się między innymi na budowę skomplikowanego tunelu pod placem Zamkowym oraz na sprowadzenie i zamontowanie sowieckich schodów ruchomych.
„ Cóż, to jest wielka droga strategiczna dla ofensywy lub odwrotu armii rosyjskiej. – napisała Maria Dąbrowska w dzienniku - Zbudowanie tej wielkiej arterii przelotowej – to wyciągnięcie przez Rosję praktycznego wniosku z powstania warszawskiego. […] Trasę WZ powinien otwierać Rokossowski – to trasa dla niego. Zdawało nam się, że mówimy sarkastyczny dowcip i że się może mylimy. Jakież było nasze zdumienie, gdy w opisie uroczystości otwarcia trasy przeczytałyśmy, że w istocie otwierał ją razem z Bierutem Rokossowski z całą ekipą delegacji moskiewskiej, z rosyjskimi pisarzami, dziennikarzami etc.”.
Przy okazji budowy trasy W-Z pojawiła się kwestia odbudowy Zamku Królewskiego. Sprawa ta była m.in. tematem rozmów Sigalina w Moskwie w 1949 roku. W ich trakcie uzyskał wstępną zgodę kierownictwa Związku Architektów Sowieckich. 2 lipca 1949 roku Sejm podjął uchwałę od odbudowie Zamku, aby stworzyć w nim „siedzibę najwyższych władz Polski Ludowej i ośrodek życia kulturalnego”.
Zadekretowanie w 1949 roku w architekturze realizmu socjalistycznego sprawiło porzucenie projektu Zamku, który został odbudowany dopiero w latach siedemdziesiątych.
Zgodnie z wytycznymi Bieruta najpilniejszym zadaniem było wprowadzenie „ludu robotniczego” do śródmieścia. Lud miał maszerować i manifestować pośród architektury „obudowującej przestrzennie” ten dziejowy proces.
Pracownia MDM powstała 1 marca 1950 roku i była kontynuacją pracowni Trasy W-Z. Sigalin odpowiadał za całość realizacji do 22 lipca 1952 roku.
Wybór lokalizacji „nowej, socjalistycznej dzielnicy” wynikał w dużej mierze z odbudowującej się dynamicznie parterowej Marszałkowskiej, pełnej domów, sklepów i drobnego handlu, stanowiącej cierń w oku nowej władzy. Z tą zabudową poradzono sobie za pomocą buldożerów, a centrum inwestycji przesunięto ostatecznie tylko ze względu na decyzję o zachowaniu gmachu kościoła Najświętszego Zbawiciela.
Budowa dzielnicy MDM opierała się na sile ludzkich mięśni, a mechanizacja robót istniała tylko w propagandowych kronikach filmowych. Absurdalnie szybkie tempo pracy wpływało na jakość robót. Nie miało znaczenia, że cement nie związał i po roku płyty piaskowcowych elewacji trzeba było przytwierdzać dodatkowymi kotwami, bo spadały ludziom pod nogi. Pośpiech, oszczędności i braki materiałów sprawiły, iż pozostawiono nieotynkowane zaplecza, zamontowano cynowe (nie, jak należało, miedziane) drzewce na sztandary, a drążony wodą deszczową beton korodował.
Propaganda przedstawiała idealny obraz - wszystko przebiegało zgodnie z planem, „warszawskie tempo” ani trochę nie maleje, a zakłady całego kraju dokładają starań, aby na MDM-ie „szła robota”.
„Na środku całkowicie rozbabranego placu MDM – wspominał Stępiński – stał barak popularnie nazywany „pałacem pod papą”, jako reminiscencja pracowni w pałacu Pod Blachą z Trasy W-Z. Z baraku tego kierownik pracowni J. Sigalin kierował „sztabem”, stamtąd wychodziły wszystkie ważniejsze dyspozycje dla całej budowy. „Pałac pod papą” latem nagrzewał się tak, że trzeba go było polewać wodą, w zimie zaś było ledwie nieco cieplej niż na dworze”.
Nadzór nad budową sprawowało kierownictwo partii. I tak np. Sekretariat Biura Politycznego PZPR zadecydował o postawieniu na placu Konstytucji osławionych latarni, które miały uwagę od neogotyckich wież kościoła Zbawiciela. Latarnie te przetrwały do dzisiaj, choć nigdy niczego nie oświetlały
Uroczyste otwarcie placu Konstytucji nastąpiło 22 lipca 1952 roku, ale całej projektowanej inwestycji nigdy nie ukończono,.
Wbrew propagandowym zapowiedziom, iż będzie to robotnicza dzielnica, na sto pięćdziesiąt przydzielonych mieszkań pracownicy fizyczni otrzymali zaledwie trzydzieści. Reszta przypadła kierownikom, pracownikom sekretariatu KC PZPR i dyrektorom państwowych przedsiębiorstw. Robotnicza Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa okazała się materialnym dowodem fasadowości systemu komunistycznego.
CDN.
(1)
1 Comments
@Alchymista
23 November, 2022 - 00:19
https://wpolityce.pl/swiat/623179-o-amerykanskim-rachunku-strategicznym
Cytat:
Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów.
Empedokles