blogi

  •  |  Written by sprzeciw21  |  2
    14 lipca farmer.pl poinformował, że we władzach spółki Elewarr nie ma już dotychczasowego prezesa Daniela Alain Korony. Na stronie Spółki nie było też informacji co się stało z prezesem - zrezygnował, odwołany, zmarł?

    Sytuacja wyjaśniła się następnego dnia, Prezes Korona oświadczył na stronie Serwis21 że został 13 lipca odwołany i podziękował za współpracę. 

    Dlaczego doszło do takich zmian tuż przed żniwami? zapytał farmer.pl wicepremiera ministra rolnictwa i rozwoju wsi Henryka Kowalczyka:

    - Jeśliby tych zmian nie było to trudno byłoby ten system skupu w ogóle wprowadzić. One były konieczne - stwierdził wicepremier.

    To przypomnijmy, że Daniel Alain Korona objął funkcję prezesa 1 listopada 2018 r. po 11 latach nieobecności, w sytuacji gdy Spółka zanotowała za rok obrotowy 2017/18 - ponad 17,2 mln złotych straty. Szybko wyprowadził Spółkę na plus, tak że w ostatnich 2 latach obrotowych osiągała historyczne rekordy pod względem zysku (według szacunków - kilkadziesiąt milionów złotych za ostatni rok).
    Co więcej jeszcze przed żniwami, za czasów Korony, Spółka zabezpieczała skup, zaciągając wysoki kredyt skupowy w banku, z tym że kredyt ten spłacano w coraz krótszym terminie.

    Nie wiadomo co dalej uczyni prezes Korona, prawdopodobnie trafi do sektora prywatnego. Ale to duża strata dla Spółki i dla państwa.
     

    5
    5 (1)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    "pewna zmiana co do struktury funkcjonowania energetyki" i dymisja Piotra Naimskiego.
    A potem " - Jeśliby tych zmian nie było to trudno byłoby ten system skupu w ogóle wprowadzić. One były konieczne - " i odwołanie prezesa Korony.
    Jakoś dziwnie przypomina się cytat z Hamleta: "Coś się psuje w państwie..."

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Teraz pytanie - za wiele punktów:
    To kto objął teraz polityczne stanowisko prezesa spółki Elewarr?
    I - z czyjej rekomendacji?
    A - z jakimi kwalifikacjami? I czy zyski spółki za rok bieżący będą "sukcesem" nowego prezesa?
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Maria Spiridonowa przesiedziała w bolszewickich więzieniach kilkanaście lat, aby w 1941 roku zostać zamordowana w lesie pod Orłem.
     
     
            Przeprowadzone w końcu 1917 roku w Rosji wybory parlamentarne zakończyły się sukcesem eserów, którzy zdobyli 40% głosów. Bolszewicy rozwiązali jednak Zgromadzenie Konstytucyjne, zmuszając obradujących do opuszczenia Pałacu Taurydzkiego.
     
     
             Spiridonowa nadal wierzyła jednak w dobre intencje bolszewików, nie zdając sobie sprawy – jak reszta przywódców lewych eserów – że Lenin dążył do zdobycia niepodzielnej władzy.
     
     
            Na I Zjeździe lewych eserów, którzy zostają wykluczeni z PSR jako ci, którzy sprzeniewierzyli się eserowskim ideom, Spiridonowa przyznała: „O jakże nam obce jest ich [bolszewików] ordynarne postępowanie, ale jesteśmy z nimi w ścisłym kontakcie, bo za nimi idą masy”.
     
     
           Z czasem lewi eserzy zaczęli protestować przeciwko rozpętanemu przez bolszewików terrorowi. Kontrolowany przez nich Ludowy Komisariat Sprawiedliwości sprzeciwił się postulowanemu przez WCzK  przekazywaniu rewolucyjnym trybunałom działaczy eserowskich i mienszewickich oskarżonych o działalność kontrrewolucyjną.
     
     
           Gdy w styczniu 1918 roku  Czeka aresztowała kierownictwo eserowsko-mienszewickiego Związku Obrony Zgromadzenia Konstytucyjnego, komisarz sprawiedliwości, eser Izaak Steinberg, jeszcze tego samego dnia. Miesiąc później, po przeczytaniu dekretu o rozstrzeliwaniu przez Czekę na miejscu, Steinberg poszedł wzburzony do Lenina i oświadczył: „W takim razie dlaczego w ogóle zawracamy sobie głowę Komisariatem Sprawiedliwości? Nazwijmy go uczciwie „Komisariatem Społecznej Eksterminacji” i miejmy problem z głowy!”.
     
     
           Spiridonowa nadal jednak wspierała bolszewików.  Uznała nawet za niezbędne  wzięcia wraz z bolszewikami odpowiedzialności za traktat, tłumacząc, iż  „Pokój był podpisany nie przez nas i przez bolszewików. Podpisała go bieda, głód, niechęć narodu do walki”. Jednak eserzy – wbrew opinii Spiridonowej - wyszli na znak protestu z rządu.
     
     
            Dopiero po wprowadzeniu przez bolszewików majowego dekretu o konfiskacie chłopom zboża Maria oświadcza:  „Bolesne jest teraz […] uświadomienie sobie, że bolszewicy, z którymi do tej pory współpracowałam ręka w rękę […] postępują tak jak rząd Kiereńskiego”.
     
     
           Zerwanie z bolszewikami było ostateczne – teraz Spiridonowa zdecydowane była zrobić wszystko, aby obalić rząd Lenina.  3 lipca  oświadcza, że tylko „powstanie zbrojne może ocalić rewolucję”. Następnego dnia poleciła Jakowowi Blumkinowi, odpowiedzialnemu  za kontrwywiad na Łubiance, przejęcie władzy w Czeka.  
     
     
          6 lipca Blumkin wraz z drugim eserem czekistą, Nikołajem Andriejewem zabili niemieckiego posła Mirbacha. Jednocześnie  konny pułk czekistów pod wodzą esera Dmitrija Popowa opanował siedzibę WCzK na Łubiance, inne oddziały – ważne obiekty w mieście, w tym gmach Poczty Głównej. Eserzy aresztowali również Dzierżyńskiego.
     
     
           Maria Spiridonowa udała się do Teatru Wielkiego, gdzie obradował Zjazd Rad i ogłosiła obalenie rządu bolszewickiego.
     
     
          Leninowi udało się jednak obłaskawić Niemców. Jednocześnie polecił lojalnym jednostkom wojskowym otoczenie Teatru Wielkiego i aresztowanie przebywających tam eserów.
     
     
           Eserzy zamiast przejąć inicjatywę i zmusić Lenina do ucieczki, dali mu szansę na  podjęcie kontrakcji. Zastępca Dzieżyńskiego Jakow Peters polecił okupującym Łubiankę eserom przeprowadzenie obławy w celu zarekwirowania broni po drugiej stronie Moskwy. Pozostałych w budynku eserów ostrzelano z dział i zmuszając do kapitulacji. Oddział strzelców łotewskich pod dowództwem Jukumsa Vācietisa zdobył koszary Pokrowskie.
     
     
           W efekcie czego – 7 lipca bunt zostaje opanowany, a bolszewicy przystąpili do rozprawy z eserami. Kilkuset z nich zostało rozstrzelanych w Moskwie i Piotrogrodzie.  Lenin nie odważył się jednak zamordować Spiridonowej.
     
     
             Została osadzona w areszcie domowym na Kremlu, gdzie doczekała się swego procesu w listopadzie. Otrzymała roczny wyrok pozbawienia wolności, który miała odsiedzieć w więzieniu kremlowskim. Lecz ze względu na jej wyjątkowe zasługi wobec rewolucji została amnestionowana.
     
     
            Wolnością nie cieszyła się długo, w styczniu 1919 roku został ponownie aresztowana.  W więzieniu napisała otwarty list do przywódców bolszewickich, w którym podkreśliła, iż   „Szybko się okaże, że jesteście w rękach waszej czerezwyczajki, wy, niestety, już jesteście w jej rękach. Tam prowadzi wasza droga”.
     
     
            W więzieniu odnowiła jej się gruźlica, tak że musiano ją umieścić w szpitalu więziennym. Stamtąd w kwietniu 1919 roku współtowarzysze zorganizowali je ucieczkę. Pomógł strażnik sympatyzujący z eserami.
     
     
            W końcu 1920 roku została jednak schwytana i uznana za wariatkę.  Aby uwiarygodnić decyzję, specjalną pacjentką zajął się wybitny moskiewski psychiatra Piotr Gannuszkin w Precziteńskim Szpitalu Psychiatrycznym, z czasem przemienionym na Instytut Psychiatrii Sądowej imienia profesora W. P. Serbskiego, potocznie nazywanym „domem numer dwadzieścia trzy”. Profesor postawił diagnozę: „histeryczna psychoza, stan ciężki, zagrażający życiu”.  W ten sposób Maria Spiridonowa została pierwszym więźniem politycznym umieszczonym w psychuszce.
     
     
           By nie wzbudzać sensacji, umieszczono ją w szpitalu pod nazwiskiem Onufriewa. W listopadzie 1921 roku  po złożeniu pisemnej obietnicy, że zrezygnuje całkowicie z działalności politycznej zostaje zwolniona, z nakazem opuszczenia Moskwy.
     
     
            W tym czasie Lenin zadecydował o ostatecznej rozprawie z eserami, których kilka tysięcy osadzono w więzieniach. Jedenastu z nich skazano na karę śmierci, zamienioną później na karę więzienia.
     
     
           W 1923 roku Spiridonowa podjęła nieudaną ucieczkę zagranicę, w rezultacie czego została zesłana do Samarkandy, a potem Taszkientu.
     
     
              W tym czasie sympatyzujący z lewymi eserami Borys Pasternak napisał poematy Rok dziewięćset piąty i „Spektatorski”, w których  Spiridonową występowała jako „Joanną d’Arc” oraz „Marusia cichych rosyjskich prowincji”.
     
     
            W 1931 roku została ponownie aresztowana wraz z mężem i przyjaciółką Izmajłową i skazana na 5 lat zsyłki w Ufie.
     
     
             W czasie wielkiej czystki, w 1937 roku została po raz kolejny aresztowana wraz z mężem i oskarżona  przygotowywanie spisku przeciwko Klimientowi Woroszyłowi.  W styczniu 1938 roku Kolegium Wojenne Sądu Najwyższego ZSRS skazało ją na 25 lat więzienia, a jej męża, który przyznał się do winy, na 10 lat. Przewieziono ich do więzienia w Orle.
     
     
             Z początkiem września 1941 roku gdy armia niemiecka zbliżała się co miasta, postanowiono rozstrzelać większość więźniów. 11 września po odczytaniu jej decyzji o rozstrzelaniu, wywiezioną ją do lasu, gdzie została zamordowana. Podobnie postąpiono z jej mężem i przyjaciółką Aleksandrę Izmajłowicz.
     
     
            W 1990 roku Maria Spiridonow została zrehabilitowana jako ofiara stalinowskiego terroru.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    S. Frołow  - Bolszewicy i apostołowie
     
    R. Pipes  - Rosja bolszewików
     
    O. Figes -  Tragedia narodu. Rewolucja rosyjska 1891-1924
     
     
     
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie XIX wieku w Rosji narodził się kobiecy terroryzm. Jedną z najsłynniejszych z nich była Maria Spiridonowa.
     
     
          Nazywane nihilistkami, wstępowały w szeregi Narodnej Woli, by zostać terrorystkami. Pierwsze z nich to Katarzyna Breszko-Breszkowska, z czasem ochrzczona „babcią rewolucji”, Zofia Bardina, Wiera Figner czy Wiera Zasulicz. Ta ostatnia w styczniu 1878 roku raniła gubernatora Petersburga, Fiodora Trepowa, w jego własnym biurze.
     
     
          Jej sprawa sądowa wzbudziła powszechne zainteresowanie w całej Europie. Przebywający we Francji Iwan Turgieniew donosił, że „historia Zasulicz zaniepokoiła absolutnie całą Europę”. Po dwóch miesiącach rozprawy Zasulicz została uniewinniona.
     
     
          Ww. Turgieniew napisał w tym samym roku  wiersz „Próg”, w którym ukazuje wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie narażają się rosyjskie terrorystki:
    „– O ty, co pragniesz przestąpić ten próg, czy wiesz, co cię czeka?
    – Wiem – odpowiada dziewczyna.
    – Chłód, głód, nienawiść, drwina, pogarda, zniewaga, więzienie, choroba
    i wreszcie – śmierć.
    – Wiem.
    – Całkowite wyobcowanie, samotność.
    – Wiem. Jestem gotowa. Zniosę wszystkie cierpienia, wszystkie ciosy”.
     
     
          Na początku XX wieku narodowolki zastąpiły eserki – członkinie Partii Socjalistów-Rewolucjonistów, które bez mrugnięcia okiem chwytały za rewolwer i rzucały bombą. Jedną z nich była  Zinaida Konoplannikowa, która dokonała zamachu na komendanta Lejb-Gwardyjskiego Siemionowskiego Pułku, generała Gieorgija Miena, który w grudniu 1905 roku krwawo stłumił bolszewickie powstanie w Moskwie. Ona też jako pierwsza użyła określenia „czerwony terror”, którym lud miałby odpłacić samodzierżawiu za „terror biały”.  Została skazana na śmierć, a w jej ślady podążyły inne czerwone terrorystki.
     
     
         W historii najmocniej zapisała się jednak Maria Spiridonowa, nazwana z czasem „eserowską bogurodzicą” i „świętą terrorystką”.
     
     
          Maria Aleksandrowna Spiridonowa urodziła się w Tambowie dosyć zamożnej rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum planowała zostać nauczycielką.
     
     
          Po śmierci ojca zmuszona do podjęcia pracy, aby wspomóc finansowo matkę, została maszynistką. W pracy poznała dwóch braci – młodego adwokata Michaiła Wolskiego i starszego Władimira, który był relegowany z uniwersytetu kijowskiego za działalność rewolucyjną i zesłany do Tambowa.
     

         Bardzo szybko zakochała się w Władimirze, który opowiadał jej o rewolucjonistach, którzy poświęcli życie  walce z znienawidzonym samodzierżawiem. Pod wpływem swego ukochanego wstąpiła do partii eserów.
     
     
         W marcu 1905 roku wzięła udział w demonstracjach, aresztowana spędziła kilka miesięcy w więzieniu.  Po wyjściu na wolność podjęła się wykonania wyroku na radcy gubernatora Tambowa Gawriła Łużenowskiego, który krwawo rozprawił się z buntem tambowskich chłopów.
     
     
          Wyglądająca wciąż na młodziutką dziewczynę, choć dwudziestodwuletnia, specjalnie ubrała się niczym gimnazjalistka, by nie wzbudzać podejrzeń, dokonała w styczniu 1906 roku zamachu na Łużenowskiego na dworcu w Borisoglebsku. Ostatnią kulę przeznaczyła dla siebie, jednak wcześniej została obezwładniona przez żandarmów.
     
     
           Po przewiezieniu na posterunek została brutalnie pobita, a następnie przewieziona do Tambowska.  W liście do petersburskiej gazety „Ruś”  opisała swoją historię, dzięki czemu jej sprawa stała się głośna w całej Rosji.  Pisali o niej z uznaniem książę anarchista Piotr Kropotkin i Włodzimierz Lenin.
     
     
          „Tak, chciałam zabić” –  oświadczyła Marusia na procesie. A jej obrońca Nikołaj Teslenko zawołał: „Przed wami stoi nie tylko poniżona, zhańbiona i chora Spiridonowa, przed wami stoi chora i zhańbiona Rosja!”.
     
     
          Po dwumiesięcznej rozprawie sąd skazał ją na karę śmierci, jednak ze względu na wykrytą u oskarżonej gruźlicę zamieniony na dożywotnią katorgę w kolonii katorżniczej w zabajkalskim Nerczyńsku, miejscowości położonej niedaleko chińskiej granicy.
     
     
          Stała się bohaterką ludu, a ikona świętej terrorystki zajęła w wielu domach miejsce pomiędzy ikonami świętych prawosławnych.
     
     
         W trakcie pobytu na zesłaniu zaczęła cierpieć na zaburzenia nerwicowe,  po latach uznane przez bolszewików za „histeryczną psychozę”.
     
     
         Po rewolucji lutowej jeden z pierwszych dekretów nowego rządu wprowadzał amnestię dla wszystkich więźniów politycznych. Po uwolnieniu Spiridonowa pojechała do Czyty, gdzie zorganizowała eserski komitet rewolucyjny.
     
     
          W maju 1917 roku przyjechała do Piotrogrodu, gdzie przyłącza się do lewego skrzydła Partii Socjalistów-Rewolucjonistów, na którego czele stanęli Borys Kamkow i Mark Natanson. Byli oni przeciwni współpracy z  Rządem Tymczasowym, który uważali za burżuazyjny. Pragnęli natomiast ścisłego związku z Radami, którym chcieli oddać pełnię władzy w demokratycznej Rosji.
     
     
         W Petersburgu Spiridonowa rozpoczęła pracę w prasie lewych eserów - „Ziemli i Woli”, „Naszej Puti” i „Znamii Truda”.
     
     
          Dla swoich politycznych przyjaciół była prawie jak Joanna d’Arc, czyli kobieta w zbroi, dla drugich – jak dla Zinaidy Gippius związanej z  prawą frakcją eserów – „płciową psychopatką”, „kandydatką do żółtego domu” i „Marusią-otrułasią”.
     
     
         Na przełomie maja i czerwca 1917 roku podczas obrad III Zjazd partii, lewi eserzy wystąpili z deklaracją potępiającą „ugodową politykę KC”.  Latem natomiast zacieśniają współpracę z bolszewikami.
     
     
          Na II Zjeździe Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, który odbył się już po przewrocie bolszewickim,  Spiridonowa przemawiała w imieniu lewych eserów.  „Na trybunę weszła szczupła, - relacjonował John Reed - blada kobieta w okularach, z gładko przyczesanymi włosami, o wyglądzie nauczycielki szkolnej z Nowej Anglii. Była to najbardziej znana i najbardziej wpływowa kobieta w całej Rosji”.
     
     
          W swoim przemówieniu Maria dowodzi, że „przed rosyjskimi robotnikami otwierają się nowe, nieznane dotąd w historii horyzonty… Wszystkie ruchy robotnicze w przeszłości zostały pokonane, ale obecny ruch jest międzynarodowy i dlatego będzie niezwyciężony! Nie ma na świecie siły, która potrafiłaby ugasić ogień rewolucji! Stary świat rozpada się, nowy powstaje…”
     
     
          Jej słowa nie odpowiadają rzeczywistości, Bolszewicy, którzy dokonali zamachu, nie zamierzają się z nikim dzielić władzą. W odpowiedzi  mienszewicy oświadczają, że „spisek wojskowy został przygotowany i przeprowadzony przez partię bolszewicką w imieniu rad za plecami wszystkich innych partii i frakcji reprezentowanych w radach”.
     
     
          Lewi eserzy popierali jednak bolszewików, którzy ogłaszają dwa dekrety -  o pokoju i ziemi, które wypełniały najważniejsze cele lewych eserów.
     
     
           W Smolnym dochodzi do spotkania Lenina ze Spiridonową.  „Na jednej z ciemnoczerwonych sof siedzi Spiridonowa, - wspominała Krupska - a koło niej Iljicz i miękko, czyli namiętnie, o czymś ją tam przekonuje”.
     
     
    CDN
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    PiS niestety nie formułuje swych planów w sposób jasny co rodzi podejrzenie, że ich nie ma. Wynurzenia w reżimowej TV mówią o odstraszaniu. Czyli jak się Ruscy nie przestraszą to okaże się że to nie działa? PZL 37 Łoś miał być takim odstraszaczem. Flotylle ich miały swym istnieniem powstrzymać Niemców i Sovietów od inwazji. Okazało się jednak że Niemcy mają pięćdziesiąt razy więcej takich niż my i się nie boją. A Łosiom brakowało wyposażenia, zbiorników paliwa itp. Brakowało kolumn zaopatrzeniowych. Przez ten pryzmat patrzmy na modernizację naszej armii. Co będzie gdy okaże się że to się nie spina? Jeśli ograniczysz finansowanie o 50% to nie koniecznie dostaniesz połowę zaplanowanego efektu. Może tak być że zrobią śrubki a nie zrobią nakrętek i nie masz nic. Zakładanie że „skoro musimy 5% na zbrojenia to będzie” może być zawodne. Okaże się że nie ma z różnych przyczyn i co zrobisz? Nic nie zrobisz. II PiS wykrył moment w którym można zintensyfikować zbrojenia i go wykorzystuje. Wcześniej nie można było z uwagi na nastrój społeczny i postawę opozycji. Bredziła ona że zbrojenia nasze sprowokują Rosję i nie możemy. Raz twierdzą oni, że Kaczor się będzie mścił na Rosji za Smoleńsk i wywoła wojnę a zaraz potem wywodzą że Kaczor jest agentem Putina. Normalni nie są jak widać. A co będzie jak Putin im obieca że obali Kaczora? W każdym razie nie dało się zrobić nic więcej niż zrobili. Pojmijcie że utrzymanie niepodległości wymaga ofiar i nakładów. I tu totalni akurat są przeciw. W każdym razie korzystając z okazji pozbyliśmy się przestarzałych maszyn T 72. Mam nadzieję że PT 91 Twardy też poszedł na Ukrainę. Ukraińcy nie dostają ich za darmo bo płacą zniszczonymi ruskimi tankami, umocnieniami i siłą żywą. Kto jeszcze widzi koniec współpracy wojskowej z Izraelem? Jest to jakiś krok polityczno-realny. Nie będą mieli pieniędzy od nas bo są postrzegani jako kraj polonofobiczny. Co na to Republikanie w USA? W każdym bądź razie słuszne są spostrzeżenia takie, że współpraca z Koreą Południową przy podwoziu do Kraba wypadła świetnie. Nie mamy też żadnych punktów spornych z Koreańczykami. Dodatkowo jeśli dojdzie do zadymy tam – w rejonie Pacyfiku to będą mogli dostawać od nas uzbrojenie i części zamienne. Pojawia się jednak pytanie: czy będziemy mogli eksportować czołgi K2/K2PL, bewupy i haubice na Ukrainę? Ukraina będzie potrzebować nowoczesnego sprzętu. Kaska na to by była z Lend Lease amerykańskiego np. Unia Europejska może zapłacić też. III W reakcji na kwękanie kwękaczy przedstawiam moje domysły: Produkcja Kraba będzie szła na pełnych obrotach, podobnie Bojowego Wozu Piechoty Borsuk. Dodatkowo z Korei dostaniemy na szybko czołgi K2. Oczywiście pewna ich ilość będzie mogła przejść testy w warunkach bojowych w rejonie Siewierodoniecka co nie? Produkcja czołgów K2 zostanie przeniesiona do nas i nasz przemysł będzie pracował na pełnych obrotach cały czas, produkując co się da. Dostaniemy też haubice K9, które docelowo będą produkowane u nas. https://youtu.be/i1_hDfPc9t8 I tu mamy kwestie ilościowe, które mało kto ogarnia. Nie wieże zbytnio w 6 dywizji ale potrzeby są ogromne. Będziemy mieli miejsce i na nasze Borsuki i na koreańskie BWPy, które nie mają chyba zdolności pływania ale mają za to pancerz? W dziedzinie czołgów ok 250 Leopardów zostanie wsparte przez 250 Abramsów nowych i 116 używanych, które dostaniemy za darmo. Płacimy tylko za koszty rozkonserwowania i przeglądu. Dodatkowo K2 mają docierać od końca tego roku. Przypominam że 2 brygady amerykańskich Abramsów są u nas do czasu. Jest miejsce na 500 K2/K2 PL – osiągnięcie liczby ok 1000 czołgów w linii jest całkiem realne i pożądane. W artylerii Kraby w miarę pojawiania się K9 będą szły na Ukrainę a u nas zostaną K9/K9PL. Potrzebujemy tego tyle że produkcja potrwa wiele lat. Nie wiemy jednak dokładnie jakie są zdolności produkcyjne naszego przemysłu? I ile różnych typów uzbrojenia możemy na raz produkować? IV PiS i jego funkcjonariusze militarni działają kupując z wolnej ręki, bez przetargów. Nie mając siły na zdeptanie układów próbują je obchodzić w ten sposób. Nie ma bowiem możliwości przeprowadzenia postępowania przetargowego bo grupy lobbystyczne blokują się nawzajem. Ustawianie przetargów na totalnego bezczela to nasza specyfika i gdzie indziej nie przechodzi. PiS reaguje tu podobnie jak tworząc WOT, które obchodzi dowództwo Wojsk Lądowych. Mam tu postulaty takie, żeby najpierw wyposażyć te jednostki które są i to tak na 100% wartości bojowej a dopiero potem tworzyć nowe. PiS obawiam się jednak rozgrzebie wszystko i nic nie dokończy. Postuluje pilne dorobienie wozów wsparcia do Rosomaków. Zdajcie sobie jednak sprawę z konieczności nadrobienia 30-letnich zaniedbań. I to się trzeba sprężać. Dodatkowo trzeba uwzględniać wymagania misyjne. Są one mordercze w sensie niszczące. Konieczność uwzględnienia transportu lotniczego ogranicza rozmiar i masę pojazdów bojowych, przez co są one niedostatecznie opancerzone np. V A teraz rozważania realne: czego potrzebujemy dla ukompletowania dwóch dywizji? Może zacznijmy od dwóch? To realny postulat. Przypadkowo zbieżny z wywodem dr Bartosiaka, który zakładał jednak wydatki na poziomie 2% PKB a nie 5%. Przy 5 to jest inna rozmowa. Raczej nie dźwigniemy modernizacji połączonej z rozbudową. Koszty grochówki nas wykończą. A na koniec materiały pisoskie: https://twitter.com/wPolityce_pl/status/1550492178077700096 https://wpolityce.pl/polityka/607702-pplk-platek-fa-50-pl-niewiele-bedzi... Tu jest ryzyko lotnicze: albo się FA 50 uda i będzie super albo się nie uda i będzie dziadoski. Jestem za bo wierzę że doprowadzą projekt do końca z fajoskim wyposażeniem.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Zdarzyło się tak, że do miasta miał przyjechać Karosław-Jaczyński. Na spotkanie ze swoimi zwolennikami. Mówiąc w skrócie: Karosław-Jaczyński nie był lubiany w mieście. Mieszkańcy z jednej strony chętnie sięgali po pieniądze wypłacane przez jego rząd, ale z drugiej strony - bardzo chcieli, aby ten rząd się skończył.
    Wszystkie lokale w mieście po kolei odmawiały gościny Karosławowi-Jaczyńskiemu i jego partii, aż wreszcie  znalazł się jeden odważny i salę wynajął. Zwolennicy opozycji nawoływali się przez internet jednocześnie do bojkotu lokalu i do uczestnictwa w spotkaniu.
    Lokal znajdował się na osiedlu, na którym mieszkali Hiobowscy.
    Tego dnia, po południu, Łukaszek wraz ze swoimi kolegami, Grubym Maćkiem i okularnikiem z trzeciej ławki na murku koło śmietnika. Wszyscy narzekali, że są nudy.
    - Ech, zrobiłoby się jakiś porządny troling - westchnął Gruby Maciek.
    - O, idą ludzie z opozycji z transparentami, pewno będą coś pikietować - zauważył okularnik.
    - Przecież tu jest ta sala, na której ma przemawiać Karosław-Jaczyński - uświadomił ich Łukaszek.
    - Możemy ich strolować - rzucił okularnik.
    - No proszę cię, ich? - zadudnił Gruby Maciek. - Przecież ci z opozycji to są Słabi Pojedynczo. Mówiliśmy o porządnym. Ich tak łatwo zrobić jak tobie odebrać okulary.
    - Ruszasz się jak mucha w smole, grubasie - roześmiał się okularnik. - No, spróbuj!
    Gruby Maciek spróbował no i się pobili.
    - Ej, chłopaki, dajcie spokój - rozdzielił ich Łukaszek. - Zobaczcie, przyjechała telwizja. I zagraniczni turyści się tu kręcą. Można by faktycznie coś wymyślić. Idziemy.
    I poszli.
    Grupa miłośników opozycji falowała gniewnie pod budynkiem, do którego wstępu broniła policja. tłum był niezadowolony, że nie może wejść.
    - Dlaczego? - zapytał Gruby Maciek jakąś agresywną pulchną panią w długich rudych włosach, która skandowała na zmianę dwa słowa: "wypier" i "dalaj".
    - Bo Karosław się boi swojego suwerena! Naród się budzi! - zakrzyknęła gromko pani. - A policja nie wpuszcza, bo ma zakaz.
    - Ale widzi pani, ludzie tam wchodzą jednak na to spotkanie. O, tam. I tam też.
    - Rzeczywiście - zasępiła się pani.
    - Powiem pani jak się dostać do środka - Gruby Maciek zniżył głoś. - Trzeba znać hasło.
    - Hasło?
    - Tak. Takie tajne hasło.
    - I ty je znasz?
    - Znam. Byłem już w środku dwa razy.Powiem pani, bo co mi tam, niech pani też sobie wejdzie. Hasło jest bardzo trudne i składa się z rzadko dziś używanych słów.
    - I jak on brzmi? - zapytała zaciekawiona pani.
    - Dzień dobry - szepnął jej Gruby Maciek.
    - Faktycznie... Rzadko używane - zastanowiła się pani. - Dziękuję ci chłopcze, idę je wypróbować
    I pani energicznym krokiem podeszła do funkcjonariuszy, którzy wyglądali na zmęczonych.
    - Dzień dobry - powiedziała do jednego z nich.
    - Dzień dobry - odpowiedział i rozchmurzył się nieco.
    - Przepuści mnie pan?
    - Nie.
    - Dlaczego?
    - Wejście tylko dla zapisanych na listę.
    - Ale podałam hasło.
    - Jakie hasło?
    - Dzień dobry.
    - Dzień dobry - odpowiedział grzecznie policjant.
    - Niech pani mi nie odpowiada, tylko przepuści! - wyła pani. - To jest hasło!
    - Jakie hasło?
    - Dzień dobry!!!
    - Dzień dobry...
    Chłopcy na wszelki wypadek zmienili miejsce.
    - Nieźle, nieźle - Łukaszek poklepał Grubego Maćka po plecach. - Ładnie ich zapętliłeś.
    - Phi! Patrzcie na mistrza - wydął dumnie pierś okularnik i pomaszerował prosto na ekipę telewizyjną.
    - Ten to ma parcie na szkło jak lewicowa aktywistka na zrzutkę - mruknął Gruby Maciek.
    Reporter akurat zachłystując się powietrzem opowiadał jak to Karosław-Jaczyńskim jest dyktatorem niszczącym wolne media i że trzeba jakoś ukarać właściciela sali, za to, że wynajmując ją dyktatorowi na spotkanie szerzy nazizm.
    - Trudno podać jakimi motywami kierował się właściciel sali, bo nie chciał z nami rozmawiać - mówił do kamery dziennikarz, kiedy w kadr wszedł śmiało okularnik.
    - Ja mogę panu na to odpowiedzieć - rzekł okularnik.
    - Ty???
    - Właściciel sali to mój tata.
    - Naprawdę? - nie mógł uwierzyć reporter. - On jest dość stary...
    - Jestem z in vitro - skłamał okularnik bez mrugnięcia okiem.
    - Nie obraź się chłopcze, ale ja rozmawiałem z właścicielem sali i jakby to powiedzieć, nie jesteś do niego zbyt podobny...
    - Lekarz kichnął do probówki - wciął się Gruby Maciek. - Podczas tego in vitro. No i się zmieszało.
    - A - rzekł uspokojony reporter i kontynuował wejście na żywo, a okularnik rzucił Grubemu Maćkowi wściekłe spojrzenie ale nie mógł za wiele zrobić.
    - Powiedz mi chłopcze - kontynuował dziennikarz zadowolony, że zdobył materiał dnia - jak to się stało, że twój tata wynajął salę takiemu człowiekowi?
    - To tradycja proszę pana - okularnik jasne spojrzenie wbił wprost w kamerę. - Nasza rodzina już wiele lat temu nie poddawała się presji otoczenia robiąc to co uważała za słuszne i zachowując się jak trzeba!
    - Jak trzeba? - powtórzył skołowany reporter. - A konkretnie co robiła twoja rodzina?
    - Ukrywała Żydów za niemieckiej okupacji!
    Reporter o mało zawału nie dostał, kamerzysta przytomnie szybko wyłączył sprzęt, a chłopcy przezornie ulotnili się gdzieś dalej.
    - Czujecie to? Poszło na cały kraj!- puszył się okularnik.
    - No nieźle, nieźle, przebiłeś Maćka - stwierdził Łukaszek.
    - Zobaczymy czy ty przebijesz - rzucił zaczepnie Gruby Maciek.
    - Dajcie mi chwilę pomyśleć - odezwał się Łukaszek i jak na złość zaczepił ich ktoś. Był to jakiś młody facet mówiący po angielsku. Turysta z Włoch. Bardzo mu się w Polsce podobało, ale trochę się wystraszył widząc co się tutaj dzieje i pytał czy wszystko jest w porządku. Rzeczywiście, agresywny tłum miłośników opozycji napierał na policję. Manifestanci głośno przez megafon wulgarnie życzyli Karosławowi-Jaczyńskiemu gwałtownej śmierci.
    - Ale wstyd - mruknął
    Łukaszek spojrzał na koszulkę turysty, na której widniało logo znanego serwisu VOD pod nazwę Gayflix. I wtedy wpadł na pomysł.
    - Cisza! Bardzo proszę państwa o ciszę - zaczął wołać.
    - Ale o co chodzi chłopcze? - ludzie przestawali skandować wulgaryzmy i odwracali się do tyłu.
    - Ten pan jest znanym reżyserem filmowym z Włoch! - Łukaszek wskazał turystę, który zaczął kiwać głową i się uśmiechać. - Przyjechał do Polski nakręcić film!
    - O, super! A jaki? - zaczęli pytać manifestanci.
    - O Jezusie. Jak umarł. Pasja.
    - E... Klerykalny - opozycja była rozczarowana.
    - Ale to nie będzie taki film jak Mela Gibsona! - zamachał rękami Łukaszek. - Będzie nowoczesny! To przecież będzie na Gayfliksie! Będzie o molestowaniu ministrantów i LGBT! Barabasza zagra Afroamerykanin! A Jezus będzie Żydem!
    Manifestanci się ucieszyli, a jeden zapytał dlaczego Włoch kręci taki fajny film akurat w tym kraju, pełnym katolickiego ciemnogrodu.
    - Na złość Karosławowi-Jaczyńskiemu - rzekł Łukaszek z mocą.
    I ludzi to przekonało. Wszyscy zaczęli klepać i ściskać turystę z Włoch, który nic z tego nei rozumiał ale też się cieszył.
    - On widzi państwa w jednej scenie z tego filmu opowiadał Łukaszek rozanielonym manifestantom. - Widział wasze zaangażowanie, błysk w oku i chciałby odtworzyć tą dzisiejszą scenę w swoim filmie. Tak samo będzie stać, tak samo będziecie machać pięściami, tylko co innego będziecie krzyczeć.
    - A co? - spytali zaciekawieni manifestanci.
    - "Ukrzyżuj! Ukrzyżuj go!".
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Dopiero kanclerz Willy Brandt doprowadził do przełomu w relacjach polsko-niemieckich.
     
     
           Przełomem w relacjach Kościołów polskiego i niemieckiego było wystosowanie przez biskupów polskich do biskupów niemieckich słynnego orędzia w listopadzie 1965 roku, poprzedzone pojednawczymi gestami ze strony niemieckich ewangelików.
     
     
          Orędzie biskupów, zainicjowane przez arcybiskupa wrocławskiego Bolesława Kominka za zgodą prymasa Stefana Wyszyńskiego, zarówno przypominało historię Polski i Kościoła polskiego, jak i zwracało uwagę na cierpienia Niemców (szczególnie wiernych chrześcijan) pod rządami Hitlera oraz w wyniku wojny i zmiany granic. Biskupi wzywali Niemców do pojednania oraz zapraszali ich na uroczystości Millenium. Orędzie kończył słynny zwrot: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”.
     
     
          List biskupów wywołał oburzenie władzy komunistycznej przede wszystkim z powodu odejścia od schematu Niemca-wroga oraz złamania monopolu władzy na kreowanie stosunków z RFN.
     
     
           W obliczu fiaska uzbrojenia Niemiec Zachodnich w broń jądrową kanclerz Erhard wystąpił 25 marca 1966 roku do wszystkich państw świata z notą pokojową, w której zadeklarował nawiązanie dobrych stosunków z państwami Układu Warszawskiego przy zastrzeżeniu, że rząd RFN nie uzna powojennej zmiany granic.
     
     
          Państwa bloku socjalistycznego odrzuciły notę ze względu na występujące w niej akcenty rewizjonistyczne.
     
     
           Porażka CDU/CSU w wyborach 1966 roku i utworzenie rządu wielkiej koalicji z SPD pod przewodnictwem Kurta Georga Kiesingera zainicjowało lekkie rozluźnienie w doktrynie Hallsteina. Zaowocowało ono nawiązaniem stosunków z Rumunią i rozpoczęciem rozmów z Węgrami i Bułgarią.
     
     
          W 1967 roku konferencja partii komunistycznych w Karlovych Varach podjęła decyzję o nienawiązywaniu stosunków z RFN do momentu uznania przez nią istnienia NRD i obecnych granic.
     
     
           Zasadnicza zmiana nastąpiła wraz z objęciem stanowiska kanclerza przez Willy’ego Brandta i jego Ostpolitik – otwarcia się na kraje Europy Wschodniej. Jeszcze latem 1970 roku Brandt podpisał traktat ze Związkiem Sowieckim, który torował drogę do porozumienia z Polską.
     

          O skali przełomu świadczyć może wypowiedź prominentnego działacza PZPR Jana Szydlaka, zanotowana przez Mieczysława F. Rakowskiego kilka miesięcy przed podpisaniem porozumienia z RFN: „Przez dwadzieścia lat integrowaliśmy naród strachem przed Niemcami. Starszym wyciskaliśmy łzy z oczu, część młodszych też mieliśmy po swojej stronie, a co teraz? Teraz karta niemiecka jest zgrana, nie można jej używać. Czym teraz będziemy integrować naród? Zmieniały się realia polityczne, a dla kolejnych młodych pokoleń przypominanie o „rewanżystach z Bonn” i straszenie trzecią wojną światową stawało się coraz mniej czytelne”.
     
     
           6 grudnia 1970 roku na warszawskim lotnisku wylądował samolot z kanclerzem Niemiec.  Orkiestra zagrała hymn Niemiec. Słowa były już inne, ale melodia ta sama: Deutschland, Deutschland über alles. Ostatnio hymn ten odgrywano w Warszawie podczas okupacji niemieckiej.
     
     
          Po zakończeniu ceremonii powitania, kolumna samochodów przejechała przez „szare grudniowe ulice”. Jak zauważył Stefan Kisielewski: „dzieci szkolnych do witania Brantda nie zebrano”.
     

          Podczas kolacji na cześć gości wydana w Hotelu Europejskim Gomułka z Brandtem znaleźli wspólny język. „To nie to, co w Moskwie, gdzie gospodarze karmili kanclerza dużą porcją frazesów” – komentowali ze zdumieniem, ale i zachwytem ludzie z otoczenia Brandta.
     

          Następnego dnia w Pałacu Namiestnikowskim (dziś Pałacu Prezydenckim) kanclerz Brandt oraz peerelowski premier Cyrankiewicz podpisali polsko-niemiecki traktat graniczny. „To jest mój sukces, to jest wasz sukces, wszystkich, którzy współdziałali” – mówił Gomułka. Tego historycznego dnia „odwieczny wróg przestał nim być” – jak zapisał Rakowski w swych Dziennikach.
     

         Najważniejszy, pierwszy, artykuł traktatu stwierdzał: „Republika Federalna Niemiec i Polska Rzeczpospolita Ludowa zgodnie stwierdzają, że istniejąca linia graniczna, której przebieg został ustalony w rozdziale IX postanowień Konferencji Poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 roku od Morza Bałtyckiego bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i stąd wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka, oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy z Czechosłowacją, stanowi zachodnią granicę państwową Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”.
     

         Traktat otwierał drogę do współpracy gospodarczej i kulturalnej. Choć już kilka tygodni wcześniej zawarto korzystne dla PRL porozumienie w sferze gospodarki. Wszyscy mogli być zadowoleni – otwierała się, jak powszechnie sądzono, nowa era.
     

          Stefan Kisielewski zanotował  swoich Dziennikach: „To jednak nie byle co! (…) Wolałbym co prawda, żeby uznanie granic podpisywał nam jakiś niemiecki polityk prawicowy i żeby ze strony polskiej nie występowali komuniści. No ale bądź co bądź Cyrankiewicz, więzień Oświęcimia – to także brzmi nieźle, choć taki z niego filut”.
     

         Tego dnia kanclerz Willy Brandt udał się pod pomnik Bohaterów Getta, gdzie klękając, oddał hołd ofiarom hitlerowskich Niemiec. Niestety nie było wtedy w Warszawie pomnika Powstania Warszawskiego. Tym niemniej gest Brantda był ważnym punktem starań o pokonanie traumy II wojny światowej oraz próbę przełamania bariery, jaka oddzielała Europę Zachodnią od Wschodniej.
     

          Dla Gomułki podpisanie traktatu z odwiecznym wrogiem było szczytem politycznej kariery. W dwa tygodnie później – w następstwie zamordowania na Wybrzeżu kilkudziesięciu strajkujących robotników – pożegnał z funkcją I sekretarza KC PZPR.
     

         Tymczasem w Niemczech zaczęły się kłopoty z ratyfikacją traktatu. Opozycyjna CDU nie kryła swej dezaprobaty dla wschodniej polityki Brandta. Grupa posłów CDU zaskarżyła traktat do Sądu Konstytucyjnego. Wedle konstytucji RFN obowiązywały wciąż granice sprzed wojny (dokładnie z 1937 roku, czyli przed aneksją Austrii i rozbiorem Czechosłowacji).
     

         Ostatecznie jednak sędziowie z Karlsruhe, zapewne świadomi znaczenia traktatu, naginając zapisy ustawy zasadniczej, odrzucili wniosek opozycji, a Bundestag ratyfikował traktat w maju 1972 roku – półtora roku po podpisaniu go w Warszawie. „Za” głosowało 248 deputowanych, aż 238 się wstrzymało, a 10 było jawnie przeciw.  Jednocześnie, Bundestag przyjął wówczas uchwałę, że traktaty zawarte przez RFN nie będą stanowić podstawę dla przyszłego traktatu pokojowego.
     

          Kwestia polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej znalazła swe zakończenie dopiero w 1990 roku, gdy zjednoczone Niemcy ją uznały – nie bez nacisków ze strony Waszyngtonu, Paryża i Londynu.
     

         Sprawa granicy polsko-niemieckiej wiązała się z kwestią Niemiec. Postępujący szybko proces jednoczenia i negocjacje w formacie 2+4 miały doprowadzić do powstania Niemiec suwerennych, pozbawionych jakichkolwiek obciążeń z tytułu odpowiedzialności czterech mocarstw.
    Dla Polski liczyło, żeby w trakcie realizacji „uregulowania pokojowego” uzyskać ostateczne potwierdzenie istniejącej granicy i w ten sposób zamknąć na zawsze zastrzeżenia prawne ze strony Republiki Federalnej.
     

         Kanclerz Kohl, który początkowo próbował łączyć sprawę potwierdzenia granicy z kwestią rezygnacji z roszczeń reparacyjnych przez stronę polską oraz dodatkowej gwarancji dla praw mniejszości niemieckiej w Polsce, zaproponował w końcu rozwiązanie (wsparte rezolucją Bundestagu z 8 marca) polegające na zadeklarowaniu przez parlamenty obu państw niemieckich, iż nienaruszalność zachodniej granicy Polski zostanie potwierdzona przez zjednoczone Niemcy (a nie legalnośćistniejącej granicy).
     

         Ewolucja stanowiska kanclerza następowała pod wpływem poparcia dla polskiego stanowiska ze strony Francji i Wielkiej Brytanii oraz sugestii ze strony prezydenta USA George’a Busha, zalecającego kanclerzowi „wyjaśnienie” sprawy granicy przed zjednoczeniem.
     

          W czasie spotkania z premierem Mazowieckim we Frankfurcie n. Odrą 8 listopada Kohl zgodził się na podpisanie traktatu granicznego. Doszło do tego 14 listopada 1990 roku w Warszawie.
     

          W traktacie odwołano się do poprzednich porozumień: układu między NRD a Polską z 26 lipca 1950 roku oraz układu miedzy PRL a RFN z  7 grudnia 1970 roku. Jednak brak odwołania do umowy poczdamskiej było ustępstwem strony polskiej wobec Niemiec. Wymienienie umowy poczdamskiej oznaczałoby zdezawuowanie zachodnioniemieckiej doktryny prawnej.
     

         Polska zrezygnowała też podnoszenia sprawy mniejszości polskiej w Niemczech, natomiast Niemcy zagwarantowali swojej mniejszości w Polsce nie tylko specjalny status ale prawo do mandatu w Sejmie.
     

         Rozpoczął się okres traktowania Polski przez Niemcy jako „młodszego partnera”.
     
     
    Wybrana literatura:
     

    T. Leszkowicz – Oblicza propagandy PRL

    A. Brzeziecki – Traktat PRL-RFN. Jak w 1970 roku usiłowano „znormalizować” stosunki polsko-niemieckie?
    Polacy wobec Niemców. Z dziejów kultury politycznej Polski 1945–1989

    E. Cziomer -  Historia Niemiec współczesnych 1945–2005
    F. Rakowski – Dzienniki polityczne
    S. Kisielewski - Dzienniki
    5
    5 (1)

    2 Comments

  •  |  Written by alchymista  |  0

    Apoteoza mężczyzn. Satyra na kobiety. Książka Esther Vilar pt. Tresowany mężczyzna obrosła już patyną, jednak nadal szokuje trafnością niektórych diagnoz.

    Od pierwszego wydania minęło ponad 50 lat, zatem wiele tez autorki musiało się zestarzeć, a w wielu kwestiach pisze po prostu nieprawdę, jednakże ogólny wydźwięk książki nadal jest szokujący. Przywykliśmy uważać kobiety za płeć jednak słabszą. Kobiety tak czy owak, w ten czy inny sposób, zawsze były krzywdzone przez mężczyzn. To one cierpiały najwięcej podczas wojen, to one padały ofiarą gwałtów, one wreszcie nie były dopuszczane do tych wszystkich rozkosznych zajęć, którymi przez tysiące lat zajmowali się mężczyźni.

    Jednakże – jak twierdzi Vilar – kobieta z własnej woli, winy i wyboru prowadzi egzystencję zwierzęcą, niższego rzędu. Rodzimy się równi pod względem zdolności intelektualnych – twierdzi – ale kobieta „decyduje się na dobre samopoczucie fizyczne, gniazdowanie i sposobność nieskrępowanej realizacji swoich potrzeb rodzenia i wychowywania”. Kobiety „nie korzystają ze swoich zdolności umysłowych, zatem świadomie je niweczą. Po kilku latach sporadycznego treningu umysłowego dochodzą do etapu wtórnej, nieodwracalnej głupoty”.

    Brzmi komicznie. Zupełnie jak tezy wygłoszone w jakimś kółku męskich szowinistów. Rzecz w tym jednak, że żaden mężczyzna nie odważy się na tak radykalne, kompleksowe i szczegółowe oskarżenie wobec płci przeciwnej. Czytając książkę Vilar przeciętny facet będzie ze zdumieniem odkrywał swoje własne myśli, snute jednak pokątnie, nieuporządkowane i odrzucane jako zbyt pesymistyczne. A nade wszystko nigdy nie zdoła sformułować tego z taką zajadłą nienawiścią, z jaką robi to pani Esther. Żaden normalny, zdrowy mężczyzna nie potrafi nienawidzić kobiety!

    Rzecz jasna, gdy dziewczyny się biją, chłopaki mają niezłą uciechę. Sami tego robić nie mogą, nawet kwiatkami. A tu proszę – są jeszcze kobiety, które potrafią samokrytycznie spojrzeć na kondycję własnej płci!

    Kobiety zatem – twierdzi znów autorka – najpóźniej do dwunastego roku życia decydują się na „karierę prostytutki”. Kobieta planuje dla siebie przyszłość, w której wybierze mężczyznę, by ten mógł na nią pracować. I oczywiście, ta teza w roku 2022 trąci cokolwiek myszką, bo przecież większość kobiet już dawno pracuje i nie wyobraża sobie życia bez pracy. Vilar twierdzi jednak, że to tylko wzmacnia pozycję kobiety w relacji z mężczyzną. Pomińmy tu większość najsmaczniejszych kąsków książki i przejdźmy od razu do rozdziału pt. Kobieta wyemancypowana. Pani Esther opisuje w nim kobiety pracujące, które są na tyle ładne, że praca nie jest dla nich przymusem starej panny – jest wyborem. Takich kobiet w XXI wieku mamy coraz więcej. Są ładne, zaradne, dochodzą do wysokich stanowisk. Ich mężowie nie są jednak zbyt szczęśliwi. Po pierwsze mają kompleks niższości i rozpaczliwie próbują być lepsi, niż ich żony. Zatem konkurują z kobietą, z którą powinni współdziałać. Wyemancypowana kobieta nie jest więc ulgą dla męża, ale wyzwaniem. „Wyzyskuje go jeszcze bardziej niż inne. Im wyżej zajdzie, tym bardziej bezwzględnie go popędza… Jeśli on nie ma wysokiej pozycji, to każda jej podwyżka jest dla niego traumą, każda oznaka zawodowego uznania dla niej potrafi wpędzić go w stan paniki. On żyje w nieustannym lęku, że pewnego dnia zostanie przez nią wyprzedzony, a do tego przeżywa dręczącą zazdrość o nieznanych mu mężczyzn, których ona codziennie spotyka. Czuje się zbyteczny i cała jego egzystencja wydaje mu się pozbawiona sensu, ponieważ uważa, że ona go już nie potrzebuje”. Widzimy zatem, że książka ta nie zestarzała się aż tak bardzo, nawet jeśli Vilar w większości opisuje minioną epokę. Rozpowszechnienie się tzw. wyemancypowanych kobiet prowadzi zresztą do tego, że większość młodych mężczyzn z coraz większym strachem myśli o małżeństwie jako instytucji, która ich będzie najzwyczajniej niszczyć.

    Mogę to chyba powiedzieć bez narażenia się na zarzut uogólnienia, że przeciętny młody mężczyzna, o ile nie odczuwa silnego nacisku społecznego na posiadanie dzieci – a wiemy, że ten nacisk słabnie między innymi na skutek laicyzacji – unika większości typów kobiecych dostępnych na matrymonialnym „rynku”. Cichym marzeniem większości mężczyzn są kobiety miłe, łagodne i uległe, wypisz-wymaluj ładne i skromne dziewczyny z Białorusi, Ukrainy, czy Trzeciego Świata, które będą szczęśliwe z powodu wody bieżącej, lodówki i pralki, a nie nienasycone harpie, które żądają wciąż więcej i więcej. Jeśli Autorka ma jakiś żal do mężczyzn, to tylko taki, że dopuścili do rozwydrzenia kobiet, że dali się wytresować przez własne matki. Chociaż tak tego nie nazywa, jednak z jej książki wynika, że ustrojem społecznym Stanów Zjednoczonych jest matriarchat. To zaś jakoś tłumaczy fakt, że Polacy tak bardzo Amerykę kochają – w końcu sami, od wieków, stawiają kobiecość na piedestał.

    Miałem nie ujawniać najsmaczniejszych kąsków tej oskarżycielskiej mowy przeciw płci pięknej, ale jeden jednak muszę ujawnić. Otóż Pani Esther stwierdza, że kobiety bezwzględnie wykorzystują duchownych, aby tresować własnych mężów i synów. Od dawna sądzę, że chrześcijaństwo – przynajmniej w naszym polskim wydaniu – jest religią kobiet, zarządzaną przez niektórych mężczyzn. Wystarczy jednak spojrzeć na ołtarz i uświadomić sobie, że na krzyżu wisi mężczyzna, by zrozumieć, że większość mężczyzn instynktownie tej religii unika. Fakt, że Chrystus umarł na krzyżu, a Mahomet umarł śmiercią naturalną jest tu bardzo znaczący. To tłumaczy, dlaczego z reguły więcej kobiet praktykuje chrześcijaństwo, niż mężczyzn.

    Książkę powinien przeczytać każdy, czy to lewak, czy to prawak. Z pewnym jednak istotnym zastrzeżeniem. Istotną cechą lewicy i lewicowości jest poszukiwanie grupy pokrzywdzonej, klasy, płci, rasy – wyzyskiwanej. Lewicowiec podobnie jak socjolog próbuje zdemaskować istniejący system społeczny. Jednakże w przeciwieństwie do socjologa lewicowiec również próbuje wskazać winowajców. Jeśli jest nieuczciwy, to zaproponuje kolejną rewolucję społeczną, która niczego na lepsze nie zmieni, a na ogół pogorszy. Jeśli jest uczciwy – jak pani Esther – wpadnie w nieodwracalny pesymizm.

    Vilar stwierdza w zakończeniu, że „Tylko kobieta mogłaby przerwać to błędne koło manipulacji i eksploatacji mężczyzn, ale tego nie zrobi, bo nie ma żadnego racjonalnego powodu. Nie ma co liczyć na jej uczucia, bo jest zatwardziała i nie zna litości”. I tu trzeba zaprotestować. Nawet jeśli Autorka pisze to pół-żartem, pół-serio, to przecież każdy z nas zna kobiety, którym może zaufać. Bardzo często są to nasze wybranki, które pozwalają nam zapomnieć o tych wszystkich złych curvach, które znaliśmy przed nimi. Wartościowe jest więc w pracy Vilar to, że przypomina nam o tym, że świat nie jest aż tak piękny, jak się nam wydaje. Że obok kobiet dobrych, współczujących, łaskawych, wyrozumiałych – roi się też od kobiet złych, narcystycznych egoistek, chciwych i skrajnie nietolerancyjnych. Karą dla tych ostatnich będzie brzydka starość, odbijająca się w oczach wszystkich tych mężczyzn, których na swej drodze skrzywdziły.

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Podnoszenie przez władze komunistyczne w Polsce zagrożenia niemieckiego miało na celu pozyskanie poparcia społecznego.
     
     
        Po 1956 roku pojawiały się nieśmiałe oznaki rozluźnienia w stosunkach polsko-niemieckich. Jednak niechętna postawa Władysława Gomułki oraz trzymanie się przez Konrada Adenauera  założeń tzw. doktryny Hallsteina (nieutrzymywanie stosunków dyplomatycznych z krajami bloku socjalistycznego z wyjątkiem ZSRS) nie pozwoliły na faktyczną poprawę sytuacji.
     
     
          W czasie wizyty w Moskwie w październiku 1958 roku Gomułka stwierdził: „Rząd Niemieckiej Republiki Federalnej zdobył palmę pierwszeństwa w torpedowaniu wszystkich pokojowych inicjatyw”. Rozpoczął się okres największego napięcia na linii Warszawa–Bonn.
     
     
          W 1958 roku Bundestag przyjął uchwałę dopuszczającą możliwość posiadania przez Niemcy Zachodnie taktycznej broni atomowej. Rząd Adenauera (a od 1963 roku Ludwiga Erharda) podjął starania o włączenie RFN w obręb wielostronnych sił jądrowych NATO.
     
     
         Jednocześnie Polska Ludowa wysunęła – uzgodniony z Moskwą - propagandowy projekt utworzenia strefy bezatomowej w Polsce, Czechosłowacji i obydwu państwach niemieckich, którzy przyjął nazwę tzw. planu Rapackiego (od nazwiska ówczesnego szefa peerelowskiej dyplomacji).
     
     
          Od 1959 roku kraje demokracji ludowej zaangażowane były też w promowanie idei traktatu pokojowego z obydwoma państwami niemieckimi, którego projekt przygotowano w ZSRR. Intensywna kampania na rzecz tego pomysłu trwała do 1963 roku, z okresem szczególnego natężenia w związku z drugim kryzysem berlińskim (budowa muru dzielącego Berlin - sierpień 1961 roku).
     
     
          Wydarzenia te stały się podstawą do powrotu w PRL gwałtownej propagandy antyniemieckiej. Do obiegu weszły lub wróciły pojęcia: „niemieccy militaryści”, „rewizjoniści” czy „odwetowcy”.
     
     
          Od 1957 roku trwały przygotowania do przypadającej w 1960 roku 550. rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Kampania propagandowa miała m.in. ukazywać polskość tzw. Ziem Odzyskanych, prezentować naród polski jako siłę zdolną do powstrzymania rewizjonistycznego Drang nach Osten oraz umacniać peerelowski patriotyzm.
     
     
         Centralnym punktem były obchody na polach grunwaldzkich, w których planowano udział ponad 60 tys. osób. Podobną celebrę powtórzono rok później w związku z 630. rocznicą bitwy pod Płowcami. Bitwa ta miała rozbić mit o niepokonanych Krzyżakach oraz ukazać jedność społeczeństwa polskiego wokół idei zjednoczeniach ziem polskich przez Łokietka.
     

          Obchody rocznic bitew z Krzyżakami miały więc pokazać, że zagrożenie niemieckie jest wciąż takie samo, zmieniają się tylko mundury – Gomułka pewnego razu mówił zresztą o „wilczej naturze imperializmu niemieckiego, który nie zmienił się od czasu Ulricha von Jungingena do czasu K. Adenauera”.
     
     
          Niesamowitym prezentem dla propagandzistów było zresztą zdjęcie kanclerza Adenauera w krzyżackim płaszczu.
     
     
          W takiej atmosferze w 1964 roku zorganizowano obchody 25. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Uroczystości rozpoczęły się już w poniedziałek 31 sierpnia apelem poległych przy Grobie Nieznanego Żołnierza. W Bytomiu na Placu Thaelmanna odbył się wiec mieszkańców miasta i przedstawicieli ludności Śląska i Zagłębia. Uroczystości zorganizowano także w innych dużych miastach (Krakowie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu).
     
     
         „W czasie manifestacji, - podsumowała „Trybuna Ludu” - które odbyły się w tym dniu, społeczeństwo dało wyraz nieugiętej woli walki o trwały pokój. Manifestacje stały się ostrzeżeniem przed konsekwencjami polityki odradzania militaryzmu zachodnioniemieckiego, protestem przeciwko uzbrajaniu Bundeswehry w broń nuklearną”.
     
     
         1 września na Starym Mieście w Warszawie odbył się wiec z udziałem najważniejszych dostojników partyjno-państwowych, w tym Władysława Gomułki. Jak donosiła „Trybuna Ludu”, w tłumie pojawiły się transparenty z hasłami: „Pokój ludom”, „Świat bez wojny”, „Wrzesień nie powtórzy się nigdy”, „Precz z zachodnioniemieckim militaryzmem”, „Niech żyje przyjaźń ze Związkiem Radzieckim – niezawodną rękojmią bezpieczeństwa Polski”.
     
     
         W wygłoszonym przemówienie premier Cyrankiewicz podkreślił, iż „ Hitler nie taił zbójeckiego charakteru swej napaści. Pouczał swych generałów: „Dam wam propagandowy pretekst do rozpoczęcia wojny. Nie troszczcie się, czy będzie wiarygodny czy nie. Zwycięzcy nikt nie będzie pytał, czy mówił prawdę czy kłamał, w wojnie decyduje nie słuszność, lecz zwycięstwo. Zapomnijcie o litości. Bądźcie bezwzględni i brutalni. Racja jest po stronie silniejszego...”. Mieści się w tych słowach cała filozofia, cała istota niemieckiego imperializmu w jego wszystkich postaciach – od Bismarcka do pogrobowców Hitlera w NRF”.
     
     
          Równocześnie wskazując na zagrożenie pokoju przez imperialistyczny antykomunizm, stwierdzał: „ Jest takie miejsce w środkowej Europie, gdzie antykomunizm urósł do roli naczelnej idei politycznej, stał się wyznaniem zasadniczej wiary politycznej kół rządzących. Nie przypadkiem miejscem tym jest to państwo niemieckie, które uważa się za spadkobiercę rzeszy przedwojennej i wojennej – to Niemiecka Republika Federalna, gdzie antykomunizm określa w ostatniej instancji politykę jej rządu. I nie przypadkiem zbiega się on z antypolską postawą, z atakiem na nasze granice, a tym samym atakiem na pokój. Odwet, rewizjonizm, antykomunizm – trójhasło polityczne, które czyni z NRF ognisko zapalne w samym środku Europy”.
     
     
          W numerze „Trybuny Ludu” z 1 września 1964 roku w artykule pt. „Wrzesień” autor podpisany inicjałami B.W.  przekonywał, iż „ Polityka kół rządzących w Niemieckiej Republice Federalnej uparcie zdąża, jak dotychczas, do przekreślenia terytorialnych i politycznych skutków II wojny światowej rozpętanej – i przegranej – przez III Rzeszę; do wchłonięcia Niemieckiej Republiki Demokratycznej, pierwszego w dziejach Niemiec państwa szczerze pokojowego, bo uwolnionego od władzy kapitalistycznych monopoli; do wydarcia Polsce jej ziem zachodnich i północnych, dźwigniętych z ruin naszym trudem, zagospodarowanych i zamieszkałych przez 8 milionów Polaków, z czego prawie połowa już na tych ziemiach urodzonych [...]. Jakże znamienne jest, że właśnie w przededniu 25 rocznicy napaści Hitlera na Polskę przywódcy trzech głównych partii zachodnioniemieckich uznali za niezbędne raz jeszcze przypomnieć swe bezczelne roszczenia terytorialne! [...] Nawet dziecko rozumie, że jakakolwiek próba zmiany granicy – czy to nad Łabą, czy nad Odrą, czy w Sudetach – oznaczałaby wojnę”.
     
     
         Obok zaś umieszczono krótką notatkę PAP pod tytułem Imprezy rewizjonistów, w której pisano o zlotach organizacji niemieckich przesiedleńców, tzw. ziomkostw, na których przedstawiciel FDP miał stwierdzić, że układ monachijski z 1938 roku... nadal obowiązuje.
     
     
         W kontrze informowano o obchodach rocznicy wybuchu wojny w NRD. 31 sierpnia na prestiżowej berlińskiej alei Unter der Linden została zaprezentowana wystawa Niemcy 1933–1945, którą otwierało wielkie zdjęcie przywódcy niemieckich komunistów Ernesta Thaelmanna z jego słowami „Hitler to wojna”. Jak podkreślano, na wystawie znalazły się liczne elementy polskie: mundur, ślady terroru hitlerowskiego i oporu narodu, a w części dotyczącej niemieckich antyfaszystów pokazano odznaczenia dla dwóch Niemców walczących w polskiej partyzantce na Górnym Śląsku.
     
     
        1 września we Frankfurcie nad Odrą, Goerlitz/Zgorzelcu i Kołbaskowie odbyły się wspólne polsko-niemieckie wiece antywojenne.
     
     
          Nakręcany przez peerelowską propagandę strach przed Niemcami miał pewne pokrycie w poglądach Polaków. Zagrożenie niemieckie dawało więc szansę znalezienia przez rządzących płaszczyzny porozumienia z rządzonymi. Kwestia niemiecka i mit zwycięzcy hitlerowskiego okupanta na swój sposób legitymizowały działania władzy ludowej. Jednocześnie od zakończenia wojny podział Polacy–Niemcy mógł w prosty sposób łączyć Polaków, odsuwając inną linię podziału: na zwolenników i przeciwników systemu komunistycznego.
     
     
         Zupełnie inne było też podejście Polski Ludowej do NRD – kraju „dobrych Niemców”. Granica tego państwa na Odrze w myśl relacji prasowych nie oddzielała nieprzyjaciół, a dobrych sąsiadów, upamiętniających wspólnie rocznicę wybuchu tragicznej wojny.
     
     
    Paradoksalnie, codzienne stosunki między obydwoma krajami były napięte, o czym świadczy brak ruchu turystycznego pomiędzy nimi. Wśród Polaków uznanie znajdował też pogląd, że sowietyzacja Niemiec Wschodnich po wojnie była zasłużoną karą za wywołanie wojny światowej.
     
     
    CDN.
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Nieuznawanie powojennej zachodniej granicy Polski przez RFN stanowiło główny powód napięć polsko-niemieckich.
     
     
          Z pamięcią o wojnie nierozerwalnie wiązała się wówczas kwestia stosunku PRL do Niemców. Konflikt z nimi był częścią genezy Polski Ludowej – Polska Partia Robotnicza od momentu wydania w 1943 roku swojego manifestu O co walczymy? za podstawowy cel stawiała walkę z hitlerowcami.
     
     
          Po przejęciu, dzięki wsparciu sowieckiemu, władzy w Polsce, komuniści zaczęli wykorzystywać kwestię niemiecką jako jeden z głównych czynników budujących solidarność narodową. Niektóre z haseł propagandowych przed referendum czerwcowym 1946 roku odwoływały się wprost do niechęci do Niemców, np. „3 razy TAK – to wyraz naszej czujności na niebezpieczeństwa niemieckie”, „3 razy TAK – Niemcom nie w smak”.
     
     
          W pismach instytucji państwowych i partyjnych słowo „niemcy” było pisane małą literą.
     
     
          Po powstaniu w 1949 roku Republiki Federalnej Niemiec, w Polsce stosowano powszechnie nazwę Niemiecka Republika Federalna.  
     
     
          Powstałe w 1949 r. państwo – RFN, uprawiało politykę integracji zachodniej, co miało być środkiem do ponownego zdobycia suwerenności i równouprawnienia na arenie międzynarodowej. Jednocześnie nie uznawano granicy wschodniej i nie utrzymywano żadnych stosunków dyplomatycznych z Polską.
     
     
          Na 1955 roku władze PRL  wyraziły gotowość nawiązania – bez żadnych warunków wstępnych - stosunków dyplomatycznych z RFN. Ta oferta została jednakże odrzucona, gdyż rząd niemiecki chciał uniknąć wszystkiego, co mogłoby utrudniać ponowne zjednoczenie Niemiec.
     
     
          Polska była dla Niemców z jednej strony ofiarą niemieckiej agresji w 1939 r oraz wojennej okupacji, a z drugiej strony także państwem, które po klęsce Niemiec przejęło znaczną część przedwojennych obszarów niemieckich i wypędziło z tych obszarów ludność niemiecką. Temu podwójnemu obrazowi Polski i Polaków odpowiadał też ambiwalentny stosunek RFN do Polski. Z jednej strony dążono do pojednania i wynagradzania szkód, a z drugiej do zmiany powojennego status quo.
     
     
          Po powstaniu NRD, rząd w Berlinie próbował uzyskać od Warszawy międzynarodowe uznanie i zamanifestować swoje znaczenie w bloku wschodnim. Polska natomiast, popierając NRD chciała zabezpieczyć swoją granicą zachodnią. Polska uznała NRD już 18 października 1949 roku, jednakże nie wymieniono wówczas ambasadorów. Podjęcie stosunków dyplomatycznych przez NRD nastąpiło 20 lutego 1950 a przez Polską 8 dni później.
     
     
            To opóźnienie było spowodowane oczekiwaniem Polski na gotowość uznania jej zachodnich granic. Z kolei NRD była zainteresowana współpracą gospodarczą, aby zmniejszyć kryzys zaopatrzenia lat 1949-50.
     

            Na początku lat 50. ważną pomocą dla NRD były dostawy surowców naturalnych i żywności z Polski. 
     
     
           W czerwcu 1950 roku  podpisano kilka ważnych układów, które weszły w życie w końcu listopada 1950 roku. Układy te dotyczyły różnych obszarów współpracy naukowej, kulturalnej i finansowej między NRD a Polską.


           Największe polityczne znaczenie miało „wyznaczenie (oznaczenie) ustalonej i istniejącej granicy państwowej na Odrze i Nysie” , znane w historiografii jako podpisany 6 lipca 1950 roku traktat zgorzelecki. Dodatkowe decyzje, regulujące ruch graniczny, żeglugę wodną na wodach granicznych zostały podpisane w przeciągu miesiąca.
     
     
          Uznanie  granicy z Polską przez NRD spotkało się z masową krytyką w RFN.
     
     
            Problem granic stanowił odtąd właściwy punkt zapalny między Bonn i Warszawą. W propagandzie komunistycznej podnoszono kwestię, iż o ile powstała w miejsce sowieckiej strefy okupacyjnej, oficjalnie zrezygnowała z roszczeń terytorialnych wobec Polski, to RFN tego nie uczyniła. Wielokrotnie przytaczano słowa kanclerza Adenauera, który przestrzegał:  Nie przestaniemy w normalnym trybie prawnym dochodzić naszych roszczeń do tych obszarów” (polskich ziem zachodnich – Godziemba).
     
     
          Niepokój w Polsce wywoływało zawarcie w maju 1952 roku porozumienia, na mocy którego mocarstwa zachodnie zakończyły okupację terytorium zachodnioniemieckiego oraz ustalały wielkość kontyngentu armii RFN w Europejskiej Wspólnocie Obronnej. W październiku 1954 roku na mocy układów paryskich RFN stała się członkiem NATO


         Jeszcze przed podpisaniem traktatu w Zgorzelcu przywództwo SED podjęło starania zmierzające do nawiązania przyjaźni między obydwoma narodami oraz przedstawienia Niemcom granicy na Odrze i Nysie jako konieczność. W tym celu w sierpniu 1948 roku utworzono „Towarzystwo Helmuta von Gerlach dla rozwoju kulturalnych, gospodarczych i politycznych stosunków z nową Polską”, które w marcu 1950 roku zmieniło nazwę na „niemiecko-polskie towarzystwo dla pokoju i dobrego sąsiedztwa”.
     
     
          Po podpisaniu traktatu spadło jednakże zainteresowanie tymi działaniami. W roku 1952 działania Towarzystwa znalazły swoje miejsce w ramach działalności „Towarzystwa na rzecz kontaktów kulturalnych z zagranicą”, a później „Ligi dla przyjaźni narodów”.


           Oficjalnie mówiło się o „niemiecko-polskiej przyjaźni” i o „granicy pokojowej”, co jednak nie odzwierciedlało rzeczywistej sytuacji. Granice były silnie strzeżone i bardzo rzadko dochodziło do otwartych spotkań.

               
          Stosunki dyplomatyczne polsko-enerdowskie osiągnęły swój punkt szczytowy,  kiedy to w 1950 roku  Wilhelm Pieck przyjechał do Polski z oficjalną wizytą państwową, a Bolesław Bierut w 1951 roku odwiedził NRD.
     
     
           23 sierpnia 1953 roku rząd warszawski zdecydował, pod naciskiem Moskwy, o rezygnacji z dniem 1 stycznia 1954 roku z wszelkich reperacji ze strony NRD. 6 października 1953 roku politycznym przedstawicielstwom w Polsce i w NRD nadano status ambasad.


           Przywództwo NRD obserwowało z dużym zaniepokojeniem objęcie przez Gomułkę w roku 1956 funkcji pierwszego sekretarz KC PZPR. Wydarzenia października 1956 roku w Polsce zostały jasno sklasyfikowane jako „kontrrewolucyjne”. Rozbudzano antypolskie nastroje oraz wspominano o korekcie granicy zachodniej.


          Jednakże NRD była skazana na współpracą z Gomułką. Historyczne obciążenia związane z II wojną światową nie miały wielkiego znaczenia w stosunkach pomiędzy obydwoma krajami. W celu legitymacji swojej władzy SED odwoływała się bezpośrednio do „antyfaszystowskiej tradycji” i walki komunistów z Hitlerem. NRD uważała, że przyjęcie przymusowych przesiedleńców, uznanie granicy zachodniej oraz wypłacone reperacje stanowią wystarczające odszkodowanie wojenne.
     
     
          Pełnienie wielu stanowisk w administracji NRD przez dawnych członków NSDAP było tajemnicą poliszynela, jednak Warszawa nie podnosiła tej kwestii w oficjalnych relacjach z rządem NRD.
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka stwierdziła, że jej syn nie może spędzać wolnego czasu w wakacje tak, jak chce. W związku z tym zorganizowała mu wyjście w swoim towarzystwie na spotkanie Koła Feministek.
    - Nauczysz się czegoś mądrego - zapewniała mama.
    - Tam??? - spytał Łukaszek. Mama się spieniła i chciała go ukarać.
    - Co, zły zaimek? - zadał drugie pytanie a mama spieniła się jeszcze bardziej.
    Następnego poszli do osiedlowego domu kultury. Na scenie spotkanie prowadziła ich sąsiadka, mama Wiktymiusza. Zjechało się bardzo dużo pan.
    - Dzisiejsze spotkanie będzie  dowiecie się kto to jest TERF i kto to jest kobieta!
    - Kobieta to osoba o chromosomie XX - wyjaśnił Łukaszek. - Mieliśmy o tym na biologii.
    - W faszystowskiej, reżimowej, rządowej, państwowej szkole - powiedziała z przekąsem mama Wiktymiusza.
    - Są jeszcze zakonne, ale mama się nie zgodziła - odpyskował Łukaszek.
    - Syn niestety katolik - sumitowała się mama Łukaszka.
    - Kobieta to owszem chromosom XX, ale nie tylko. Są też transmężczyźni uważający się za kobiety. Zapamiętaj to sobie chłopcze - palec mamy Wiktymiusza celował prosto w Łukaszka.
    Łukaszek spróbował z "właśnie pani narzuciła mi płeć", ale mama Wiktymiusza pokręciła tylko głową.
    - Ech, wy katolicy, ponurzy jak wasza straszna religia. Zero dowcipu, zero finezji. Trzeba wyjąć kij z tyłka, mój chłopcze i pokazać na twarzy trochę radości. Europa tym się właśnie różni od Polski, że ludzie się tam do siebie uśmiechają!
    Następnie mama Wiktymiusza wytłumaczyła kto to jest TERF.
    - To feministka, która odmawia kobiecości innym kobietom. Która uważa, podobnie jak Łukasz, że to kobieta to istota która czegoś nie ma. I tyle. A to nieprawda. Kobietę definiują nie tylko chromosomy. To też wygląd, ubiór, zaimki i przede wszystkim to, jak się czujesz. Czujesz się kobietą, jesteś kobietą. To takie proste! - zakrzyknęła mama Wiktymiusza, po czym zdjęła żakiet i zaprezentowała t-shirt z napisem "Śmierć TERFom!".
    Sala wybuchła aplauzem.
    - Jest taka gazeta, która notorycznie zalicza transmężczyzn do mężczyzn! - krzyczała mama Wiktymiusza zaciskając pięści. - Zaraz zrobimy z tym porządek! Dzwonię!
    I zatelefonowała.
    - Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania, słucham - odebrała jakaś pani. Mama Wiktymiusza włączyła tryb głośnomówiący i wyłuszczyła sprawę.
    - Z jakiego radia pani dzwoni i próbuje wkręcać ludzi? - spytała zmęczonym głosem pani z biura.
    - Z żadnego! - zaklinała się mama Wiktymiusza. - To poważna sprawa! Musi pani jakoś pomóc!
    - Ale oni nie są w świetle prawa kobietami. Chromosomy...
    - Niech pani przestanie z tymi chromosomami! - darła się do telefonu mama Wiktymiusza. - Niech pani wreszcie zrozumie, że jeśli ktoś czuje się kobietą, to jest kobietą! Trzeba coś z tym zrobić! Już, natychmiast!
    - Pomyślimy o tym - obiecała pani z biura i się rozłączyła.
    Spotkanie klubu feministek zakończyło się triumfem. Panie wyszły przed dom kultury i zaczęły się żegnać.
    - Zaczekamy jeszcze na samochód - mówiły dwie aktywistki, które mieszkały najdalej.
    - Jaki samochód? - zaciekawiła się mama Łukaszka. - Przecież nie macie. Zamówiłyście taksówkę?
    - Nie, ten przejazd z aplikacji.
    Zapadła straszna cisza.
    - Aplikacji? - wyjąkała mama Wiktymiusza. - Ależ drogie koleżanki, czy wy wiecie na co się decydujecie? Co to za aplikacja?
    - Bolec - bąknęła pierwsza z aktywistek.
    Mama Wiktymiusza złapała się za głowę.
    - Ależ w tych autach gwałcą!
    - A właśnie, że już nie - odezwała się druga aktywistka. - Otóż firma Bolec wprowadziła usługę "Kobieta podwozi kobietę". Zamówiłyśmy kurs z kierowczynią!
    Rozległy się oklaski. Podjechało auto. Otwarły się drzwi i z samochodowego radia doleciała piosenka "Cztery razy po dwa razy". Wysiadł z niego niski, śniady pań z czarnym zarostem.
    - Halo piękne panie! - zawołał. - Kurs to tutaj? To prędko wskakiwać na mój Bolec!
    Oklaski ucichły jak dziennikarze Newsweeka na kolegium redakcyjnym.
    - Do mojego Bolca - poprawił się pan i zachęcającym gestem wskazał auto.
    - Miała być kobieta! - zakrzyknęła z rozpaczą pierwsza aktywistka.
    - Jestem kobietą - oznajmił z dumą pan kierowca. - Mam na imię Mohammad. Ale w pracy czuje się Aiszą.
    Z auta słychać było piosenkę "Jestem kobietą".
    - To kłamstwo! - potrząsała pięściami mama Wiktymiusza. - Pan tu jakieś kłamstwa opowiada! Pan jest mężczyzną!
    - Nie, nie - gorączkował się kierowca. - Ziaden menścizna, ja kobieta być! Pani jest... - zajrzał do telefonu. - Pani jest TERF!
    To był cios. Mama Wiktymiusza położyła jedną rękę na piersi okrytej t-shirtem z napisem "Śmierć TERFom!". Drugą ręką sięgnęła po komórkę i wybrała połączenie. Włączyła tryb głośnomówiący.
    - Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania, słucham - odezwał się znajomy głos.
    Mama Wiktymiusza przedstawiła się.
    - Dzwoniła pani piętnaście minut temu - skojarzyła pani z biura. - Proszę pani, usilnie pracujemy nad tym aby każdy mężczyzna, który czuje się kobietą, był uważany za kobietę. Ale proszę nam dać trochę czasu.
    - Ja właśnie w tej sprawie - przerwała jej mam Wiktymusza. - Bo tu przyjechał do nas pewien pan. I on uważa się za kobietę.
    - Acha. To w porządku.
    - Nic nie jest w porządku!!! - eksplodowała mama Wiktymiusza. - To kierowca Bolca pracujący w usłudze "kobieta podwozi kobietę"!!! A przyjeżdża mężczyzna!
    - Kobieta.
    - Mężczyzna!!
    - Kobieta.
    - Mężczyzna!!! - wyła do słuchawki mama Wiktymiusza.
    - A jako kto się identyfikuje?
    Mama Wiktymiusza spojrzała na pana kierowcę, która kiwał się i wołał uśmiechając się radośnie "jestem Aisza".
    - Jako kobieta - powiedziała z rozpaczą. - Ale jego chromosomy...
    - Niech pani nie zawraca głowy chromosomami - w głosie pani z biura brzmiała satysfakcja. - Nie dalej jak kwadrans temu zadzwoniła pani do mnie i krzyczała, że jeśli ktoś czuje się kobietą, to jest kobietą. Prawda?
    - Prawda - bąknęła zgnębiona mama Wiktymiusza.
    - I to co pani mówi to jest, proszę darować, ale czystej wody transfobia. Jeśli ten pan odczuje jakieś przykrości z pani powodu, to chętnie mu pomogę. A teraz żegnam.
    I pani z biura się rozłączyła.
    Mama Wiktymiusza stała z pikającą komórką w ręce. Obie panie aktywistki pytała jedna przez drugą czy mają jechać - wtedy prawdopodobny gwałt - czy nie jechać - wtedy transfobia. Pan kierowca zachęcał aby wsiadać do pojazdu. Z auta dobiegała muzyka "Będę brał cię w aucie".
    I mama Wiktymiusza poczuła, że musi coś zrobić.
    To "coś" oznaczało gwałtowny i wulgarny atak na Łukaszka, który nic nie robił, tylko się śmiał.
    - Czemu się śmiejesz?!
    - No bo mnie to śmieszy.
    - Dramat ludzki cię śmieszy?! Typowy katolik! Ponury jak ta wasza straszna religia! - i mama Wiktymiusza złapała się za usta.
    - Już nie ponury! - zawołał radośnie Łukaszek.
    - Bawi cię to, że za chwilę może dojść do ludzkiej tragedii?
    - Zaraz tam tragedii! Ja po prostu zastosowałem się do pani rady! Pani też tak może!
    - A co mam zrobić? - zapytała zaciekawiona mama Wiktymiusza, a Łukaszek odpowiedział jej własnymi słowami:
    - Trzeba wyjąć kija...
    I okazało się, że nic tak strasznie nie obraża jak cytat z wcześniejszych słów rozmówcy.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ostatecznie dopiero w 2002 roku Bundestag uchwalił ustawę o uchyleniu wyroków dezerterów z Wehrmachtu.
     
     
         Ważnym impulsem w dalszej dyskusji na temat ofiar systemu sądowniczego Wehrmachtu był  wyrok Federalnego Trybunału Sprawiedliwości z listopada 1995 roku, w którym uznano, że  „Reżim narodowosocjalistyczny spowodował perwersję prawa, którą trudno sobie w ogóle wyobrazić. Ówczesna praktyka sądownicza charakteryzowała się ekscesywną niepohamowaną skłonnością do wydawania wyroków śmierci. Nie bez powodu praktykę tę określa się jako zbrodniczą. Choć skorumpowanie sędziów reżimu hitlerowskiego było bezprzykładne, zbrodniarze w sędziowskich togach nie zostali nigdy ukarani. Zbrodnicze wyroki Trybunału Ludowego nigdy nie zostały rozliczone. Żaden z sędziów ani prokuratorów nigdy nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Bezkarni pozostali prawnicy wydający zbrodnicze wyroki w sądach specjalnych i polowych. Podejmowane w tym kierunku próby napotykały przeszkody nie do pokonania. […] Zasadniczą winę za ten stan rzeczy ponosi praktyka sądownicza Federalnego Trybunału Sprawiedliwości Republiki Federalnej i precedensy prawne, które on tworzył. Podejmowane decyzje spotykały się już wówczas z gwałtowną krytyką, którą dziś Federalny Trybunał uznaje za słuszną i uzasadnioną”.
     
     
          Tym samym Federalny Trybunał Sprawiedliwości po raz pierwszy przyznał się do błędu, potępił hitlerowską praktykę sądowniczą i aktywnych wówczas prawników.
     
     
           Kwestii tej sporo miejsca poświęcały nadal media.  Heribert Prantl opublikował w „Süddeutsche Zeitung” artykuł, w którym zauważył, iż   rząd Republiki Federalnej płaci corocznie 13 mld marek na dodatkowe świadczenia dla byłych żołnierzy Wehrmachtu i ich rodzin, z czego 600 mln marek przypada na świadczenia dla niewątpliwych zbrodniarzy wojennych. Zdaniem Prantla system ten jest obrazą rzeczywistych ofiar wojny, które  „muszą przyglądać się, jak ich oprawcy przejadają horrendalne świadczenia rentowe”, podczas, gdy oni są nich pozbawieni.
     
     
           W odpowiedzi na krytykę stanowiska CDU w tej sprawie, jej posłowie przypomnieli, iż w czasach koalicji socjalliberalnej kwestia uchylenia narodowosocjalistycznych wyroków nie była w ogóle podejmowana. W 1974 roku kanclerz Helmut Schmidt w imieniu rządu oświadczył, że ten rozdział w historii Niemiec jest zamknięty.
     
     
           Stopniowo jednak zarysował się kompromis w tej sprawie w Bundestagu.  Uchwalona 28 maja 1998 roku zdecydowaną większością głosów ustawa miała historyczny wymiar, ponieważ uchylała większość wyroków sądownictwa hitlerowskiego. Określała szczegółowo kilkadziesiąt rozporządzeń, na podstawie których wydane wyroki zostały anulowane.
     
     
          Ustawa uchylała wyroki, lecz nie postawiła w stan oskarżenia sądownictwa Wehrmachtu. Rehabilitowała wielką liczbę żołnierzy i osób cywilnych skazanych przez najróżniejsze sądy III Rzeszy za przestępstwa polityczne, jednak  utrzymywała w mocy część wyroków za dezercję i zdradę.
     
     
         Jak podkreślił przewodniczący Federalnego Stowarzyszenia Ofiar Narodowosocjalistycznego Wojskowego Wymiaru Sprawiedliwości Ludwig Baumann: „Początkowo w procesie legislacyjnym w 1998 roku wydawało się, że dezerterzy też przejdą, ale zostali usunięci z listy w przeddzień głosowania”.
     
     
           Po utworzeniu na jesieni 1998 roku rządu przez SPD i Partię Zielonych, w umowie koalicyjnej zapisano  obowiązek rehabilitacji dezerterów i zapewnienia im odszkodowań. Jednak z tego zapisu rządząca koalicja nie wywiązywała się bardzo długo.
     
     
          Dopiero w lutym 2002 roku koalicja rządowa przedstawiła projekt anulowania wyroków za dezercję, pozostawiając w mocy wyroku za zdradę wojny. Odmowa rehabilitacji żołnierzy skazanych z paragrafu za zdradę wojny stała się przedmiotem ostrego sporu.
     
     
          Występując na forum Komisji Prawnej Bundestagu Günter Knebl przypomniał stanowisko Synodu Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego, który już kilka lat wcześniej zajął w sprawie dezerterów jednoznaczną postawę, uznając osoby, które odmówiły udziału w zbrodniach za winnych najwyższego szacunku. Podkreślił także, że z punktu widzenia Kościoła ewangelickiego dezercja była rodzajem działań opozycyjnych wymierzonych w reżim.
     
     
           Z kolei profesor Peter Steinbach w piśmie do Komisji Prawnej Bundestagu wyraził przekonanie,  wyroki przeciwko dezerterom nie miały służyć wymierzaniu sprawiedliwości, tylko zastraszaniu innych – były więc instrumentem terroru. Kary wymierzane za mniej lub bardziej dowiedzioną próbę dezercji pozostawały bez żadnego związku z ewentualną szkodą, jaką oskarżony mógł wyrządzić militarnej sile Wehrmachtu. Represje były nieproporcjonalne i nie miały żadnego uzasadnienia.
     
     
           Koncepcja uchylenia wyroków nie cieszyła się poparciem wszystkich mediów. I tak, np. Rainer Blasius w projekcie ustawy upatrywał   potępienia milionów żołnierzy niemieckich, którzy wytrwali na frontach II wojny do końca. Nie widział podstaw, by traktować ich jako politycznych nieudaczników, którzy bezmyślnie i ślepo słuchali przedstawicieli elit III Rzeszy. Uznał za niesprawiedliwe postrzeganie milionów żołnierzy Wehrmachtu jako zbrodniarzy.
     
     
          Zdecydowanym orędownikiem nowej regulacji prawnej był wiceminister sprawiedliwości Eckhard Pick z SPD, który wskazywał na upokarzającą ofiary praktykę działania komisji weryfikacyjnych .
     
     
           Natomiast Norbert Geis z CDU próbował przekonywać, iż  „Uchylenie wyroków jest jednoznaczne z oskarżeniem niemieckich sędziów i prokuratorów. Jest posądzeniem ich, że wydawali wyroki w niewłaściwy sposób. Jest to wobec tych prawników daleko posunięta niesprawiedliwość. Pamiętajcie o tym. Powinniśmy mieć respekt przed tymi ludźmi, którzy w tamtych trudnych czasach starali się wydawać sprawiedliwe i uczciwe wyroki”.
     
     
           Inny poseł tej partii Jürgen Gehb w proponowanej regulacji prawnej nie widział rozróżnienia między tymi, którzy zdezerterowali ze szlachetnych pobudek i tymi, którzy uciekli, kierując się osobistymi motywami.
     
     
           Mimo tych wątpliwości ustawa o uchyleniu wyroków dezerterów z Wehrmachtu została 17 maja 2002 roku przegłosowana na forum Bundestagu. Wykluczyła ona jednak z rehabilitacji grupę osób skazanych wyrokami za zdradę wojny, choć były to ofiary zamordowane jednoznacznie za przestępstwa polityczne.
     
     
           W 2007 roku  Rada Kościoła Ewangelickiego w Niemczech podjęła uchwałę popierającą uchylenie wyroków ciążących na zdrajcach wojny. Aktywnym propagatorem idei uchylenia wyroków za zdradę wojny okazał się również przyszły prezydent Niemiec Joachim Gauck.
     
     
          Dwa lata później Bundestag podjął inicjatywę w tej sprawie. Po osiągnięciu konsensusu  CDU, CSU, FDP, SPD i Partia Zielonych rzeczywiście przedłożyły nową propozycję ustawodawczą mającą na celu uchylenie wyroków za zdradę wojny, podkreślając, że paragraf 57, z którego skazywano „ stał się instrumentem, którym posługiwali się sędziowie faszystowscy dla niczym nieograniczonego represjonowania działań niezgodnych z ideologią faszystowską. Instrumentem tym bardziej brutalnym, że nawet za drobne przewinienia jedyną możliwą karą z tego paragrafu była kara śmierci”.
     
     
          Ostatecznie we wrześniu 2009 roku Bundestag uchwalił ustawę uchylającą wyroki za zdradę wojny.
     
     
           Nie ulega wątpliwości, że zarówno dezercja, jak i zdrada wojny były aktami sprzeciwu prostych ludzi wobec polityki Adolfa Hitlera.  Zamiast uhonorować ich czyn, dziesiątki lat po wojnie parlament niemiecki odmawiał uchylenia ciążących na nich wyroków.
     
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    S. Fikus - Trudny spadek dysydentów III Rzeszy w Republice Federalnej Niemiec
     
    E. Cziomer -  Historia Niemiec współczesnych 1945–2005
     
    A. Wolff-Powęska  -  Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945–2010)
     
    W. Pięciak -  Niemiecka pamięć. Współczesne spory w Niemczech o miejsce III Rzeszy w historii, polityce i tożsamości (1989–2001)
     
    Ofiary czy współwinni. Nazizm i sowietyzm w świadomości historycznej
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Największą aberracją SF bez wątpienia są krzyżówki z ufokami. Wiadomo że w ramach jednego gatunku można mieć potomstwo, albo ostatecznie w ramach blisko spokrewnionych. Nie możemy nawet z szympansem się krzyżować czy gorylem a co dopiero z kosmitą co ma zieloną krew i inne takie. Drugie miejsce zajmuje królowa Borg. W każdym bądź razie krzyżówka przekreśla wszelką naukowość i stanowi tryumf dramy nad sensem i logiką. [1] Dlatego Star Trek stoi po stronie inteligentnego projektu (kreacjonizm) a nie ewolucji: cywilizacja praufoka zaplanowała formy życia na różnych planetach tak, żeby mogły się krzyżować i aby powstał znany niektórym Spock.

    https://youtu.be/ywmfEfez5a8

    Orville, obecnie na platformie Hulu dziedziczy te koncepcje. Wyraźnie widać, że serial ten jest kierowany do fanów The Next Generations z Picardem. Ogląda się to zupełnie jak kolejne odcinki TNG. Jest też określona temperatura emocjonalna, którą omówię na przykładzie Boys. Boys jest superbohaterskie w odmianie dekonstruującej. Na samym początku bohater stoi z dziewczyną na chodniku. Przez dziewczynę przebiega superheros i bohaterowi zostają w rękach kikuty. W ten sposób zdefiniowany zostaje klimat serialu i wiesz, co oglądasz.

    Tymczasem LucasFilm działa korporacyjnie. W Obi Wanie Kenobim tak działa:

    1. Dali elementy dla dzieci: durna fabuła, robocik po zainstalowaniu pluskwy zmienia kolor, ogólnie głupoty.

    2. Dla fanów dali Obi Wana, Vadera, mieczyki, ciachu-ciachu. Itp. lokacje.

    3. Dla sado-maso dali pieczenie Kenobiego żywcem w ogniu.

    4. Dla feministek dali Revę.

    Ale serial nie jest dla fanów bo odrzuca ich Reva. Dla dzieci się nie nadaje bo brutalność. Faministkom się nie spodoba Vader i samcza dominacja Kenobiego. I w efekcie mamy serial dla nikogo. W korpoświecie nie są w stanie zdefiniować produkcji na poziomie podstawowym.

    image

    Tymczasem Orville wie czym jest i co realizuje. W efekcie odgrzewa najgorszy pomysł jaki może być czyli kosmohybrydy których w Gwiezdnych Wojnach nie ma. Mimo tego odgrzenia dostajemy produkt o nieba lepszy niż wspomniany Kenobi.

    Kto pamięta Braciaka porównującego polskie filmy i amerykańskie. Wojenne: 

    https://youtu.be/S8qmuTIqsZk

    Kenobi to jak widać polski film. Tam siedzą i kłapią paszczą jak jest ciężko. Tak realizuje się niski budżet. Natomiast Orville pokazuje grozę wojny wizualnie stosując środki dużego budżetu. Przy czym budżet Kenobiego to ok 25 milionów dolarów na odcinek a Orville nie wiadomo. Propagandowe wypowiedzi Setha Macfarlane mówią o 50 milionach dolarów na efekty, przy czym pamiętajcie że Orville to 10 długich odcinków a Kenobi 6 w większości krótkich. Biedę jego fani Star Wars wypierają ze świadomości wywodząc, że nie ma sensu porównywać k bo w Kenobim miał być słaby i mieli siedzieć i nawijać. No nie. Tu mamy nudę a tam akcję. Podtrzymuję przy tym moje krytyczne uwagi co do realizmu, ktrórego nie ma nigdzie. Strzelają się z odległości rzutu beretem zawsze. Może Vader by był bardziej skuteczny gdyby rzucał kamieniami?

    https://www.cda.pl/video/11348383f1

    U nas zaś przynajmniej uzyskują efekt dramatyzmu poprzez dynamikę. Chce im się.

    II

    Kto pamięta pigułki w Matrixie: czerwoną i niebieską. Przejęliśmy je i był płacz, że prawactwo przejęło ideolo i trzeba odkręcać kręcąc 4 część, która zrobiła klapę. Jeśli w Orville wprowadzają populistów mających być krytyką Donalda Trumpa to sami się pozycjonują jako Hilaria i nie jest dobrze. Pokazanie fałszywych przekazów może być analogią do Noskarżeń Trumpa o putinizm, które zakończyły się fiaskiem. Tak dobrze schował dowody że nie udało się ich znaleźć.

    image

    W każdym razie fanatyczne religianty stosują karę za aborcje taką, że rekonstruują potencjalne dziecko i w holodeku pokazują rodzicom i ono im wyrzuca, że go nie chcieli. Ja bym coś takiego robił jeszcze przed aborcją. I ma to być straszna potworność reżimu. Bohater nasz kpt. Mercer unosi się tu jednak wskazując na potworność sytuacji. Może chcieli pojechać po antyaborcjonistach ale słabo im poszło i przejmiemy to. Dlatego poruszam temat, bo może być niejednoznaczny. Ów Mercer ma dziecko ze szpionem obcej cywilizacji Krili. Są to ksenofoby i dziecko to, dzieweczka, jest trzymana w ukryciu. Druga dzieweczka – Topa - z następnego odcinka jest Moklanką z planety Moklus. Pogardzają tam kobiecością, barbarzyńcy, i przeprowadzają operację zmiany płci. Nie przyjęła się ta płeć męska i idzie akcja zmiany z powrotem. Niejednoznaczne to jest bo nie jest ona transem bo płeć jej sztucznie zmienili i chce z powrotem. Może być odczytane jako krytyczny komentarz do mody na transizm. Może być odczytane jako komentarz do integracji kulturowej imigrantów, tatusiowie dzieweczki żyją bowiem na okręcie exploracyjnym. Przy czym Klyden nie ma nic do roboty bo bo trafił tam z mężem, który jest oficerem. Klyden jest byłą dziewczynką co dodaje mu tragizmu. Dzieje tej rodzinki przewijają się przez wszystkie sezony i akcja się rozwija. Daje to ludziom do myślenia i rozkminy. Takiej bądź siakiej.

    image

    Przypisy:

    1: Ponoć ufoki są symbolami różnych grup społecznych prześladowanych i stąd te krzyżówki. Ja wolałbym jednak aby ufok był symbolem ufoka a nie jakąś metaforą czegoś. Uficzny by mógł być. 

    Mamy takie mnożące się poprzez infekowanie innych kosmitów, w tym ludzi. Mamy dywagacje o naturze człowieka, bezsensie samobója, integralności. Mimo że wprowadzają najgorszy motyw to czynią to tak zręcznie, że fajnie się ogląda. A K. Kennedy nie wprowadza. Kenobi jednak jest słaby a Orville superowe. Paradoks taki? Nie. Świadoma kreacja WASPów czyli męskich szowinistycznych świniów. 

    A tu wrzucam bardziej pozytywną ocenę Kenobiego:

    Są tam lewaki zwalczające faszyzm. Przynajmniej jeden. I może to dlatego. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku stosunek do ofiar niemieckiego sądownictwa wojskowego z czasów III Rzeszy zaczął powoli ewoluować.
     
     
           Przyłączenie NRD sprawiło, iż sądownictwo niemieckie musiało zająć stanowisko wobec  wyroków wydanych wcześniej przez sądy wschodnioniemieckie. Dla wszystkich było oczywiste, że polityczne wyroki wydawane przez sądy komunistyczne były bezprawiem i powinny być z założenia uchylone.
     
     
          Jak pisał  później publicysta niemiecki Heribert Prantl: „Sędziowie posiadali umiejętność uczenia się. Co prawda, objawiło się to bardzo późno. Kiedy po 1990 roku konieczne było rozliczenie przeszłości komunistycznej w NRD, to nagle możliwe stały się takie interpretacje prawa, które przedtem były nie do pomyślenia. Teraz sprawcy podejmujący swoje decyzje zza biurka zostali zaklasyfikowani jako zbrodniarze, a nie jako pomocnicy. Okazało się, że można było sądzić sędziów NRD za łamanie prawa i wielu z nich rzeczywiście zostało skazanych”.
     
     
         Tym samym niemieckie elity prawnicze i polityczne stanęły przed bardzo poważnym dylematem. Trudno było traktować ofiary komunistyczne i hitlerowskie inaczej, kiedy okoliczności ich prześladowań były łudząco podobne. Utrzymywanie w mocy wyroków na żołnierzach Wehrmachtu i jednoczesne rehabilitowanie ofiar sądownictwa wojskowego NRD za takie same przestępstwa było niemożliwe.
     
     
          Ta zmiana była też możliwa, gdyż większość sędziów nazistowskich albo już nie żyła, albo była na emeryturze.
     
     
         Jednak postulat generalnego uchylenia wyroków politycznych III Rzeszy napotykały nadal na opór i wywoływały emocje.
     
     
          W sierpniu 1990 roku Partia Zielonych złożyła oficjalną inicjatywę ustawodawczą mającą na celu rehabilitację osób obciążonych politycznymi wyrokami sądownictwa Wehrmachtu. Jednak  pozostałe ugrupowania polityczne całkowicie ją zignorowały i z końcem kadencji inicjatywa uległa dezaktualizacji.
     
     
          Decydującym impulsem okazała się sprawa Waltera Leschinkiego, wniesiona przez wdowę po nim.  Leschinki został uznany za dezertera i skazany na śmierć w marcu 1945 roku.  Wdowa zażądała odszkodowania wynikającego z niemieckiej ustawy o świadczeniach na rzecz ofiar działań wojennych. Jej wniosek został odrzucony w 1988 roku przez Sąd Socjalny w Badenii-Wirtembergii.
     
     
         Kobieta jednak nie poddała się i w 1991 roku ponowiła swój wniosek. Nowy skład sędziowski uznał, że kara śmierci nie była adekwatna w stosunku do popełnionego przewinienia, a tym samym była bezprawiem. Równocześnie sędziowie uznali, że sprzeciw wobec reżimu hitlerowskiego był aktem Oporu. W ich oczach dezerterzy byli ofiarami politycznego terroru, a ich prześladowania miały jednoznacznie charakter światopoglądowy. Wyroki zaś sądownictwa Wehrmachtu przestały być karą indywidualną, a stały się formą terroru wobec własnego społeczeństwa.
     
     
         W konsekwencji tego postanowienia Federalny Sąd ds. Socjalnych  przyznał, że sędziowie Wehrmachtu pozwolili się zinstrumentalizować i w ten sposób stali się współuczestnikami zbrodni hitlerowskich.  Zamiast służyć narodowi, sędziowie wspierali zbrodnie przeciwko współobywatelom.
     
     
         Od tego momentu rodziny innych ofiar mogły składać również pozwy o przyznanie im odszkodowań i świadczeń socjalnych.  Ta zmiana nastawienia Federalnego Sądu ds. Socjalnych z 1991 roku nie dla wszystkich była satysfakcjonująca. Stwarzała konieczność badania każdego przypadku z osobna i decyzji – czy wyrok był naruszeniem prawa.
     
     
         W 1994 roku Partia Zielonych, wsparta przez SPD ponowiła wniosek o uchylenie wszystkich  wyroków sądownictwa wojskowego z okresu III Rzeszy.
     
     
          W trakcie dyskusji w Komisji Prawnej Bundestagu kluczowa stała się kwestia, by „nie wywołać wrażenia, że żołnierze, którzy pozostali w szeregach Wehrmachtu wspierali reżim faszystowski”. Posądzenie wszystkich żołnierzy o wspieranie reżimu hitlerowskiego poprzez posłuszne wypełnianie rozkazów wojskowych przełożonych budziło obawy nawet u posłów SPD.
     
     
          Zdecydowanie negatywne stanowisko wobec tej inicjatywy zajęła koalicja rządząca CDU/CSU/ FDP, która dopuszczała jedynie  możliwość badania pojedynczych wyroków i ich każdorazowego uchylenia przez sąd. Ostatecznie wniosek SPD i Partii Zielonych upadł w głosowaniu.
     
     
         Sprawa ta stała się przedmiotem licznych dyskusji prasowych. Publicysta „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Friedrich Fromme zwracał słusznie uwagę na absurdalność sytuacji, w której uczestnicy zamachu z  20 lipca 1944 roku postrzegani są jako bohaterowie, natomiast prości żołnierze sprzeciwiający się reżimowi traktowani są do dzisiaj jako zbrodniarze.
     
     
          Zdanie to podzielał publicysta bawarskiej „Süddeutsche Zeitung” Heribert Prantl wskazując, że  w Niemczech zbrodniarzem jest nadal żołnierz, który wzbraniał się przed mordowaniem innych. Na ofiarach ciążą prawomocne wyroki, które mają poważne konsekwencje w wypadku świadczeń rentowych, a zbrodniarze wojenni i ich rodziny nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje czyny.
     
     
           Monachijski adwokat Otto Gritschneder najpierw zwrócił uwagę, że  ślepe posłuszeństwo nie może być żadnym usprawiedliwieniem mordów, których dokonywali pojedynczy obywatele z rozkazu reżimu hitlerowskiego. „Każdy człowiek ma elementarny obowiązek nie tylko odmówić, ale wręcz czynnie przeciwstawić się wykonywaniu rozkazów, wedle których dokonuje się zbiorowych morderstw”. Tak więc ten, który udziału w wojnie, ten odmówił udziału w zbrodni.
     
     
          Przeciwko rehabilitacji dezerterów występował konsekwentnie  profesor Akademii Bundeswehry w Monachium Franz Seidler, który  pomawiał żołnierzy sprzeciwiających się III Rzeszy o tchórzostwo, kryminalne motywacje, elementarny brak wykształcenia, brak umiejętności przystosowania się do życia w społeczeństwie. Zwracał też uwagę, że dezercja na całym świecie uchodzi za przestępstwo.
     
     
         Przeciwko uchyleniu wyroków sądownictwa Wehrmachtu opowiadał się również hr. Mathias von Schwerin, którego zdaniem ówcześni żołnierze nie walczyli dla reżimu hitlerowskiego, tylko z idealistycznych przesłanek bronili swojej ojczyzny.
     
     
          Z kolei były sędzia Wehrmachtu Otfried Keller przekonywał, że  „dezercja jest z zasady deliktem wynikającym z egoizmu i mającym na celu swój własny interes, działaniem na szkodę państwa i oddziałów, w których dezerter służył”. Keller opowiadał się również przeciwko uchyleniu wyroków za osłabianie morale wojskowego Wehrmachtu. Choć bez żadnych wątpliwości chodziło tu o przestępstwa polityczne, Otfried Keller uznawał, że były to czyny wymierzone w interesy państwa, a motywy, jakimi kierowali się sprawcy, miały egoistyczny charakter.
     
     
           Przeciwko rehabilitacji dezerterów był się też generał Bundeswehry dr Jürgen Schreiber wskazując na konsekwencje ewentualnej rehabilitacji skazanych przez sądy Wehrmachtu w procesie kształcenia kolejnych pokoleń żołnierzy Bundeswehry.  „Żołnierze Wehrmachtu – twierdził Schreiber – najczęściej uciekali ze strachu przed walką na froncie albo w obawie przed sądownictwem wojskowym, kiedy groziły im kary za inne kryminalne przestępstwa. Dezercja była zdradą kolegów pozostających w armii do samego końca. Większość żołnierzy Wehrmachtu ucieczkę z armii i pozostawienie innych swojemu losowi uważała po prostu za hańbę.
     
     
           Pomimo zmiany nastawienia Federalnego Sądu ds. Socjalnych spośród 22 wniosków złożonych w 1991 roku tylko dwie osoby  otrzymały jednorazowe świadczenia. W 1992 roku  podania takie złożyło dalszych 28 osób, z których jednej przyznano świadczenie jednorazowe, a jednej stałą rentę. Nic więc dziwnego, iż  w środowisku dawnych ofiar panowało przekonanie o bezsensowności składania wniosków o świadczenia.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika katarzyna.tarnawska

    katarzyna.tarnawska
    Ottona Schimka, którego 19-letnie życie przerwał wyrok niemieckiego sądu wojskowego "za dezercję" albo też za odmowę strzelania do cywilów w Jugosławii i w Polsce.
    Nie wiem, jak zakończył się rozpoczęty proces beatyfikacyjny tego nastolatka, nie mniej - on też czynnie sprzeciwił się niemieckiej "machinie wojennej".
    Ciekawi mnie natomiast, dlaczego w Polsce, podczas dyskusji na temat postawy Schimka - znależli się obrońcy niemieckiej doktryny wojennej, zgodnie z którą odmowa wykonania rozkazu, nawet zbrodniczego, miała być dowodem zdrady własnego kraju.
    A całkiem nawiasem - tylko na takim podwłanym można polegać, który potrafi odmówić wykonania rozkazu. Cóż - w Niemczech nie istniało wielu takich, na których można było polegać.

     
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Niemieckie pieniądze potrafią zmienić wielu, nie tylko w PO.

    Miałem kolęgę na studiach, który był normalnie myślącym młodym historykiem. Potem jednak został stypendystą niemieckiej fundacji, a następnie pracownikiem niemieckiego instytutu w Warszawie. Teraz omija wszelkie niewygodne dla Niemców tematy historyczne. Autocenzura jak za komuny.

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Łukaszek wraz ze swoim tatą stali na przystanku tramwajowym - tak wypadło, że musieli jechać tramwajem - gdy tuż na ich oczach zdarzył się straszliwy wypadek.
    Nagle na ulicę, pomiędzy pędzące auta wjechał rowerzysta. Jedno z aut, aby go nie przejechać, ostro skręciło, uderzyło w krawężnik, odbiło się w drugą stronę i wpadło na chodnik. A tam potrąciło jakąś starszą panią i zakończyło rajd na latarni. Rowerzysta zaś, również uderzył w krawężnik i przewrócił się na chodnik, tylko że po drugiej stronie jezdni. Leżał teraz na plecach obok swojego pojazdu i mrugał oczami.
    - Wyczuwam woń alkoholu od pana - powiedział jeden z gapiów. - Bardzo mocno.
    - A ja bardzo proszę nie wyczuwać - odpowiedział powoli rowerzysta i podniósł się z wysiłkiem. - Zamiast tego zalecam posłuchać śpiewu ptaków. Tak ładnie ćwierkają.
    Tłum zafalował groźnie. Ale rowerzysta niczym się nie przejął.
    - Proszę państwa, jestem w ostrym stresie i nie wiem co robię - oznajmił leniwie. - I, tego, w szoku też jestem.
    Po czym po kazał legitymację.
    - Poselska - odczytał z niechęcią ktoś stojący bliżej.
    I okazało się, że jest to poseł Sterciszek-Franczewski.
    Poseł zygzakiem przeszedł przez jezdnię na miejsce wypadku o mało nie powodując kolejnej kraksy.
    - Co się stało w ten piękny poranek? - zapytał łagodnie i lekko bełkotliwie.
    Pani potrącona nadal leżała na chodniku - miała złamaną nogę. Kierowca samochodu patrzył na przód swojego pojazdu, który był ładnie spasowany z latarnią i rwał sobie włosy z głowy.
    - Co pan narobił! Jeździ pan po pijaku! Takie zniszczenia! Mógł pan kogoś zabić! - krzyczeli na zmianę kierowca auta i pani potrącona.
    - Wypraszam sobie - uniósł się poseł. - Nie jechał popi... pipo... pijo...pa pij... No, tego, jechałem trzeźwy.
    - To niech pan chuchnie - żądał gorączkowo kierowca.
    - Ale ja jestem posłem - poseł uniósł palec w górę. - Mnie prawo nie dotyczy. Mogę robić co chcę, gdzie chcę, kiedy chcę i komu chcę.
    - No tak, poseł - zaszemrał tłum.
    - Ale właśnie do mnie coś dotarło - rzekł poseł z wysiłkiem i ponieważ miła problemy z utrzymaniem pionu, usiadł obok rozbitego pojazdu. - Ja teraz zrozumiałem, że zrobiłem źle. I w związku z tym ja państwa głęboko i szczerze przepraszam.
    Tłum spojrzał na posła rozanielony.
    - Za co pan przeprasza? - nie wytrzymał tata Łukaszka.
    - Za nieostrożną jazdę mojego roweru - wyjaśnił poseł.
    - A za jazdę pod wpływem? - spytał Łukaszek, ale poseł nie odpowiedział na to, tylko ogłosił:
    - Dodatkowo wpłacam pięć euro na Fundację Pomocy Poszkodowanym Przez Sąsiadów Wiercących Wiertarką W Bloku W Niedzielę Po Południu!
    - To więcej niżby sąd zasądził! - zawołał ktoś.
    I zerwała się burza oklasków.
    - Przeprosił! Przeprosił! - łkał uradowany kierowy klepiąc zmasakrowany przód swojego samochodu. - Ma mój szacunek! Co to za człowiek! Od razu jest mi lepiej!
    - Mnie też jest od razu lepiej! - pani poszkodowana usiadła i uniosła się na tyle, na ile jej pozwalała złamana noga. - Jak ten młody człowiek mi się podoba! Może i spowodował wypadek, ale to nic! Powiem więcej, ja wolę takiego posła od Karosława-Jaczyńskiego, który siedzi w domu i niszczy cały kraj i odziera wszystkich Polaków z godności!
    - To ja już pójdę - poseł wstał przytrzymując się latarni. - Muszę do domu. Dzisiaj jeszcze mam posiedzenie komisji do spraw bezpieczeństwa ruchu drogowego. Sto lat i do widzenia - uścisnął dłonie obojga poszkodowanych po czym oddalił się pieszo, a szedł tak, jakby walczył z ostrym wiatrem.
    - Rower! Zostawił pan rower! - wołali jeszcze za nim ludzie, ale poseł już nie słyszał. Luzie zresztą szybko zajęli się rozmową między sobą, że jednak jest poseł, który ma u nich szacunek. Przeprosił.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dopiero w latach 80. zaczęto doceniać w RFN  niemieckich przeciwników Hitlera.
     

          Po wojnie dysydenci III Rzeszy znaleźli się w Niemczech w bardzo trudnej sytuacji. Nie byli  specjalnie akceptowani ani przez władze alianckie, ani przez nowe elity wywodzące się w pierwszych latach najczęściej ze środowisk politycznych Republiki Weimarskiej.
     
     
           Dobrym przykładem  był sposób, w jaki potraktowani zostali dawni przeciwnicy reżimu przez gremium doradcze przy komendancie brytyjskiej strefy okupacyjnej. Zwrócili się do niego w 1946 roku z prośbą o polityczne wsparcie. Jego przewodniczący Konrad Adenauer odrzucił ich podanie, wskazując, że „większość dysydentów początkowo sympatyzowała z faszystami i dopiero, kiedy zrozumieli, że wojna jest przegrana, postanowili wystąpić przeciwko Hitlerowi”.
     
     
            Kierowana przez Adenauera CDU również w następnych latach konsekwentnie występowała przeciwko środowiskom byłych dysydentów III Rzeszy.
     
     
            W tej debacie  ważne znaczenie miał proces przeciwko Walterowi Huppenkothenowi, wysokiemu  oficerowi Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, kierownikowi grupy dochodzeniowej prowadzącej śledztwo w sprawie zamachu z 20 lipca 1944 roku.  Zarzucano mu przeprowadzenie pozorowanego procesu i tym samym oskarżono o zamordowanie czołowych dysydentów III Rzeszy.
     
     
           W czerwcu 1956 roku został ostatecznie uniewinniony wyrokiem Federalnego Trybunału Sprawiedliwości, który uznał, że  w sytuacji, kiedy państwo znajduje się w stanie poważnego zagrożenia swojego bytu, może ono zalegalizować skrócone procedury przewodów sądowych.
     
     
           Federalny Trybunał Sprawiedliwości tym wyrokiem usankcjonował wszystkie kary wydane na dysydentach III Rzeszy. Uznano bowiem, że w sytuacji zagrożenia likwidacji państwa wyroki śmierci nałożone na zdrajców były legalne i uzasadnione. W ten sposób eksterminacja dysydentów III Rzeszy otrzymała w Republice Federalnej nowe ramy prawne i została powtórnie zalegalizowana.
     

           Świadomość istnienia środowisk opozycyjnych wobec rządów Hitlera  musiała być bardzo nieprzyjemna dla wszystkich, którzy usprawiedliwiali swój udział w zbrodniach reżimu niemożliwością działania opozycji. Unikano zatem porównań własnych postaw z działaniami dysydentów i konsekwentnie w tej kwestii milczano.
     
     
             Po wojnie znaczna część Niemców zarzucała uczestnikom zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 roku, iż na skutek ich zdrady doszło do szybszego załamania frontu zachodniego. Przy różnych okazjach zarzucano im także tchórzostwo i nieudolność. Dysydentów związanych z ruchem 20 lipca pomawiano również o złamanie przysięgi wojskowej i odmowę posłuszeństwa, co wówczas uchodziło za czyny wyjątkowo haniebne. Wyrazicielem społecznych nastrojów był niewątpliwie admirał Max Bastian, który we wspomnieniach podkreślił, iż  „zamach stanu z 20 lipca 1944 roku był zdradą państwa, podważał fundamenty wierności i wiary w naszą narodową wspólnotę. Była to zbrodnia, dla której w zdrowym społecznym odczuciu nigdy nie będzie wyjaśnienia, czy tym bardziej usprawiedliwienia”.
     
     
            W czerwcu 1951 roku próbę zamachu na Hitlera jednoznacznie potępiało 30% Niemców w RFN.  Pozytywnie o próbie zamachu stanu wypowiedziało się 49% respondentów.
     

          Dopiero 10. rocznica próby zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku przyniosła pewną zmianę.  W prasie pojawiły się pierwsze artykuły o uczestnikach zamachu, a w 1955 roku przemianowano ulicę Bendlera w Berlinie na ulicę Stauffenberga. W latach 1955–1964 bojownikom związanym z ruchem 20 lipca 1944 roku zbudowano też kilka pomników.
     
     
           Najważniejsze znaczenie miało przemówienie prezydenta Teodora Heussa, wygłoszone 19 lipca 1954  roku na Uniwersytecie w Berlinie. W niemieckiej świadomości historycznej miało ono rewolucyjny charakter, ponieważ prezydent publicznie uznał dysydentów za bohaterów narodowych
     
     
            Dla niemieckich elit politycznych antyhitlerowski ruch oporu stał się, propagandowym dowodem, że nie wszyscy Niemcy uczestniczyli w zbrodniach.  Odwołanie się do Oporu związanego z zamachem stanu z 20 lipca 1944 roku dobrze wpisywało się w nowy model ustrojowy Niemiec, którego ważnym elementem było przypisanie elitom szczególnej roli w państwie.
     
     
            W przemówieniach polityków coraz częściej pojawiały się  nawiązania do tradycji zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku. W większości z nich konsekwentnie podkreślano, że w próbie zamachu stanu udział wzięli przedstawiciele różnych grup. Wskazywano również, że w przygotowaniach do zamachu uczestniczyli najlepsi i najszlachetniejsi przedstawiciele narodu.
     
     
           Jednocześnie jednak starano się nie drażnić i nie obrażać dawnych elit urzędniczych, sądowniczych i wojskowych, którym  udało się na powrót zdobyć wpływowe stanowiska w nowej powojennej rzeczywistości.
     

           Charakterystyczne było, iż honorowano nieomal wyłącznie dysydentów związanych z próbą zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku. Zaakceptowanie innych grup dysydentów napotykało ciągle opory. Społeczeństwo niemieckie w dalszym ciągu potępiało wszelkie formy sprzeciwu wobec reżimu, którego mieli się dopuścić zwykli ludzie.
     
     
           Ignorowano również istnienie środowisk młodzieżowych, które oparły się propagandzie III Rzeszy i aktywnie występowały przeciw reżimowi. W publicystyce lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych okresu powojennego dominowały także poglądy dyskryminujące całą generację pokolenia dorastającego w latach 1933–1945. Uparcie powtarzano pogląd, że w pełni uległo ono propagandzie hitlerowskiej i stało się nośnikiem ideologii reżimu.
     
     
           Podobnie traktowano emigrantów z III Rzeszy, nie chcąc  zaakceptować działalności opozycyjnej prowadzonej za granicą przeciwko reżimowi hitlerowskiemu, a tym bardziej jej uhonorować. W przekonaniu większości środowisk jakakolwiek forma współpracy z aliantami zachodnimi była zdradą narodu niemieckiego.
     
     
            Bundeswehra przyznała się oficjalnie do oficerów związanych z próbą zamachu stanu dopiero 20 lipca 1959 roku. Wówczas to generalny inspektor Bundeswehry Adolf Heusinger nazwał to wydarzenie świetlanym momentem w historii Niemiec. Dwa lata później pięć kompleksów koszarowych Bundeswehry otrzymało imiona liderów opozycji antyhitlerowskiej – Erwina Rommla, Clausa von Stauffenberga, Henninga von Tresckowa, Alfreda Delpa i Juliusa Lebera.
     

          Wielu oficerów Bundeswehry nie akceptowało zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku.  Niechętny stosunek do zamachu potwierdzały badania sondażowe, przeprowadzone wśród zawodowych żołnierzy w latach sześćdziesiątych. Przynajmniej 59% żołnierzy wyrażało się negatywnie o dysydentach związanych z zamachem stanu z 20 lipca 1944 roku, pozytywny stosunek do tego wydarzenia miało tylko 33% żołnierzy.
     
     
             Dzień 20 lipca 1944 roku nigdy też nie stał się w Niemczech urzędowym świętem narodowym. W gruncie rzeczy dopiero w latach osiemdziesiątych próbę zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku zaakceptowano jako element historii Niemiec, który może napawać dumą.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    S. Fikus - Trudny spadek dysydentów III Rzeszy w Republice Federalnej Niemiec
     
    E. Cziomer -  Historia Niemiec współczesnych 1945–2005
     
    A. Wolff-Powęska  -  Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945–2010)
     
    W. Pięciak -  Niemiecka pamięć. Współczesne spory w Niemczech o miejsce III Rzeszy w historii, polityce i tożsamości (1989–2001)
     
    Ofiary czy współwinni. Nazizm i sowietyzm w świadomości historycznej
     
     
     
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niemieccy przeciwnicy Hitlera byli nadal dyskryminowani w RFN.
     

         Okupacyjna administracja aliancka w Niemczech początkowo prowadziła politykę wspierania i protegowania dawnych przeciwników reżimu. Na jej polecenie często usuwano z mieszkań dawnych aktywistów NSDAP i ich rodziny. Prawa własności przenoszono na osoby wcześniej prześladowane przez reżim hitlerowski.
     
     
          Zdeklarowani naziści usuwani byli ze swoich stanowisk i na polecenie aliantów przyjmowano na ich miejsce osoby wcześniej represjonowane. Przydzielano im na preferencyjnych warunkach mieszkania, atrakcyjne miejsca pracy, przyznawano dodatkowe urlopy na podratowanie zdrowia. Budziło to powszechne oburzenie, tym bardziej że dawnych więźniów obozów koncentracyjnych uważano często za narodowych zdrajców.
     
     
         Z czasem gotowość do wspierania dawnych przeciwników reżimu przez władze alianckie osłabła, ale niechęć społeczeństwa niemieckiego do nich pozostała. Ze względu na narastającą krytykę tych specjalnych regulacji na korzyść poszkodowanych były one krok po kroku uchylane.
     
     
          Począwszy od połowy 1947 roku, naziści zaczęli się domagać zwrotu swoich majątków, które wcześniej zostały im odebrane przez władze alianckie.
     
     
         Sprawa ta stała się na przykład tematem dyskusji w bawarskim parlamencie krajowym 16 grudnia 1948 roku. Ówczesny bawarski minister finansów Friederich Zietsch zwracał uwagę, że dawni prześladowani usuwani są z mieszkań, które zostały im wcześniej przydzielone. Lokale te miały być zwracane ich dawnym właścicielom, wcześniejszym aktywistom reżimu hitlerowskiego.
     
     
         Podobnie działo się na rynku pracy. Okazało się, że proces denazyfikacji nie tylko nie doprowadził do usunięcia środowisk nazistowskich z życia zawodowego, lecz je umocniły. Dawni zwolennicy reżimu na skutek różnych powszechnie tolerowanych i akceptowanych manipulacji otrzymywali dokumenty potwierdzające ich polityczną rehabilitację. Dawało im to legitymację do pełnoprawnego powrotu do życia społecznego i zawodowego.
     
     
         Żądanie wsparcia dla dawnych prześladowanych spotykały się jednak ze sprzeciwem znacznej liczby posłów, uznających za priorytet integrację dawnych aktywistów reżimu hitlerowskiego w struktury nowego państwa
     
     
         Tym samym dawni naziści stali się  silną konkurencję dla osób niegdyś prześladowanych, a później zaangażowanych przez aliantów. Ponieważ tworzyli skuteczne grupy nacisku, ich działania odnosiły pożądany skutek. Najbardziej zagorzali naziści otrzymywali znowu swoje wysokie stanowiska, a dysydenci spychani byli do zadań poniżej ich kwalifikacji lub pozostawali całkowicie bezrobotni. Na przykład w Bawarii dawni członkowie NSDAP odzyskali swoje poprzednie stanowiska w 98%.
     
     
         Przeciwko praktykom dodatkowych świadczeń na rzecz dawnych dysydentów sprzeciwili się również prywatni przedsiębiorcy. Starali się – pod pretekstem unikania podziałów wśród załogi - odmawiać im praw do dodatkowych świadczeń i urlopów.
     
     
         Rzeczywistymi przegranymi powojennych przemian stali się również dawni członkowie komisji weryfikacyjnych, którzy byli postrzegani jako zdyskredytowana społecznie grupa kolaborantów. Po zakończeniu pracy w komisjach weryfikacyjnych nie mogli znaleźć pracy.   I tak w 1950 roku koło 66% dawnych członków Izb Orzekających pozostawało ciągle bez pracy.
     

         Osoby skazane za działalność polityczną uchodziły po 1945 roku w dalszym ciągu za element kryminalny. W ten sposób nowa władza ponownie skazywała dawnych przeciwników reżimu hitlerowskiego na społeczny ostracyzm i eliminację. Okazywano im pogardę i brak zrozumienia. Szykanowano również rodziny pomordowanych dysydentów jako krewnych osób okrytych hańbą.
     
     
         Za przykład może posłużyć także los opozycjonistów zaangażowanych w różne młodzieżowe organizacje o orientacji antyhitlerowskiej. Urzędy i sądy socjalne konsekwentnie odmawiały im jakichkolwiek odszkodowań za represje stosowane przez aparat terroru III Rzeszy. Prawnicy celowo traktowali opozycyjne środowiska młodzieżowe jako zdemoralizowane i zwyrodniałe.
     
     
          W podobnej sytuacji znajdowały się ofiary sądownictwa wojskowego. Więźniowie obozów karnych w Emsland, jednostek karnych i więzień Wehrmachtu byli w dalszym ciągu postrzegani jako kryminaliści.
     
     
         W związku z tym nikt dobrowolnie nie przyznawał się do wojennej przeszłości przed swoimi kolegami z pracy ani nawet własnymi dziećmi. Nałożone przez hitlerowskie sądy wyroki były przeszkodą nie tylko w otrzymaniu bardziej atrakcyjnej pracy, ale nawet elementarnych świadczeń socjalnych.
     
     
          Szczególnym dramatem dotknięte były rodziny osób skazanych na karę śmierci za zdradę wojny. Z tego paragrafu skazywano najczęściej za czyny o jednoznacznie politycznym charakterze lub za takie, które były wyrazem postaw nonkonformistycznych.  Z tego powodu skazywano np. żołnierzy krytycznie wyrażających się o sposobie prowadzenia wojny czy na temat reżimu hitlerowskiego.
     
     
          Po wojnie czyny te uchodziły za niepodważalne zbrodnie, choć rodziny pomordowanych podejmowały często wysiłki na rzecz przywrócenia godności żołnierzom skazanym za zdradę wojny. Najczęściej starania o rehabilitację w sądach i prokuraturach kończyły się niepowodzeniem.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Rehabilitację przedstawicieli dawnych środowisk hitlerowskich niewątpliwie ułatwiła zimna wojna
     
     
          Wysoki komisarz USA w Niemczech, John Jay McCloy, w rozmowach z Adenauerem wielokrotnie wyrażał swoje niezadowolenie z powrotu wielu osób z kierownictwa reżimu hitlerowskiego na najbardziej eksponowane stanowiska w RFN. W odpowiedzi Adenauer wskazywał na względy pragmatyczne oraz konieczność reagowania na nastroje społeczne. Przekonywał również, że Niemców powinno się oceniać po ich sukcesach ekonomicznych, a nie przez pryzmat przeszłości.
     
     
         Adenauerowi udało się ostatecznie przekonać znanego ze swojej niechęci do hitleryzmu McCloya, podkreślając, że marginalizacja dawnych środowisk nazistowskich mogłaby doprowadzić do wzrostu znaczenia organizacji ekstremistycznych a tym samym stanowić  zagrożenie dla demokracji w Niemczech. Pod wpływem tej argumentacji rząd USA postanowił, że będzie reagował na decyzje personalne w administracji Republiki Federalnej tylko w najbardziej drastycznych przypadkach.
     
     
          Przeprowadzone w 1952 roku przez  Instytut Allensbacha badania opinii publicznej wykazały, że jedna trzecia społeczeństwa ówczesnej Republiki Federalnej ciągle jeszcze miała dobre zdanie o Hitlerze, a aż 10% uważało go za największego polityka stulecia, którego wielkość dopiero z czasem zostanie doceniona. 22% wyrażało pogląd, że Hitler popełnił kilka poważnych błędów, ale był doskonałym przywódcą państwa niemieckiego. Zamach na fuhrera za 20 lipca 1944 roku potępiało 33% respondentów.
     
     
         W tych warunkach politycy zabiegający o demokratyczne poparcie swoich wyborców nie mogli pozwolić sobie na zbyt radykalne oskarżenia pod adresem aktywistów dawnego reżimu. Ich krytyka oznaczałaby utratę głosów wszystkich, którzy z nazizmem jeszcze ciągle się identyfikowali. Mechanizm ten determinował zachowania elit politycznych na długie lata.
     
     
         Jednocześnie dążenie do dobrobytu stało się od początku lat pięćdziesiątych nową ideologią narodową. Bez pełnego, autentycznego zaangażowania elit funkcyjnych jej sukces byłby niemożliwy. Był on dziełem sprawnie funkcjonującego aparatu urzędniczego i skutecznego sterowania procesami ekonomicznymi. Z kolei sukces ekonomiczny był istotnym warunkiem trwałości systemu politycznego wprowadzonego przez Konrada Adenauera. Dzięki tej polityce udało się uchronić, przynajmniej przez prawie dwadzieścia lat, Republikę Federalną od poważniejszych wstrząsów politycznych i uczynić z niej potęgę gospodarczą.
     
     
         Największym beneficjentem tego procesu stały się elity urzędnicze z okresu II Rzeszy, które  tak silnie usadowiły się na wszystkich szczeblach administracji, sądownictwa, szkolnictwa i gospodarki, że ich obecność stała się niepodważalna przez kolejne dziesiątki lat.
     
     
         Nieprzypadkowy w policji zachodnioniemieckiej był nieproporcjonalnie wysoki procent funkcjonariuszy hitlerowskiego aparatu terroru.  Swoją przynależność do SS funkcjonariusze tłumaczyli połączeniem, z urzędu, policji kryminalnej z gestapo, co automatycznie oznaczało obowiązek wstąpienia do tej organizacji.
     
     
         Dzięki tym mechanizmom przynajmniej 4000 dawnych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa SS i gestapo znalazło również pracę w nowej policji kryminalnej. Zarówno oni, jak i ich koledzy z policji w większości zdobywali swoje pierwsze zawodowe doświadczenia w hitlerowskich strukturach. Tam też nauczyli się sposobu obchodzenia z przesłuchiwanymi i procedur dochodzeniowych. Należeli w większości do pokolenia, które ze szczególną gorliwością służyło interesom III Rzeszy.
     
     
         Szczególne znaczenie miała obecność sędziów skompromitowanych wysługiwaniem się III Rzeszy w sądownictwie RFN.
     
     
          Należy zgodzić się z oceną Heriberta Prantl,  iż sędziowie hitlerowscy odpruli sobie po prostu swastyki z tog i uprawiali swój zawód dalej, jakby się nic nie stało. (…). Upadek reżimu był dniem wyzwolenia ze starych symboli i brązowych ubrań. Denazyfikacja oznaczała jedynie spalenie dawnej książeczki partyjnej i niezobowiązujące oświadczenie, że było się zawsze demokratą. Zbrodniarze przyznali się do politycznej pomyłki, a szeregowi członkowie partii ogłosili się ofiarami III Rzeszy”.
     
     
          Dotyczyło to nawet sędziów Trybunału Ludowego, kierowanego przez Rolanda Freislera. Do kompetencji tej izby należało wydawanie wyroków za przestępstwa polityczne. To sędziowie Trybunału Ludowego wymordowali działaczy monachijskiej Białej Róży, dysydentów z Krzyżowej i uczestników zamachu stanu z 20 lipca 1944 roku. Trybunał łącznie wydał  5191 politycznych wyroków śmierci.
     
     
         W procesie prominentnego sędziego tego trybunału Hansa Joachima Rehse, udowodniono mu udział  w 231 procesach politycznych, w których zapadły wyroki śmierci. Jednak  Federalny Trybunał Sprawiedliwości uniewinnił go, uznając że Trybunał Ludowy był normalną, legalną instytucją sądowniczą, choć wiadomo był wtedy powszechnie, że jego sędziowie akceptowali wolę Adolfa Hitlera jako jedyne suwerenne źródło prawa, nawet jeżeli była sprzeczna z wszystkimi ogólnie przyjętymi normami.
     
     
         W tej interpretacji nawet Roland Freisler musiałby zostać zrehabilitowany. Poruszał się bowiem w ramach obowiązującego wówczas prawa i stosował je zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami. W tym sensie jego wyroki były słuszne i właściwe.
     
     
          Z chwilą stwierdzenia legalności systemu sądowniczego III Rzeszy nie można było również pociągnąć do odpowiedzialności sędziów, którzy ferowali wyroki zgodne z ówczesnym prawem. Zatem musiały być one respektowane przez Republikę Federalną, która uważała się za kontynuatorkę III Rzeszy.
     
     
         W konsekwencji żaden zawodowy sędzia III Rzeszy nie został prawomocnie skazany przez sądy RFN.  Jednocześnie środowisko sędziowskie było niezwykle wrażliwe na wszelką krytykę wydanych wyroków.  Próby takie dyskredytowano argumentacją, że podobne praktyki wpływania na kształt wyroków miały już miejsce w III Rzeszy. I przypominano wtedy politykom, że ingerencja w niezawisłe wyroki podważa fundamenty demokratycznego państwa. Przy każdej okazji podkreślano też apolityczny charakter elit prawniczych.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    S. Fikus - Trudny spadek dysydentów III Rzeszy w Republice Federalnej Niemiec
     
    E. Cziomer -  Historia Niemiec współczesnych 1945–2005
     
    A. Wolff-Powęska  -  Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945–2010)
     
    W. Pięciak -  Niemiecka pamięć. Współczesne spory w Niemczech o miejsce III Rzeszy w historii, polityce i tożsamości (1989–2001)
     
    Ofiary czy współwinni. Nazizm i sowietyzm w świadomości historycznej
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Do czego mnie tu staracie się przekonać? Jakie tezy stawiacie? Że ostatnie posunięcia pancerne PiSu, czyli ministra Błaszczaka to efekt przemyślanego planu w dodatku długofalowego? Przypominam: T-72 poszły na Ukrainę, ich modernizacja minimalna za ok 2 miliardy okazała się bardzo sensowną w zaistniałej sytuacji. A ile było o nią kwiku że bezsensowna. PT 91 Twardy na razie są jeszcze u nas ale może pójdą też na Ukrainę. Nadają się te typy do wycofania bo ich czas już minął. Przypomnę wałek z zakładami Wola produkującymi silniki do nich. Otóż zakład poszedł na deweloperkę, odlewy silników zostały zniszczone, ponoć nie da się tego przenieść. Przy okazji zginęła dokumentacja techniczna i straciliśmy zdolność produkcji silników do T-72 i pokrewnych. Był jeszcze jeden zakład w Serbii ale padł. A czołgów tej rodziny na świecie jest ze 20 000 jeszcze i było tu pole do produkcji i zysków. Obecnie tylko w Rosji mają możliwość produkcji silników do tych czołgów więc utrzymanie tego w linii jest wątpliwe. Za czyich rządów zajechali Wolę?

    Za nie mają wejść koreańskie czołgi K2, które mają być modernizowane, tj zaplanowane jest kilka wersji rozwojowych coraz lepszych. Przewidziana jest ich polonizacja, czyli przeniesienie zdolności produkcyjnych do nas. Uzasadnienie ich jest takie: Niemcy nie mają mocy produkcyjnych po pierwsze i wystarczające. Po drugie są tu różne anse polityczne. USA podobnie może mieć problemy z produkcją czołgów dla nas. Po dostarczeniu 250 zakupionych sztuk rzecz jasna. Żeby mi ktoś nie wywodził, że nie dostaniemy ich bo dostaniemy. Dodatkowo 250-300 używek. Leopardy otrzymują zaś status czołgów schodzących. Będą one modernizowane i utrzymane w linii jeszcze długo, ale nowych nie będzie. K2 po zapełnieniu luki po PT-91 i T-72 zaczną zastępować najbardziej zużyte Leopardy i Abramsy. Jest to plan długofalowy co mnie zaskakuje i ja to nie wierzę.

    W kategorii bewupów na szczęście jest kilka znaków zapytania. Nie wiadomo oficjalnie czy koreańskie maszyny będą polonizowane, czyli czy będzie przeniesiona produkcja do kraju? Rosomaki otrzymują nieoczekiwanie status typu schodzącego z przyczyn o których mówią rozmaicie: a to nie ma części do produkcji Rosomaka a jego następca jest droższy o 40% czyli za 2 Rosomaki możemy mieć 3 koreańskie maszyny. Patria nie chce się godzić na produkcję Rosomaka z naszą wieżą. Jakieś takie anse. A Korea się godzi. Mamy bardzo dobre doświadczenia współpracy z Koreańczykami przy okazji podwozia do Kraba, a Kraby miażdżą obecnie ruskich pod Siewierodonieckiem. Nie jest jasne natomiast czy będą 2 typy gąsienicowych BWP: nasz Borsuk i Koreańczyk. Po co nam tyle typów?

    image

     

    Wypasiony bewup oprócz działka czy nawet armaty powinien mieć rakiety przeciwpancerne i tu też jest jakiś problem z montowaniem ich na Rosomaku. Dalej: moździerze Rak na kołowym podwoziu są?

    II

    Zdolności przemysłu naszego są niejasne i raczej są duże. Zawsze problemem była raczej skala zamówień. Czyli raczej był on zagładzany niż nie wyrabiał się. Co będzie gdy dwudziestoletnie plany produkcyjne wykona on w 5 lat? Czym będzie się zajmował przez 15 lat? Zakładam, że ma być tysiąc czołgów i ponad tysiąc BWP na gąsienicach i tysiąc BWP na kołach. Ile z tego jesteśmy w stanie wykonać w 5 lat? Dostaliśmy na razie 2 kompanie szkolne Abramsów do szkolenia. Borsuk w testach, itp. Zobaczymy czy nie wjedzie syndrom krótkiej kołdry i się wszystko nie posypie. Potrzebujemy zresztą też np. stu tysięcy karabinków Grot extra.

    image

     

    III

    Po tym podsumowaniu przejdźmy do refleksji nad wizytą prezydenta Francji Macrona wraz z kanclerzem RFN Scholtzem, premierem Włoch Mario Draghim i prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem. Totalni przedstawiają nieobecność naszych jako klęskę i elektorat ichniejszy im wierzy. My mamy z nich bekę ale pora uchwycić na piśmie wynurzenia Ziemkiewicza który opracował koncepcję pacynek. Koncepcja kukiełek to jest: oni muszą się czuć kukiełkami i być na doczepę. Być przyklejeni do kogoś. Kiedyś to był ZSRS a teraz tamci. Nie mieści się im w głowie że samodzielne działania można prowadzić. Np. Prezydent Duda był

    w Portugalii i Włoszech przekonywać te kraje do poparcia szybkiej ścieżki akcesji Ukrainy. I pojechał nie oglądając się na nikogo i nie będąc doczepą. Ale i tak nie będę na niego głosować.

    https://www.gov.pl/web/portugalia/prezydent-andrzej-duda-z-wizyta-w-portugalii

    A tu CEP Kowal kwilił na tłiterze:

    https://twitter.com/pawelkowalpl/status/1537461094578634754

    Delegacja ta reprezentowała stanowisko Rosji i przedstawiła postulaty takie, żeby Ukraina przestała się wygłupiać i się poddała. Ale ponieważ prezydent Zełeński nie wymiękł to oni musieli wymięknąć i na tym skończyła się ta wizyta. Następnego dnia do Kijowa wparował premier Anglii Johnson aby dowiedzieć się czym grozili Ukrainie i zaoferować konkretną pomoc. Ponoć mają szkolić 2 brygady miesięcznie. Generalnie mamy rozdźwięk w UE i blok wschodni zachowuje się inaczej niż zachodni. Mamy wsparcie Anglii i USA i oprócz kwestii czysto ludzkich nie możemy sobie pozwolić na upadek Ukrainy.

    image

     

    Tymczasem w DoRzeczy ma się ukazać artykuł o przegrywaniu ukraińskim. Jak Ukraina ma przegrywać skoro wygrywa? Powstał obecnie naród ukraiński, który kształtuje się wokół oporu antybolszewickiego. Myśmy się kształtowali w X i XI wieku wokół oporu wobec Niemiec a oni teraz. Niepodległość, suwerenność, narodowy byt wymagają ofiar, wyrzeczeń i działań co obserwujemy. Owszem, są zniszczenia ale jak będzie nowy plan Marshalla to się odbuduje. Cele rosyjskie są coraz bardziej ograniczone i Ukraińcy przechodzą do przeciwuderzeń. W sierpniu może pójść już konkretna kontrofensywa. Trzeba wytrzymać mimo tego że jest ciężko.

    IV

    Wspominany Jutuber Jarosław Wolski wsypał UE niechcący (rekapitulacja). Otóż stwierdził on, że takiej operacji jak inwazja na Ukrainę nie da się ukryć i na półtorej roku wcześniej było wiadomo, że coś się szykuje. Pisiory w tym czasie modernizowały T-72 za 2 miliardy złotych co budziło sprzeciw. Że niby bez sensu ta modernizacja bo wartość bojowa stosownie nie rośnie. Ale okazuje się że dla Ukraińców jest ona jak znalazł. Obłożyli se te czołgi pancerzem reaktywnym i będą walczyć nimi. Trzeba zrobić remanent poczynań różnych instytucyj przed agresją i wyjdzie, kto jest prorosyjski. Wyborcza kwiliła np. widząc Bayraktara. Pytali się: co ten Bayraktar będzie robił? No wiadomo że wykańczał ruskie czołgi. O tym też było.

    https://youtu.be/AjRuXSeS5Yk

     

    V Rozszerzenie NATO a Turcja

    Turcja kombinuje tu jak może i pisałem o tym. Mamy fazę negocjacji, jest ona pełna urągań oskarżeń itp. Ale jak się dogadają to się wszystko skończy. Turcy chcą f 35 np. Ostatecznie można ich załatwić argumentem że stworzymy nowy Pakt Zachodnio Atlantycki i wszystkie kraje przejdą do niego razem z Finlandią i Szwecją a w NATO zostanie sama Turcja. Więc niech nie przeciągają struny. Co wy na to?

    image

    I zdjęcie Kraba na Ukrainie https://twitter.com/MariuszCielma/status/1538397933674106880

     

     

    VI Ankieta

    Na koniec ankieta: jakie są oczekiwania co do wyniku wojny:

    1. Powrót do granic z 2013 roku.

    2. Granice z 2021 roku.

    3. Jak Ruszysty chcą Ukrainy to mają mieć i Ukraina do Rosji.

    4, Masaj.

    Wpisujcie się w komciach. 

    Na zdjęciu: pocałunek Judasza.

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Do czego mnie tu staracie się przekonać? Jakie tezy stawiacie? Że ostatnie posunięcia pancerne PiSu, czyli ministra Błaszczaka to efekt przemyślanego planu w dodatku długofalowego? Przypominam: T-72 poszły na Ukrainę, ich modernizacja minimalna za ok 2 miliardy okazała się bardzo sensowną w zaistniałej sytuacji. A ile było o nią kwiku że bezsensowna. PT 91 Twardy na razie są jeszcze u nas ale może pójdą też na Ukrainę. Nadają się te typy do wycofania bo ich czas już minął. Przypomnę wałek z zakładami Wola produkującymi silniki do nich. Otóż zakład poszedł na deweloperkę, odlewy silników zostały zniszczone, ponoć nie da się tego przenieść. Przy okazji zginęła dokumentacja techniczna i straciliśmy zdolność produkcji silników do T-72 i pokrewnych. Był jeszcze jeden zakład w Serbii ale padł. A czołgów tej rodziny na świecie jest ze 20 000 jeszcze i było tu pole do produkcji i zysków. Obecnie tylko w Rosji mają możliwość produkcji silników do tych czołgów więc utrzymanie tego w linii jest wątpliwe. Za czyich rządów zajechali Wolę?

    Za nie mają wejść koreańskie czołgi K2, które mają być modernizowane, tj zaplanowane jest kilka wersji rozwojowych coraz lepszych. Przewidziana jest ich polonizacja, czyli przeniesienie zdolności produkcyjnych do nas. Uzasadnienie ich jest takie: Niemcy nie mają mocy produkcyjnych po pierwsze i wystarczające. Po drugie są tu różne anse polityczne. USA podobnie może mieć problemy z produkcją czołgów dla nas. Po dostarczeniu 250 zakupionych sztuk rzecz jasna. Żeby mi ktoś nie wywodził, że nie dostaniemy ich bo dostaniemy. Dodatkowo 250-300 używek. Leopardy otrzymują zaś status czołgów schodzących. Będą one modernizowane i utrzymane w linii jeszcze długo, ale nowych nie będzie. K2 po zapełnieniu luki po PT-91 i T-72 zaczną zastępować najbardziej zużyte Leopardy i Abramsy. Jest to plan długofalowy co mnie zaskakuje i ja to nie wierzę.

    W kategorii bewupów na szczęście jest kilka znaków zapytania. Nie wiadomo oficjalnie czy koreańskie maszyny będą polonizowane, czyli czy będzie przeniesiona produkcja do kraju? Rosomaki otrzymują nieoczekiwanie status typu schodzącego z przyczyn o których mówią rozmaicie: a to nie ma części do produkcji Rosomaka a jego następca jest droższy o 40% czyli za 2 Rosomaki możemy mieć 3 koreańskie maszyny. Patria nie chce się godzić na produkcję Rosomaka z naszą wieżą. Jakieś takie anse. A Korea się godzi. Mamy bardzo dobre doświadczenia współpracy z Koreańczykami przy okazji podwozia do Kraba, a Kraby miażdżą obecnie ruskich pod Siewierodonieckiem. Nie jest jasne natomiast czy będą 2 typy gąsienicowych BWP: nasz Borsuk i Koreańczyk. Po co nam tyle typów?

    image

     

    Wypasiony bewup oprócz działka czy nawet armaty powinien mieć rakiety przeciwpancerne i tu też jest jakiś problem z montowaniem ich na Rosomaku. Dalej: moździerze Rak na kołowym podwoziu są?

    II

    Zdolności przemysłu naszego są niejasne i raczej są duże. Zawsze problemem była raczej skala zamówień. Czyli raczej był on zagładzany niż nie wyrabiał się. Co będzie gdy dwudziestoletnie plany produkcyjne wykona on w 5 lat? Czym będzie się zajmował przez 15 lat? Zakładam, że ma być tysiąc czołgów i ponad tysiąc BWP na gąsienicach i tysiąc BWP na kołach. Ile z tego jesteśmy w stanie wykonać w 5 lat? Dostaliśmy na razie 2 kompanie szkolne Abramsów do szkolenia. Borsuk w testach, itp. Zobaczymy czy nie wjedzie syndrom krótkiej kołdry i się wszystko nie posypie. Potrzebujemy zresztą też np. stu tysięcy karabinków Grot extra.

    image

     

    III

    Po tym podsumowaniu przejdźmy do refleksji nad wizytą prezydenta Francji Macrona wraz z kanclerzem RFN Scholtzem, premierem Włoch Mario Draghim i prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem. Totalni przedstawiają nieobecność naszych jako klęskę i elektorat ichniejszy im wierzy. My mamy z nich bekę ale pora uchwycić na piśmie wynurzenia Ziemkiewicza który opracował koncepcję pacynek. Koncepcja kukiełek to jest: oni muszą się czuć kukiełkami i być na doczepę. Być przyklejeni do kogoś. Kiedyś to był ZSRS a teraz tamci. Nie mieści się im w głowie że samodzielne działania można prowadzić. Np. Prezydent Duda był

    w Portugalii i Włoszech przekonywać te kraje do poparcia szybkiej ścieżki akcesji Ukrainy. I pojechał nie oglądając się na nikogo i nie będąc doczepą. Ale i tak nie będę na niego głosować.

    https://www.gov.pl/web/portugalia/prezydent-andrzej-duda-z-wizyta-w-portugalii

    A tu CEP Kowal kwilił na tłiterze:

    https://twitter.com/pawelkowalpl/status/1537461094578634754

    Delegacja ta reprezentowała stanowisko Rosji i przedstawiła postulaty takie, żeby Ukraina przestała się wygłupiać i się poddała. Ale ponieważ prezydent Zełeński nie wymiękł to oni musieli wymięknąć i na tym skończyła się ta wizyta. Następnego dnia do Kijowa wparował premier Anglii Johnson aby dowiedzieć się czym grozili Ukrainie i zaoferować konkretną pomoc. Ponoć mają szkolić 2 brygady miesięcznie. Generalnie mamy rozdźwięk w UE i blok wschodni zachowuje się inaczej niż zachodni. Mamy wsparcie Anglii i USA i oprócz kwestii czysto ludzkich nie możemy sobie pozwolić na upadek Ukrainy.

    image

     

    Tymczasem w DoRzeczy ma się ukazać artykuł o przegrywaniu ukraińskim. Jak Ukraina ma przegrywać skoro wygrywa? Powstał obecnie naród ukraiński, który kształtuje się wokół oporu antybolszewickiego. Myśmy się kształtowali w X i XI wieku wokół oporu wobec Niemiec a oni teraz. Niepodległość, suwerenność, narodowy byt wymagają ofiar, wyrzeczeń i działań co obserwujemy. Owszem, są zniszczenia ale jak będzie nowy plan Marshalla to się odbuduje. Cele rosyjskie są coraz bardziej ograniczone i Ukraińcy przechodzą do przeciwuderzeń. W sierpniu może pójść już konkretna kontrofensywa. Trzeba wytrzymać mimo tego że jest ciężko.

    IV

    Wspominany Jutuber Jarosław Wolski wsypał UE niechcący (rekapitulacja). Otóż stwierdził on, że takiej operacji jak inwazja na Ukrainę nie da się ukryć i na półtorej roku wcześniej było wiadomo, że coś się szykuje. Pisiory w tym czasie modernizowały T-72 za 2 miliardy złotych co budziło sprzeciw. Że niby bez sensu ta modernizacja bo wartość bojowa stosownie nie rośnie. Ale okazuje się że dla Ukraińców jest ona jak znalazł. Obłożyli se te czołgi pancerzem reaktywnym i będą walczyć nimi. Trzeba zrobić remanent poczynań różnych instytucyj przed agresją i wyjdzie, kto jest prorosyjski. Wyborcza kwiliła np. widząc Bayraktara. Pytali się: co ten Bayraktar będzie robił? No wiadomo że wykańczał ruskie czołgi. O tym też było.

    https://youtu.be/AjRuXSeS5Yk

     

    V Rozszerzenie NATO a Turcja

    Turcja kombinuje tu jak może i pisałem o tym. Mamy fazę negocjacji, jest ona pełna urągań oskarżeń itp. Ale jak się dogadają to się wszystko skończy. Turcy chcą f 35 np. Ostatecznie można ich załatwić argumentem że stworzymy nowy Pakt Zachodnio Atlantycki i wszystkie kraje przejdą do niego razem z Finlandią i Szwecją a w NATO zostanie sama Turcja. Więc niech nie przeciągają struny. Co wy na to?

    image

    I zdjęcie Kraba na Ukrainie https://twitter.com/MariuszCielma/status/1538397933674106880

     

     

    VI Ankieta

    Na koniec ankieta: jakie są oczekiwania co do wyniku wojny:

    1. Powrót do granic z 2013 roku.

    2. Granice z 2021 roku.

    3. Jak Ruszysty chcą Ukrainy to mają mieć i Ukraina do Rosji.

    4, Masaj.

    Wpisujcie się w komciach. 

    Na zdjęciu: pocałunek Judasza.

    5
    5 (2)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    Prawdą jest, że ilekroć post-endecy oskarżają post-piłsudczyków o „mesjanistyczne wypowiedzi i romantyczne zagrania”, tylekroć post-piłsudczycy z miejsca oskarżają ich o rosyjską agenturę. Wynika to z faktu, że typowi, rosyjscy agenci działają poprzez negatywne emocje i ustawianie przeciwnika w roli rzucającego się, wściekłego psa, moskalożercy. Emocjonalna reakcja w tym wypadku jest jednak nie na miejscu, gdyż udowadnia tezę endeków.

    Takie też emocje budzi ostatnia, internetowa wypowiedź prof. Marka Jana Chodakiewicza dla „Do Rzeczy”. I tu trzeba od razu powiedzieć, że Dmowski może był agentem moskwy, ale jego uczniowie już niekoniecznie. Są oni raczej ukąszeni przez tezy, które głosił. Nie trzeba być agentem moskwy, by rezonować to, co moskwa chce Polakom sprzedać jako ich własne przemyślenia i koncepcje. Od XIX wieku część dobrych Polaków powtarza (z wieloma modyfikacjami) te same wypracowania, które Dmowski w pocie czoła płodził i publikował. Nie zwracają oni jakby uwagi na to, że żadna z przepowiedni i przewidywań Romana się nie spełniła. Co więcej, że potrafił jedynie przeszkadzać większemu od siebie Tytanowi nie tylko czynu, lecz i pióra, bo teksty Wielkiego Marszałka czyta się do dziś z dużą przyjemnością.

    Przejdźmy jednak do wypowiedzi profesora Marka, punkt po punkcie. Po pierwsze, Profesor podejrzewa polski rząd o brak długofalowej strategii w relacjach z Ukrainą i moskowią. O „mesjanistyczne wypowiedzi i romantyczne zagrania”. Byłoby w tym nieco prawdy, bo od 2014 roku Polska nie udziela Ukrainie takiej pomocy, na jaką Ukraina zasługuje. Z drugiej jednak strony Ukraina żyła przez długi czas mitem „dobrych Niemiec”. Był to mur, w który trzeba było „walić głową”, a tymczasem rozpadł się w kilka tygodni jak domek z kart bez żadnej zasługi z naszej strony. To znaczy, zasługa jest – wspieramy Ukrainę czym się tylko da – ale przez poprzednie lata prawie nic nie robiliśmy w tej sprawie. Prawie nic – lub jednak coś. Powołanie Polsko-ukraińsko-litewskiej brygady im. ks. Ostrogskiego było jednak ważnym krokiem w kierunku sojuszu. Wielka w tym zasługa Antoniego Macierewicza. Prezydent z ministrem nigdy nie pałali do siebie nadmierną sympatią, ale to przecież Andrzej Duda zaproponował prezydentowi Zeleńskiemu wspólną polsko-ukraińską defiladę w Kijowie. Wydawać by się mogło, że jest to „mesjanistyczne” i „romantyczne”, a przecież Prezydent RP próbował w ten sposób nawiązać bezpośredni dialog z narodem ukraińskim, pokazać mu perspektywę wzajemnego sojuszu. Wtedy się nie udało, ale teraz wreszcie to zadziałało. Lepiej późno, niż wcale.

    Dalej, Profesor nazywa najazd moskiewski „ekspedycją karną”. W tym punkcie zacząłem mieć podejrzenia, że reprezentuje on po prostu stanowisko amerykańskich republikanów, jest niejako ambasadorem republikanów w Polsce. Imperia mają to do siebie, że tak w głębi ducha uznają podmiotowość tylko innych imperiów. Nazwanie zatem rosyjskiego najazdu „ekspedycją karną” wskazuje na to, że Profesor podziela ten punkt widzenia lub przynajmniej go odtwarza na użytek tych, którzy lubią mocne słowa.

    Chodakiewicz stwierdza zupełnie słusznie, że faktyczne osłabienie rosji może nastąpić „tylko w wyniku jej rozbicia na kilka państw”. Można to zrobić na dwa sposoby: „poprzez wspieranie ruchów odśrodkowych i regionalizmu, albo przez wojnę. A kto jest w stanie takową prowadzić po naszej stronie? Tylko USA. Ameryka jednak za bardzo się do tego nie pali. Bo kto chce wojny nuklearnej?”. Oczywiście nikt. W zasadzie jest to pytanie retoryczne, postawione w taki sposób, by dać tylko jedną odpowiedź. Tu jednak warto zauważyć, że PKB Polski z każdym rokiem zbliża się do PKB rosji. Jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę rozbijania rosji na mniejsze kawałki. Jesteśmy bogatym już krajem, to nie nędza z roku 1989. Dlaczego Profesor tego wątku nie ciągnie? Dlaczego straszy nas wojną atomową, jakbyśmy już sami się dostatecznie nie bali? Ryzyko wpisane jest w istnienie narodu i rządzenie krajem. Strach jest ludzki i naturalny, rozum nakazuje go przezwyciężać.

    Korzystając z autorytetu jaki daje dorobek naukowy, profesor autorytatywnie stwierdza: „Rosjanie zwykle dobrze się biją o swój kraj. Ponadto z historycznego punktu widzenia łatwiej przychodzi podbić ten obszar od wschodu. Wspomnijmy choćby najazd mongolski na Ruś”.

    No i tu właśnie zaczynają się schody, Profesorze! Bo prawda jest (na szczęście) zupełnie inna. Po pierwsze, moskwa to nie Ruś. Po drugie, rosjanie biją się o swój kraj bardzo kiepsko. Co innego ich kraj, ich struktura imperialna – to inny temat. Po trzecie, najazd mongolski był ostatnim najazdem ze wschodu w historii. Dobrze, po drodze była jeszcze wędrówka Kałmuków, którzy jednak nijak moskwie nie zagrażali, a szybko stali się jej sojusznikami. Rzeczywiście, zagrażali oni Rusi (w granicach Rzeczypospolitej), ale nie moskwie. Dzieje tego sojuszu rosyjsko-kałmuckiego skończyły się dla Kałmuków tragicznie (polecam zapoznać się z historią tego narodu). Od czasów mongolskich było tylko kilka przypadków, gdy moskwa była poważnie zagrożona i wszystkie one pochodziły z Zachodu i z Południa. Najazdy Chanatu Krymskiego, najazd Olgierda, potem dymitriady, rok 1812, wreszcie najazd Hitlera – to nie były zagrożenia ze wschodu!

    Dalej, zarzuca Chodakiewicz polskiemu rządowi, że niepotrzebnie wychodzi przed szereg, stając na czele koalicji antyrosyjskiej. Tu jest problem podstawowej natury: jaki jest cel polskiego rządu? Jaki jest cel istnienia Polski? Po co istniejemy? Dokąd zmierzamy? A może właśnie polski rząd czekał na tą okazję od dawna?

    Profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski zwrócił uwagę, że wojna przyśpieszyła pewne procesy umysłowe w środkowej Europie. Oczywiście nie myśmy tę wojnę wywołali i nie my napadliśmy sąsiada, ale napaść rosji na Ukrainę zmusiła wielu ludzi do podjęcia trudnych i odwlekanych latami decyzji. Zdawało się, że rosja jest niezwyciężona, a moskiewska agentura i trolle internetowe całymi latami podsycały to przekonanie. Cały region żył w nastroju cichego przygnębienia i oczekiwania na najgorsze. Aż najgorsze wreszcie przyszło i okazało się, że nie jest aż tak źle, jak to sobie wyobrażaliśmy, gdy podsuwano nam wizje moskiewskiej potęgi. Opór ukraińskiej armii i znakomita ukraińska propaganda wojenna doprowadziły do mobilizacji i konsolidacji krajów regionu. Polski rząd może wreszcie realizować swoją politykę dzięki pozornie nieracjonalnemu i „romantycznemu” męstwu Ukraińców.

    Polscy endecy mają zresztą wobec Ukraińców pewien poważny kompleks. Kompleks ten nie jest głośno wypowiadany, ale widoczny. Chodzi o to, że – no jak to? - myśmy powstanie warszawskie przegrali, a oni mieliby swoje powstanie wygrać? Ci „banderowcy”? Przecież to sprzeczne z całą naszą koncepcją „realizmu”… Ukraińcy są jakby wymarzonym wrogiem ideologicznym dla polskich endeków, bo robią wszystko na odwrót, niż „powinni”. Bo przecież powinni zgodzić się na rosyjski dyktat i siedzieć cicho. Źle im się żyło w skorumpowanym przez rosjan kraju? A w ogóle Janukowycz był „Polakiem”… i tak dalej.

    U źródeł endeckiego myślenia jest swego rodzaju kieszonkowy imperializm, to znaczy wiara w „rdzeń etniczny” państwa polskiego i „Kresy”. Rzecz w tym, że takie podejście skutecznie zniechęca sąsiadów do współdziałania z Polską, a o to przecież moskwie chodzi. Polsko-litewski spór o Wołyń, który wybuchł pod koniec panowania Jagiełły był jakby pierwszym ostrzeżeniem dla Polaków przed kieszonkowym imperializmem. Patrząc na historię unii polsko-litewskiej mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że była ona trwała dopóty, dopóki Polska działała na rzecz interesów litewskich. Wszelkie próby „wykolegowania” sąsiadów, dogadywania się z moskowią ponad ich głowami zawsze muszą się skończyć tragicznie. Bunt Chmielnickiego oraz zdrada w Kiejdanach to ewidentnie wynik promoskiewskiej polityki króla Władysława IV. Albo to kiedyś wreszcie zrozumiemy, albo będziemy stawać nieustająco w obliczu dysonansu między wyobrażeniami, a rzeczywistością. Tylko nie oskarżajcie potem Piłsudskiego o własne niepowodzenia!

    Oczywiście, gdy kieszonkowy imperializm nie wypali, możemy pogodzić się z rolą narodu wchłanianego przez moskali. Może życie pod butem nie jest w końcu aż takie złe. Będziemy sobie chodzić do kościoła, gdzie biskupi po cichu nominowani przez moskali będą wygaszać nasze aspiracje do wielkości. Publicyści ze wszystkich środowisk politycznych będą pisać w tym samym tonie, zniechęcając do wszelkiej aktywności. Lewica, prawica, centrum – wszystko jedno. Byleby Polak nigdy nie wyrósł ponad przeciętność i żył w świecie wspomnień o dawnej chwale, "cywilizacyjnej misji na wschód", puszył się husarią i pokornie stawał przed obliczem rosyjskiego stupajki. Już tak było. Był taki czas, gdy w Warszawie były prawie wyłącznie rosyjskie napisy i wszędzie dominowała cyrylica. Właśnie tego chcecie?

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (2)