blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Przedwojenni celebryci reklamowali ekskluzywne produkty, zarabiając na tym duże pieniądze.
     
     
            Wśród arbitrów klasycznej elegancji dominowali filmowi gwiazdorzy. Zapraszani na pokazy mody prezentowali męskie ubrania pochodzące z renomowanych, głównie warszawskich, pracowni krawieckich. Kazimierz Krukowski opowiadał, jak kuszono gwiazdy do udziału w podobnych imprezach: „Panie Dodku, dwudziestego drugiego urządzamy wielki bal mody, bez Dymszy się nie obędzie. Pan rozumie – monolożek, wspomni pan o fraku od Borkowskiego, który JUŻ jest pańską własnością... przecież tego nikt lepiej od pana zrobić nie potrafi, a małżonka będzie mogła wybrać sobie parę kapeluszy u „Ewelin” według swego gustu, a lepszego gustu od pani nikt w Warszawie nie posiada. No?”.
     
     
               Popularni aktorzy reklamowali garnitury, koszule, krawaty, kapelusze, buty, kosmetyki również w prasie i magazynach ilustrowanych. Ukazywały się tam, między wieloma innymi, anonse firmy Chojnackiego, produkującej cenione krawaty, krawca męskiego Hermana Lipszyca, który prowadził swój zakład w prestiżowym miejscu – pod filarami gmachu opery czy też usytuowanej pobliżu, przy Bielańskiej, pracowni krawieckiej Daniela Danzingera, lansowanej zwłaszcza przez „Współczesnego Pana”.
     
     
             Na reklamach pudru Sudoryn pokazywał się Adolf Dymsza, Jan Kiepura polecał wodę toaletową Przemysławka, Wedel dołączał do swoich czekoladek kolekcjonerskie zdjęcia gwiazd, a firma Gustaw Molenda i Syn zyskiwała co raz to nowych zamożny klientów dzięki temu, że szyła ubrania dla króla mody – Żabczyńskiego.
     
     
            Rozwój kina przyniósł aktorom niewyobrażalną wcześniej popularność, z której szybko nauczyli się korzystać. Współpraca gwiazd z przedsiębiorcami i firmami obu stronom zapewniała pokaźne profity. Czasem jednak dochodziło do przykrych nieporozumień. „ABC Mody” w numerze z 1931 roku donosiło: „Jeden z renomowanych zakładów krawieckich wystąpił na drogę sądową przeciwko znanemu artyście p.T. o zapłacenie należności za smoking. Podczas przewodu sądowego p.T. twierdził, że prawie wszyscy artyści w Warszawie ubierają się za darmo u najlepszych krawców. Ma to być rekompensatą za reklamę danego zakładu... W rezultacie, p.T. [...] zażądał od tegoż krawca zapłaty aż... 2 tys. zł. za użycie jego fotografii w tymże smokingu w jednym stołecznych pism ilustrowanych!”.
     
     
               Gwiazdą kina, która miała wyjątkowy talent, również do zarabiania pieniędzy, był Eugeniusz Bodo. Zawsze szykowny król mody roku 1936 – reklamował luksusowe męskie ubrania: marynarki ze sklepu Old England, krawaty od Chojnackiego, kapelusze od Młodkowskiego, buty od Kielmana. Z szerokim uśmiechem, ukazującym nieskazitelnie białe zęby, namawiał do używania angielskiej pasty Gosnella, a kiedy indziej do czytania „Przeglądu Sportowego”.
     
     
               Bodo nie zdecydował się nigdy na reklamowanie alkoholu, odrzucił ofertę znanej lwowskiej firmy Baczewski, produkującej likiery i wódki. Był zdeklarowanym abstynentem od czasu samochodowej kraksy w 1929 roku, którą spowodował, prowadząc auto, jak sugerowała policja, po pijanemu. W wypadku zginął jeden z pasażerów, aktor Witold Konopka. Dla Eugeniusza Bodo śmierć kolegi z teatrzyku „Morskie Oko” i relacjonowany przez prasę proces sądowy, w którym uczestniczył jako oskarżony, były ogromnym przeżyciem, po którym już nigdy nie wziął alkoholu do ust.
     
     
               Bodo nie był typowym amantem jak „gładki” Żabczyński. Z mocno zarysowaną szczęką, stanowczym, czasem twardym spojrzeniem z powodzeniem grywał czarne charaktery. Lecz kiedy się uśmiechał, jego rysy łagodniały, nabierały wdzięku, a serca kobiet topniały jak lód!
     
     
            Uwielbiał psy, a jego wielkiego doga arlekina o imieniu Sambo znała cała Warszawa. Gwiazdor woził go na siedzeniu swojego kabrioletu, zabierał do eleganckich restauracji, pozował do wspólnych fotografii.
     
     
             Ubóstwiany „Gienijuś” miał opinię nielichego kobieciarza, szczególnie lubił  egzotyczne, ciemnoskóre piękności. Z młodziutką Polinezyjką Anną Chevalier, miss piękności dalekiej wyspy Tahiti, aktorką i tancerką, występującą pod pseudonimem „Reri”, pozostawał w związku aż trzy lata. W Warszawie aktorka zaczęła mocno nadużywać alkoholu i to zapewne stało się powodem końca obiecującego romansu.
     
     
              Gwiazdą kabaretów, nie mniej uwielbianą niż aktorzy, był konferansjer i reżyser, Fryderyk Járosy. Węgier z pochodzenia pojawił się w Polsce w 1924 roku i na stałe zamieszkał w międzywojennej Warszawie. „Niezwykłość tego konferansjera polegała między innymi na niespotykanym kontakcie... nie, nie z widownią. Z każdym widzem osobno. Była to magia. Kto nie widział, jak Járosy wychodził na proscenium i trzymając lewą ręką brzeg kurtyny, mówił swoje słynne „prouszi państwa” po prostu niech żałuje” – pisała w swoich wspomnieniach Stefania Grodzieńska.
     
     
               Po przyjeździe do Warszawy Járosy dołączył do zespołu Qui Pro Quo, działającego już od pięciu lat w Galerii Luksenburga przy Senatorskiej. Wdzięk, inteligencja i błyskotliwy dowcip nowego konferansjera szybko zjednały mu kabaretową publiczność, choć na początku nie znał ani słowa po polsku.
     
     
              Po upadku Qui Pro Quo w 1931 roku Járosy założył kabaret Banda, potem Cyganerię, Cyrulika Warszawskiego – w latach trzydziestych teatrzyki rewiowe i kabarety, choć nie mogły narzekać na brak publiczności, powstawały i upadały niezwykle często. Potentaci ówczesnej rozrywki – Jerzy Boczkowski, Włast, Hemar, Tuwim i Járosy – tworzyli coraz to nowe zespoły, zawiązywali kolejne spółki, którym jednak niełatwo było konkurować z coraz popularniejszym, ekspansywnym kinem.
     
     
             Widownię kabaretów i teatrzyków rewiowych dwudziestolecia zapełniała publiczność o większych aspiracjach kulturalnych i towarzyskich, a także zamożniejsza niż ta, którą zazwyczaj spotykało się w kinach. Wieczorne wyjście do teatru wymagało specjalnych przygotowań nie tylko od pań, ale również od towarzyszących im panów. „Współczesny Pan”, przypominał: „Gdy się zaprasza znajomą do teatru, należy przede wszystkim pomyśleć o stroju. Wieczorowa suknia harmonizuje ze smokingiem, natomiast zatraca się popołudniowa. Są to katastrofy gorsze niż uderzenie piorunu lub epidemie dżumy. [...] Nie trzeba zapominać o tym, że w teatrze strój zależy od miejsca, na którym siedzicie. Tańsze miejsca wymagają skromnego ubioru. Każdy Pan powinien także zapamiętać sobie, że wszystkie nieprzyjemności zdarzają się wyłącznie z winy mężczyzny”.
     
     
             W kabarecie bawili się świetnie także członkowie rządu, dyplomaci, wyżsi oficerowie, choć to oni byli często obiektami politycznej satyry, żart padających ze sceny, a także podszytej ironią adoracji. Podczas wieczoru z udziałem artystów Qui Pro Quo, który odbył się nie na Senatorskiej, lecz w kasynie 1 Pułku Szwoleżerów, Járosy powitał z estrady byłego dowódcę pułku, generała Wieniawę-Długoszowskiego słowami: „Prouszi państwa, teatr Qui Pro Quo ma dużo wspólnego ze szwoleżerami – Qui Pro Quo to szwoleżerowie teatru, a szwoleżerowie to Qui Pro Quo armii!”.
     
     
             Járosy był kolejną gwiazdą z międzywojennej scenicznej plejady, która bez trudu oczarowywała i zdobywała kobiety. Szarmancki, doskonale ubrany, o „wielkopańskich manierach”, jak wspominała Grodzieńska, jeździł luksusową lancią i prowadził wystawne życie. Polacy wybaczali mu nawet, że unikał alkoholu i że nie urządzał przyjęć.
     
     
             W miłosnych podbojach zupełnie nie przeszkadzało mu, że miał dzieci i żonę, arystokratkę rosyjskiego pochodzenia, Natalię von Wrotnowski, którą poślubił w 1912 roku w Monachium. W przedwojennej Warszawie jego wybrankami bywały wyłącznie młode aktorki – mówiono, że to Járosy odkrywał drzemiące w nich gwiazdy.
     
     
             Wielkim sukcesem Járosy’ego i teatrzyku Cyrulik Warszawski, którym kierował, był wystawiony jesienią 1936 roku wodewil „Kariera Alfa Omegi”. Muzykę skomponował Henryk Wars, tekst napisali niezawodni Tuwim i Hemar. Autorzy bawili publiczność żartami z ówczesnego premiera, generała Felicjana Sławoja Składkowskiego, jednak główną ofiarą ich satyrycznej pas stał się polski tenor o międzynarodowej sławie, tytułowy Alfa Omega, Jan Kiepura.
     
     
            Na scenie Cyrulika postać Alfa Omegi odtwarzał Adolf Dymsza, który rewelacyjnie parodiował legendarne uliczne występy tenora, śpiewającego dla tłumów z dachu samochodu. W jednym ze skeczów żartował też ze słabości Kiepury do kabotyńskich przechwałek: „Pewien hiszpański lord chciał zostać moim pedikiurzystą i płacić mi za to tysiąc dolarów tygodniowo. Zgodziliśmy się na tysiąc pięćset!”
     
     
               Nawet ostra kabaretowa krytyka nie mogła zagrozić sławie i ogromnej popularności Kiepury. Zanim utalentowany tenor ostatecznie poświęcił się karierze muzycznej, studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Kiepura rzucił obiecujące studia i postanowił całkowicie poświęcić się śpiewaniu. Nie zniechęciły go ani uporczywe kłopoty z gardłem i diagnoza lekarska zabraniająca mu śpiewu, ani to, że pierwsze warszawskie występy młodego tenora nie wzbudziły spodziewanego zainteresowania widowni.
     
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wraz z rozwojem kina w II RP pojawili się celebryci.
     
     
               Zaledwie trzy lata po odzyskaniu niepodległości miłośnicy kina w Polsce mieli już do dyspozycji co najmniej 400 kin. Nie były to obiekty specjalnie projektowane i budowane na potrzeby kinematografów. Urządzano je zazwyczaj w budynkach dawnych teatrzyków, a nawet w przerabianych stajniach, wozowniach, garażach.
     
     
              W ostatnich latach przedwojennej Warszawy co wieczór ponad 30 tysięcy widzów bawiło się w 60 salach kinowych dostępnych wówczas w stolicy! W najlepszych kinach Śródmieścia, tak zwanych zero-ekranach, odbywały się premierowe projekcje. „Proszę wyjrzeć wieczorem [...] na Nowy Świat, na Marszałkowską, na Chmielną... Co najświetniej błyszczy? Kino „Majestic”, kino „Coloseum” kino „Pan”, kino „Światowid”, kino „Atlantic”. Gdzie najgęstszy tłok? Bramy kinoteatrów jak fantastyczne pieczary, usiane gwiazdami reklam i fotosami gwiazd – kipią od nerwowych tłumów” – pisała Maria Kuncewiczowa.
     
     
            Kinowa publiczność najchętniej oglądała komedie i melodramaty. Widz, który utożsamiał się z bohaterami ekranu, naśladował ich wygląd, styl bycia, tęsknił za dostatkiem, pięknem i miłością, jakie były ich udziałem. „Bo kino – pisała Kuncewiczowa – jest teraz jałowym, ciepłym schronem, gdzie mieszczanin może przemarzyć dwie dziesiąte współczesnego czasu. Gdzie nic mu nie przeszkadza czuć się Rockefellerem, kuzynem carowej i kochankiem Patti”.
     
     
            Znacznie żywsze zainteresowanie niż zagraniczne gwiazdy budziły nasze własne – Jadwiga Smosarska, Lena Żelichowska, Hanka Ordonówna, Loda Halama, Tola Mankiewiczówna, Helena Grossówna, Nora Ney... To za nimi szalała męska część filmowej widowni.
     
     
             Z kolei panie czarował z ekranu ca zastęp aktorów amantów. „Amant – człowiek, którego zawodem jest miłość. Są doktorzy, inżynierowie, muzycy, malarze pokojowi, biuraliści... Są też i amanci” – pisał popularny tygodnik „Kino”. Kazimierz Junosza-Stępowski, nieślubny (lecz uznany) syn ziemianin uwodził manierami i stylem bycia „wyższych sfer”. Adam Brodzisz, przystojny lwowianin, w roli Adama Halnego, oficera marynarki w „Rapsodii Bałtyku”, stał się uosobieniem prawdziwego mężczyzny – człowieka honoru, lojalnego w przyjaźni i miłości. Franciszek Brodniewicz, filmowy doktor Murek ordynat Michorowski, był bez wątpienia jednym z największych amantów polskiego kina. Bardzo męski – wysoki, barczysty, dystyngowany.
     
     
             Z kolei Igo Sym – jak pisał Tadeusz Wittlin – „wybitnej urody postawny brunet jest inteligentny, wykształcony, oczytany i płynnie włada kilkoma językami. W prywatnym życiu jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych. Nie może tylko pochwalić się aktorskim talentem, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą”. Jerzy Pichelski, porównywany z amerykańskim Garym Cooperem, Witold Conti, amant o chłopięcej, delikatnej urodzie, Mieczysław Cybulski, aktor, a także, co w tamtych czasach szczególnie dodawało męskości, zawodowy kierowca – to kolejni gwiazdorzy międzywojennego kina nieustannie obecni na okładkach kolorowych pism, w prasowych wywiadach i rubrykach towarzyskich.
     
     
            Zainteresowanie damskiej widowni zdobył bez trudu także Aleksander Żabczyński. Komedia muzyczna „Manewry miłosne”, która weszła na ekrany w 1935 roku, stała się jego ogromnym sukcesem. „Naprawdę był „zabójczo przystojny” – wspominała Stefania Grodzieńska. – W ogóle dla nas kobiet był królewiczem z bajki: elegancja, którą się ma, taka, której nie sposób się nauczyć, do tego maniery, gracja, sylwetka... Plotki o szlacheckim pochodzeniu, ojciec generał – to jeszcze bardziej go w naszych oczach „nobilitowało”, upiększało. Słowem: amant. Dżentelmen. Naprawdę Ktoś”.
     
     
              Na męski wdzięk Żabczyńskiego nawet jego filmowe partnerki nie zawsze okazywały się wystarczająco odporne. Latem 1933 roku głośno było o romansie aktora z Lodą Halamą, która po zerwaniu z nim szukała ukojenia i samotności w jasnogórskim klasztorze
     
     
               Koniecznym atrybutem rasowych amantów był nienaganny, modny strój – przyciągał uwagę kobiet, dla mężczyzn stawał się wzorem do naśladowania. Na urządzanych w warszawskim Hotelu Europejskim dorocznych Balach Mody tytuł królowej mody przyznawano najlepiej ubranej pani, spośród panów wybierano arbitra elegancji. W 1934 roku to zaszczytne miano uzyskał Igo Sym, wicearbitrem został Aleksander Żabczyński.
     
     
              Znaczna część mężczyzn, nawet tych którzy mogli pozwolić sobie na zakupy w drogich sklepach, nie znała się na modzie. „Są wypadki, gdy mężczyzna będący na wysokiem stanowisku ubiera się źle: ubranie niestosowne, kolor skarpet kłóci się z garniturem, krawat wprost razi niedbałością wiązania. Są to braki indywidualne w guście, niemniej jednak dużą winę ponosi tu krawiec i konfekcjonista oraz... żona” – narzekał reporter magazynu „ABC Mody” w 1931 roku. I zaraz potem wymieniał najczęstsze grzechy męskiego stroju: „Nosimy w zimie fularowe krawaty, do granatowych spodni jasnożółte buty, wieczorem bryczesy, nie mamy na balach rękawiczek, do smokinga kraciaste chustki do nosa, do wizytowego garnituru wykładany kołnierzyk, lakierki do sportowego garnituru, getry do fraka, brudne rękawiczki it.d. – aż do okropności!”.
     
     
               Prasa zalecała panom unikanie „banalnych kolorowych prążków. Najwytworniej wygląda jednobarwny i gładki jedwab oraz płótno”. Narzekano, że zbyt często marynarka „jest zanadto obwisła, marszczy się, linia ramion jest opadająca albo śmiesznie kwadratowa, bo idąc za modą kawiarnianych gigolaków, wypychamy sobie rękawy”. Przypominano panom, że „spodnie, które się załamują na półbuciku, wołają o pomstę do... krawca”, że skarpetki powinny być jednobarwne, dobrane do koloru krawata albo garnituru – „zastosowane do koszuli i mankietów, świadczą o pewnej pretensjonalności. Co drugi gwiazdor filmowy nosi granatową jedwabną koszulę, granatowe skarpetki i ciemnoniebieskie oczy”.
     
     
               Dżentelmen nie powinien też kupować byle jakich butów, z cienką podeszwą i tandetnymi dziurkowaniami. „Kwestia butów – jest kwestią życia i opinii. Ostatecznie można zaoszczędzić na czym innym, ale obuwie powinno być wykonane niezwykle starannie, dopasowane do stopy, zaopatrzone w mocne „nie do zdarcia” podeszwy. Wystarczy na całe życie. Mężczyźni potrafią nosić po 20 lat obuwie, przywiązują się bowiem niego i nie mają siły się z nim rozstać. Ileż to scen małżeńskich wynikło stąd, że magnifika na własną rękę darowała biednemu 15-letnie buty swego męża” pisał „Współczesny Pan”.
     
     
               Równocześnie wielu autorów nawoływało o zachowanie umiaru w hołdowaniu nowościom mody dla panów. „Kwestia męskiego stroju jest w porównaniu z ubiorem kobiety znacznie uproszczona – przypominała Konstancja Hojnacka w swoim Kodeksie towarzyskim. – Bo jakkolwiek i męskie mody ulegają wahaniom, to jednak nigdy takim nagłym i gwałtownym skokom, które by dyskwalifikowały ubrań z sezonu na sezon. Wszelkie przesady i ekstrawagancje rażą w ubiorze męskim o wiele więcej, aniżeli w kobiecym”.
     
     
             Ekscentryczność stroju wybaczano jedynie artystom. Słynny pod Giewontem kolorowy, pasiasty sweter oraz „renesansowy” aksamitny beret Stanisława Ignacego Witkiewicza, spodnie w łowickie pasy, w których chadzał po Zakopanem August Zamoyski budziły zainteresowanie, ale też pobłażliwą akceptację – rozumiano, że takie ubraniowe wybryki są częścią artystycznej ekspresji.
     
     
              „Jasny płaszcz przepasany skórzanym paskiem (taki wówczas panował fason), - wspominał Witkiewicza Roman Jasiński - granatowy beret i potężna laska były głównymi, charakterystycznymi szczegółami kostiumu Witkacego w owej epoce. [...] On sam, wysoki, barczysty, doskonale zbudowany, o bladej, pociągłej, pięknej i pełnej wyrazu twarzy oraz niesamowicie wprost wyrazistych, przeszywających oczach, już samym swym zewnętrznym wyglądem fascynował każdego, kto w jakikolwiek sposób z nim się zetknął”.
     
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Kluczową rolę w tradycji budowania szopek odegrał św. Franciszek z Asyżu (1181-1226).
     
     
               Tradycja szopek bożonarodzeniowych sięga średniowiecznych kościelnych misteriów, które dały początek ludowym jasełkom i teatrzykom kukiełkowym.
     
               Rozważania św. Franciszka nad życiem Chrystusa skłoniły go do stworzenia pierwszej na świecie szopki w Greccio we Włoszech w 1223 roku. Uważa się, że inspiracją dla Franciszka do stworzenia żywej sceny narodzin Jezusa była jego wyprawa do Ziemi Świętej w latach 1219–1220
     
               24 grudnia 1223 roku zorganizował on w Greccio pierwszą na świecie żywą szopkę bożonarodzeniową. Przedstawiała ona wnętrze stajenki betlejemskiej w naturalnej skali, wraz z osobami i żywymi zwierzętami.
     
               W znajdującej się na wysokości 750 m n.p.m. włoskiej miejscowości Greccio mieścił się klasztor franciszkański. Miejsce pod jego budowę zostało podarowane Franciszkowi przez szlachcica Jana Wetlinę. To tam, w pobliskiej grocie, Święty po raz pierwszy zbudował szopkę z okazji wigilii Bożego Narodzenia.
     
               Franciszek pragnął w ten sposób przybliżyć prostym ludziom tajemnicę zbawienia. Grotę wypełniono sianem. Braciszkowie złożyli na nim wyrzeźbioną w drzewie figurkę Jezusa, a obok niego ustawili żywego woła i osła. W postacie Świętej Rodziny wcielili się mieszkańcy Greccio. Odegrali oni na żywo scenę narodzenia.
     
               Tomasz Celano, pierwszy biograf świętego, napisał: „Nadszedł dzień radości, dzień wesela. Z wielu miejsc zostali wezwani bracia. Mężowie i niewiasty owej ziemi z radością przygotowywali, wedle możności, świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, która błyszczącą gwiazdą oświetliła wszystkie dni i lata. Przybył wreszcie Święty Boży, a znalazłszy wszystko przygotowane, ucieszył się. Przygotowano żłób, kładąc w nim siano, a do groty wprowadzono wołu i osła. Prostota otoczona jest czcią, wywyższone zostaje ubóstwo, zalecona wszystkim pokora, a Greccio staje się jakby nowym Betlejem".
     
               Gdy w 1225 roku zmarł św. Franciszek, jego zakon kontynuował zwyczaj budowania szopek. Okazało się, że ten prosty sposób prezentowania treści ewangelicznych w szczególny sposób trafia do wiernych.
     
               Początkowo szopki powstawały tylko przy klasztorach franciszkańskich, jednak z czasem tradycja ich budowania rozpowszechniła się w całej Europie. Najbardziej rozwinęła się we Włoszech, gdzie można je oglądać nie tylko w czasie Bożego Narodzenia.
     
               Wczesne szopki to grupa drewnianych figur pokrytych polichromią. Jedną z najstarszych pochodzi z 1287 roku, z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie. Jest tu Maryja z dzieciątkiem, św. Józef, Trzech Króli oraz byk z osłem. We Włoszech w produkcji szopek wyspecjalizował się Neapol. A wszystko dzięki św. Kajetanowi z Thieny, który według legendy w 1530 roku w kościele Santa Maria della Stelletta stworzył postacie ubrane w stroje z epoki. Tutaj zaczęto też szopki rozbudowywać – obok osła i wołu pojawiły się kozy, psy i owce. Neapolitańskie szopki przedstawiały nawet całe wsie czy miasteczka. Obok postaci biblijnych tętniło życie codzienne: szewcy naprawiali buty, kobiety prały, bawiły się dzieci. Podkreślało to, że Chrystus narodził się dla wszystkich: biednych i bogatych.
     
            W Polsce tradycja ta zapoczątkowana została u schyłku XIII wieku przez zakon franciszkanów,
     
           Początkowo prawo ich budowania mieli tylko zakonnicy, z czasem jednak coraz więcej świeckich osób zaczęło je tworzyć. Zwyczaj budowania bożonarodzeniowych szopek stał się szczególnie popularny w XIX w. w Krakowie, gdzie do tej pory można podziwiać piękne kolorowe szopki krakowskie. Za twórców tradycji budowania krakowskich szopek uznaje się tamtejszych murarzy, którzy tworzyli zarówno niewielki szopki na sprzedaż, jak i piękne duże szopki wigilijne z kukiełkami, które nabierały charakteru obnośnego teatrzyku.
     
           Krakowskie szopki powstają z lekkich i nietrwałych materiałów, takich jak tektura, sreberka i celuloid. Szopki wzorowane są na charakterystycznych krakowskich budowlach: Sukiennicach, Wieży Ratusza czy kościele Mariackim. Obok sceny narodzenia pojawiały się figurki Lajkonika czy Pana Twardowskiego, biało-czerwone flagi, elementy wprawiane w ruch.
     
           Po I wojnie światowej zwyczaj budowy szopek podupadł. Jerzy Dobrzycki wpadł więc na pomysł, by organizować konkurs dla budowniczych szopek. Pierwszy konkurs odbył się 21 grudnia 1937 roku. Zwycięzcy dostali w nagrodę butelki wina i pęta kiełbasy.
     
           Najbogatszą kolekcję szopek krakowskich ma w swoich zasobach Muzeum Historyczne Miasta Krakowa. Muzeum gromadzi także szopki z innych krajów. Jedną z najbardziej oryginalnych, pochodzącą z Meksyku wyrzeźbioną w jednej zapałce. Inną wydziergano na drutach w Irlandii.
     
     
    Niniejszym życzę czytelnikom mojego blogu Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego i  przede wszystkim Zdrowego Nowego Roku.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Oficerowie, a zwłaszcza kawalerzyści słynęli z zamiłowania do zabaw i trunków.
     
     
               Międzywojenna Warszawa oferowała mnóstwo kuszących rozrywek – teatry, kina, kabarety, dancingi i lokale otwarte do rana.
     
     
               Wyżsi oficerowie, adiutanci przyboczni prezydenta, naczelnego wodza, szefa sztabu generalnego mieli ogromne wpływy w kręgach elit towarzyskich, z ich zdaniem i wymaganiami liczyli się właściciele warszawskich scen i restauracji.
     
     
               Programy kabaretowe z udziałem ówczesnych gwiazd w „Qui Pro Quo” lub w „Morskim Oku”, kolacja w „Oazie”, u Simona i Steckiego, w Bristolu, najlepszy parkiet do tańca w „Adrii” – co wieczór były do dyspozycji warszawskiej kadry oficerskiej.
     
     
               W czasie karnawału  „rzadko kiedy młodemu oficerowi wystarczyło spędzenie wieczoru i nocy w jednym miejscu”, wspominał Henryk Comte. „Najczęściej wędrowałem z jednej zabawy na drugą, ażeby doznać jak największych wrażeń w różnym towarzystwie, nastroju i klimacie”.
     
     
               Oficerów, doskonale tańczących, o nienagannych manierach i prezencji, chętnie zapraszano na bale w Hotelu Europejskim, w salonach Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Operze Warszawskiej, Resursie Kupieckiej i Resursie Obywatelskiej. Wytworne bale urządzano także w Kasynie Garnizonowym w alei Szucha, którego wystrój - ściany wyłożone ogromnymi lustrami, imponujący żyrandol, balkon dla orkiestry, komfortowy buduar dla pań, wyposażony w złocone tremo z marmurowym blatem, dywany, wygodne fotele i pufy – czynił zeń jeden z najbardziej eleganckich reprezentacyjnych lokali stolicy.
     
     
               Przełożeni zazwyczaj tolerowali udział swych podwładnych w różnych formach eleganckiej rozgrywki, pod warunkiem, iż nie wpływało to na ich służbę w jednostce.
     
     
               Jeden z autorów „Przeglądu Kawaleryjskiego”, podporucznik Stanisław Szczawiński, nie dziwił się wcale, że po latach koszarowej dyscypliny absolwenci podchorążówek w czasie wolnym od służby szukali wesołego towarzystwa i rozrywki. „Nie myślę bynajmniej potępiać ani kawiarni, ani bilardu i kart. Przeciwnie: niech młody oficer „się rozpręży”, „szerzej odetchnie”, niech się bawi, niech nawet hula (za własne pieniądze)”, pod warunkiem, aby to „rozprężenie” „nie utrwaliło się na zawsze!”.
     
     
               Nieodzownym towarzyszem owego „rozprężania” był alkohol. Przyjęcia i bale urządzano w kasynach przy każdej nadarzającej się okazji – na święto pułku, w Dniu Żołnierza, w imieniny Marszałka Piłsudskiego, a w kawalerii także w dzień św. Huberta, patrona myśliwych i jeźdźców.
     
     
               Oficerska zabawa była zazwyczaj „ciężką próbą wytrzymałości na alkohol”. Jerzy Kirchmayer, oficer w 3 Pułku Artylerii Ciężkiej, wspominał, iż „w latach 1922–24 wypito tam chyba roczną produkcję Baczewskiego”. Pewien major Korpusu Ochrony Pogranicza zwykł mawiać: „a piję wódkę szklankami, bo po co i komplikować”!
     
     
                „W kasynie i knajpach pito obficie i często. – wspominał Kirchmayer - Nieraz były to trzydniówki. Zdarzało się, że zaimprowizowana o godzinie 12 popijawa w naszym kasynie szła w najlepsze i bez przerwy jeszcze o godzinie 7 następnego dnia, a o godzinie 12 sytuacja stabilizowała się na nowe popołudnie i noc. Do takiej popijawy najlepiej nadawał się mały zaciszny pokoik za kuchnią, tak zwana „mordownia”. [...] Gdy pijakom znudziło się kasyno, przenosili się do restauracji w mieście i wyczyniali tam różne burdy”.
     
     
               Każdy oficer, widząc na ulicy innego, nawet nieznajomego pijanego oficera, musiał jak najdyskretniej odstawić go do domu. Żadna okoliczność nie zwalniała go z tego obowiązku, chodziło wszak o honor munduru!
     
     
               Słabość do alkoholu niekoniecznie rujnowała wojskową karierę, nie mogło być inaczej, skoro sam szef Departamentu Sprawiedliwości i Naczelnego Prokuratora Wojskowego wydał okólnik instruujący prokuratorów i szefów sądów, że „fakt zamroczenia alkoholem można by ewentualnie przyjąć przy wymiarze kary jako okoliczność łagodzącą”.
     
     
               Przysłowiowa ułańska fantazja i brawura rosły szybko wraz z ilością spożywanych trunków. Po alkoholu oficerowie częściej wdawali się w sprzeczki, gwałtownie reagowali na zachowania uwłaczające ich dobremu imieniu. W 1922 roku w „Polsce Zbrojnej” pisano: „Przy czwartej flaszce wódki bywa rozmaicie, a tym bardziej wśród oficerów wychowanych w sferze wysokich wojskowych pojęć. W tych wysokich sferach, gdy zanosi się w kasynie oficerskim na zamroczenie alkoholem, poczucie honoru śpi, budzi się dopiero po trzeciej flaszce wódki przy akompaniamencie obelg, bijatyki i strzelania. Rzecz oczywista, że przy takich warunkach trudno zgadnąć, kto, kiedy i za co się obrazi i kto, kogo i jak znieważy”.
     
     
               W podobnych sytuacjach konflikty rozwiązywano według wskazań Polskiego kodeksu honorowego – pojedynkiem.
     
     
                Choć kodeks Boziewicza nie miał żadnej mocy prawnej, a pojedynki były zakazane, oficerom, którzy go nie przestrzegali, groził wojskowy sąd honorowy, skutkujący nawet wykluczeniem z armii!
     
     
               Sam Boziewicz potrzebę pojedynków tłumaczył w przedmowie do wydanego w 1919 roku kodeksu: „można śmiało zaryzykować twierdzenie, że dopóki prawna kultura naszych społeczeństw karać będzie czynną zniewagę dżentelmena 24-godzinnym aresztem, zamienionym na 10 zł grzywny – dopóty istnieć będzie ten rodzaj współrzędnego sądownictwa honorowego, uzupełniającego państwowy wymiar sprawiedliwości”.
     
     
               Za zdolnych do dawania i żądania satysfakcji honorowej uznawano mężczyzn posiadających co najmniej średnie wykształcenie lub takich, „którzy swoją inteligencją lub wybitnymi zdolnościami w rzeczywistości dorośli, jeśli nie przewyższyli, poziom średniego wykształcenia”, na przykład artystów malarzy, literatów – z uznaną pozycją pomimo braku matury.
     
     
               Status dżentelmena, bez względu na wykształcenie, miały osoby pochodzenia szlacheckiego, a także te, które zajmowały „wybitne stanowisko społeczne”. A ponieważ wszyscy dżentelmeni byli sobie równi – arystokrata nie mógł odmówić satysfakcji honorowej robotnikowi, jeśli ten był na przykład posłem na sejm.
     
     
               Oprócz pojedynku kodeks Boziewicza wskazywał jeszcze inną drogę do odzyskania czci splamionej zniewagą: „Każdemu człowiekowi honorowemu, który został czynnie znieważony, przysługuje prawo czynnego reagowania na zniewagę każdą bronią lub przedmiotem, znajdującym się pod ręką, i zwrócenia go przeciw wszystkim osobom trzecim, które by mu chciały przeszkodzić w tym zamiarze. Uwaga. Niniejszy przepis odnosi się w pierwszym rzędzie do oficerów i członków armii”.
     
     
                „Oficer uderzony ma prawo – a nawet obowiązek – zastrzelić albo siebie, albo tego, co uderzył – pisał Słonimski w jednej ze swoich Kronik tygodniowych. – To prawo wyboru jest dość niebezpieczne dla cywilów, tak się już bowiem składa na świecie, że ludzie mniej chętnie strzelają we własny łeb niż w łeb cudzy”.
     
     
               Znajomość języków obcych przez kadrę oficerską była całkiem niezła. Największą popularnością cieszył się oczywiście język francuski. Szlifowano go podczas częstych wyjazdów służbowych, związanych z rozmaitymi szkoleniami, kursami i stażami we Francji.  Francuskim władał biegle co trzeci oficer. Najczęstsza była jednak znajomość niemieckiego (około 70%) i rosyjskiego (około 60%), co związane było z tym, iż wielu oficerów wykształconych było w  armiach państw zaborczych. Zaledwie około 5% wszystkich oficerów znało język angielski.
     
     
               Wielu oficerów, szczególnie w latach 20. miało problemy z poprawną polszczyzną, kalecząc ją germanizmami lub rusycyzmami.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. i J. Łozińscy – Ułani, poeci, dżentelmeni.  Męski świat przedwojennej Polski
     
    H. Comte - Zwierzenia adiutanta. W Belwederze i na Zamku
     
    G. Cydzik - Ułani, ułani...
     
    P. Jaźwiński Piotr, - Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej,
     
    F. Kusiak -  Życie codzienne oficerów Drugiej Rzeczypospolitej
     
    S. Radomyski - Wspomnienia o odrębnościach, zwyczajach i obyczajach kawaleryjskich II Rzeczypospolitej
     
    A. Tarczyński - Kodeks i pistolet. O niektórych przejawach honoru w międzywojennej Polsce
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W międzywojennej Polsce szwoleżerowie i ułani tworzyli elitę wojska.
     
     
            Obdarzani podziwem i sympatią, w oczach rodaków uosabiali te cechy, które uważano za wyznaczniki prawdziwego bohatera, patrioty, a także mężczyzny.
     
     
              „Psychologia wielkiej miary kawalerzysty to nie psychologia rębajły, szukając kawaleryjskich talentów, nie wystarczy poprzestać na takich, co to i do tańca, i do butelki, do szabli i do dzwonków – pisał w 1939 roku w „Przeglądzie Kawaleryjskim” generał Stanisław Rostworowski. – Testy psychologiczne, propagowane często w kierunku kawaleryjskiej fantazji, zawieść mogą łatwo. Sądzę, że trzeba wprowadzić jeszcze nowe cechy charakteru jako warte zbadania. Jedna z nich – to gorącość serca”.  Jednocześnie Generał dowodził, iż „połączenie gorącej krwi z mocnym charakterem tworzy psychologiczny zespół cech prawdziwego kawalerzysty. Odwaga, zaciętość, wytrwałość, rozmach, energia, szybkość decyzji i umiejętność opanowania siebie i rwących w boju z kopyta myśli własnych mieszczą się w pojęciu takiego zespołu cech. Trzeba dwóch rzeczy, by dobrą stal zrobić: twardego żelaza i gorącego ognia. Dlatego wybitnych kawalerzystów tak mało na świecie!”.
     
     
               Kawalerzyści cieszyli się wielkim powodzeniem u kobiet, z czego ochoczo korzystali. Musieli jednak przestrzegać zasady, ustalonej przez gen. Wieniawę-Długoszowskiego: „Nie pożądaj ani konia, ani żony czy też kochanki twego kolegi. Koni jest na świecie dużo, a kobiet jeszcze więcej. Z wszystkimi przy najlepszych chęciach i kwalifikacjach nie zdołasz się uporać.  Do żon kolegów odnoś się zatem z szacunkiem i koleżeńską życzliwością, bo przekroczenie tych granic grozi i tobie, i twoim kolegom, i oddziałowi twemu szeregiem komplikacji, z których i służba, i twój honor, i honor twoich kolegów nie wyjdą bez szwanku. Z innymi, cywilnymi – że się tak wyrażę – kobietami kawalerzysta powinien flirtować jak najczęściej, a żenić się jak najrzadziej, a nade wszystko jak najpóźniej. Można się zdobyć na teściową względnie bezkarnie, gdy się jest już dojrzałym i dostatecznie na przeciwności losu wytrzymałym mężczyzną, tj. zgodnie z rozkazami przynajmniej rotmistrzem”.
     
     
            W polskim wojsku obowiązywały bardzo surowe przepisy, określające zasady zawierania małżeństw przez oficerów. O zgodę na ślub mógł się starać oficer, który ukończył 24 lata. Przepisy precyzowały minimalną wartość łącznych dochodów małżonków – ustalano ją na poziomie tak wysokim, że oficer młodszy rangą, z niską pensją, musiał szukać narzeczonej z odpowiednim posagiem.
     
     
             Panna zobowiązana była przedstawić świadectwo moralności i dojrzałości. Przyszła małżonka oficera musiała także posiadać umiejętność odpowiedniego zachowania się w towarzystwie. Dziewczęta bez majątku i towarzyskiego obycia, w praktyce nie miały szans na ślub z oficerem. Uważano, że niski status rodziny narzeczonej w przyszłości uniemożliwiałby właściwe stosunki z korpusem oficerskim. „Jeśli lekkomyślny młody oficer żeni się z kucharką i jako żonę wprowadzi ją do salonu, gdzie zechce się ona zachowywać tak, jak do tego przywykła – pisał w „Polsce Zbrojnej” pułkownik Mlączyński – to wielu kolegów i żony ich dom swój przed nią zamkną. Nieprzyjęcie żony oficera wywoła sąd honorowy i inne komplikacje bardzo niepożądane, jak pojedynki lub obrazę czynną”.
     
     
               O tym, czy kandydatka na oficerską żonę była wystarczająco „dobrze wychowana”, decydował dowódca jednostki. Pułkownik Andrzej Zbyszewski wspominał:  „W zależności od zwyczajów panujących w danym pułku kandydat na męża zapraszał swoją wybrankę i dowódcę jednostki na wspólny posiłek w jakimś lokalu lub prowadził ją na wieczorek do kasyna, lub też czynił jedno i drugie. Biedna niewiasta czuła się jak na cenzurowanym. Jednak zawsze wszystko kończyło się dobrze i oficerowie prześcigali się w wyrażaniu uznania dla taktu, inteligencji i urody panienki, chociażby ta była brzydka jak noc i głupia jak gąska”.
     
     
               W niektórych jednostkach działały specjalne komisje małżeńskie, wydające opinie o kandydatkach na żony oficerów. Ich wyroki były zazwyczaj bardzo surowe. „Dlaczego oficer, wyrzekający się dla dobra służby wielu praw obywatelskich, unicestwiony jest również w prawie wyboru towarzyszki życia? Dlaczego komisja małżeńska ma bezapelacyjnie orzekać, czy porucznikowi „X” wolno się żenić z panną „Y”? Apeluję serdecznie: nie wnikajmy w sferę najbardziej intymnych uczuć ludzkich [...] Niech oficer wolnym będzie w sferze uczuć na równi z innymi obywatelami” – apelowała „Polska Zbrojna”.
     
     
               Zdesperowane pary, którym odmówiono zgody na zawarcie małżeństwa, próbowały rozmaitych sposobów, aby osiągnąć upragniony cel. Narzeczone słały listy z prośbami o interwencję do najważniejszych osobistości wojskowych i państwowych, nawet do samego prezydenta. Ten najczęściej odpisywał krótko: „Do starania się o zezwolenie upoważniony jest tylko oficer” .
     
     
               Młodzi powoływali się często na opinie lekarskie – długie narzeczeństwo jakoby pogarszało stan zdrowia. Argumenty te niezmiernie rzadko przynosiły zamierzony skutek,  nawet zaświadczenie o ciąży narzeczonej nie było uwzględniane przez przełożonych. „Polska Zbrojna” donosiła o załamaniach, jakie przeżywali oficerowie, którym nie zezwolono na ożenek: „Odrzucony godzi się z losem, staje się apatyczny, leniwy albo się rozpija, albo i inne nałogi zastąpią szlachetne zamiary i zapał do życia. Jeśli jest energiczny, podaje się do rezerwy, a jeśli nerwowy, to strzela sobie w łeb”.
     
     
               Idealna, czyli zamożna, inteligentna i reprezentacyjna, żona miała ułatwić oficerowi życie na odpowiednio wysokim poziomie materialnym, a także towarzyskim. Uważano, że wymaga tego prestiż polskiego wojska i honor munduru.
     
     
              Oficer w mundurze nie mógł jadać w lokalach gorszej kategorii, w podróży zobowiązany był korzystać wyłącznie z pociągów pierwszej klasy. W mundurze galowym nie mógł wsiąść ani do tramwaju, ani autobusu, pozostawała mu zatem dorożka lub taksówka. Nawet kupując bilety do teatru, musiał pamiętać, aby nie dostały mu się gorsze miejsca.
     
     
              Tam gdzie mogłoby dojść do naruszenia powagi munduru, choćby na targu, podczas zakupów wymagających targowania się ze sprzedawcą, zalecano oficerom wkładanie cywilnego ubrania. Także podczas tańca w publicznym lokalu oficer musiał nosić cywilne ubranie. Musiało ono być modne, eleganckie, koniecznie szyte na miarę!
     
     
            Szczególnie za granicą każdy oficer musiał dbać o właściwe zachowanie się.  „Według otrzymanych meldunków zaszły fakty niewłaściwego zachowania się oficerów za granicą, a zjawiskiem ogólnie obserwowanym jest nieodpowiednie występowanie podyktowane niewłaściwą oszczędnością. Znam fakty, że oficerowie nasi, wysłani za granicę w charakterze półoficjalnym, mimo że otrzymują odpowiednie na ten cel sumy z funduszów skarbowych, występują za granicą źle ubrani, zamieszkują w czwartorzędnych kwaterach... Zwracam uwagę, że strój cywilny oficerów za granicą powinien być również jak mundur specjalnie staranny, by nie przynosił ujmy godności oficerskiej” – napisał w tajnym rozkazie minister spraw wojskowych w 1927 roku.
     
     
               Mundur oficera musiał także być nienaganny. Najczęściej braki w schludności zdarzało się wytropić u oficerów lotnictwa, najrzadziej u kawalerzystów, którzy słynęli przecież z wyjątkowej dbałości o strój. Gen. Wieniawa-Długoszowski przyznawał, że nienaganna prezencja jest jedną z niezbędnych cech dobrego kawalerzysty: „werwa, temperament, szczodrość serca i szczerość, wesołość i humor nigdy nieodstępny w najgorszych nawet tarapatach, ale jeszcze ponadto te właśnie dobrze skrojone rajtuzy, te cholewy – do licha – błyszczące jak owalne czarne zwierciadła i ta czapa z okapem okutego daszka na prawe ucho z fantazją zaiwaniona” .
     
     
               Lista rzeczy, w które musieli zaopatrzyć się młodzi oficerowie kawalerii, była długa i kosztowna. Oprócz munduru polowego, a więc kurtki, bryczesów, butów z cholewami, pasa, furażerki, konieczny był jeszcze strój galowy, a więc szasery, czyli długie spodnie z lampasami, i noszone do nich lakierowane sztyblety, dwurzędowy płaszcz oficerski, rogatywka, jedwabny pas z rapciami. Do tego co najmniej cztery komplety bielizny i oczywiście szabla oficerska, pistolet, lornetka.  Największy wydatek stanowił jednak rząd koński – siodło i uzda. Za najtańszy trzeba było zapłacić około 800 złotych, za lepszy, robiła je na przykład warszawska firma Lassoty, aż 1200 złotych.
     
     
             Dla większości młodych oficerów były to astronomiczne sumy, i o ile nie pochodzili z zamożnych domów, musieli zaciągać pożyczki spłacane przez wiele lat z niewysokich pensji, które i tak obciążone były jeszcze wieloma „dobrowolnymi świadczeniami” na rzecz pułku, składkami na fundusz święta pułkowego, bale garnizonowe, na bibliotekę pułkową, Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, na prenumeratę „Polski Zbrojnej” i rozmaite inne cele.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    W pawilonach na osiedlu, na którym  mieszkali Hiobowscy , od wielu lat znajdował się zakład słynnej sieci fryzjerskiej "Wehrmacht Friseur". Ale nie był to zwykły zakład fryzjerski, o nie! Bardziej skupiał się na tym co w głowie, niż na tym co na głowie swoich klientek. Bo to był głównie fryzjer damski. Łukaszek i jego tata zawędrowali tam przypadkiem, a było to tak.
    Mało kto z mężczyzn zaglądał do wewnątrz, chociaż fryzjerki zachęcały twierdząc, że są najlepszym, najbardziej obiektywnym, najbardziej demokratycznym, uśmiechniętym zakładem fryzjerskim po tej stronie Drogi Mlecznej. Panowie jednak nie chadzali. Owszem, zdarzało się, że któryś uchylił drzwi i zajrzał do środka, ale uciekał potem z krzykiem, a w jego opowieści co tam zobaczył to nikt nie chciał wierzyć.
    Mama Łukaszka chodziła się czesać tylko tam. Babcia Łukaszka od lat młodości chodziła do fryzjera "Same Balejaże", a siostra Łukaszka chadzała do "Fryzjer shore". Obie panie krytykowały "Wehrmacht Friseur" za niski poziom usług.
    - Nawet balejażu nie zrobią - krzywiła się babcia Łukaszka. A siostra dorzucała:
    - Jak wracasz stamtąd to tylko masz podcięte końcówki i tyle!
    Ale mama Łukaszka ripostowała, że dla niej najważniejsza jest atmosfera lokalu. Tam może oddychać wolnością.
    I jak to w życiu bywa kilka rzeczy stało się jednocześnie tego samego dnia. Zaczęło się od tego, że Łukaszek przeczytał w internecie, że cały zespół pawilonów osiedlowych ma być wystawiony na sprzedaż. Jakoś galeria sztuki "Wymioty feminizmu" ani stołówka LGBT gdzie serwowano zup pomidorowy albo kotletę schabową nie cieszyły się powodzeniem i balansowały na granicy upadku.
    - A ten zakład fryzjerski? - zapytał tata Łukaszka.
    - Jak całe pawilony to fryzjer też - rzekł Łukaszek i od razu obu im się humor poprawił.
    Uśmiech szybko zniknął z ich twarzy kiedy okazało się, że poszli po zakupy a żaden z nich nie wziął kluczy. Na szczęście trafili na męża dozorczyni, pana Sitko. Pił piwo udając, że zamiata liście. Owszem, widział mamę Łukaszka. Weszła do zakładu fryzjerskiego "Wehrmacht Friseur".
    - Odradzam tam wchodzić! - wołał za nimi przerażony pan Sitko. - Mój znajomy jest ateistą, a kiedy tam wszedł to się przeżegnał!
    - Przecież nie może być tak źle - pocieszali się nawzajem Łukaszek i jego tata.
    Dotarli do pawilonów, stanęli pod drzwiami zakładu nie namyślając się wiele - po prostu weszli.
    Weszli i stanęli nie wierząc własnym oczom. Na czarno-czerwono-żółtych ścianach wisiały plakaty z hasłami "Jedźcie na roboty do Niemiec", "Wstydź się Polski", "Polak twój wróg", "Polak to podczłowiek", "Nieważne czy Polska będzie czy jej nie będzie,ważne bylebyśmy byli w Europie", "Niech żyją migranci", i wiele wiele innych...
    Na ich widok zamilkły rozmowy klientek, personel zatrzymał się wpół ruchu nożyczek. Podeszła do nich przysadzista tleniona blondyna w mundurze Obergrzywkafuehrera.
    - Ostrzyc czy ogolić? - szczeknęła.
    - Żony... Szukam... - bąknął niepewnie tata Łukaszka. Spod drugiej suszarki po lewej wynurzyła się głowa mamy Łukaszka. Wyglądała dokładnie tak samo jak przedtem, tylko z suszarki wydobywał się cichy głos: "Tunald-Dosk zbawcą narodu... Tylko jemu można ufać... Tunald-Dosk nie jest żadnym proniemieckim politykiem, on jest fuer Polen"...
    - K... Klucze - wystękał tata Łukasza. Mama Łukaszka sięgnęła do torebki i podała mu je.
    - Nie będzie żadnego strzyżenia? - dotarło do blondyny.
    - Nie - odparł tata Łukaszka. - Wychodzimy.
    I wtedy klientki się odblokowały werbalnie i pod ich adresem posypały się szyderstwa. Że są bezzębnym, biednym elektoratem, który nawet nie potrafi trafić do dobrego fryzjera.
    - Przecież trafiliśmy - wzruszył ramionami Łukaszek.
    - Ale mówiłyśmy o dobrym fryzjerze - zaśmiała się jedna z fryzjerek i została skarcona fizycznie przez blondynę.
    - Wkrótce będziemy przychodzić tu częściej - dodał Łukaszek i widząc zaniepokojone spojrzenia sprzedał informację, że jest kupiec na pawilony handlowe.
    Teraz panie zaniepokoiły się na dobre.
    - Wiadomo kto? - spytał tata Łukaszka.
    - Sieć "Kebaby kresowe jak ze Lwowa".
    Zaniepokojenie sięgnęło piku. Obergrzywkafuehrerin sięgnęła po telefon i łamanym niemieckim zaczęła rugać jakiegoś Oskara, że natychmiast ma coś z tym zrobić. Następnie rozłączyła się i oznajmiła triumfalnie:
    - Jutro nasz zakład fryzjerski zostanie wpisany na listę spółek strategicznych i żeby nas kupić będzie potrzebna zgoda rządu.
    - Po pierwsze kupią nie was, a całe pawilony - tata Łukaszka zaczął się śmiać. - A po drugie: jak prywatna, zagraniczna firma może być polską spółką strategiczną? To taki sam bezsens jak gdyby zrobić taką spółką... Ja wiem... O, na przykład TVN!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie 1919 roku upadły nadzieje komunistów na utworzenie Czerwonej Gwardii oraz Czerwonej Armii Polskiej.
     
     
               Dużym ciosem dla rozbudowy Czerwonej Gwardii było aresztowanie w marcu 1919 roku przez polskie służby bezpieczeństwa  Stefana Żbikowskiego, a nieco później Edwarda Próchniaka. Utrata w tak krótkim czasie głównego koordynatora polityki partii w sferze wojskowej, a następnie faktycznego szefa „Wojskówki”,  postawiła pod dużym znakiem zapytania szanse realizacji operacji dezintegracji Wojska Polskiego i stworzenia silnych struktur Czerwonej Gwardii.
     
     
                Próchniak oraz kilku innych aresztowanych komunistów zostało następnie wymienionych na aresztowanych przez bolszewików członków Polskiej Organizacji Wojskowej. Po wyjeździe do Rosji bolszewickiej musieli skoncentrować się na tworzeniu w Rosji formacji bolszewickich.
     
     
               Komuniści zabiegali u władz bolszewickich w przekształcenie Zachodniej Dywizji Strzelców w Polską Operacyjną Grupę Armijną, która miało stać się zalążkiem Czerwonej Armii Polskiej. Jednocześnie w celu rozbudowy tej formacji sięgnięto nie tylko po Polaków, ale także po Rosjan, Białorusinów, Litwinów, Ukraińców i Żydów.  Za  koncepcją „umiędzynarodowienia" szeregów przyszłej Czerwonej Armii Polskiej przemawiały nie tylko ograniczone możliwości mobilizacyjne, lecz także silna nieufność komunistów wobec polskich wojskowych. W memoriale skierowanym do Lenina, sformułowano ocenę, że wyłącznie 1 Brygada Strzelców może być traktowana jako ,,(…) jedyny duży i pewny oddział w Rosji”.
     
     
                Paranoidalna wręcz nieufność polskojęzycznych komunistów wobec własnych rodaków pogłębiała jeszcze bardziej ich wyalienowanie ze środowiska polskiego, potęgując tym samym uzależnienie polskich komunistów od ich bolszewickich protektorów. Bez ich ukrytego czy jawnego wsparcia  nie było możliwości przechwycenia władzy w Polsce przez komunistów.
     
     
               Równocześnie polskojęzyczni komuniści uznali, iż południowo-wschodnie rubieże rewolucyjnej Polski miały opierać się na Bugu, a północno-wschodnie - obejmować powiaty: bielski, białostocki, ewentualnie sokólski oraz zamieszkałe przez Polaków fragmenty dawnej guberni suwalskiej. W tym samym czasie plany operacyjne Frontu Zachodniego zakładały wcielenie do Rosji Lubelszczyzny i Białostocczyzny. Oznaczało to, że w bolszewickich  kręgach władzy rozważana była opcja jeszcze bardziej drastycznego, niż to proponowała KPRP, ograniczenia polskiego obszaru etnicznego. Ostatecznie obie strony uznały ten problem za drugorzędny i postanowiły odsunąć wiążące decyzje w sprawie linii rozgraniczenia na okres późniejszy.
     
     
               W ramach programu przekształcenia Zachodniej Dywizji Strzelców w Polską Operacyjną Grupę Armijną  sztab „polskiej dywizji”  przeniesiony został do Mińska, a nowym dowódcą jednostki mianowano Romana Lągwę. Na czele 1 Brygady Strzelców stanął Kazimierz Majewski, który rezydował w Wilnie.  W 2 Brygadzie Strzelców funkcję dowódcy pełnił Stanisław Kowalski, a jej sztab natomiast ulokowano w Baranowiczach. Na siedzibę sztabu 3 Brygady Strzelców wyznaczono zaś Lidę, a pełniącym obowiązki dowódcy został Władysław Dobrowolski.
     
     
               Komuniści podjęli także dość chaotyczne próby rozbudowy sieci punktów werbunkowych, których zadaniem było pozyskiwanie chętnych do służby w „polskich” formacjach rewolucyjnych. W ich tworzenie kierownictwo  KPRP w Rosji zaangażowało wszystkie terenowe komórki partyjne, którym zalecono udostępnienie własnych lokali dla potrzeb biur werbunkowych i wsparcie ich organizatorów. Rozwinięciem tej inicjatywy było stworzenie dwóch „punktów etapowych”,  jeden z nich zorganizowano w Wilnie z myślą o chętnych przebywających na terenach L-BSRR, drugi zaś powstał w Mińsku, dokąd kierować zamierzano ochotników z terenów ukraińskich i RSFRR. Łącznie działało 30 punktów rozrzuconych od Wilna po Orenburg i od Niżnego Nowogrodu po Odessę.
     
     
               Pomimo szerokiej akcji propagandowej oraz wsparcia władz bolszewickich do połowy marca 1919 roku szeregi „polskiej dywizji" powiększyły się zaledwie o około 800 ochotników. Przez następne trzy miesiące, w czasie których kontynuowano werbunek, odnotowano porównywalne zainteresowanie służbą w tej jednostce.


             Niezadowalające efekty działalności Wydziału Werbunkowego wymusiły na KPRP odstąpienie od realizacji pierwotnych zamierzeń. W praktyce oznaczało to konieczność skoncentrowania się niemal wyłącznie na poczynaniach indoktrynacyjnych prowadzonych przez Wydział Polityczny wśród żołnierzy Zachodniej Dywizji Strzelców.
     
     
                Zamiast stworzenia Czerwonej Armii priorytetem stało się jedynie utrzymanie etatów i dozbrojenie Zachodniej Dywizji Strzelców. Nie było to  łatwe, gdyż pojawiły się symptomy załamywania się u części żołnierzy „rewolucyjnego morale ". Dotyczyło to przede wszystkim tych, którzy za wszelką cenę pragnęli powrócić w rodzinne strony.
     

               Obejmowanie w administrację przez odrodzone państwo polskie coraz bardziej na wschód wysuniętych obszarów dotąd okupowanych przez Niemców sprawiło, że rejony koncentracji „polskiej dywizji” znalazły się w bezpośrednim sąsiedztwie linii granicznej wyznaczonej polsko-niemiecką umową białostocką. Ta „bliskość Polski" w połączeniu z oddalającą się perspektywą wkroczenia do ojczyzny pod czerwonymi sztandarami jednostek, wystawiła na próbę lojalność tej grupy mundurowych wobec rewolucji. Na jej podtrzymaniu skupili się aktywiści KPRP oddelegowani do pracy w Wydziale Politycznym. W celu intensyfikacji agitacji Rada Wojskowo-Rewolucyjna Zachodniej Dywizji Strzelców zaczęła nawet wydawać w Mińsku specjalny organ prasowy ukazujący się pod tytułem „Kronika Żołnierza Komunisty”.
     
     
              Przysłowiową czarę goryczy przelała związana z marcowym odwrotem głównych sił bolszewickich obawa, że podążając wraz z nimi na wschód, definitywnie utracona zostanie szansa powrotu do kraju. Do tego wszystkiego destrukcyjny wpływ na morale żołnierzy wywierały trudności aprowizacyjne. Anarchizacja szeregów żołnierskich w 3 Pułku Siedleckim osiągnęła w pewnym momencie taki poziom, że w obawie przed otwartym buntem zdecydowano się na czasowe ich rozbrojenie.
     
     
               Postępująca anarchizacja ujawniała się nie tylko w postawach szeregowych żołnierzy, ale także zaczęła dotykać kadry oficerskiej. Najbardziej spektakularnym tego wyrazem było „przejście na stronę przeciwnika” dowódcy 2 Dywizjonu Artylerii Lekkiej Waleriana Zaniepokojeni tym wszystkim bolszewiccy komisarze ludowi zmuszeni zostali do wykorzystania czekistów do prowadzenia działań prewencyjnych wszędzie tam, gdzie po jawiały się choćby symptomy nieposłuszeństwa .
     
     
               Gorliwość funkcjonariuszy Czeki wywoływała czasami odwrotny od oczekiwanego efekt. Taka sytuacja miała miejsce 7 marca w Baranowiczach, gdzie po aresztowaniu kilku „niepewnych żołnierzy” ich koledzy z 4 Pułku Warszawskiego otoczyli sztab 2 Brygady, by wymóc na zwierzchnikach pomoc w uwolnieniu zatrzymanych. „Porządek” musiano zaprowadzić siłami kawalerii.   Do równie drastycznych kroków musiano się uciec, tłumiąc bunt w 6 Pułku Grodzieńskim.
     
     
               W ramach realizacji polskiej operacji wileńskiej l oraz 2 Brygada Zachodniej Dywizji Strzelców znalazły się na głównych kierunkach uderzeń polskiej ofensywy.  W pierwszych bratobójczych starciach, do których wówczas doszło w rejonie Lidy i Baranowicz, większą bitnością wykazały się jednostki polskiej armii.
     
     
               Po zajęciu przez Wojsko Polskie Lidy, Nowogródka, Baranowicz i Wilna regularne walki na kilka tygodni ustały. Dochodziło jedynie do lokalnych starć . Kolejna faza polskich działań ofensywnych, prowadzonych na większą skalę, podjęta została pod koniec czerwca. Zgrupowanie dowodzone przez gen. Stanisława Szeptyckiego przystąpiło do ataku w kierunku Wilejki, Mołodeczna i Mińska. W rejonie drugiego z wymienionych miast doszło do walk pomiędzy oddziałami 3 Brygady a 2 Dywizją Piechoty Legionów. Podobnie jak w kwietniu zakończyły się one klęską komunistycznej jednostki.
     
     
               Te niepowodzenia doprowadziły do przekształcenia 3 Brygady w 52 Dywizję Strze1ców. W połowie lipca, walcząc już jako regularna formacja Armii Czerwonej, wzięła ona udział w nieudanej próbie do kontruderzenia wyprowadzanego z przedpola Mińska. W trakcie walk 52 Dywizja poniosła bardzo duże straty.
     
     
               Klęski na froncie,  załamanie się akcji werbunkowej oraz ferment wśród żołnierzy, skłoniły kierownictwo KPRP  do oficjalnego ogłoszenia decyzji o odstąpieniu od formowania Polskiej Operacyjnej Grupy Armijnej.
     
     
               Tym samym uznano, iż  rewolucję nad Wisłą wesprzeć mogła jedynie Armia Czerwona.  Ewentualne komunistyczne powstanie w Polsce przebiegać musiało bez udziału choćby szczątkowych polskich formacji rewolucyjnych.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    A. Miodowski – Polityka wojskowa radykalnej lewicy 1917-1921
     
     
    Materiały archiwalne do historii stosunków polsko-radzieckich, red. N. Gąsiorowska 
     
     
    A. Pepłoński - Kontrwywiad II Rzeczypospolitej
     
     
    A. Leinwand -  Pogotowie Bojowe i Milicja Ludowa w Polsce 1917-1919
     
     
    I. Pawłowski, K. Sobczak -  Walczyli o Polskę. Polacy i oddziały polskie w rewolucji październikowej i wojnie domowej w Rosji 1917-1921.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    14 listopada w serwisie PAP Media Room ukazał się materiał pochodzący z KGS (Krajowej Grupy Spożywczej), w którym Spółka chwali się wynikiem finansowym i inwestycjami. Ale to jak chwalić się sukcesem, którego nie ma i gdy porażka nieuchronnie się zbliża.

    Na koniec roku obrotowego Krajowa Grupa Spożywcza osiąga dobry wynik finansowy i wciąż rozwija swój potencjał. W ciągu ostatnich miesięcy spółki wchodzące w skład Grupy Kapitałowej zrealizowały strategiczne inwestycje – do użytku oddano oczyszczalnię ścieków w Cukrowni Malbork za 95 mln zł, czy nowoczesną oborę w Danko o wartości ponad 20 mln zł… Z końcem września Krajowa Grupa Spożywcza S.A. zakończyła rok obrotowy 2023/2024. Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Wypracowany zysk jest niewątpliwie dowodem na skuteczność w budowaniu istotnej roli Grupy w sektorze rolno-spożywczym.

    – informuje Krajowa Grupa Spożywcza (https://pap-mediaroom.pl/biznes-i-finanse/kgs-sa-konczy-kolejny-rok-obrotowy-z-zyskiem)

     

    Tajny wynik finansowy?

    Wspaniale, ale jaki jest wynik finansowy KGS?

    Tego czytelnik się nie dowie, bo KGS go nie ujawnił. Chyba po raz pierwszy w historii, Spółka szczyci się dobrym wynikiem finansowym po zakończeniu roku obrotowego, nieznanym, utajnionym. Czy to jakiś nowy rodzaj transparentności?

    Wynik finansowy jest tak dobry, że nie można go ujawnić

    – żartuje jeden z pracowników.

    Pewną wskazówką może stanowić informacja KGS, że Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Problem w tym, że jak wynika ze sprawozdania zarządu KGS za rok 2022/23, wynik finansowy brutto był o 433 tys. zł, a netto o 32,716 mln zł wówczas niższy od zaplanowanego. Czy zatem ktoś nie zagalopował się powyższym stwierdzeniem? I co sądzić o obecnej zapowiedzi dotyczącej roku 2023/24?

    Przypomnijmy wyniki finansowe w roku obrotowym:

    2020/21 – brutto: 121,599 mln, netto: 84,499 mln zł

    2021/22 – brutto: 374,410 mln zł, netto: 284,90 mln zł

    2022/23 – brutto: 578,873 mln zł, netto: 430,7 mln zł

    Czyli obserwowaliśmy do 2023 roku trend wzrostowy w zakresie wyniku finansowego brutto i netto.

    Wynik finansowy za rok 2023/24 będzie znacznie niższy niż w latach ubiegłych, a za rok prognozowana strata jakiej jeszcze nie było.

    – twierdzą nasze źródła?

     

    Porażka się zbliża

    I rzeczywiście z szacunków byłego prezesa Elewarru dra Daniela Alain Korony z czerwca br. wynikało, że strata KGS w roku 2024/25 może sięgać 600 mln zł. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-i-elewarr-zamkna-rok-obrotowy-stratami/. Przy obecnych cenach cukru i kosztach produkcji przy założeniu że ceny cukru nie wzrosną, nie można wykluczyć straty rzędu 800 mln – 1 mld zł. Wprawdzie w ostatnich dniach ceny cukru zaczęły lekko rosnąć, ale ceny są wciąż daleko niższe od kosztów produkcji.

    Trend spadkowy cen cukru był widoczny od dawna, ale z informacji z posiedzeń rady nadzorczej które ujawniliśmy wynikało, że zlekceważono ten fakt, nie podjęto (a przynajmniej o nich nie wiemy) żadnych działań zmierzających do obniżenia kosztów na rok 2024/25. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-spokojnie-ceny-cukru-tylko-spadaja/

    Ale jest gorzej, gdyż nawet po zmniejszeniu cen skupu buraka cukrowego w kontraktacji na rok 2025/26, KGS może nadal wykazywać ujemne wyniki finansowe. https://zyciestolicy.com.pl/burak-nieoplacalny-dla-rolnikow-cukier-dla-kgs/

     

    Fatalne zarządzanie?

    Ale dla KGS i jego prezesa, ważniejszy okazał się temat oczyszczalni ścieków. Czy naprawdę 95 mln wydanych na tą inwestycję (być może nawet i potrzebne) jest ważniejszym osiągnięciem niż wynik KGS i spółek zależnych? Czy KGS chce kojarzyć się oczyszczalnią ścieków, zamiast np. z terminalem zbożowym (KGS przegrał przetarg), magazynami zasypanymi polskim zbożem (skup Elewarru był bardzo słaby) i rolnikami zadowolonymi ze współpracy (na razie uciekają od Elewarru do konkurencji np. w Bielsku Podlaskim).

    Ten artykuł jest kabaretowy. Ktoś nie docenia inteligencji rolników, branży i myśli że kogoś nabierze na autopromocję prezesa Zagórskiego.

    – mówi nam jeden z pracowników.

    Faktem jest, że ta promocja KGS w PAPie kłóci się z odczuciami wielu pracowników, którzy wskazują że:

    spółki zależne są gorzej zarządzane niż gdy były pod Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa, rozmnożyły się zatrudnienia i wynagrodzenia najbliższych współpracowników prezesa, a jedynym sukcesem prezesa jest trwanie na stanowisku.

    To oczywiście tylko pogląd, ale czy bezpodstawny?

    W segmencie zbożowo-młynarskim w roku 2023/24 spółki miały uzyskać dodatnie wyniki finansowe. Tymczasem Elewarr zakończy rok obrotowy według naszych szacunków ze stratą 18-20 mln zł (i to po dokapitalizacji z KPO i sprzedaży ZZZ), Zamojskie Zakłady Zbożowe musiały zostać dokapitalizowane (co KGS przedstawia jako wsparciem spółek zależnych, czego dowodem jest podjęcie w ostatnich dniach przez Zarząd KGS S.A. uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego „Zamojskich Zakładów Zbożowych” sp. z o.o.) gdyż spółka miała trudności ze spłatą odsetek od pożyczki udzielonej przez Krajową Grupę Spożywczą S.A., wynoszących ponad 170 tys. zł miesięcznie, a wyniki finansowe PZZ Stoisław z kolei pozostawiają do życzenia…

    A zatrudnienia np. w Elewarrze wzbudzają kontrowersje, specjalista od restrukturyzacji (z PKD w zakresie pogrzebów), dyrektor ds. logistyki w oddziale Gądki (choć takiej potrzeby nie ma), działacz Agrounii w Rzeszowie (choć firma tego działacza ma w PKD działalność konkurencyjną), prezes Łukasiewicz … – jak mówią pracownicy – lepiej nie mówić.

     

    Jedyny sukces: trwanie prezesa Zagórskiego?

    A zatem być może rzeczywiście jedynym sukcesem jest trwanie na stanowisku prezesa Zagórskiego tj. byłego posła i ministra w czasach PIS, wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła zawiadomienie do prokuratury w związku z przekazaniem danych PESEL Poczcie Polskiej w sprawie wyborów kopertowych, wbrew elektoratowi obecnej koalicji rządzącej (KO-Lewica-Trzecia Droga) i pomimo publicznych deklaracji premiera Tuska, ministrów o rozliczeniach.

    Komunikat powinien dotyczyć autoprezentacji jak trwać na stanowisku i tańczyć chocholi taniec z PSL i premierem Tuskiem , na tyle skutecznie że chcą go oglądać i słuchać na stanowisku prezesa?

    – komentuje jeden z pracowników.

    Może czas by ten spektakl się już wreszcie zakończył

    (za https://zyciestolicy.com.pl)

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    14 listopada w serwisie PAP Media Room ukazał się materiał pochodzący z KGS (Krajowej Grupy Spożywczej), w którym Spółka chwali się wynikiem finansowym i inwestycjami. Ale to jak chwalić się sukcesem, którego nie ma i gdy porażka nieuchronnie się zbliża.

    Na koniec roku obrotowego Krajowa Grupa Spożywcza osiąga dobry wynik finansowy i wciąż rozwija swój potencjał. W ciągu ostatnich miesięcy spółki wchodzące w skład Grupy Kapitałowej zrealizowały strategiczne inwestycje – do użytku oddano oczyszczalnię ścieków w Cukrowni Malbork za 95 mln zł, czy nowoczesną oborę w Danko o wartości ponad 20 mln zł… Z końcem września Krajowa Grupa Spożywcza S.A. zakończyła rok obrotowy 2023/2024. Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Wypracowany zysk jest niewątpliwie dowodem na skuteczność w budowaniu istotnej roli Grupy w sektorze rolno-spożywczym.

    – informuje Krajowa Grupa Spożywcza (https://pap-mediaroom.pl/biznes-i-finanse/kgs-sa-konczy-kolejny-rok-obrotowy-z-zyskiem)

     

    Tajny wynik finansowy?

    Wspaniale, ale jaki jest wynik finansowy KGS?

    Tego czytelnik się nie dowie, bo KGS go nie ujawnił. Chyba po raz pierwszy w historii, Spółka szczyci się dobrym wynikiem finansowym po zakończeniu roku obrotowego, nieznanym, utajnionym. Czy to jakiś nowy rodzaj transparentności?

    Wynik finansowy jest tak dobry, że nie można go ujawnić

    – żartuje jeden z pracowników.

    Pewną wskazówką może stanowić informacja KGS, że Spółka kolejny rok z rzędu osiągnęła wynik finansowy wyższy od pierwotnie zaplanowanego. Problem w tym, że jak wynika ze sprawozdania zarządu KGS za rok 2022/23, wynik finansowy brutto był o 433 tys. zł, a netto o 32,716 mln zł wówczas niższy od zaplanowanego. Czy zatem ktoś nie zagalopował się powyższym stwierdzeniem? I co sądzić o obecnej zapowiedzi dotyczącej roku 2023/24?

    Przypomnijmy wyniki finansowe w roku obrotowym:

    2020/21 – brutto: 121,599 mln, netto: 84,499 mln zł

    2021/22 – brutto: 374,410 mln zł, netto: 284,90 mln zł

    2022/23 – brutto: 578,873 mln zł, netto: 430,7 mln zł

    Czyli obserwowaliśmy do 2023 roku trend wzrostowy w zakresie wyniku finansowego brutto i netto.

    Wynik finansowy za rok 2023/24 będzie znacznie niższy niż w latach ubiegłych, a za rok prognozowana strata jakiej jeszcze nie było.

    – twierdzą nasze źródła?

     

    Porażka się zbliża

    I rzeczywiście z szacunków byłego prezesa Elewarru dra Daniela Alain Korony z czerwca br. wynikało, że strata KGS w roku 2024/25 może sięgać 600 mln zł. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-i-elewarr-zamkna-rok-obrotowy-stratami/. Przy obecnych cenach cukru i kosztach produkcji przy założeniu że ceny cukru nie wzrosną, nie można wykluczyć straty rzędu 800 mln – 1 mld zł. Wprawdzie w ostatnich dniach ceny cukru zaczęły lekko rosnąć, ale ceny są wciąż daleko niższe od kosztów produkcji.

    Trend spadkowy cen cukru był widoczny od dawna, ale z informacji z posiedzeń rady nadzorczej które ujawniliśmy wynikało, że zlekceważono ten fakt, nie podjęto (a przynajmniej o nich nie wiemy) żadnych działań zmierzających do obniżenia kosztów na rok 2024/25. https://zyciestolicy.com.pl/kgs-spokojnie-ceny-cukru-tylko-spadaja/

    Ale jest gorzej, gdyż nawet po zmniejszeniu cen skupu buraka cukrowego w kontraktacji na rok 2025/26, KGS może nadal wykazywać ujemne wyniki finansowe. https://zyciestolicy.com.pl/burak-nieoplacalny-dla-rolnikow-cukier-dla-kgs/

     

    Fatalne zarządzanie?

    Ale dla KGS i jego prezesa, ważniejszy okazał się temat oczyszczalni ścieków. Czy naprawdę 95 mln wydanych na tą inwestycję (być może nawet i potrzebne) jest ważniejszym osiągnięciem niż wynik KGS i spółek zależnych? Czy KGS chce kojarzyć się oczyszczalnią ścieków, zamiast np. z terminalem zbożowym (KGS przegrał przetarg), magazynami zasypanymi polskim zbożem (skup Elewarru był bardzo słaby) i rolnikami zadowolonymi ze współpracy (na razie uciekają od Elewarru do konkurencji np. w Bielsku Podlaskim).

    Ten artykuł jest kabaretowy. Ktoś nie docenia inteligencji rolników, branży i myśli że kogoś nabierze na autopromocję prezesa Zagórskiego.

    – mówi nam jeden z pracowników.

    Faktem jest, że ta promocja KGS w PAPie kłóci się z odczuciami wielu pracowników, którzy wskazują że:

    spółki zależne są gorzej zarządzane niż gdy były pod Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa, rozmnożyły się zatrudnienia i wynagrodzenia najbliższych współpracowników prezesa, a jedynym sukcesem prezesa jest trwanie na stanowisku.

    To oczywiście tylko pogląd, ale czy bezpodstawny?

    W segmencie zbożowo-młynarskim w roku 2023/24 spółki miały uzyskać dodatnie wyniki finansowe. Tymczasem Elewarr zakończy rok obrotowy według naszych szacunków ze stratą 18-20 mln zł (i to po dokapitalizacji z KPO i sprzedaży ZZZ), Zamojskie Zakłady Zbożowe musiały zostać dokapitalizowane (co KGS przedstawia jako wsparciem spółek zależnych, czego dowodem jest podjęcie w ostatnich dniach przez Zarząd KGS S.A. uchwały w sprawie podwyższenia kapitału zakładowego „Zamojskich Zakładów Zbożowych” sp. z o.o.) gdyż spółka miała trudności ze spłatą odsetek od pożyczki udzielonej przez Krajową Grupę Spożywczą S.A., wynoszących ponad 170 tys. zł miesięcznie, a wyniki finansowe PZZ Stoisław z kolei pozostawiają do życzenia…

    A zatrudnienia np. w Elewarrze wzbudzają kontrowersje, specjalista od restrukturyzacji (z PKD w zakresie pogrzebów), dyrektor ds. logistyki w oddziale Gądki (choć takiej potrzeby nie ma), działacz Agrounii w Rzeszowie (choć firma tego działacza ma w PKD działalność konkurencyjną), prezes Łukasiewicz … – jak mówią pracownicy – lepiej nie mówić.

     

    Jedyny sukces: trwanie prezesa Zagórskiego?

    A zatem być może rzeczywiście jedynym sukcesem jest trwanie na stanowisku prezesa Zagórskiego tj. byłego posła i ministra w czasach PIS, wobec którego sejmowa komisja śledcza złożyła zawiadomienie do prokuratury w związku z przekazaniem danych PESEL Poczcie Polskiej w sprawie wyborów kopertowych, wbrew elektoratowi obecnej koalicji rządzącej (KO-Lewica-Trzecia Droga) i pomimo publicznych deklaracji premiera Tuska, ministrów o rozliczeniach.

    Komunikat powinien dotyczyć autoprezentacji jak trwać na stanowisku i tańczyć chocholi taniec z PSL i premierem Tuskiem , na tyle skutecznie że chcą go oglądać i słuchać na stanowisku prezesa?

    – komentuje jeden z pracowników.

    Może czas by ten spektakl się już wreszcie zakończył - konkluduje portal https://zyciestolicy.com.pl 

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Oprócz indoktrynacji polskich żołnierzy komuniści podjęli również próbę utworzenia Czerwonej Armii.
     
     
               Jej pierwociny powstały już pod koniec października 1918 roku w Zagłębiu Dąbrowskim. Początkowo szeregi bojowców zasilili wyłącznie członkowie SDKPiL oraz PPS Lewicy. Z upływem czasu dzięki prowadzonej agitacji zdołano powiększyć ich stany osobowe poprzez przyciągnięcie grupy robotników bezpartyjnych.
     
     
               W Instrukcji dla Komitetów Robotniczych, Kopalnianych, Fabrycznych,  Hutniczych i Folwarcznych  zapisano, iż ,, (…) zbrojne zastępy Czerwonej Gwardii, które podlegają kierownictwu Rad Delegatów Robotniczych, mają być na jej wezwanie w każdej chwili gotowe do wystąpienia w obronie klasy robotniczej i wydania boju śmiertelnego wrogom proletariatu”.
     
     
               Pod tym sformułowaniem kryła się zapowiedź użycia siły zbrojnej w trakcie próby przejęcia władzy w Polsce.
     
     
               Równocześnie zaczęto tworzyć dla oddziałów Czerwonej Gwardii sieć punktów koncentracji określanych mianem wartowni. Lokowano je w strategicznie ważnych punktach usytuowanych w pobliżu kopalń, hut i fabryk. W celu wykorzystania potencjału kilkuset uzbrojonych czerwonogwardzistów rozproszonych na terenie Sosnowca, Dąbrowy, Sędzina, Czeladzi, Grodźca, Wojciechowic i Milowic, konieczne stało się powołanie ośrodków kierowniczo-koordynujących. Jeden z nich – pod nazwą Sekcja Uzbrojenia Robotniczego -  powstał w lutym 1919 roku przy Radzie Delegatów Robotniczych  Okręgu Dąbrowskiego.  Do jej najważniejszych zadań należało „sprawowanie kontroli nad oddziałami Czerwonej Gwardii i przygotowanie sił zbrojnych proletariatu do rewolucji".
     

               Priorytetową sprawą było zorganizowanie oddziałów Czerwonej Gwardii w stolicy odradzającego się państwa. Z kilkutygodniowym poślizgiem w stosunku do Zagłębia stosowne działania podjęła pod koniec listopada 1918 r. warszawska Rada Delegatów Robotniczych. Osobą odpowiedzialną za ich powstanie był Stanisław Budzyński, b. wiceprzewodniczący piotrogrodzkiego CKW RDRiŻ oraz członek dowództwa delegowanie Zachodniej Dywizji
    Strzelców.
     
     
               Na początku grudnia 1918 roku stołeczna RDR wystosowała apel do robotników,w którym podkreślono, iż  na „drodze ku organizowaniu władzy rad powinni robotnicy gromadzić siły do ostatecznej z wrogiem rozprawy. Rząd oparty na gwałcie, na sile zbrojnej tylko przemocą obalić potrafimy. Dlatego robotnicy powinni się skupić w jednostki bojowe, powinni się zbroić. Powszechnym hasłem w dzielnicach robotniczych powinna być Czerwona Gwardia, która powstała z łona proletariatu i przezeń kierowana w niedalekiej przyszłości stanie się jednym z najważniejszych ośrodków groźnej i potężnej siły, która obali współczesny ustrój kapitalistyczny, a dzisiejszych jego obrońców zasypie gruzami. Tworzenie proletariackiej Czerwonej Gwardii jest zadaniem dnia, wytężmy siły nasze w tym kierunku, a zwycięstwo przed nami”.
     
     
            Wezwanie to spotkało się raczej z umiarkowanym odzewem wśród warszawskich robotników.
     
     
             Nieudaną próbę zamachu na rząd Jędrzeja Moraczewskiego, przeprowadzoną przez środowiska prawicowe w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku, komuniści wykorzystali do zgłoszenia rezolucji wzywającej rząd do „uzbrojenia ludu i utworzenia Czerwonej Gwardii podporządkowanej całkowicie Radom Delegatów Robotniczych, (…) która zdobyć może i utrwalić pełną wolność i dać robotnikom możność wyzwolenia się spod krwawych szponów kapitału”.
     
     
               W ten sposób starano się doprowadzić do powtórzenia się w Polsce sytuacji, do jakiej doszło we wrześniu 1917 roku w Rosji w związku z puczem gen. Ławra Korniłowa. Jędrzej Moraczewski w przeciwieństwie do Aleksandra Kiereńskiego nie zgodził się na uzbrojenie bojowców Czerwonej Gwardii. Przeciwnie, przyspieszył,  zapoczątkowany już 18 grudnia 1918 roku, proces likwidacji oddziałów Czerwonej Gwardii i ich struktur kierowniczych.
     
     
              Ostatnie zakrojone na szeroką skalę działania przeprowadzono w połowie lutego 1919 roku, aresztując m.in. dwóch komisarzy czerwonogwardyjskich kierujących formacjami na terenie Okręgu Dąbrowskiego i Sosnowieckiego.
     
     
             Nie mogąc liczyć na powiększenie własnych arsenałów drogą wymuszonego okolicznościami przydziału rządowego, zdecydowano się więc poszukiwać innych źródeł zaopatrzenia w broń. Jej pozyskanie stanowiło bowiem jeden z warunków urzeczywistnienia planów rozbudowy Czerwonej Gwardii.
     
     
              O wadze tej sprawy świadczyło zaangażowanie znacznych sił i środków w celu zorganizowania i zaopatrzenia magazynów z uzbrojeniem. W Warszawie nadzór nad nimi powierzono Kazimierzowi Wincentemu Łąkowskiemu. Był on osobą „najwyższego zaufania” zaangażowaną w kluczowe przedsięwzięcia komunistów. Z ramienia „Wojskówki” tworzył Radę Delegatów Robotniczych oraz organizował akcje indoktrynacyjne w szeregach pepeesowskiej Milicji Ludowej.
     
     
              Charakteryzując swoje obowiązki i rolę partyjnego zbrojomistrza, stwierdził, iż  ,,(…) kontrolowałem zawartość, jakość oraz pielęgnację broni. Z tych składów podejmowano broń w czasie samoobrony przeciwko szpiclom i prowokatorom oraz na ewentualne opanowanie pozycji wroga" .
     
     
               Komunistyczne plany zdobycia władzy na drodze zbrojnego zamachu niosły ze sobą konieczność znaczącego powiększenia dotychczas zgromadzonych arsenałów. Próbowano tego dokonać, przemycając broń przekazywaną przez bolszewickich komisarzy ludowych i pozyskując ją nielegalnie z krajowych źródeł. Ze względu na obecność w strefie nadgranicznej znacznych sił Wojska Polskiego dostawy broni z Rosji bolszewickiej były znacznie utrudnione.. Pozostawało więc przede wszystkim szukanie sposobów nielegalnego zaopatrzenia na miejscu.
     
     
                Z raportów Biura Wywiadowczego MSW wynika, że po tym jak ,,(…) Centralny Komitet wydał rozkaz mobilizacyjny na terenie całego Królestwa, (…) wydano instrukcję zaopatrywania się w broń. Instrukcja ta odnosi się również do sympatyków KPRP. Sformowane oddziały lotne skupują broń lub na podstawie sfałszowanych dokumentów konfiskują. Zachodzi obawa, że komuniści będą przekupywać żołnierzy i napadać na posterunki wojskowe w celu zdobywania broni".  Ta obawa okazała się w pełni uzasadniona. Z późniejszych informacji wywiadowczych wiadomo, iż (…) żołnierze z arsenału Cytadeli Warszawskiej sprzedają rewolwery komunistom", a „dwaj oficerowie, czy też osoby przebrane w ich uniformy, dostarczyli z ulicy Elektoralnej do lokalu partyjnego na Woli pudła zawierające 27 rewolwerów i 4 bomby”.
     
     
              Wykorzystywano także więzy rodzinne. Służący w 7 Pułku Piechoty Legionów ppor. Kędra przekazał miejscowym ,,(…) komunistom większą ilość karabinów, zaś granaty ręczne i amunicja zostały przez tamtejszą żandarmerię skonfiskowane, nim zdołał je dostarczyć". Na rolę „zaopatrzeniowca" zdecydował się ze względu na żonę, której siostry były znanymi aktywistkami komunistycznymi.
     
     
              Znacznym ułatwieniem dla zdobywania broni było pozyskiwanie osób o legionowym rodowodzie. Szczególnym przykładem takiej postaci był Kazimierz Lauer, dawny oficer 2 Brygady Legionów Polskich. W strukturach „Wojskówki” zajmował dość eksponowane stanowiska, jako łącznik wydziału z warszawskim Komitetem Miejskim i zastępca takiegoż do spraw kontaktów z KC KPRP.  Zanim Biuro Wywiadowcze MSW zdołało zidentyfikować jego kontakty udało mu się pozyskać sporo broni.  Jeden ze współpracowników „Ludwika" wskazywał, iż miał on ,,(…) stopień oficerski oraz wiedzę fachową, co ułatwiało mu podejście do żołnierzy, znał też rozmieszczenie oddziałów wojskowych w terenie, miał znajomości wśród wojskowych, którzy doręczali nam karty służbowe na wyjazdy oraz bezpłatne bilety kolejowe. W karty te i bilety kolejowe zaopatrywaliśmy naszych dwóch ludzi, którzy w mundurach wojskowych rozwozili literaturę KPRP po całej Polsce".
     
     
              Zakup uzbrojenia finansowany był z pieniędzy dostarczanych z Rosji bolszewickiej.
     
     
               Aresztowania wśród mundurowych ułatwiających i prowadzących handel uzbrojeniem, a zwłaszcza represje wobec najbardziej aktywnych w tej sferze działaczy KPRP pozwoliły zahamować rozrost arsenałów partyjnych powiększanych z myślą o Czerwonej Gwardii.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     W celu koordynacji wszelkich działań przeciwko Wojsku Polskiemu komuniści utworzyli  przy Sekretariacie Komitetu Centralnego KPRP  Wydział Agitacji w Wojsku, potocznie zwany „Wojskówką".
     
     
               W strukturach partyjnych posiadał on charakter autonomiczny. Podobnie rzecz się miała z utworzoną niebawem jego zewnętrzną ekspozyturą w postaci Komunistycznej Organizacji Żołnierskiej.
     
     
               Obie jednostki organizacyjne podlegały bezpośrednio KC KPRP, a kierownictwo nad nimi sprawowali  m.in.: Edward Próchniak, Stanisław Budzyński i przede wszystkim Stefan Żbikowski, b. dowódcę Warszawskiego Pułku Rewolucyjnego.
     
     
               Kierownictwo KPRP zleciło działaczom skierowanym do pracy w strukturach „Wojskówki” przygotowanie i wzniecenie w dogodnym momencie powstania zbrojnego w Polsce.
     
     
              Realizacja tego plany wymagała zwiększenia kadr partyjnych w Polsce kosztem zahamowania rozwoju  formacji rewolucyjnych w Rosji bolszewickiej.
     
     
               Uznano tym samym, iż narzucenie Polsce komunizmu z zewnątrz siłą Armii Czerwonej zostałoby odebrane przez Polaków jako akt zewnętrznej agresji. Nieuchronnie doprowadziłoby to do wykreowania postaw powstańczych, co  związałoby znaczne siły Armii Czerwonej nad Wisłą, opóźniając jej marsz na zachód kontynentu.
     
     
               Pierwszym krokiem uczynionym w kierunku stworzenia w Wojsku Polskim komunistycznych jaczejek było wyszukanie w poszczególnych jednostkach osób o poglądach radykalnych. „W nawiązywaniu kontaktów z żołnierzami pomagały nam dzielnice, - wspominał jeden z członków „Wojskówki” - które zbierały adresy od towarzyszy ojców, których synowie służyli w wojsku, oraz młodzież komunistyczna. Po nawiązaniu tych kontaktów ze wskazanymi żołnierzami, ci ze swej strony wprowadzali innych kolegów”.
     
     
               Ze względu na ograniczone kadry „Wojskówki” poczynania te w zasadzie ograniczyły się początkowo do garnizonu warszawskiego i jego okolic, takich jak Dęblin, Modlin, Rembertów i Siedlce. Jeśli chodzi o inne rejony kraju, z konieczności musiano się skupić tylko w tych formacjach, do których wcześniej przeniknęli partyjni agenci.
     
     
              W celu usprawnienia indoktrynacji rozpoczęto wydawanie pisma „Żołnierz-Robotnik” , który kolportowany był przez  odrębną, niezależną od partyjnej, sieć rozprowadzającą. Specjalistą w tej dziedzinie był „towarzysz Edward Siwek, pseudonim Patyk, który ubrany po wojskowemu docierał nieomal do wszystkich jednostek wojskowych”. 
     
     
               Wraz z wcieleniem do Wojska Polskiego wiosną wiosną 1919 roku aż z sześciu roczników poborowych,  urodzonych w latach 1896-1901, w szeregi armii wniknęła liczna grupa agentów KPRP.
     
     
              „Pełniąc służbę wojskową utrzymywaliśmy w dalszym ciągu łączność z towarzyszami w cywilu. – wspominał jeden z rekrutów -  Chodziliśmy na zebrania i przynosiliśmy do koszar bibułę (ulotki), którą masowo rozrzucaliśmy po schodach i korytarzach. Ulotki te czytane były przez żołnierzy, którzy coraz bardziej solidaryzowali się z ich treścią”.
     
     
               Pewne sukcesy komuniści odnieśli także w formacjach dowodzonych przez gen. Józefa Hallera. Wynikało to z tego, iż  przyszli halerczycy już w obozach jenieckich, a następnie w szeregach „Błękitnej Armii" zetknęli się z radykalną propagandą zachodnioeuropejskiej lewicy. Ci nieliczni spośród halerczyków, którzy demonstrowali tego typu postawy, w sposób naturalny już latem 1919 roku weszli w krąg współpracowników „Wojskówki”.
     
     
               „Żołnierze armii gen. Hallera z oddziału stacjonującego w Zagłębiu solidaryzowali się ze strajkującymi górnikami 26 lipca 1919 r. – napisano w analizie II Oddziału -  W ogóle postawa żołnierzy gen. Hallera pozwala mniemać, iż nie będą oni sprzeciwiali się jakiejkolwiek akcji ze strony robotników, co w razie jakichkolwiek zaburzeń będzie stanowiło poważne niebezpieczeństwo już nie tylko dla Zagłębia, lecz dla całego kraju”.
     
     
               Według raportów Sekcji Politycznej Departamentu II MSW w Kowlu przy ulicy Targowej 4 istniał lokal konspiracyjny, w którym odbywały się partyjne narady z udziałem żołnierzy z oddziałów grupy wojsk gen. Edwarda Rydza-Śmigłego i miejscowych kolejarzy. „Rej wodzą [tam] żołnierze halerczycy, którzy twierdzą, że nie przybyli walczyć za burżujów, a przyjechali dopomagać robotnikowi polskiemu. Agitują przeciw subordynacji w wojsku, oddawaniu honorów itp., twierdzą, że niedługo to się wszystko zmieni, bo naród tego dłużej cierpieć nie może”.
     
     
              O groźnym dla Wojska Polskiego stopniu spenetrowania jego struktur przez „Wojskówkę" świadczyły przypadki pozyskiwania do współpracy oficerów. W garnizonie warszawskim poprzez sympatyzujących z KPRP oficerów uzyskano dostęp do placówek szkolnictwa wojskowego. Jednym z głównych organizatorów akcji indoktrynacyjnej w tych kręgach był niegdysiejszy członek PPS-FR  chor. Stefan Weychert. Wykorzystując swe powiązania towarzysko-środowiskowe z ludźmi z kręgów piłsudczykowskich zdołał uzyskać „dojście” do przedstawicieli kadry i grupy elewów w jednej z podchorążówek. W raporcie Biura Wywiadowczego MSW z lutego 1919 roku tak scharakteryzowano jego działalność: „Stefan Weychert (…) w dalszym ciągu zajmuje się agitacją komunistyczną, prowadząc bardzo energiczną agita cję wśród wojska. Weychert obecnie nawiązuje wciąż znajomości z oficerami i szeregowcami ze Szkoły Podchorążych. Należy on do najzręczniejszych działaczy”.
     
     
              Kierownictwu „Wojskówki” zleżało nie tylko na zintensyfikowaniu akcji indoktrynacyjnej , ale także na pozyskaniu informacji o charakterze wywiadowczym. Ponadto prawie każdy oficer, podoficer i szeregowy żołnierz oprócz indywidualnych „przydziałów" otrzymywał też wspólne dla wszystkich zalecenie ogólne  ,,(…) ażeby po wyćwiczeniu, w razie wysłania na front odmówić posłuszeństwa". W ten sposó zamierzano doprowadzić do rozkładu Wojska Polskiego w trakcie nadchodzących zmagań z Armią Czerwoną.
     
     
             Wedle ocen Biura Wywiadowczego MSW statystycznie najbardziej podatni na agitację komunistyczną byli żołnierze o rodowodzie żydowskim. Jednocześnie wśród poborowych wywodzących się ze społeczności żydowskiej dominowały postawy pacyfistyczne, związane z chęcią uniknięcia służby wojskowej mogącej narazić na utratę życia. Dość zabawną ilustracją tego typu postawy, była historia osiemnastoletniego Żyda z Grójca.  ,,(…) posterunkowy z 10-go komisariatu, Berdyński, zauważył na rogu ul. Brackiej i Alei Jerozolimskich jakąś kobietę, której ruchy wydały mu się podejrzane. Obserwując w dalszym ciągu tę kobietę, policjant zauważył, że ma świeżo ogolone wąsy. Gdy zainterpelowana nie mogła się wylegitymować, przezorny policjant doprowadził podejrzaną do komisariatu. Tam dopiero stwierdzono, że zatrzymaną osobą jest 18-letni B. Wassermann, poborowy, syn handlarza z Grójca. Oprócz woreczka damskiego ręcznego miał on paczkę, w której znaleziono maszynkę do golenia, ubranie, tj. chałat i obuwie. ( ... ) B. Wassermann w takim stroju, w jakim został aresztowany, odprowadzony zostanie do PKU w Grójcu”.
     
     
              Innym pośrednim forum polem  aktywności „Wojskówki” w kręgach żołnierskich były struktury utworzonego jeszcze przez SDKPiL jesienią 1918 roku Związku Byłych Wojskowych Polaków [ZBWP]. Reklamowany jako organizacja postępowa, ale niezwiązana z żadnym ugrupowaniem politycznym, miał za zadanie skupić jak największą rzeszę mundurowych z armii byłych państw zaborczych i zdemobilizowanych formacji korpusowych.  Powiększaniu szeregów członkowskich miała służyć ostentacyjnie wprost manifestowana troska o zabezpiecze nie potrzeb egzystencjalnych byłych żołnierzy. Środki na prowadzenie działalności charytatywnej zapewniała Moskwa.
     
     
               Zjazd Delegatów ZBWP w lipcu 1919 roku w przyjętych uchwałach wyraził wsparcie dla  bolszewickiej rewolucji i wezwał Polaków do pójścia w jej ślady. Zaniepokojone polskie służby przystąpiły do rozprawy ze związkiem, aresztując we wrześniu 1919 roku członków zarządu, a następnie koordynatorów dzielnicowych w Warszawie i ich odpowiedników w ważniejszych ośrodkach ruchu na prowincji. Sprawne przeprowadzenie tej akcji było możliwe dzięki szczegółowemu rozpracowaniu operacyjnemu kręgów kierowniczych związku przez Oddział II SGWP. Oddelegowani do prowadzenia tej sprawy oficerowie zdołali za pośrednictwem pozyskanych do współpracy związkowców i ulokowanych przez siebie informatorów na tyle zinfiltrować organizację, że możliwe było zatrzymanie i osadzenie w Cytadeli Warszawskiej niemal wszystkich oddelegowanych przez KPRP przywódców związku.
     
     

    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Komunistyczni agitatorzy dążyli do wywołania zamętu w szeregach odrodzonego Wojska Polskiego.
     
     
               Wraz z rozbudową Wojska Polskiego coraz więcej żołnierzy nie miało związku z  formacjami legionowymi czy korpusowymi ani ugrupowaniami paramilitarnymi tworzonymi pod auspicjami narodowych demokratów czy piłsudczyków.
     
     
               W pierwszej kolejności komuniści kierowali swój przekaz do tych „nowych” żołnierzy, nawołując ich do tworzenia rad żołnierskich. Udało im się pozyskać kilku żołnierzy w stacjonującym w Zamościu 35 Pułku Piechoty. Ten sukces zachęcił KPRP do podjęcia próby wywołania ich zbrojnego wystąpienia przeciwko lokalnym władzom państwowym i samorządowym.
     
     
               28 grudnia 1918 roku zrewoltowanych żołnierzy pod dowództwem kpr. Grabczaka wyprowadzono z koszar. Uzbrojeni i z przypiętymi do płaszczy czerwonymi kokardami,  pomaszerowali pod ratusz .
     
     
                Tak rozpoczynało się największe wywołane przez KPRP wystąpienie rewolucyjne z udziałem żołnierzy Wojska Polskiego. Wbrew oczekiwaniom w piętnastotysięcznym Zamościu odzew społeczny na podjęte działania był więcej niż skromny. Do zrewoltowanych żołnierzy przyłączyło się zaledwie kilkudziesięciu cywili. Powołana Czerwona Gwardia była jednak zbyt słaba by przejąć kontrolę nad miastem. Nie udało się zdobyć magazynu broni i amunicji, a jedynym początkowym sukcesem było zajęcie więzienia, z którego uwolniono kilku komunistycznych agitatorów.
     
     
               W kolejnych godzinach rebelii udało się aresztować komendanta miasta mjr. Stanisława Zosika-Tessaro oraz  rozbić miejscowy oddział żandarmerii. Utworzono także Komitet Rewolucyjny i Radę Robotniczo-Żołnierską.
     
     
              Zaalarmowane Dowództwo Okręgu Generalnego Lublin wysłało do Zamościa dodatkowe oddziały pod dowództwem mjr. Leopolda Lisa-Kuli, które rozbiły oddziały Czerwonej Gwardii i przystąpiły do pacyfikacji miasta. Do 3 stycznia 1919 roku rozstrzelano 20 żołnierzy i aresztowano 312  aktywnych uczestników rebelii. W grupie aresztowanych cywili dominowali przedstawiciele lokalnej społeczności żydowskiej, głównie członkowie Bundu.
     
     
               Klęska próby wywołania rewolucji w izolowanym ośrodku miejskim uświadomiła kierownictwu KPRP że posługując się zrewoltowanymi żołnierzami, a nie posiadając szerszego poparcia społecznego, nie było szansy na przejęcie władzy w Polsce.
     
     
               Polskie władze wyciągnęły wnioski z tej rebelii intensyfikując działania skierowane przeciwko komunistom. „Nie należy lekceważyć propagandy, - napisano w analizie II Oddziału Sztabu Generalnego - jaką szerzą komuniści wśród wojska i Milicji Ludowej, na co nie szczędzą pieniędzy i sił ludzkich. Biuro Wywiadowcze MSW nadmienia, że jedynie internowanie wszystkich przywódców komunistycznych oraz zamknięcie „Sztandaru Socjalizmu” może zapobiec do pewnego stopnia katastrofie. (…) należy obawiać się wybuchu rewolucji, która ma wielkie szanse powodzenia”.
     
     
               Duże znaczenie komunistyczni agenci przykładali także do dezorganizacji podległej PPS Milicji Ludowej . Działania komunistów doprowadziły do pogłębienie stopnia radykalizacji w szeregach bojowców. Skutkowało to wzmocnieniem wśród nich nastrojów przeciwnych tworzącemu się Wojsku Polskiemu. „Często dochodziło – napisał Artur Leinwand -  do starć między Milicją a będącą pod wpływem endecji Strażą Bezpieczeństwa Publicznego i wojskiem, wobec których milicjanci zajmowali aktywne, a niekiedy wręcz agresywne stanowisko, rozbrajając żołnierzy i członków straży”.
     
     
               Dalsze tolerowanie tego stanu rzeczy przez polskie władze doprowadzić mogło do wybuchu konfliktu wewnętrznego. Przeciwdziałając temu niebezpieczeństwu, rząd Jędrzeja Moraczewskiego, działając w porozumieniu z Naczelnikiem Państwa, zdecydował w grudniu 1918 roku o faktycznej pacyfikacji wszystkich ochotniczych oddziałów utworzonych przez partie polityczne i samorządy.  Szczególnie zdecydowane kroki podjęto w kierunku „neutralizacji elementów bolszewickich” w strukturach Milicji Ludowej. Milicja Ludowa została upaństwowiona, a jej członkowie poddani procesowi weryfikację. Organem powołującym komendanta Państwowej Milicji Ludowej stawał się Naczelnik Państwa
     
     
               Weryfikacja nie ujawniła wszystkich „dotkniętych gorączką rewolucyjną” bojowców, stąd też niektórzy z nich trafili potem do Wojska Polskiego.
     
     
               W raporcie Biura Wywiadowczego MSW z 29 stycznia 1919 roku zwracano uwagę, że  „komuniści robią obecnie szalone wysiłki w celu rozszerzenia agitacji w wojsku. W kierowniczych kołach komunistów obmyślane są najskuteczniejsze środki, aby doprowadzić do wrzenia wśród wojska. W ostatnich czasach wyprawiono na front galicyjski dwudziestu najzdolniejszych agitatorów - Polaków zaopatrzonych w duże sumy pieniędzy, którzy mają tam zorganizować ośrodek agitacyjny. Ulotne broszury i proklamacje, wobec trudności transportu, mają być drukowane w jakimś małym miasteczku w pobliżu frontu. Poza tym specjalnie zaufanym towarzyszom polecono zapisywać się do różnych oddziałów wojsk w charakterze rzemieślników w warsztatach wojskowych”.
     
     
               Problem komunistycznej agitacji w wojsku był dostrzegany przez organa bezpieczeństwa państwa, ale przez ówczesną prasę, która opisywała przypadku konfliktów w jednostkach WP, do których dochodziło w wyniku agitacji aktywistów KPRP. Powszechnie domagano się: „Niech strajkują, niech wiecują, niech robią, co im się podoba, ale wara od agitacji w wojsku”.
     
     
               W odpowiedzi komunistyczna prasa podkreślała: „ (…) Nasza propaganda poszybuje ponad wszelkie mury i trafi do serca żołnierskiego . Nie wyzujecie nas z prawa do propagandy rewolucyjnej (…) bo to prawo proletariat sam sobie bierze. Nikt nie może odebrać nam prawa do rewolucji”.
     
     
               Komunistyczne działania obliczone na osłabienie morale „wroga klasowego” miały pogłębić społeczny defetyzm, wzmocnić wrażenie nieuchronności wybuchu rewolucji nad Wisłą, a więc finalnie doprowadzić do takiego rozkładu struktur i instytucji dopiero co odrodzonego państwa, aby Armia Czerwona z marszu mogła opanować Polskę i niezwłocznie wyruszyć na pomoc niemieckim towarzyszom.
     
     
               Jednocześnie komunistyczna propaganda przekonywała, iż „nie wojny nam trzeba, która przynosi nam głód, nędzę, cmentarze i poniewierkę, lecz chleba i wolności. Trzeba obalić panów, wydrzeć im fabryki, ziemię i władzę. Nie wojny trzeba z sąsiadami, lecz solidarności międzynarodowej, by wspólnymi siłami obalić despotów i kapitalistów, którzy jednakowi są w każdym kraju”.
     
     
               Wzmożona czujność Biura Wywiadowczego MSW oraz powołanych do zabezpieczenia przed zewnętrzną infiltracją Wojska Polskiego komórek sztabowych zmusiła agentów KPRP do szukania sposobów zabezpieczenia się przed aresztowaniem. Jednym z nich było wyręczanie się dziećmi przy prowadzeniu akcji ulotkowych. Sądzono bowiem, że siły porządkowe z racji wieku małoletnich i ewentualnych reakcji społecznych nie będą skłonne ich zatrzymywać, obawiając się publicznego napiętnowania.
     
     
               Poza dziećmi komuniści do agitacji wśród żołnierzy angażowano także partyjne towarzyszki. Jedną z nich była Maria Maciejowska, która wcześniej indoktrynowała żołnierzy armii rosyjskiej oraz polskich żołnierzy I Korpusu Polskiego.
     
     
               W przypadku zatrzymania agitatorów jego towarzysze prowokowali w ich obronie wywoływali demonstracje zrewoltowanych robotników. Nagminne były sytuacje, kiedy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości lub policji z obawy przed wybuchem zamieszek na większą skalę decydowali się spełnić żądanie tłumu i zwolnić zatrzymanego lub sądzonego agitatora.
     
     
               I tak np. zatrzymany w Kutnie za prowadzenie agitacji wśród żołnierzy aktywista partyjny o nazwisku Warda, jeszcze zanim sędzia śledczy zdołał postawić mu zarzuty, doczekał się „odsieczy” ze strony robotników folwarcznych z pobliskich majątków. Pomimo interwencji oddziału wojska, fornale wymogli zwolnienie aresztowanego. Ochraniany przez swych „obrońców” bez przeszkód mógł opuścić Kutno i przeniósłszy się w inne okolice, gdzie prawdopodobnie kontynuował „robotę polityczną”.
     
     
               Pomimo stosowania takich wybiegów szeregi rekrutujących się z krajowych komórek partii agitatorów systematycznie topniały. Zaalarmowani towarzysze z Rosji zmuszeni zostali do wysłania uzupełnień.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po doprowadzeniu do likwidacji polskich oddziałów w Rosji, działacze SDKPiL oraz PPS-Lewicy przystąpili do tworzenia własnych bolszewickich oddziałów.
     
     
           Na ich wniosek  rozkazem Moskiewskiego Okręgowego Komisariatu do spraw Wojskowych z 3 sierpnia 1918 roku zapoczątkowano proces tworzenia Zachodniej Dywizji Strzelców. Mieli do niej trafiać poborowi urodzeni na terytorium Kongresówki i guberni północno-zachodnich dawnego cesarstwa.
     
     
           Natomiast rozkazem Rewolucyjnej Rady Wojskowej z 21 października wyłączono od poboru żołnierzy z jednostek frontowych Armii Czerwonej, którzy wyrazili wolę przeniesienia się do ww. polskiej dywizji rewolucyjne.


           Organizacją nowej jednostki początkowo powierzono dotychczasowemu dowódcy Warszawskiego Pułku Rewolucyjnego Stefanowi Żbikowskiemu, którego jednak już 3 września przesunięto na stanowisko drugiego komisarza wojskowego dywizji. Pierwszym mianowano Stanisława Bobińskiego. Trzecim politrukiem został Stanisław Budzyński. We wrześniu 1918 roku stanowisko dowódcy objął chor. Włodzimierz Jerszow.
     
     
               Jednostkę formowano w Moskwie, Tambowie oraz Witebsku, gdzie powstawały poszczególne oddziały dywizji - 1 Warszawski Pułk Strzelców, 2 Siedlecki Pułku Strze1ców, 3 Lubelski Pułk Strzelców, 5 Wileński Puł Strzelców, Warszawski Pułk Huzarów, Mazowiecki Pułk Ułanów, 1 Dywizjon Artylerii Lekkiej oraz 4 Warszawski Pułk Rezerwowy.
     

               Pomimo formalnego wsparcia bolszewickiej Rewolucyjnej Rady Wojennej ujawnił się szybko konflikt pomiędzy ambitnymi planami działaczy SDKPiL a wynikającymi z potrzeb chwili działaniami dowództwa Armii Czerwonej.  Przekonał się o tym kpt. Piotr Borewicz dowodzący kawaleryjskim 4 Polskim Pułkiem Rewolucyjnym. Jego starania, by wydzielić tę formację ze składu 24 Symbirskiej Dywizji Strzeleckiej i włączyć do polskiej dywizji, napotkały na zdecydowany opór bolszewickich sfer wojskowych.
     
     
               Rezerwa bolszewików wobec tworzenia polskich jednostek rewolucyjnych mogła także wynikać z obaw o szczerość zapewnień ich żołnierzy o wierności siłom rewolucji. Nasiliło się to po powstaniu państwa polskiego.
     
     
               Z drugiej strony żołnierze niektórych jednostek domagali się przerzucenia na zachodni odcinek frontu.  Tak np. było w I Brygadzie. W odpowiedzi bolszewicy aresztowani szereg żołnierzy oraz dowódcę brygady por. Romana Lągwę i komisarza politycznego Jaśkiewicza. Obu pierwotnie zamierzano postawić przed Trybunałem. Przed dalszymi sankcjami uratowała ich interwencja polskich współtowarzyszy posiadających silną pozycję w organach centralnych podległych RKL.
     
     
               Te działania doprowadziły do fermentu w polskich jednostkach oraz osłabienia lub wręcz zaniku lojalności w stosunku do bolszewików i ich esdekapeielowskich sojuszników.
     

               Sytuacja wokół Zachodniej Dywizji Strzelców stała się impulsem do intensyfikacji działań zmierzających do zjednoczenia SDKPiL i PPS-Lewicy. Z racji na zażyłość z wieloma przywódcami bolszewickimi ton tym działaniom działacze SDKPiL.
     
     
               Po warszawskim zjeździe zjednoczeniowym i utworzeniu 16 grudnia 1918 roku Komunistycznej Partii Robotniczej Polski przystąpiono do scalania struktur obu ugrupowań w Rosji bolszewickiej. Działacze SDKPiL potraktowali swych nowych współtowarzyszy w sposób instrumentalny. Nie zadbano nawet o zachowanie pozorów równorzędności ich statusu. Zrezygnowano m.in. ze zwoływania konferencji zjednoczeniowej i nie dokonano wyboru kierownictwa rosyjskiego odłamu KPRP.
     
     
               Mając w planach eksport rewolucji do centralnej i zachodniej Europy, prędzej czy później Armia Czerwona musiała zmierzyć się siłami Wojska Polskiego.
     
     
                Należało więc odpowiednio wcześnie doprowadzić siły zbrojne Rzeczypospolitej do dezintegracji, a jeśli okazałoby się to możliwe, wręcz do ich zrewolucjonizowania. Realizacja tych zamierzeń wiązała się z koniecznością dotarcia do szeregów żołnierskich i ich bezpośredniej indoktrynacji. Zadanie to bolszewicy powierzyli działaczom KPRP.
     
     
               Okolicznością sprzyjającą realizacji tych zamierzeń była systematycznie postępująca po 11 listopada 1918 roku ewakuacja wojsk niemieckich z okupowanych obszarów litewsko-białoruskich i ukraińskich.
     
     
               Polskojęzyczni komuniści przenieśli swoją siedzibę z Moskwy do Mińska, a po opanowaniu na początku stycznia 1919 roku przez Armię Czerwoną Wilna, do tego miasta.
     
     
               Po utworzeniu Komunistycznej Partii Litwy i Białorusi do jej ścisłego kierownictwa weszła grupa polskich komunistów, a  dotychczasowy organ prasowy KPRP "Młot" stał się równocześnie oficjalnym pismem codziennym KPLiB(b).
     
     
               Zaangażowanie się tak licznej grupy działaczy KPRP w tworzenie i kierowanie strukturami rządowymi i partyjnymi Litewsko-Białoruskiej SRR było swoistą „próby generalnej” przed planowanym przejęciem władzy w odrodzonej Polsce. Dodatkowo, ze względu na duży odsetek Polaków zamieszkujących tereny republiki, uzyskano możliwość przetestowania reakcji Polaków na indoktrynację rewolucyjną.
     
     
               Ofensywa Wojska Polskiego i ostateczne opanowanie 22 kwietnia 1919 r. Wilna zmusiło polskich komisarzy ludowych i ich współtowarzyszy z KPLiB(b) do ponownego przeniesienia się do Mińska, a w maju 1919 roku aż do Bobrujska.
     
     
               Wskutek tego cały ciężar indoktrynacji polskich żołnierzy spadł na barki komunistów przebywających w Polsce.
     
     
             Już w listopadzie Zarząd Główny SDKPiL oraz CKR PPS - Lewicy skierowały wspólną odezwę do poborowych w której nawoływano: „Żołnierze, którzy nie chcecie stać się katami ludu, którzy pomóc mu chcecie w zrzuceniu jarzma wyzysku! W każdych koszarach, w każdej kompanii wybierajcie delegatów żołnierskich. Rady Delegatów Robotniczych, Chłopskich i Żołnierskich połączą się w jedną wielką siłę, która wyzwoli Polskę pracującą z wyzysku i nędzy i połączy ją z innymi krajami wyzwolonymi w jedną rodzinę zbratanych i wolnych ludów. Wybierajcie takich delegatów, którzy dążyć będą do objęcia całej władzy politycznej przez Rady Delegatów Robotniczych, Chłopskich i Żołnierskich, do wprowadzenia rządów robotniczych - dyktatury proletariatu”.
     
     
            To wezwanie spotykało się przeważnie z obojętnością zdecydowanej większości poborowych, dla których idea niepodległościowa po 123 latach niewoli rozbiorowej zdecydowanie silniej przemawiała niż koncepcje internacjonalistyczne, których poparcie nieuchronnie prowadziło do utraty polskiej państwowości.
     
     
            Czujność polskiej kadry oficerskiej, wysokie morale szeregowców o legionowym i peowiackim rodowodzie sprawiło, iż  efekty propagandy komunistycznej w WP było bardzo ograniczone.
     
     
             Wielu komunistycznych agitatorów zostało aresztowanych. W jednej z rezolucji KPRP żalono się, że „władze wojskowo-policyjne bezkarnie aresztują działaczy rewolucyjnych i znęcają się nad nimi w katowniach ochronniczych (…) zbrojne żołdactwo nie waha się rozpędzać siłą i zakazywać wieców robotniczych (…) ruch robotniczy na prowincji i na wsi bywa nieraz krwawo tłumiony za pomocą zbójeckich wypraw karnych. W ten sposób wbrew socjalistycznym i demokratycznym frazesom tzw. rządu ludowego, podwładne mu instytucje państwowe pozostają narzędziami kontrrewolucji kapitalistycznej przeciw walczącemu o wolność proletariatowi”.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Samego gen. Józefa Dowbor- Muśnickiego wyjęto spod prawa, a oficerów i żołnierzy wezwano do złożenia broni.
     
     
               W celu dezintegracji oddziałów korpusowych bolszewicy ogłosili, iż te jednostki korpusowe, które poddadzą się „demokratyzacji” nie tylko nie zostaną rozbrojone, ale dodatkowo uzyskają gwarancję skoszarowania w dobrych  warunkach lokalowych i zagwarantuje im się regularne zaopatrzenie w żywność. Równocześnie zapewniano polskich żołnierzy, iż po złożeniu broni nic im nie grozi. Natomiast polskim oficerom ujętym z bronią w ręku grożono aresztowaniem i postawieniem przed Trybunałem Rewolucyjnym.
     
     
               Bolszewicy zamierzali w ten sposób doprowadzić do rozdźwięków pomiędzy kadrą oficerską oraz żołnierzami, a także wzmocnienia tendencji pacyfistycznych. Wszystko to miało wywołać na tyle silny konflikt wewnętrzny, by ułatwić komisarzom ludowym unicestwienie I Korpusu Polskiego.
     
     
               Przeprowadzono w tym czasie demobilizacja armii rosyjskiej sprawiła, iż  bolszewicy nie dysponowali odpowiednimi siłami, aby doprowadzić w wymiarze militarnym do likwidacji formacji korpusowych. Stefan Heltman stwierdził wprost: „Armii nie było. Władza sowiecka w istocie była prawie bezbronna. Dowbor zaś zagrażał takim dwóm punktom, jak Mohylew - kwatera głównodowodzącego i Mińsk, gdzie mieściło się dowództwo Frontu Zachodniego i rząd zachodniego okręgu”.
     
     
               W tych warunkach I Korpus Polski zdołał osiągnąć kilka znaczących sukcesów. Wykorzystując moment zaskoczenia, zdołano opanować miasto i twierdzę Bobrujsk, staczając również szereg drobniejszych pomyślnych potyczek. Z czasem jednak sytuacja zmieniła się i położenie jednostki stało się bardzo trudne.
     
     
               Próby mediacji podjęte w lutym 1918 roku przez komunistów polskich zakończyły się fiaskiem – gen. Dowbor-Muśnicki nie tylko nie zgodził się na podporządkowanie się władzom bolszewickim, ale także sprzeciwił się prowadzeniu swobodnej agitacji wśród żołnierzy.
     
     
               W tych warunkach rozmowy z bolszewikami podjął Jerzy Zdziechowski, członek Rady Polskiej Zjednoczenia Międzypartyjnego.  Bolszewicy wyrazili gotowość zapewnienia korpusowi na obszarze Białorusi dalszego swobodnego pobytu, pod warunkiem uczestnictwa w działaniach przeciwko Niemcom oraz dymisji dowódcy.
     
     
               Gen. Dowbor-Muśnicki odniósł się lekceważąco do misji mediacyjnej Zdziechowskiego, który zorganizował w Bobrujsku poufną naradę, w   której uczestniczyli czołowi organizatorzy polskiego wojska w Rosji, mianowicie: chor. Władysław Raczkiewicz, ppor. Henryk Bagiński, płk Andrzej Tupalski, płk Edward Malewicz, płk Lucjan Żeligowski, Kazimierz Załuska, por. Lechnicki i rtm. Żółkiewski.
     
     
              Zgodnie z ustaleniami narady Raczkiewicz, szef Rady Naczelnej Polskiej Siły Zbrojnej, miał zażądać od Dowbora złożenia dymisji. Jednak  w rozmowie z generałem sprawę jego ustąpienia przedstawił nie jako kategoryczne żądanie, lecz swego rodzaju sugestię, którą generał zbagatelizował.  Pewność siebie Dowbora wynikała z tego, iż zdecydował się na  współdziałanie z armią niemiecką, z pomocą której zamierzał utrzymać dalszą egzystencję korpusu.
     
     
               Wobec zdecydowanej postawy dowództwa korpusu i mniejszej, niż oczekiwano, skali dezercji służących w nim żołnierzy bolszewicy musieli zadowolić się unicestwieniem tej formacji jedynie w wymiarze formalno-prawnym. Na mocy rozkazu dowódcy Frontu Zachodniego gen. Aleksandra Miasnikowa z 2 lutego 1918 roku I Korpus Polski został rozwiązany.
     
     
               Równocześnie polskojęzyczni sojusznicy bolszewików – Stanisław Berson, który stał na czele Komisariatu do spraw Narodowościowych Zachodniego Okręgu i Frontu, oraz Stefan Heltman kierującym Komisariatem do spraw Polskich Zachodniego Okręgu i Frontu – w odezwie do żołnierzy korpusu opluli jego dowódcę, pisząc: Pachołek i siepacz Mikołaja II, carski policjant Dowbor-Muśnicki, za przykładem zdrajcy Korniłowa ( ... ) stanął otwarcie po stronie kontrrewolucji i dnia 12 stycznia zawiadomił telegraficznie głównodowodzącego armii zachodniego frontu, iż uważa, że Korpus Polski znajduje się z ludem rosyjskim w stanie wojny. I nie byłoby w tym fakcie buntu spodlałego najmity carskiego nic nie oczekiwanego, gdyż wiedzieliśmy o czynionych przez niego w tym celu krokach, gdyby nie to, że rosyjski generał pozwala sobie przemawiać w imieniu żołnierzy Polaków. Zdrajca narodu polskiego, który poszedł na służbę do krwawego cara i za judaszowe srebrniki rozstrzeliwał na czele Kozaków polskich robotników, dziś przekupiony przez wrogów ludu chce Was użyć za narzędzie do mordowania Waszych rosyjskich braci. Ale lud rosyjski wierzy, że Wy za nim nie pójdziecie.(...).  Pamiętajcie, że tylko zwycięstwo rewolucji może wyzwolić Was z tych kajdan, w które Wy w Korpusie Polskim jeszcze jesteście skuci”.
     
     
               Z kolei na mityngu politycznym w Mińsku Stefan Cieśliński określił Korpus mianem  „czarnosecińców i prowokatorów”, a oceniając motywacje polskich żołnierzy, którzy zasilili jego szeregi, uznał, że zaciągnęli się do tej formacji „tylko dlatego, żeby uchronić się od służby w okopach i mieć ładne mundury, buty i żywność”. Wkrótce ten polski zdrajca zasilił szeregi  Armii Czerwonej.
     
     
               Niestety z czasem kampania prodemobilizacyjna prowadzona wśród żołnierzy I Korpusu przyniosła rezultaty, a kilkuset żołnierzy jednostki zgłosiło się do bolszewickich punktów demobilizacyjnych. U części z nich pod wpływem indoktrynacji odwołującej się do idei internacjonalistycznych zanikło niemal całkowicie poczucie patriotyzmu, honoru i wierności złożonej przysiędze.
     
     
               W obliczu groźby postępującej bolszewickiej indoktrynacji swych żołnierzy gen. Dowbor-Muśnicki zdecydował się na współdziałanie ze stroną niemiecką. Stwarzało to cień szansy na uratowanie korpusu i jego powrót do kraju jako zwartej formacji.
     
     
               Ostatecznie decyzja ta doprowadziła do rozbrojenia Korpusu, demobilizacji, a następnie reewakuacji dowborczyków do kraju. W ocenie Generała było mniej brzemiennym w skutki rozwiązaniem niż zgoda na „demokratyzację” Korpusu.
     
     
               Tak więc rękami Niemców polskojęzycznym sojusznikom bolszewików udało się wreszcie doprowadzić do  unicestwienia polskich formacji wschodnich.

     
    Wybrana literatura:
     
     
    A. Miodowski – Polityka wojskowa radykalnej lewicy 1917-1921
     
    J. Dowbor-Muśnicki – Moje wspomnienia
     
    H. Bagiński – Wojsko Polskie na Wschodzie 1914-1920
     
    M. Wrzosek – Polskie korpusy wojskowe w Rosji 1917-1918
     
    Materiały archiwalne do historii stosunków polsko-radzieckich, red. N. Gąsiorowska, t. I: marzec 1 91 7 – listopad 1918  
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Po przejęciu władzy bolszewicy przystąpili do podporządkowania polskich organizacji wojskowych.
     
     
               Poczynania dezintegracyjne w polskich kręgach wojskowych w Rosji prowadziła probolszewicka prasa SDKPiL z „Trybuną” na czele.  Do najbliższych współpracowników redakcji kierowanej przez Juliana Leszczyńskiego należeli m.in. : Stanisław Bobiński, Kazimierz Cichowski, Zbigniew Fabierkiewicz, Jakub Fenigstein, Andrzej Radziszewski, Mieczysław Warszawski-Broński i pełniący funkcję sekretarza redakcji Józef Unszlicht.
     
     
               W typowym dla jej publicystyki artykule Stanisław Bobiński przestrzegał, iż w Rosji pragną żołnierzy Polaków „( ... ) poprowadzić do boju z hołotą rewolucyjną generałowie endeccy ( . . . ) tam zaś w kraju do stworzenia armii z armatami Kruppa i karabinami użyczonymi przez Austrię dąży [Tymczasowa] Rada Stanu ( ... ). Bagnety chłopa i robotnika z rodzinnych koszar miałyby za zadanie walczyć z anarchią na wypadek rewolucji polskiej ( . . . ). Nowa ofensywa polsko-rosyjska o wydarcie ziem polskich z rąk niemieckich od byłaby się kosztem zdruzgotania kraju do szczętu ( . . . ). Rewolucyjni socjaldemokraci w miejsce hasła silnej armii wysuwają [zatem] postulat powszechnego uzbrojenia ludu”.
     
     
               Z kolei Julian Leszczyński pisał, iż  "Imperializm współczesny zamieniając Polskę w cmentarne pobojowisko, pragnie z niej uczynić kolonię z pozorami niezawisłości ( . . . ). Armia polska pod skrzydłami opiekuńczymi Beselera i Guczkowa będzie orężem w rękach silniejszego imperializmu, który pragnie wesprzeć rodzący się imperializm Polski”.
     
     
               Analogiczne stanowisko prezentował organ PPS-Lewicy „Robotnik w Rosji”, którego redaktorem naczelnym Józef Ciągliński, a współpracowali z nim  m.in.: Daniel Budniak, Feliks Kon, Stanisław Królikowski, Paweł Lewinson i Władysław Matuszewski.
     
     
               Po bolszewickim zamachu pod wpływem skoordynowanych nacisków ze strony bolszewików i ich polskojęzycznych sojuszników przewagę w Komitetu Głównego  Związku Wojskowych Polaków Lewicy zyskiwać zaczęli zwolennicy nurtu radykalnego, co pchnęło tę centralę związkową w stronę ścisłego związku z Radą Komisarzy Ludowych.
     
     
               Zadanie nawiązania oficjalnego kontaktu z KG ZWPL powierzono Mieczysławowi Kozłowskiemu i Julianowi Leszczyńskiemu, członkom bolszewickiego Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego.
     
     
               Wstępne rozmowy pomiędzy obiema stronami podjęte zostały już 9 listopada 1917 roku. Początkowo kierownictwo ZWPL podkreślało, że KG ZWPL nie był organizacją polityczną, lecz związkiem wojskowych ,,(…) kierującym się w pracach politycznych ogólną linią stronnictw socjalistycznych i demokratycznych, których przedstawiciele wchodzą w skład Komitetu Głównego".
     
     
               W tej sytuacji probolszewiccy działacze zdecydowali się podjąć walkę o bezpośrednie przejęcie władzy w organach kierowniczych na zbliżającym się II Zjeździe Lewicy Wojskowej. Gwarancją realizacji tych zamierzeń miała być metodycznie realizowana akcja indoktrynacyjna. W jej ramach organizowano wiece wojskowych Polaków, w trakcie których zachęcano do walki z wpływami „burżuazyjnymi” w ZWPL.
     
     
               W przyjętej na jednym z nich uchwale opowiadając za „pokojem demokratycznym”, wskazywano, że może on „(…)  być zdobyty tylko przez same ludy drogą międzynarodowej rewolucji (…) rewolucyjni żołnierze polscy w imię międzynarodowej solidarności rewolucyjnej, w imię polskich interesów ludowych postanawiają zająć miejsce w szeregach walczącego proletariatu i rewolucyjnego żołnierstwa rosyjskiego zgodnie z uchwałami II Zjazdu [Rad] Delegatów Robotniczych i Żołnierskich".
     
     
                W praktyce oznaczało to zachętę dla wojskowych Polaków do wstępowania w szeregi Czerwonej Gwardii. Tym bardziej, iż „polscy” bolszewicy zdecydowanie sprzeciwiali się planom demobilizacji wojskowych Polaków z armii rosyjskiej i zorganizowania ich powrotu do kraju.
     
     
               Podczas zorganizowanego w grudniu 1917 roku  II Zjazdu Lewicy Wojskowej Leszczyński podkreślając znaczenie przewrotu bolszewickiego dla sprawy polskiej nawoływał, by ,,(…) zanieść do pułków I Korpusu Polskiego rewolucyjną deklarację praw żołnierza i obywatela" . I równocześnie deklarował:  „Będziemy stać na straży porządku razem z towarzyszami Rosjanami, zaprowadzając ład rewolucyjny. (…) Nie damy używać żołnierzy Polaków za obszarniczych najmitów".
     
     
               Znaczna przewaga probolszewickich uczestników zjazdu sprawiła, iż we władzach Związku uwidoczniła się dominacja przedstawicieli SDKPiL, którzy dążyli likwidacji polskich jednostek na Rosji, indoktrynacji ich żołnierzy, tak by zasilili oni szeregi powstającej „armii rewolucyjnej”.
     
     
               O tym, że nie było to zadanie łatwe, aktywiści SDKPiL przekonali się na przykładzie jednostki, w której, jak sądzono, „demokratyzacja” osiągnęła swoją pełnię. Mowa oczywiście o Pułku Biełgorodzkim. Po zwycięskiej bitwie pod Tomarówką stoczonej w dniach 14-15 grudnia 1917 roku z oddziałami „białych” zmieniono nawet nazwę tej jednostki na 1 Polski Pułk Rewolucyjny. Tym większe było zaskoczenie bolszewików, gdy 24 grudnia 1917 roku biełgorodczycy odmówili wykonania rozkazu władz bolszewickich wymarszu w rejon Charkowa i podjęcia działań przeciwko formacjom ukraińskim. W ramach retorsji za tę niesubordynację w nocy z 29 na 30 grudnia 1917 roku jednostkę tę rozbrojono, mordując dowódcę pułku kpt. Mieczysława Jackiewicza i jego zastępcę por. Rokickiego.
     
     
              Tak drakońskie metody pacyfikacji skierowane przeciwko zrewolucjonizowanym przecież wojskowym przyniosły zupełnie nieoczekiwane negatywne skutki uboczne. Po pierwsze wychodźczym stronnikom komisarzy ludowych trudniej odtąd było prowadzić agitację wśród polskich mundurowych na rzecz „demokratyzacji” formacji wschodnich, gdyż przypadek biełgorodczyków wywołał kryzys zaufania do bolszewików. Po drugie, gdy wiosną 1918 roku podjęto na szerszą skalę działania zmierzające do stworzenia polskich formacji rewolucyjnych, okazało się, że „Z powodu wypadku z Pułkiem Biełgorodzkim do zapisywania się do Czerwonej Armii odnoszą się koledzy bardzo nieufnie”.
     
     
                W ramach walki z I Korpusem komisarz ludowy do spraw wojskowych, a zarazem głównodowodzący armią rewolucyjną  chor. Mikołaj Krylenko nakazał niezwłoczne przeprowadzenie wyborów do komitetów żołnierskich w oddziałach I Korpusu Polskiego, gdzie były one dotąd zakazane. W kolejnym rozkazie zgodę na tworzenie nowych i dalsze funkcjonowanie już istniejących formacji polskich obwarowano koniecznością wcześniejszego poddania ich procesowi „demokratyzacji”.
     
     
               Z kolei  Trocki, komisarz ludowy spraw zagranicznych, oświadczył, że "Póki trwa wojna, polskie jednostki wojskowe są częścią armii rosyjskiej. Naczelny dowódca z ramienia władz bolszewickich ma prawo żądać, by w oddziałach polskich obowiązywał ustrój wprowadzony w całej armii”.
     
     
               Natomiast na mocy dekretu 29 grudnia 1917 roku uznano, iż „cała pełnia władzy w każdej jednostce i związkach wojskowych należy do komitetów żołnierskich i rad".
     
     
              Naturalnym następstwem tych regulacji prawnych był z jednej strony nacisk na tworzenie na gruncie armii rosyjskiej etnicznych oddziałów rewolucyjnych, z drugiej strony zaś nakaz organizowania polskich kompanii i batalionów rewolucyjnych na gruncie istniejących oraz tworzonych formacji wschodnich. „Zdemokratyzowane” polskie jednostki wojskowe finalnie zamierzano zdemobilizować, a sprawdzona część „materiału ludzkiego” z tych jednostek zasilić miała szeregi nowej armii rewolucyjnej”.
     
     
               By umożliwić praktyczną realizację tego projektu rozwiązano komórkę Sztabu Generalnego zajmującą się zagadnieniem organizacji formacji polskich, potocznie nazywaną od nazwiska kierującego ją generała Komisją Osińskiego. Kolejnym krokiem miało powierzenie kontroli nad strukturami ruchu wojskowego i formacjami wschodnimi centralnym oraz lokalnym organom władzy bolszewickiej. Dopiero wtedy realna stałaby się możliwość narzucenia wszystkim oddziałom polskim komitetów żołnierskich, a tym samym przyśpieszenia bolszewizacji szerokich rzesz mundurowych Polaków.
     
     
               Na przełomie lat 1917/ 1918 dążenie do realizacji wszystkich tych zamierzeń oznaczało konieczność podjęcia w pierwszym rzędzie walki z I Korpusem Polskim.
     
     
               Bolszewicy już od schyłku 1917 roku konsekwentnie domagali się przeprowadzenia procesu „demokratyzacji”  tej formacji. Spełnienie tego żądania w praktyce oznaczało jej unicestwienie.
     
     
               Równolegle zintensyfikowano proces całkowitego rozkładu struktur Związku Wojskowych Polaków.  Dobrą ilustracją tego drugiego trendu był przypadek ZWP w Saratowie, gdzie po odsunięciu się od aktywnej działalności związkowej oficerów pozostawieni na krótko sami sobie szeregowi żołnierze ulegli wpływom bolszewickim agitatorów. W efekcie powstały warunki do zorganizowania z tak uformowanego „materiału ludzkiego” polskiej kompanii rewolucyjnej.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Od początku polskojęzyczni sojusznicy bolszewików, wywodzący się z SDKPiL i PPS-Lewicy, dążyli do storpedowania inicjatywy utworzenia polskich oddziałów w Rosji.
     
     
           Po rewolucji lutowej środowiska polskie w Rosji podjęły inicjatywę zorganizowania polskiego wojska w Rosji.
     
     
            Ważną rolę odegrał w tym, utworzony w marcu 1917 roku, Związek Wojskowych Polaków. Na zjeździe delegatów  Moskiewskiego Okręgu Wojskowego ZWP w maju 1917 roku podjęto uchwałę, w której podkreślono, iż „,( ... ) wskazane jest natychmiastowe wydzielenie się żołnierstwa polskiego z garnizonów tyłowych i w miarę możliwości z armii czynnej w oddziały polskich korpusów".
     
     
             Przedstawiciele SDKPiL oraz PPS-Lewicy przedstawili się formowaniu polskiego, strasząc, że Rosjanie, przygotowując kolejną ofensywę, zapewne zechcą stworzyć spośród Polaków tzw. bataliony szturmowe, co skutkować gigantycznymi stratami wśród Polaków.
     
     
            W rzeczywistości przedstawiciele ww. partii, podzielali zdanie bolszewików, że tocząca się wojna posiada naturę „imperialistyczną”, a organizowanie polskich oddziałów byłoby „służeniem światowemu imperializmowi” .  Widzieli oni  w tej inicjatywie wyłącznie próbę izolacji wojskowych Polaków od wpływów rewolucji.
     
     
             Bolszewicy niemal nazajutrz po abdykacji Mikołaja II wszczęli działalność agitacyjną w jednostkach wojskowych. Lenin w „Odezwie do żołnierzy wszystkich krajów wojujących” podkreślił znaczenie pozyskania wpływów w kręgach żołnierskich dla powodzenia procesu przechwytywania instrumentów władzy państwowej.
     
     
            W celu koordynacji tej akcji  bolszewicy powołali specjalną strukturę organizacyjną działającą pod potoczną nazwą „Wojenka” . Kierownictwo tej agendy ulokowano przy KC SDPRR(b) i powierzono jej zadanie przeszczepienia na grunt wojskowy podstawowych komórek partyjnych. W efekcie pomiędzy kwietniem a sierpniem 1917 roku zdołano zorganizować około 45 tego typu struktur w formacjach wojskowych. Równolegle powołano do życia blisko 30 sekcji wojskowych przy komitetach rejonowych i miejskich partii socjaldemokratycznej. W ten sposób położono podwaliny pod bolszewicką organizację wojskową.
     
     
               Równocześnie bolszewicy dążyli do przeprowadzenia w jednostkach frontowych głosowania – za kontynuacją wojny pod kierownictwem Rządu Tymczasowego, czy też za jej zakończeniem. Wybór drugiej opcji wiązać się miał z przekazaniem pełni władzy Radzie Delegatów Robotnych i Żołnierskich.  
     
     
              Inicjatywa bolszewików wpisywała się też w ciąg działań mających na celu dezintegrację struktur rodzących się na gruncie armii rosyjskiej etnicznych związków wojskowych, takich np. jak ZWP. Nic dziwnego, iż  SDKPiL i PPS-Lewica natychmiast poparły tę propozycję, szczególnie, iż trwały przygotowania do zwołania Ogólnego Zjazdu Wojskowych Polaków.

     
               W ramach podjętych działań propagandowych aktywiści obu ugrupowań oprócz wystąpień  „w terenie” na masową skalę kolportowali pośród wojskowych Polaków przeróżne apele i odezwy. W jednej z nich, sygnowanej w czerwcu 1917 roku przez CKW PPS Lewicy, wskazywano, iż „tylko utrwalenie zdobyczy rewolucji, uderzenie w podstawy kapitalizmu i imperializmu przynieść może wolność narodową ludowi polskiemu i innym (...). Pokawałkowanie armii, wprowadzenie przegródek narodowych i religijnych, przeciwstawienie Polaka Rosjaninowi i Rosjaninowi Ukraińca jest to stworzenie pierwiastka niezgody, jest to (…) narażenie na szwank rewolucyjnej jedności mas żołnierskich (...) oddanych niepodzielnie w ręce kapelanów wojskowych, polskich oficerów i generałów”.
     
     
              W ślad za rosyjskimi bolszewikami z „Wojenki” również agitatorzy z PPS Lewicy, SDKPiL nawiązali kontakty z polskimi żołnierzami rozproszonymi w armii rosyjskiej, jak i już służącymi w Dywizji Strzelców Polskich. Głównym celem podjętych działań indoktrynacyjnych było zdyskredytowanie idei organizacji polskiego wojska w Rosji oraz bolszewizacja dywizyjnych struktur ZWP.
     
     
              Znikome efekty ich działań wpłynęły na zmianę frazeologii, zamiast głoszenia haseł rewolucyjnych, skoncentrowano się na hasłach antywojennych.
     
     
               W ramach przygotowań do obrad Ogólnego Zjazdu Wojskowych Polaków przedstawiciele obu radykalnie lewicowych partii podkreślali wprawdzie konieczność bezwzględnej walki z Niemcami, ale głosili jednocześnie, że „polskie masy pracujące”, w których imieniu, jak twierdzili, występowali, sprzeciwiają się formowaniu polskich jednostek wojskowych. Twierdzono przy tym, że powodem niechęci społeczeństwa była obawa przed przekształceniem tych korpusów w „narzędzie nacisku społecznego” .  W zamian proponowali podjęcie współpracy z „antywojennym i rewolucyjnym ruchem proletariatu i mas żołnierskich Rosji" .
     
     
               Julian Leszczyński potępiając rzekome plany  użycia już istniejących polskich formacji wschodnich do „obrony dóbr obszarników polskich na Ukrainie" przed napaściami miejscowych włościan, nawoływał do  związanie sprawy polskiej z „rewolucją międzynarodową”.
     
     
               Z kolei przemawiający z ramienia PPS-Lewicy Feliks Kon zwracał uwagę, iż  „w powodzi powitań apoteozujących wojnę oraz patriotyczno-wojowniczych przemówień zatopiona została całkowicie myśl o rewolucji, która pierwsza rzuciła hasło wolności, w szczególności wolności narodowej, rewolucja, która pierwsza w obliczu świata całego jasno i bez zastrzeżeń, nie nakładając na Polskę żadnych zobowiązań wobec Rosji, proklamowała niepodległość Polski”.
     
     
               Wobec braku szans na przeforsowanie własnych rozwiązań, przedstawiciele obu ww. partii zdecydowali się na opuszczenie zjazdu, oskarżając jego organizatorów o doprowadzenie do tego, że  „(…) zjazd przybrał charakter antydemokratyczny, antyspołeczny i reakcyjny (...). My socjaliści polscy i demokraci oświadczyliśmy, że z przedsięwzięciem tego rodzaju nic wspólnego nie mamy. Porzucając zjazd odwołujemy się do opinii publicznej, do ludu polskiego i wzywamy do protestu przeciw zakusom wstecznictwa i ciemnej grze politycznej" .

     
               Opuszczających zjazd dwunastu delegatów z frakcji radykalnej lewicy sala pożegnała okrzykami: „Hańba! Prowokatorzy! Agenci niemieccy! Leninowcy!”.
     
     
               Oba ugrupowania, zorientowawszy się, że ze względu na dominację na zjeździe nurtu liberalno-demokratycznego i propiłsudczykowskiego, nie mogąc wykorzystać go do propagowania własnych haseł politycznych , powołali własne byty - zwołali Pierwszy Zjazd Wojskowych Polaków Lewicy, na którym powołano  Komitet Główny Związków Wojskowych Polaków Lewicy, uznający  partię bolszewicką za  „naturalnego sprzymierzeńca sprawy polskiej”.
     
     
                Już 17 czerwca 1917 r. we współpracy z rosyjskimi bolszewikami zwołała w Piotrogrodzie, w cyrku Cinisellego, „ogólnomiejskie zgromadzenie robotników i żołnierzy", dla którego jako motto przyjęto następujące hasła - pytania: "Dlaczego socjaliści opuścili zjazd wojskowych Polaków? Czy potrzebna jest armia polska?”.
     
     
               Z jednej strony polscy sojusznicy bolszewików głosili, iż „ani jedna kropla krwi ludowej nie powinna być więcej przelana w tej wojnie. Wysiłkiem rewolucyjnym proletariatu wszystkich krajów należy jej położyć kres w imię walki o całkowite zdruzgotanie kajdan wyzysku i niewoli”, z drugiej zaś włączyli się w realizację bolszewickich projektów utworzenia „rewolucyjnych oddziałów wojskowych”.
     
     
               Przedstawiciele obu probolszewickich organizacji utworzyli także Polski Związek Robotniczy "Promień" oraz Polskie Rewolucyjne Kluby Żołnierskie.
     
     
               Koordynacją aktywności wszystkich tych struktur zajmować się miał powołany 25 czerwca 1917 roku Zarząd Centralny PRKŻ. Pod pozorem prowadzenia działalności kulturalno-oświatowej wśród żołnierzy, kierownictwo klubów zamierzało realizować wytyczne sformułowane przez bolszewików, przede wszystkim likwidację  „stałej armii burżuazyjnej”.
     
     
               Prowadząc akcję antywerbunkową przeciwko wstępowaniu do polskich jednostek, nie ograniczano się wyłącznie do indoktrynacji, ale do denucjacji.  I tak np.  działacze KG ZWPL i PRKŻ, wykorzystując psychozę strachu wywołaną po puczu gen. Ławra Korniłowa, wmówili Piotrogrodzkiej RDRiŻ,  iż współuczestnikami zamachu byli rzecznicy stworzenia polskiego wojska. Rada, dając wiarę tym oskarżeniom, nakazała swojemu organowi, tj. Komisji Prawno-Śledczej do Walki z Kontrrewolucją, podjęcie stosownych działań odwetowych. W nocy z 13 na 14 września 1917 roku przeprowadzono rewizję w stołecznym lokalu NPKW, rekwirując dokumenty oraz legalnie posiadaną przez NPKW broń, przekazaną wcześniej przez sztab Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego. W powyższych działaniach u boku Rosjan uczestniczyło dwóch przedstawicieli PRKŻ.
     
     
              Oskarżenia o współudział NPKW w puczu ostatecznie nie potwierdziły się, co zresztą zostało stwierdzone w piśmie Centralnego Komitetu Wykonawczego Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich.
     
     
             W terenie niejednokrotnie sięgano po środki znacznie bardziej radykalne, tj. aresztowania. Przykładem był komitet żołnierski Pułku Biełgorodzkiego ideowo związany z KG ZWPL. Ww. komitet  polecił aresztować dowódcę pułku płk. Jakuba Bohusz-Szyszko oraz ośmioosobową grupę oficerów tworzących kierownictwo „Placówki” . Aresztowanym postawiono zarzut kontrrewolucyjności. Kiedy w obronie uwięzionych wystąpił gen. Józef Dowbor-Muśnicki, zwracając się w tej sprawie o pomoc do władz rosyjskich, KG ZWPL wziął biełgorodczyków w opiekę, stwierdzając na łamach swego organu prasowego "Sprawa Żołnierska", że ich działania zostały podjęte w ramach walki z „reakcją” polską.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Jaki jest dochód prezesa KGS Marka Zagórskiego? Czy dorobił się na pracy w Krajowej Grupie Spożywczej? Jaki zgromadził majątek? Dlaczego zrezygnował z funkcji poselskiej na rzecz prezesowskiej? Na te pytania postanowiliśmy odpowiedzieć.

     

    Oświadczenia majątkowe prezesów spółek państwowych

    Odpowiadając na interpelację poselską, Ministerstwo Aktywów Państwowych odmówiło udzielenie informacji nt. wynagrodzeń prezesów spółek państwowych, w tym KGSu? https://zyciestolicy.com.pl/map-nie-ujawni-zmian-wynagrodzen-czy-umow-w-spolkach-panstwowych/

    Osoby zajmujące funkcje prezesów spółek skarbu państwa (powyżej 50% akcji lub udziałów) są na mocy ustawy obowiązane do złożenia oświadczenia o swoim stanie majątkowym. Oświadczenie o stanie majątkowym dotyczy majątku odrębnego oraz objętego małżeńską wspólnością majątkową. Skarb Państwa posiada w Krajowej Grupie Spożywczej ponad 80% akcji, a zatem prezes KGS jest zobowiązany do składania oświadczeń majątkowych - prezesowi rady ministrów. Jednakże w przeciwieństwie do oświadczenia majątkowego posłów nie jest ono publiczne. https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19971060679/U/D19970679Lj.pdf

    Ostatnie publiczne oświadczenie majątkowe Marka Zagórskiego

    Ostatnie publiczne oświadczenie majątkowe, Marek Zagórski złożył w 2022 roku (a zatem dotyczy roku 2021). Jak to jest możliwe skoro posłem był do marca 2023 roku? Otóż zgodnie z ustawą o mandacie posła i senatora:

    Oświadczenie o stanie majątkowym składa się w dwóch egzemplarzach odpowiednio Marszałkowi Sejmu albo Marszałkowi Senatu w następujących terminach:
    1) do dnia złożenia ślubowania, wraz z informacją o sposobie i terminach zaprzestania prowadzenia działalności gospodarczej z wykorzystaniem majątku Skarbu Państwa lub samorządu terytorialnego w związku z wyborem na posła albo
    senatora oraz z informacją o posiadaniu majątku Skarbu Państwa lub samorządu terytorialnego;
    2) do dnia 30 kwietnia każdego roku, według stanu na dzień 31 grudnia roku poprzedniego, dołączając kopię rocznego zeznania podatkowego (PIT);
    3) w terminie miesiąca od dnia zarządzenia nowych wyborów do Sejmu i Senatu

    Tym samym posłowie, którzy rezygnują w trakcie kadencji przed 30 kwietnia mogą nie składać oświadczenia majątkowego za rok poprzedni, i nie muszą składać oświadczenia wraz z zakończeniem kadencji jak inni posłowie.

    A zatem Marek Zagórski nie musiał złożyć oświadczenia za rok 2022. Zgodnie z jego ostatnim publicznym oświadczeniem, miał:

    zasoby pieniężne w wysokości 110 tys. zł, polisa na życie z Funduszem Kapitałowym 32 tys. zł i IZKE - 3 tys. zł;

    nieruchomości: dom 140 m2 z działką 213 m2 o wartości 1 mln zł oraz mieszkanie 33,3 m2 o wartości 300 tys. zł, działki o powierzchni 10000 m2 o wartości 150 tys. zł, działka 2 tys. m2 warte 100 tys. zł i działka 3 tys. m2 o wartości 150 tys. zł - wszystko we wspólnocie małżeńskiej (co ciekawe w ciągu roku pomiędzy 2 oświadczeniami majątkowymi wartość domu wzrosła o 10%, mieszkania o 30%, działek -  łącznie ze 110 tys. zł do 400 tys. zł czyli prawie czterokrotnie?)

    dochody: dieta parlamentarna 37494,54 zł, Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej (w której był doradcą) 76242,47 zł, Wipasz 79157,14 zł (z tytułu doradztwa), Kancelaria Prezesa Rady Ministrów 131824,54 zł, przychód z najmu mieszkania 6600 zł,

    samochód SEAT Aseca rok produkcji 2019,

    zobowiązania pieniężne z tytułu kredytu hipotecznego 188671 CHF (do spłaty 87740 CHF do IV 2032), kredyt na zakup samochodu 118 tys zł (pozostało do spłaty do IX 2023 - 73 tys. zł)

    https://orka.sejm.gov.pl/osw9.nsf/0/DE0BC58E61D1597DC125883100532C06/%24File/OSW93_440.pdf

    Skoro Marek Zagórski pełnił funkcję w KPRM do czerwca 2021 roku, oznacza to że wynagrodzenie z tytułu EFRWP i Wipaszu uzyskał za III - IV kwartał. Innymi słowy rocznie mógłby z tego tytułu uzyskać co najmniej ok. 310 tys. złotych. Czy takie dochody uzyskał w roku 2022? A do tego dieta poselska, dochód z najmu mieszkania.

    Nie dokonał zgłoszenia w rejestrze korzyści?

    Oprócz oświadczenia majątkowego, poseł powinien zgłosić tzw. rejestr korzyści. Ostatnie zgłoszenie nosi datę 29.10.2019 r. (ujawnione przez Sejm 8.01.2020 roku - https://orka.sejm.gov.pl/rkor9.nsf/0/6548501EFA790F4DC12584EA004DF30A/%24File/RK9.440.01.pdf).

    Zgodnie z art.35a ustawą o mandacie posła i senatora:

    3. Do Rejestru należy zgłaszać informacje o:
    1) wszystkich stanowiskach i zajęciach wykonywanych zarówno w administracji publicznej, jak i w instytucjach prywatnych, z tytułu których pobiera się wynagrodzenie, oraz pracy zawodowej wykonywanej na własny rachunek;...

    6. Wszystkie zmiany danych objętych Rejestrem należy zgłosić nie później niż w ciągu 30 dni od dnia ich zaistnienia

    Po 2020 roku nie ujawniono żadnego zgłoszenia, tymczasem jak wynika z oświadczenia majątkowego w 2021 roku, w III-IV kwartale 2021, a prawdopodobnie także w 2022 roku pan poseł Marek Zagórski uzyskiwał dochody z doradztwa w EFRWP i w firmie WIPASZ. Jednak ta okoliczność nie widnieje w rejestrze korzyści pana posła, a jak wynika z ustawy powinien był zgłosić zmianę w ciągu 30 dni od dnia zaistnienia. Czemu tego nie uczynił?

    Dochody prezesa KGS

    Od kwietnia 2023 roku Marek Zagórski jest prezesem KGS. Zgodnie z uchwałą nr 16 Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia z dnia 18 października 2019 Krajowej Spółki Cukrowej (od 2022 r. KGS) wynagrodzenie stałe członków zarządu kształtuje się w przedziale od 7 do 15 średnich krajowych (czyli maksymalnie do 66 tys. zł miesięcznie). Z kolei zgodnie z ustawą wynagrodzenie zmienne może wynieść nawet do 50% wynagrodzenia stałego.

    Według naszych ustaleń może zarabiać miesięcznie ok. 12 średnich krajowych czyli brutto ok. 52,8 tys. zł, czyli rocznie ok. 633 tys. zł, a wraz z wynagrodzeniem zmiennym może to stanowić nawet 950 tys. zł brutto. Czy tak było i będzie, zależy w dużej mierze od wykonania KPI?

    Konkluzja

    A zatem prezes Zagórski od kwietnia 2023 r. mógł zarobić wynagrodzenie do 1,1 mln zł nie licząc wynagrodzenia zmiennego za rok 2023/24 które zostanie wypłacone po zatwierdzeniu roku obrotowego do.316,5 tys. zł. Uwzględniając dochód za listopad i wynagrodzenie zmienne za rok 2024/25 już przypadające łącznie może to być ok. 1,5 mln złotych (chyba, że KPI nie było zrealizowane).

    To całkiem niezłe wynagrodzenie uwzględniając fakt, że strata KGS na rok 2024/25 może wynieść według szacunków nawet 800 mln do 1 mld zł (przy obecnych cenach cukru), przetarg na terminal zbożowy KGS przegrał z kretesem, a skup Elewarru był wyjątkowo słaby. Co na to PSL?

     

    źródło: https://zyciestolicy.com.pl

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Brak realnej opozycji oraz stworzenie silnej egzekutywy pozwoliły bolszewikom na zachowanie władzy w decydujących pierwszych miesiącach sprawowania rządów.
     
     
                 Głównym priorytetem bolszewików było ustanowienie silnej kontroli egzekutywy. Złamanie oporu służb cywilnych zajęło kilka tygodni. Aresztowano przywódców strajku oraz kilku starszych urzędników służb cywilnych; młodszych, chętnych do służenia bolszewickim władcom, awansowano na wyższe stanowiska. W sumie większość urzędników służb cywilnych w 1918 roku pełniła swoje funkcje również przed rokiem 1917, zwłaszcza na wyższych szczeblach biurokracji.
     
     
               Jednak tam, gdzie nie ufano dawnym urzędnikom administracji państwowej (szczególnie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych), przeprowadzano zwykle gruntowne czystki.
     
     
               Ustalił się w ten sposób schemat, który miał być powielany w pierwszych latach budowania sowieckiego państwa. Było to małżeństwo z rozsądku między bolszewickimi żądaniami lojalności a ambicjami powiększających się szeregów partii. Jednym z jego skutków było awansowanie trzeciorzędnych funkcjonariuszy partyjnych, skorumpowanych oportunistów i półpiśmiennych elementów z klas niższych na stanowiska rzeczywistej władzy.
     
     
                 Ów niski poziom kultury sowieckiej biurokracji miał stać się stałym dziedzictwem października, które będzie potem prześladować bolszewickich przywódców.
     
     
               Do połowy listopada 1917 roku większość komisarzy ludowych zdobyła wystarczającą kontrolę nad swoimi ministerstwami, by umożliwić przeniesienie władzy wykonawczej do Sownarkomu.
     
     
               W Sownarkomie nie było jasnego podziału między interesami partii a rządu. Na zebraniach Sownarkomu w głównej siedzibie bolszewików w Smolnym, którym przewodniczył Lenin, omawiano na zmianę sprawy partyjne i rządowe; uchwały Komitetu Centralnego były wprowadzane w życie jako dekrety rad. Wszelkie początkowe działania Sownarkomu sprowadzały się do pospiesznej improwizacji.
     
     
               Zebrania nie miały oficjalnego porządku obrad, o wszystkim dyskutowano w „trybie pilnym”, a Lenin sporządzał adekwatne rezolucje i ogłaszał je zgromadzonym, gdy nadchodził odpowiedni moment. Zwykle przyjmowano je bez dyskusji, ponieważ niewielu śmiało kwestionować opinie Lenina.
     
     
               Na zebraniach panowała atmosfera konspiracji, tak jak gdyby bolszewicy byli psychologicznie niezdolni do przedzierzgnięcia się z podziemnej organizacji partyjnej w odpowiedzialną partię w rządzie. Nie potrafili zmusić się do zamiany skórzanych kurtek na ministerialne garnitury.
     
     
               Szymon Liberman, który bywał obecny na zebraniach Sownarkomu, wspominał, że „pomimo wszelkich wysiłków nadgorliwego sekretarza, by nadać każdej sesji uroczysty charakter posiedzenia gabinetu, nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że oto uczestniczymy w kolejnym zebraniu podziemnego komitetu rewolucyjnego! Przez lata należeliśmy do rozmaitych organizacji podziemnych. Wszystko to wydawało się bardzo znajome. Wielu komisarzy zasiadało w paltach i szynelach; większość nosiła groźnie wyglądające skórzane kurtki.
     
     
               Niemniej jednak bolszewikom udało się umocnić dyktaturę w pierwszych trzech miesiącach nowego reżimu. Do czasu zwołania w styczniu 1918 roku Zgromadzenia Ustawodawczego, w którym demokratyczna opozycja pokładała wszystkie swoje nadzieje, powstanie jednopartyjnego państwa oraz rozszerzenie rządów lokalnych rad na gubernie zdążyło już pozbawić Zgromadzenie władzy.
     
     
              Nie istniała wtedy poważna opozycyjna siła militarna - armie białych z wojny domowej nie zostały jeszcze sformowane, a główne siły antybolszewickie składały się z małych armii kozackich zaangażowanych w lokalne konflikty na peryferiach imperium.
     

               Siły antybolszewickie w centrum Rosji niemal nie istniały. Eserowcy i kadeci, byli tak przeświadczeni o rychłym upadku reżimu, że nie kwapili się organizować przeciwko niemu. Za Komitetem Ocalenia Ojczyzny i Rewolucji, zorganizowanym przez eserowców w pierwszych dniach po przejęciu przez bolszewików władzy, nie stały praktycznie żadne siły; natomiast plany ustanowienia w Stawce, dawnej kwaterze głównej armii, konkurencyjnego rządu socjalistycznego z Czernowem na czele nigdy nie doczekały się realizacji.


               Jednak sednem sukcesu bolszewików był podwójny proces budowania państwa i destrukcji. Z jednej strony na szczeblach najwyższych dążyli do centralizacji całej władzy w rękach partii i rozgromienia całej politycznej opozycji dzięki stosowaniu terroru. Z drugiej zaś na poziomie szeregowych członków partii zachęcali do zniszczenia dawnej hierarchii państwa przez przerzucenie całej władzy na lokalne rady, organizacje fabryczne, komitety żołnierskie oraz inne zdecentralizowane formy rządów.
     
               Oczywiście nie istniał żaden plan generalny – wszystko było improwizacją, taka jest bowiem specyfika rewolucji.
     
     
               Rządy lokalnych rad na wsi, które miały praktycznie nieograniczoną władzę wiejskiego zgromadzenia do rządzenia się i dzielenia szlacheckich gruntów, zdyskredytują w mniemaniu chłopów potrzebę Zgromadzenia Ustawodawczego i w ten sposób zniszczą polityczne zaplecze eserowców.
     
     
               Sprawowanie „robotniczej kontroli” za pośrednictwem komitetów fabrycznych pomogłoby zlikwidować dawną infrastrukturę przemysłową - nazywaną przez bolszewików „systemem kapitalistycznym” – przy jednoczesnym zrzuceniu winy za kryzys w przemyśle na samych robotników.
     
     
               Rozszerzanie się żołnierskiej władzy i lokalnych inicjatyw pokojowych na froncie, do czego namawiali bolszewicy, podkopałoby plany zmobilizowania wojsk przeciwko nowemu reżimowi i wznowienia wojny, snute przez dawnych dowódców armii.
     
     
               Wreszcie oderwanie od rosyjskiego imperium etnicznych terytoriów granicznych, co w owym czasie popierali także bolszewicy, dokończyłoby rozdrobnienie dawnego państwa imperialnego i, wedle Lenina, przyspieszyłoby agonię stosunków feudalnych.
     

               Lenin bez wątpienia uważał wszystkie te ruchy za sposób na zniszczenie starego systemu politycznego, a tym samym utorowanie drogi do ustanowienia dyktatury jego własnej partii.


               Lenin wykorzystywał jedynie dynamizm ruchów decentralizacyjnych do unicestwienia ancien regime’u, wraz z kruchą demokracją 1917 roku, nosząc się od zawsze z zamiarem rozbicia również i tych ruchów jako odrębnych sił politycznych.
     
     
               Choć popierał chłopski ruch wymierzony w majątki szlacheckie, jego ostatecznym celem było zastąpienie systemu drobnych gospodarstw rolnych wielkimi skolektywizowanymi gospodarstwami.
     
     
               Choć popierał wezwania do „robotniczej kontroli”, bez wątpienia czynił to, wiedząc, iż doprowadzi to do chaosu i tym samym wzmocni potrzebę powrotu do scentralizowanych metod zarządzania pod kontrolą partii.
     
     
               Choć popierał władzę żołnierzy, o ile służyła rozbijaniu dawnej rosyjskiej armii, zawsze miał zamiar zbudować Armię Czerwoną na wzorcach konwencjonalnych.
     
     
               I choć wspierał rozmaite narodowe ruchy niepodległościowe, jego celem końcowym było całkowite obalenie państw narodowych.
     
     
                 We wszystkim, co czynił Lenin, ostatecznym dążeniem była pogoń za władzą. Władza nie była dla niego środkiem - lecz celem samym w sobie. By sparafrazować George’a Orwella, nie ustanowił dyktatury po to, by chronić rewolucję; wszczął rewolucję, by zaprowadzić dyktaturę. Dyktatury, która potem przekształciła się w najbardziej nieludzki totalitaryzm w historii. Totalitaryzm, który doprowadził do śmieci kilkudziesięciu milionów ludzi.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    O. Figes – Tragedia narodu. Rewolucja rosyjska 1891-1924
    A. Andrusiewicz – Kiereński. Czerwony liberał
    R. Pipes Rewolucja rosyjska
    D. Wołkogonow - Lenin: prorok raju, apostoł piekła
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Październikowe bolszewickie powstanie było zamachem stanu, czynnie popieranym przez garstkę ludności.
     
     
               W celu zdyskredytowania Kiereńskiego bolszewicy rozpowszechniali fałszywe pogłoski, że jest on Żydem. Kiereński wspominał, że kiedy uciekał z Pałacu Zimowego tuż przed bolszewickim zamachem ujrzał na murze następujący ironiczny napis: „Precz z Żydem Kiereńskim, niech żyje Trocki!”.
     
     
               Bolszewicy szerzyli też plotki, że Kiereński lubi ubierać się w damskie fatałaszki. W budowie ciała i gestach Kiereńskiego było coś kobiecego (Gippius nazywała go „babskim rewolucjonistą”), co sprawiało, że wydawał się słaby wielu osobom, zwłaszcza robotnikom, w porównaniu z muskularną męskością bolszewików.
     
     
           Później rozpuszczano plotki, że kiedy Kiereński uciekał z Pałacu Zimowego, był ubranym w fartuszek pielęgniarki.


               Nawet w kręgach demokratycznej inteligencji, gdzie ongiś okrzyknięto Kiereńskiego bohaterem narodu, teraz go napiętnowano. Jego najstarsza protektorka, poetka i gospodyni salonu Zinaida Gippius zanotowała w swym dzienniku pod datą 24 października: „Nikt nie chce bolszewików, ale i nikt nie jest gotów walczyć dla Kiereńskiego”.
     
     
               Nikt nie chciał go bronić, a już najmniej monarchiści. Woleli pozwolić bolszewikom przejąć władzę, wierząc, że długo się przy niej nie utrzymają i doprowadzą kraj do tak kompletnej ruiny, że wszyscy socjaliści zostaną skompromitowani, a wtedy oni powrócą do władzy.
     
     
               Kiereński nie podjął jakichkolwiek środków zapobiegawczych przed zagrożeniem ze strony bolszewików. Nie przejęto kontroli nad Smolnym ani nie  aresztowano bolszewickich przywódców. Nie wzmocniono też obrony stolicy w pierwszej połowie października, kiedy takie kroki miałyby przynajmniej szansę powodzenia.
     
     
               Kiereński zdawał się wierzyć, że każda bolszewicka rebelia będzie powtórką fiaska wydarzeń lipcowych. Zaczął nawet liczyć, by bolszewicy wykonali ruch, w naiwnym przekonaniu, że dałoby mu to możliwość rozprawienia się z nimi natychmiast i raz na zawsze. „Byłbym gotów zanosić modlitwy, by wzniecić to powstanie – rzekł do Nabokowa 20 października. - Mam większe siły niż potrzeba. Rozgromię ich doszczętnie”.
     

               Ogłosił nawet plan przeniesienia większej części piotrogrodzkiego garnizonu na front północny, gdzie wojska niemieckie posuwały się w kierunku stolicy. W ten sposób chciał  pozbyć się ze stolicy jej niesubordynowanych żołnierzy.
     
     
               Plan ten przydał tylko wiarygodności oskarżeniom bolszewików, że rząd   chce poddać stolicę, żeby zlikwidować Zjazd Rad i zdławić rewolucję.
     

               Groźba przerzucenia na front z miejsca wywołała powszechny bunt w piotrogrodzkim garnizonie. Gros żołnierzy odmówiło wykonywania rozkazów Sztabu Generalnego i przeniosło swoją lojalność na Komitet Wojskowo-Rewolucyjny, który wysłał komisarzy mających zastąpić dowódców jednostek. Na zebraniach żołnierze wyrażali gotowość do „wystąpienia” przeciwko Rządowi Tymczasowemu, gdyby wezwała ich do tego Rada Piotrogrodzka
     
     
               W takiej niezwykle napiętej atmosferze politycznej Komitet Wojskowo-Rewolucyjny zdołał zastąpić władzę Rządu Tymczasowego w piotrogrodzkim garnizonie i stał się główną zorganizowaną siłą bolszewickiego powstania.
     
     
               Tajemnicą sukcesu KWR-u było pozowanie na organ obrony rad, co  było istotne, ponieważ żołnierze wyszliby na ulice jedynie na wezwanie rad.
     
     
               W istocie KWR był organizacją bolszewicką, a jego rzeczywistymi przywódcami byli Trocki, Antonow-Owsiejenko oraz bałtycki marynarz Dybienko, zwalisty, czarnobrody kochanek Kołłontaj. Rolą lewicowych eserowców, członków KWR,  było to, co Trocki zwał „kamuflażem” dla ukrycia bolszewickich planów zamachu.
     
     
               21 października KWR proklamował się władzą rządzącą w garnizonie: był to pierwszy akt powstania. Sztab Generalny podjął ostatnią rozpaczliwą próbę zachowania części swojej władzy poprzez zawarcie kompromisu z KWR. Było już jednak za późno. Jednostki garnizonowe znajdowały się pod faktyczną kontrolą komisarzy.
     
     
               23 października KWR rozszerzył zasięg swej władzy na Twierdzę Pietropawłowską, której działa wychodziły na Pałac Zimowy.
     
     
              Rząd Tymczasowy stracił rzeczywistą wojskową kontrolę nad stolicą dwa dni przed rozpoczęciem zbrojnego powstania. Fakt ów miał podstawowe znaczenie dla całego przewrotu: bez niego trudno byłoby wyjaśnić łatwość, z jaką bolszewicy odnieśli zwycięstwo.
     
     
              Tak więc przed 25 października najistotniejsze zadanie każdej udanej rewolucji - zajęcie garnizonu w stolicy - zostało już wykonane; Rząd Tymczasowy był bezsilny; bolszewikom zaś pozostało jedynie wkroczyć do Pałacu Zimowego i aresztować ministrów.
     
     
               Gdy 24 października Kiereński nakazał zamknięcie dwóch bolszewickich gazet, Trocki  nakazał postawić KWR w stan pogotowia, zająć strategiczne obiekty miasta, traktując je jako środki obronne przed dalszymi „kontrrewolucyjnymi” zagrożeniami - „byłoby błędem użyć choćby jednego z wozów opancerzonych, które bronią teraz Pałacu Zimowego, do aresztowania rządu... To jest obrona, towarzysze. To jest obrona”.
     
     
              Nad ranem 25 października KWR postanowił więc przystąpić do przejęcia władzy, dwójki lewicowych eserowców jego członków nawet tam nie było.
     

               W obliczu całkowitego bezwładu Rządu Tymczasowego oraz kontroli nad garnizonem przejęcie władzy bolszewików nastąpiło niemal bez żadnego oporu.
     
     
               Przejęcie władzy nie oznaczało jednak zaprowadzenia porządku. A początkowe niezdarne próby opanowania  podstawowych instytucji państwa symbolizowały podstawową słabość bolszewików.
     
     
              W tej sytuacji niewielu sądziło, że nowy reżim zdoła się utrzymać. „Kalifowie na godzinę”, wyrokowała niemal cała prasa. Przywódca eserowców, Goc, dawał bolszewikom „najwyżej kilka dni”, Gorki dwa tygodnie, Cereteli nie więcej niż sześć, natomiast Nabokow „ani przez minutę nie wierzył w siłę bolszewickiego reżimu i spodziewał się jego rychłego końca”.
     
     
             Nawet wielu bolszewików miało wątpliwości. „Sytuacja jest tak niestabilna - pisał Łunaczarski do żony 29 października - że za każdym razem, gdy odrywam się od pisania tego listu, zastanawiam się, czy nie będzie to mój ostatni. W każdej chwili mogę trafić do więzienia”.
     

               Niezależnie o braku technicznej biegłości w zawiadywaniu złożoną maszynerią państwa, bolszewicy nie mieli środków, by nakarmić miasta bądź zahamować kryzys gospodarczy. Byli odizolowani od chłopów, ogromnej większości populacji, którzy niemal na pewno głosowaliby przeciwko nim w nadchodzących wyborach do Zgromadzenia Ustawodawczego.
     
     
              Jak Komuna Paryska z 1871 roku, Piotrogród przypominał maleńką czerwoną wyspę pośrodku przepastnego oceanu zieleni. Bolszewicy musieli również radzić sobie z ostrą krytyką  pozostałej części socjalistycznej inteligencji. Gazeta Gorkiego „Nowaja żyzń” była tego najlepszym przykładem, a w osobistej rubryce „Myśli nie na czasie” , Gorki zdecydowanie krytykował „nową autokrację” .
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    Mijają lata od kiedy orda moskiewska barbarzyńsko najechała Ukrainę – państwo, które jest krajem-dziedzicem dawnej Rzeczypospolitej, krajem-dziedzicem Rusi i naszym realnie jedynym sojusznikiem, choć z tego zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy lub zdawać sobie sprawy nie chcemy. Między tymi, którzy mają złudzenia, a tymi, którzy są kremlowską agenturą nie ma funkcjonalnie żadnej różnicy, bo skutki ich działań i zaniechań są takie same.

    Polska udzieliła Ukrainie ogromnej pomocy, lecz niewystarczającej do zwycięstwa. Banalne – jednak fakt ten ciągle jest ignorowany. Natomiast chętnie urażamy się naprawdę drobnymi niezręcznościami władz Ukrainy, szczególnie zaś Prezydenta i MSZ, zapominając o bezprzykładnym bohaterstwie żołnierzy i społeczeństwa, które trwa, pomimo wszystko, w warunkach nieustannego stresu i zupełnej niepewności jutra. Polska pomoc miała i ma charakter podtrzymujący. Jest to drobna w sumie kroplówka dla pacjenta, który potrzebuje pomocy przełomowej. Niestety, żaden kraj NATO nie opracował strategii zwycięstwa, nie określił wyraźnie na czym to zwycięstwo miałoby polegać. Jednym słowem brakuje strategii zniszczenia państwa rosyjskiego i obalenia nieludzkiego reżymu, także reżymu społecznego, który niszczy rosjan i podbite przez nich narody od z górą pięciuset lat.

    Naród, który funkcjonował w społecznym reżymie snochaczestwa, w którym najstarszy w rodzinie lubieżnik wysyłał synów na poszukiwanie środków do utrzymania, podczas gdy sam spełniał z ich żonami „obowiązki małżeńskie” uczyła rosjan niewolnictwa u samych podstaw, czyli w życiu rodzinnym. Rosjanie od dziecka uczyli się niewolnictwa seksualnego, które rozciągali chętnie na wszystkie sfery życia. Nie stawiając swojej starszyźnie rodzinnej żadnych ograniczeń, nie stawiali ich również przełożonym, urzędnikom i władcom, przez co wytworzyło się błędne koło tyranii: państwo było skrajnie opresyjne, ponieważ tego oczekiwali niewolnicy, którzy żądali, aby ich bito wedle przysłowia „jak się żony nie bije to w niej wątroba gnije”. W tych realiach strach trzymał rosjan w ryzach, a kłamstwo było ćwiczone z upodobaniem i doskonalone przez każde pokolenie. Nie jest to normalny naród, tylko patologiczna społeczność więzienna. Dlatego oczekiwanie, że dyplomacja, sankcje czy kropelkowa pomoc dla Ukrainy cokolwiek zmieni jest właśnie niebezpiecznym złudzeniem.

    Mało kto w historii ośmielił się rosję zaatakować. Olgierd stanął pod murami Moskwy, ale jej nie zdobył, tylko postraszył. Tatarzy Moskwę palili, ale imperium zła przetrwało. Napoleon Moskwę zdobył, ale musiał w niesławie ustąpić. Hitler mógł sobie na Moskwę popatrzyć przez lornetkę. Jedynie Polacy, Litwini i Rusini dwukrotnie Moskwę zdobyli, bezwzględnie korzystając z rozdźwięków w łonie moskiewskich elit, przeciwstawiając jednych drugim, a przede wszystkim wykorzystując moskiewską, nieopisaną i szaloną wręcz sadystyczną żądzę władzy. Aby jednak wykorzystać tę podstawową słabość charakteru moskali trzeba mieć naprawdę stalowe jaja i bezczelność, którą do tej pory mieli tylko tacy politycy jak Stefan Batory, Zygmunt III Waza oraz Ronald Reagan. Tylko ci politycy byli o krok od zupełnego powalenia Nieprzyjaciela.

    Cała gra z moskalami – taka gra, która prowadzi do zwycięstwa – bazuje z jednej strony na ich słabości do władzy, ich żądzy władzy, a z drugiej strony – na ich nadziei, że po obaleniu starszego pokolenia genseków i dorwaniu się do władzy będą mieli warunki dla przeprowadzenia transformacji ustrojowej i odbicia się od dna. Jest faktem, że rosyjskie imperium potrzebuje pilnych reform dla swojego przetrwania. Wojna konserwuje władzę, ale nie struktury państwa, które są przestarzałe i nieefektywne, a kraj osuwa się w skrajną nędzę.
    Dajmy Ukrainie militarne zwycięstwo nad wrogiem, a rosjanom - rozpaczliwą nadzieję, że takiej transformacji ustrojowej (kolejnej w historii) dokonają z naszą pomocą. Uchwycą się tej nadziei jak tonący brzytwy. I niech ta brzytwa solidnie ich potnie, a ich państwo ostatecznie utonie w błocie historii.

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (2)

Strony