blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Telewizory stanowiły w PRL-u dobro luksusowe.
     
          W Polsce telewizja zaczęła nadawanie na początku lat 50. – najpierw emitowano półgodzinny program raz w tygodniu (tylko w Warszawie i okolicach), potem trzy razy w tygodniu.
     
          Początkowo  programy oglądano jedynie w świetlicach w zakładach pracy, a codzienną domową rozrywkę zapewniało radio.
     
          Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie lat 50. gdy zaczęły produkować telewizory. Pierwszym, produkowanym w Polsce seryjnie telewizorem była Wisła. Warszawskie Zakłady Telewizyjne rozpoczęły jego produkcję w 1956 roku na licencji sowieckiego odbiornika "Awangard" . Ekran miał wymiary 18x24 cm. Rok później,, w listopada 1957 r. rozpoczęto produkcję Belwedera. Był to pierwszy opracowany w całości w Polsce odbiornik. Przekątna ekranu wynosiła ok. 36 cm, rozmiar 29x22 cm. Telewizor ważył ok. 23 kg.
     
         Jednak bardzo niewielu Polaków było stać na jego kupno. W pierwszej połowie lat 60. kosztował on około 8 tysięcy złotych, co przy średniej pensji wynoszącej niespełna 2 tysiące było wielkim wydatkiem. Ci, którym udało się go zdobyć, mieli dom pełen ludzi – każdy chciał obejrzeć emitowane programy.
     
         Telewizory można także wypożyczyć. „Wpłacając 170 zł, możesz mieć telewizor w domu – to duża przyjemność na gwiazdkę" – głosiło ówczesne  ogłoszenie w prasie.
     
          W październiku 1970 roku uruchomiono Program Drugi Telewizji Polskiej, a w 1973  na rynku pojawiły się kolorowe telewizory. Pierwszym był „Jowisz”. Ważył 32 kilogramy i powstał w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych w porozumieniu z francuskim Thomsonem.  Jednym z jego konstruktorów był mgr inż. Jerzy Kania.
     
     
        Zabawna jest też pierwotna nazwa tego telewizora - ustalono ją jako "PAW" - czyli "Pierwszy Aparat Wielobarwny". Jednak niosła ona ze sobą niezbyt przyjemne konotacje i przemianowano ją właśnie na "Jowisz".
     
           „Jowisz” był horrendalnie drogi – kosztował 46 tysięcy złotych, czyli tyle, co połowa Fiata 126p.
     
                W latach 70. WZT produkowały też „Rubina”, na sowieckiej licencji, który ważył ponad 50 kilogramów. Był jednak dwa razy tańszy niż „Jowisz”. Pod koniec lat 70. kosztował ok. 20 tysięcy złotych.
     
                Rubin bywał jednak niebezpieczny – czasami dochodziło do jego samozapłonu. Niektóre jego elementy wykonane były z tektury, a dodatkowo pobierał wysokie napięcie.  O iskrę było więc wyjątkowo łatwo.
     
     
             Telewizja Polska wciąż produkowała programy w czerni i bieli – jeśli już pokazywano coś w kolorze, to „atrakcje” typu zjazd PZPR.
     

          Do odbioru kolorowej telewizji nie wystarczała jedynie antena domowa – ważna też była wysoka jakość sygnału emitowanego przez nadajniki Telewizji Polskiej, a z tym czasami też nie było najlepiej. Za sukces należy uznać uruchomienie pod koniec 1975 roku pierwszej naziemnej stacji łączności satelitarnej.
     
     
          W okresie gierkowskiego „cudu” telewizor stał się jednym z pragnień Polaków. Jak śpiewał Grzegorz Markowski: „Telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt”.


         Jedynie w1975 roku Polacy kupili milion telewizorów, co było liczbą dwukrotnie większą niż na początku dekady.


          Telewizory produkowane w WZT czy gdańskim Unimorze miały przyciągające nazwy: Ametyst, Fregata, Neptun, Saturn, Zefir, Fiord, Tosca, Aladyn.
     
     
            Marzeniem stał się telewizor niemiecki albo japoński, kupiony w Peweksie lub przemycony z zagranicy.
     
     
            W latach kryzysu gospodarczego w latach 80. po telewizory ustawiały się gigantyczne kolejki. Przed otwarciem sklepów  otwarciem ludzie koczowali nocą na zewnątrz, nie brakowało awantur i szarpania.
     
     
           Osoby dysponujące oszczędnościami niejednokrotnie lokowały je właśnie w telewizorach, szczególnie kolorowych, licząc, iż w ten sposób ocalą swoje oszczędności.
     
     
          W 1989 roku w związku z hiperinflacją za telewizor kolorowy trzeba było zapłacić nawet 3 mln zł.
     
     
           W latach 90. telewizory relatywnie znacznie staniały i przestały być – jak w PRL – towarem luksusowym.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    W. Przylipiak – Zakupy w PRL. W kolejce po wszystko
    https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/3236646,Jowisz-byl-polski-i-niezawodny-a-mial-nazywac-sie-PAW
    https://expressbydgoski.pl/wspominamy-prl-telewizory-rubiny-wybuchaly-w-bydgoskich-domach/ar/c15-14751306
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Do kolejnej dużej fali paniki wojennej doszło w PRL w 1962 roku
     
     
           O ile latem 1961 roku prawdopodobieństwo przekształcenia się zimnej wojny w gorącą było umiarkowane to inaczej rzecz się miała w pierwszych dniach października 1962 roku, gdy sowieckie okręty w ramach operacji „Anadir” dotarły na Kubę. Na ich pokładzie znajdowały się 164 ładunki jądrowe.
     
     
            Prezydent John Kennedy w wygłoszonym 22 października przemówieniu zapowiedział, że ich wystrzelenie w jakikolwiek kraj na zachodniej półkuli zostanie uznane za atak ZSRS na Stany Zjednoczone. „Słuchałem tego w nocy w Krakowie—zanotował w dzienniku Zygmunt Mycielski  — Mowa była tak ostra i stanowcza, że „pachniało atomówką”.
     
     
            Następnego dnia  we wszystkich większych peerelowskich zakładach kraju odbyły się wiece, podczas których przyjmowano rezolucje solidarności z Kubą.
     
     
               „Zanotowano - napisano w informacjach Wydziału Organizacyjnego KC PZPR - fakty żywiołowych wystąpień, szczególnie kobiet i młodzieży przeciw polityce USA, która jest brzemienna w niebezpieczeństwo wybuchu wojny”.
     
     
            Wrogość wobec „imperialistycznej Ameryki” stanowiła jednak margines ówczesnych społecznych postaw i emocji. Dominował w niej strach przed wybuchem nuklearnego konfliktu.
     
     
               Pierwsze symptomy paniki wystąpiły już 23 października. W niektórych miejscowościach odnotowano „wzmożony wykup artykułów pierwszej potrzeby”. Na Mokotowie w Warszawie sprzedano 2300 kg smalcu, którego zwykle „szło” 500–600 kg. W 104 sklepach tej dzielnicy zabrakło słoniny.  Następnego dnia cukru zabrakło cukru w sklepach w Śródmieściu. Ludzie kupowali po 2–3 kg mydła. Na Nowym Świecie dużym popytem cieszyły się futra.
     
     
           W odpowiedzi na tę falę zakupów 25 października limitowana sprzedaż została wprowadzona w Warszawie, Łodzi i Trójmieście, a następnego dnia na terenie całego kraju. Można było kupić po jednym kilogramie mąki, kaszy, cukru i mięsa oraz po pół kilograma ryżu, makaronu, soli, mydła i wędlin.
     
     
            26 października partia „rzuciła” do sklepów stolicy 600 aktywistów PZPR celem wyjaśniania sytuacji rynkowej i politycznej”.
     
     
             Szczególnie panikarskie nastroje panowały na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie znów zaczęto obawiać się powrotu Niemców: „We Wrocławiu wszyscy mówią o wojnie. Jeżeliby taka była to czy mam wracać do domu?”
     
     
             Wojsko zostało postawione w stan najwyższej gotowości. Grzały się silniki czołgów, rozdano ostrą amunicję.  „Wojsko ruskie przyjechało do nas i stoi z nami [...] dziś d-ca Brygady tak powiedział, że będzie wojna tylko nakazał, żeby nigdzie nie mówić...”.
     
     
               27 października Chruszczow zaproponował wycofanie rakiet. „Ludzie mówią — dzień później zapisała w swoim dzienniku Maria Dąbrowska — „koniec świata odłożony na trzy tygodnie” — i trochę zelżało w sklepach, z których wykupywano już wszystko”.
     
     
               Sytuacja powoli wróciła jednak do normy.
     
           W latach sześćdziesiątych panika wojenna ogarniała Polaków jeszcze kilka razy. Kilkudniowa przeszła przez kraj podczas wojny sześciodniowej między Izraelem i państwami arabskim w czerwcu 1967 roku. Znów wzrosła sprzedaż mąki, cukru i soli w sklepach w Warszawie, Krakowie i Lublinie.
     
     
           Podobną reakcję społeczną wywołało wkroczenie do Czechosłowacji nocą z 20 na 21 sierpnia 1968 r. wojsk ZSRS, Polski, Węgier, Bułgarii i NRD, co położyło kres „praskiej wiośnie”.  Pierwszą rekcją Polaków na wiadomość o wkroczeniu do Czechosłowacji były kolejki pod sklepami oraz wykupywanie artykułów pierwszej potrzeby — mąki, cukru i soli, a także środków piorących oraz mydła. W niektórych województwach ograniczono sprzedaż produktów do 1 kg na osobę.
     
     
            Wedle danych Ministerstwa Finansów już 21 sierpnia o 40% wzrosły wypłaty z książeczek oszczędnościowych PKO w stosunku do przeciętnych wypłat z dni poprzednich, wpłaty zmniejszyły się natomiast o 20%. Niektórzy rodzice zabrali dzieci z kolonii.
     
     
           Panikę w Polsce wywołał również konflikt radziecko-chiński na granicznej rzece Ussuri w 1969 roku. Na brak poczucia bezpieczeństwa związanego z sytuacją międzynarodową i istnienie zagrożenia dla Polski wskazywało w 1969 roku aż  59% respondentów.
     
     
           Na obniżenie się poziomu strachu wojennego w latach siedemdziesiątych wpłynęła przede wszystkim odwilż w stosunkach międzynarodowych. Także propaganda peerelowska przestała epatować „niemieckim rewanżyzmem” oraz „amerykańskim imperializmem” .
     
     
           Sprawiło to, iż wybuch w październiku 1973 roku wojny Jom Kippur między koalicją arabską a Izraelem nie doprowadził do wybuchu paniki wojennej. Podobnie zachowali się Polacy na wieść o wkroczeniu w lutym 1979 roku armii chińskiej na terytorium Wietnamu. Jedynie na suwalskiej wsi powtarzano jeszcze przedwojenne „prawdy”, jakoby „żółta rasa miała zalać świat”.
     
     
               Agresja sowiecka na Afganistan zakończyła okres spokoju. SB odnotowała wzrost „nastrojów ucieczkowych wśród mieszkańców województw zachodnich”.  W listach „widać strach, niepokój, lęk”.
     
     
               Wiosną 1981 roku uwaga koncentrowała się wokół kwestii: „Wejdą? Nie wejdą”, czyli realnego zagrożenia militarną interwencją Związku Sowieckiego.
     
     
               Jakkolwiek w latach stanu wojennego władze komunistyczne próbowały nadal straszyć Polaków zagrożeniem wojennym (symbolem tych zabiegów stał się w propagandzie Ronald Reagan), dużo bardziej przytłaczająca w latach osiemdziesiątych okazała się jednak sytuacja wewnętrzna. Można powiedzieć, iż objawy paniki neutralizowane były przez bieżące emocje związane ze stanem wojennym i problemami życia codziennego.
     
     
             Pomimo ostrych napięć w stosunkach międzynarodowych (do 1986 roku) nigdy nie doszło do pojawienia się w Polsce kolejnej fali paniki wojennej. Niewątpliwie wpływ miały na to również inne czynniki; przede wszystkim wchodzenie w dorosłe życie kolejnych pokoleń, które nie doświadczyły grozy drugiej wojny światowej.
     
     
            Z biegiem lat — zwracała uwagę Anna Pawełczyńska — słabła pamięć o wojennym głodzie i cierpieniach, ludzkiej podłości i zdradzie. Szczegóły dramatycznych wydarzeń i zjawisk odchodziły w zapomnienie.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    M. Zaremba – Powojenne paniki wojenne: Polska 1945-1980
    T. Leszkowicz – Ludowe Wojsko Polskie w cieniu zimnej wojny
    R. Braithwaite Rodric -  Armagedon i paranoja. Zimna wojna – nuklearna konfrontacja
    D. Jarosz, M. Pasztor  -  W krzywym zwierciadle. Polityka władz komunistycznych w Polsce w świetle plotek i pogłosek z lat 1949–1956
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Duża fala paniki wojennej miała miejsce w PRL w 1961 roku.
     
     
               Kolejna fala pogłosek wojennych wybuchała gdy w marcu 1949 roku Andriej Wyszyński zastąpił Wiaczesława Mołotowa na stanowisku ministra spraw zagranicznych ZSRS. Pamiętano bowiem, że kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Mołotow zastąpił na tym stanowisku Maksima Litwinowa.
     
     
               Następna zaś w kwietniu , gdy na polecenie Ministra Obrony Narodowej zarządzono przegląd koni wraz z uprzężami i wozami.
     
     
               Kolejna w lipcu, gdy kraj obiegła informacja o cudzie w Lublinie. Podejrzewano, że jest znakiem zbliżającej się wojny.
     
     
               Gdy 7 listopada 1949 r., kiedy radiowe wiadomości podały, że nowym ministrem obrony narodowej został sowiecki marszałek Konstanty Rokossowski, nawet zagorzali zwolennicy nowego reżimu musieli przyznać, że nie jest to nic nieznacząca decyzja personalna. Zdecydowana większość Polaków widziała w tej nominacji  kolejny krok w procesie sowietyzacji kraju, na drodze do stania się przez Polskę siedemnastą republiką. Wieszczono też wojnę. „Jednak nam nie wierzą.- zanotowała bezpieka opinię jednego mieszkańca Lublina – Widocznie będzie wojna. Rosja dała swojego człowieka”
     
     
               W Krakowie wzrosła liczba podań o węgiel w składach zajmujących się jego obrotem. Podobnie jak wcześniej wzrósł popyt na towary włókiennicze, obuwie i żywność, przede wszystkim sól, cukier, kasze, słoninę.  „Zróbcie sobie zapasy cukru, mąki mydła, soli itd. — tak Wam radzę, jak sobie. – napisano w jednym z przechwyconych listów z Krakowa - Pieniędzy żadnych nie trzymajcie, choć wiem, że i tak nie macie. Słyszeliście pewnie, że już Marszałek Żymierski poszedł won, a na jego miejsce przyszedł nowy Marszałek Polski, Rokossowski. Ogromna czystka w W-wie w Rządzie. Niedługo będziemy mieli Rząd Radziecki”.
     
     
                Poczucie zagrożenia wojną sięgnęło zenitu, gdy 25 czerwca 1950 roku komunistyczna Korea dokonała inwazji na południe. Przekonanie, że zaraz rozpocznie się trzecia wojna światowa, było w społeczeństwie polskim powszechne. Ze sklepowych półek znikało wszystko, co mogło się przydać. Rodzice nie puszczali dzieci na kolonie.  Chłopi odmawiali wykonywania prac polowych, urzędnicy partyjni narzekali: „Nie sprzątnięte dotychczas siano moknie na łąkach”.
     
     
              W 1951 roku kolejne fale paniki wojennej miały miejsce po rozpisaniu  w czerwcu Narodowej Pożyczki Rozwoju Sił Polski (przygotowują się do wojny — mówiono), w lipcu 1951 roku po śmierci arcybiskupa Adama Sapiehy (w Krakowie krążyła przepowiednia, że w roku, w którym umrze Sapieha, wybuchnie wojna), we wrześniu 1951 roku po wydłużeniu służby wojskowej. W 1952 roku zaś w październiku po wyborze Dwighta Eisenhowera na prezydenta Stanów Zjednoczonych.
     
     
               Śmierć Stalina i zawieszenie działań militarnych w Korei wpłynęły na uspokojenie nastrojów.  Rozpoczęcie w Genewie w 1954 roku rozmów wielkiej czwórki  podsyciło nadzieje na trwały pokój.
     
     
               Na świecie zapanował „duch Genewy” i odwilż w stosunkach między mocarstwami. Pewnej zmianie uległ obraz świata lansowany przez komunistyczną propagandę — Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Francja przestały być przedstawiane jako zagrożenie.
     
     
               Wstęp do nowego etapu wojennego strachu otworzyło zestrzelenie nad Uralem 1 maja 1960 roku amerykańskiego samolotu szpiegowskie- go U-2. Po zerwaniu przez Chruszczowa konferencji wielkiej czwórki w Paryżu, w wielu zakładach pracy w Polsce zaobserwowano wzrost rozmów o niebezpieczeństwie wybuchu nowej wojny.
     
     
               Strach przed wojną z nową siłą rozpalił się rok później, gdy z 12 na 13 sierpnia 1961 roku armia wschodnioniemiecka za wiedzą i wolą Chruszczowa rozpoczęła wznoszenie muru dzielącego Berlin Wschodni i Zachodni. Pierwsze symptomy paniki pojawiły się 14 sierpnia w południowo-wschodniej części kraju, w powiatach leżących wzdłuż linii kolejowej Medyka–Przemyśl–Kraków. Ludzi zaniepokoiły idące nocą transporty wojsk sowieckich.
     
     
               W regionie rzeszowskim — jak informowały władze partyjne — zapanował „stan pewnej psychozy wojennej” - z półek sklepowych znikła większość towarów. Analogicznie było na Lubelszczyźnie.
     
     
           W Przemyślu w trzy dni wycofano wkłady z PKO na sumę blisko 1,5 mln zł, podczas gdy średnia dzienna wypłata wynosiła wówczas 80 tys. zł. Powszechnie krążyły pogłoski o mobilizacji do wojska 8–10 roczników.
     
     
             Innym ogniskiem paniki były Ziemie Zachodnie, gdzie pojawiły się obawy przed powrotem Niemców.  Ich powrót, przewidywana zemsta, widmo ponownej okupacji wielu przerażały.
     
     
               W obliczu masowego wykupowania towarów władze lokalne wprowadziły limitowanie sprzedaży artykułów pierwszej potrzeby.
     
     
               Przed sklepami z biżuterią w całym kraju ustawiły się kolejki. W warszawskiej sieci „Jubilera” obroty wzrosły o 180%. Masowo wyjmowano pieniądze z kont oszczędnościowych.  Pamięć o wojennej inflacji spowodowała, że pieniądze zamieniano na dobra trwałego użytku, które — jak przypuszczano—w przypadku nowej wojny nie straciłyby na wartości. Znacznie wzrosła więc sprzedaż pralek, dywanów, sprzętu RTV, maszyn rolniczych. Z drugiej strony właściciele aut osobowych zaczęli zastanawiać się nad ich sprzedażą, by w ten sposób uniknąć spodziewanych rekwizycji.
     
     
               W kolejkach dochodziło do awantur.  „W dalszym ciągu obserwuje się wykupywanie artykułów spożywczych, szczególnie tłuszczu. – napisano w raporcie z Warszawy - Przy stoiskach mięsnych dochodzi często do awantur, gdyż wielu chce kupować w dużych ilościach smalec, słoninę i boczek, co spotyka się z reakcją pozostałych kupujących. Częste są głosy, aby ograniczyć ilościowo sprzedaż tych artykułów”.
     
     
               Pojawiły się obawy o los dzieci przebywających na wakacjach. Na przykład pracownice Warszawskiej Fabryki Mebli zgłosiły się do rady zakładowej z żądaniem ściągnięcia dzieci z kolonii nad morzem.
     
     
                Prawdopodobieństwo wybuchu wojny wydawało się tak wielkie, że wystąpiły nastroje ucieczkowe. Rodziny z południa i centrum kraju namawiały swoich krewnych mieszkających na jego zachodnich kresach do opuszczenia swoich domów i mieszkań. „Kochany Braciszku z Synem. – pisała kobieta z Puław- Kochani czego czekacie, zabierać manatki i przyjeżdżać do nas i to prędko, czy nie wiesz co się święci, nigdy nie myślałam, że tak się przywiązałeś do Wałbrzycha, ale życie jest droższe pamiętaj Jaśku, takie sny mam okropne, przyjeżdżaj, czekam.”
     
     
               Nawet intelektualiści ulegli wojennej atmosferze. Jan Józef Szczepański zanotował:  „Widziałem Zbyszka Herberta i Mrożka, obaj w katastroficznym usposobieniu”.
     
     
               Panika zaczęła wygasać w początkach października, mimo, iż Gomułka, w wygłoszonym 10 września na Stadionie X-lecia w Warszawie przemówieniu zamiast uspokoić nastroje, zaatakował kraje zachodnie, mówiąc, że Berlin Zachodni jest „bazą i odskocznią dla rozpalania zimnej wojny oraz siedliskiem organizacji szpiegowskich i dywersyjnych”.
     
     
             Przebieg „berlińskiej” paniki potwierdzał tezę Floriana Znanieckiego, że zachowanie kształtowane jest przez wzajemne oddziaływanie postaw indywidualnych. Ludzie widząc tłumy wykupujących sól bądź „wyciągających na potęgę” pieniądze z PKO, robili to samo.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W PRL-u  wielokrotnie pojawiały się pogłoski o rychłym wybuchu wojny.

     
               Pierwsza fala pogłosek o zbliżającym się wybuchu trzeciej wojny pojawiła się w marcu 1945 roku. Jej pojawienie się można wiązać z doniesieniami o postanowieniach konferencji w Jałcie. Kultywowanie.  myśli o rychłej wojnie zachodnich sojuszników ze Związkiem Sowieckim niosło ze sobą nadzieję, że decyzje mocarstw w kwestii granic Polski są nieostateczne.
     

               Pogłoski te podsycił dekret z marca 1945 roku o mobilizacji kobiet do pomocniczej służby wojskowej. Po co rejestrować kobiety skoro wojna miałam się skończyć lata dzień.  „Bo jak się skończy wojna z Niemcami to ma być – pisano w liście -  zaraz z Rosją, bo nie mogą się pogodzić tamci Polacy z tymi i jak się wybiją te obie strony to będzie wtedy dobrze, ale tamta zachodnia strona ma większy zbrój i lepszy”.

     
            Kolejna fala pogłosek o wybuchu wojny przetoczyła się w sierpniu i we wrześniu 1945. Wywołało ją doniesienia o zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki. „Amerykanie dysponują teraz taką bronią — mówiono — przed którą Stalin będzie musiał „się schować”.
     

            Niektórzy nie kryli entuzjazmu. Licealista w liście pisał: „Dzięki odkryciu bomby atomowej — otwiera się dla nas jakaś nadzieja. Szkoda, że nie ma Churchula i Roswelda. Wtedy to wojna prawie mur! Ale i teraz — żyję radością tej przewagi. Kiedy dowiedziałem się o tym wynalazku, odbyłem podróż na rękach. Staram się być dobrej myśli. Może w tunelu i dla nas zapali się światło?” .

     
               Następna ogólnopolska miała miejsce po wystąpieniu Winstona Churchilla w Fulton 5 marca 1946 roku. W Warszawie panika zaczęła się 8 marca, w piątek. Warszawiacy rzucili się tłumnie na targowiska wykupywać towary spożywcze, które można magazynować: ziemniaki, mąkę, cukier, sól, słoninę. W pierwszych dniach następnego tygodnia ceny podstawowych artykułów żywnościowych w stolicy wzrosły o 50– 100%. Wykupywano również ubrania, lampy naftowe, naftę, zapałki.
     
     
            „Rano dziennik londyński wręcz alarmujący.  – zapisała Maria Dąbrowska w dzienniku 14 marca 1946 roku -  Kiedy słuchać Londynu, a potem Warszawy (wzgl. Moskwy) to widać jasno, że to nie sojusznicy rozmawiają, ale śmiertelni wrogowie. Atmosfera jest bodaj cięższa niż w czasie Monachium. Ale, o Boże, jak nie chciałoby się przeżywać trzeciej wojny”.
                                                                                                                    
     
               Panika rozlała się na inne regiony kraju. Jedni mówili, że wojna zacznie się w ciągu trzech dni, inni, że w ciągu miesiąca. W Krakowie twierdzono, że jej wybuch będzie oznaczać koniec świata, do której to zagłady ma doprowadzić bomba atomowa.  „Mieszkańcy miasta byli przekonani święcie o tym, co szeptana propaganda szerzyła. – napisano w jednej krakowskich gazet -  Konfesjonały w kościołach były oblężone; każdy pragnął uczynić porządek ze swym sumieniem, aby w obliczu wielkiej, grożącej wszystkim katastrofy, w wypadku śmierci stanąć przed Bogiem oczyszczonym”.
                                                       
     
               Kolejny skok napięcia, który nastąpił we wrześniu i październiku 1946 roku, związany był z konferencją ministrów spraw zagranicznych, która odbywała się w Paryżu między lipcem a październikiem. „Ludność województwa — donoszono z Białegostoku— z uwagą śledzi obrady konferencji pokojowej, w społeczeństwie wytwarza się pewien nastrój oczekiwania”.
     
     
               W tym samym czasie w Grecji wybuchło powstanie komunistyczne. A 6 września 1946 roku   amerykański sekretarz stanu James Byrnes powiedział w Stuttgarcie, że wojska amerykańskie pozostaną w Europie. Poruszył także problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, którą określił jako tymczasową.
     
     
               Panika ogarnęła całą Polskę. W Łodzi nagabywano żołnierzy: „czy wojna jest nieunikniona?” i „po której stronie stanie Wojsko Polskie?”. „Ogólna psychoza w mieście. Wojna jest nieunikniona”—donoszono z Sosnowca. Tak samo było w Lublinie, gdzie „psychoza wojny osłabionego nerwowo społeczeństwa, mimo całej swej nierealności przyjmuje się. Społeczeństwu podnieconemu wystarczy powiedzieć „wojna” — by uległo panice...”.
     
     
             W województwie lubelskim mówiono, że w Radomiu miał miejsce desant 10 tys. żołnierzy dowodzonych przez gen. Władysława Andersa. W Zagłębiu Dąbrowskim spekulowano, że ZSRS zostanie pokonany przez sojusz amerykańsko-chiński.
     
     
              W całej Polsce wykupywano sól, cukier i mąkę. Trudności z ich zakupem w różnych regionach kraju ludzie tłumaczyli konfiskatami przygotowującej się do wojny Armii Czerwonej.
     
     
               Krążyły opowieści o wznoszeniu przez Armię Czerwoną umocnień, kopaniu okopów, gromadzeniu paliwa, amunicji i sprzętu.
     
     
             W listopadzie 1946 roku  Szczecinem wstrząsnęła wiadomość o rzekomym niszczeniu przepraw na Odrze.
     
     
            Po zwróceniu się prezydenta Trumana do Kongresu o udzielenie pomocy finansowej zagrożonych komunizmem Grecji i Turcji, nastąpił kolejny atak strachu w powojennej Polsce.
     
     
            Przez całą drugą połowę lat czterdziestych utrzymywał się wysoki poziom lęku wśród Polaków, który pod wpływem międzynarodowych wydarzeń błyskawicznie przeobrażał się panikę.
     
     
           Tak właśnie stało się, gdy w czerwcu 1948 roku sowieckie władze okupacyjne zarządziły blokadę zachodnich sektorów Berlina i odcięły dostawy energii elektrycznej. W odpowiedzi Wielka Brytania i Stany Zjednoczone rozpoczęły tworzenie mostu powietrznego. Oliwy do ognia dolewały alarmistyczne w tonie tytuły polskiej prasy i zachodnich audycji radiowych.
     
     
             Ponownie doszło do masowego wykupu żywności w całej Polsce. Panikę potęgowały zarządzenia władz lokalnych o rejestracji poborowych czy konieczności uporządkowania schronów.
     
     
               Nadciągająca wojna i jej ewentualny przebiegł stały się przedmiotem codziennych rozmów.  Przewidywano na przykład masową dezercję żołnierzy Armii Czerwonej stacjonujących we wschodnich Niemczech.
     
     
              Do paniki wojennej dołączył nowy rodzaj trwogi, gdy w lipcu 1948 roku Hilary Minc zapowiedział kolektywizację rolnictwa. Wieś ogarnęła psychoza, która utrzymywała się do śmierci Stalina w marcu 1953 roku. Ten strach wojenny na wsi mieszał się z nadziejami pokładanymi w wojnie, która w przekonaniu  wielu chłopów miała przynieść ocalenie przed kołchozami.
     
     
             Do apogeum paniki doszło we wrześniu 1948 roku, w sklepach w wielu miastach  zabrakło  Podstawowych produktów spożywczych. Na targowiskach znacznie wzrosły ceny owoców i warzyw, zwłaszcza ziemniaków gromadzonych na „czarną godzinę”.
     
     
               Mimo, iż w kolejnych miesiącach nastąpiło uspokojenie nastrojów, to wojenny strach nadal dawał  o sobie znać wybuchami paniki, które przenosiły się z miasta do miasta.
     
     
               W początkach 1949 roku wzrost obaw wywoływała rejestracja mężczyzn do wojska. Ponownie doszło do masowego wykupu towarów, np. w powiecie tucholskim w ciągu pięciu dni mieszkańcy nabyli więcej mydła i proszku do prania niż w całym 1948 roku. W Rawie Mazowieckiej w ciągu jednego dnia wykupiono 240 kg mydła.
     
     
              Niedobory żywności ludzie interpretowali jako efekt jego gromadzenia przez władze na potrzeby wojskowe, co potęgowało irytację i złość ludzi czekających w coraz dłuższych kolejkach. W jednej miejscowości w centralnej Polsce krążyła opinia, że „wojska radzieckie jadą na zachód, a mięso i tłuszcz skupuje się i magazynuje na ich potrzeby”.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Stefan Bryś  |  0

    Nie jest to Tokyo, New York ani nawet Abu Dhabi. To tylko Gaza. Przynajmniej taka, jak chce ją widzieć po wojnie premier Netanyahu. Na pierwszym – najważniejszym bo ekonomicznym planie widać port. A taki port w takim miejscu to podstawa, fundament, clou. Ma ci on połączyć Europę Bliski Wschód i wszystko to, co znajduje się pomiędzy.

    Na planie drugim widoczna ma być koalicja państw arabskich tj. Egipt, Arabia Saudyjska, Jordania, EAU. A celem jej powstania i istnienia ma być poradzenie sobie z uchodźcami ze strefy Gazy. Kwestię bezpieczeństwa będzie gwarantował oczywiście Izrael. A to z tego prostego powodu, że Izrael ma prawo dzielić, oddzielać, wydzielać i w nosie mieć wszystkie traktaty, porozumienia i gwarancje. Inni nie.

    Artykuł z Jerusalem Post

    podpowiada: „Wreszcie po dziesięcioleciach władza wróci do mieszkańców Obywateli Gazy”. Ale tylko i wyłącznie po jej całkowitym zdemilitaryzowaniu. "Największymi korzyściami dla państw Zatoki Perskiej uczestniczących w porozumieniu będą umowy obronne ze Stanami Zjednoczonymi oraz nieograniczony dostęp do śródziemnomorskich portów Gazy za pośrednictwem kolei i rurociągów".

    Najbardziej zdumiewające jest to, że to wszystko już staje się faktem, a nikt nawet nie myśli o konsultacjach z Palestyńczykami zamieszkującymi w Gazie.
    Z drugiej strony, to taki stary kolonialny zwyczaj: W 1918 roku lord Balfour oświadczył:

    "W Palestynie nawet w najmniejszym stopniu nie myślimy o konsultowaniu życzeń obecnych mieszkańców tego kraju. Syjonizm, słuszny czy niesłuszny, dobry czy zły, ma swoje korzenie w starożytnych tradycjach, obecnych potrzebach i nadziejach na przyszłość, które są głębsze niż pragnienia i uprzedzenia 700 000 Arabów, którzy dziś zamieszkują tę starożytną ziemię".

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Punkty skupu butelek i opakowań szklanych pełniły ważną rolę w życiu sowieckich obywateli.
     
     
            Zwrot butelek i skup szklanych opakowań stanowiły ważną część zarówno życia prywatnego, jak i państwowego handlu.
     
     
             Prawo do otwarcia punktu skupu miały delikatesy posiadające dział monopolowy. Lokalizację uzgadniali specjaliści z Rejonowego Wydziału Handlu raz naczelnicy z Rejonowego Komitetu Wykonawczego. Najczęściej punkty tworzono w piwnicy domu, w którym znajdowały się delikatesy, bądź w jednym z sąsiadujących budynków.
     
     
            W niektórych sklepach w Moskwie stosowano praktykę bezpośredniego przyjmowania pustych butelek przy zakupie napojów alkoholowych w dziale monopolowym. Kilka opróżnionych butelek można było od razu – omijając punkt skupu – wymienić na jedną pełną lub przynajmniej obniżyć cenę zakupu.
     
     
           Specjaliści potrafili szybko obliczyć, ile butelek należy wypić wieczorem, żeby rankiem, zwróciwszy je, mieć możliwość wypicia klina.
     
     
            Punkty skupu butelek były głównym miejscem, do którego ciągnęli o świcie sowieccy obywatele marzący o niewielkim, ale pewnym, dodatkowym dochodzie. Można było bowiem oddawać nie tylko butelki po winie, ale także po mleku, kefirze czy piwie. Można było zwracać również słoiki. Największym skarbem był trzylitrowy słój, za który punkty skupu płaciły aż trzydzieści kopiejek.
     
     
           Kolejki ustawiały się przed punktami skupu z samego rana - z reguły były wielometrowe i milczące.  Wzdłuż całej kolejki ciągnął się rząd sportowych toreb, plecaków i siatek niewyobrażalnych rozmiarów – wszystko to było wypełnione szkłem po brzegi.
     
     
            Nieformalne prawo sprzedaży poza kolejką  dwóch, trzech, pięciu butelek przysługiwało alkoholikom i studentom. Pierwszym starczało zarobionych pieniędzy na kufel piwa i paczkę papierosów aurora, drudzy ciułali na obiad w uczelnianej stołówce.
     
     
          Niektórzy młodzi ludzie umawiali się bezpośrednio z ładowaczami, zdając im butelki bez kolejki, o dwie kopiejki taniej w stosunku do ich nominalnej wartości.
     
     
           Standardowa butelka po wódce była warta w latach 70. dwanaście kopiejek. Butelka wódki kosztowała w sklepie  cztery ruble dwanaście kopiejek. Cztery ruble za wódkę, dwanaście kopiejek za butelkę. Za „malutką” (albo „ćwiarteczkę”) płacono dziewięć kopiejek, zdarzały się  butelki o pojemności siedmiu dziesiątych litra – te kosztowały siedemnaście kopiejek.
     
     
           Wśród klientów punktów skupu zdarzali się zawodowcy,  potrafili zarobić większe pieniądze na zbieraniu i zwrocie szklanych opakowań. W ich szeregach było wiele dziarskich staruszek, które rozdzielały między siebie szklane „plantacje”, a preferowały różnego rodzaju tajemne zakamarki w podwórzach i tereny w pobliżu delikatesów.
     
     
            Starzy mieszkańcy Fontanki pamiętają mężczyznę przechadzającego się codziennie wolnym krokiem po nabrzeżu. „Trzymał w ręku spinning, do którego żyłki, zamiast błyszczyka, była przytwierdzona ni to siatka, ni to koszyczek. Zatrzymywał się od czasu do czasu, zarzucał wędkę i po jednej, dwóch minutach wyciągał swój połów – butelkę. Przećwiczonym ruchem wkładał ją do plecaka, nawet nie zdejmując go z ramion. Wszystko odbywało się szybko, precyzyjnie,  i  zdawało się być wytrenowane do najmniejszego szczegółu”.
     
     
          Inni zawodowcy  byli skromniej wyposażeni – wykorzystywali długi kij, na którym był umocowany podbierak.
     
     
            Obok „indywidualnych przedsiębiorców” funkcjonowały także całe zespoły, które zajmowały się zorganizowaną i skuteczną zbiórką opakowań. Na przykład przed meczem piłki nożnej na stadionie im. Kirowa do Nadmorskiego Parku Zwycięstwa wjeżdżały specjalne samochody ze zbieraczami butelek.
     
     
           Siadali oni na trawnikach i polanach, na których relaksowali się kibice w oczekiwaniu na mecz. Zostawiali po sobie nieprzebrane ilości butelek. Gdy tylko fani futbolu udawali się na trybuny, do dzieła przystępowali zbieracze. Wszystko szybko zbierali, ładowali i odwozili do punktu skupu, z którego pracownikami mieli umowę.
     
     
           W zgrany sposób działały robocze zespoły konduktorów w wagonach kolejowych, które również zawierały długoterminowe „kontrakty” z pracownikami skupu.
     
     
            Znacznie mniejszą rolę pełniły punkty skupu makulatury. Nie tylko dlatego, że za makulaturę płacono grosze, ale także dlatego, iż każdy uczeń miał obowiązek przynieść do szkoły określoną liczbę makulatury w roku.
     

            Makulaturę zbierali także pionierzy, którzy chodzili po mieszkaniach i zbierali gazety, lokatorzy z reguły mieli zawczasu przygotowaną dla nich paczkę starych, wykorzystanych gazet.

     
    Wybrana literatura:
     
    I. Głuszczenko – Sowiety od kuchni. Mikojan i radziecka gastronomia

    A. Gaworski, M. Panas-Goworska - Grażdanin N.N. Życie codzienne w ZSRR

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     W Związku Sowieckim nigdy nie rozwiązano problemu opakowań.
     
     
          Opakowań wszędzie brakowało. Wiele artykułów spożywczych było sprzedawanych bez opakowania, na wagę, tak więc kwestia w czym je nieść ze sklepu, musiała być rozwiązana przez klientów.
     
     
            Na przykład śmietana była rozlewana. Tak więc w gospodarstwie domowym zawsze powinno być naczynie (zazwyczaj słoik z gwintowaną zakrętką) przystosowane do jej transportu. Gospodynie pielęgnowały te słoiki – najczęściej pozostałość po węgierskich konserwach: marynowanych ogórkach albo zielonym groszku. Puste słoiki trzymano w kuchni i z reguły było ich więcej niż potrzeba. Na wypadek, gdyby któryś się zbił, zawsze musiał być zapasowy. Składowano je w szafkach, na parapetach lub na podłodze.
     
     
          W każdym gospodarstwie domowym były specjalne torby na ziemniaki. Podawano je sprzedawcy, który przystawiał ją do wylotu rynny i kartofle z łoskotem leciały wprost do torby.
     
     
           Aby kupić olej roślinny, należało podejść do specjalnej maszyny, podstawić lepiącą się szklaną butelkę, wrzucić monetę – i olej zaczynał płynąć gęstym, żółtym strumieniem.
     
     
           Później pojawił się olej w plastikowych butelkach. Od razu rozniosła się plotka, że olej w nich przechowywany może się zepsuć. Przelewano go więc do szklanych. Najlepiej sprawdzały się zakręcane butelki po koniaku, a najbardziej prestiżowe były te po napojach z importu.
     
     
         W warunkach ciągłego deficytu wszelkich opakowań każde z nich mogło stać się potencjalnym pojemnikiem. W pudełkach po herbatnikach trzymano lekarstwa. Do słoików wsypywano cukier lub kaszę.
     
     
          Gazety miały wielorakie zastosowanie. Używano jej jako materiału do pakowania. W gazetę zawijano śmieci i obierki z kartofli przed wyrzuceniem do zsypu. Gazetę kładziono na krześle, gdy chciano na nie wejść. Gazetą przykrywano stół, gdy brakowało obrusa. W gazetę zawijano kanapki. Gazety używano jako papieru toaletowego. Gazetą można było umyć okna. Gazetę przyklejano do ściany przed położeniem tapety. W czasie remontu gazety rozkładało się na podłodze, a malarze robili z gazet czapeczki i zakładali je na głowę. Bukiet kwiatów również zawijano w gazetę, chociaż przed wejściem do mieszkania gazetę zdejmowano i wyrzucano. Na marginesach gazet zapisywano numery telefonów. Po wielokrotnym wykorzystaniu gazety oddawano na makulaturę.
     
     
           Wszystko, co można było zawinąć, zawijano w zwykły, gruby papier pakowy, a w razie jego braku – w gazetę. Śledź zawinięty w gazetę to typowy obrazek sowieckiego życia.
     
     
           Aby zapakować cukierki, galaretkę i inne łakocie na wagę, skręcano papierowe rożki. Specjalny papier pakowy był jasnobrązowy, gruby i bardzo mocny. Podczas ważenia sera bądź kiełbasy papier zwiększał ciężar o kilka dekagramów. Powodował różnicę w cenie, która trafiała do kieszeni sprzedawcy.
     
     
          Opakowania, jeśli już się pojawiły były demonstracyjnie szpetne i fatalnie wykonane. Na przykład opakowania na mleko  niezmiennie przeciekały. Typowym obrazkiem na ulicy był człowiek z siatką zakupów zostawiający za sobą ślad białych mlecznych kropli.
     
     
            „Jednym z kluczowych ograniczeń w przemyśle konserwowym są opakowania – przekonywał Mikojan. – Przemysł konserwowy jest zbudowany na wykorzystaniu blaszanych puszek służących za opakowania. Podstawową częścią składową blachy jest, jak wiadomo, cyna. W celu uniezależnienia się od zagranicy na tym odcinku […] znacznie rozszerzyliśmy wykorzystanie szklanych i drewnianych opakowań (beczek)”.
     
     
           O ile zdołano z czasem rozwiązać problem metalowych opakowań, to nadal nie potrafiono zagwarantować ich jakości. „Tymczasem Ameryka już wykorzystuje małe opakowania szklane z blaszanymi wieczkami, - żalił się Mikojan - przy czym wieczka są zamykane hermetycznie i opakowania te można poddać takiej samej sterylizacji w autoklawach, jak puszki blaszane. Trudność zorganizowania procesu produkcji takich opakowań polega nie tyle na wytworzeniu szkła […] i nie na produkowaniu blaszanych wieczek, ile na hermetycznym, gwarantującym szczelne zamknięcie zespoleniu wieczka ze szkłem”.
     
     
           „Duże znaczenie ma pakowanie artykułów spożywczych. – dowodził Mikojan -  Krojenie, ważenie i pakowanie artykułów należy przenieść ze sklepów do fabryk. Powinny one dostarczać towar już zapakowany, w małej gramaturze, z oznaczeniem na opakowaniu wagi, ceny, sposobu spożywania i innych. Chleb należy produkować w głównej mierze na sztuki, częściowo pokrojony na kawałki w sposób maszynowy, w opakowaniach z papieru. To uwolni sprzedawcę od konieczności krojenia i ważenia, uprości handel, zmniejszy straty chleba w sklepie i częściowo w domu, w postaci okruchów. To samo dotyczy artykułów mięsnych i rybnych. Te także należy w znacznej części produkować w opakowaniach. Powinniśmy postawić, jako zadanie praktyczne na najbliższe lata, produkowanie w porcjowanej i opakowanej postaci masła pochodzenia zwierzęcego i margaryny. Cukru, soli, suchych produktów śniadaniowych, biszkoptów oraz innych towarów. A mleko i olej roślinny należy wytwarzać w standardowych butelkach, napełnianych maszynowo”.
     
     
             Te ambitne plany komisarza nie zostały nigdy zrealizowane.
     

               Oczywiście człowiek sowiecki nigdy nie widział reklamówek. Wszystko wkładało się do siatki.  Siatki były przezroczyste – zawsze można było zobaczyć, co ktoś kupił.
     
     
            Pierwsze torby plastikowe przywożono je z zagranicy, były rzadkością, uznawano niemal za wyrób luksusowy. Na rozmaitych wystawach przemysłowych, które często miały miejsce w Moskwie, niektóre firmy, polskie i węgierskie, rozdawały plastikowe torby z własnym logo. Wielu obywateli sowieckich chodziło na te wystawy tylko po to, żeby dostać reklamówki. A dostać je można było jedynie w ścisku i po walce, ponieważ momentalnie je rozchwytywano.
     
     
            Niejednokrotnie można było spotkać na ulicy kobietę w eleganckim skórzanym płaszczu, która w ręku trzymała  plastikową torbę. Nie był to dysonans, w mniemaniu owej damy, taka torba odgrywała tę samą rolę, co drogi płaszcz.
     
     
            W latach 70. pojawiły się torby celofanowe bez uszu. Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby je wyrzucać; przeciwnie, myto je (i to z obu stron) i suszono. Rzędy toreb suszących się na balkonie to ważny szczegół sowieckiego życia.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W Związku Sowieckim była jedna partia, jedna Rada Związków Zawodowych, jeden Związek Pisarzy i jedna dla wszystkich książka kucharska.
     

       Książka ta stanowiła swego rodzaju utopię – to wizerunek idealnej kuchni, która zostaje stworzona dla społeczeństwa przodującego w świecie.
     
     

       Ten swoisty kodeks kulinarny towarzyszył kilku pokoleniom. Po pierwszym wydaniu z 1939 roku pojawiły się liczne wznowienia. „Księga o smacznym i zdrowym jedzeniu” była w ZSRR wielokrotnie wznawiana, a jej łączny nakład wyniósł trzy i pół miliona egzemplarzy.
     

       Przygotowaną w 1939 roku przez Instytut Żywienia, planowano zatytułować „Księga o zdrowym i pożytecznym jedzeniu”, jednak Mikojan zadecydował  aby „pożyteczne” zmieniono na „smaczne”. 

     
      Książka z 1939 nie była zbiorem przepisów, ale swoistą odpowiedzą „świata socjalistycznego” światu burżuazyjnemu.
     
     
    Kiedyś handlarze, z chęci zysku, do mleka dolewali wody, ściągali z niego śmietankę […]. Teraz […] mleko produkowane przez Leningradzki Kombinat Mleczarski nie jest, oczywiście, w żaden sposób fałszowane. Nigdy. Minimalna tłustość mleka, określona u nas przez standard, to trzy i dwie dziesiąte procent”.
     
     
            W innym miejscu podkreślano, iż „w odróżnieniu od brudnych ubojni starej Rosji […] nasze kombinaty mięsne jawią się jako przedsiębiorstwa o wysokiej kulturze sanitarnej”.
     
     
            Księga informuje z dumą, iż „to, co jest charakterystyczne dla Związku Radzieckiego, to brak falsyfikacji towarów. Solidność i wysoka jakość produktów z socjalistycznych przedsiębiorstw to bez wątpienia walory ustroju socjalistycznego, w porównaniu ze zmurszałym
     ustrojem kapitalistycznym”.
     

       „Obecnie w krajach kapitalistycznych, - wskazywano - jak niegdyś w starej Rosji, konsument codziennie musi godzić się z tym, że jest oszukiwany co do ceny, jakości, wagi bądź  miary towaru. Postępowa prasa krajów kapitalistycznych przytacza mnóstwo takich  faktów oszustwa z praktyki handlowej USA, Anglii i innych państw o „amerykańskim  stylu życia” […]. W naszym kraju została zorganizowana najsurowsza kontrola  jakości wszystkich towarów […].”
     

       Wedle książki żywienie ludności powinno być oparte na podstawach naukowych, a państwo ponosiło odpowiedzialność za jakość jedzenia.
     
     
            Znaczna część tekstu była poświęcona zaleceniom niemającym nic wspólnego z kulinariami. Na przykład radom, iż „plamy na obrusach po czerwonym winie można usunąć jednoprocentowym roztworem chlorku; z tkanin kolorowych – gorącym mlekiem lub sokiem z cytryny”. Albo:  „Muchy w pokojach można tępić w następujący sposób: napalić w pomieszczeniu suchych liści dyni, od czego muchy zdechną. Można zmieszać pieprz z mlekiem bądź tytoń z miodem i postawić mieszankę na talerzykach w tych miejscach, gdzie zlatuje się najwięcej much”.
     

       Autorzy Księgi interesowali się również wyglądem różnych sprzętów w gospodarstwie domowym. „Aby wyczyścić zaśniedziałe przedmioty z miedzi (rondle, świeczniki i inne), najpierw należy przemyć je wodą po kwaszonej kapuście lub ogórkach bądź też kwaśnym mlekiem. Następnie przedmiot należy wypolerować pastą amoniakowo-kredową”.
     

       Wiele uwagi poświęcono środkom sanitarnym i higienie. Zalecano więc: „Przed myciem naczyń należy dokładnie wyczyścić je z resztek jedzenia. Nie dopuście, żeby woda, w której myjecie naczynia, stawała się tłusta. Częściej ją zmieniajcie. Ścierka do naczyń powinna być czysta i sucha. Nie żałujcie gorącej wody i mydła do mycia naczyń. Naczynia, w których  gotujemy i z których jemy, powinny być nieskazitelnie czyste.”
     

       Każdy przepis składał się ze szczegółowego opisu obróbki produktu i czynności, które trzeba wykonać w trakcie gotowania. I tak na przykład: „Ugotowane na twardo jajka obrać ze skorupki, przekroić na pół (wzdłuż), z każdej połówki jajka wyjąć żółtko i wykroić część białka  w taki sposób, aby wgłębienie w białku stało się podłużne”; „Wieprzowinę lub cielęcinę (nerkową część boczku lub mięso z zadniej nogi) obmyć, usunąć ścięgna i pokroić na kotlety, ale bez kości. Każdy kawałek (sznycel) rozbić tłuczkiem, posolić, popieprzyć, obtoczyć w jajku i bułce tartej”.

     
        Objaśnienia były tak sformułowane tak, jakby były przeznaczone dla ludzi, którzy dysponowali nieograniczoną ilością czasu. W rzeczywistości sowiecki człowiek zajęty pracą, udziałem w masówkach oraz pogonią za jedzeniem dysponował małą ilością czasu na przygotowanie posiłku.
     

         Istotnym ideologicznym pojęciem książki była obfitość, stąd też w opisie sklepu rybnego wspomniano, iż „pod względem obfitości i bogactwa artykułów rybnych nasz kraj nie ma sobie równych”.
     

       W rozdziale „Kanapki” do kanapek zalecano wykorzystywać kawior, anchois, kapary, łososia. W rzeczywistością olbrzymia większość ludności Związku Sowieckiego nie tylko nie widziała, ale nigdy nie słyszała o takich rarytasach.
     

       Jeszcze atrakcyjniej przedstawiał się rozdział „Zimne dania i przekąski z ryb”. Wymienia się tu i mięso łososia, i łososia syberyjskiego, i jesiotra, i minogi, i bieługi, i jesiotra gwiaździstego, i ostrygi.
     
     
           W części poświęconej sklepom owocowo-warzywnym wymieniono najprzeróżniejsze odmiany jabłek: „białe soczyste, złote chinki Miczurina, renety, anisy, aporty, słynne antonówki, szafrany; małe i duże złocistopomarańczowe piramidki mandarynek, pomarańczy, cytryn, grejpfrutów; najlepsze z najlepszych gruszki z Krymu, winogrono Isabella, Angur, Szasła, skrzynie z brzoskwiniami z Erywania, takimi, że smaczniejszych, delikatniejszych, aromatyczniejszych nie znajdziesz nigdzie … A na półkach dumnie ustawiły się wymyślne i proste butelki z gorzkimi i słodkimi nalewkami z rozmaitych ziół: dziurawca, anyżu, turówki; na  pestkach, skórce pomarańczowej, goździkach, kardamonie, jarzębinie niewieżyńskiej, której owoce zostały zebrane po tym, jak je chwycił pierwszy mróz. Oto marynowane młode borowiki w słoikach, nieopodal stoi beczułka z kraśniakami i koźlarzami, a tam zwisają grzyby suszone… Młode ogórki nieżyńskie i muromskie w słoikach i beczułkach, pomidory w marynacie, marynowana cebulka, pękata pomarańczowa dynia, pomidory w zalewie, jabłka kiszone i mnóstwo rozmaitej warzywnej i owocowej strawy”.
     
     
           W rzeczywistości gdy człowiekowi sowieckiemu udało się zdobyć na wpół nadgniłe warzywa lub owoce uważał się za wybrańca losu.
     
     
           Takiej różnorodności nie było w przypadku serów. W ZSRS, w odróżnieniu od Europy Zachodniej, nie istniała różnorodność gatunków sera. I – co zaskakiwało przyjezdnych Europejczyków – ser był podawany jako zakąska nawet w restauracjach, razem ze śledziem i ozorkiem w galarecie. O tym, żeby ser podać na deser, z owocami i winem, nikt nawet nie myślał.
     

       W  latach 20. w Związku Sowieckim toczyła się zażarta dyskusja na temat dopuszczalności produkowania napojów alkoholowych w kraju robotników i chłopów. Potrzeby budżetowe sprawiły, iż latach 30. masowa produkcja wódki została wznowiona..
     
     
          W rozdziale poświęconym napojom alkoholowym podkreślono, iż o ile „za cara naród biedował i ludzie pili wówczas nie z radości, a ze zgryzoty, z nędzy. Pili właśnie po to, żeby się upić i zapomnieć o swoim przeklętym życiu. (…)  Teraz zaczęło się żyć weselej. Z powodu dobrego i sytego życia nie upijesz się […]. Weselej zaczęło się żyć, znaczy, i wypić można. Jednak wypić tak, żeby nie tracić rozumu i nie szkodzić zdrowiu”.
     

       Jeśli chodzi o szampan, to jego masowe rozpowszechnienie sowiecki człowiek zawdzięczał Mikojanowi. W lipcu 1936 roku zostało przyjęte postanowienie KC o energicznym rozwoju przemysłu winiarskiego, w tym o produkcji win musujących w najbliższym pięcioleciu w liczbie dwunastu milionów butelek.
     

       Wraz z odrodzonymi świętami noworocznymi szampan stał się częścią uroczystości rodzinnych i nieodłącznym elementem na wpół oficjalnych bankietów, za pomocą których urzędnicy państwowi obchodzili święta proletariatu.
     
     
      „Radziecki szampan” został podzielony na dwie kategorie: sowiecki, produkowany na Krymie, oraz „patriotyczny”, rosyjski, cechujący się gorszym smakiem.
     

       Księga przypomina muzeum, w którym dania są wystawione niczym eksponaty. Można je obejrzeć, aby zobaczyć jak wyglądają. W życiu bowiem trzeba było zadowolić się każdym ochłapem mięsa oraz kartoflami podawanym w różnej formie.
     
     
         Jest w niej coś z samej istoty sowieckiej propagandy, zbudowanej przecież na zupełnej fikcji.
     
     
           Na przykład w okresie wielkiej czystki tow. Stalin przekonywał:  „Zaczęło się żyć lepiej, towarzysze. Zaczęło się żyć weselej”.

     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ideologiem nowej sowieckiej kuchni został lekarz dietetyk, profesor Manuel Isaakowicz Pewzner, który w kierowanym przez siebie Instytucie Żywienia, wypracowywał naukowe podwaliny „gastronomii socjalistycznej”.
     

          Pewzner przekonywał, że burżuazyjni kucharze dążą do zaspokojenia „kapryśnych gustów konsumenta burżuazyjnego, przydając potrawom oryginalny wygląd i smak, i w tym celu nadużywają najprzeróżniejszych przypraw, przypraw korzennych i tym podobnych”. Sam uważał przyprawy, w tym korzenne, za pobudzające i szkodliwe.
     

         W zamian zalecał spokojną, zdrową kuchnię, której podstawą powinny być neutralne smakowo dania: gotowane mięso, makaron, ryż, serniki, kasze na mleku, buliony z kury. Szczególnie negatywnie odnosił się do potraw smażonych.
     

         Jego idee, propagowano przez sowieckie gazety,  miały duży wpływ na sowieckie społeczeństwo. Ludzie zaczęli przygotowywać potrawy spełniające wymogi jego dietetyki nie tylko w stołówkach, ale także w domach.
     

         Zatriumfowało formalne podejście do oceny jedzenia: jaka jest w nim zawartość tłuszczy, węglowodanów, soli mineralnych.
     

         Niektórzy bohaterowie Ilfa i Pietrowa tak właśnie się odżywiali: „Punktualnie o dwunastej Aleksander Iwanowicz […] zabrał się do śniadania. Najpierw wyjął z szuflady oskrobaną surową rzepę i spożył ją z całą powagą. Następnie zjadł zimne jajko na miękko. Zimne jajko na miękko jest, jak wiadomo, bardzo niesmaczne i żaden rozsądny człowiek nie jada jajek w tej postaci. Ale Aleksander Iwanowicz nie jadał, Aleksander Iwanowicz odżywiał się. Aleksander Iwanowicz kierował procesem fizjologicznym polegającym na wprowadzaniu do organizmu odpowiedniej ilości tłuszczów, węglowodanów tudzież witamin”.
     

          W sowieckiej gastronomii pojęcie „smaczne” zostało zastąpione pojęciem „pożyteczne”, a kuchnia żydowska stała się w czasach sowieckich wzorcem „żywienia dietetycznego”.
     

         Równocześnie wypowiedziano wojnę domowym kuchniom. Tow. Mikojan przekonywał, iż „ współczesna kobieta radziecka powinna uwolnić się od prymitywnej pracy, od obraźliwej, ciężkiej, domowej harówki […]. Kiedy kobieta widzi, że w ciągu tej godziny, którą poświęcała na przygotowanie jedzenia w domu, może, pracując w fabryce, zrobić nawet dziesięć razy więcej i kupić za swoje zarobione pieniądze wszystkie niezbędne towary, stara się zrezygnować z domowej produkcji jedzenia. Szczególnie ważna powinna być rola spożywczych półproduktów i konserw […].”.

         
          Sowiecki zwrot od domowego jedzenia ku zbiorowemu żywieniu zmienił wszystko: i to, co jedzono, i to, jak jedzono. Zginęły tradycyjne receptury, niewygodne stało się przyrządzanie czasochłonnych i małych porcji. Niemożliwa okazała się zwyczajowa rosyjska biesiada przy stole, o ile nie jest to bankiet związków zawodowych.
     

               „Radziecka gastronomia zbiorowa pozbawiła Rosjanina wielu uroków narodowej kuchni rosyjskiej, o których kompletnie zapomniał” – żałował Pochlebkin.
     
     
              System sowiecki był zorientowany na standaryzację. Tak samo jak  wiele kultur ogromnego wielonarodowego terytorium zespolono w jedno państwo, żeby w rezultacie ukształtował się człowiek sowiecki, tak i zunifikowano jedzenie dla tegoż człowieka.


               „Do diety wszystkich narodów kraju – pisze Pochlebkin – do jedzenia codziennego i odświętnego stu czterech nacji, narodowości i plemion zostały wprowadzone dziesiątki jednakowych pod względem asortymentu, jakości, składu, a nawet smaku masowych, szablonowych, państwowych artykułów spożywczych i wyrobów, które przeszły standaryzację GOST”.
     
     
             W roku 1934 Mikojan przekonywał, iż  „zjednoczony w jeden Ludowy Komisariat do spraw Zaopatrzenia, nasz przemysł spożywczy, pod bezpośrednim kierownictwem Komitetu Centralnego oraz wodza naszej partii i światowego proletariatu towarzysza Stalina, został doprowadzony w czasie pierwszej pięciolatki i pierwszego roku drugiej pięciolatki w większości branż do poziomu rzeczywistego przemysłu maszynowego”.
     
     
            Linie produkcyjne Henry’ego Forda inspirowały stalinowskich ludowych komisarzy. Ponadto w tamtych latach Stany Zjednoczone wydawały się stosunkowo nieszkodliwym krajem przemysłowców. Nie dziwi zatem, że Mikojan w swoich wystąpieniach często porównywał Związek Sowiecki i Amerykę. A jeśli chodzi o przemysł spożywczy, to właśnie doświadczenie amerykańskie stało się dla niego najważniejsze.
     

               Słynny Kombinat Mięsny im. Mikojana otwarty w 1933 roku został wybudowany na podstawie amerykańskich planów.
     

             W czasie wojny okazało się, że kombinat ma znaczenie strategiczne. Wojsko trzeba było żywić, a jedzenie należało przygotowywać w takiej formie, aby można je było łatwo dostarczać na front. W latach wojennych kombinat produkował koncentraty spożywcze, zupy-kremy owsiane, grochowe i z soczewicy, kaszę jaglaną, ryżową, kisiele i inne.
     

           Artykuły w zakładowej wielonakładówce nieustannie przypominały pracownikom o roli przedsiębiorstwa w walce z faszystowskim agresorem. „Witajcie, pracownice tyłów!” – pisał w 1944 roku bojownik z pierwszej linii frontu. „Niejednokrotnie w czasie zaciekłych walk z okupantem dostawaliśmy wasze wyroby. Były one bardzo smaczne, dodawały nam sił i umożliwiały bój ze znienawidzonym wrogiem”.
     

           W rzeczywistości większość konserw mięsnych, którymi zaspokajano pierwszą linię frontu, wkrótce zaczęli dostarczać sojusznicy. Była to słynna amerykańska mielonka, która do tego stopnia stała się częścią frontowej epopei, że wspomina się o niej nawet w literaturze i kinematografii z lat zimnej wojny.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Zaczęło się od nieprzyjemnej sceny w osiedlowym sklepiku spożywczym. Łukaszek, Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki stali w kolejce po wegańskiego, zeroemisyjnego cold doga, gdy jeden z dwóch panów stojących przed nimi poprosił o bańkę wody mineralnej.
    - Gazowaną? - spytała pani sprzedająca.
    I wtedy stało się. Jeden z panów eksplodował. Zaczął krzyczeć, że to skandal, antysemityzm, i że pani natychmiast powinna oddać mu swoją kamienicę.
    - Nie mam kamienicy - odparła pani.
    - Nie wierzę! - odpalił pan. - Mało to wy, Polacy, nagrabiliście się po wojnie mienia?
    - Jestem Ukrainką - wyjaśniła go pani.
    Pan spojrzał wściekłym wzrokiem na zaśmiewających się w rękaw chłopaków i krzyknął na drugiego pana:
    - To wszystko twoja wina! - po czym wyszedł ze sklepu.
    Drugi pan, który okazał się być sąsiadem Łukaszka, westchnął, kupił baniak wody niegazowanej i też wyszedł.
    Chłopcy dopędzili go kilku minutach, kiedy szedł w stronę bloku, w którym mieszkali Hiobowscy.
    - Czego się pan martwi, przecież to nie pana wina - zagaił okularnik.
    - Ano moja. Teraz dopiero się nasłucham.
    - Tak pan mówi, jakby on z panem mieszkał - zadudnił Gruby Maciek.
    - Bo mieszka. On i cała jego rodzina.
    - Jak do tego doszło? - zastanawiał się Łukaszek.
    - Bardzo prosto. Kiedy pięć lat temu wybuchła wojna z Iranem uratowałem jego i jego rodzinę przygarniając ich i dając im dom nad głową.
    - Którą stronę oni reprezentowali? - okularnik był zaciekawiony.
    - Nie irańską - poinformował sąsiad i kontynuował:
    - Z początku wszystko było dobrze, ale wkrótce zaczęły się narzekania. A to pokój za ciasny, a to kawa niedobra, a to pakiet telewizji zbyt ubogi... Siedzą cały czas i szczerze mówiąc chciałbym już odzyskać mieszkanie dla siebie...
    - Świetnie pana rozumiemy - zadudnił Gruby Maciek.
    - I dlatego panu pomożemy - uzupełnił Łukaszek.
    - Świetnie chłopcy - ucieszył sąsiad. - A czego chcecie w zamian? Przepraszam, że tak pytam, ale sami rozumiecie, po tylu latach, kto z kim przestaje i tak dalej...
    - Za nic - uspokoił go okularnik. - Po prostu zrobimy dobry uczynek. Będzie jak znalazł na adwent, kiedy ksiądz będzie pytać na religii.
    I poszli.
    Kiedy przyszli do mieszkania, sąsiad otworzył drzwi kluczem, z środka wyjrzał pan, który był wcześniej z sklepie i zaczął krzyczeć, że skończył się kawior. Zobaczył chłopców i przestał krzyczeć.
    - A wy tu czego? - spytał.
    Gruby Maciek podszedł bliżej do drzwi i zadudnił szeptem:
    - Wojna się skończył.
    - Jaka wojna? - oczy pana zrobiły się okrągłe ze zdumienia.
    - No, z Iranem.
    - Jak to, już? - w głosie pana było słychać rozczarowanie. - I kto wygrał?
    - No, wy.
    - Super - pan spojrzał na nich podejrzliwie. - Tylko dlaczego ja nic o tym nie wiem?
    - Już pan wie - wtrącił błyskawicznie okularnik.
    - Bo to tajne - powiedział Łukaszek. - Tak tajne, że nawet Iran jeszcze tego nie wie. A wie pan dlaczego?
    - Nie - pan był bardzo przejęty.
    - Kamienice - szepnął Łukaszek. - Do odzyskania. W Iranie.
    Panu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Runął w głąb mieszkania, a po krótkiej chwili pojawił się z walizką. Za nim biegła reszta rodziny.
    - Szesnaście... Siedemnaście... - liczył rozbawiony Gruby Maciek.
    Okularnik pobiegł za nimi aż do windy i wrócił po dłuższej chwili meldując:
    - Pojechali.
    - Jak ja wam się chłopcy odwdzięczę - rozczulił się sąsiad.
    - Nie trzeba - zamachał rękami Łukaszek. - Tylko niech pan pamięta, żeby zmienić zamki.
    I na nieme pytanie zawarte w spojrzeniu sąsiada odpowiedział:
    - Oni mogą wrócić.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wedle bolszewików obywatel sowiecki powinien jadać wyłącznie w stołówkach.
     
          Wkrótce po przejęciu władzy przez bolszewików zaczęło brakować w miastach podstawowych artykułów żywnościowych. W celu opanowania kryzysu bolszewicy zaczęli rabować chłopom żywność, a następnie ją dostarczać i dystrybuować w sposób scentralizowany.
     
         Mieszkańcy miast stopniowo odzwyczajali się od jedzenia w domu i oswajali się z najróżniejszymi stołówkami i „rozdzielniami”, zlokalizowanymi głównie przy zakładach pracy. Takie stołówki tworzono wszędzie: od przedsiębiorstw przemysłowych po Kreml.
     
          Placówki żywienia zbiorowego stały się częścią tego systemu. Wiele organizacji zapewniało swoim pracownikom bezpłatne jedzenie (co było całkowicie naturalne w kraju, w którym pieniądze straciły jakąkolwiek wartość).
     
           W pierwszej kolejności zaopatrywano wojsko i marynarkę, placówki rządowe i partyjne, w następnej: domy dziecka i przytułki, żłobki i przedszkola, sanatoria, domy wypoczynkowe, obozy pionierskie. Do kolejnej kategorii zaliczono  największe zakłady przemysłowe, w których pracowały dziesiątki tysięcy robotników i urzędników.
     
          Każda organizacja posiadała własną kuchnię, która była zaopatrywana w artykuły spożywcze centralnie, z baz państwowych.
     
          Dla państwa ważne było, w jakim stopniu jedzenie jest kaloryczne, na ile odpowiada podstawowym normom sanitarnym i sprzyja, w myśl teorii Marksa, reprodukcji siły roboczej. I nie miało natomiast najmniejszego znaczenia, czy jest ono smaczne, czy nie. To podejście przetrwało również w czasach, kiedy komunizm wojenny odszedł do przeszłości.
     
          „Główną wadą – pisze Pochlebkin – było zapewne to, że zbiorowe albo, mówiąc ściślej, dotowane przez państwo żywienie od początku nie stawiało przed sobą celów kulinarnych. Jego podstawą […] było zaspokojenie głodu człowieka pracy, danie mu energii, by mógł dalej pracować”.
     
           Nic dziwnego, że termin „żywienie zbiorowe”  budził  negatywne skojarzenia: brud, kiepska obsługa, chamstwo, niesmaczne, a niekiedy wprost niejadalne dania. Dla sierot po komunizmie epoka sowiecka miała dzięki tym stołówkom niepowtarzalny aromat – unikalnej mieszanki „zapachu przypalonego sosu, nie wiedzieć dlaczego nazywanego mięsnym; pulchnych pulpetów nazywanych tak samo; setny raz podgrzewanego morszczuka srebrzystego; słodkiej herbaty kipiącej w kotle przez cały dzień i podłogi z linoleum, starannie przecieranej metrową szczotką ze ścierką zanurzaną w chlorowanej wodzie…”  A także parówek w celofanie, który można było zedrzeć tylko po ugotowaniu.
     
               Albo kawa beczki -  gotowano ją w ogromnych aluminiowych garach z namalowanymi na bokach brudnoczerwonymi numerami inwentaryzacyjnymi, podawano zaś w szklankach z rżniętego szkła. Perełką było też mleko zagęszczone, na którym podczas gotowania wytwarzał się obfity kożuch. Także rzadkie kartoflane purée w trzech kupkach, nakładane na talerz pewnym ruchem kucharskiej łyżki.
     
           Osobną kwestią były sztućce – przede wszystkim zatłuszczone łyżki aluminiowe, które, jeszcze gorące, były wysypywane na tacę, ogólnie dostępną dla odwiedzających stołówkę. Natychmiast po wzięciu przecirano ją papierową serwetką. Serwetek, przez wzgląd na oszczędne gospodarowanie, nigdy nie wydawano w całości, tylko pocięte na małe trójkącik.
     
         W sowieckich stołówkach samoobsługowych nie było noży.  Aluminiowe sztućce stanowiły produkt uboczny krajowego przemysłu lotniczego. Trudno wykonać nóż z tego materiału – gnie się i tępi. Stal nierdzewna była jednak droga. No i jaka pokusa! Przecież rozkradną!
     
          W tej sytuacji w stołówkach nie podawano kotletów. Jak bowiem pokroić kotlet łyżką? Królowały więc różnego rodzaju kotlety mielone, łatwe do pokrojenia osławioną aluminiową łyżką.
     
          Niezwykłym wynalazkiem sowieckiego żywienia zbiorowego był tak zwany dzień rybny – wyznaczony na czwartek.  Dzień rybny okazał się prawdziwym przekleństwem żywienia zbiorowego. Serwowano rybę nie do zjedzenia, ościstą, „kłującą” skumbrię, a niektórzy kucharze poprzestawali na kotletach z mintaja.
     
          Jedną z odmian żywienia zbiorowego były bankiety. W każdej dużej instytucji bankiet był ważną częścią życia, regularnie powtarzającym się rytuałem i obowiązkową uroczystością. Na bankietach królowała nieodłączna sałatka oliwje w kwadratowych miseczkach, obowiązkowo wódka w słusznych ilościach i kilka butelek wina – „dla pań”. Oraz tak zwane „plasterki” – nieodzowna część bankietowego menu. Mogła to być szynka, kiełbasa, mięso. Ser również leżał pokrojony na talerzach. Pod koniec bankietu zawsze wysychał, pozostając – w odróżnieniu od mięsa – nieskonsumowanym. Wszystko to koniecznie musiało być udekorowane: zieleniną, warzywami, masłem. I obowiązkowo ryba – biała i czerwona, a na „bogatych” bankietach – kawior.
     
          Zwykle, po kilku minutach, całe to piękno zostawało brutalnie naruszone. Niechlujność to nieodłączna cecha bankietu. Tak jak możliwość wyniesienia czegoś do domu.
     
          Rytualnym bowiem podsumowaniem bankietu było rozchwytywanie pozostałego na stole jadła. Przy czym „damy” z partii i związków zawodowych miały jedną przewagę: wódkę wygodniej było wpychać do torebek niż do kieszeni męskich marynarek.
     
          Jako przeciwwaga bankietu organizowano także nieformalne wieczorki w pracy. Każdy przychodził na nie ze swoim jedzeniem. Łączono i nakrywano stoły, stawiąc na nie jedzenie przyniesione przez uczestników wieczorku. Po jego zakończeniu  talerze zmywano w toalecie.
     
          Trzeba także pamiętać, iż codzienność sowieckich obywateli nie uwzględniała stołowania się w restauracjach. Odwiedzanie tego typu miejsc było oznaką lekkiego życia, a życie miało być ciężkie. Uważano też, że kobieta nie może do restauracji pójść sama. W przeciwnym razie można by ją uznać za damę lekkich obyczajów.Panowało także przekonanie, że wizyta w restauracji wymaga uroczystego stroju.
     
          W latach 1934-1935 pojawili się teoretycy, którzy wyjaśniali zasadniczą różnicę między „radziecką” a „burżuazyjną” sztuką kulinarną. Potrawy serwowane w restauracjach traktowano jako narodziny kultury burżuazyjnej. Z kolei asortyment masowych sowieckich stołówek uznano za wzorzec „socjalistycznego” jedzenia.
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    We wrześniu 1996 roku zakończył proces likwidacji budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu
     
     
           Po decyzji o zaniechaniu budowy elektrowni w Żarnowcu– minister Syryjczyk został zobowiązany do wyznaczenia likwidatora, który miał sprzedać do 31 grudnia 1992 roku wszystko, co tylko się da. Wszystkie długi – niespłacone kredyty czy zaległości wobec firm miało pokryć państwo.
     

          Oficjalnie likwidacja zaczęła się 1 marca 1991 roku. Miała potrwać niecałe dwa lata. Ministerstwo na likwidatora majątku elektrowni wyznaczyło Piotra Górskiego, dawnego pracownika elektrowni.
     

           Czesi, zgodnie z planem, przywieźli do Polski niemal wszystkie części potrzebne do złożenia reaktora. W 1994 roku reaktor i wytwornica pary zostały sprzedane Węgrom i wywiezione do elektrowni jądrowej Paks. Pozostałe urządzenia zostały sprzedane Finom i wywiezione do elektrowni jądrowej Loviisa w Finlandii.
     
     
            W sumie udało się odzyskać około 6 milionów dolarów, z czego większość zapłacili Finowie. Była to kropla w morzu nakładów wyłożonych na samą elektrownię, oszacowanych na około 500 milionów.
     

               W fabryce Škody czekał kolejny, trzeci, zbiornik reaktora dla drugiego etapu budowy EJŻ. Było to w czasie, Czesi pisali do dyrekcji Żarnowca, żeby ktoś w końcu przyjechał i go odebrał.  Ostatecznie delegacja pojechała do fabryki Škoda Pilzno i powiedziała:
    My tego już nie chcemy”.
    „A co mamy z nim zrobić?”
    – zapytali zdziwieni Czesi.
    Nie wiem, zakopcie go w ziemi”.

    Podobno zbiornik został na terenie fabryki jako eksponat.
     

               Analogicznie było w przypadku aparatury do śledzenia suwnicy nadzorującej reaktor zamówionej w fabryce w Magdeburgu. Podczas wizyty polskiej delegacji odbyła się taka rozmowa.
    „My wam to wszystko dostarczymy, ale musicie zapłacić 100 tysięcy marek” – zaczęli Niemcy.
    Ale nam już to niepotrzebne. Możemy zapłacić najwyżej 30 tysięcy” – odpowiedzieli Polacy.
    A co z urządzeniami?
    „Weźcie je sobie”.

     

               W sumie sprzedano mniej więcej połowę z ważnych elementów wyposażenia elektrowni Żarnowiec. Resztę, jak dwie potężne czeskie wytwornice pary, zezłomowano.


               Elektrownia w 1990 roku miała tak ogromne długi, że wiele zakładów produkujących dla niej części również stanęło na krawędzi bankructwa. Wyszło odgórne polecenie rządowe, żeby przede wszystkim spłacić i ratować polskich producentów. Największym z nich było Rafako. W Raciborzu produkowano stabilizatory ciśnienia i wytwornice pary, jedne z najdroższych urządzeń dla Żarnowca. Jeden taki stabilizator do dziś stoi przed fabryką.
     
     
            Na początku chętnych na pozostałości po Żarnowcu nie brakowało. Schodziła przede wszystkim stal wysokiej jakości. Ludzie przyjeżdżali po nią nawet z południa Polski. Równie ochoczo kupowali też nieużywane arkusze blachy, które szły za pół ceny, i potężne płyty drogowe, oddawane za niewielkie pieniądze. W okolicy budowy wiele z nich do dziś leży na prywatnych posesjach czy lokalnych drogach.
     

               Z czasem do przetargu wystawiono też samochody: żuki, tarpany, UAZ-y, niwy, a nawet niewielki dźwig. Poza tym setki mebli, maszyny do pisania, itp.
     

               To, czego sprzedać się nie udało, trzeba było zezłomować. W 1995 roku taki los spotkał  dwustupięciometrowy maszt Ośrodka Pomiarów Zewnętrznych.
     

               Z czasem zaczęto likwidować nieużywane budynki. Zniknęły monumentalne „szatniowce”, niepotrzebne magazyny, stacja kolejowa, tory, ogromna ciepłownia, oczyszczalnia ścieków, hotel, biura dyrekcji. Zniknęła potężna ciepłownia, zdolna do ogrzania pięćdziesięciotysięcznego miasta.


             Zamykanie Żarnowca początkowo miało skończyć się 31 grudnia 1992 roku, ale potem wielokrotnie przesuwano ten termin. Ostateczny koniec Elektrowni Jądrowej Żarnowiec w budowie w likwidacji nastąpił 2 września 1996 roku.
     

               Ślamazarne tempo likwidacji oraz gigantyczna strata majątku zainteresowały organy kontroli państwowej. Wnioski inspektorów NIK  były druzgocące. Likwidator zamiast opłacać zaległe faktury złożył pieniądze na lokacie oraz udzielał pożyczek, co ze względu na wysoką inflację przyniosło ogromną stratę. NIK przyznał, że gdyby likwidator – Creditinform – zachował się właściwie, długi udałoby się spłacić już pod koniec 1992 roku. Zajęło to aż cztery lata więcej.
     

               Tymczasem to właśnie wspomniana firma stała się największym beneficjentem procesu likwidacji budowy. Nie licząc wynagrodzeń dla pracowników przedsiębiorstwa, zarobiła na niej 1,5 miliarda ówczesnych złotych, czyli około 90 tysięcy dolarów.
     
     
                W międzyczasie śledztwo zaczęła prowadzić Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Przesłuchiwano wszystkich, nawet byłego ministra Tadeusza Syryjczyka, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu. Sprawę przejął Urząd Ochrony Państwa, ale również bez efektu.
     

               Nikomu nie postawiono żadnych zarzutów. Nikt nie odpowiedział za to, co stało się z majątkiem Żarnowca, ani nawet nie został upomniany.
     
     
             Pozostałości polskiej elektrowni jądrowej są post apokaliptycznym widokiem. Potężne betonowe bloki, wystające pręty i proste, geometryczne bryły.

     
             Na środku placu w centrum Wejherowa stoi charakterystyczny pomnik Jakuba Wejherta – założyciela miasta – łudząco przypominający Dartha Vadera. Do jego budowy w 1991 roku wykorzystano beton z zakładów upadającej już Elektrowni Jądrowej Żarnowiec.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    P. Wróblewski – Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej
    G. Jezierski - Energia jądrowa wczoraj i dziś
    G. Jezierski - Kalendarium budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu, czyli... jak
    straciliśmy swoją szansę?
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    17 grudnia 1990 roku rząd Mazowieckiego podjął decyzję o zakończeniu budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu.
     
            W maju 1989 roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów podjął decyzję o wstrzymaniu finansowania budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Początkowo nie myślano, by inwestycję przerwać na dobre, a jedynie chciano wstrzymać ją do czasu poprawy sytuacji w kraju.
     
            W rządzie Mazowieckiego sprawę przekazano ministrowi przemysłu, Tadeuszowi Syryjczykowi, który powołał komisję rządową złożoną z ekspertów od atomu.

               W przedłożonym ministrowi raporcie połowa komisji była za kontynuowaniem budowy, a połowa za jej zaniechaniem.
     
             Jednocześnie rozpoczęły się protesty ekologów, domagających się zaniechania budowy elektrowni w Żarnowcu.
     
            Pod naciskiem ekologów władze zgodziły się na przeprowadzenie w sprawie elektrowni w Żarnowcu referendum na terenie województwa gdańskiego. Jego termin wyznaczono na 27 maja 1990 roku, czyli dzień, w którym miały miejsce wybory samorządowe.
     
            Przez cały czas trwania kampanii wyborczej ekolodzy zachęcali  mieszkańców do wzięcia udziału w głosowaniu i opowiedzenia się przeciwko wielkiej budowie.
     
           Po zakończeniu referendum Maciej Krzyżanowski, komisarz wyborczy, przyznał, że referendum jest właściwie tylko sondażem społecznym i nie jest wiążące dla władz.
     
             W referendum wzięło udział 44,3 % uprawnionych mieszkańców województwa, spośród których  86,1 % głosowało przeciwko budowie elektrowni. Co ciekawe, mieszkańcy gmin położonych nad Jeziorem Żarnowieckim  w większości zagłosowali za dokończeniem budowy elektrowni.
     
               Syryjczyk zlecił  Belgatom/Tractabel, odpowiednio firmie konsultingowej i operatorem elektrowni atomowych w Belgii, przygotować opinię dotyczącą Żarnowca.  Po  wielu wizytach na budowie, we wrześniu 1990 roku Belgowie uznali, że potrzeba jeszcze bardziej szczegółowych analiz i dostępu do wszystkich dokumentów. We raporcie padło kluczowe zdanie: „obecna EJ Żarnowiec byłaby jako taka nielicencjonowana w kraju zachodnim”.
     
            Dzień po otrzymaniu raportu Syryjczyk odczytał najistotniejsze jego tezy Radzie Ministrów, a zarazem zarekomendował zaniechanie budowy Elektrowni Jądrowej Żarnowiec.
     
               Za zamknięciem budowy Żarnowca byli przedstawiciele górnictwa. Dokończenie budowy elektrowni jądrowej  spowodowałoby wcześniejsze kłopoty z górnictwem. Trzeba byłoby zamykać kopalnie, co rodziło określone problemy społeczne dla Śląska.
     
              Według kierownictwa stopień zaawansowania budowy wynosił około 37 procent, a poniesione koszty wyceniono na około pół miliarda dolarów. Wedle Belgów na dokończenie budowy należało wydać jeszcze co najmniej 1,5 mld dolarów, gdyż część urządzeń należało wymienić na sprzęt zachodni.

           Polski nie było wówczas stać na taki wydatek. Sytuacja gospodarcza kraju była wtedy fatalna. Szalała inflacja, rosły wydatki, a banki proponowały kredyty z gigantycznymi odsetkami.

            To spowodowało, że ministrowi Syryjczykowi trudno było podjąć decyzję inną niż ta, która zakładała zamknięcie budowy. Tym bardziej że społeczne poparcie dla likwidacji elektrowni było duże.

               Inne zdanie reprezentował prezes Polskiej Agencji Atomistyki, profesor Roman Żelazny. Był on gorącym zwolennikiem dokończenia budowy we współpracy z Niemcami lub Francją, jednak spotkał się z oporem nawet na własnym podwórku.  Powołany przez niego zespół z dr Andrzejem Wieruszem uznał, iż  „w aktualnej sytuacji ekonomicznej kraju nie należy kontynuować budowy EJ Żarnowiec”.
     
               Mimo, iż nie było jeszcze ostatecznej decyzji rządu, w listopadzie 1990 roku  „Głos Wybrzeża” napisał, iż „Likwidacja budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu stała się faktem. Wprawdzie nie ma jeszcze samej ustawy likwidacyjnej która temu faktowi nadałaby moc prawną, ale ponoć wkrótce uchwała taka zaistnieje”.

           Ostatecznie Rada Ministrów 17 grudnia 1990 roku podpisała uchwałę nr 204/908 o postawieniu inwestycji w stan likwidacji.
     
            Tę datę można uznać za symboliczny koniec marzeń o energetyce jądrowej w Polsce.
     
             Decyzja ta została odebrana przez społeczeństwo z pewną ulgą, ale w prasie szybko zaczęły pojawiać się artykuły sugerujące, że „wszyscy jesteśmy przegrani”. Najlepiej oddaje to komentarz „Słowa Powszechnego”: „Po obu stronach głos zabierali fachowcy, ale i szarlatani; każdy chciał upiec swoją pieczeń, jednakże czarnobylski syndrom zdziałał więcej, niźli rozsądne i nierozsądne głosy. Co prawda walczyły racje techniczne, ekonomiczne i społeczne, ale już od początku wiadomo było, że nikt w tej walce nie odniesie zwycięstwa. Wszyscy będą w jakiś sposób przegrani”.
     
           W środowisku zwolenników atomu do dziś się ubolewa, że Polska nie poszła drogą Słowacji. Tam, w miejscowości Mochovce, budowano elektrownię jądrową bardzo podobną do Żarnowca. Prace przerwano w 1991 roku ze względu na brak środków, ale po czterech latach do nich wrócono. Ostatecznie elektrownia – oparta na technologii zachodniej – została uruchomiona.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    Prezentujemy nieznany list Boromira syna Denethora, napisany z Rivendell, przed tragiczną podróżą Drużyny Pierścienia do Mordoru, która życie jego mężne i czynów wielkich pełne, chwalebnie zakończyła. Jak wiemy z Czerwonej Księgi, Boromir miał narastające wątpliwości dotyczące celu podróży i koncepcji zniszczenia Mordoru, opracowanej na naradzie u Elronda. Z czasem jednak pojął, z jak wielkim ryzykiem przyjdzie się mierzyć. Jako nacjonalista Gondoru był wielkim i walecznym wodzem, jednakże jego wyobraźnia nie wykraczała daleko poza granice tego co znał i kochał. Z biegiem podróży i stykając się z wieloma niebezpieczeństwami, Boromir doszedł do wniosku, że nawet jeśli wyprawa zakończy się powodzeniem, to jego kraj zostanie wcześniej zniszczony. Boromir nabrał przekonania, że mądrzej byłoby użyć Pierścienia do tzw. strategii „odstraszania” i że wobec groźby użycia tej najstraszniejszej z broni Nieprzyjaciel nie ośmieli się przekroczyć linii Anduiny. Namawiał więc uczestników wyprawy do zmiany celu podróży i przybycia do Minas Tirith. Liczył na to, że zdoła przekonać swego ojca, Denethora, by parasol ochronny wynikający z posiadania Pierścienia, roztoczył nie tylko nad Gondorem, ale i nad wszystkimi jego znanymi i nieznanymi sojusznikami. Tym samym widział Gondor jako gwaranta władzy, wiedzy i ładu na świecie, tak jak to wcześniej zdefiniował zdrajca Saruman. Ład postrzegał jako pokojowy sojusz wielu narodów skierowany przeciw Nieprzyjacielowi i dysponujący straszliwą mocą Pierścienia, będącą gwarancją, że zimna wojna nigdy nie przerodzi się w wojnę gorącą.

    Takie też poglądy zaprezentował Frodowi, a gdy Frodo je odrzucił, zapragnął przemocą odebrać Frodowi Pierścień. Gdy to się nie udało, Boromir nagle zrozumiał, że się mylił. Było jednak za późno, a jego niewczesne działanie przyczyniło się do rozpadu Drużyny i jego własnej śmierci w obronie tych, których się lękał, pogardzał, a zarazem podziwiał.

    Jednakże prezentowany niżej dokument pochodzi z poranka nazajutrz po naradzie u Elronda. Boromir dał się przekonać decyzjom Rady i jako mąż prawy początkowo całym sercem uwierzył w powodzenie planu. Nade wszystko ufał bowiem w potęgę Gandalfa, którego z takim zapałem zachwalał mu jego brat, Faramir, oraz liczył mocno na pomoc Aragorna, którego majestat wyczuwał szlachetnym swym sercem nieustannie. Wtedy majestat ten napawał go nadzieją, a plan budził w nim wręcz entuzjazm.

    Prezentując ten dokument czytelnikowi mamy nadzieję, że weźmie sobie do serca zarówno zawarte w nim tezy, jak i poświęcenie, z jakim Boromir bronił tych, od których zależało zwycięstwo sił kolektywnego Zachodu w wojnie ze związanym w ciemności Wschodem.

    List ten, pisany szyfrem, dotarł do Minas Tirith tuż przed zdobyciem przez Mordor żmijowych wałów Rammas Echor. Wprowadził on Denethora w stan skrajnego przygnębienia. Zrozumiał on, że Boromir zdradził swój lud na rzecz idei powszechnego i ostatecznego zwycięstwa nad wrogiem. My jednak przeczytajmy go takimi oczami, na jakie zasługuje.

     

     

    Najjaśniejszy Namiestniku Gondoru i Mój Panie,

    a Panie Ojcze mój Miłościwy!

     

    Wierzę ja, że wczorajsza wieczorna narada u Elronda nie miała sobie równych od czasów Pieśni Iluvatara, i że o uczestnikach tej narady – z wyjątkiem skromnego sługi Twego, Mój Panie – będą głośno śpiewali trubadurzy po wiek wieków i dopóki istnieje Arda. Plan wojny gotowy i choć zapewne zdać się on może przezornemu Oku Twemu Pańskiemu nazbyt zuchwałym, by nie rzec – szalonym – jednak umysłem mędrca i wojownika rzecz ogarniając ze strażnicy swej Pańskiej, ujrzysz wszelkie szanse powodzenia. Żałuję ja, że nie było ze mną Faramira, który lepiej ode mnie oddałby to, co się działo i postanowiono.

    Do rzeczy jednak, bo mężowie rycerscy nie zwykli na próżno machać jęzorem. Broń ta, zwana zgubą Isildura, ma moc zniszczenia Nieprzyjaciela. Wprawdzięć proponowałem ja, by użyć jej przeciw Nieprzyjacielowi jako broni odstraszania i wreszcie zapewnić pokój i pomyślność Gondorowi i jego sojusznikom, jednakże przekonano mnie, iż broń ta jest zdradliwa, nie zawsze daje to, co oferuje, a posiadanie jej wiąże się z pokusą, by stać się Nieprzyjacielowi podobnym. To znaczy, że ludzie, którzy oczekują pomocy Gondoru, musieliby go kochać z rozpaczą.

    Wiem ja, że nic cenniejszego, nic droższego nie masz, Mój Panie, nad dobro Gondoru i ponad wszystko inne dobro Gondoru wynosisz. Dowiedziałem się ja z ust Elronda, że zguba Isildura zgubiła go właśnie dlatego, iż tylko o swoim narodzie myślał i swojej własnej chwale, nie mając na oku dobra całego Środziemia. Isildur sądził, że dzięki tej broni uczyni Gondor najpotężniejszym państwem, a Gondorczyków najpotężniejszym narodem pod słońcem. Chciał Mordor odstraszać od wszczęcia wojny. Marzył, że mając moc szachowania Mordoru, podporządkuje Gondorowi inne narody, że wreszcie nastanie Władza, Wiedza i Ład. Że inne narody będą musiały mu płacić daniny w zamian za parasol ochronny, jaki daje Broń. Isildur nie chciał tej Broni używać, a jedynie grozić jej użyciem i trzymać Nieprzyjaciela w stałej niepewności. Przechytrzył jednak, gdyż nawet pokonany, Nieprzyjaciel wszędzie miał swe sługi. Zamordował Isildura, a Broń ukryta została w odmętach Anduiny, gdzie odnalazł ją pewien niziołek z plemienia, które w języku Rhunu zowią Moksza alias Moksel, to znaczy karzełki bagienne. Niziołek ten pragnął władzy absolutnej, lecz dręczyły go wyrzuty sumienia, gdyż zabił własnego brata czy może kuzyna, kłócąc się o to, który z nich będzie władał nad światem. Bijąc się z własnym, jeszcze bardziej niż on skarlałym sumieniem, stracił Broń, a otrzymał ją w swe ręce inny niziołek, z innego plemienia, które bardzo nie lubi pływać i boi się wody.

    Wiem, dziwne to wszystko, by karzełki wodne przegrały z karzełkami lądowymi. Dziwna to historia, ale ostatecznie tym sposobem Broń dostała się w ręce kolejnego niziołka, a właściwie jednego z czterech – tylu bowiem zawędrowało do Rivendell, ściganych przez sługi Nieprzyjaciela. Nikt nie wie, który z czterech ma w ręku Broń i niechaj się domyśla Nieprzyjaciel, ale bronić ja będę wszystkich piersią swoją własną jak tego jedynego.

    Na koniec zaś powiem to, co najważniejsze: jaki jest plan uderzenia na Mordor. Tak, uderzenia, Mój Miłościwy Panie, gdyż od dawna odzwyczailiśmy się myśleć, że kiedykolwiek będziemy mogli Mordor pokonać, a jedynie chcemy go odstraszać, choć dzisiaj zda mi się to śmiesznym. A nawet doszliśmy do wniosku, że mając Broń, która może zniszczyć Mordor, nie użyjemy jej, chyba że w ostateczności. A jednak to błąd. Tak jak nie ma fortecy nie do zdobycia, tak i Broń nie gwarantuje nikomu nieśmiertelności, gdyż nie jako eliksir została stworzona, lecz jako narzędzie wojny. Nie leczy ona ran i nie jest tarczą, lecz mieczem, i jako miecz powinna zostać użyta. Ceterum censeo Mordor powinien zostać zniszczony i zamienić się w popiół, nawet gdyby oznaczało to zniszczenie Gondoru. Lepiej umrzeć stojąc, niż na kolanach być wiecznie nieumarłym, jako rzekli nasi Przodkowie. Jeśli tej Broni nie użyjemy do ataku, a jedynie do obrony, Gondor wpadnie w niewolę – czy to niewolę Broni, zwanej też Chybris, czy to niewolę Nieprzyjaciela. Wtedy zasię przestaniemy być Gondorem, a staniemy się nowym Mordorem i ostatecznie ulegniemy zniszczeniu, jak wcześniej Numenor. A na cóż nam Śródziemie, skoro nie ma w nim miejsca na Wieczny Gondor, na Krainę Wolności? Na cóż nam Gondor, który nie jest Gondorem?

    Wierzę ja, Mój Najmiłościwszy Panie a mój Panie Ojcze Łaskawy, że umysłem swym swiatłym wnikając w sens słów tych, a nie w ich literę, uznasz nie tylko mądrość panów rady w Rivendell, ale i wielkie dobro, które z planu wyniknąć może. A jeśliby Broń ta przez nieopatrzność naszą wpadła nawet w ręce Nieprzyjaciela, tedy nie będziemy pluć sobie w brodę, żeśmy tak oczywistego, tak dobrego sposobu nie użyli dla ostatecznego zwycięstwa i wiecznej chwały Valarów.

    [kopia bez daty i miejsca. Notatka kopisty: list ten przyniósł do Denethora orzeł Gwaihir, odnalazłszy go przy zwłokach gońca w słonecznej krainie Anfalas]

    Najjaśniejszego Miłościwego Namiestnika Gondoru Sługa Najniższy i Syn Rodzony

    Boromir

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Z powodu braku wystarczającej liczby pracowników, fatalnej organizacji pracy oraz złej jakości dostarczanych materiałów budowa elektrowni jądrowej w Żarnowcu stale się opóźniała.
     
          Wkrótce pod decyzji Jaruzelskiego wydano pozwolenie na prace ziemne, a w kwietniu 1982 roku na teren budowy wjechały pierwsze spychacze.
              
          W połowie lat 80. znad jeziora zaczęły wyłaniać się wielkie bloki – „szatniowce” – w których przyszła kadra elektrowni miała się przebierać i przechodzić dezynfekcję.
     
           Od początku szefostwo budowy wciąż mierzyło się z jednym wielkim problemem. Brakowało rąk do pracy.  W „Dzienniku Bałtyckim” od 1982 roku cyklicznie pojawiały się ogłoszenia o zatrudnieniu pracowników budowlanych na budowie elektrowni.
     
           W elektrowni miały pracować dwa reaktory typu WWER-440 zaprojektowane przez Związek Sowiecki, a wyprodukowane w czeskiej Škodzie. Dwunastometrowy, przypominający wielkie cygaro szyb, w którym zostałyby umieszczone, schodziłby kilka metrów poniżej lustra jeziora.
     
          Paliwem dla elektrowni miały być 42 tony niskoprocentowego tlenku uranu (UO₂ wzbogacony rozszczepialnym izotopem 235U, mającego postać malutkich pastylek, które umieszcza się w prętach paliwowych, a potem w kasetach,
     
          W kraju produkowano ponad 70 procent maszynerii potrzebnej elektrowni, w tym całą tak zwaną część konwencjonalną. Z dużych urządzeń w ZSRS zakupiono jedynie główne pompy cyrkulacyjne, tłoczące wodę do reaktora. W Czechosłowacji poza reaktorami zakupiono także cztery pierwsze wytwornice pary. Dwie kolejne – elektrownia potrzebowała w sumie sześciu – powstały w Rafako w Raciborzu.
     
           Elektrownia Jądrowa Żarnowiec miała być nie tylko pierwszą polską jądrówką, ale także ważnym ośrodkiem naukowym. Na potrzeby elektrowni opracowano nowy gatunek stali o podwyższonej wytrzymałości. W Ośrodku Pomiarów Zewnętrznych  przygotowano model rozprzestrzeniania się radionuklidów na wypadek awarii elektrowni. Na dachu Ośrodka zamontowano najnowocześniejszy w Polsce radar meteorologiczny Plessey WF3, z którego pomiary na bieżąco przesyłano do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej.
     
           Budowa EJ Żarnowiec była  pierwszą w Polsce inwestycją w sektorze energetyki, dla której wdrożono wielostopniowy kompleksowy system zapewnienia jakości, opracowany na bazie wymagań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. System ten obowiązywał wszystkich uczestników procesu inwestycyjnego, począwszy od dostawców urządzeń i materiałów, przez wykonawców robót, biura projektowe, a skończywszy na inwestorze.
     
          W związku z ciągłym brakiem rąk do pracy inwestor nie był jednak w stanie wywiązać się z terminów oddawania poszczególnych etapów budowy. Jesienią 1986 roku poślizg na budowie był już tak gigantyczny, iż nie udawało się dalej oszukiwać decydentów w Warszawie. Delegacja sowiecka zagroziła wstrzymaniem dostarczania dalszej dokumentacji niezbędnej do budowy elektrowni w razie pogłębienia się tych opóźnień.
     
           Od 1986 roku na plac budowy zaczęły przybywać zamówione urządzenia, często zanim były potrzebne. Niektórzy kierownicy działów przechowywali mniejsze rzeczy nawet w prywatnych garażach. Na magazyn zaadaptowano też pobliski kurnik. Megadex użyczył swoich hal w Gdańsku i Gdyni.
     
          Kłopot z przedwczesnymi dostawami wynikał z tego, że fabryki musiały się dostosować do terminów, które narzucały zjednoczenia skupiające wszystkie zakłady z danej branży i podlegające bezpośrednio politykom.
     
          Problemem stanowiła także jakość materiałów. W 1986 roku budowa płyty fundamentowej została wstrzymana, gdyż dostarczony cement był tak fatalnej jakości, że nie wykorzystano go nawet do budowy zaplecza.  Ostatecznie płytę fundamentową ukończono dopiero w listopadzie 1987 roku. Półtora roku później, niż pierwotnie planowano.
     
           Przykład ten dobitnie pokazuje, iż choć wdrożono innowacyjny  System Zapewnienia Jakości, to polski przemysł  dopiero uczył się produkować dla tak skomplikowanej i wymagającej inwestycji.
     
          W końcu 1987  fundamenty pod reaktor były wreszcie gotowe, kończyła się też budowa podłoża pod maszynownię i turbozespół (generator prądu wraz z turbiną będący przetwornikiem energii). Równolegle miał się wtedy rozpocząć montaż urządzeń.
     
         O ile w 1987 roku wykonano zaledwie połowę planowanych prac na reaktorowni oraz jedynie 60–70 procent zadań na pozostałych obiektach to  budownictwo hotelowo-mieszkaniowe zrealizowano w ponad 100 procentach.  „Zasuwano ponad normę”, ale nie tam, gdzie było trzeba.
     
         „Brak jest praktycznie gospodarza budowy, - napisano w raporcie SB - ogarniającego całość problematyki i potrafiącego wyegzekwować realizację założonych celów i właściwie, kompleksowo skoordynować poczynania poszczególnych wykonawców. Obecnie zbyt często bierze górę interes danej organizacji przed interesem budowy. W sytuacjach spornych powszechną praktyką staje się wzajemne obwinianie się o niedotrzymanie warunków umowy i przerzucanie odpowiedzialności”.
     
          Na początku 1988 roku elektrownia była ukończona jedynie w ok 30%, mimo że minęła już ponad połowa przewidzianego na budowę czasu.
     
          Narastający kryzys gospodarczy sprawił, iż zaczęło brakować środków na kontynuację inwestycji. Elektrownia Jądrowa Żarnowiec jako sztandarowa budowa PRL coraz bardziej odczuwała bolączki całego systemu. Państwo było w fatalnej sytuacji ekonomicznej. Złotówka leciała na łeb na szyję,  rosła inflacja.  Tylko z powodu spadku wartości złotówki elektrownia musiała zapłacić za urządzenia z importu dodatkowe 2,34 miliarda złotych.
     
         W efekcie ze znacznym opóźnieniem zapłacono Czechom za reaktor, Kiedy w końcu przelano za niego pieniądze, reaktor ruszył w drogę. Z powodu rozmiarów nie mógł pokonać całej trasy „na kołach”, dlatego ze specjalnej ciężarówki został przeładowany na statek, by płynąć Dunajem na południe, potem – dalej statkiem – z portu w Konstancy w Rumunii przez Morze Czarne, Morze Śródziemne i Morze Północne aż do portu w Gdyni.
     
         Fatalna sytuacja najbardziej uderzyła w generalnego wykonawcę. Energobud jesienią 1988 roku miał już 2 miliardy złotych długu ze względu na brak przelewów od inwestora. To z kolei oznaczało, że nie płacił swoim podwykonawcom.
     
         Na zebraniach egzekutywy żarnowieckiego PZPR,  padały wzajemne oskarżenia. „Jeden pion naciska na szybkie wykonywanie prac, a drugi odmawia zapłaty” – denerwował się dyrektor Edward Reczyński.
     
          W związku z galopującą inflacją coraz mniej chętnych zgłaszało się do pracy w Żarnowcu, gdzie pensje nie rosły wystarczająco szybko.  Napięcie wśród robotników było tak duże, że obawiano się strajku.
     
          Szefostwo budowy miało nadzieję, że pieniądze się znajdą, a inwestycja zakończy się powodzeniem. Gdy jednak na jesieni 1988 roku zwrócono się do banku o kolejny kredyt ten po prostu odmówił. Ireneusz Sekuła - wicepremier odpowiedzialny za gospodarkę w rządzie Rakowskiego  rozpoczął bolesne cięcia. Według Henryka Torbickiego arbitralną decyzją wstrzymał dalsze finansowanie budowy elektrowni w Żarnowcu.
     
          To oznaczało, że budowa elektrowni znalazła się na skraju bankructwa.
     
    CDN.
    Picture:https://scitechdaily.com/new-research-could-help-boost-the-efficiency-of...
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W styczniu 1982 roku Jaruzelski zadecydował o rozpoczęciu budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu.
     

          Podczas Międzynarodowej Konferencji Genewskiej w sprawie pokojowego wykorzystania energii atomowej w 1955 roku  prof. Andrzej Sołtan miał możliwość obejrzeć sowieckie reaktory jądrowe i odbyć kilka rozmów z sowieckimi fizykami jądrowymi. 
     

         Kilka dni przed wyjazdem na konferencję prof. Sołtan otrzymał od władz PRL misję specjalną – miał pokierować nowo utworzonym Instytutem Badań Jądrowych. Dotychczas ten dział nauki nie był obiektem zainteresować komunistycznych decydentów.
     

         Zmiana w podejściu do tego tematu sprawiła, iż  utworzono Komisję Rządową do spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej, a następnie  Pełnomocnika Rządu do spraw Wykorzystania Energii Jądrowej, Komitet do spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej oraz czterdziestoosobową Państwową Radę do spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej.
     

         Wszystkie te organy ustaliły, iż należy nawiązać w tej kwestii strategiczną współpracę ze Związkiem Sowieckim Radzieckim. Ostatecznie w 1958 roku podpisano porozumienie o udzieleniu PRL pomocy technicznej przez Związek Sowiecki w zakresie wykorzystania energii atomowej dla potrzeb gospodarki narodowej.
     

         Początkowo Sowieci zażądali 15 mln dolarów za udostępnienie swojej technologii atomowej. Prof. Sołtan, znając ceny rynkowe reaktorów, zdecydowanie sprzeciwił się tej cenie. Wcześniej nieoficjalnie otrzymał bardzo konkurencyjną ofertę od Wielkiej Brytanii. Po burzliwych negocjacjach Moskwa zgodziła się na obniżenie ceny do 5,5 mln dolarów za reaktor.
     

          Wkrótce z ZSRS do Polski sprowadzono Ewę – pierwszy reaktor badawczy, o mocy 2 megawatów, który uruchomiono w podwarszawskim Świerku (dziś dzielnicy Otwocka) 14 czerwca 1958 roku. Rozruch reaktora przeprowadził inżynier Jerzy Aleksandrowicz, któremu udało się „podkręcić” moc reaktora do 4 megawatów, a po latach nawet do 10 megawatów.
     

         Prof. Sołtan zamierzał przekonać peerelowskim decydentów do budowy elektrowni jądrowej. Jego ambitny plan zakładał otwarcie w 1965 roku pierwszej elektrowni jądrowej w okolicach Serocka, przy ujściu Bugu do Narwi, w pobliżu miejsca, gdzie dziś znajduje się sztucznie utworzony Zalew Zegrzyński. Elektrownia miała mieć 200 megawatów i produkować poza energią elektryczną także pluton do wzbogacania paliwa dla kolejnych reaktorów.
     

         W ramach swojego pięcioletniego planu prof. Sołtan przewidywał budowę kolejnych elektrowni. Energia z atomu w roku 1970 miała w sumie dostarczać 600 megawatów.
     

         Plany prof. Sołtana nigdy nie zostały zrealizowane, choć w 1966 roku w Rheinsbergu (NRD) uruchomiono pierwszą – nie licząc ZSRS – elektrownię jądrową w bloku wschodnim. Kolejną elektrownię otwarto w 1972 roku w Bohunicach w Czechosłowacji, a następną dwa lata później w bułgarskim mieście Kozłoduj. W późniejszych latach prace trwały także w czechosłowackich Dukovanach, węgierskim Paksie czy w Greifswaldzie w NRD.
     

          Tymczasem w epoce tow. Gomułki energetyka opierała się na węglu, dlatego pod koniec lat 50. otwartych zostało aż pięć nowych elektrowni.


           Dopiero w 1971 roku prezydium rządu podjęło tak zwaną decyzję 112 o budowie elektrowni jądrowej, ale umowę z rządem ZSRS o współpracy przy tej inwestycji parafowano dopiero w lutym 1974 roku.
     
     
             Należało dokonać wyboru miejsca inwestycji. Jeszcze na początku lat 60., po śmieci prof. Sołtana, zrezygnowano z budowy elektrowni pod Warszawą, przy ujściu Bugu do Narwi.
     
     
           Elektrownia jądrowa do działania potrzebuje wody. Żeby ostudzić rozgrzany do trzystu pięćdziesięciu stopni Celsjusza rdzeń reaktora konieczne jest odpowiednie chłodzenie, a sam reaktor musi stać w miejscu z właściwą – nieprzepuszczalną – glebą.
     
     
          Naukowcy i geolodzy rozważali różne lokalizacje, a wszystkie propozycje łączyło jedno – bliskość wody. W końcu wybrano cztery lokalizacje: Żarnowiec (w miejscowości Kartoszyno), Lubiatowo, Przegalinę i Babią Górę.


            Ostatecznie w grudniu 1972 roku wybrano Żarnowiec, gdzie miano zbudować elektrownię z czterema reaktorami.  Dwa miały pracować przez cały rok, na okrągło, a pozostałe musiałyby mieć przerwy technologiczne na wymianę paliwa, zaworów,  itp.
     

           Założenia techniczne elektrowni były gotowe w 1976 roku. Jednocześnie utworzono specjalny zespół w ramach Zakładów Energetycznych Okręgu Północnego w Bydgoszczy, który miał badać teren oraz kompletować kadry. Powołano także Ministerstwo Energetyki i Energii Atomowej, rozbijając na pół Ministerstwo Górnictwa i Energetyki.
     
     
            Brakowało jednak decyzji politycznej o rozpoczęciu inwestycji.  Przeciw budowie byli ministrowie przemysłu ciężkiego oraz ministrowie górnictwa i energetyki. Partyjno-rządowe lobby śląskie przez lata blokowało rozpoczęcie budowy Elektrowni Jądrowej Żarnowiec.
     
     
               Dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego, 18 stycznia 1982 roku  gen. Jaruzelski podpisał decyzję o rozpoczęciu budowy polskiej elektrowni jądrowej.
     

               Prace miały zakończyć się po dziewięćdziesięciu ośmiu miesiącach. Zgodnie z uchwałą nr 10/82 Rady Ministrów „Uruchomienie pierwszego bloku energetycznego o mocy zainstalowanej 465 megawatów powinno nastąpić w 1989 r., zaś drugiego bloku energetycznego w 1990 r.”.
     
     
             Prace miał nadzorować, powołany ledwie kilka miesięcy wcześniej, minister górnictwa i energetyki – również generał – Czesław Piotrowski, który dwa dni po decyzji pojechał nad Jezioro Żarnowieckie.  W rozmowie z reporterem „Głosu Wybrzeża” Piotrowski podkreślił, iż „Budowę tej elektrowni długo odwlekano, chociaż rozwój energetyki jądrowej w naszym kraju był i jest pilną koniecznością gospodarczą. Rząd, decydując się na rozpoczęcie realizacji tej kosztownej inwestycji, w trudnych warunkach gospodarczych kraju, dokonał dokładnej analizy potrzeb energetyki krajowej i doszedł do wniosku, że z podjęciem decyzji nie można zwlekać”.
     
     
           Od początku inwestycji brakowało środków na zakupy sprzętu z zagranicy. W związku z sankcjami wprowadzonymi przez Zachód w odpowiedzi na ustanowienie w Polsce stanu wojennego cały sprzęt  pochodził z Polski lub krajów bloku wschodniego.
     
     
          Rządowe finansowanie części technologicznej zapewniał Oddział Okręgowy Narodowego Banku Polskiego w Gdańsku.
     
     
             Inwestor, którym w czerwcu 1982 roku zostało przedsiębiorstwo Elektrownia Jądrowa Żarnowiec w budowie, zobowiązał się, że zbuduje dwa bloki energetyczne w wymaganym terminie.  Na drugim etapie miano wybudować kolejne dwa bloki, również nad brzegiem jeziora.
     

          Wkrótce wypracowano cały program atomowy i zaplanowano budowę aż dziesięciu elektrowni jądrowych w kilku różnych wstępnie określonych lokalizacjach:
    EJ Skoki miała powstać nad Wisłą;
    EJ Bobrowniki – nad Wisłą;
    EJ Chełmno – nad Wisłą;
    Ej Wronki – nad Wartą;
    EJ Małkinia – nad Bugiem;
    EJ Wyszogród – nad Wisłą;
    EJ Czelin – nad Odrą;
    Ej Annopol – nad Wisłą;
    Ej Jarosław – nad Sanem;
    Ej Kopań – nad Bałtykiem.


            Elektrownie we wszystkich wymienionych wyżej lokalizacjach miały być budowane stopniowo, metodycznie, aż do 2020 roku. Planowano, że łącznie będą generować aż 22 tysiące megawatów. Odpowiadałoby to w całości dzisiejszemu zapotrzebowaniu Polski na prąd.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  1
    Dopiero w połowie lat 60. zauważono problem nadwagi wśród Polaków
     
          Czas wojny sprawił, że smukła sylwetka zaczęła kojarzyć się bardziej z  „obozowym muzułmaninem niż z  modną i  wysportowaną przedwojenną chłopczycą”. W  latach 1946 – 1947 pisma kobiece lansowały pełne kształty, kobieta nie mogła przypominać „szkieletowatej deski do prasowania” . „Kobieta Dzisiejsza” pisała: „Głodnych i wychudzonych postaci mieliśmy już dość, a obecnie kobieta ma mieć dobrze rozwiniętą klatkę piersiową, smukłą talię i krągłe biodra”.
     
          W  pierwszych latach powojennych nikt nie myślał o  odchudzaniu. Podstawowym problemem była walka z  masowym niedożywieniem.  Solidna tusza była synonimem dobrego odżywiania, a  nadmierne krągłości kobiet nie stwarzały estetycznego problemu. W wydanym w  połowie lat 50. „Poradniku domowym na co dzień” zdecydowanie większą wagę przykładano do problemu niedożywienia niż nadwagi.
     
          W  latach 50. otyłość nie była problemem społecznym. W tym samym czasie w zamożnej Europie Zachodniej pulchna sylwetka nie była już uważana za oznakę zdrowia i  dobrobytu. Podobnie widziała to Irena Gumowska, która w swojej książce „Wenus z patelnią”  grzmiała: „Nie możemy tak wyglądać, jak podczas Zjazdu Ligi Kobiet w 1957 r. Pośród 600 delegatek Zjazdu z trudem można było naliczyć zaledwie kilkadziesiąt kobiet, które ważyły mniej niż 60  kg. Wiele ważyło co najmniej po 120  kg. A  przecież był to kwiat aktywu kobiecego w kraju. Tego aktywu, na który wszyscy patrzą, na którym powinni wzorować się inni”.
     
          O ile w latach 60. dla peerelowskich władz powodem do dumy były rosnące słupki spożycia., to dietetycy zaczęli alarmować, że Polska znalazła się w  punkcie zwrotnym, „w sytuacji, w  której nie udało nam się jeszcze całkowicie zwalczyć niedoborów pokarmowych w  niektórych grupach społecznych pod względem białka, niektórych witamin i  składników mineralnych, a  w innych grupach ludności wchodzimy w  okres nadmiarów. W  pierwszym wypadku mogą występować różne stopnie stanów niedożywienia, a w drugim dochodzi do otyłości”.
     
          Na przełomie lat 60. i 70. książki kucharskie ostrzegały już przed zbyt obfitym jedzeniem, prowadzącym do nadwagi, a  następnie otyłości, która skraca życie i  jest przyczyną wielu chorób, wśród których wymienia się m.in. cukrzycę, miażdżycę i nadciśnienie. „Otyłość – zwracają na to coraz dobitniej uwagę lekarze – staje się w krajach wysoce cywilizowanych i uprzemysłowionych, a więc i w Polsce, prawdziwą klęską społeczną” – ostrzegał Tadeusz Żakiej.
     
          „Przyjaciółka” w pierwszej dekadzie lat 70. zaczęła publikować liczne informacje o dietach odchudzających, a w połowie lat 80 w  prasie kobiecej w  ramach Narodowego Programu Profilaktyki Cholesterolowej często publikowano wywiady z  lekarzami i  dietetykami przestrzegającymi przed otyłością i  krytykującymi przejadanie się i  nadużywanie tłuszczów.
     
         Jednym z najbardziej popularnych napojów odchudzających w PRL-u była mikstura ojca Grzegorza. Do jego przygotowania potrzebne były: skrzyp polny, mniszek lekarski, morszczyn, liście morwy białej, pokrzywy i mięty pieprzowej.  Następnie należało odmierzyć takie same ilości suszonych ziół i podwójną porcję morszczynu. Łyżeczkę suszu trzeba było umieścić w filiżance, zalewać wrzątkiem i parzyć pod przykryciem przez 20 minut. Zalecano, aby pić ją na czczo rano i potem drugi raz przed jednym z kolejnych posiłków. Połączenie właściwości tych ziół zmniejszało łaknienie, ale również obniżało poziom cukru we krwi i spowalniało wchłanianie węglowodanów.
     
           Popularna była także dieta kapuściana. W pierwszych dniach należy jeść jedynie trzy razy dziennie zupę z kapusty. Potem do posiłków można włączyć więcej warzyw i odrobinę mięsa. Ze względu na to, że jest to dieta uboga w składniki odżywcze np. białko, to nie wolno jej stosować dłużej niż przez tydzień. Kilkanaście lat temu powróciła do łask jako dieta prezydencka, stosowana podobno przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

         Również picie czerwonej herbaty było zalecane dietetyków. Najskuteczniejsza walce z nadwagą była herbata Pu-erh, zawierając polifenole w wysokich dawkach oraz wiele składników mineralnych, które pomagają regulować metabolizm. Herbata ta miała także obniżać poziom cholesterolu i pozytywnie wpływać na pracę serca.

          Fundusz Wczasów Pracowniczych zaczął organizować wczasy połączone z  kuracją odchudzającą.  W końcu lat 70. Towarzystwo Przyjaciół Dzieci w  Szczecinie zoorganizowało kolonie odchudzające. Polecała je Telewizja Polska w odpowiedzi na list dziewczynki, która bardzo martwiła się swoją nadwagą.
     
          Kuracje odchudzające miały w swojej ofercie także ofercie luksusowe hotele. W  1987 roku oferował je m.in. nowo powstały i  chętnie odwiedzany przez rodzące się wówczas elity finansowe hotel „Orbis” w  Mrągowie. W  programie były marszobiegi, gimnastyka, masaże, aerobik, sauna, basen, odnowa biologiczna, konsultacje lekarskie i niskokaloryczna dieta.
     
          W latach 80. XX w. kobiety zaczęły walczyć z cellulitem. Jednym z najpopularniejszych form tej walki były masaże - domowe lub w gabinecie. W obiegu pojawiały się również tabletki na odchudzanie czy szalenie popularne na Zachodzie koktajle odchudzające w formie proszku do rozpuszczania.

         W latach 80. odchudzała się już cała Polska. Nie był to jednak efekt prozdrowotnych działań władz, a  amerykańskiej aktorki Jane Fondy, która dzięki coraz bardziej popularnym kasetom wideo zaszczepiła również nad Wisłą zachodnią modę na aerobik.

     
    Wybrana literatura:
     
    M. Milewska – Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL
    Życie codzienne w  PRL, red. Małgorzata Choma-Jusińska, Marcin Kruszyński, Tomasz Osiński
    A. Szydłowska - Paryż domowym sposobem. O  kreowaniu stylu życia w  czasopismach PRL,
    K. Stańczak-Wiślicz - Opowieści o  trudach życia. Narracje zwierzeniowe w  popularnej prasie kobiecej XX wieku
    https://culture.pl/pl/artykul/szkola-szycia-moda-w-prl-wedlug-aleksandry...
    Ilustracja: https://culture.pl/pl/artykul/szkola-szycia-moda-w-prl-wedlug-aleksandry...
    5
    5 (1)

    1 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Człowiek jest gatunkiem z natury swej zdegenerowanym. Z punktu widzenia doboru naturalnego ludzka samica nie ma szansy przetrwania w środowisku naturalnym, a szanse samca są niewiele większe. Nie potrafimy wydajnie biegać, mamy źle skonstruowane przewody pokarmowe (zupełnie idiotyczna pionowa konstrukcja jelita grubego), wady układu oddechowego (zatoki). Broni nas tylko przerośnięty mózg, ale tu z kolei mamy problem z porodem.
    Nic dziwnego zatem, że dla co najmniej połowy panów pełne kobiece kształty są atrakcyjne. Gustujemy bowiem w sylwetce w gruncie rzeczy istot bezbronnych, wymagających opieki i opiekujących się bardzo słabym i długo dorastającym potomstwem.
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Zając jest jednym z symboli Wielkanocy.
     
         Nazwa Wielkanocy w wielu językach została zaczerpnięta od słowa „pascha”, jednak w języku angielskim i niemieckim brzmi podobnie – Easter (ang.), Ostern (niem.) – i pochodzi od starogermańskiej bogini wiosny Ostary, w kulturze anglosaskiej znanej jako Eostre.
     
          Eostre, jako bogini wiosny, światła i odrodzenia, była kojarzona głównie z kurczakami i jajami, a jej świętym zwierzęciem był zając. W czasach przedchrześcijańskich zając był często przedstawiany jako towarzysz bóstw, ich posłaniec, a nawet w ich roli.  
     
          Zając jest symbolem Wielkanocy w wielu krajach, zarówno katolickich, jak i protestanckich. W wierzeniach ludowych zając często jest kojarzony z nadchodzącą wiosną i zmartwychwstaniem Jezusa. W kulturze anglosaskiej zając jest również jednym z głównych symboli świąt wielkanocnych.
     
         W Europie Zachodniej zając jest traktowany jako amulet, podobnie jak czarne koty. Zajączki wielkanocne łączą się w pary i są uważane za znak płodności. To dlatego obdarowuje się nimi dzieci podczas śniadania wielkanocnego, podobnie jak prezentami od Świętego Mikołaja w okresie Bożego Narodzenia.
     
         Zając, zwany w śląskiej gwarze hazokiem, także przynosi dzieciom upominki. „Jest uosobieniem tego prezentu, dzieci pytają „Co dostałeś na zajączka?”.  Jest nawet tradycja sporządzania gniazdka z siana dla zajączka, gdzieś w krzewach, tam jest koszyczek, pisanki i upominki, a drogę do niego znaczy się nieraz cukierkami, które rozsypały się zajączkowi z dziurawego worka” – twierdzi Grzegorz Odoj.
     
         Zwyczaj „wielkanocnego zajączka” wziął się najprawdopodobniej z jeszcze jednej legendy – związanej z Ostarą. Głosi ona, że Eostre, chcąc uratować zranionego, znalezionego w śniegu ptaka, zmieniła go w zająca. Zając, który kiedyś był ptakiem, nadal znosił jaja, które następnie malował i składał w darze swojej wybawicielce w dowód wdzięczności. 
     
         Jego pojawienie się w okresie Wielkanocy przypomina o tym, że Chrystus powstał z martwych, jakby uciekając przed śmiercią jak zając. Zajączek jest również symbolem odrodzenia, nadziei i radości, które przynosi Wielkanoc. W wielu kościołach zajączek jest przedstawiany z koszyczkiem z jajami, co nawiązuje do symboliki odrodzenia i nowego życia.
     

    Czytelnikom mojego bloga chciałbym złożyć życzenia Radosnych i Błogosławionych  Świąt Wielkiej Nocy.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Władze komunistyczne starały się zdezawuować religijny charakter Świąt Wielkanocnych
     
          Peerelowskie władze sprowadzając obchodzenie Świąt Wielkanocnych do jedzenia, świadomie „zapominały”, że świąteczne jadło może być symbolem i  nośnikiem „wartości religijnych, narodowych, rodzinnych, wartości związanych z  tradycją i  tożsamością kulturalną”, że malowane jajka są znakiem Zmartwychwstania.
     
          Władze PRL-u władze starały się zatrzeć religijne konotacje nawet w  samym nazewnictwie świąt. W  prasie i  książkach kucharskich jeszcze w  latach 60. Boże Narodzenie najchętniej nazywano „świętami zimowymi”. Na wiosnę Polacy obchodzili oczywiście „święta wiosenne”, bo nazwy „Wielkanoc” władze obawiały się jak diabeł święconej wody.
     
         Pisma kobiece i  książki kucharskie podpowiadały swoim czytelniczkom, jak przygotować „święta wiosenne”. „Przyjaciółka” w  1950 roku zamiast o „śniadaniu wielkanocnym” pisała o  „śniadaniu w  pierwszy dzień świąt”, podsuwając gospodyniom świąteczne przepisy na barszcz czerwony, bigos, galaretkę z  nóżek, jajka do święconego i  mazurek czekoladowy. „Z ciast najlepiej upiec zwykły drożdżowy placek dobrze słodki, z  kruszonką. Jest mniej kosztowny niż babka, łatwiej go przygotować i piec”.
     
         Jako świąteczne mięsiwo „Przyjaciółka” polecała… ozór wołowy peklowany, albowiem „obecnie ozory są na rynku i  nie są drogie”.
     
         Z  okazji świąt wielkanocnych Anno Domini 1983 „Kobieta i  Życie” pisała, że uginające się od potraw stoły to tradycja „już niemodna i  nie na czasie”, a „Życie Warszawy” zapewniało, że „nawet najgorsza kiełbasa nabiera wdzięku, jeśli ją się podaje i zjada z różnymi sosikami i smaczkami np. z majonezem, sosem tatarskim, ćwikłą i  chrzanem”.
     
         W  „Obiadach u  Kowalskich” na pierwszy dzień Wielkanocy proponowano wówczas zimne zakąski, wędlinę lub ryby, barszcz czerwony w  filiżankach, indyczą pieczeń z  farszem rodzynkowym, ziemniaki, smażone borówki i paschę, zapominając o jajkach i żurku z białą kiełbasą. We wznawianej w tych latach „Kuchni polskiej” o jajkach co prawda pamiętano, za to starano się zapomnieć, o  jakie święta chodzi.
     
        To, co najbardziej dziś uderza w świątecznych przepisach z okresu Polski Ludowej, to ciągłe przypominanie o oszczędzaniu i samoograniczeniu, wartościach całkowicie przecież sprzecznych z  samą ideą świątecznego posiłku. W  kwietniu 1960 roku „Kobieta i  Życie” starała się wywołać wyrzuty sumienia u  czytelniczek przygotowujących święta w  myśl zasady „zastaw się, a  postaw się”: „Gnębi cię przecież, że za uskładane na płaszczyk dla Basi pieniądze – kupiłaś szynkę, że zamiast wiosennych pantofli dla siebie – wódkę i coś od wódkę”.
     
         Święta Wielkanocne były też czasem wzmożonej pracy cenzorów. Pilnowali oni aby nie pojawiały się artykuły podkreślające religijny wymiar Wielkanocy. Media miały co najwyżej pisać o przedświątecznym zaopatrzeniu sklepów, myciu okien, malowaniu jajek i obfitym w tych czasach dyngusie.
     
         W 1986 roku w piśmie „Powściągliwość i Praca” wstrzymany został przez cenzurę rysunek autorstwa Juliana Bohdanowicza, przedstawiający wielkanocnego zajączka w otoczeniu pisanek, ponieważ – jak czytamy w decyzji urzędników z Mysiej – „treść rysunku bulwersująca opinię publiczną może wyrządzić poważne szkody interesom PRL. Tym, co miało tak bulwersować opinię, był cień zajączka, czyli tzw. zajączek, znak solidarnościowej Victorii.
     
    Wybrana literatura:
     
    M. Milewska – Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL
    W. Roszkowski – Najnowsza historia Polski
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Po niedzielnym obiedzie mama Łukaszka zebrała całą rodzinę na naradę w kuchni. To znaczy: prawie całą, bo siostra Łukaszka gdzieś wyszła.
    - Słuchajcie - mama Łukaszka położyła dłonie na stole. - Musimy coś zrobić. I nie mówicie mi, że Unia Europejska to tylko dziewięć procent emisji, a USA i Chiny to ponad połowa. To co, mamy stać i czekać aż oni coś zrobią? Nie. I w związku z tym...
    Mama Łukaszka urwała, bo zorientowała się, że wszyscy patrzą gdzieś na coś za nią. Obróciła się. W drzwiach kuchni stała rozpromieniona siostra Łukaszka.
    - Planeta na razie ugaszona! - oznajmiła zadowolona i tanecznym krokiem weszła do kuchni.
    Mama Łukaszka rozlała kompot.
    - Że co? Że jak? - pytał zaskoczony tata Łukaszka.
    - Bardzo prosto - zaśmiała się siostra Łukaszka. - Koleżanka wzięła samochód i pojechałyśmy do centrum handlowego. Jeździmy tam co tydzień od kiedy są wszystkie niedziele pracujące. Tam w jednym sklepie siedzi na kasie taki facet. Startował kiedyś na posła, ale się nie dostał.
    - Niech zgadnę, startował pod hasłem "przywróćmy handel w niedzielę"? - odezwała się babcia Łukaszka.
    - Tak, i przywrócił, może nie do końca tak jak chciał, ale jednak. więc żeby mu nie było smutno to co tydzień go odwiedzamy.
    - Że też was stać - pokręcił głową dziadek Łukaszka. - Zakupy co tydzień. Rozpusta! Znaczy, kiedyś tak było, ale teraz...
    - Ależ my nic nie kupujemy! - pokiwała dłonią siostra. - Tylko chodzimy po sklepie!
    - A co z tą planetą - przypomniał Łukaszek.
    - Ano właśnie. Wsiadłyśmy z koleżanką do auta, odpaliłyśmy silnik i nagle podjechali swoim autem ekolodzy. Poinformowali nas, że nie możemy jechać, bo to za duża emisja CO2 i planeta płonie.
    - I co zrobiłyście? - spytał słabym głosem tata Łukaszka.
    - Dałyśmy im pięć dych i okazało się, że możemy jechać, a planeta już nie płonie - i siostra Łukaszka rozłożyła triumfalnie ręce. - Tadaam!
    - I ona myśli, że pięcioma dychami ugasiła cały pożar na zawsze na całej planecie - załamana mama Łukaszka oparła głowę na ręce.
    - O przepraszam, tego nie powiedziałam! - uniosła się siostra. - Nie mówiłam, że na zawsze. Tylko na jeden dzień. Ci ekolodzy przyjdą znowu po pieniądze jutro.
     
    5
    5 (1)