blogi

  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Tata Łukaszka wracał samochodem na osiedle, na którym mieszkali Hiobowscy. Kiedy przejeżdżał koło stacji paliw Deutschlen (dawniej Orlen) zobaczył, że litr paliwa kosztuje jedno euro i uznał, że mu się przywidziało.
    Była to pierwsza z serii niespodzianek jakie na niego czekały.
    Na wszelki jednak wypadek zawrócił na rondzie Ofiar Karosława-Jaczyńskiego i przejechał znów koło stacji. Tak! Nie mylił się! Cena paliwa rzeczywiście wynosiła jedno euro za litr!
    Tata Łukaszka zawrócił z piskiem opon i wjechał na stację. Ku jego zdumieniu nie było tam żadnych aut. Jakoś nikt nie rzucił się tankować tego taniego paliwa. Jedynie między dystrybutorami przechadzał się samotny pompiarz.
    - Jest paliwo?! - zawołał tata Łukaszka.
    - Co ma nie być? Jest - odparł smętnie pompiarz.
    - W tej cenie?
    - Tak.
    - Rząd dotrzymał obietnicy wyborczej sprzed pięciu lat?!
    - Ano jak pan widzi.
    - Niech mi pan powie jedną rzecz, dlaczego nikt inny tego nie tankuje?
    Pan pompiarz rozłożył bezradnie ręce.
    Tata Łukaszka zmrużył oczy i sięgnął po wąż. Na wyświetlaczu dystrybutora pojawiła się cena: jedno euro za jeden litr.
    Wsunął pistolet do baku i nacisnął spust. Po kilku minutach odwiesił pistolet, spojrzał na wyświetlaczy dystrybutora i przeżył drugi tego wieczora szok. Kwota za całe paliwo była taka sama jaką płacił jeszcze niedawno gdy tankował po dwa euro za litr! Zagadka wyjaśniła się w kolejnym okienku. Zatankował dwa razy więcej paliwa!
    Poirytowany tata Łukaszka wszedł do sklepu stacyjnego. Przy ladzie przeżył kolejny szok, stał tam pan Sitko, trzymał w ręce butelkę wódki i patrzył na nią jakby ją widział pierwszy raz w życiu.
    - Co pan, alkohol na stacji paliw pan kupuje? - zdziwił się tata Łukaszka. - Przecież tu najdrożej.
    - Koledzy mówili, że na stacji litr potaniał - wymamrotał pan Sitko marszcząc czoło i patrząc na ceny na półkach.
    - Potaniał - przytaknął skwapliwie sprzedawca, młody człowiek z niebieską grzywką, tunelami w uszach, i kolczykach w tylu miejscach, że łatwiej by było wymienić gdzie ich nie miał. - Ale tylko litr paliwa. Inne nie.
    - Jak potaniał, jak zatankowanie baku kosztuje tyle samo?! - eksplodował tata Łukaszka. - I jak to jest możliwe, że nagle do baku weszło mi dwa razy więcej paliwa?
    - Tak to możliwe proszę pana, że wczoraj rano ministra fizyki zmieniła definicję litra paliwa.
    Tata Łukaszka osłupiał. Panu Sitko butelka zaczęła skakać w ręku.
    - Tylko litra paliwa - uściślił sprzedawca patrząc na ból malujący się na twarzy pana Sitko. - Litr wódki pozostał bez zmian. Kupuje pan?
    - Nie - wymamrotał pan Sitko.
    - To niech pan postawi wódkę z łaski swojej do lodówki tu za mną.
    - A pan nie może sam? - zapytał pan Sitko.
    Sprzedawca pokręcił przecząco głową.
    - W drzwiach jest magnes. Kiedyś jak mnie przyciągnęło to musiałem czekać dwie godziny na kolegę z nocnej zmiany, żeby mnie uwolnił. Płaci pan? - skierował pytani do taty Łukaszka.
    - Tak, oczywiście. le niech mi pan powie, bo widzę, że pan wie więcej, jak to jest możliwe, żeby minister...
    - Ministra.
    - ...tak sobie zmienił...
    - Zmieniła.
    - ...definicję litra paliwa i nikt nie protestuje? Kar nie nakłada? Niemcy się nie burzą? Unia też nie? TSUE nie wydaje wyroków?
    - Może wystarczy mieć rząd, który żyje ze wszystkimi w zgodzie? - uśmiechnął się sprzedawca dzwoniąc kolczykami.
    - A jak oni, panie, tego, zmienili tę definicję? - dociekał pan Sitko.
    - Jak to jak? Jak zawsze. Uchwałą Sejmu.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Republika Weimarska była filmowym potentatem, także w zakresie „nagich” produkcji.
     
     
          W końcu lat 20. w Niemczech znajdowało się pięć tysięcy sal kinowych, w których wyświetlane były wielkie klasyczne produkcje jak Nosferatu – symfonia grozy czy Gabinet doktora Caligari. To w Niemczech działali tacy reżyserzy jak Fritz Lang (Metropolis), Robert Wiene, Friedrich Wilhelm Murnau (Faust, Fantom). Ci ludzie będą po 1933 roku jako emigranci z państwa Hitlera decydować o wielkości Hollywoodu.
     
     
          Na początku lat dwudziestych większość ludzi przychodziła  nie na konkretny film, ale po prostu do kina. Dlatego też właściciele kin nie uznawali za konieczne rozpoczynanie seansu o określonej godzinie. Film odtwarzano raz za razem, a ludzie wchodzili i  oglądali tak długo, jak mieli na to ochotę.
     

         Aby zwiększyć oddziaływanie obrazu, filmowi towarzyszył akompaniament – w prostych kinach był jeden muzyk,  w dużych cała orkiestra.
     

         Z czasem zaczęto przykładać wagę do tego, aby seans kinowy zaczynał się punktualnie o wyznaczonej godzinie.
     

        Przemysł rozrywkowy szybko zdał sobie sprawę, że nie może być sztywny i dystyngowany, ponieważ gdy tylko gasły światła, publiczność zapominała o sobie.
     

          Kino było pierwszym prawdziwym medium masowym, wywołującym te same namiętności u różnych widzów; zarówno u ważnego ministra, jak i zwykłej stenotypistki.


               Film przyczynił się do wyostrzenia poglądów na ciało, fakt, że fryzura typu bob stała się tak popularna, wynikał również z tego, że odsłaniała więcej twarzy. Filmowcy chcieli podkreślać kanciasty podbródek, wydatny policzek, a nie twarz  w obramowaniu misternie upiętych włosów.
     

          Również przemysł filmowy korzystał ze zniesienia cenzury i otwarcia się widowni na nagość i tematy tabu.
     

         Twórcy zdołali do 1920 roku wprowadzić do kin ponad 100 „wyzwolonych” produkcji. Mimo braku cenzury najbardziej kontrowersyjne obrazy były jednak szybko wycofywane z repertuaru. Taki los spotkał np. „Anders als die Andern” („Inaczej niż inni”) Richarda Oswalda z 1919 roku. Film opowiadał o wirtuozie skrzypiec, który zmagał się ze swą odmienną orientacją seksualną. Po ujawnieniu homoseksualizmu artysta, nie mogąc znieść potępienia ze strony najbliższych, popełnił samobójstwo.
     

          Filmowcy lubowali się w prezentowaniu widzom niejednoznacznych, nierzadko kontrowersyjnych postaci. I tak w „Prostytucji” z 1919 roku bohaterkami były panie lekkich obyczajów. Twórcy pragnęli wyleczyć widownię ze stereotypów i zwrócić uwagę na skomplikowane losy nierządnic.
     

          Zdaniem większości Niemców niemieccy twórcy przekraczali wszelkie normy przyzwoitości i nadmiernie pławili się w dekadencji. Podobnego zdania były władze Republiki, które w maju 1920 roku przywróciły cenzurę.


               Twórcy sztuki filmowej oraz scenicznej chętnie w swych dziełach nawiązywali do nocnego życia stolicy. Świadczy o tym m.in. popularność motywu femme fatale – diabolicznej i zmysłowej kobiety wykorzystującej mężczyzn do własnych celów. Amerykańska aktorka Louis Brooks wspomniała, że berlińskie kluby nocne i bary były pełne tego typu kobiet. Artystka przez dwa tygodnie studiowała zachowanie bawiących się tam Niemek. W ten sposób przygotowywała się do roli Lulu, głównej bohaterki filmu „Puszka Pandory”.
     

         Pojawienie się filmów dźwiękowych nie spotkało się początkowo z entuzjazmem publiczności, która musiałą nagle zachować ciszę, w przeciwnym razie akcja na ekranie stawała się niezrozumiała.
     

          Wiele gwiazd filmu niemego zupełnie nie nadawały się do filmu dźwiękowego. Będący dotychczas bożyszczem kobiet aktor Harry Liedtke utracił swój status, gdy jego piskliwy głos skutecznie niweczył efekt pięknej twarzy. Podobny los spotkał innego amanta Bruno Kastnera, który ze względu na wadę wymowy przestał otrzymywać propozycje ról. Kastner, który zagrał w ponad stu filmach, powiesił się w pokoju hotelowym w roku 1932 w wieku czterdziestu dwóch lat.

     
              Dopiero słynny film Josefa von Sternberga Der blaue Engel (Błękitny anioł) z 1930 roku doprowadził do przełomu w postrzeganiu filmów dziękowych,. Zupełnie nieznana wówczas Marlene Dietrich – która za postać Loli otrzymała zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy marek, stała się natychmiast gwiazdą, a wykonywana przez nią piosenka Friedricha Hollaendera „Ich bin von Kopf bis Fuß auf Liebe eingestellt” została szlagierem.
     

         Po dojściu do władzy w 1933 roku narodowych socjalistów rozpoczęto kampanię skierowana przeciwko wyuzdaniu w świecie estrady i filmu.
     

         Naziści rozprawili się także z wyzwoloną kobietą czasów Republiki Weimarskiej. Zdaniem nowych władz idealna Niemka powinna wystrzegać się nałogów, nie nakładać makijażu oraz bojkotować zagraniczne trendy modowe.
     

         W mediach zaczęto propagować tradycyjny model rodziny, z kobietą jako przykładną żoną i matką.
     

        Berlin - niedawne miasto grzechu zostało skutecznie spacyfikowane. „Wszystko, co związane z Republiką [Weimarską], zostało tak skutecznie wymazane, że (…) trudno uwierzyć, że kiedykolwiek istniała” – podsumował wiosną 1933 roku publicysta Hamilton Fish Armstrong.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    H. Jähner – Rausz. Niemcy między wojnami
    T. Kotłowski - Historia Republiki Weimarskiej 1918–1933
    H. Müller -  Weimar. Niespełniona demokracja
    E. Weitz -  Niemcy weimarskie: nadzieje i tragedia
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W latach 20.  Berlin był prawdziwym centrum przemysłu erotycznego oraz epicentrum międzynarodowej sceny homoseksualnej.


          Powojenny Berlin stał się kosmopolityczną metropolią. Nastąpił szybki wzrost liczby ludności, w 1920 roku stolica Republiki Weimarskiej liczyła już 4,3 miliona mieszkańców, co plasowało ją na trzecim miejscu pod względem zaludnienia po Nowym Jorku i Londynie. Ten duż wzrost liczby mieszkańców wynikał przede wszystkim z napływu cudzoziemców do miasta, m.in. Rosjan, których kolonia w 1923 roku liczyła już 360 tys. osób.
     
          Amerykański muzyk Michael Danzi uważał, że tak jak niegdyś do starożytnego Rzymu obecnie „wszystkie drogi prowadziły do Berlina”. Za przyjazdem do stolicy Republiki Weimarskiej przemawiała m.in. słabość marki oraz prężnie rozwijający się sektor rozrywkowy. Zmęczeni wojną i powojennym chaosem berlińczycy z chęcią oddawali się przyjemnościom. Zdaniem amerykańskiego dziennikarza Edgara Mowrera Niemcy „odłożyli na bok tradycję, dobry smak, nierzadko skrupuły moralne (…) i by poczuć, że żyją, poszukiwali ekstremum”.
     
          Ku uciesze publiczności artyści pełnymi garściami korzystali ze zniesienia przez władze Republiki Weimarskiej cenzury. Na tej fali narodziła się w stolicy moda na tancerki topless i striptizerki.
     
         Za typowy przykład  może posłużyć balet Celly de Rheydt. Cieszył się sporą popularnością, a perwersyjny, skandaliczny i pornograficzny repertuar niezawodnie przyciągał tłumy widzów. Przedsiębiorczy właściciele dodatkowo zarabiali na sprzedaży pocztówek z roznegliżowanymi zdjęciami „baletnic”. Równie dużą popularnością cieszyły się przedstawienia rewiowe. Ich tytuły (np. „Tysiąc nagich kobiet”, „Grzechy świata”, „Domy miłości”, „Słodka i grzeszna”, „Rozebrany Berlin”) w dość jednoznaczny sposób sugerowały, czego mogła spodziewać się widownia.
     
         Stała obecność tematyki seksualnej w sektorze rozrywkowym w stolicy wpłynęła na olbrzymi wzrost, formalnie nielegalnej, prostytucji. Legalne prostytutki musiały poddawać się badaniom pod kątem chorób wenerycznych i pracować na wybranych ulicach. Z tego względu zawodowe prostytutki stanowiły mniejszość, a miasto zdominowały amatorki.
     
         Pisarz amerykański Robert McAlmon był zaskoczony ich wszechobecnością na berlińskich ulicach. Nie sposób było pokonać przecznicy bez usłyszenia co najmniej kilkudziesięciu propozycji seksualnych. Prostytucją parały się sekretarki, sprzedawczynie pragnące dorobić sobie po godzinach. Na ulicach spotykano uczennice (lolitki) szukające sponsora, dominy ubrane w skórę szepczące do przechodniów: „czy chcesz być moim niewolnikiem?”. Berlin stanowił istny raj dla fetyszystów. Usługi seksualne oferowały tam kobiety w ciąży, panie z wadami postawy, matki i córki zachęcające do „trójkącika”. Oblicza się, że prostytucją mogło parać się około 100–120 tysięcy kobiet. Wzrosła również liczba męskich prostytutek. Zawodowo zajmowało się tym 650 panów, jednak do tej liczby należy dodać około 22 tysięcy amatorów.
     
          Na ulicach miasta spotykano również nieletnich chłopców i dziewczęta w czarnych skórach wymachujące pejczem. Amerykański dziennikarz Ben Hecht wspominał, że nierzadko owe „dziesięcio- lub jedenastoletnie dziewczynki zabrane z chodników Friedrichstrasse, gdzie paradowały po północy z uróżowanymi twarzami, w lakierkach i krótkich dziecięcych sukienkach” uczestniczyły w orgiach organizowanych w prywatnych domach.
     
         Osoby zainteresowane usługami domin mogły bez problemu spotkać je w klubach lesbijskich. Istniała też możliwość zamówienia prostytutki przez telefon. Do klienta zawoziła je taksówka, a te z najwyżej półki nawet limuzyna. O popycie na usługi seksualne przekonał się korespondent amerykański Edgar A. Mowrer Edgar Mowrer, który zauważył, że „hotele i pensjonaty zbijały wielkie majątki na wypożyczaniu pokojów na godzinę lub dzień gościom bez bagażu i nie meldującym się”.
     
         Klaus Mann z ironią zauważał,  że „niegdyś mieliśmy najlepszą na świecie armię, obecnie – perwersję”, a oburzony Stefan Zweig pisał, że „młode panny z dumą chwaliły się swym zdeprawowaniem; bycie dziewicą w wieku szesnastu lat uchodziło za hańbę w każdej szkole”.
     
         W całej Republice masowo dokonywano również nielegalnych aborcji (od 250 tysięcy do miliona rocznie), choć za przerywanie ciąży groził nawet kilkuletni pobyt w więzieniu. W 1927 roku Sąd Najwyższy dopuścił również możliwość dokonywania aborcji w przypadku zagrożenia życia matki.
     
         W marcu 1919 roku dr Magnus Hirschfeld założył Instytut Seksuologiczny. Oferowano tam porady lekarskie i psychologiczne dla osób homoseksualnych, biseksualnych i transwestytów. Po odwiedzeniu instytutu w 1925 roku dr Robinson stwierdził: „to instytucja absolutnie wyjątkowa na całym świecie… Mam nadzieję, iż uda mi się stworzyć podobną w Stanach Zjednoczonych, ale podejrzewam, iż ze względu na naszą pruderyjność, obłudną postawę względem wszystkich zagadnień związanych z seksem, będzie to niemożliwe”.
     
          W nocnych lokalach oferowano całą gamę używek z narkotykami na czele Ernest Hemingway zauważył, że najbardziej popularna była kokaina zażywana w takich ilościach jak… szampan we Francji. Równie dobrze sprzedawały się: heroina, morfina i opium. W Berlinie działały 62 zorganizowane grupy przestępcze zajmujące się dystrybucją narkotyków. Dostawcami narkotyków byli również lekarze. W narkotyki zaopatrywały się prostytutki, ludzie z pół-światka, homoseksualiści, ale też bohema artystyczna czy lekarze. Morfinistami często byli weterani, którzy pierwszy kontakt z narkotykiem mieli w trakcie rekonwalescencji.
     
          Brytyjski krytyk muzyczny i literat Edward Sackville-West pisał entuzjastycznie do E.M. Forstera: „Są tu nawet duże bary taneczne dla inwertytów. I można zobaczyć niesamowite postacie – ogromnych mężczyzn z piersiami jak kobiety i twarzami jak Ottoline Morrell (czarująco ekscentryczna brytyjska arystokratka) – które żadną miarą nie dają się sklasyfikować”.
     
           Jego również homoseksualni koledzy i pisarze brytyjscy – W.H. Auden, Stephen Spender i Christopher Isherwood – upublicznili ten wizerunek Berlina na całym świecie i stworzyli mit, który do dziś oddziałuje na to miasto.

           W Berlinie działało wówczas około stu barów dla gejów i mniej więcej trzydzieści dla lesbijek. Charakterystyczne było, iż wiele gejowskich przybytków było miejscem spotkań odwiedzanym również przez osoby heteroseksualne.
     
           Do miasta przybyło wielu homoseksualistów i biseksualistów z Niemiec i zagranicy. Z myślą o nich drukowano przewodniki przybliżające lokalizacje klubów, które wkrótce zapełniły się gejami „otwarcie okazującymi sobie uczucia”, jak zauważył Ben Hecht. Zdaniem korespondenta Huberta Renfro Knickerbockera to właśnie przyczyniło się do nadania miastu nieoficjalnego tytułu stolicy gejów i lesbijek.
     
            Największą popularnością wśród turystów cieszyły się jednak kluby (Eldorado, Mikado, Bülow-Kasino czy Kleist-Kasino) oferujące bardziej skandaliczne rozrywki, np. wystawiające rewie transwestytów. Co więcej, to właśnie w tych miejscach można było spotkać bohemę artystyczną (np. Marlenę Dietrich) oraz arystokratów (np. hrabiego Harry’ego Kesslera).
     
          Stefan Zweig z oburzeniem stwierdzał, że „nawet [starożytny] Rzym nie znał orgii takich jak bale transwestytów w Berlinie”.
     
          W Berlinie ukazywało się od 25 do 30 czasopism skierowanych do homoseksualistów. Na ich łamach reklamowały się bary, kluby i kawiarnie, ale również lekarze, prawnicy czy krawcy. W prasie można było również znaleźć reklamy agencji detektywistycznych specjalizujących się w odnajdywaniu szantażystów. Ci ostatni stanowili dość dużą bolączkę ukrytych homoseksualistów. Pomimo otwartości Niemców na inne orientacje seksualne nadal funkcjonował paragraf 175 kodeksu karnego z 1871 roku penalizujący stosunki seksualne osób tej samej płci.
     
          Stojący na czele ww. Instytutu Seksuologicznego w Berlinie dr Hirschfeld wspólnie z pierwszą niemiecką organizacją zrzeszającą osoby homoseksualne (WhK – Komitet Naukowo-Humanitarny) zdołał wprowadzić w 1929 roku na wokandę projekt liberalizacji paragrafu 175. Decyzją parlamentarnej komisji zniesiono karalność stosunków homoseksualnych jako takich, zaostrzono jednak kary za nierząd i seks z osobami poniżej 21. roku życia.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W Republice Weimarskiej nastąpiła zasadnicza zmiana roli kobiety.
     

            Kobiety w latach 20. nie tylko wyglądały zupełnie inaczej niż przed wojną, ale też inaczej się zachowywały, inaczej mówiły i inaczej myślały.
     

               „Z tych istot zasznurowanych w gorsety, zawiniętych po szyję w udrapowany materiał, - pisał z aprobatą Stefan Zweig - okrytych spódnicami i halkami, z tych istot beznogich, sztucznie cienkich w pasie jak osy i sztucznych w każdym ruchu i pod każdym względem, z tej historycznej kobiety z przedwczoraj w ciągu jednego pokolenia szybko narodziła się kobieta dzisiejsza, z jej lekkim, odkrytym ciałem, którego kształt jak fala opływa cienka suknia, ta kobieta, która – proszę się nie przerażać! – dzisiaj, w biały dzień, otwarta jest na wiatr, powietrze i każde męskie spojrzenie, jak dawniej tylko w zamkniętych domach kobiety, których imion nie wolno było głośno wymawiać”.
     
     
             Dla podzielających zdanie Zweiga fakt, że spotykali na ulicy „półnagie” kobiety,, zadowalał ich ciekawość. Z drugiej strony konserwatywni panowie, mężczyźni z prawdziwego zdarzenia, dostrzegali w nowej modzie utratę czegoś, co pojmowali jako kobiecość, czegoś, co należy zarówno ukrywać, jak i podkreślać.
     

               Zmieniał się ideał ciała nie tylko kobiecego, ale także męskiego. Męskie ciało powinno być odtąd wytrenowane, zwinne i zdolne do obrony, ale także gładkie. Broda nagle wydała się staromodna, odpowiednia tylko dla starców, którzy wciąż jedną nogą tkwili w cesarstwie, jak prezydent Rzeszy Hindenburg. Współczesny mężczyzna nie miał brody, co najwyżej mocno przystrzyżony wąs, jak kapral z Braunau, który przyciął zarost nad górną wargą w nieduży kwadrat i tym samym zajął wygodną pozycję pomiędzy cesarstwem a nowoczesnością.


               Zaokrąglenia sylwetki, które dotychczas wyznaczały ideał kobiety, a także dojrzałego mężczyzny, zastępowano teraz kantami i krawędziami. Rysunki prezentujące modę lansowały
    „sylwetką ołówka”. Postacie pokazywane w magazynach o modzie stawały się chudsze, wyższe i gładkie jak ołówki. Klatka piersiowa i talia zostały wyeliminowane. Nad nimi unosiły się głowy gładkie jak ptasie czaszki. Krótkie włosy przy fryzurze typu bob ledwo wystawały spod przylegających czepków. Rezygnacja z szerokich kapeluszy i falujących włosów odsłaniała twarze, dając przestrzeń dla zuchwałego wyglądu.
     

               W efekcie kobiety coraz bardziej upodabniały się wyrazem twarzy do mężczyzn, przybierały rysy heroiczne, obronne i, jak pisał Robert Musil, stawały się „chłopięce, koleżeńskie, wysportowane, nieprzystępne i dziecinne”.
     

               Jeśli na początku wąskie sukienki sięgały kostek, to w latach dwudziestych spódnice stawały się coraz krótsze, odpowiadało to potrzebie sportowego stylu i szybkiego tempa. Spódnica musiała być „nieprzesadzona, nieprzestarzała, odpowiednia dla szybkich kroków współczesnej kobiety” – pisała tenisistka i dziennikarka Paula von Reznicek – musiała pasować „do jej osiemdziesięciokilometrowej prędkości i do jej chłopięcej twarzy”.  Z kolei pisarka Elsa Maria Bud mówiła o „modnym, wychudzonym półchłopaku”.
     
     
               Fakt, że ideał kobiety zbliżył się optycznie do sylwetki mężczyzny, wywoływał liczne protesty.  „Dość już!” – oburzała się gazeta „Berliner Illustrirte Zeitung”  w  1925 roku w artykule „przeciwko maskulinizacji kobiety”. Fryzurę typu bob można było jeszcze uważać za żart, ale teraz, gdy zniknąć miały nawet kosmyki z fryzury typu paź, a wiele kobiet wybierało męską fryzurę Eton „z włosami szczotkowanymi gładko do tyłu”, nadszedł czas, aby „zdrowy męski gust zwrócił się przeciwko takim nieprzyjemnym modom, których ekscesy są przeszczepiane z Ameryki”. Jest to „prawdziwy wstręt dla każdego mężczyzny z krwi i kości”, kiedy kobieta wygląda „jak słodki chłopiec”.
     

               Bob był postrzegany jako fryzura prostytutki, pasująca co najwyżej do „żydowskiej bezczelnej twarzy” – głosił Volkistowski Związek Kobiet, przekonując, że  „warkocz jest aryjski, fryzura typu bob żydowska”, co było absurdalną tezą, gdyż krótkie włosy spotykały się z taką samą krytyką środowisk żydowskich. W 1928 roku z powodu tej modnej fryzury zostały zwolnione z pracy dwie pielęgniarki ze szpitala żydowskiego w Kolonii.
     

               Fryzura typu bob, choć wkrótce w miastach stała się standardem, uznawana była za oznakę indywidualizmu, ponieważ podobnie jak dopasowany do niej mały kapelusz w kształcie klosza wyraźniej eksponowała rysy twarzy i podkreślała nos. „Sukienki i nakrycia głowy wyglądają dziś tak, jakby mogły być noszone tylko przez tę jedną kobietę, jakby tylko dla tej jednej kobiety zostały zaprojektowane” – stwierdzała pisząca o modzie dziennikarka Stephanie Kaul.
     
     
               Radykalnym wariantem boba był wspomniany wcześniej Eton. Prawdziwie chłopięce cięcie, włosy zaczesane do tyłu, z podgolonym karkiem lub wyraźnym przedziałkiem z boku.
    Eton był popularny przede wszystkim wśród kobiet o skłonnościach lesbijskich, które fryzurą wyrażały swoją orientację seksualną w nieskrępowany sposób.


     
               Wraz ze zmianą wyglądu zmienił się także ton młodych kobiet. Będący nowością brak
    skrępowania często postrzegano jako impertynencję. Kpiny, pewny siebie upór, zaskakująca rzeczowość, ale przede wszystkim silniejsze skupienie na sobie – to były cechy nowej niemieckiej kobiety.
     
     
    Poeta Peter Huchel poświęcił nowym kobietom wiersz pochwalny Die Knäbin:
     

    „Dziewczyno z warkoczami w latach leśnych
    chłopczyco z miasta dzisiaj, skracasz włosy,
    oczodoły i sarna podziemnej kolei,
    kocia i aksamitna w futrze.
    Jedwabisty księżyc, masa perłowa pod pończochami,
    wsiadają do auta nimfy w krótkich spódnicach.
    Drgające gwiazdy reklamy we włosach,
    chodźmy po cygańsku do kina i baru.
    Daleko od twoich warkoczy i lat matczynych
    samolot poniesie Cię płynniej,
    Chłopczyco miast, włosy złożone w ofierze,
    szczupłe zwierzę bulwarów o sarnich biodrach!”



               Niektóre kobiety nie poprzestały na upodabnianiu się do chłopów, rzucając wyzwanie także symbolom dojrzałego mężczyzny, takim jak cylinder, laska, a w końcu nawet monokl. Lubiły nosić męskie koszule i szerokie męskie spodnie oraz malować kredką do oczu delikatny wąsik nad górną wargą.


               Na okładce „Berliner Illustrirte Zeitung” w listopadzie 1927 roku pojawiła się spacerująca osobliwa para. Kobieta i mężczyzna w eleganckim garniturze, oboje pod krawatem z poszetkami i cygarniczkami, krótkie włosy kobiety z przedziałkiem jeszcze gładszym niż u mężczyzny.
     

            Jeden z czytelników zareagował na nią karykaturę z komentarzem: „Gdy Pan Bóg ją widzi, śmieje się i pyta: czyżbym stworzył trzy [płcie]?”.
     

             W 1928 roku pisarz Franz Blei z zadowoleniem powitał zbliżający się koniec „dwubiegunowego erotyzmu, który strasznie przeciążał zarówno mężczyznę, jak i kobietę”. Podzielający to zdanie pisarz Emil Lucka wskazywał, iż „ideałem, nawet jeśli nieuznawanym, jest bezpłciowość i zauważam, jak mi się wydaje, że twarze tracą swoją ostrość i kształtują się pośrednie rysy, niezupełnie męskie i niezupełnie kobiece”.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W Republice Weimarskiej królowała zmysłowa, oszałamiająca muzyka i taki sam taniec.
     

               Chyba nie było epoki, która tak hołdowała tańcowi. Od artystycznego tańca ekspresyjnego poprzez taniec rewiowy aż po zwykłe pląsy na parkiecie – taniec porywał ludzi, zmieniał ich i odkrywał coraz bardziej szalone formy ekspresji. W Republice Weimarskiej tańczono wszędzie, w eleganckich kawiarniach i w knajpkach za rogiem, nawet w wodzie; w upalne dni pary kołysały się, stojąc po kolana w jeziorze Wannsee, przy muzyce płynącej z gramofonu lub dźwiękach orkiestry.
     
     
           W samym tylko Berlinie do dyspozycji zwolenników tańca  pozostawało około stu czterdziestu oryginalnych lokali tanecznych, nie licząc całej masy knajpek, gdzie w razie potrzeby stoliki odstawiano na bok, by zrobić miejsce tańczącym. Wielu właścicieli karczm, również na wsiach, czuło się zmuszonych do zakupu pianina, aby podołać zapewnieniu odpowiedniej rozrywki.
     
     
          „Tu i ówdzie tańczą razem dwie młode dziewczyny, - pisał z irytacją Tomasz Mann - czasem nawet dwaj młodzieńcy; nie ma to dla nich znaczenia. Tak więc przechodzą do egzotycznych dźwięków gramofonu obsługiwanego solidnymi igłami, żeby brzmiał głośno i wybrzmiewał swoje shimmy, fokstroty i onestepy, te afrykańskie shimmy, tańce jawajskie i polki kreolskie – dzika, perfumowana tandeta, po części usychająca z tęsknoty, po części musztrująca, w obcym rytmie”.


          Wraz z końcem wojny przybył z USA styl taneczny, który zrewolucjonizował świat tańca w Niemczech. Był nim shimmy, taniec przynoszący na parkiet nieoczekiwaną wolność. Tańczyło się go do porywających rytmów, niemal w miejscu i bez dotykania się, co pozwalało na zaoszczędzenie miejsca.  Nie trzeba już było ćwiczyć ustalonej sekwencji kroków, słuchając ciągłego strofowania surowych nauczycieli tańca. Wystarczało po prostu odważnie rzucić się w taneczny zgiełk i po prostu zacząć się poruszać do muzyki.
     

               W broszurze Jazz and Shimmy wydanej w 1921 roku napisano, że „shimmy shake!” tłumaczy się jako „potrząśnij koszulą nocną!”: „Wystarczy tylko raz na próbę wykonać ruch, którym strząsa się z ramion koszulę nocną, aby uzyskać charakterystyczny ruch shimmy”.


               „Pobity, zubożały, zdemoralizowany naród szuka w tańcu zapomnienia. – pisał Klaus Mann -  (…) Taniec staje się manią, idée fixe, kultem.Giełda skacze, ministrowie się chwieją, Reichstag dokonuje wybryków. Kaleki wojenne i spekulanci wojenni, gwiazdy filmowe i prostytutki (…) – wszyscy machają kończynami w straszliwej euforii. (…) Tańczy się głód i histerię, strach i chciwość, panikę i przerażenie”.
     
     
               „Szaleństwo zwyciężyło – cieszył się Robert Leonard. – Rewolucja, ekspresjonizm, bolszewizm w sali balowej. (…) Jeden wielki hałas, szalony taniec i wszyscy zostają zahipnotyzowani. Najstarsi ulegają szalonemu nastrojowi, przez salę przetacza się niesłychana radość życia. Kelner upada z pełną tacą, nikt tego nie zauważa – to część muzyki. Dwóch panów policzkuje się nawzajem – to część muzyki”.
     

               Z kolei pisarz Hans Siemsen zauważał, iż „jazz ma jeszcze jedną miłą cechę. Jest całkowitym zaprzeczeniem powagi. Miażdży w zalążku każdy przejaw dumy, poprawności, buńczuczności, sztywniactwa. Kto obawia się narażenia na śmieszność, nie może go tańczyć. Niemiecki nauczyciel nie zatańczy jazzu, podobnie jak pruski oficer rezerwy. A gdyby tak wszystkich ministrów i tajnych radców, profesorów i polityków zobowiązać do publicznego tańczenia jazzu od czasu do czasu?! Jakże radośnie pozbawiono by ich wszelkiej powagi! Jak ludzcy, jak mili, jak zabawni musieliby się stać! (…) Gdyby cesarz tańczył jazz, nigdy nie wydarzyłoby się to wszystko, co się wydarzyło!”.
     

               Ekscytujące doświadczenie wspólnoty pogłębiło się, gdy w 1925 roku parkiety taneczne podbił charleston, który zamieniał „ tancerza w akrobatyczną marionetkę”. „Ręce również są aktywne, dotykają wszystkich części ciała, jak w ekstazie. Do tego dochodzi naprzemienny ruch nóg, przypominający pisanie liter X oraz O, i naprzemienne zwracanie kolan i stóp na zewnątrz i do wewnątrz. Tancerz może pochylać plecy lub nawet przejść do przysiadu”.
     

               Charleston zachęcał do tanecznego wyrażania własnych uczuć.  Był tańcem „rozpętanej radości życia, usamodzielnienia jednostki oraz upojenia indywidualizmem pośród radosnego tłumu”. Charleston odpowiadał przede wszystkimi upodobaniom kobiet, które nie musiały już być prowadzone, w charlestonie pozostawały bardziej aktywne i żywiołowe.
     
     
               Mężczyzna i kobieta na parkiecie byli absolutnie równouprawnieni i stawiano przed nimi te same wyzwania. Musieli być szczupli i wysportowani, możliwie silni i gibcy.


               Podczas gdy większość kobiet poddawała się dyktatowi modnej chłopięcej figury, bujne biusty i biodra nie były mile widziane.
     

               Dla większości Niemców shimmy i charleston były pierwszymi spotkaniami z kulturą afroamerykańską. Wiele hoteli szczyciło się zatrudnianiem czarnoskórych muzyków lub kelnerów.


     
               Afroamerykańskie zespoły jeździły z koncertami po kraju, W lokalu Haus Vaterland można było regularnie posłuchać Sidneya Becheta, który wkrótce miał się stać jednym z najbardziej znanych na świecie przedstawicieli jazzu nowoorleańskiego. W 1926 roku przyjechała do Berlina dziewiętnastoletnia Josephine Baker. Wkrótce wszyscy wręcz zabijali się o znajomość z nią, pragnęli chociaż na kilka minut zbliżyć się do tej nieokiełznanej tancerki.
     
     
           Nie wszyscy podzielali ten entuzjazm - znany krytyk baletowy Werner Suhr, nawiązując do  kulturowego pesymizmu Oswalda Spenglera na temat rozprężenia białej kultury, wyczerpanej wojną, dowodził, iż „Europejczyk pragnie mocniejszych sił i nieprzerwanego napięcia, typowych dla ras zacofanych umysłowo. Jest zmęczony. (…) Człowiek wykształcony, nienadążający już za dalszym zróżnicowaniem i muzyką kulturową, chce uśmierzyć niepokój i rozpacz jaskrawymi dysonansami naiwnych melodii”.
     
     
              „Wszystko kłamstwa, wszystko fasady, które nie wymuszają głębi, ale ją udają” – pisał  Siegfried Kracauer. Przeszkadzało mu, że świat pięknych pozorów rzeczywiście funkcjonuje „nie taki, jakim jest, lecz taki, jakim przedstawiają go szlagiery” i że ludzie wyraźnie dają się temu zwieść.
     
     
               „Ojczyzna tańczy na czaszkach swoich zmarłych. Skończcie z takimi niegodnymi zabawami!” – domagało się już w 1920 roku Stowarzyszenie Weteranów Rzeszy, a były kapitan Manfred Freiherr von Killinger agitował przeciwko  „smarkaczom w marynarkach do talii i butach shimmy”. I doadawał:  „Pieniądz jest waszym bogiem. On daje wam wszystko, czego potrzebujecie do życia: zespoły jazzowe, bale, teatry żydowskie, szampana, wasze żony obwieszone biżuterią i futrami. Światy dzielą nas od was”.
     
     
            Samotnym kobietom usługi świadczyli żigolacy. Gdy klientka zażyczyła sobie męskiego towarzystwa dawała znak kelnerowi, a ten dyskretnie kierował żigolo, zwanego również fordanserem, do stolika kobiety, by uprzejmie zaproponował jej taniec.
     
     
            W razie braku inicjatywy klientek, żigolo zobowiązany był do wykazania własnej inicjatywy. W pierwszej kolejności miał zwracać się do pań mniej atrakcyjnych. „Pomiędzy dwiema kobietami zawsze wybieraj grubszą” – głosiło jedno z dziesięciu przykazań żigolo, które w 1926 roku podawał „Revue des Monats”.
     
     
               Kierownik tancerzy w Edenie, niejaki pan Isin, wyjaśnił Billy’emu Wilderowi, przyszłemu znanemu reżyserowi, o co tu chodzi: „Nie jesteś tu dla przyjemności, pamiętaj o tym. Musisz tańczyć. Nawet z kobietami, które ci się nie podobają. Tak, im mniej ci się podobają, tym uczciwiej i sumienniej wykonujesz swoje obowiązki. Pierwsze przykazanie fordansera brzmiało: nie może być żadnych kobiet podpierających ścianę: żigolo musi je zapraszać do tańca, bo dostaje za to pieniądze”.
     

               System żigolo godził nowy porządek z tradycyjnymi rytuałami zalotów. Mężczyzna wprawdzie prosił kobietę do tańca, ale tylko w zamian za dyskretny transfer pieniędzy.
     
     
                „Piękny żigolo, biedny żigolo” – brzmiał tekst jednego z najsłynniejszych szlagierów Republiki Weimarskiej, tanga skomponowanego w 1928 roku przez Leonella Casucciego do tekstu Juliusa Brammera z 1924 roku. Tekst opowiadał  o polach bitew we Francji i o końcu wojny, gdy świat „stał na krawędzi”. Bohater utworu, będący weteranem wojennym, zarabiał po wojnie  na życie jako tancerz. Jest smutny, a jednak musi się śmiać, bo za to mu płacą.


    Piękny żigolo, biedny żigolo
    Nie myśl już o czasach
    Gdy jako husarz, opleciony złotem
    Mogłeś jeździć konno po ulicach
    Uniform passé, ukochana mówi żegnaj –
    Sprawiedliwy świecie, stoisz na krawędzi!
    Jeśli nawet twoje serce pęka
    Pokazuj uśmiechniętą twarz –
    Płacą i musisz tańczyć!”

     
     
           Tekst odnosił się do dramatów społecznych tamtych czasów. Jako tancerze w lokalach pracowali często oficerowie i przedstawiciele zubożałej szlachty, posiadali bowiem ważną umiejętność: odznaczali się wytwornymi manierami.  Z dawnego blasku i chwały pozostawała tym mężczyznom już tylko odwaga na parkiecie.
     
     
    CDN.
     
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Bałwan jest niewątpliwie antropomorficzną rzeźbą ze śniegu.
     
         Niektórzy badacze dopatrują się w „bałwanie” elementów indyjskiego sanskrytu, gdzie „van” oznaczać miało potęgę. W tym samym sanskrycie „bhaga” oznaczać miało boga, jak również „bag” w irańskim. U Kirgizów bałwan to siłacz lub bohater. Po persku zaś bałwan jest bohaterem, wojownikiem, pomnikiem na cześć takiego herosa, albo… oznacza głupca.
     
         Zygmunt Gloger w tomie pierwszym swej  „Encyklopedii staropolskiej” podaje, że niegdyś  mianem „bałwana” określano bryłę lub wielki kawał, ewentualnie słup. Przyrównać możemy go do wielkiego bałwana soli, cyny, miedzi, ołowiu lub innego kruszcu.
     
          Z kolei Aleksander Brückner w swoim „Słowniku etymologicznym języka polskiego” wyjaśnia, że „bałwan„ to słup i bryła. Równocześnie rozszerza znaczenie tego terminu na ciężki i nieruchomy, a także „głupi” ”słup bożyszcza” w rozumieniu bałwana jako bożka „idolum”.  Stąd też, jak podaje dalej, bałwochwalca, czyli wierzący w bałwany, bożki pogańskie, a więc niechrześcijańskie. Tak więc Brückner zwraca uwagę nie tylko na wielkość bałwana, ale także na jego znaczenie siły wyższej, postaci boskiej, o pochodzeniu pogańskim.
     
         Bałwan był więc synonimem głupiego, złego, pogańskiego bożka. Stąd wyraz „bałwochwalstwo”.
     
          W jego postaci należy więc doszukiwać określonej formy, być może antropomorficznej, jak najbardziej przypominającej swym kształtem człowieka lub też w sposób symboliczny, np. w formie słupa, jakiegoś kawałka kamienia, który miały wyobrażać pogańskiego bożka. Przychodzi tutaj na myśl jako pierwszy Irminsûl – Słup Irmina.
     
         Irminsûl był świętym miejscem Sasów, według relacji historycznych w formie prastarego dębu, który został ścięty na rozkaz Karola Wielkiego w 772 roku, wówczas toczącego wojny z plemionami saskimi.
     
         Irminsûl był odpowiednikiem skandynawskiego Yggdrasil – Drzewa Życia lub Drzewa Starszego, a więc Odyna, swoistym axis mundi – osią ziemi, ponieważ miał on formę pnia starego drzewa. Był niezwykle ważnym obiektem kultu!
     
         Dla Celtów, Germanów, wczesnośredniowiecznych Skandynawów oraz Słowian, ważnymi miejscami kultu były uświęcone gaje, a samo drzewo, patrząc choćby na przykład Yggdrasilu, formą utożsamianą z wierzeniami uchwytnymi w różnych zakątkach świata. Rzymianie wyjątkową atencją traktowali dęby i laury. Podobnie Celtowie jemioły i leszczyny. Dęby były świętymi drzewami wśród Germanów i Słowian.
     
        Pewnych analogii można doszukiwać się także w tzw. babach pruskich. Były to kamienne posągi, przedstawiające mężczyzn, którzy w ręku trzymają róg, tasak lub miecz. W innych wersjach ich ramiona są skrzyżowane na piersiach. Najprawdopodobniej były one wizerunkami, nieznanego bóstwa.
     
        Baby pruskie były odnajdywane w okolicach Iławy i Bartoszyc, gdzie znana jest legenda o pruskiej królowej Gustebaldzie, która pewnego dnia uratowała niejakiego Rybiego Króla. Ten w podzięce dał jej zaklęty kamień, dzięki któremu można było zrozumieć mowę zwierząt, roślin i wiatru. Rybi Król  przestrzegł ją, żeby nigdy go nikomu nie pokazywała. Gdy pewnego razu Wiatr przyniósł informację, że zbliżają się Krzyżacy, a ludzie nie dawali jejn wiary, Gustebalda pokazała tajemniczy kamień niedowiarkom i w tym momencie sama zamieniła się w kamień.
     
         Pierwsze wzmianki o zwyczaju budowania bałwanów zostały odnotowane  XIV wieku.  Pierwsza ujawniona w jednej z bibliotek w Hadze ilustracja przedstawia destrukcję bałwana – topienie go nad wrzątkiem. Ze względu na to powstała teoria, że w Średniowieczu bałwana niszczono, jak dziś Marzannę – na znak odejścia zimy. Jan Długosz pisząc o ludowym zwyczaju topienia marzanny, wprost użył słowa „bałwany” na określenie topionych kukieł.
     
         W bajce „Bałwan ze śniegu” Hansa Christiana Andersena, bałwan nie potrafi się ruszyć i spełnić swoich pragnień, do których należy poznanie ciepła pieca. Wyznaje to w rozmowie łańcuchowemu psu. Dla wyjaśnienia dodajmy, że źródłem tęsknoty okazuje się pogrzebacz stanowiący „kręgosłup” bałwana, wokół którego budowały go dzieci.
     
        Kształt bałwana znaleziono też w kosmosie. Granicę Układu Słonecznego strzeże gigantyczny rdzawy bałwan. Jest to asteroida Ultima Thule, najdalszy obiekt, do jakiego dotarła dotąd sonda NASA. Naukowcy twierdzą, że każda z „kul” monstrualnego bałwana to odrębny obiekt i że zetknęły się one ze sobą, chociaż siła odśrodkowa ich dotąd nie rozdzieliła. Ultima Thule jest najstarszym znanym bałwanem. Ma 4,5 mld lat.
     
         Typowy bałwan składa się z trzech kul śnieżnych - od największej u podstawy. Do tradycji w europejskim i północnoamerykańskim kręgu kulturowym należy ozdabianie śniegowego człowieka węglem (oczy, usta, guziki), marchewką (nos), czynienie mu nakryć głowy i rąk z patyków, podobnie jak strachom na wróble. Bałwan często ma w ręku miotłę, a na głowie cylinder – kojarzący się  z kominiarzem, a zatem z piecem i ciepłem.
     
         W wielu językach bałwan ma w sobie element wskazujący na śnieg. I tak mamy angielskiego snowmana, chorwackiego snjegowicia, holenderskiego sneeuwpop, norweskiego snømanna, słowackiego snehuliaka, czy łotewskiego snegavirsa.
     
         Każdemu z nas bałwan kojarzy się z dzieciństwem i zimowymi zabawami.
     
         Obecnie śniegu jest coraz mniej i coraz rzadziej mamy okazję do lepienia bałwana.
     
           Korzystając z rzadkich okazji wielu polityków fotografuje się ze zrobionymi przez siebie bałwanami. Zapominają przy tym, iż na zdjęciach nie zawsze można łatwo znaleźć kto jest politykiem, a kto bałwanem.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Gieysztor – Mitologia Słowian
    S. Piekarczyk – Mitologia germańska
    L. Słupecki -  Mitologia skandynawska w epoce wikingów
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Łukaszek wraz ze swoimi dwoma wiernymi druhami wybrał się na osiedle kupić fajerwerki. O ile Gruby Maciek wyglądał tak jak zwykle, o tyle okularnik z trzeciej ławki prezentował się niecodziennie: prowadził psa na smyczy.
    - Piesek jest cioci - wyjaśnił.
    - To na pewno jest pies? - zapytał Łukaszek.
    - Wygląda jak chomik - zadudnił Gruby Maciek.
    Ale okularnik się obraził i wyjaśnił, że jest to niezwykle groźny pies, wszyscy sąsiedzi się go boją i tak dalej.
    - Jak się wabi? - chciał wiedzieć Łukaszek.
    - Terror.
    Rozśmieszyło to bardzo Grubego Maćka.
    - Aj! Aj! Aj! - piskliwie wtórował mu piesek.
    - Gdzie tu ten terror? - śmiał się Gruby Maciek ocierając łzy.
    - Wyobraź sobie, że on szczeka tak za ścianą - wyjaśnił okularnik. - Cały dzień. Całą noc. Cały czas.
    - A chyba że tak - mruknął Łukaszek.
    I poszli.
    - Jednak są - zadudnił Gruby Maciek wskazując kilka osób stojących przed sklepikiem. Była to trójka LGBT kontrolująca czy handel idzie zgodnie z prawem tak, jak rozumie to koalicja rządząca. Mieli transparent ze zdjęciem smutnego Kadysława Własiniaka-Komysza z podpisem: minister Obrony Narodowej prosi: żadnych rakiet w Sylwestra".
    - Nie wolno kupować fajerwerków! - aktywiszcza zaczęły krzyczeć już z daleka na widok trójki chłopaków.
    Ze sklepiku wyjrzał sprzedawca. Był niezadowolony.
    - Co wy wyrabiacie? Najpierw walczycie o handel w niedzielę, przychodzi tu co tydzień by kontrolować czy mam otwarty sklep w każdy weekend zgodnie z uchwałą Sejmu, a teraz zabraniacie mi handlować.
    - Sprzedawać pa może - oświadczyło drugie aktywiszcze. - To oni nie mogą kupować.
    - Przecież to nie ma sensu - złapał się za głowę sprzedawca. - Żebym ja sprzedał oni muszą kupić!
    - A jak jest z sexworkingiem? - wtrąciło trzecie aktywiszcze. - Być pracownicą to nic zdrożnego. Zwalczamy za to korzystanie z usług.
    Pan już nic nie mówił, a chłopcy wbili się do sklepiku. Zakupili naręcza rakiet i wyszli. A na zewnątrz do szturmu przystąpiła trójka LGBT.
    - Nie można strzelać bo... - zaczęło pierwsze aktywiszcze.
    - Wy nie chcecie strzelać? - przerwał Łukaszek, a gdy otrzymał potwierdzenie poradził z uśmiechem:
    - To nie strzelajcie. To taki proste.
    Gruby Maciek nie bawił się w takie grzeczności. Na sugestie drugiego aktywiszcza, żeby nie północy nie korzystać z zakupionych przed chwilą rzeczy, zadudnił:
    - Moje fajerwerki, moja sprawa!
    Okularnik nawet nie dopuścił trzeciego aktywiszcza do głosu protestując przeciwko temu, że wpychają się z butami w jego życie.
    - Ale zwierzątka cierpią - argumentowało trzecie aktywiszcze.
    - Przecież to tylko zlepek komórek - odpalił okularnik i się zaczęło. Na prośbę, by to udowodnił zaczął liczyć zaginając palce:
    - Pies nie potrafi sam sobie zrobić jedzenia, nie potrafi się ubrać, nie potrafi podjąć decyzji ani czy chce być ochrzczony ani jaką wybrał płeć.
    - No tak, ale widać, że jest to takie słodkie psiecko - rozczuliło się pierwsze aktywiszcze nachylając się by pogłaskać Terrora.
    - Aj! Aj! Aj! - rozszczekał się Terror parskając śliną.
    - Ciocia ma zresztą niezawodny sposób by piesek nie cierpiał - pochwalił się okularnik.
    - Faszerowanie psa chemikaliami albo zastrzyki... - zaczęło z oburzeniem drugie aktywiszcze, ale okularnik przerwał mówiąc, że o żadnych takich praktykach nie ma mowy.
    - No to jak to ona robi? - zaciekawiło się trzecie aktywiszcze.
    Okularnik dumnie wypiął wątłą pierś.
    - Ciocia mówi pieskowi, że dziś jest finał Największej Kwesty i piesek już nie cierpi!
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Cała rodzina Hiobowskich była zaintrygowana dwoma rzeczami: po pierwsze tym, że do Łukaszka przyszli koledzy się uczyć i po drugie tym, że w pokoju było cicho.
    Teraz siedzieli w kuchni zastanawiając się co się dzieje w pokoju Łukaszka.
    - Uczyć się? - prychnęła babcia. - Pewno robią coś innego. Mogę wymienić. Siedzą w internecie, albo grają w gry, albo...
    - Albo jeszcze co gorszego robią - pokiwał głową dziadek Łukaszka.
    - Mogę wymienić - ucieszyła się siostra Łukaszka, ale jakoś nie było chętnych.
    - Coś jednak trzeba zrobić - mama spojrzała na tatę.
    Tata wstał, powiedział, że ktoś tu musi podjąć męską decyzję, usiadł, dopił resztę herbaty, palnął pięścią w stół i kazał mamie Łukaszka iść zobaczyć co oni tam robią.
    Mama westchnęła i poszła. Rozległ się jej słaby krzyk, a potem wróciła do kuchni z Łukaszkiem i jego dwoma kolegami: okularnikiem z trzeciej ławki i Grubym Maćkiem. Mieli nietęgie miny i kartkę papieru.
    - Dobrze wyczuliśmy! - Mama Łukaszka pałała oburzeniem. - Mało brakowało a wywinęliby taki numer, że...
    - Coście robili? - zainteresowali się wszyscy.
    Odpowiedź była bardzo zaskakująca.
    - Pisaliśmy list do premiera - bąknął Łukaszek.
    - Dlaczego??? - zdumienie taty Łukaszka nie miało granic.
    - W sprawie rakiety, która przeleciała nad naszym osiedlem - zadudnił Gruby Maciek.
    Zdumienie przerodziło się w strach.
    - No jak to, państwo nie wiedzą? - terkotał okularnik z trzeciej ławki machając rękami jak wiatrak Siemensa. - Dzisiaj rano nad naszym przeleciała rosyjska rakieta, która naruszyła polską przestrzeń powietrzną...
    - Przestań rapować i mów normalnie - ofuknęła go babcia Łukaszka. - Skąd ten idiotyczny pomysł, ze tu spadła jakakolwiek rakieta?
    - Nie mówiliśmy,że spadła! - zastrzegł się Łukaszek. - Tylko, że była.
    - To co się z nią stało? - zapytała siostra Łukaszka. - Macie jakiś dowód?
    Gruby Maciek podprowadził dziadka do okna.
    - Niech pan spojrzy. Czy widzi pan jakieś szczątki, krater, zniszczenia?
    - No oczywiście, że nie! - wypalił dziadek.
    - I to jest właśnie dowód - rzekł szeptem okularnik. - Dowód na to, że ta rakieta zawróciła!
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    O ile można mieć pewne zastrzeżenia co do formy, to treść przekazu TVP Info była w miarę OK. W każdym razie w porównaniu z TVNem to niebo a ziemia. U nas był medialny system pluralistyczny unikalny w skali Europy: jedni mieli TVP a drudzy TVN i widz mógł se oglądać przekaz dwubiegunowy. Przy czym TVP waliło 10% ściemy którą serwował TVN najwyżej. Z drugiej strony TVN nadawał subtelniej, osiągając efekt np. poprzez odpowiedni dobór gości, a TVP przegrzewał kurszczyzną ładując topornie łopatą do głowy. Gdyby wyższy poziom reprezentowali to teraz by im było łatwiej. A tak to jest jak jest. Sami się zamknęli w betonie, co by tam nie opublikowali (Reset!) to i tak będzie uznane za propagandę. Nie moja wina.

    II

    Tu przechodzimy do zagadnienia ogólnej badziewności konstytucji, będącej wynikiem dysfunkcji intelektualnych środowiska jej twórców. Przypominam, że najciekawszym zagadnieniem jest minimalna liczba prezesów Sądu Najwyższego: konstytucja wspomina tylko o pierwszym prezesie, ale jest kwestia, czy pierwszy prezes może istnieć jako jedyny prezes, bez drugiego? Czy może aby był pierwszy prezes to musi być jeszcze jakiś drugi prezes, jakiś inny prezes? Przy tym zagadnieniu bledną takie problemy, jak prawo łaski czy ceremonie prezydenckie: prezydent ma kompetencje, czyli uprawniania decydowania o czymś. Z drugiej strony ma obowiązek robienia pewnych rzeczy, jak mianowanie premiera. I pytanie, co będzie jak takiej ceremonii odmówi? Tu konstytucjonaliści mogą bełkotać różne rzeczy w zależności od tego, kto jest prezydentem. Wg mnie powinna tu królować interpretacja, że jak się prezydent zirytuje to w takiej sytuacji blokuje nominację, a jak coś to go kiedyś możecie postawić przed trybunałem stanu. 

    Ja jednak nie o tym. Otóż zastanawiał się ktoś czemu nie poszli w proporcjonalne zarządzanie mediami państwowymi? Każdy kto wszedł do sejmu dostaje swoją działeczkę w zależności od tego, ile ma procent głosów. I nie ma problemów z obecnie obowiązującym systemem kadencyjnym: jedni obsadzają swoimi różne instytucje, które podkładają następnej władzy szczura. Tak jak to było w 2015 roku i tak, jak jest teraz. W systemie proporcjonalnym np. 20% przypadałoby koalicji rządzącej a pozostałe 80% dzieliliby na poszczególne ugrupowania sejmowe. I nie byłoby takiej wojny jak teraz. PiS rządząc miałby trochę więcej, PO mniej. Po wyborach proporcja by się zmieniła i tyle. Czemu na to nie poszli? Bo obecna koalicja w 1997 miała 100% wszystkiego i jak coś to obsadzając wszystko zablokowałaby ewentualnego tryumfatora spoza układu.

    III

    Obecnie mamy takie możliwości:

    1. Za 4 lata będzie już Rzesza i wybory europejskie.

    2. Za 4 lata wybory będą jak za Gomułki: jedna lista, bez skreśleń, i od razu wrzucasz kartę do urny. Nie idziesz za kotarę żeby nie było, że coś dopisałeś albo skreśliłeś.

    3. Normalne wybory będą za 4 lata.

    Koalicja 13 grudnia ma poparcie towarzyszy unijnych, w które dufa. Nie wiadomo jednak w jakim stanie przetrwa następne 4 lata. W tym okresie wchodzić zaczną negatywne skutki Fita For 55, jak podatki od aut, wzrost cen energii i żywności itp. Dodatkowo obecny reżim ma konkretne zobowiązania wobec lewych cystern i dziury watowskiej. Szczuję je na 2 biliony złotych. Dodatkowo akcję rabunku TVP realizował za pomocą adwokata-obrońcy zorganizowanej przestępczości raz. Rodzi to konkretne zobowiązania, które Tusk bezwzględnie będzie musiał realizować. Zauważyliście, że rabunek wspomniany realizowany jest nie przez policję itp., tylko metodami czyścicieli kamienic. Rodzi to dalsze zobowiązania Tuska, które musi bezwzględnie…

    Jak mu się to będzie spinać finansowo przez 4 lata to nie wiem. A musi on utrzymywać 800+, podwyżki dla nauczycieli i 13-14 dla emerytów. PiS se na to mógł pozwalać bo cisnął mafie jednak.

    IV

    Przy czym uratować nas może tylko większość konstytucyjna. Artykułu że konstytucja jest prawem najwyższym nie będą mogli zmienić i on zostaje. Teoretycznie możemy wszystko wpisać do konstytucji i to wszystko będzie miało prymat nad prawem unijnym. Tylko towarzysze unijni tego nie uznają i nie będzie tak, że wygenerujecie sprytny spisek i tamci zawiną się ze swoimi plugawymi interesami i stracą miliardy. Trzeba będzie stoczyć wojnę. 

    Na kogo zatem możemy liczyć? Pozyskać można kilka procent prawicowych wyborców zniechęconych do PiS za szerzenie lewactwa i oddawanie niepodległości. Drugą grupą są centrowcy, ze zdumieniem obserwujący excesy Tuska. Głosowali oni na 3Drogę i Konfę, jakby stworzyć im jakieś fajoskie ugrupowanie to by mogło się udać. Lista oczywiście nie jest pewna. 

    Jak wiadomo Tusk zastosował tu metody mafijne: jak chcesz wstąpić do mafii to musisz popełnić występek, aby mieli na ciebie haki i aby dowieść determinacji i braku skrupułów. Tusk wkręcił Kosiniaka-Hołownię i Czarzastego w udział w występkach podpułkownika Sienkiewicza i teraz muszą oni wspierać PO, bo jadą na jednym wózku i jak coś to pójdą siedzieć za to razem z tamtymi.

    Z drugiej strony doceńmy talent Tuska do trwania przy korycie. Jeśli dojdzie do realizacji wariantu gomułkowskiego to będzie gnicie podobne do degrengolady junty Jaruzelskiego. Przyszłość jest zatem niepewna. 

    PS: Zapomniałem dodać, że poziom TVP, jak by go nie oceniać, jest legalny. Nie pojmują tego np. Dwie Lewe Ręce. Orliński sadzi zaś takie kocopoły, ze nawet ich nie linkuję. »Ach pisowce co tera?« enuncjuje.

    Na zdjęciu: Sienkiewicz zagazowany niegdyś

    PS2: Konfiarze znowu wspierają pisiorów kreując się na realną opozycję. 

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Hiobowscy w komplecie zasiedli przed telewizorem. Na dziś bowiem zapowiadano nowy główny program informacyjny w pierwszym kanale Telewizji Polskiej.
    Włączyli trochę za wcześnie. Trafili na końcówkę odcinka bajki "Tata, tata i ja" zatytułowanego "Zabawa w doktora". Potem była reklama binderów dla dzieci i na ekranie pojawił się pan, który wczoraj zapowiadał zmiany.
    - Witam państwa serdecznie - powiedział pan. - Będę prowadził dla państwa nasz nowy program informacyjny. On będzie jak woda.
    - Co to znaczy, że jak oda? - zaniepokoiła się siostra Łukaszka.
    Ze strony jej rodziny padały różne odpowiedzi: że taki nudny, że taki bezbarwny, że bez smaku, że bez zawartości. Jedynie mama Łukaszka oburzona, twierdziła, że chodzi o kryształową uczciwość.
    Zagrała melodia, zawirowały obrazki i na ekranie pojawił się wielki napis

    WODAMOŚCI

    Wszyscy zaczęli się śmiać, ale szybko przestali bowiem do studia weszło kilka osób i stanęło koło prowadzącego. Wszyscy mieli tatuaże z ośmioma gwiazdkami.
    - Jesteśmy obiektywni i niezależni - powiedział prowadzący.
    Na ekranie pojawił premier Tunald-Dosk, który to potwierdził.
    Kiedy znowu pokazano studio Hiobowscy przeżyli szok. Prowadzący siedział w jacuzzi.
    - Chcemy łączyć ludzi. Nie licząc oczywiście wyborców partii Karosława-Jaczyńskiego, bo to nie są ludzie. A nasza telewizja będzie dla ludzi. Nasze informacje będą jak woda! - przypomniał prowadzący. - Płyńcie z nami! Dzisiaj informacje ze świata, z kraju, a na koniec, sport, pogoda i wywiad pod nazwą "Najważniejsze pytanie dnia". Należą się wam te informacje. Czyż nie?
    Zanurkował i wypłynął parskając wodą.

    Tata Łukaszka upuścił szklankę po herbacie.

    - Program miał się nazywać "Minuta prawdy", ale nasz Premier Uśmiechu stwierdził, że tyle czasu nie zmieści w naszym programie. Zaczynamy od informacji z zagranicy.
    Na ekranie pojawił się jakiś młody reporter.
    - Po zamknięciu elektrowni Turów znacząco poprawiły się stosunki zarówno z Niemcami, jak i z Czechami - mówił stojąc w plenerze, a za nim było widać dymiące zgliszcza. - I nieprawdą jest, że brakuje prądu, i kupujmy go od Niemców za potrójną cenę. Ewentualne niedobory uzupełniamy zakupami od naszego zachodniego sąsiada płacąc zaledwie czterysta procent ceny rynkowej. Teraz cały ten rejon zostanie przywrócony naturze. Mieszkańcy już się cieszą. A kto się nie cieszy, ten zostanie pozbawiony zasiłku dla bezrobotnego. Nie ma miejsca na warcholstwo w krainie demokratycznego uśmiechu!
    Teraz przyszła kolej na młodą reporterkę.
    - Sukcesem zakończyły się rozmowy z Rosjanami o sprzedaż Orlenu. Nie uzyskamy za tą firmę wielu pieniędzy, ale pamiętajmy, że tyle coś jest warte ile ktoś chce za to zapłacić. Pieniędzy jednak starczy na pokrycie długów powstałych po zasypaniu bezsensownej inwestycji przekopania Mierzei Wiślanej. I przypomnijmy po raz kolejny, że to nieprawda jakoby kazał to zrobić Pudimir-Włatin. Prośbę o to wystosował Miedmitrij-Dywiediew.
    Kolejny reporter, tym razem starszy, poinformował:
    - Kanclerz Niemiec poprosił o zasypanie tunelu w Świnoujściu, ponieważ zbyt dużo migrantów ucieka nim z Polski do Niemiec. Niemiecka Straż Graniczna jest już zmęczona pushbackami i ciągłym naprawianiem płotu między Świnoujściem a Ahlbeck. O ich ciężkiej pracy opowiada najnowszy film Agnieszki Holland "Powrót do domu". A skoro już mowa o granicach, to polska Straż Graniczna zatrzymała grupę nielegalnych migrantów na bagnach na granicy z Białorusią. Tak jak powiedział nasz Premier Uśmiechu, zewnętrzna granica Unii Europejskiej musi być strzeżona, ale z pełnym poszanowaniem praw człowieka. Uchodźcy, głównie kobiety i dzieci, dostali ciepły posiłek, opiekę medyczną i obecnie oczekują na azyl w Polsce.
    Pokazano jakiegoś murzyna, który wyrywał się pogranicznikom i krzyczał:
    - Belarus! Belarus! I wanna go to Belarus!
    - Podajemy stan polskich obozów - oznajmił z namaszczeniem prowadzący. - Od zeszłego tygodnia przybyło dwa. W sumie na terenie Polski są już dziewięćset czterdzieści cztery obozy. I co? I nic. Jest spokój. A tak partia Karosława-Jaczyńskiego straszyła. Komisja Europejska darowała nam trzy biliony euro kary za tych trzech co uciekli do Niemiec we wrześniu. Taki jest pożytek jak się z kimś rozmawia i jest się prawdziwym partnerem w Unii. Poprzedni rząd by tak nie potrafił. Ciąg dalszy kwestii migracyjnej - oznajmił prowadzący i kamery pokazały spacerującą po stolicy Polski kolejną reporterkę.
    - Jeśli chodzi o liczbę gwałtów w warszawskim metrze, to w skali rok do roku pozostaje na niezmienionym poziomie, co jest oczywiście sukcesem, bo stacji metra cały czas przybywa. W tym roku jedna. Opozycja to krytykuje, twierdząc, że za ich rządów nie było gwałtów w metrze. Tak, to prawda, ale wtedy nie było po prostu metra! Metro to zasługa prezydenta Warszawy, Trzasfała-Rakowskiego, który doczekał się już swojego pomnika!
    I pokazano figurę prezydenta wysokości jednego metra.
    - W Radomiu trójka LGBT odkryła podczas kontroli dwa pustostany, które można by przeznaczyć dla migrantów - poinformował z jacuzzi prowadzący - ale okazało się, że się nie da, bo są własnością posła. A teraz wiadomości z kraju. Posłanka Kloulina Pannig-Heska przygotowała projekt uchwały zwiększający odległość elektrowni od domu z dziesięciu do dwunastu metrów. I nieprawdą jest co opowiada partia Karosława-Jaczyńskiego, że każdego będzie można wywłaszczyć pod wiatrak. Nie każdego. Tylko ich sympatyków. Prawo być może tego zabrania, ale prawa nie można brać literalnie tylko tak, jak my to rozumiemy. Nie po to demokratyczna większość dostałą mandat od społeczeństwa by nie przeprowadzać zmian, a poza tym ci podludzie zasłużyli sobie na to stylem i metodami. Reszta informacji z kraju.
    Pojawił się młody reporter siedzący za biurkiem, który z marsową miną odczytywał z kartek.
    - Warszawa. Znów awaria oczyszczalni Czajka. Jest to wina prezydenta Kacha-Leczyńskiego, który wybrał lokalizację tej inwestycji. Dolnośląskie: jest dobrze. Kujawsko-pomorskie: jest dobrze. Lubelskie: jest dobrze. Lubuskie: jest dobrze. Łódzkie: jest dobrze. Małopolskie: jest dobrze. Mazowieckie... - tu spiker podniósł oczy, popatrzył w kamerę i rzekł z satysfakcję:
    - Rozpoczęto procedurę oddawania domów zagrabionych przez poprzedni rząd pod CPK. Opolskie: jest dobrze. Podkarpackie: jest dobrze. Podlaskie: jest dobrze. Pomorskie: jest dobrze. Śląskie: jest dobrze. Świętokrzyskie: jest dobrze. Warmińsko-mazurskie: jest dobrze. Wielkopolskie... - tu spiker drugi raz spojrzał w kamerę. - Sejm podjął specjalną uchwalę, która czyni Stary Rynek w Poznaniu przechodnim. Remont ma się zakończyć za trzy lata. Jest to wina prezydenta Kacha-Leczyńskiego, który wybrał lokalizację tej inwestycji. Zachodniopomorskie: jest dobrze.
    Ponownie pokazano prowadzącego, który oświadczył, że teraz pora na coś lżejszego, czyli na gospodarkę i oddał głos kolejnej reporterce.
    - Lot po sprzedaży Lufthansie powoli zaczyna się rozwijać i w przyszłym roku zamierz kupić drugi samolot. Sukces! Wybrano lokalizację pod pierwszą polską elektrownię atomową. Będzie w Szczyrku. Sukces! Teraz rząd zamierza poszukać wykonawcy, bo wszystkie poprzednie kontrakty poprzedni wykonawcy zerwali. Na placu boju pozostała tylko jedna firma z Niemiec, której nazwa zaczyna i kończy się na S.

    - Sukces! - zakrzyknęła babcia Łukaszka.
    Tata Łukaszka ją sprostował.

    - I najważniejsze: Nasz Premier Uśmiechu, Tunald-Dosk uroczyście oświadczył, że w przyszłym roku wprowadzi w Polsce euro.
    Na ekranie pojawił się Tunald-Dosk, który rzekł z pochyloną głową:
    - Für Deutschland.
    Kamera przełączyła na prowadzącego. Był zły. Rzucił gdzieś w bok żelem do kąpieli.
    - Patrzcie kurna co puszczacie bo znów wrócicie do telewizji osiedlowej!
    Był jeszcze bardziej zły kiedy zobaczył, że jest na wizji.
    - Mamy, tego... Drobne problemy techniczne. Ale następny materiał to państwu wynagrodzi. Przenosimy się na dziecięcą onkologię.
    Na szpitalnym korytarzu reporter stał z mikrofonem obok dwójki łysych dzieci w piżamach.
    - No dzieci - zaczął ciepło. - Co chciałybyście oddać?
    Dzieci spojrzały na siebie i jedno w końcu wydukało:
    - Premiera Tunalda-Doska.
    - To nie tak - głos reportera znacznie ochłódł. - To jest odpowiedź na drugie pytanie, które brzmi: od kogo chciałybyście otrzymać podziękowania.
    - A jak brzmi odpowiedź na pierwsze pytanie? - spytało drugie dziecko.
    - Pięć miliardów na TVP. Nie wiecie? Tyle razy to ćwiczyliśmy! - głos reportera drgał z irytacji.
    - To miał mówić Grzesio - wyjawiło pierwsze dziecko. - Ale go nie ma.
    - Nie ma? A gdzie jest?
    - No... Na chemii - bąknęło drugie dziecko.
    - Nie do wiary! - reporter uniósł ręce w górę. - To tu telewizja przyjeżdża a on sobie idzie na lekcje! Niesłychane!
    W reżyserce ktoś przytomny szybko przełączył obraz, niestety źle wybrał. Widzowie ujrzeli jak prowadzący wali czołem w brzeg jacuzzi. Słychać było jak woda pluska.
    Ktoś podszedł z boku i klepnął prowadzącego w łokieć. Ten szybko się zreflektował i zapowiedział sport.
    Ale zamiast typowej relacji sportowej na ekranie pojawiła się arena ze stołem i gromadą publiczności. Na arenę wyszła gromada wielkich, wytatuowanych, brodatych mięśniaków w garniturach, a wśród nich dwie drobne postacie w szlafrokach. Zrzuciły kaptury.

    - Miał być sport, a co to jest? Jakaś walka MMA? - zapytał tata Łukaszka.
    - Walka to też sport - zauważyła babcia Łukaszka.-
    - Zaraz, chyba rozpoznaję zawodniczki... - rzekł dziadek Łukaszka.

    Na arenę wkroczył łysy facet w białej koszuli z mikrofonem.
    - Proszę państwa!!! Po lewej Barota-Dowołek!!! Po prawej Zatarzyna Kalenda-Kolewska!!! Przed państwem walka wieczoru o prawo poprowadzenia wywiadu z premierem!!!
    Obie zawodniczki podeszły do stołu.
    - Zaczyna Barota-Dowołek!!! - wrzeszczał sędzia.
    Zawodniczka przyłożyła prawą dłoń do twarzy drugiej zawodniczki, cofnęła kilka razy, po czym nabrała zamachu i strzeliła całym impetem tamtą w twarz. Zatarzyna Kalenda-Kolewska przechyliła się do tyłu, zarzuciło jej włosy na twarz, ale ustała. Wyprostowała się, odgarnęła włosy z twarzy. Na jej lewym policzku płonął czerwony ślad.
    - Teraz Zatarzyna Kalenda-Kolewska!!! - wrzeszczał sędzia.
    Wezwana powtórzyła ceremoniał z cofaniem dłoni po czym ona strzeliła przeciwniczkę w twarz, ale dodatkowo nadała impet ramieniem i obrotem. Barota-Dowołek poleciała do tyłu i gdyby dwóch panów jej nie złapało leżałaby. Postawili ją do pionu. Zawodniczka przewróciła oczami i wydawało się, że upadnie, ale jakoś utrzymała pion. Powtórzyła taktykę przeciwniczki z półobrotem. Zatarzyna Kalenda-Kolewska nie upadła, ale a nosa poszła jej krew.
    - Dziesięć!!! Dziewięć!!! Osiem!!! - ryczał sędzia.
    - Mogę walczyć! Mogę walczyć! - zapewniała Zatarzyna Kalenda-Kolewska. Spojrzała w oczy konkurentki do wywiadu i wysyczała:
    - Ja jestem jego największą fanką... Byłam z nim cały czas na każdej przebieżce, każdym joggingu...
    I nagle bez ostrzeżenia, bez przymierzania wyprowadziła cios. Barota-Dowołek kompletnie się tego nie spodziewała. Rozległo się echo potężnego plaskacza. Tym razem silni panowie za plecami nie pomogli. Barota-Dowołek przeleciała im przez ręce i upadła na podłogę. Sędzia liczył do dziesięciu, a potem podniósł rękę zwyciężczyni.
    - Zatarzyna Kalenda-Kolewska!!!

    - No wiecie co - powiedziała zdegustowana mama Łukaszka patrząc na wszystkich trzech samców swojej rodziny.
    - Ale jej przylutowała! - przeżywał Łukaszek. - To będzie teraz codziennie? Chcę oglądać!
    - Mój Boże! - dziadek złożył dłonie jak do modlitwy. - Kiedyś dałbym każdy pieniądz by patrzeć jak resortowiec dostaje w twarz. A teraz mam to za darmo!
    - Sprytny pomysł na podniesienie oglądalności - pokiwał głową tata Łukaszka i podniósł szklankę.

    Kamera znów pokazała jacuzzi. Było puste. Obraz przesunął się w bok i kadrze pojawił się prowadzący. Miał na sobie tylko ręcznik wokół bioder i trzymał go oburącz. Kąpielówki leżały przed nim na ławce. Zobaczył, że jest w kadrze i choć wydawało się to niemożliwe jeszcze bardziej poczerwieniał z gniewu. Zrobił krok do przodu po kąpielówki, ale zaraz się rozmyślił i cofnął.
    - M... Tego... - bąknął wściekle. - To był program informacyjny "Wodomości". Będziemy bezstronni, rzetelni, niezależni...
    - Mydło - powiedział ktoś zza kadru i koło pana prowadzącego coś przeleciało. Odruchowo wyciągnął ręce żeby to złapać.

    - Ręcznik - odezwała się słabym głosem mama Łukaszka i zasłoniła oczy sobie oraz Łukaszkowi.
    - Dlaczego mnie? Jej - krzyczał Łukaszek pokazując siostrę. - Ja ten widok przecież znam!
    - Ja też znam - ripostowała siostra i zaśmiała się perliście.
    Zapadła niezręczna cisza.
    - Zaraz, to on wszedł bez mydła? - przerwała ją babcia Łukaszka. Dziadek pokiwał głową i rzekł:
    - On zawsze wchodzi bez mydła.

    Na ekranie pojawiła się plansza z napisem "Prognoza pogody". Następnie pokazano prezentera na tle mapy Polski. Polska był tylko częściowo. Nie było Warmii, Mazur, Wrocławia i Szczecina. Na okrojonej części kraju widniały słoneczka.
    Prezenter pogody spojrzał na mapę i oznajmił:
    - Jutro w całym kraju deszcz.
    A potem pojawił się napis, że czas na program publicystyczny "Najważniejsze pytanie dnia". W fotelach siedzieli premier Tunald-Dosk i redaktor Zatarzyna Kalenda-Kolewska. Pani redaktor miała w nosie wacik i na twarzy sińce, ale trzymała się całkiem dobrze.
    - Witam pana, panie profesorze - szepnęła przesuwając się w fotelu ku swojemu gościowi.
    - Dzień dobhy pani, dzień dobhy państwu.
    - M... - pani redaktor łypała niezapuchniętym okiem nawijając kosmyk włosów na palec. On chrząknął, ona spuściła oczy. On się uśmiechnął, ona pisnęła.
    I tak czas płynął.
    - Może wheszcie zada mi pani to najważniejsze pytanie - rzekł premier i zażartował: - Wszyscy obywatele na to czekają, każdy ma prawo być poinformowany.
    - Dobrze - zdecydowała się pani redaktor. Zebrała się sobie, spojrzała premierowi prosto w oczy i wyszeptała:
    - Lubi pan serniczka?
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Zasoby cierpliwości Opatrzności chwilowo zostały wyczerpane. Życzliwość losu, który sprzyjał w latach 2015 i 2019 się skończyła chwilowo, gdyż została zmarnowana. Można się tego było spodziewać, przypominam, że Insurekcja Kościuszkowska i Konstytucja 3 Maja upadły, stąd można się było spodziewać, że mamy ostatnie podrygi zdychającej ostrygi.

    Niemniej zauważcie, że sam Józef Wybicki przystąpił do Targowicy, podobnie jak i wielu innych. Przyczyny były rozmaite, ale np. Targowica była legalna i wielu upatrywało w niej ratunku demokracji i praworządności. Konstytucja 3 Maja była natomiast niepraworządna i niedemokratyczna, wprowadzając monarchię dziedziczną i odbierając prawa nieposesjonatom. Dopiero jak sprawa się rypła i doszło do 2 rozbioru zrozumiał ten i ów, w co się wpakował.

     

    image

    Teraz zaś u nas będziemy obserwować powtórkę z sejmu grodzieńskiego, który uznał Sejm Czteroletni za niebyły i nieistniejący i nie w ogóle. Początkowo będzie entuzjazm lemingradu, a potem płacz. Ostatni okres przypominał też schyłek Republiki Weimarskiej, gdzie nazistowscy bojówkarze dokonywali exscesów, a potem nazistowscy sędziowie ich puszczali wolno. Dlatego minister Przemysław Czarnek może się tu mylić wywodząc, że zmiany są stalinowskie. Ale szerokie kręgi komunistów przeszły do NSDAP bez większej zmiany poglądów, bo to jest wszystko jeden pies. Różnice są niewielkie na tyle, że żaden totalniak wam ich nie omówi, bo to ukrywa.

    image

     

     

    II

    Przejdźmy zatem do TVP. Nie wiem dokładnie co tam konkretnie zaszło, ale doszły mnie słuchy że nastąpiła zdrada wewnętrzna. I tu mamy pierwszą podstawową metodę działania PiS: opieranie się na kreaturach, które zdradzą ich przy pierwszej okazji. Nie chcą bowiem zatrudnić swoich, bo się ich boją. Widzę zaś, że ten wątek jest przemilczany. Jak to więc konkretnie było? Może bracia Karnowscy opowiedzą. Drugim aspektem jest nierozumienie przez PiS znaczenia faktów dokonanych: gdyby utrzymali TVP jakiś czas, zmusili do otwartego szturmu siłami broni pancernej i lotnictwa to by wyglądali inaczej. Trzecim elementem jest epatowanie głupotą i nieogarnięciem: przecież oni napisali list do Jurovej, która nadzorowała całą operację z ramienia Komisji Europejskiej. To tak, jakby pisać skargę do Katarzyny II, że ruskie wojska idą na Warszawę. Demonstrowanie nierozgarnięcia najbardziej im zaszkodzi.

     

    image

     

     

    Jak chcieli utrzymać TVP to powinni ludzi wpuścić do środka żeby pilnowali wejść i powinni kupic keczup. W momencie jak ten mianowaniec Sienkiewicza przyszedł z papierem to powinni mu go posmarować keczupem i kazać zeżreć. Czy oni byli zdecydowani na obronę przed siłowym atakiem, czy mieli koncepcję taką, że jak poproszą o podstawę prawną to tamci sobie pójdą? Demonstrowanie niezborności i safandułowatości mogli sobie odpuścić.

    O co zakład że zaczną uznawać mianowańców Tuska za prawdziwych?

     

     

    III

    Tusk zaś teraz cofnąć się nie może, czyli wyborów nie może być już wcale, czyli będą takie jak za Gomułki: jedna lista, bez skreśleń, etc. Nie doceniamy bowiem zdolności Tuska do autodestrukcji i jej przyczyn. Nie doceniamy też jego zdolności do przyssania się do żłoba. Np. teraz pokazał skuteczność i sondaże mu wzrosną, czego pisiory nie rozumieją. Potrafią one bowiem tylko łkać i opiewać swe nieudacznictwo. Listy jeszcze chcą pisać. Nie są w stanie przewodzić Narodowi i obawiam się, że dopiero totalny upadek państwa przynieść może jakieś odrodzenie. 

     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Dzielenie się opłatkiem przed wieczerzą wigilijną jest jedną z najważniejszych elementów polskiej tradycji i kultury.
     
         Pierwszy opis obchodów święta Bożego Narodzenia datuje się na IV wiek. „Wynika z niego, że uroczystość zaczynała się od całonocnego czuwania. Zresztą samo słowo wigilia w języku łacińskim oznacza czuwanie" - powiedział ks. Prof. Józef Naumowicz
     
         Jednocześnie wyjaśnił, że  „to długie czuwanie wypełniały śpiewy hymnów i psalmów, a także liczne czytania biblijne, obejmujące zarówno starotestamentalne zapowiedzi przyjścia Mesjasza, jak też fragmenty Nowego Testamentu. Centralnym momentem była msza św. sprawowana około północy, a po niej następowały kolejne radosne modlitwy i śpiewy dziękczynienia i uwielbienia. Całonocna wigilia kończyła się agapą, czyli braterską ucztą miłości. Jedzenie zanoszono także tym, którzy z powodu wieku czy stanu zdrowia nie mogli wziąć udział w modlitwie i wspólnej agapie".
     
         Zgodnie z polską tradycją na stole wigilijnym powinno znaleźć się 12 dań, a każdy z uczestników wieczerzy ma skosztować każdego z nich. Posiłek powinna poprzedzać wspólna modlitwą i staropolska tradycja dzielenia się opłatkiem, której towarzyszy składanie sobie życzeń.
     
         „Dzielenie się opłatkiem nie jest znane w całym Kościele. Zwyczaj ten pojawiał się w późnym   średniowieczu w Europie Środkowej, rozwinął się w XVI-XVII wieku, a najbardziej kultywowany do dziś i zakorzeniony jest głównie w tradycji polskiej. Nie jest znany ani w Europie Zachodniej, ani za Oceanem, poza środowiskami polonijnymi. Kiedy na Boże Narodzenie Polacy wysyłali swoim zagranicznym znajomym opłatki w listach, adresaci często nie wiedzieli, co to oznacza" - zwrócił uwagę ks. prof. Naumowicz.
     
        W starożytnym Kościele mszę św. nazywano łamaniem chleba. „Poza chlebem niekwaszonym, wypieczonym w formie hostii, który był przeznaczony do konsekracji w czasie mszy świętej i który wierni przyjmowali w czasie komunii, w ofierze składano także inne chleby, które celebrans jedynie błogosławił na koniec liturgii i które spożywano w czasie agapy lub zanoszono tym, którzy nie mogli uczestniczyć w eucharystii, zwłaszcza wdowom, osobom chorym, sierotom" - wyjaśnił profesor.
     
        Ten zwyczaj szerzej zachował się do dziś w Kościele prawosławnym i w kościołach wschodnich. „W liturgii używa się tam chleba wypiekanego z zakwasem, tzw. prosfory. Część tego chleba używa się do konsekracji, wraz winem. Reszta, pobłogosławiona, jest rozdawana po liturgii wiernym, którzy mogą go spożywać na miejscu lub zanieść domownikom. Taką prosforą przyniesioną z cerkwi wierni dzielą się także podczas prawosławnej Wigilii Bożego Narodzenia" - powiedział ks. prof. Naumowicz.
     
        „Łamanie się opłatkiem to w najgłębszej istocie - dzielenie się z drugim człowiekiem miłością, pokojem, przebaczeniem. Opłatek jest znakiem Jezusa, który narodził się w +domu chleba+, bo to dokładnie oznacza nazwa Betlejem - po narodzeniu został złożony w żłobie niby pokarm dla innych i który o sobie mówił, że jest prawdziwym chlebem. Dlatego dzielenie się opłatkiem, to dzielenie się Jezusem".
     
       Opłatkiem dzielą się w Polsce także ludzie niewierzący czy obojętni religijnie - traktując ten gest, jako element naszej najgłębszej tradycji i kultury.
     
    Niniejszym czytelnikom mojego blogu składam najserdeczniejsze życzenia Radosnych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku.
     
    5
    5 (1)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika Danz

    Danz
    Drogi Godziembo, życzę Ci, a także Twoim bliskim, aby nadchodzący rok był mimo wszystko pogodny i spokojny. Mimo wszystkiego złego co się dzieje. Zdrowia, pieniędzy i radości z życia.
    Pozdrawiam.

    Cytat:
    Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
    Empedokles

  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Grudzień był wyjątkowo ciepły, więc na osiedlu Hiobowskich doszło do tylko jednego mrożącego krew w żyłach wydarzenia, a był nim pożar. Na szczęście nie pożar mieszkania, nie pożar samochodu, a pożar śmietnika.
    Zapadł już zmrok. Koło płonącej świątyni ekologów zgromadziło się sporo mieszkańców, w tym Łukaszek i jego dwaj koledzy: Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki.
    - Może ktoś zadzwoni po strażaków - poprosiła zrozpaczona dozorczyni. pani Sitko.
    - Już dzwoniliśmy - odezwał się ktoś. - Jadą.
    - Dlaczego to tak długo trwa? Przecież remiza jest na sąsiednim osiedlu.
    - To już nie jest remiza - wyjaśnił Łukaszek. - Teraz tam jest stowarzyszenie LGBT "Woda jest sucha".
    Pani Sitko załamała ręce, ale na krótko, bo na końcu osiedlowej uliczki pojawiły się niebieskie błyski. Co ciekawe - nie było nic słychać. Ani syreny, ani nawet silnika. Zagadka wkrótce się wyjaśniła. Pod płonący śmietnik podjechało malutkie, elektryczne autko, w kolorze czerwonym. z napisem "Strax pożarnx" i zaparkowało obok śmietnika.
    Wszystkich zamurowało.
    Z auta z trudem wygrzebała się osoba o figurze amfory, z wielkimi okularami, kolczykami w różnych miejscach i niebieską grzywką, ubrana w niekształtny czarny strój. Zdjęła z dachu głośnik bluetooth, który emitował dźwięk i światło i go wyłączyła.
    - O Jezu - powiedział ktoś.
    - Proszę nie sakralizować przestrzeni publicznej! - zgromiła osoba strażacka i stanęła jakby na coś czekając.
    - No? Gasi pani czy nie? - zadudnił Gruby Maciek.
    - Acha! Już zaczynamy od seksualizowania! - zakrzyknęła osoba strażacka.
    - Myślałem, że do pożaru przyjeżdża więcej strażaków - rzekł rozczarowany okularnik.
    - Jestem osobą niebinarną - wyjaśniła osoba strażacka.
    - Gdzie ma pani węża? - spytał niefortunnie Gruby Maciek i osoba strażacka się obraziła.
    - Koledze chodziło o sprzęt do gaszenia - wyjaśnił szybko okularnik.
    - Nie gasimy już. Piana jest nieekologiczna, wodą też nie, bo na świecie jest jej deficyt, a gaszenie za pomocą CO2 wytwarza zbyt duży ślad węglowy.
    - To w jaki sposób strażaszcze chce to gasić? - spytał Łukaszek.
    - Strażaszcza - poprawiła osoba strażacka. - Jesteśmy niebinarne.
    - Pali się - przypomniała zrozpaczona pani Sitko.
    - Przecież i tak nie gaszą - rozłożył ręce Gruby Maciek.
    - Robimy to inaczej - oświadczyła uśmiechnięta osoba strażacka. Wyjęła z auta teczkę i położyła na dachu, odpięła ją i wyjęła z środka papier i długopis. - Spiszemy uchwałe delegalizującą ten pożar. To położy kres jego działalności.
    - To działa? - pani Sitko była nieufna.
    - W instytucjach państwowych działa - osoba strażacka ruszyła zakolczykowanym nosem. - Co tu tak śmierdzi?
    - Auto się pali - zachichotał okularnik.
    - Nie mówi: się pali, tylko: się świeci - pouczyło strażaszcza. - A co konkretnie? Reflektory?
    - Opona - sprecyzował Łukaszek.
    Ogień przerzucił się na tylne koło samochodu i konsumował jedną po drugiej część pojazdu. Ludzie w panice zaczęli się odsuwać i krzyczeć, żeby przyjechała straż pożarna.
    - Po co? - spytała spokojnie osoba strażacka. - I tak nie gasimy, a poza tym auta elektrycznego nie można ugasić.
    - To co można zrobić? - chciała wiedzieć pani Sitko.
    - Bardzo dużo. Możemy na przykład uśmiechać się do siebie.
    - Za Karosława-Jaczyńskiego gasili pożary...
    - Możliwe. Ale oni łamali Konstytucję!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Program zwalczania prostytucji w powojennym PRL zakończył się fiaskiem.
     
          Z uwagi na to, że za najważniejszą przyczynę prostytucji uważano biedę i brak samodzielności życiowej młodych kobiet, działania instytucji państwowych nakierowane były na doprowadzenie tych osób do porzucenia profesji i podjęcia „uczciwej pracy”. W tym celu na terenie całego kraju planowano utworzenie sieci internatów i domów pracy przymusowej. Internaty miały być tworzone dla kobiet „wyrażających chęć do pracy”, ale niemających stałego miejsca zameldowania.
     
           Szczególną uwagę poświęcano nieletnim, w opinii ekspertów najbardziej bezbronnym i nieświadomym, a w związku z tym „zasługującym” na pomoc.  Pomoc taką udzielał już w okresie międzywojennym  Zakład w Henrykowie koło Warszawy, prowadzony przez siostry samarytanki. Po wojnie przejęło go państwo i przekształciło w Dom Wychowawczo-Zarobkowy.
     
            W związku z wszechobecnością prostytucji na „wielkich budowach socjalizmu”  w oficjalnych wytycznych zakazano kierowania „byłych prostytutek” do pracy na tych budowach. I tak np., „sława” dziewcząt Nowej Huty dotarła do Krakowa i młodzi ludzie przyjeżdżali stamtąd wieczorem do Nowej Huty w poszukiwaniu „wygodnej i niekrępującej towarzyszki”.
     
          Nie wszystkie prostytutki poddawały się zabiegom „resocjalizacyjnym”. Dla osób „złośliwie odmawiających pracy”  nie było w komunistycznym projekcie miejsca, dlatego Komenda Główna MO zalecała „wobec opornych wykazujących wstręt do pracy i nigdzie nie meldowanych prostytutek stosować po uprzednim porozumieniu z miejscowym Sądem Grodzkim przepisy rozporządzenia o zwalczaniu włóczęgostwa i żebractwa z 1927 r., celem umieszczenia ich na mocy decyzji Sądu Grodzkiego w Domu Pracy Przymusowej w Bojanowie”.
     
          Takimi „opornymi” prostytutkami zajmowała się także Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, kierując je do obozów pracy (zwykle na dwadzieścia cztery miesiące).
     
           Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej pod koniec lat 40. Rozpoczęło prace nad projektem dekretu lub ustawy o zwalczaniu prostytucji, która wprowadzałaby sankcje karne zarówno dla osób świadczących usługi seksualne, jak i ich klientów. Za korzystanie z usług seksualnych ustawa przewidywała karę aresztu do trzech miesięcy lub karę grzywny do stu tysięcy złotych. W uzasadnieniu zapewniano, że „zakaz ten utrudni możliwość dla prostytucji znalezienia klienta i tym samym przyczyni się do zmniejszenia nasilenia prostytucji. Ponadto sam fakt korzystania z prostytucji, którą należy uważać jako jedną z najgorszych form wyzysku człowieka przez człowieka, jest sprzeczny z założeniami ideologicznymi Polski Ludowej i z istotą Państwa Socjalistycznego”.
     
          Ostatecznie projekt ten został zarzucony z uwagi na sprzeciw Ministerstwa Sprawiedliwości, uznającego, że przepisy nie powinny  „zawierać żadnych sankcji karnych w stosunku do prostytutki, a jedynie środki opieki społecznej”.  Był to jedyny w okresie PRL przypadek tak jasnego sformułowania postulatu karania klientów usług seksualnych.
     
          W trakcie kontroli internatów ustalono, że personel tych zakładów był nieodpowiednio przygotowany do pracy z „trudnymi” pensjonariuszkami, one niechętnie poddawały się rygorom życia w placówce. Ponadto zaangażowanie Ligi Kobiet i innych organizacji „społecznych” ograniczyło się do okazjonalnych pogadanek i nie osiągnęło oczekiwanego efektu włączenia „byłych prostytutek” w pracę na rzecz budowy nowej, socjalistycznej ojczyzny. Wiele mieszkanek internatów nadal uprawiało prostytucję  i w żadnym wypadku nie wykazywało szans na „usamodzielnienie się.
     
           Wobec porażki instytucji internatów rozpoczęto w 1952 roku ich likwidację, a kobiety, których nie udało się „usamodzielnić”, polecano kierować do obozów pracy przymusowej lub domów opieki.
     
           Ambitny projekt zlikwidowania w Polsce prostytucji zakończył fiaskiem także z powodu powszechnego zwerbowania prostytutek do współpracy z organami bezpieczeństwa.
     
           Wraz z pierwszymi objawami „odwilży” na przełomie 1954 i 1955 roku zakończono politykę represji wobec prostytucji. Nie powiódł się też projekt „resocjalizacji”, zabrakło skoordynowanych działań instytucji państwowych i przemyślanego programu wsparcia dla kobiet, które chciałyby porzucić swój zawód.
     
          Równolegle pracowano nad rozwiązaniem problemu epidemii chorób wenerycznych. Ze względu na powojenne ruchy ludności, gwałty żołnierzy sowieckich oraz niski poziom higieny, w 1945 roku i opieki zdrowotnej, w 1945 roku szacowano, że nawet milion osób w Polsce może być zarażonych różnego rodzaju chorobami wenerycznymi.
     
           Na mocy dekretu z 1946 roku wprowadzono obowiązek leczenia osób zakażonych, zabraniano im uprawiania seksu, wstępowania w związki małżeńskie i pracy w zawodach, które mogą stwarzać warunki do zarażenia innych osób. Uchylanie się od obowiązku zgłoszenia się do lekarza groziło karą grzywny do dziesięciu tysięcy złotych lub miesięcznego aresztu.
     
           Choroby weneryczne mające bezpośredni wpływ na płodność, a także zdrowie przyszłego potomstwa, były postrzegane jako szczególne zagrożenie dla biologicznej odnowy społeczeństwa.
     
          Wśród głównych założeń akcji „W” znajdowało się rozszerzenie sieci przychodni wenerologicznych w całym kraju, zbieranie danych na temat osób zakażonych, a także szeroka akcja oświatowa. Organizowano pogadanki w zakładach pracy, a po kraju jeździły ruchome wystawy przeciwweneryczne. Wyświetlano również filmy krótkometrażowe ostrzegające przed skutkami lekkomyślnych zachowań seksualnych.
     
          Leczenie chorych miało być całkowicie bezpłatne i przebiegać z wykorzystaniem najnowocześniejszego wówczas środka, czyli penicyliny.
     
           Wyjątkowa jak na tamte czasy otwartość mówienia o zdrowiu seksualnym, a także zastosowanie najnowocześniejszych antybiotyków zadecydowały, że akcja „W” okazała się sukcesem zarówno w wymiarze medycznym, jak i propagandowym. Nawet Radio Wolna Europa w 1951 roku przyznało, iż akcja ta  to „jedyna skuteczna akcja zdrowotna podjęta przez reżim”.
     
     
    Wybrana literatura:

    A. Dobrowolska - Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL

    K. Kosiński – Prostytucja w PRL
    Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności, red. Marcin Kula
    Obrzeża społeczne komunistycznej Warszawy (1945–1989), red. Patryk Pleskot
    M. Zaremba - Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
     

    Narodziła się nowa świecka tradycja. Mówię o akcji Wielce Czcigodnego Posła Brauna, który wjechał z gaśnicą w sejmową Chanukę. Należy się mu kilka zdań komentarza, chociaż są ważniejsze tematy, np. utrwalenie NEPu w Disneju i awans Filoniego. Ale niech ma:

    Pomijam bulwersację związaną z Tuskiem, któremu zabrał WC Poseł atencję. Z kolei red. Warzecha biadoli, że przykrył mizerię expose Tuska. Mizeria ta nikogo nie interesuje i jest jak bez znaczenia, podobnie jak odpowiedzi na pytania. Niestety jednak nie mieliśmy tu akcji na poziomie intelektualnym: Konfiarze mieli kilka celnych wystąpień, m. i. Tezę postawili, że państwo Izrael nie jest nam przyjazne i zaprzyjaźnione, nie ma tam ambasadora od lat np. Ja zaś postulowałem od dawna, aby otwarcie sformułować program propolski: my jesteśmy Polakami i wg, nas głównym problemem świata jest antypolonizm i polonofobia, zwalczanie ich przejawów winno być głównym celem świata. I to są główne kryteria oceny wszelakich działań, jakie stosujemy. Wszelakich wypowiedzi też.

    Co do samej akcji to nie należy potępiać. Nie należy też chwalić. Chwalenie bądź potępianie wymaga wydatkowania czasu i energii, który można przeznaczyć na coś innego. Dalej: oni nie potępili ataków na kościoły:

    https://www.cda.pl/video/125644113e

    więc my też nie będziemy nic potępiać. Najpierw niech oni się pokajają za lemparciątka np.

    II

    Co jednego cieszy, to drugiego martwi. Już się pojawiła inteligencka histeria, ze co niby świat powie? Wielu Ziemianom się ta akcja podoba, doszły mnie słuchy, że wiążą WC Brauna z poparciem dla Palestyny, Strefy Gazy i wszelakiego Hamasu. Bo wpisał się w światowy trend różnych protestów i działań, o których media milczą. Na Zachodzie palą im synagogi i leją po ryju a u nas nie. Ponieważ tzw Żymianie działają zgodnie z odwróconą logiką, więc tam się nie miotają, tylko u nas. Co jest logiczne bo do kogo będziesz fikał? Do koksa z bejzbolem, który może przywalić, czy do cherlawego inteligencika? Wniosek: pora zacząć chodzić na siłownię.

    III

    Sens głosów antyreligijnych też jest dialektyczny. Np. w obecnej koalicji silne są głosy, żeby krzyż z sejmu zdjąć. Jednocześnie zaś menora może być. I tak trzeba rozumieć wynurzenia lewaków: chodzi o zastąpienie krzyża menorą, czemu przyklaskuje red. Terlikowski i JE kard. Ryś. Podobnie to wygląda jak ze zwrotem »Polacy czegoś tam chcą«. Jest on często używany, również w TVP. Nie wiadomo jednak, ilu Polaków chce. Czy wszyscy? Czy połowa? Czy może trzech? Podobnie rozumieć należy wynurzenia osobników, sprzeciwiających się obecności religii w życiu publicznym, czy nauczaniu religii w szkole. Nie konkretyzują oni, czy wszystkich religii, czy niektórych, a może jednej. Islamiści też sprzeciwiają się obecności religii w życiu publicznym, poza jednym wyjątkiem. A u nas lewaki chcą zastąpić katolicyzm różnymi swoimi kultami, jak kult GLOBCIO. Też mi sensacja. Za czasów ZSRS był kult nauki i predestynacja materialistyczna. Kult jednostki był.

    IV

    Co do zasady to tzw. libki oparte są na kłamstwach, to powyższe o religii jest przykładem. Przypominam inne. I tak:

    2. Rozdawnictwo. Nie są przeciw rozdawnictwu, zależy tylko komu rozdają. Są za rozdawaniem mafii vatowskiej i lewym cysternom z benzyną. Podobnie jeśli kaska zostanie wyprowadzona od nas i pójdzie na rozdawnictwo w Niemczech to jest OK. Super to jest. Rozdawnictwo unijne też jest świetne, jak Balcerowicz mógł być za UE z jej rozdawnictwem? Uwikłani są w paradoksy poważne.

    3. Dalej mamy prywatyzację: tu wychodzą poważne libkowe dysfunkcje intelektualne: firma państwowa to dla nich firma prywatna. Np. Telekomunikacja Polska została sprzedana francuskiej firmie państwowej i dalej była firma państwową, tylko nie państwo nasze było właścicielem a państwo francuskie. Co gorsza: jakbyś im powiedział że przecież mogli zrobić odwrotnie i TP mogłaby przejąć France Telekom, który byłby we Francji prywatny, a u nas państwowy, to się zawieszają. Żaden nie był w stanie sformułować tu opinii. Pomysł że moglibyśmy wykupywać koncerny zachodnie i trzepać kaskę na nich to dla libka myślozbrodnia. A pisiory to zaczęły robić wykorzystując np. Orlen. 

    A na koniec polecam lekturę prof. Konecznego, który mówi, jak jest. Przypominam też usuwanie zniczy z Krakowskiego Przedmieścia, które stwarzały zagrożenie pożarowe w pasie drogowym. A tu mamy pas sejmowy. I pewne tabu zostało złamane. 

    Tu zaś pewien opis sytuacji, który się przyda po latach:

    https://nczas.info/2023/12/13/braun-odpalil-gasnice-internauci-tworza-memy-galeria/

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  2
    Po 1945 roku podjęto próbę likwidacji prostytucji w Polsce.
     
        W okresie II Rzeczypospolitej w stosunku do prostytucji obowiązywał system neoreglamentacyjny, zgodnie z którym prostytucja nie była uważana za przestępstwo, ale ze względu na zagrożenie epidemiologiczne musiała być poddawana kontroli.
     
         W przeciwieństwie do obowiązującego wcześniej systemu reglamentacyjnego nadzór nad tymi osobami został przekazany urzędnikom i lekarzom (a nie policjantom).
     
        Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej  w 1939 roku odnotowano znaczny wzrost popytu na usługi seksualne ze strony stacjonujących w polskich miastach żołnierzy Wehrmachtu. W rezultacie rozwijała się przede wszystkim prostytucja nierejestrowana.
     
        Jakkolwiek od początku okupacji obowiązywał oficjalny zakaz intymnych kontaktów między Polkami a Niemcami to nie  obejmował on prostytucji w oficjalnych domach publicznych, gdyż według władz okupacyjnych kontakty takie nie groziły fraternizacją między Polkami a Niemcami.
     
        W społeczeństwie polskim większość intymnych relacji z okupantami była traktowana jak prostytucja oraz zdrada narodowa.
     
        Początkowo po  wojnie kontynuowano system neoreglamentacyjny, chętnie korzystając z wiedzy przedwojennych lekarzy i ekspertów od zwalczania chorób wenerycznych.
     
        Do przedwojennych doświadczeń  odwoływały się również władze administracyjne. I tak np. w Krakowie na podstawie przedwojennego rozporządzenia Ministra Zdrowia Publicznego działała wówczas Komisja Sanitarno-Obyczajowa, której  głównym zadaniem było „stwierdzenie uprawiania zawodowego nierządu i przeznaczanie tych kobiet do stałej kontroli lekarskiej”.
     
         We wrześniu 1946 roku, komendant główny Milicji Obywatelskiej wydał instrukcję, zgodnie z którą  główny ciężar walki z prostytucją spoczął na komendach miejskich MO ( w ramach Sekcji IV ‒ do spraw walki z nierządem i przestępczością małoletnich). Oprócz obowiązków związanych ze zwalczaniem sutenerstwa i „handlu żywym towarem” zadaniem sekcji było również wykrywanie „domów schadzek” oraz „nadzór nad osobami uprawiającymi nierząd lub podejrzanymi o to, prowadzenie albumu fotograficznego i ewidencji szczegółowej prostytutek z terenu miasta”. W zakresie ochrony „moralności publicznej” Sekcja IV miała zajmować się też ściganiem osób rozpowszechniających materiały pornograficzne oraz zarażających innych chorobami wenerycznym.
     
         Jednym z symboli dyskusji na temat prostytucji  była „gruzinka”, czyli kobieta uprawiająca prostytucję na gruzach zniszczonych przez wojnę miast.
     
         Jednocześnie rozpoczęto próby opracowania nowego systemu kontroli prostytucji, który odpowiadałby wymogom ideologicznym ustroju komunistycznego.
     
         Większość urzędników Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej zgodnie z wymogami ideologii, postrzegała problemy społeczne jako pole walki o nową, komunistyczną Polskę.
     
         „Prostytucja jest uzupełnieniem systemu kapitalistycznego i stoi na straży moralności burżuazyjnej, - pisała Maria Jakubowicz - która jednocześnie broni cnoty swoich córek i jednocześnie usprawnia i organizuje najohydniejsze poniżenie dziewcząt proletariatu przez zakładanie domów publicznych, czy wydawania czarnych książeczek. […] Społeczeństwo nasze toleruje jeszcze i uznaje prostytucję, uważa ją za coś bodajże pożytecznego. Wiemy, że przemiany ideologiczne nie następują̨ tak prędko, nie nadążają za przemianami gospodarczymi, chociaż są od nich ściśle uzależnione. W Polsce Ludowej panuje jeszcze, szczególnie na tym odcinku, pruderia, hipokryzja i „podwójna moralność” mieszczańska. Prostytucja jest dotychczas również̇ tolerowana przez czynniki państwowe, przeważnie, pomijana i zapominana przez czynniki społeczne”.
     
        Według działaczek Ligi Kobiet wśród przyczyn prostytucji znajdowały się „bezrobocie, ciężkie warunki materialne i zależność gospodarcza kobiety”. W związku z tym zarząd główny Ligi podjął się zorganizowania specjalnej Komisji do Walki z Nierządem.
     
         Z jednej strony obiecywano prostytutkom pomoc w znalezieniu innej pracy z drugiej grożono sankcjami.  „Chodzi bowiem przede wszystkim o te dziewczęta i młode kobiety, które nie posiadają żadnego innego fachu i nie mając – wg. swej opinii – żadnych możliwości utrzymania, wybrały jako zło ostateczne – prostytucję. Prostytutki bowiem starsze, te które uprawiają swój proceder od lat, które unikają skwapliwie, mimo ofiarowanych im okazji, jakichkolwiek zmian życiowych – wykraczają już poza problem społeczny. Tymi kobietami musi się zająć nie tylko opieka społeczna, ale i medycyna, mająca na swe usługi terapię pracy przymusowej”.
     
         „Terapia pracy przymusowej” stosowana była przez komunistów w stosunku do przeciwników politycznych.  Jak widać, w obozach pracy miały być umieszczane również „uporczywe prostytutki”.
     
         W odpowiedzi na te postulaty Komendant Główny MO wydał 15 października 1948 roku rozkaz,  w którym uznał, iż prostytucja „ stanowi jedną z szczególnie wstrętnych form wyzysku człowieka przez człowieka i jest on pozostałością ginącego ustroju kapitalistycznego. […] W państwach kapitalistycznych prostytucja jest tolerowana, a nawet popierana przez czynniki rządzące poprzez system domów publicznych, „czarnych książeczek” i kontroli sanitarnej (t.zw. system reglamentacji i neoreglamentacji)”.
     
         Przyczyn występowania prostytucji w powojennej Polsce upatrywano w „spuściźnie stosunków sanacyjno-kapitalistycznych” oraz w wojennej dezorganizacji życia, a także w „nawykach podwójnej moralności burżuazyjnej”.
     
         Główną drogę walki z prostytucją widziano w likwidowaniu bezrobocia i działaniach na rzecz realnego równouprawnienia. Miały obejmować profilaktykę (przede wszystkim wobec dziewcząt i kobiet samotnych), resocjalizację kobiet „trudniących się nierządem”, a także surowe karanie przestępstw tak zwanego nierządu karalnego (sutenerstwa, kuplerstwa, prostytucji homoseksualnej, handlu „żywym towarem”, rozpowszechniania pornografii).
     
        W ramach walki z  prostytucją milicjanci mieli  prowadzić tajną ewidencję oraz album fotograficzny, a osoby te traktować jak „element podejrzany” i kierować je do instytucji opiekuńczych lub zakładów pracy przymusowej. Milicjanci byli także  odpowiedzialni za doprowadzanie do odpowiednich przychodni osób podejrzewanych o to, że są zarażone chorobami wenerycznymi.
     
          Tak więc rok 1948 przyniósł zerwanie z międzywojenną neoreglamentacją. Decyzję tę należy wiązać z przyspieszeniem procesu zmian komunistycznych w Polsce, którego elementem było  przystąpienie  do kolektywizacji rolnictwa na wzór sowiecki, likwidacja sektora prywatnego w gospodarce oraz  kongres zjednoczeniowy Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej, w którego wyniku powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
     
    CDN.
    5
    5 (2)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    jednakże zachowały się pojedyncze wzmianki o tym, że prostytutki były wykorzystywane przez AK jako informatorki. Pisał o tym Kazimierz Leski, wspominając o pewnym lokalu, w którym zwerbowane przez AK panie lekkich obyczajów rozpoznawały swoich niemieckich klientów.
    O lokalu "Siódme niebo" wspominał szwajcarski pamiętnikarz Franz Blättler: Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji lekarskiej. Podejrzewał on, że lokal był prowadzony przez podziemie.
    Wszystko to są drobne przyczynki, ale jakoś "historyczki gienderowe" tego tematu nie chcą dotknąć, a aż się prosi.
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Nie dotykają, bo organizatorami tych lokali byli mężczyźni, którzy wykorzystywali "słabe" kobiety.

    Co innego gdyby "panie" oddawały się bezinteresownie "miłym niemieckim dzentelmenom".

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W obliczu powszechnego niedoboru przedmiotów stanowiących wyposażenie mieszkania furorę robiły przedmioty i meble wytwarzane własnym sumptem.
     
          Radami w tym zakresie od pierwszych numerów służyło ukazujące się już od 1946 roku czasopismo dla kobiet „Moda i Życie Praktyczne”.
     
         W marcu 1946 roku jeden z autorów pisał: „Dziś, gdy urządzamy się przeważnie na nowo w „rozszabrowanych” pustych mieszkaniach, gdy brak nam rzeczy, a na wiele drobiazgów, które by upiększyły nasz dom, nas nie stać, możemy, dysponując odrobiną czasu i pomysłowości, zrobić własnoręcznie szereg przedmiotów, po prostu z różnych niepotrzebnych skrawków drzewa, drutu, papieru, szkła, szmatek itp.”
     
         Jednym z takich przedmiotów była np. lampka z butelki po piwie, sznurka i kawałków materiału.
     
         Ówczesna praca pełna była porad dotyczących powtórnego użycie z pozoru niepotrzebnych odpadów. „Moda i Życie Praktyczne” pisała o „skarbach w śmietniku” i radziła czytelniczkom, by wyrabiały dywaniki ze szmat, związane w pęczek płócienne ścinki wykorzystywały jako zmywaki do naczyń, a puszki po darach z UNRRA – jako pojemniki.
     
        W tym czasie zaczęły się także pojawiać propozycje mebli wielofunkcyjnych, idealnych „do naszych powojennych mieszkań, rozpaczliwie przeważnie ciasnych”. Takie sprzęty również można zrobić samodzielnie: tapczan-biblioteczkę z półką na drobiazgi i szafką nocną buduje się z ośmiu poduszek, a pomysłową „robinsonowską toaletkę” – ze zwykłej skrzynki i małego lustra „dowcipnie” oprawionego w ramkę za pomocą sznurków, tak że imituje „prawdziwe lustro toaletowe”.
     
         Na wystawie „Najmniejsze mieszkanie” zorganizowanej w 1947 roku w XI Kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, oprócz przemysłowo i rzemieślniczo wykonywanych mebli, między innymi spółdzielni Ład czy Arkady, pokazywano też sprzęty, które dało się zrobić samodzielnie. „Z wiązki odpowiednio przyciętych i oheblowanych desek i łat można przy odrobinie zmysłu majsterskiego według instrukcyjnych rysunków samemu złożyć najprościej pomyślane, lecz nie mniej użyteczne, i przy odpowiednim wykończeniu, przyjemne meble” – zapewniał magazyn wydawany przez WSM.
     
        Własnoręcznie wykonane meble miały być także remedium na panującą drożyznę. „Moda i Życie Praktyczne” radziła swoim czytelniczkom, iż  „nim znajdą się fundusze na „prawdziwe meble”, można tymczasem sprawić sobie „zastępcze”. „Jakie? Prawdziwe „arcydziełka”: pomysłowe, tanie i praktyczne można stworzyć ze skrzyń, pak, dykty i płótna. Tapczan – z paru skrzyń o jednakowym wymiarze, z materacami wypchanymi słomą lub sianem, nakryty w braku narzuty – matą ze słomy […]. Z pak można sporządzić wygodne kredensy, szafy, biurka, półki i taborety. Farba, płótno, w ostateczności papier pomogą dokończyć dzieła”.
     
        „Moda i Życie Praktyczne” przychodziła także z pomocą w zagospodarowaniu mieszkania dzielonego przez kilka rodzin.  „W naszych ciężkich warunkach mieszkaniowych głowimy się często nad możliwościami takiej »parcelacji« większego pokoju, by uzyskać z niego – dwa oddzielne. Najpomysłowszym nawet przemeblowaniem nie osiągniemy jednak pożądanej izolacji. Trudny ten problemat możemy rozwiązać jedynie przy pomocy przepierzenia z dykty (…). Dzięki podzieleniu pokoju na dwa mniejsze uzyskiwano pokój mieszkalny z tapczanem, toaletką, szafą na ubrania i… „świetnie zamaskowaną uniwersalną szafką gospodarską”, odgrywającą rolę w pełni funkcjonalnej kuchni, w której można było gotować na gazie lub maszynce elektrycznej, zmywać, przygotowywać posiłki oraz przechowywać żywność i naczynia. Drugi wygospodarowany dzięki przepierzeniu pokój, także wyposażony w tapczan, mógł być przeznaczony do pracy i życia towarzyskiego”.
     
         Magazyn dla kobiet dbał także o standardy cywilizacyjne, przypominając o podstawowych zasadach higieny: „Pamiętajmy też, by był zawsze papier toaletowy. Wydatek ten nie zaważy zbytnio na naszym budżecie domowym, a unikniemy możliwości infekcji”.
     
        W artykule poświęconym łazienkom, przypominano o konieczności zachowania czystości wanien, umywalek i sedesów. Niestety w wielu mieszkaniach  „wanny wyglądają nieraz bardzo niezachęcająco. W latach wojny, w obawie nalotów i związanej z tym możliwości uszkodzenia wodociągów, służyły one jako zbiornik wody, która później, po wygnaniu ludności z Warszawy, pozostawiła ślady w postaci trudnej do usunięcia przez zwykłe szorowanie smugi”.
     
         W przypadku braku łazienki, zaznaczano, iż „umywalnia stojąca w pokoju jest naprawdę ostatecznością, lepiej zatem przeznaczyć na ten cel jeden kąt w kuchni, odgradzając go z dwóch stron pod kątem prostym zasłoną z barwnego kretonu, zawieszoną na drewnianej lub metalowej ramie przymocowanej do ściany”.
     
         Pismo proponowało także ukwiecenie okien i balkonów: „To tak miło mieć pod ręką jak gdyby własny maleńki ogródek, grający żywymi barwami kwiatów, zasianych i wyhodowanych własnymi rękoma. […] Ale domy nasze przeważnie są zrujnowane. Rzadko gdzie utrzymały się dawne skrzynki. Jeśli ich nie ma i sprawiamy nowe, zróbmy je ze zwykłych skrzyń drewnianych, bo gliniane i metalowe zbyt łatwo zarówno rozgrzewają się, jak stygną”.
     
        Meble miały być więc tanie, lekkie, uniwersalne i – przede wszystkim – miały się mieścić w małych przestrzeniach. Na II Wystawie Przemysłu Artystycznego zorganizowanej w 1947 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie architekt Czesław Wielhorski zaprezentował kompletne urządzenie pokoju o powierzchni pięciu metrów kwadratowych, w którym zmieścił tapczan, fotel, szafę z rozkładanym blatem, krzesło i stolik.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Szydłowska – Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u
    M. Zaremba - Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzy
    M. Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój
    A. Zborowska - Życie rzeczy w powojennej Polsce
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Szaber wyposażenia zrujnowanych mieszkań stał się powszechny zjawiskiem w powojennej Warszawie.
     
         Po zajęciu prawobrzeżnej części Warszawy przez Sowietów wiele domów i mieszkań zostało okradzionych przez szabrowników. Przede wszystkim w  willowej Saskiej Kępie było co kraść.  „Od strychów do piwnic w każdym domu splądrowano i wyszabrowano każdy kąt. Wyniesiono i wywieziono wszystko, co się dało. Poznikały z mieszkań nie tylko walizki, pościel, zapasy odzieży i żywności, ale nawet drzwi i okna wraz z framugami, i to… przeważnie na opał, szafy, tapczany, pianina, a nawet fortepiany”.
     
          Niemal natychmiast po wyparciu Niemców z Warszawy w styczniu 1945 roku do jej lewobrzeżnej części wkroczyły zastępy woźniców z furmankami, na które ładowali garnki, nakrycia, meble, pościel. Na początek szabrownikami byli mieszkańcy podwarszawskich wsi po lewej stronie Wisły. W „Życiu Warszawy” napisano: „w opustoszałych domach grasują już, jak spod ziemi wyrosłe, rzesze rabusiów. Rabują wszystko: ubrania, pościel, nakrycia, garnki, nawet meble wywożą na wózkach ręcznych i furmankach przybyłych nie wiadomo skąd”.
     
          Wkrótce dołączyli do nich mieszkańcy Pragi, którzy przechodzili po zamarzniętej Wiśle. Już 19 stycznia komendant wojskowy miasta wydał zakaz przebywania po lewobrzeżnej stronie miasta, grożąc sądem polowym. Na niewiele to się zdało. Milicja była bezradna, a często sama korzystała z okazji, by się obłowić.
     
          Udział w procederze szabru – bezpośredni lub pośredni, gdy dostawało się bądź za bezcen kupowało wyniesione z czyjegoś domu rzeczy – stał się zjawiskiem powszechnym. Jego przyczyną była powojenna powszechna bieda.
     
          Szaber nazywany „odzyskiwaniem materiałów” stał się także oficjalną praktyką instytucji odpowiedzialnych za usuwanie powojennych zniszczeń i odbudowę. Wiosną 1945 roku Społeczne Przedsiębiorstwo Budowlane, główny wykonawca  robót zlecanych przez Biuro Odbudowy Stolicy, uruchomiło w ośmiu punktach miasta specjalne składnice, do których trafiały materiały odzyskane ze zburzonych mieszkań. Magazyny wypełnione  zostały setkami umywalek, wanien, sedesów, grzejników, piecyków, kuchenek, kafli i pustaków. Złom wysyłano na przetop do śląskich hut, a materiały budowlane i sanitarne odzyskiwano dla odbudowywanych mieszkań. Nic więc dziwnego, że złośliwi mówili, że skrót SPB pochodzi od „szabruj, póki bałagan”.
     
          20 stycznia 1945 roku  „Życie Warszawy” pisało, iż  „z przykrością i wstrętem stwierdzić musimy fakt, że w tych wielkich chwilach, jakie obecnie przeżywamy, znajdują się jednostki, które korzystając z ogólnego zamieszania, dokonują rabunku opuszczonego mienia, włamują się do pustych mieszkań, kradną resztki ocalałych mebli, pościeli, odzieży”.
     
          Pięć dni później redakcja opisywała dramatyczne sceny chaosu, w którym dobytek traciła warszawianka: „W mieście rozbiegają się wszyscy w różnych kierunkach. […] Gdzieś u zbiegu ulic stoi wóz naładowany rzeczami, złocone meble, antyki, szafy i pianino Fiolgiera […]. Gdzieś w gruzach zniszczonego domu grzebie zapłakana kobieta. Jeszcze wczoraj były w piwnicy niektóre jej rzeczy. Dziś nie zastała już nic. Tylko dwie puste walizki walają się wśród cegieł i rumowisk”.
     
          Szaber był nie tylko działalnością detaliczną, nastawioną na zaspokojenie własnych potrzeb, lecz często także sposobem zarobkowania. Warszawianka Maria Ratuszyńska wspominała: „W handlu ulicznym znajdowały się wszystkie rzeczy potrzebne człowiekowi zarówno do ubrania, jak i urządzenia mieszkania. Wszystko wtedy można było kupić: kosztowne futra, piękną garderobę, luksusową bieliznę i stare, nic niewarte ciuchy. Kryształy i antyczną porcelanę (rozkosz dla znawców) oraz bezwartościowe skorupy. Perskie dywany i firanki z przejrzystych pięknych koronek obok obrzydliwej tandety. Trudno nawet silić się na wyszczególnienie wszelkich towarów”.
     
          Z kolei Jan Tereszczenko pisał: „Mama, polegając na oku znawcy, skupowała tam [na targowisku przy Poznańskiej w Warszawie] za cenę gałgana pod drzwi przeróżne perskie dywany albo za cenę kuchennych szkarłupni saską porcelanę”.
     
         Przydawał się także refleks, ponieważ eldorado luksusowych dóbr z drugiej ręki nie trwało długo -  podaż towarów z szabru prędko się kończyła. Można przypuszczać, że przedmioty pozostawały w następnych latach w dalszym obrocie, często za pośrednictwem „uspołecznionej” sieci sklepów Desa.
     
          Przedmioty mogły „przechodzić” z mieszkania do mieszkania, nie opuszczając jednej kamienicy. Cień podejrzeń często padał na najbliższych sąsiadów, którzy wrócili wcześniej i – jak przypuszczano – przywłaszczyli sobie cudze meble i sprzęty.
     
         Niekiedy w celu weryfikacji podejrzeń, organizowano się, szukano sprawiedliwości na własną rękę: „Każdy ma prawo obejść wszystkie mieszkania w poszukiwaniu własnych rozwleczonych rzeczy. Nikt się nie uchyla od pokazania tego, co znajduje się w jego posiadaniu. Dzięki temu odnalazłyśmy krzesełka z mojego pokoju, dół od tapczanu i niedobitki obiadowego serwisu”.
     
          Mieszkańcy okradzionych mieszkań najczęściej zwracali się o pomoc do komitetów blokowych.  „Ci, co najpierw wracali z pracy do domu, „pożyczali” sobie, co się tylko dało, od tych, co przychodzili później. – wspominał Jan Garwacki z takiego komitetu - Cóż było zrobić. Zwołaliśmy wszystkich lokatorów i zaczynamy przegląd. Niedługo trwało, jak jedna z lokatorek poznała u drugiej swoją patelnię. W innych mieszkaniach poznawano swoje podarte chodniki, podniszczone krzesełka itp. Było trochę kłótni, ale jakoś sobie pozwracali te rzeczy i zapanował spokój”. Zapewne do kolejnej kradzieży.
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Życie w powojennej zrujnowanej Warszawie było koszmarem dla niej mieszkańców.
     
         Wielu warszawiaków jeszcze długo po wojnie zamieszkiwało ruiny. Nazywano ich „jaskiniowcami”.
     
         „Ruiny. – mówił lektor w filmie „Warszawa 1956” -  Bawią się w nich dzieci, kobieta wspina się po prowizorycznej konstrukcji w zniszczonej kamienicy. Widzimy drewnianą antresolę, lampę naftową, robactwo. Chłopiec leży z nogą w gipsie po tym, jak runął w przepaść. Cudem przeżył. Małe dziecko matka przywiązuje sznurkiem do łóżka. Ono jednak oswobadza się z więzów i chwiejnym krokiem wychodzi z mieszkania, za nim ciągnie się sznurek. Powoli zbliża się do przepaści, zewsząd sterczą resztki zbrojeń i kawałki murów. Nagle dziecko zaczyna biec za gołębiem, tragedia jest tuż-tuż, w ostatniej chwili sznur więźnie pomiędzy rozrzuconymi deskami, dziecko jest uratowane. Tym razem”.
     
         Z kolei  korespondent „Daily Herald” donosił w grudniu 1945 roku donosił: „Ludzie żyją w ruinach Warszawy po 10 osób w jednym pokoju. Wodę, być może zakażoną, przynosi się kubłami. Oświetlenie stanowi świeczka. Nie wszędzie znajdują się piece. Wiele mieszkań mieści się w suterenach i w piwnicach. Ludzie śpią po kilka osób na jednym łóżku, inni na stołach lub pod stołami”.
     
        W 1947 roku, między entuzjastycznymi relacjami z kolejnych sukcesów odbudowy, „Stolica” przypomniała, że wciąż wiele osób mieszka w prowizorycznych schronieniach. „Mieszkania wprost fantastyczne” – to określenie ociekających wilgocią dawnych jednokondygnacyjnych sklepów ocalałych w okolicach Rynku, w których ulokowało się około dwudziestu rodzin.
     
         Tygodnik opisał także „mieszkania niesamowite, upiorne”, w tym znajdujące się na trzecim piętrze lokum „znanego literata” – jedyne cudem ocalałe w doszczętnie zburzonej kamienicy. Schody zastąpiono deskami lub drabinami, po których dało się wejść, lecz zejście wymagało akrobatycznych zdolności.
     
        W takich warunkach mieszkała także Krystyna Artyniewicz, autorka bajek dla dzieci, którą odwiedził Jerzy Putrament.  „Cały dom był stosem cegieł, z wybuchu ocalała tylko klatka schodowa. Artyniewicz dokonała dosyć istotnych przeróbek, odcięła jakąś ścianką […] podest schodów na połowie pierwszego piętra. Powstała klita mała, ale wysoka. W tej klitce zrobiła coś w rodzaju antresoli, na którą się właziło po drabinie. Na tej antresoli stał tapczan. Dwa tapczany na parterze. W tych warunkach mieszkała wraz z synem i siostrzeńcem-sierotą […]. Była pogodna, nawet dumna ze swej przemyślności”.
     
         W podobnym warunkach mieszkali studenci warszawskich szkół wyższych.  I tak np. w studenci  Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego „nocowali w budynku uczelni: na stołach, na podłodze w sali wykładowej (studentki, które boją się myszy, kładą się w środku grupki koleżanek), a nawet na szafie, gdzie postawiono prawdziwe drewniane łóżko. Jego właściciel schodzi stamtąd, stając na barkach kolegi”.
     
        Tak koszmarne warunki zmuszały  bardziej przedsiębiorczych mieszkańców do brania spraw w swoje ręce i stawiania „dzikich domków” na terenach działkowych na  ówczesnych obrzeżach Warszawy. W celu wygrania z urzędnikami ludzie  stawiali taki domek w tempie godnym najlepszych przodowników pracy. Zaczynano w sobotę po południu, w poniedziałek rano domek stał gotowy, a wtedy nie dało się go już zlikwidować – urzędnikom pozostawało usankcjonować stan rzeczywisty i nałożyć niewysoką karę za samowolkę budowlaną.
     
        Niektóre takie domy , wybudowane na własny użytek przez fachowców, murarzy i cieśli, miały wszelkie wygody i – według mieszkańców – standardem biły na głowę budowane przez państwo mieszkania w blokach.
     
        W zrujnowanej Warszawie nie było jak się umyć, potrzeby fizjologiczne załatwiano wśród gruzów, śmieci wyrzucano na ulice lub zakopywano, a ruiny długo ukrywały zwłoki ludzi i zwierząt. Ocalałe starsze budynki były zagrzybione, a szczury grasowały nawet w ciągu dnia. Sytuację higieniczną pogarszały też zniszczenie systemów wodociągowych i kanalizacyjnych.
     
               Przewidując problemy mieszkaniowe już 7 września 1944 roku komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret o komisjach mieszkaniowych, który wprowadzał pojęcie przydziału „na każdego mieszkańca przestrzeni mieszkalnej, odpowiedniej do jego zawodu, stanu zdrowia i stanu rodzinnego”.
     
               Na mocy tego aktu gminy zyskały prawo dokwaterowywania lokatorów do mieszkań „niedoludnionych” oraz regulowania sposobu zajmowania pomieszczeń mieszkalnych. Przewidziano także przebudowę większych mieszkań na mniejsze, pozbawiono właścicieli budynków swobody dysponowania lokalami, zniesiono wolny najem i wprowadzono zasadę przydziału powierzchni mieszkalnej zależnie od norm kwaterunkowych.
     
         Do dziś zachowało się mnóstwo mieszkań, które wyodrębniono na mocy tego dekretu. Kilkupokojowe przedwojenne mieszkania dzielono na kilka mieszkań. Zwykle na jeden pokój przypadała jedna rodzina. Kuchnie i łazienki były wspólne – karierę zrobiło słowo „używalność”, mówiło się na przykład o „pokoju z używalnością kuchni”.
     
          Niekiedy mieszkanie dzielono nie zważając na funkcje pomieszczeń: ktoś dostał łazienkę, ktoś inny kuchnię.
     
          Przy tej okazji komuniści realizowali nową wizję społeczeństwa polegającą na zdegradowaniu „przebrzmiałych klas” - burżuazji i arystokracji.
     
          Siłowe przejmowanie mieszkań przez nową władzę stanowiło powszechną praktykę: oficerowie Wojska Polskiego, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i milicjanci wysyłali podwładnych, by wyrzucali mieszkańców upatrzonych przez siebie mieszkań na bruk.
     
          Życie po wojnie oznaczało konieczność zmierzenia się z kwaterunkiem.  Na początku – wspomina pani Elżbieta – my wchodziliśmy głównym wejściem, oni wejściem dla służby. To była jedna rodzina, matka z córkami. Zajęły służbówkę z oknem, jasną kuchnię, przedpokoik i olbrzymi pokój. My zajmowaliśmy dwa dalsze pokoje: jeden rodzice, drugi ja z bratem. Nasze części oddzielało przepierzenie z dykty. Na końcu była łazienka. Tak więc one miały kuchnię, my łazienkę. Najpierw gotowaliśmy w naszym pokoju, na „kozie”. Potem, jak doprowadzili gaz, ojciec przerobił łazienkę i wstawił do niej kuchenkę. (…) Siedząc na sedesie, mogłam w garnku mieszać…”.
     
           Osobliwe towarzystwo zastał w swoim praskim mieszkaniu Kazimierz Piechotka:  „W moim mieszkaniu (…) w jednym pokoju mieszkała Zuzia Haake, córka sąsiadów, pod których opieką, wychodząc do powstania, zostawiłem mieszkanie i psa, w drugim ruski major z żoną i córką, a w kuchni – uzbrojony w karabin ordynans. W maleńkiej łazience wanna była wypełniona węglem, na nim leżały worki ze zdobyczną wełną, a na wierzchu kilka nieczynnych aparatów radiowych w drewnianej oprawie. Do mycia służyła wszystkim duża, emaliowana miednica, ustawiona na środku kuchni na taborecie. Wodę grzało się w wielkim garnku na blasze węglowego kaflowego pieca z fajerkami
     
          Wanda Daszkowska w „Modzie i Życiu” przekonywała, że odpowiednie zaaranżowanie przestrzeni może zapobiec konfliktom: „We wspólnej kuchni terenem burzliwych „zderzeń” może być zarówno jedyny stół kuchenny, jak i jedyny schowek czy spiżarka służąca do przechowywania naczyń kuchennych, zapasów żywnościowych itp. Atmosferze „bojowej” towarzyszy jednak zwykle (o dziwo!) zupełny brak inicjatywy, aby jakoś lepiej i wygodniej urządzić kuchnię. A przecież problem „wspólnej kuchni” jest możliwy do rozwiązania. Postarajmy się tylko zracjonalizować urządzenie naszej kuchni, a przekonamy się, że konieczność wspólnego z niej korzystania przestanie być powodem denerwujących nieporozumień”.
     
         Rady radami, a życie w ciasnocie rządziło się innymi prawami.
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ruch przodowników miał być jednym z filarów, na których opierał się PRL.  Budził on jednak wiele kontrowersji i sprzeciw znacznej części robotników.
     

         Wyraziste postacie ludzi pracy w jakimś sensie miały uwiarygodniać system, który podjął się zadania przebudowy Polski i Polaków na modłę sowiecką. Mia być filarem, ale nie był. Pod warstwą propagandowego pudru bowiem kryły się zwyczajne ludzkie przywary, które w sprzyjających warunkach zaczynały stanowić problem.
     

        Współzawodnictwo było bardzo podatne na różnego rodzaju przestępstwa gospodarcze – zawyżanie wyników, malwersacje finansowe, defraudacje. Ulegali temu nawet ci, którzy mieli być przykładem dla innych.
     

        W 1952 roku w Łodzi wybuchła  afera murarska. Toczyła się tam sprawa przeciwko Marianowi Korytowskiemu podejrzanemu o sfałszowanie wyników pracy Wacława Lesiewicza – murarskiego rekordzisty Polski.
     

        Urodzony w 1920 roku Korytowski walczył w powstaniu warszawskim, w szeregach Armii Krajowej. Dosłużył się stopnia podporucznika, a za wojenne dokonania otrzymał liczne odznaczenia. Po wojnie podjął pracę w łódzkim Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym, gdzie pracował ww. Leśkiewicz.
     

        Jednak w środowisku łódzkich budowlańców rewelacyjny wynik Leśkiewicza szybko zaczął budzić podejrzenia. Sprawą zainteresowali się ubecy. W trakcie przesłuchania jeden ze świadków zeznał, iż  usłyszał od Korytowskiego, że: „robiono kanty, ale mądrze”.
     

        Z zeznań innych wynikało jednoznacznie, że pobicie rekordu Polski Wacław Lesiewicz zawdzięczał tylko i wyłącznie fałszerstwom.
     

        Ciekawe, że wśród świadków zeznających w tej sprawie nie było Lesiewicza, choć to przecież jego wynik sfałszowano, czyli po prostu zawyżono, i to tak bardzo, że przodownik dostał za to nagrodę.
     

        Ostatecznie  UB uznało jednak sprawę za przedawnioną, choć wszystko działo się zaledwie parę lat wcześniej. W uzasadnieniu napisano, iż  „postanowiono śledztwo zaniechać z uwagi na niecelowość”.
     

        Na wysokim szczeblu zadecydowano zapewne, iż  upublicznienie tej sprawy mogło rzucić cień nie tylko na konkretnego rekordzistę, ale w pewnym sensie, na cały ruch przodownictwa.
     

        Lesiewicz zniknął jednak z prasy.
     

       Rekordy, nagrody i prasowy poklask to tylko część zagadnienia nazwanego przodownictwem pracy. Była też inna, mniej oficjalna i mniej przyjemna – w każdym razie dla przodowników. Gazety o tym nie wspominały. Było jednak wiadomo, że przodownicy pracy z roku na rok stykali się z coraz większą ludzką niechęcią.  Ludzie tracili cierpliwość. Praca była ciężka, zarobki nędzne, a agitacja trudna do zniesienia.
     

        Reakcje władz na okazywaną przodownikom niechęć były przesadzone. Na przykład gdy niejaki Jan Fruzyński nazwał publicznie przodowników „wariatami”, natychmiast zainteresowała się nim bezpieka.  Na szczęście udało się mu jakoś wywinąć. Mniej szczęścia miał Wilhelm Gałęziowski elektryk w kopalni „Ludwik” w Zabrzu, który w 1951 roku w czasie kłótni z  przodownikiem pracy Leonem Kowolikiem nazwał go „wyścigową świnią”.
     
     
        Kowolik był wyróżniającym się górnikiem kopalni „Ludwik”. W grudniowym numerze „Górnika” z 1950 roku ukazał się o nim duży  artykuł, w którym pochwalił się, że wykonał ponad 280 procent normy. Przywołując rekordy Kowolika próbowano uzasadnić  słuszność wprowadzenia nowych, czyli wyższych, norm w górnictwie.
     
     
       W 1952 roku został odznaczonym orderem Sztandar Pracy II klasy , miał także  dwa Brązowe Krzyże Zasługi oraz  złotą i srebrną odznakę „Przodownik Pracy”.


         Dwa lata później  Gałęziowski w czasie scysji z żołnierzem wykrzyczał, iż  „Wojsko Polskie i demokracja są faszystowskie”.
     
     
          Tego bezpieka nie mogła już darować i sporządziła przeciwko niemu akt oskarżenia, obwiniając go o obrazę znanego przodownika pracy i krytykę obowiązującego systemu politycznego. Na mocy wyroku sądu został skazany na karę roku pozbawienia wolności.
     
     
               Czasami, kiedy nie można było dopaść górnika przodownika, atakowano jego wizerunek. Tak właśnie było 18 października 1952 roku, kiedy to Zygmunt Zielonka rozbił gablotkę i zabrał zdjęcie  Franciszka Szindlera – przodownika pracy z kopalni „Bolesław Śmiały”. Po przesłuchaniu odniósł zabrany portret i zobowiązał się też do pokrycia kosztów naprawy gablotki.
     
     
             29 sierpnia 1955 roku do portierni kopalni „Stalin” listonosz przyniósł kopertę bez znaczka zaadresowaną do przodownika pracy Józefa Szulca. W środku znajdował się list z ostrzeżeniem za „ wysługiwanie się reżimowi warszawsko-sowieckiemu i działanie na szkodę narodu polskiego. Wydajna praca – to pomoc Sowietom w ograbianiu naszej Ojczyzny, to rabunek bogactw naszego kraju. Tytuł tzw. „przodownika pracy” – to tytuł zdrajcy narodu, szkodnika polskiego społeczeństwa” Ostrzeżenie podpisał tajemniczy „Gryf” należący do antykomunistycznej organizacji „Krzyż”.
     
     
          List oczywiście trafił do UB, która wszczęła śledztwo, w trakcie którego ustalono, iż podobne ostrzeżenia otrzymało także kilku innych przodowników w Sosnowcu.
     
     
           Bezpieka i współpracująca z nią MO objęły ich ochroną, która polegała na tym, że w czasie, kiedy górnicy szli do pracy i z niej wracali, teren „na całej przestrzeni patrolowały patrole funkcjonariuszy MO w celu zabezpieczenia ich, aby wspomniana organizacja nie zastosowała wobec ich aktu terroru”. Jednocześnie  przydzielono im „dobrych członków partii, którzy (…) mieli na zadaniu obserwowania ich na dole kopalni podczas pracy”.
     

               Ostatecznie ubecy ustalili, iż sprawcą był Ryszard Kozielewski, który służył w armii gen. Andersa, a po powrocie do kraju zatrudnił się jako kierowca. W latach 1951–1953 kierował organizacją przeciwstawiającą się ustrojowi komunistycznemu. W roku 1953 dostał za to wyrok czterech lat więzienia, ale w 1955 roku został zwolniony i znalazł zatrudnienie w kopalni „Stalin”. Wkrótce potem rozpoczął „antyprzodowniczą” działalność, pisząc ww. listy.  Produkował też ulotki, które rozrzucał w jednym z górnośląskich kościołów.
     
     
          W końcu 1955 roku Kozielewski zwerbował do swojej organizacji trzech członków, a kiedy dołączyli inni, zaczął planować działalność na większą skalę. Wyniesione z kopalni materiały wybuchowe zamierzano użyć do niszczenia komunistycznych pomników.
     

               Organizację rozbito na podstawie donosu od konfidenta UB o pseudonimie „Lisek”. Kozielewskiego zatrzymano pod koniec marca 1956 roku.
     
     
          Proces grupy odbił się sporym echem w komunistycznej prasie. Relacjonowała go m.in. „Trybuna Robotnicza”. Mimo, iż Kozielewski wyraził skruchę sąd skazał go na 15 lat więzienia. Pozostali członkowie organizacji otrzymali niższe wyroki.


          W 1962 roku Kozielewski zwrócił się z prośbą do Rady Państwa o przedterminowe zwolnienie, ale została ona odrzucona.
     

         Żartem historii jest fakt, iż najwybitniejsi przodownicy w górnictwie z Pstrowskim na czele doświadczenie zdobywali na kapitalistycznym Zachodzie. To tam nauczyli się nowoczesnych metod pracy w kopalniach, które zastosowali i po powrocie do kraju.  I tak np. Czesław Zieliński zaprojektował siekierę podobną do tej, której używał we Francji. Poza tym we Francji nauczył się dbać o sprzęt, na przykład codziennie ostrzył swoją siekierę.
     
     
          Stosował też specjalne koryta, którymi transportował urobek. Otwory wiercił także metodą, która nauczył się we Francji. Także inni reemigranci francuscy przywieźli ze sobą specjalne siekiery, o ostrzu pochylonym pod nieco innym kątem niż  siekiery stosowane w polskich kopalniach. 
     
     
          W ten sposób efektywne metody z kopalni z krajów kapitalistycznych przyczyniały się do bicia rekordów w kopalniach państwa socjalistycznego.
     
     
          Po 1956 roku coraz ciszej było o przodownikach, sporadycznie wspominano  sławnych przodownikach, trochę częściej pisano o przodujących brygadach, czy  zakładach. Ograniczenie  współzawodnictwa bardzo pozytywnie wpłynęło na  polepszenie bezpieczeństwa pracy w kopalniach.
     

          W 1982 roku zniesiono odznaki przodownika pracy. Idea zmarła,  niedługo potem o przodownikach zapomnieli ludzie.

     
    Wybrana literatura:
     
    A. Janikowski – Trzysta procent socjalizmu. Przodownicy pracy w PRL
    Z. Markocki -  Propagandowe oddziaływanie na rozwój ruchu przodownictwa i współzawodnictwa
    H. Wilk Hubert -  Kto wyrąbie więcej ode mnie?  Współzawodnictwo pracy robotników w Polsce w latach 1947-1955
    H. Makarewicz, W. Pental -  802 procent normy. Pierwsze lata Nowej Huty
    W. Roszkowski - Najnowsza historia Polski 1945–1956
    0
    Brak głosów