blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Zając jest jednym z symboli Wielkanocy.
     
         Nazwa Wielkanocy w wielu językach została zaczerpnięta od słowa „pascha”, jednak w języku angielskim i niemieckim brzmi podobnie – Easter (ang.), Ostern (niem.) – i pochodzi od starogermańskiej bogini wiosny Ostary, w kulturze anglosaskiej znanej jako Eostre.
     
          Eostre, jako bogini wiosny, światła i odrodzenia, była kojarzona głównie z kurczakami i jajami, a jej świętym zwierzęciem był zając. W czasach przedchrześcijańskich zając był często przedstawiany jako towarzysz bóstw, ich posłaniec, a nawet w ich roli.  
     
          Zając jest symbolem Wielkanocy w wielu krajach, zarówno katolickich, jak i protestanckich. W wierzeniach ludowych zając często jest kojarzony z nadchodzącą wiosną i zmartwychwstaniem Jezusa. W kulturze anglosaskiej zając jest również jednym z głównych symboli świąt wielkanocnych.
     
         W Europie Zachodniej zając jest traktowany jako amulet, podobnie jak czarne koty. Zajączki wielkanocne łączą się w pary i są uważane za znak płodności. To dlatego obdarowuje się nimi dzieci podczas śniadania wielkanocnego, podobnie jak prezentami od Świętego Mikołaja w okresie Bożego Narodzenia.
     
         Zając, zwany w śląskiej gwarze hazokiem, także przynosi dzieciom upominki. „Jest uosobieniem tego prezentu, dzieci pytają „Co dostałeś na zajączka?”.  Jest nawet tradycja sporządzania gniazdka z siana dla zajączka, gdzieś w krzewach, tam jest koszyczek, pisanki i upominki, a drogę do niego znaczy się nieraz cukierkami, które rozsypały się zajączkowi z dziurawego worka” – twierdzi Grzegorz Odoj.
     
         Zwyczaj „wielkanocnego zajączka” wziął się najprawdopodobniej z jeszcze jednej legendy – związanej z Ostarą. Głosi ona, że Eostre, chcąc uratować zranionego, znalezionego w śniegu ptaka, zmieniła go w zająca. Zając, który kiedyś był ptakiem, nadal znosił jaja, które następnie malował i składał w darze swojej wybawicielce w dowód wdzięczności. 
     
         Jego pojawienie się w okresie Wielkanocy przypomina o tym, że Chrystus powstał z martwych, jakby uciekając przed śmiercią jak zając. Zajączek jest również symbolem odrodzenia, nadziei i radości, które przynosi Wielkanoc. W wielu kościołach zajączek jest przedstawiany z koszyczkiem z jajami, co nawiązuje do symboliki odrodzenia i nowego życia.
     

    Czytelnikom mojego bloga chciałbym złożyć życzenia Radosnych i Błogosławionych  Świąt Wielkiej Nocy.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Władze komunistyczne starały się zdezawuować religijny charakter Świąt Wielkanocnych
     
          Peerelowskie władze sprowadzając obchodzenie Świąt Wielkanocnych do jedzenia, świadomie „zapominały”, że świąteczne jadło może być symbolem i  nośnikiem „wartości religijnych, narodowych, rodzinnych, wartości związanych z  tradycją i  tożsamością kulturalną”, że malowane jajka są znakiem Zmartwychwstania.
     
          Władze PRL-u władze starały się zatrzeć religijne konotacje nawet w  samym nazewnictwie świąt. W  prasie i  książkach kucharskich jeszcze w  latach 60. Boże Narodzenie najchętniej nazywano „świętami zimowymi”. Na wiosnę Polacy obchodzili oczywiście „święta wiosenne”, bo nazwy „Wielkanoc” władze obawiały się jak diabeł święconej wody.
     
         Pisma kobiece i  książki kucharskie podpowiadały swoim czytelniczkom, jak przygotować „święta wiosenne”. „Przyjaciółka” w  1950 roku zamiast o „śniadaniu wielkanocnym” pisała o  „śniadaniu w  pierwszy dzień świąt”, podsuwając gospodyniom świąteczne przepisy na barszcz czerwony, bigos, galaretkę z  nóżek, jajka do święconego i  mazurek czekoladowy. „Z ciast najlepiej upiec zwykły drożdżowy placek dobrze słodki, z  kruszonką. Jest mniej kosztowny niż babka, łatwiej go przygotować i piec”.
     
         Jako świąteczne mięsiwo „Przyjaciółka” polecała… ozór wołowy peklowany, albowiem „obecnie ozory są na rynku i  nie są drogie”.
     
         Z  okazji świąt wielkanocnych Anno Domini 1983 „Kobieta i  Życie” pisała, że uginające się od potraw stoły to tradycja „już niemodna i  nie na czasie”, a „Życie Warszawy” zapewniało, że „nawet najgorsza kiełbasa nabiera wdzięku, jeśli ją się podaje i zjada z różnymi sosikami i smaczkami np. z majonezem, sosem tatarskim, ćwikłą i  chrzanem”.
     
         W  „Obiadach u  Kowalskich” na pierwszy dzień Wielkanocy proponowano wówczas zimne zakąski, wędlinę lub ryby, barszcz czerwony w  filiżankach, indyczą pieczeń z  farszem rodzynkowym, ziemniaki, smażone borówki i paschę, zapominając o jajkach i żurku z białą kiełbasą. We wznawianej w tych latach „Kuchni polskiej” o jajkach co prawda pamiętano, za to starano się zapomnieć, o  jakie święta chodzi.
     
        To, co najbardziej dziś uderza w świątecznych przepisach z okresu Polski Ludowej, to ciągłe przypominanie o oszczędzaniu i samoograniczeniu, wartościach całkowicie przecież sprzecznych z  samą ideą świątecznego posiłku. W  kwietniu 1960 roku „Kobieta i  Życie” starała się wywołać wyrzuty sumienia u  czytelniczek przygotowujących święta w  myśl zasady „zastaw się, a  postaw się”: „Gnębi cię przecież, że za uskładane na płaszczyk dla Basi pieniądze – kupiłaś szynkę, że zamiast wiosennych pantofli dla siebie – wódkę i coś od wódkę”.
     
         Święta Wielkanocne były też czasem wzmożonej pracy cenzorów. Pilnowali oni aby nie pojawiały się artykuły podkreślające religijny wymiar Wielkanocy. Media miały co najwyżej pisać o przedświątecznym zaopatrzeniu sklepów, myciu okien, malowaniu jajek i obfitym w tych czasach dyngusie.
     
         W 1986 roku w piśmie „Powściągliwość i Praca” wstrzymany został przez cenzurę rysunek autorstwa Juliana Bohdanowicza, przedstawiający wielkanocnego zajączka w otoczeniu pisanek, ponieważ – jak czytamy w decyzji urzędników z Mysiej – „treść rysunku bulwersująca opinię publiczną może wyrządzić poważne szkody interesom PRL. Tym, co miało tak bulwersować opinię, był cień zajączka, czyli tzw. zajączek, znak solidarnościowej Victorii.
     
    Wybrana literatura:
     
    M. Milewska – Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL
    W. Roszkowski – Najnowsza historia Polski
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Po niedzielnym obiedzie mama Łukaszka zebrała całą rodzinę na naradę w kuchni. To znaczy: prawie całą, bo siostra Łukaszka gdzieś wyszła.
    - Słuchajcie - mama Łukaszka położyła dłonie na stole. - Musimy coś zrobić. I nie mówicie mi, że Unia Europejska to tylko dziewięć procent emisji, a USA i Chiny to ponad połowa. To co, mamy stać i czekać aż oni coś zrobią? Nie. I w związku z tym...
    Mama Łukaszka urwała, bo zorientowała się, że wszyscy patrzą gdzieś na coś za nią. Obróciła się. W drzwiach kuchni stała rozpromieniona siostra Łukaszka.
    - Planeta na razie ugaszona! - oznajmiła zadowolona i tanecznym krokiem weszła do kuchni.
    Mama Łukaszka rozlała kompot.
    - Że co? Że jak? - pytał zaskoczony tata Łukaszka.
    - Bardzo prosto - zaśmiała się siostra Łukaszka. - Koleżanka wzięła samochód i pojechałyśmy do centrum handlowego. Jeździmy tam co tydzień od kiedy są wszystkie niedziele pracujące. Tam w jednym sklepie siedzi na kasie taki facet. Startował kiedyś na posła, ale się nie dostał.
    - Niech zgadnę, startował pod hasłem "przywróćmy handel w niedzielę"? - odezwała się babcia Łukaszka.
    - Tak, i przywrócił, może nie do końca tak jak chciał, ale jednak. więc żeby mu nie było smutno to co tydzień go odwiedzamy.
    - Że też was stać - pokręcił głową dziadek Łukaszka. - Zakupy co tydzień. Rozpusta! Znaczy, kiedyś tak było, ale teraz...
    - Ależ my nic nie kupujemy! - pokiwała dłonią siostra. - Tylko chodzimy po sklepie!
    - A co z tą planetą - przypomniał Łukaszek.
    - Ano właśnie. Wsiadłyśmy z koleżanką do auta, odpaliłyśmy silnik i nagle podjechali swoim autem ekolodzy. Poinformowali nas, że nie możemy jechać, bo to za duża emisja CO2 i planeta płonie.
    - I co zrobiłyście? - spytał słabym głosem tata Łukaszka.
    - Dałyśmy im pięć dych i okazało się, że możemy jechać, a planeta już nie płonie - i siostra Łukaszka rozłożyła triumfalnie ręce. - Tadaam!
    - I ona myśli, że pięcioma dychami ugasiła cały pożar na zawsze na całej planecie - załamana mama Łukaszka oparła głowę na ręce.
    - O przepraszam, tego nie powiedziałam! - uniosła się siostra. - Nie mówiłam, że na zawsze. Tylko na jeden dzień. Ci ekolodzy przyjdą znowu po pieniądze jutro.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Jak ujawnił portal ŻycieStolicy.com.pl w artykule "Dlaczego KGS doprowadza Elewarr do upadku", działania obecnego zarządu Spółki mogą być dotknięte wadą prawną. Dlaczego?

    Najpierw przypomnienie Elewarr to państwowa spółka zbożowa, podlegająca obecnie Krajowej Grupie Spożywczej (dawnej Krajowej Spółki Cukrowej). Za czasów prezesa Daniela Alain Korony biła rekordy pod kątem terminu spłaty kredytu skupowego i zysków netto. Ale w 2022 roku odwołano prezesa i ... nastały nowy czasy i Elewarr zaczął podupadać (95 mln zł straty w 2022/23). Jednak nie tylko nie uzdrowiono sytuacji, ale dopuszczono się nieprawidłowości w zakresie funkcjonowania zarządu.

    Jak pisze ŻycieStolicy.com.pl - Lipiec 2023 roku nastąpiło odwołanie wiceprezesa zarządu Spółki i całej rady nadzorczej Spółki przez Krajową Grupę Spożywczą, zaledwie na kilka miesięcy przed zatwierdzeniem roku obrotowego. Nie podano żadnych przyczyn, powodów, nieoficjalnie chodziło o wsadzenie „swoich”. Wymieniono całą radę nadzorczą, a nie tylko pojedynczych członków, gdyż w przeciwnym wypadku wraz z zatwierdzeniem sprawozdania finansowego za rok obrotowy 2022/23 wygasłyby mandaty wszystkich członków (upływ kadencji) i całą procedurę powoływania trzeba by rozpocząć od nowa a byłoby to już po wyborach i po powołaniu nowego rządu. By tego uniknąć powołano nową radę w składzie: Magdalena Bartnik-Jaszewska, Piotr Kocięcki i Mariusz Grzegorz Obszyński. Za tą zmianą prawdopodobnie stał ówczesny prezes KGS – Marek Zagórski, były poseł i minister cyfryzacji z czasów PIS, który przekazał jak wynika z orzeczenia WSA niezgodnie z prawem, dane pesel Poczcie Polskiej w celu przeprowadzenia wyborów kopertowych (ostatnio nowa rada nadzorcza KGS odwołała zarząd spółki, ale samego prezesa Zagórskiego pozostawiła na stanowisku!) i Andrzej Śliwka czyli wiceminister aktywów państwowych, któremu podlegała KGS.

    Nowa rada nadzorcza to bardzo ciekawe towarzystwo. Pani Magdalena Bartnik-Jaszewska była w momencie powołania dyrektorem Biura Ministra Zdrowia. Następnie przeszła do „osławionej” Agencji Badań Medycznych (zwrot nie w pozytywnym znaczeniu, o wyczynach pana prezesa tejże instytucji pisały media), by zostać w tym roku dyrektorem biura Dyrektora Generalnego Głównego Inspektora Ochrony Środowiska. Zajmowanie funkcji dyrektora biura dyrektora generalnego i członka rady nadzorczej w Elewarrze może budzić wątpliwości co do łączenia tych funkcji w świetle ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Co prawda istnieje odstępstwo przewidziane w art.6, ale nawet jeżeli w tym przypadku miałoby zastosowanie, to pozostaje pytanie czy ta nominacja była zasadna i w czymkolwiek pomogła spółce.

    Piotr Kocięcki, to dyrektor finansowy spółki zależnej od KGS – PZZ Stoisław, prokurent PZZ Stoisław, biegły rewident, od 2021 roku w radzie nadzorczej Piłka Ręczna Koszalin SA i członek rady nadzorczej spółki Elewarr. Czy wskazanie prokurenta z PZZ Stoisław do rady nadzorczej spółki Elewarr nie był jednym z elementów mających docelowo podporządkować Elewarr poprzez KGS – spółce PZZ Stoisław? Tak się składa, iż osobą, która nadzorowała Elewarr z ramienia KGS był członek zarządu tej Spółki (a zarazem prezes PZZ Stoisław) – Mirosław Narojek. Otwarte pozostaje pytanie czy wskazane osoby nie pobierają podwójnego wynagrodzenia?

    Mariusz Grzegorz Obszyński – to zaufany człowiek prezesa Marka Zagórskiego (byłego posła i ministra z czasów PIS) i podobno także pełnomocnik w Krajowej Grupie Spożywczej. Jeżeli ten fakt by się potwierdził, to czy pobiera wynagrodzenie tylko w jednej spółce czy w obu?

    Jak obejść prawo i objąć funkcję w zarządzie?

    Choć nowa rada nadzorcza mogła ogłosić konkurs na wiceprezesa, wybrała inne rozwiązanie, tj. oddelegowanie jednego z członków rady do czasowego pełnienia funkcji w zarządzie. Choć umowa spółki a także przepisy K.S.H. (te ostatnie odnoszą się do spółek akcyjnych) wyraźnie określają, że można być oddelegowanym jedynie na 3 miesięcy i tylko w sytuacji zawieszenia lub innych przyczyn uniemożliwiających pełnienie funkcji przez członka zarządu, rada nadzorcza przedłużyła dwukrotnie kolejne czasowe oddelegowanie do wykonania funkcji w zarządzie (ostatnio w styczniu). W ten sposób naruszono umowę spółki, a decyzje zarządu mogą być obarczone wadą prawną. Jak stanowi bowiem art.58 k.c. czynność prawna mające na celu obejście przepisów prawa jest nieważna. Dodajmy, że rada w tym czasie nie ogłosiła żadnego postępowania kwalifikacyjnego na wiceprezesa, choć 2 osobowy zarząd w takiej spółce jak Elewarr wydaje się zbędne (Spółka funkcjonowała już z jednoosobowym zarządem).

    Doktryna i orzecznictwo – jednoznaczne

    Jak podnosi K. Strzelczyk „zarówno zawieszanie w czynnościach poszczególnych lub wszystkich członków zarządu, jak i delegowanie członków rady nadzorczej do wykonywania czynności członków zarządu mają charakter tymczasowy. Dlatego w obu przypadkach rada nadzorcza powinna podjąć niezwłocznie odpowiednie kroki celem uzupełnienia składu zarządu.” Autor ten wskazuje dalej, że „rada nadzorcza powinna podjąć odpowiednie działania w każdym przypadku niemożności sprawowania czynności przez któregokolwiek z członków zarządu, bez względu na to, czy ma ona stały charakter. Może to nastąpić na skutek różnych zdarzeń, w tym także na skutek zawieszenia w czynnościach członków zarządu przez radę nadzorczą.

     Zawieszenie w czynnościach muszą usprawiedliwiać ważne powody, zarówno zawinione (np. zajmowanie się interesami konkurencyjnymi bez zgody spółki), jak i niezawinione (np. choroba) przez członków zarządu. Ocena w tym zakresie należy do rady nadzorczej.” Inny Autor, M. Rodzynkiewicz wskazuje, że „Nowelizacja Kodeksu spółek handlowych wyraźnie ograniczyła okres, w którym członek rady nadzorczej może na zasadzie delegacji pełnić funkcje zarządcze – są to maksymalnie trzy miesiące. Za niedopuszczalne zatem należy uznać ponowne delegowanie członka rady nadzorczej do pełnienia funkcji w zarządzie w związku z tą samą przyczyną, np. po kilkudniowej przerwie po upływie trzymiesięcznego okresu. Taką ponowną delegację należałoby uznać za nieważną jako podjętą w celu obejścia art. 383 § 1 ustanawiającego termin maksymalny (art. 58 § 1 k.c.) – tak A. Kidyba, Kodeks, t. II, s. 439. Jednakże za wyjątkową należy uznać sytuację, gdy z przyczyn obiektywnych w okresie trzech miesięcy nie udało się znaleźć nowego zarządcy na miejsce odwołanego czy też na miejsce tego członka zarządu, który złożył rezygnację (np. rozpisano konkurs na nowego członka zarządu, który zgodnie z przyjętą procedurą konkursową będzie trwał dłużej niż trzy miesiące).” Ale w tym czasie nie ogłoszono żadnego konkursu na ww. stanowisko w zarządzie.

    Wyrażony pogląd w doktrynie znalazł potwierdzenie w wyroku Sądu Okręgowego w Łodzi z dnia 28 kwietnia 2015 sygn. akt X GC 273/14 (LEX nr 2125909), który stwierdził że jeśli po upływie ustawowo określonego, maksymalnego czasu trwania delegacji, rada nadzorcza rozważa oddelegowanie swego członka do wykonywania czynności członków zarządu, jego dopuszczalność zależy od skutku, jaki się z nim wiąże. Jeżeli kolejna delegacja skutkowałaby de facto ciągłym wykonywaniem przez członka rady nadzorczej czynności członka zarządu, należy ją uznać za niedopuszczalną. Przepis art. 383 § 1 k.s.h. reguluje sytuację wyjątkową, gdy z powodu konieczności zapewnienia możliwości wykonywania zadań przez zarząd konieczne jest oddelegowanie do ich spełniania członka rady nadzorczej.

    Oczywiście KGS i rada nadzorcza Elewarru będą tłumaczyć, że przepisy KSH w tym zakresie dotyczą spółek akcyjnych, a zatem nie można tych zasad przyjąć w stosunki do spółki z o.o. nawet jeżeli w umowie spółki jest analogiczny zapis. Tyle, że byłaby to próba wytłumaczenia, obejścia prawa, bo w danej sprawie zastosowanie ma wyłącznie wykładnia funkcjonalna, czyli ograniczonej czasowości przepisu.

    zob. https://zyciestolicy.com.pl/dlaczego-kgs-doprowadza-elewarr-do-upadku/

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Patriarchalizm jest korzystny dla kobiet. Macie tu konkretny dowód. W patriarchacie funkcjonariuszka medialna Wyborczej nie musiałaby rozumieć, bo od tego by miała męża. Mąż musi rozumieć nie tylko żarty, ale i wyrafinowane środki wyrazu artystycznego, których używa Stanowski. Kiedyś uczyli o nich w szkole. Przy czym nie chodzi o pamiętanie teorii językoznawczej, ale o rozumienie ironii, sarkazmu i tym podobnych. Ja też ich używam, aby odsiać czytelników bloga. Odpadają ci, co ludzkiej mowy za bardzo nie kumają. Psychofani (siema, psychofany!) się natomiast rzucają. Wracając do pani Marii Korcz: w normalnym świecie zajmowałaby się domem i dziećmi a nie kompromitowała przed całą Polską. Od tego by miała męża, który by musiał dźwigać ciężar odpowiedzialności. Mamy tu przykład tzw. stereotypu, który zwalczają tzw. feministki. Okazuje się on jednak głęboko życiowy i uzasadniony empirycznie:

    https://twitter.com/gazeta_wyborcza/status/1770161399232135573

     

    Podobne wytłumaczenia, że to był żart, a ty nie zrozumiałaś, słyszałam już setki razy i wciąż do mnie nie przemawiają

    Piszę oczywiście o inbie Wyborczej, która próbuje dojechać Stanowskiego, na co jest zresztą za krótka, o czym nie wie i czego nie rozumie. Będzie o tym później. Mówiąc krótko, aby tekst był jasny za parę lat:

    image

    Wyborcza wysmażyła serię paszkwili, fabrykując rzekome wybryki Krzysztofa Stanowskiego, który święci tryumfy na Jutupce swoim Kanałem Zero. Obśmiał on usiłowania Wyborczej w swojej audycji, która zalicza miliony wyświetleń. Dla nas w tym momencie jest ważne, że wspomniana funkcjonariuszka Korcz naprawdę nie rozumie. Stanowski nie żartował nawet, tylko krytykował. Krytykował wypowiedź abp Marka Jędraszewskiego, w oczywisty sposób prawdziwą i słuszną. Ale prawdziwość owej wypowiedzi nie oznacza, że krytykowanie jej jest niedopuszczalne. Jest dopuszczalne, choć niezasadne i nie o to chodzi. Dalej: mamy niską karę dla byłego piłkarze za śmieci.

     

     

    Żeby nie było nieporozumień: całość winy ponosi redakcja Wyborczej, która przyjęła do pracy, zatwierdziła teksty i brnie. Dominika Wielowieyska jest odpowiedzialna. Odpowiedzialne jest też tzw środowisko i ałtorytety, które przyklaskują zamiast rozedrzeć szaty i zaprotestować przeciw ośmieszaniu kobiety. Gdzie jest Lempart ja się pytam? Czemu nie protestuje pod Agorą?

    Redakcja Wyborczej to miejsce, gdzie jeszcze niedawno grasował Kącki masturbując się przed koleżankami. Temat przerw w pracy na masturbację też jest tam żywy. Co o tym myśli leming? » Skoro we Wyborczej dzieją się takie ekscesy to co dopiero musi się dziać w DoRzeczy, albo Gościu Niedzielnym? Taka to jest dialektyka. Zajmijmy się jednak powyższymi wydarzeniami z perspektywy redpilowej:

    Mamy stereotyp, w którym mężczyźni rozmawiają o poważnych rzeczach, a kobiety paplają trzy-po trzy. Niedopuszczalny seksizm, pokazywany w filmach z lat sześćdziesiątych. Ale jak zbierzecie M Korcz, Elizę Michalik, Prostrację to co one mogą powiedzieć mądrego? Ano właśnie.

     

    image

     

     

    Dalej: mamy problem brania odpowiedzialności: jak mężczyzna nie rozumie ludzkiej mowy to jest to jego problem, ale jak kobieta nie rozumie to jest to problem całego świata, który ma się dostosować. Przecież M Korcz przyznała się, że wiele razy słyszała, że nie rozumie żartów. I co z tym zrobiła? To jest jej problem głównie, a pobocznie odpowiedzialność redakcji, która ją wyzyskuje. Albo jej kazała rżnąć głupa, albo wykorzystuje wprost nieumiejętność. Powinni ją odesłać do podstawówki na stosowne lekcje. Może prof. Bralczyk zrobi audycję na Kanale Zero?

    Dalej: mamy głosy, że przynajmniej kulturalna jest. To jest typowa taktyka kobieca: nie ważne że tworzy paszkwil, dopuszcza się bestialstwa, wciórności i wszelakiego występku. Wywołać chce ona słuszny gniew, i jak się jej powie kilka gorzkich słów prawdy to jej występki nie maja już znaczenia, ważne, że jej powiedział. I białorycerzyki się zlecą bronić uciśnionej. Wchodzenie na reputację, czyli kłamanie jest dla niej naturalne. I przedstawianie się jako ofiara Pisałem o tym przy okazji Gonciarza, który jest przykładem feministoidalnej degeneracji. I ten drugi Gargamel też jest.

    Działania wspomnianej funkcjonariuszki medialnej miały wykończyć Stanowskiego, wylewając na niego wiadra pomówień. W sensie ona kłamie na jego temat. I oczywiście już znajdują się obrońcy, szukający wytłumaczenia. Spektrum autyzmu znaleźli. Jak masz to spektrum to nie rozumiesz emocji i ironii nie rozumiesz ponoć. I wtedy redakcja jest winna. Czyli m. i. Wielowieyska. Albo – że ją zmusili. Weźcie.

     

    Ale tu jest jedno zastrzeżenie i poważna uwaga: autor drugiego paszkwilu to mężczyzna. I robi to samo. Więc?

    image

    Dlaczego paszkwile Wybiorczej są tak słabe? Wytłumaczenie materialne jest tu niewystarczające: ich jakość jest bez znaczenia, bo są tylko podkładką szantażującą: wypisywanie meili do reklamodawców, sponsorów z tezą: dlaczego popieracie sexizm, homofobię, transfobię, ableizm, mizoginizm? Jak nie przestaniecie to zrobimy wam koło pióra na zachodzie itp. Wyborcza tak działa od lat, czego nie pojmuje, albo nie chce pojąć, Galopujący Major. Tu akurat Stanowski ma takich sponsorów, którzy mają wytrąbione, ale potencjalnych reklamodawców może stracić. To nie jest tak, że chodzą oni za wyświetleniami itp. To są decyzje polityczne. Nie chce mi się rozwijać teraz tematu, napisałem natomiast Majorowi:

    Co do Wyborczej to robi ona to co zawsze i tak jak zawsze. Różnica jest taka, że Stanowski nie ma opinii antyreżimowej, a TV Republika ma. I listy proskrypcyjne firm reklamujących się w TV Republika działają, bo w tle są siepacze Tuska, którzy mogą wjechać na reklamodawców.

     

    Szantażowanie potencjalnych reklamodawców meilami że popierają homofobię i gnebienie niepełnosprawnych jest skuteczne, chyba że masz takiego sponsora, który jest gotów na wojnę. Pomijasz ten aspekt konfliktu.

    image

    Kończąc:

    W niedzielę ma być Ziemkiewicz u Stanowskiego, będzie się działo. Towarzysze wyborcze pruły się o tzw risercz ziemkiewiczowski, ale jak on wygląda na tle riserczu wyborczego? Ciekawe, czy Wojciech Orliński, działający wedle wyborczych metod zdobędzie się na komentarz?

     

    Stanowski o Wyborczej:

     

    https://youtu.be/Tv6ShztZZLc?si=eOQkvZrNeXSqZ047

    Salon24 o aferze:

    https://www.salon24.pl/newsroom/1367469,stanowski-reaguje-na-rewelacje-wyborczej-tej-gazety-nie-warto-tykac

    ja o duecie G-G:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1328523,z-zycia-lewicy-gargamel-i-gonciarz

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1330721%2Cafera-gargamela-podsumowanie

    Major:

    https://galopujacymajor.wordpress.com/2024/03/21/wyborcza-vs-stanowski-czyli-jak-stare-przegrywa-z-nowym/

     

     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    - Dzisiaj mamy pierwszy dzień kalendarzowej wiosny - oświadczył tata Łukaszka zaglądając do swojej gazety. Ale mama Łukaszka zajrzała do swojej i oznajmiła, że nic z tego, wiosny nie ma i nie będzie.
    - To pieniędzy zawsze nie ma i nie będzie - wtrącił dziadek Łukaszka.
    - Za tego rządu, za poprzednich jakoś były  - zauważyła babcia Łukaszka.
    - O co chodzi z tą wiosną i dlaczego jej nie będzie wiosny w pierwszy dzień wiosny? - zapytała siostra Łukaszka jedząc budyń.
    - Bo planeta płonie - odparł Łukaszek.
    - Wreszcie ktoś, kto się choć trochę w tym orientuje! - zakrzyknęła mama Łukaszka z radością. - Tak, synu mój, masz rację! Planeta płonie!
    I dramatycznym gestem pokazała okno kuchenne, za którym drobno siąpił deszcz a termometr pokazywał plus dwa stopnie Celsjusza.
    Siostra Łukaszka rzuciła się do okna i zaczęła zachłanni wpatrywać w dal.
    - To co z tą wiosną? - powtórzyła pytanie babcia Łukaszka.
    - Wiosna została abortowana - oznajmiła z satysfakcją mama Łukaszka i położyła na stole "Wiodący Tytuł Prasowy" tak by wszyscy mogli przeczytać wywiad z aktywiszczem grupy "Zimowy Dream Team".
    W wywiadzie stało, że ze względu na płonącą planetę wiosna została abortowana. Aktywiszcze bardzo się z tego cieszyło, bo odzyskało łyżwy, sanki, czapki i rękawiczki i inne zimowe akcesoria, które już uważało za pogodowe wykluczone. Na końcu był podany telefon, pod który można było zadzwonić i zakupić trochę sztucznego śniegu zamiast jeździć po niego za granicę.
    - Co za bzdury - skomentował dziadek Łukaszka. - I jak oni niby tą wiosną abortowali? Czym?
    - Uchwałą Sejmu - rzekła z namaszczeniem mama Łukaszka. - Przegłosowano, że aborcja wiosny do dwunastego tygodnia jest bezpłatna, legalna i jest prawem człowieka. Mamy prawo znów nosić zimowe...
    - Zaraz, czy ten projekt uchwały nie wniosło do Sejmu jakieś NGO? - przypomniał sobie tata Łukaszka.
    - Tak, Stop The Spring PL - przypomniała mama Łukaszka.
    - Tak myślałem - Łukaszek podał tacie telefon.
    - Co tam macie?
    - Zarząd tej fundacji. Ho ho, kogo tu mamy? Sami Niemcy - ironizował tata Łukaszka. - Przewodniczący Alexander von Futtro, członkowie zarządu Heinrich Koschuch i Jorgen Schalnaschyje.
    - Czyli lobby czapkowo rękawiczkowe - skomentował dziadek Łukaszka. - To było do przewidzenia.
    Mama Łukaszka chciała coś powiedzieć, ale od okna odwróciła się siostra Łukaszka.
    - Nic nie widzę. Gdzie ta planeta płonie?
    I została wyrzucona z kuchni.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Pomimo wysiłków peerelowskiej propagandy mięso pozostawało głównym punktem odniesienia peerelowskiej kuchni i miarą życiowego sukcesu lub życiowej klęski.
     
         Ratunkiem dla narodowego bilansu białka miały być ryby, czyli „mięso postne”, jak je nazywano w  wielu polskich domach.
     
         Skoro Polska uzyskała 500 kilometrów wybrzeża, uważano, że poławiany przez kaszubskich rybaków dorsz powinien na stałe wejść do jadłospisu przeciętnego Kowalskiego. By rozsmakować społeczeństwo w tej rybie, Liga Kobiet organizowała nawet w  nadmorskich kurortach budki, w  których oferowała przechodniom bezpłatne smażone dorsze.
     
         Później wprowadzono „dni dorszowe” z  obowiązkową konsumpcją tych ryb w restauracjach i placówkach zbiorowego żywienia. Smażone na smalcu mrożone dorsze w  kostce królowały na stołówkach w  piątki i  w bezmięsne poniedziałki. Wielu wspominając peerelowskiego dorsza, przytacza powiedzonko z epoki: „Jedzcie dorsze, g… gorsze”.
     
         W sklepach rybnych zdecydowanie łatwiej niż o świeże ryby słodkowodne, z których szybkim psuciem nie potrafiły sobie poradzić państwowe centrale handlowe, było wówczas o  ryby morskie: wędzone makrele, śledzie z beczki, mrożone dorsze, mintaje, morszczuki, halibuty, kerguleny i błękitki.
     
          W stanie wojennym zaczęto propagować kalmara. Dietetycy chwalili go za dużą zawartość łatwo przyswajalnego białka. Pomimo licznych degustacji, pokazów i  publikowanych w  prasie przepisów egzotyczny głowonóg nie zaskarbił sobie serc Polaków, którzy zaliczyli go w poczet stworzeń, które na talerzu są „nie na swoim miejscu” Głowonogi stały się więc karmą czworonogów. „Nasz pies jadł najczęściej kalmary z kaszą” – wspomina niejeden właściciel psów w takim okresie.
     
         Inną niespełnioną nadzieją na rewolucję na polskich stołach był kryl, mały antarktyczny skorupiak, który pod chitynowym pancerzem krył pokłady tak pożądanego przez władze białka. Wyprawy polskich statków badawczych i przetwórczych w poszukiwaniu ławic kryla były w latach 70. wielkimi wydarzeniami medialnymi, opisywanymi w  nagłówkach gazet.  Polacy nie zasmakowali jednak „w ubogim erzacu homara i zamiast kotletów mielonych z  mrożonego kryla i  kaszy gryczanej albo kiełbasy wypełnionej antarktycznymi frutti di mare nadal domagali się od władzy kotletów ze swojskiego schabu”.
     
          Cennym źródłem wartości odżywczych są warzywa, jednak większość warzyw ma charakter sezonowy, a  pojawiające się na wiosnę nowalijki były niewyobrażalnie drogie. „Kobieta i Życie” namawiała więc swoje czytelniczki do uprawy w  doniczkach rzeżuchy i  szczypiorku „w okresie, kiedy nabycie zielonej sałaty przekracza nasze możliwości finansowe”.
     
         Niezależnie od wysokiej ich ceny na wiosnę wielu Polaków miało wrodzoną niechęć jedzenia warzyw,  a robotnicy odgrażali się, że „o pomidorach” nie będą pracować.
     
        Starano się więc wszelkimi sposobami przyzwyczaić Polaków do jedzenia warzyw innych niż kulturowo oswojone ziemniaki i  kapusta.
     
         W  latach 50. radzono kucharkom, aby zwiększyły udział owoców i warzyw w diecie robotnika rolnego: „Z początku będzie on nawet może trochę sprzeciwiać się zwiększeniu porcji warzyw. Z  czasem jednak, jak to wykazała praktyka, przyzwyczai się, a  nawet będzie się domagać podawania warzyw”.
     
          Postępowa gospodyni miała nie tylko uprawiać w ogródku różne jarzyny, ale także dbać także o to, aby ogródek ten był wyzyskany celowo, aby „rodzina mogła czerpać z niego zapas sił i zdrowia i tak cenną odporność na choroby”.
     
           W latach 60. zaczęto propagować nieznane wówczas w  Polsce warzywa: brokuły, kukurydzę cukrową,  kruchą sałatę, kapustę pekińską i  skorzonerę. „Przekrój” ruszył z  akcją sadzenia mało znanych warzyw na działkach szkolnych. W akcję włączyło się też Ministerstwo Oświaty, które zaleciło zakładanie przy szkołach warzywników z mało popularnymi jarzynami, oraz Centrala Spółdzielni Ogrodniczych, która „w dobrze pojętym interesie rozwoju racjonalnej konsumpcji warzyw”  całą tę akcję sfinansowała.
     
          W połowie lat sześćdziesiątych popularność zyskały mrożonki, które zastępowały braki owocowo-warzywne. W 1965 roku w nowym zakładzie produkcyjnym “Hortexu” w Górze Kalwarii zaczął działać pierwszy w Polsce tunel chłodniczy do produkcji mrożonych warzyw i owoców. Dwa lata później tygodnik “Stolica” poinformował, że już 15 ton mrożonek jest kupowanych codziennie przez warszawskie gospodynie.
     
           O ile w wielu publikacjach wskazywano, że z  jednej strony nadmiar mięsa w  diecie prowadzi do wielu schorzeń, a  z drugiej – odżywianie się wyłącznie warzywami i  owocami powoduje groźny dla organizmu niedobór białka.
     
          Pierwsze w  powojennej Polsce Towarzystwo Zwolenników Wegetarianizmu powstało w Olsztynie w 1976 roku, jednak jeszcze na początku lat 80. liczyło zaledwie kilkunastu członków.
     
           „Mięso kojarzyło się z sytością, zabezpieczeniem przed głodem, - napisała Katarzyna Stańczak-Wiślicz- z siłą i witalnością. Wydaje się, że praktyka dzielenia kartkowych przydziałów na w  miarę równe, choć niewielkie porcje, i  „sztukowania” posiłków miała przede wszystkim wymiar symboliczny. Jarskie menu byłoby kapitulacją w obliczu kryzysu, świadczyłoby o nieumiejętności radzenia sobie. Trzeba przy tym pamiętać o  politycznym wymiarze jedzenia – tak zwane dni bezmięsne powszechnie były odbierane jako represja ze strony władzy, a  plotki i  pogłoski mówiły o „wywożeniu” mięsa do Związku Radzieckiego”.
     
          Przejście na wegetarianizm było niekiedy traktowane jako odrzucenie praktyk będących wyrazem kulinarnego oporu wobec komunistycznej rzeczywistości.
     
          Wpływ na niepopularność wegetarianizmu mógł mieć fakt, iż najbardziej znanym wegetarianinem XX wieku był Adolf Hitler.
     
          Świetnie oddawał to kawał z drugiej połowy lat 70.: – Jak się nazywa człowiek, który nie jada mięsa? – Jarosz. – A jak się nazywa człowiek, który nie daje jeść mięsa? – Jaroszewicz.”

     
    Wybrana literatura:
     
    M. Milewska – Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL
    D. Jarosz, M. Pasztor - W krzywym zwierciadle. Polityka władz komunistycznych w Polsce w świetle plotek i pogłosek z lat 1949–1956
    M. Mazur, S. Ligarski - Cywilizacja komunizmu. Odmiana nadwiślańska 1944–1956  
    Życie codzienne w  PRL, red. Małgorzata Choma-Jusińska, Marcin Kruszyński, Tomasz Osiński
    A. Szydłowska - Paryż domowym sposobem. O  kreowaniu stylu życia w  czasopismach PRL,
    K. Stańczak-Wiślicz - Opowieści o  trudach życia. Narracje zwierzeniowe w  popularnej prasie kobiecej XX wieku
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dla wielu pamiętających komunizm historię PRL-u streścić można w trzech słowach: „mięsa nie ma”.
     
          Po wojnie władze komunistyczne deklarowały, że w  nowym ustroju mięso stanie się  dostępne dla zwykłych ludzi pracy. I  w pewnym sensie dotrzymały obietnic, z tym że robotnicy najczęściej jadali je pod postacią pasztetowej, kaszanki albo salcesonu.
     
         Przez cały okres PRL-u mięso było synonimem zamożności i dostatku, a  wraz ze wzrostem częstości spożywania posiłków mięsnych poprawiała się samoocena warunków materialnych mieszkańców Polski Ludowej. Nic dziwnego, że komunistyczna władza utożsamiała wzrost spożycia mięsa ze wzrostem ogólnokrajowego dobrobytu.
     
         Jednocześnie próbowano tak modelować nawyki żywieniowe Polaków, aby spożycie to rosło jak najwolniej. Działania te miały często charakter administracyjny. Polegały one głównie na reglamentacji oraz wprowadzaniu „dni bezmięsnych”. W latach 1946–1949 obowiązywał zakaz sprzedaży mięsa oraz serwowania dań mięsnych w restauracjach i stołówkach w środy, czwartki i w piątki. W  pozostałe dni ograniczono jego ilość do zaledwie 100 gramów, a  w jadłospisie mogły znajdować się co najwyżej cztery potrawy z  mięsa i  jego przetworów. Za złamanie tego prawa groził areszt do 6 miesięcy i grzywna do 500 tysięcy złotych; karze podlegał zarówno sprzedawca, jak i klient.
     
         W  „dni bezmięsne” można było za to jeść ryby oraz… drób, króliki i  dziczyznę.
     
         Zniesione w 1949 roku ograniczenia powróciły 10 lat później, gdy Ministerstwo Handlu Wewnętrznego z powodu przejściowych trudności „dniem bezmięsnym” ogłosiło poniedziałek. W  dniu tym w  restauracjach oraz na stołówkach podawano wyłącznie dania jarskie lub ryby, w  sklepach mięsnych zaś sprzedawano jedynie podroby, salcesony, kaszanki, słoninę i  smalec. „Katolicy poszczą w  piątek, a  marksiści powinni pościć w  pierwszym dniu tygodnia” – skomentował tę decyzję Mieczysław Rakowski.
     
         Władze komunistyczne nie ingerowała w  publiczne manifestowanie religijności poprzez wstrzymanie się od jedzenia mięsa w piątki, gdyż przynosiło ono dodatkowe oszczędności wiecznie brakującego mięsa.
     
         W obliczu permanentnych braków mięsa próbowano też ograniczyć jego popyt, zachęcając społeczeństwo do wyboru innych, bardziej dostępnych artykułów spożywczych. Edukację zaczynano od dzieci, którym w Kalendarzu uczniowskim na rok 1946/47 tłumaczono: „Czy wiesz, że gdybyśmy co dzień chcieli jeść mięso – to w niespełna rok musielibyśmy wyniszczyć wszystkie krowy, świnie i… konie, których oszczędziła wojna?”.
     
         Z kolei autorki książki „Żywienie rodziny” zapewniały, że produkty mleczne mogą doskonale zastąpić mięso, ale mięso nie może wejść na ich miejsce, bo nie ma ani tylu witamin co mleko, ani nie jest tak bogate w  ważne składniki mineralne. To samo można powiedzieć o  jajach, które zawierają równie wartościowe białko jak mięso, ale są znacznie od niego bogatsze w  składniki mineralne i witaminy.
     
         W kolejnej swojej książce „Gotuj smacznie i zdrowo”  te same autorki twierdziły, że z  produktów mięsnych bogate w  witaminy są tylko podroby, a dzienna porcja mięsa nie powinna przekraczać 10 dkg.
     
         Do końca istnienia PRL-u, szczególnie zaś w  epoce kryzysu lat 80., książki kucharskie i  prasa propagowały potrawy półmięsne lub dania o  odwróconych proporcjach, w których mięso stanowi jedynie dodatek.
     
         Władza propagowała też alternatywne sposoby odżywiania. Jedną z  metod wzbogacania zasobów mięsa w  PRL-u miała być hodowla popularnych już za okupacji królików. Fachowe artykuły zachęcające do hodowli królików pojawiały się w wielu czasopismach. W  lipcu 1980 roku Biuro Polityczne nakazało „stymulować rozwój drobnego inwentarza, a  szczególnie królików, hodowla ta może być źródłem samozaopatrzenia w  mięso małych miast”. W ślad za tym czasopisma zaczęły zamieszczać przepisy na dania z królika.
     
         Próbowano także propagować robienie kiełbasy z mięsa nutrii, jednak budziła ona wstręt u wielu „smakoszy” ze względu na swój specyficzny, ostry zapach.
     
         Alternatywą były też zakupy w  „tanich jatkach”, czyli sklepach, w  których sprzedawano mięso „pozajakościowe” – „uzyskane z  uboju zwierzęcia, które złamało kończynę lub okaleczyło się podczas transportu”.
     
         „Tanie jatki” oferowały także baraninę i koninę. Baranina traktowana była w  Polsce Ludowej jako produkt uboczny hodowli owiec, a  na rynek trafiały stare, wysłużone sztuki. Nawet w branżowych publikacjach pisano z pewną odrazą: „Mięso baranie bywa więcej lub mniej poprzerastane tłuszczem, posiada specyficzny, ostry zapach”.
     
         W przypadku koniny PRL złamał zakorzenione w  polskiej kulturze tabu żywieniowe związane z  końskim mięsem. Koń jako zwierzę wróżebne na Słowiańszczyźnie, pociągowe zwierzę domowe na wsi polskiej oraz towarzysz walki rycerzy i ułanów nie zasługiwał na zjedzenie przez Polaków. W „Kuchni polskiej” z 1957 roku znalazło się sześć stron, przestawiających przepisy na takie specjały, jak: ozór koński w szarym sosie, polędwica po angielsku, zrazy po nelsońsku, gulasz po węgiersku czy sztuka mięsa z  koniny zapiekana w sosie chrzanowym.
     
           Nadzieją dla polskiego rynku mięsnego był prowadzony przez kilka dekad eksperyment naukowy. W  1958 roku w  Zakładzie Badania Ssaków PAN w  Białowieży rozpoczęto program hodowli hybrydy żubra i krowy. Początki eksperymentu były bardzo obiecujące: ich mięso było smaczne i  zdrowe, a zwierzęta mogły  przez cały rok paść się na nieużytkach lub w  lesie. Niestety, hybrydy dziedziczyły po żubrze dziką naturę, stając się zagrożeniem zarówno dla swoich hodowców, jak i  sąsiadów (chętnie przeskakiwały płoty).
     
          W 1969 roku „Przekrój” ogłosił nawet  konkurs na nazwę dla dobrze rokującej hybrydy. Wybór padł na wymyślone przez czytelników słowo „żubroń”.
     
          Żubronie mimo wielu zalet nie uratowały rynku mięsnego w  Polsce. Ich mięsa z  hodowli prowadzonej przez Edwarda Sumińskiego w  jednym z  wielkopolskich PGR-ów skosztować mogli nieliczni bywalcy warszawskiej restauracji „Bazyliszek”.
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Może być zdjęciem przedstawiającym 2 osoby i tekst
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Przez cały okres PRL-u jednym z częściej używanych w książkach kucharskich słów było słówko: „zamiast”.
     
         Po likwidacji prywatnych hurtowni, w 1948 roku wśród artykułów spożywczych oferowanych przez hurtownie Państwowej Centrali Handlowej znajdowały się prawie wyłącznie produkty uważane wówczas za zamienniki: oleje jadalne „w zupełności zastępujące oliwę”; margaryny marki „Unida” lub „Vita” „zastępujące masło”; „namiastki spożywcze” (proszki do pieczenia, aromaty do ciast, budynie, „pulchniki”); surogaty kawy; „owoce w płynie”.
     
         Oficjalnym propagandowym zapewnieniom o  osiągniętym już dobrobycie przeczyły publikowane przez „Przyjaciółkę” i „Kobietę i Życie” tygodniowe jadłospisy oraz przepisy, które nie pozostawiały złudzeń co do zamożności społeczeństwa. W  jednym z  numerów „Przyjaciółki” zamieszczono na przykład przepis na „tanie kotlety”. Ich podstawą było ciasto z mąki i gotowanych ziemniaków, w które gospodyni zagnieść miała niewielkie ilości podsmażonego mięsa. Obok znajdowała się instrukcja, „jak upalić jęczmień na kawę”. Pismo publikowało też przepisy na pastę z fasoli do chleba, kotlety z krowiego wymienia albo „tanią surówkę”.
     
         Propagowano jednocześnie „kolorowe jedzenie” , zgodnie z którym jeśli np. drugie danie ma kolor jasny, biały – to zupa powinna być kolorowa – zielona. „Kolorowe jedzenie” miało powiększać apetyt, powoływano się przy tym na autorytet sowieckiego akademika Iwana Pawłowa, „który wskazuje na poważny wpływ czynników psychicznych na apetyt i przyswajalność pokarmów przez organizm”.
     
        „Obowiązkiem patriotycznym – pisano -  stało się zagospodarowywanie resztek, które dotąd „bezmyślnie” przeznaczano na paszę dla zwierząt domowych”. Potępiano zatem karmienie kur obierzynami z jabłek i ziemniaków, gdyż można je – po odpowiednim przyrządzeniu – bardziej racjonalnie wykorzystać do celów spożywczych.
     
         Lansowany w socrealistycznej  literaturze styl życia przodowników pracy oparty był na wzorcach spartańskich. Socjalistyczny wojownik walczący o  przekroczenie planu korzystał nie tylko z  antycznych, ale i  z bliższych mu kulturowo wzorów ascety Pawki Korczagina z sowieckiej powieści „Jak hartowała się stal” Nikołaja Ostrowskiego. Ten socjalistyczny wzór osobowy „miał na celu nie tylko ukazywanie wartości pracy socjalistycznej, przeciwstawianej „zepsutemu”, imperialistycznemu Zachodowi, lecz tak naprawdę, wobec powszechnego braku żywności, wdrażanie społeczeństwu rygorów konsumpcyjnych. W istocie był to jeden ze sposobów tuszowania błędów systemu oraz studzenia w społeczeństwie negatywnych emocji”. Asceza z konieczności stała się więc wartością na drodze ku komunistycznej krainie obfitości.
     
        Bohater pozytywny literatury socrealistycznej jadł zatem skromnie i czynił to tylko po to, by móc wydajnie pracować dla kraju. Inaczej postępował wróg klasowy, który upodobał sobie restauracje, w których zamawiał wykwintne dania i najdroższe trunki, dając upust swemu wyrafinowanemu smakowi i pogardzie dla żyjącego w ubóstwie społeczeństwa. Propaganda komunistyczna lat 50. wykwintną kuchnię uczyniła synonimem burżuazyjnego stylu życia i  kapitalistycznego zepsucia.
     
         Podobne wzorce propagowano w polskim kinie socrealistycznym, gdzie „wszelkie jedzenie poza domem ukazywane było jako coś podejrzanego i niedobrego, kojarzonego z gangsterskimi interesami”.
     
         Po 1956 roku pojawił się trend, uprawiany przez wybitnych niekiedy felietonistów kulinarnych, będący próbą powrotu do kulturowych korzeni kuchni polskiej i  światowej, próbą ponownej nobilitacji sztuki gotowania. Dyskurs ten mógł rozwijać się dzięki powołaniu do życia w 1963 roku Instytutu Żywienia i  Żywności, który zajmował się upowszechnianiem wiedzy na temat zdrowego żywienia, ostrzegając przed otyłością i  nadmiernym spożyciem tłuszczów zwierzęcych.
     
        W latach 60. i  70. zaczęły pojawiać się książki „dla hobbystów i  smakoszów” , których autorami byli  m.in. ww. Tadeusz Żakiej czy Maria Iwaszkiewicz, w  której książce można było znaleźć przepisy na dania z  trudno dostępnych, bo eksportowanych masowo do Francji raków czy szparagów zapiekanych z  pomidorami. W  KAW-owskiej serii „Kuchnie różnych narodów” obok Kuchni rosyjskiej i Kuchni węgierskiej wyszły m.in. Kuchnia włoska i  Kuchnia francuska.
     
        Prawdziwą wyrocznią w  sprawach dietetyki była Irena Gumowska, która w bardzo popularnej, napisanej wspólnie z  profesorem nauk medycznych Julianem Aleksandrowiczem książce „Kuchnia i  medycyna”,  przedstawiała wpływ zawartych w pożywieniu witamin i składników mineralnych na zdrowie człowieka. Gumowska apelowała przy tym do  rządzących, aby zmieniali świadomość i  nawyki żywieniowe społeczeństwa, np.  dostarczając do wiejskich sklepów chleb razowy zamiast wywołujących raka białych bułeczek. „Polityką żywnościową – pisała - można ludziom ogromnie pomóc w  ochronie zdrowia, a  w naszym kraju nie jest to wcale tak trudne do przeprowadzenia”.
     
        W obliczu kolejnych kłopotów z mięsem w wydanej w 1971 roku książce „Dobra kuchnia: żywienie w rodzinie” pod redakcją Zofii Bagieńskiej i Marii Szczygłowe gospodarstwo domowe zostało przyrównane do zakładu produkcyjnego, którego prowadzenie wymaga fachowej wiedzy, umiejętności planowania i sprawnej organizacji pracy.  „Dobra kuchnia” stawiała na dania „niewyszukane, proste i niedrogie”. Jej autorki zalecały nie tylko tańsze gatunki mięsa, ale i mniej kosztowne zamienniki tłuszczów czy pieczywa: „Drogie masło można częściowo zastąpić margaryną, częściowo olejem sojowym, bułkę – chlebem pytlowym lub razowym (ten ostatni zawiera więcej cennych składników odżywczych), a makaron – częściowo kaszą jęczmienną lub pęczakiem”.
     
        Przez cały okres PRL-u jednym z częściej używanych w książkach kucharskich słów było słówko: „zamiast”. Zamiast cytryny w zupie cytrynowej w lecie polecano porzeczki, a w zimie żurawinę. Zamiast migdałów – płatki owsiane. Zamiast homara – kostkę z  mintaja. Wydana w  1961 roku „Kuchnia warszawska” zawierała nawet tablice produktów zamiennych, do których „dobra gospodyni powinna często zaglądać, ponieważ wybawią ją one z  kłopotu, biorąc pod uwagę okresowe trudności w  nabyciu potrzebnych surowców”.
     
       Najbardziej popularnym zamiennikiem czasów PRL-u była margaryna. W  latach 60. pojawiło się w  Polsce hasło reklamowe:  „Tylko mleczna margaryna zrobi z  ciebie Gagarina”, najczęściej jednak posługiwano się sloganami typu: „Bądź oszczędna i  kupuj margarynę”, „Margaryna polepsza smak każdej potrawy”, „Margaryna sprzymierzeńcem Twego budżetu” lub „Rozsądek przemawia za margaryną”. W  pamięci dawnych studentów – mieszkańców akademików zachował się społeczny odzew do tych haseł: „Margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna” i „Margaryna do kolacji zapobiega kopulacji”.
     
        Konieczność stosowania zamienników wynikała nie tylko z  „przejściowych braków” i  permanentnych kryzysów, lecz także z  niemożliwej do przezwyciężenia sezonowości. Pani domu musiała posiąść „umiejętność przystosowania się do możliwości aktualnego zaopatrzenia rynku i  wykorzystania sezonowych produktów”.
     
         W peerelowskiej telewizji bardzo mało było programów kulinarnych, gdyż wobec ciągłych braków podstawowych artykułów w sklepach, programy nie miały racji bytu. Gdy osławiony prezes gierkowskiej telewizji Maciej Szczepański wymyślił cykl programów poświęconych kuchni różnych narodów,  z pomysłu zrezygnowano ze względu na pustki w sklepach mięsnych: Nie wypadało się rozkoszować daniami, których nie można było przygotować w Polsce ze względu na braki podstawowych składników.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W PRL, a szczególnie w latach 1949-1956 władze komunistyczne dążyły do ukształtowania nawyków żywieniowych Polaków.
     
         Państwo totalitarne za pomocą siły i  perswazji kształtuje postawy jednostek, starając się przy tym objąć wszystkie dziedziny ich życia – od wierzeń religijnych po stosunek do własnego ciała. W  zakres tych działań wchodzi również wpływ na sposób odżywiania się społeczeństwa, czyli tzw. polityka wyżywienia, której celem jest kształtowanie społecznie pożądanych wzorców spożycia i związana z tym edukacja konsumentów.
     
         Polska Ludowa kształtowała smak swoich obywateli na wiele różnych sposobów - poprzez kolektywizację rolnictwa i kontrolowany skup płodów rolnych wpływało na ilość i  jakość dostępnej żywności. Poprzez centralnie sterowaną gospodarkę decydowało o tym, co trafiło na sklepowe półki. Od państwa komunistycznego zależało więc, co w efekcie znalazło się na kuchennym stole przeciętnego Polaka.
     
        Nowe przyzwyczajenia dietetyczne starano się narzucić Polakom za pomocą poradników, książek kucharskich, prasy (zwłaszcza prasy kobiecej), radia, a  w późniejszym okresie także i telewizji. Od lat 40. aż do końca Polski Ludowej towarzyszyły kobietom, również w  kuchni, dwa tygodniki: „Przyjaciółka” oraz „Kobieta i  Życie” . Kształtowały one gusta i  nawyki kulinarne Polek, popularyzując zarazem program polityki żywnościowej państwa.
     
         O ile wychodząca od 1948 roku wielkim nakładzie  „Przyjaciółka” skierowana była do kobiet ze wsi i  małych miasteczek, a  także robotnic wielkich zakładów przemysłowych, to „Kobieta i Życie” czytana była przede wszystkim w  dużych miastach, głównie przez tzw. inteligencję pracującą, czyli nauczycielki, urzędniczki, działaczki społeczne i  partyjne.
     
        Oba pisma drukowały przepisy, porady kulinarne i tygodniowe jadłospisy, a nawet lekcje gotowania dla najmłodszych. Na ich łamach ukazywały się teksty fachowców, takie jak drukowany w  „Przyjaciółce” cykl „Encyklopedia gotowania”, redagowany przez słynną propagatorkę zdrowego odżywiania Irenę Gumowską, ale i  listy zwykłych czytelniczek, które dzieliły się swoimi domowymi przepisami.
     
         Kulinariami zajmowały się także dwa inne, skierowane do wyrobionych, inteligenckich czytelników pisma: krakowski tygodnik „Przekrój” i ukazujący się w Warszawie miesięcznik „Ty i Ja”. Do „Przekroju” pisywali: córka Jarosława Iwaszkiewicza, Maria Iwaszkiewicz, autorka felietonów „Kuchnia polska”, poświęconych polskim tradycjom kulinarnym, oraz Jan Kalkowski, który w  swoich krótkich felietonach „Jedno danie” popularyzował najczęściej potrawy kuchni zagranicznych. W  miesięczniku „Ty i  Ja”  o wysmakowanej kuchni pisał  muzykolog i  publicysta kulinarny Tadeusz Żakiej, ukrywający się pod podwójnym pseudonimem „Maria Lemnis i Henryk Vitry”.  Partyjnych decydentów coraz bardziej raziły propagowane przez magazyn zachodnie znamiona luksusu: hors d’oeuvre, homar i  melon w  szynce. Ostatecznie uznano, że „pismo jest nieprzystosowane do sytuacji gospodarczej kraju, że budzi tęsknoty nie do zrealizowania” , i zamknięto je w 1973 roku.
     
         Wydawane książki kucharskie zmieniały się wraz z  rytmem kolejnych dekad socjalizmu w  Polsce. W  latach stalinowskich w ich wstępach podkreślano, iż „dobra i  dbała o  dom gospodyni, która świadomie i  mądrze pojmuje swoje obowiązki, odczuwa istotny związek swej pracy w gospodarstwie z ogólnymi narodowymi celami wyznaczonymi przez partię i rząd .  Z kolei Zofia Czerny we wstępie do swojej „Książki kucharskiej” wskazywała, iż „żywienie człowieka, tak samo jak każda działalność, musi oprzeć się o  prawidłowe planowanie. Wymaga tego zarówno dobro osób, które mamy żywić, jak i  całokształt gospodarki narodowej” .
     
         Sposób odżywiania się w  komunistycznej Polsce przestawał być sprawą indywidualnych potrzeb, gustów i  przyzwyczajeń. Stawał się kwestią społeczną. Jednostka w  komunizmie była tylko częścią systemu i  jako taka musiała sprawnie w  nim funkcjonować. Siły do pracy zaś zapewniało jej przygotowane zgodnie z  naukowymi zasadami ówczesnej dietetyki jedzenie. Tak więc dobra, świadoma gospodyni przygotowując włąściwe posiłki podnosiła wydajność pracowników fabryk.
     
         Na początku lat 50. władze zapragnęły jednej, ujednoliconej księgi socjalistycznego gotowania na wzór słynnej sowieckiej „Książki o  smacznym i  zdrowym jedzeniu”, która powstała przy  współpracy „wielu lekarzy, naukowców, kucharzy i  gospodyń domowych”. Podobnie miało być w  wypadku „Kuchni polskiej”, stworzonej zbiorowym wysiłkiem zespołu specjalistów z  tytułami profesorów i  inżynierów oraz śląskiej gospodyni Heleny Kulzowej-Hawliczkowej, która opracowała większość przepisów.
     
        Na ponad 700 stronach księgi znajdowały się nie tylko przepisy, lecz także informacje na temat wartości odżywczej jedzenia, jego znaczenia dla zdrowia, diet leczniczych, wyposażenia i  organizacji pracy w  kuchni, przechowywania produktów i  podawania posiłków. Celem „Kuchni polskiej” było przejęcia kontroli nad życiem kulinarnym Polaków, uznając jednocześnie, że „każda wiedza dotycząca żywienia, która nie jest dystrybuowana przez placówki badawcze i instytucje państwowe, jest wiedzą fałszywą”.
     
        Czytelniczki już ze wstępu miały się dowiedzieć, że „ustrój socjalistyczny, wysuwając na pierwszy plan dobro człowieka, dąży nieustannie do poprawy jego bytu”. W tym celu budowana była cała sieć placówek naukowo-badawczych, które miały w naukowy sposób ustalić zasady prawidłowego żywienia człowieka. „Przekazując szerokim masom wyniki tych badań, przyczyniamy się do realizacji zadań nakreślonych przez naszą władzę ludową” – napisali autorzy wstępu.  
     
        „Kuchnia polska” miała do roku 1989  aż 29 wydań. W kolejnych edycjach zmieniały się ilustracje, modernizowały przepisy i  ideologiczna zawartość wstępów. Jedno pozostawało niezmienne: rzekomo racjonalne podejście do żywienia.
     
         W stalinowskiej Polsce tworzenie nowych nawyków żywieniowych stało się częścią szerszego programu kształtowania nowej, socjalistycznej mentalności. Wykuwany przez komunistyczny system Nowy Człowiek miał być silny i zdrowy, musiał się więc zdrowo odżywiać. Wyżywienie klasy robotniczej traktowano jako jeszcze jedno zadanie produkcyjne, a jedzenie przyrównywano do paliwa w maszynie: „Racjonalne żywienie człowieka – pisano - podnosi jego siły, a  tym samym wpływa dodatnio i  na podniesienie jego pracy, tak samo jak racjonalne zaopatrzenie maszyny w  paliwo i  smary zwiększa jej sprawność i  przedłuża okres działalności”.
     
          Stan zdrowia człowieka przestał być jego sprawą osobistą, ponieważ – jak głosił jeden z  poradników – „zdrowie jednostek ma decydujący wpływ na kształtowanie się przeciętnej zdrowia całego społeczeństwa, a  tym samym na jego siłę i  rozwój naszego Państwa”. Dieta człowieka zdrowego miała na celu „zapewnienie mu pełnej sprawności do pracy”.  Zalecano więc wysokie, nieeralne w ówczesnej sytuacji, normy kaloryczne. Stołówkowa norma zasadnicza pracownika PGR-u na ośmiogodzinny dzień pracy wynosiła ponad 4600 kcal. Za każdą nadgodzinę należało się pracownikowi dodatkowo 190 kcal. Norma dzienna zawierała 145 gramów białka (w tym 28 gramów białka zwierzęcego) plus 6 gramów białka za każdą nadgodzinę.  Jednocześnie wskazywano, iż : „ilości białka są wystarczające dla umiarkowanie pracującego mężczyzny. Idąc po linii ostatnich wskazań uczonych radzieckich, należałoby nieco podnieść normę białka zwierzęcego .
     
         Realia żywnościowe czasów stalinowskich dalekie były jednak od optymistycznych opisów zawartych w poradnikach. Z przeprowadzonych badań wynikało, iż dieta przeciętnej polskiej rodziny „opierała się głównie na ziemniakach i chlebie, które stanowiły 65% (29,3 kg) spożywanych artykułów, a towary uważane za luksusowe, takie jak mięso i  przetwory mięsne, tłuszcze, cukier i  słodycze, spożywano sporadycznie”.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Czasy się zmieniają, systemy upadają, a w niedzielne przedpołudnia w polskich blokach zawsze niosą się odgłosy klepania tłuczkiem mięsa na kotlet schabowy. Miała z tym zwyczaj związek pewna sytuacja, w którą wplątali się rodzice Łukaszka. A było to tak.
    Na Dzień Kobiet panie z Komitetu Obrony Dewiacji, do którego należała i mama Łukaszka, wybrały się do restauracji. Przejrzały menu, ponarzekały, że jeszcze Karosław-Jaczyński steruje cenami i zamówiły coś najtańszego.
    Schabowe.
    - Ech, te schabowe to nie takie schabowe - zaczęła narzekać jedna z pań. Inne się przyłączyły. Kiedy dyskusja przeniosła się na temat kotleta idealnego, większość pań stwierdziła, że najlepsze schabowe robi ich koleżanka siedząca na końcu stołu.
    - Sekret dobrego schabowego to idealnie rozbite mięso - rzekła koleżanka. - U mnie robi to mąż.
    Kilka pań zażartowało, że może przyślą małżonków na naukę, koleżanka zażartowała, że mogą przyjść i jedna mama Łukaszka wzięła to na serio.
    Następnej niedzieli wraz z tatą Łukaszka stukała do drzwi mieszkania koleżanki.
    - Dobrze trafiliście, akurat się zabieram za obiad - koleżanka wpuściła ich do wnętrza, po czym poprosiła by usiedli na taboretach w korytarzu.
    - Stąd będzie najlepiej widać - wyjaśniła.
    Mama spojrzała na tatę, tata na mamę i usiedli. Koleżanka przygotowała dwa talerze: jeden z kawałkami mięsa, a drugi pusty. Jeden z kawałków ułożyła na desce z rysunkiem traktora, a obok ułożyła tłuczek i zawołała:
    - Filip, możesz zaczynać!
    Do kuchni zajrzał jakiś młody, mocno zbudowany pan z brodą i wąsem.
    - Dezodorant jest?
    - Już! - koleżanka ustawiła na stole pojemnik.
    - Dezodorant? - zdumiała się mama Łukaszka.
    - Spokojnie - odezwała się koleżanka. - Nie będziemy perfumować mięsa. Dezodorant jest zużyty.
    - No to po co...
    Ale koleżanka przerwała mamie Łukaszka ruchem dłoni.
    Filip wszedł do kuchni. Wziął do lewej ręki dezodorant, do prawej tłuczek. Okrążył kilka razy stół, a potem zrobił coś zaskakującego. Łokciem zrzucił zamaszyście deskę z mięsem na podłogę, rzucił się na nią i klęknął przyciskając ją kolanami do ziemi. Potem zaczął walić tłuczkiem w mięso, co pewien czas popsikując z zużytego dezodorantu. Cały czas przy tym ryczał wściekle:
    - Gnoju!!! Bandyto!!! Prowokatorze!!! Będziesz traktorem ulicę blokował?!!! Co, demonstrować ci się zachciało?!!! Masz gazem, masz!!! Teraz was lejemy!!! Co, uśmiechnięta Polska ci się nie podoba?!!! Uśmiechaj się, kurna!!! Uśmiechaj!!!
    koleżanka klęknęła obok niego z talerzami i co pewien czas wyciągała mu spod tłuczka gotowe już mięso i podrzucała świeży kawałek.
    Wreszcie skończyli.
    - Filip! Dosyć! Już wystarczy!
    Pan Filip rzucił oba trzymane w rękach przedmioty i wyszedł do sąsiedniego pokoju.
    - No i popatrzcie - zaśmiała się koleżanka podsuwając talerz pod nos mamie Łukaszka. - Mięso idealnie rozbite! Idealnie!
    Spojrzała w stronę taty Łukaszka, który nadal siedział z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami. dodała tonem wyjaśnienia:
    - Mąż jest policjantem.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Życie w okupowanej przez Niemców Polsce wymagało niezwykle wyrafinowanej gospodarki racjonowaną żywnością oraz domowym budżetem.
     
          Według danych przytaczanych przez Andrzeja Chwalbę w latach 1940–1941 niewykwalifikowany robotnik mógł zarobić około 150 złotych, a wykwalifikowany 250–300. Przeciętna pensja urzędnika niskiego szczebla  wynosiła około 300 złotych.
     
          Na zakupy na kartki  żywnościowe trzeba było  przeznaczyć, według wyliczeń Rady Głównej Opiekuńczej 32 złote. Opłaty za gaz i prąd wynosiły kilkanaście złotych, obowiązkowe ubezpieczenie w miejscu pracy (około 20 złotych), podatek dochodowy w kwocie około 15 złotych, opłatę za mieszkanie (około 80 złotych odstępnego plus 10 złotych podatku lokalowego). Do tego dochodziły wydatki na przejazdy tramwajem. Należało uwzględnić także wydatki związane z kontrybucjami nakładanymi przez Niemców oraz łapówkami, bez których nic nie dało się załatwić.
     
         Wedle wspomnień Teresy Śliwińskiej przeciętne okupacyjne menu składało się na z krupniku z krojonymi ziemniakami, okraszonego łyżką łoju wołowego, który należało jeść gorący, bo inaczej łój krzepł i osadzał się na podniebieniu”. Były „ziemniaki z wody” z dodatkiem brukwiowego purée, a także jarmuż „w postaci gęstej zupy z kaszą i ziemniakami”. Innym razem była grochówka „ze zrumienioną cebulką, podobnie jak krupnik okraszona”, zupa fasolowa „przetarta przez sito i zagęszczona wkrojonymi ziemniakami, doprawiona majerankiem”, barszcz „z ziemniaczkami purée” czy ziemniaki „w mundurkach z ciemnym olejem, z wkrojoną surową cebulą”. Nie mogło się też obejść bez kluch i placków w przeróżnych odmianach: „placki ziemniaczane zwane plindzami z cukrem”, kluski „z surowych ziemniaków zwane sinymi kluskami, polane zrumienioną na oleju cebulką i gotowaną kwaszoną kapustą” czy wreszcie kluski „w kształcie malutkich piłeczek, ugotowanych z surowych, tartych ziemniaków”, które dodawano do zupy z dyni.
     
         Wiele pomysłów podsuwały gospodyniom pozycje wydawane przez Biblioteczkę Życia Praktycznego: „60 potraw z kapusty, Sto potraw z ziemniaków, 109 potraw czy wreszcie Ziemniaki na pierwsze… na drugie… na trzecie… 135 nowych przepisów”. Każda z tych książek miała jasny cel: udowodnić, że da się zrobić coś z niczego. Poza tym Polki mogły liczyć przede wszystkim na swoje niezbadane pokłady kreatywności.
     
         Wedle tych poradników najbardziej oszczędna, jeśli chodzi o ilość składników, była zupa z dyni. Dla czterech osób potrzeba było na nią pół kilo dyni, filiżankę kaszy jaglanej, łyżkę smalcu, łyżeczkę soli, łyżkę cukru i pół litra mleka. Drugie dania proponowane przez Kiewnarską składało się z kilograma gotowanych kartofli, pokrajanych w talarki, zagotowanych na dwóch kostkach bulionowych i posypanych koperkiem. Polecane były również racuchy kartoflane (2 kilogramy surowych kartofli i 3 ugotowane kartofle, utarte na tarce, wymieszane, osolone i smażone na oleju).
     
         Nawet przedwojenna arystokracja w wystawnych pałacowych wnętrzach borykała się ze zdobyciem żywności i nie jadała dużo lepiej niż zwykła polska rodzina. Anna Branicka-Wolska wspominała po latach: „Krowy pasły się w prywatnym parku, one dawały nam mleko, były naszymi żywicielkami. Masło na śniadanie i kolację wyliczano precyzyjnie: po dwa krążki na osobę, chleb był kartkowy. Młodzież siedząca na końcu stołu z niepokojem patrzyła, jak dorośli nabierali z półmisków: baliśmy się, że dla nas nie wystarczy. Na śniadanie żytnie płatki…”
     
         Nic więc dziwnego, iż w takiej sytuacji  należało prowadzić niezwykle racjonalną gospodarkę domowym budżetem.
     
         Częste kupowanie niewielkich porcji, na przykład mąki czy kaszy, powodowało w ostatecznym rozrachunku nabywanie mniejszej ich ilości, gdy sprzedawcy sypali te produkty w sklepie do papierowych torebek z grubego, ciężkiego papieru. Zaradna gospodyni kupowała rzadziej, ale w dużych ilościach.
     
         Zakupy, przechowywanie i rozdzielanie pieczywa były swego rodzaju sztuką. Najsmaczniejsze jest oczywiście to świeże, ale chrupiące kromki bardzo powoli zaspokajają głód, więc zjada się ich więcej. Bolesława Kawecka-Starmachowa zalecała w związku z tym kupowanie chleba raz, najwyżej dwa razy w tygodniu i przechowywanie go w szczelnie zamykanym pojemniku, tak by nie zesechł. Lekko czerstwe pieczywo było jej zdaniem „znacznie zdrowsze i dające się lepiej krajać, oszczędniejsze od świeżego”. To samo dotyczyło też bułek.
     
         Ówczesny chleb wypiekany dawnymi metodami, na zakwasie lub drożdżach, bez polepszaczy i konserwantów, nawet kilkudniowy smakował wyśmienicie.
     
         W przypadku  „upolowania”  mięsa należało   zabezpieczyć go przed zepsuciem. Lodówki elektryczne były bardzo drogie i  uzależnione od ciągle przerywanych dostaw prądu. Najprostszy sposób przechowywania mięsa polegał na racjonalnym podzieleniu go i zakonserwowaniu. Kawałek przeznaczony na zupę zalewało się przegotowaną i osoloną wodą i odstawiało w chłodne miejsce. Kiedy przychodziło do przyrządzenia zupy, wystarczyło do tego samego garnka wrzucić jarzyny, przyprawy i ugotować. Mięso przeznaczone na pieczyste można było zakonserwować, przesmażając je na tłuszczu lub marynując w occie. Przyrumienione na patelni mogło później stać w chłodnym miejscu kilka dni, a zatopione w occie nawet tydzień.
     
         Masło zdobyte w trakcie szmuglerskiej wyprawy  zwykle występowało w większych kawałkach, ważących około jednego kilograma. Konserwowano je, zwykle zanurzając w solance, bądź ugniecione w garnku okładano zwilżonym pergaminem i zasypywano solą.
     
          Także inne tłuszcze zwierzęce konserwowano w podobny sposób. Smalec po przetopieniu przelewano do suchych, wyparzonych butelek i szczelnie korkowano. Słoninę najlepiej było pokroić na kawałki nadające się do wykorzystania w całości, dobrze posolić i trzymać w szczelnie zawiązanym kamiennym garnku. Gdy gospodyni  potrzebowała okrasić słoniną kluski czy ziemniaki, wyjmowała kawałek, krajała w kostkę, smażyła i polewała porcję tłuszczem ze skwarkami.
     
         W okupacyjnych realiach nauczono się spożytkować kuchenne odpadki . Zastosowanie znalazła na przykład kluszczanka, czyli woda z gotowania klusek. Zawierająca w sobie skrobię i już osolona, wykorzystywana mogła być jako lekko zagęszczona baza do zupy, do podlewania jarzyn albo jako krochmal do bielizny.
     
         Przed wojną w wielu domach z kanapek odkrajano twarde skórki i wyrzucano je. W okupacyjnej rzeczywistości nie wolno było marnotrawić nawet okruszka. Zamiast się ich pozbywać przerabiano je na zupę chlebową, ścierano je na tarce i używano do panierowania albo zamiast mąką zagęszczano nimi sosy.
     
          Nawet popłuczyny po mleku nie były marnowane. Gospodynie delikatnie podlewały nimi gotujące się kasze albo ryż. Używały też niewielkich ilości mleka do… pielęgnacji skóry, przemywając nim twarz.
     
          Polki osiągnęły takie mistrzostwo w wojennej sztuce kulinarnej, że postanowiły podzielić się swoją wiedzą ze światem. Książnica Polska, wydawnictwo emigracyjne działające w Glasgow w latach 1940–1953, przyszła w sukurs Brytyjkom, które w samym środku wojny zmagały się z problemami aprowizacyjnymi. Właśnie w tym celu Zofia Nowosielska wydała w grudniu 1941 roku Polish Wartime Cookery Book, zawierającą wiele receptur na wojenne czasy.
     
    Wybrana literatura:
     
    A. Zaprutko-Janicka – Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania
    T. Chinciński - Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce
    A. Chwalba - Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1939–1945
    J. Kochanowski -  Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944–1989
    B. Kroll - Rada Główna Opiekuńcza 1939–1945
    C. Madajczyk -  Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce
    S. Smoliński - Rozwój detalicznych cen wolnorynkowych w Krakowie latach 1939–1946
    T. Szarota - Okupowanej Warszawy dzień powszedni
    Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W czasie okupacji niemieckiej pomysłowość polskich gospodyń stała się legendarna.
     
         Halina Bielińska i Maria Krüger, autorki okupacyjnego poradnika dla pań domu zatytułowanego „Nie wyrzucaj pieniędzy za okno” radząc co  stosować jako produkty zastępcze, podkreślały, iż „ wynalazczość gospodyni w tym zakresie bywa nieraz nadzwyczajna. Potrzeba jest matką wynalazków i naprowadza na zupełnie niezwykłe pomysły”.
     
         O konkretnych przykładach pisała znana kucharka Elżbieta Żernicka. W 1942 roku ukazało się kolejne wydanie jej praktycznego poradnika, w którym zamiast herbaty polecała napary z kwiatu lipy, mięty, liści poziomek, malin, jeżyn czy borówek. A więc z surowców, które każdy mógł znaleźć w lesie, sadzie lub na łące.
     
         W lipcu 1943 roku „Nowy Kurier Warszawski” przypomniał, że: „W miesiącach letnich łąki bielą się rumiankiem i owocują maliny w ogrodach i lasach, zieleni się mięta… kwitną lipy…”. Nic, tylko zbierać, suszyć i parzyć.
     
        Jedną z popularniejszych erzac-herbatek była sporządzana z obierzyn jabłkowych. Owoce obierało się ostrożnie i cienko, a obierki krajało w paseczki. Następnie należało je ususzyć i przypiec lekko w piecu. Po zalaniu wrzątkiem wychodził z tego bardzo aromatyczny napar o wyrazistym kolorze.
     
        Erzac herbaty można też było sporządzić z marchwi. Po odciśnięciu soku pozostawało sporo odpadów. Po odpowiednim wysuszeniu marchewkowe fusy zalewano wrzątkiem i „herbatka” była gotowa.
     
        Osoby słodzące herbatki miały kłopot – cukier stał się artykułem luksusowym. Przydziały kartkowe były skąpe, a cukru zazwyczaj brakowało. Polacy zaczęli przemycać do kraju sacharynę, która  stała się głównym zamiennikiem cukru. Marmolady, ciasta, leguminy, kawa i herbata – słodzik znajdował nieskończone wręcz zastosowania, choć oczywiście nielegalny handel nim był tępiony przez  Niemców. Już w pierwszych dniach grudnia 1939 roku gadzinówka „Nowy Kurier Warszawski” pisała z oburzeniem o „ukazaniu się na rynku warszawskim sacharyny”.
     
         Sacharyna pozostawia w potrawach delikatny gorzki posmak. W 1942 roku Niemcy zaczęli sprzedawać w Generalnym Gubernatorstwie dulcynę – środek w mniejszym stopniu zniekształcający smak. W rzeczywistości dulcyna była  truciznę, a jej rakotwórcze właściwości wykryto w latach pięćdziesiątych XX wieku.
     
        Innym popularnym zastępnikiem cukru była melasa. Ten ciemnobrązowy syrop powstaje jako produkt uboczny przy produkcji cukru i jest od niego znacznie zdrowszy. Jednak jego zapach sprawia, iż  nie każdy był  w stanie go przełknąć. Ponadto melasa wprowadza do potrawy specyficzny słodowy posmak.
     
         W warunkach okupacyjnych produkowano melasę domowymi sposobami. „Mama wraz z nami kopała buraki cukrowe, - wspominała Anna Rosel-Kicińska - później gotowała długo w ogromnych kotłach, aż wytwarzał się z nich brązowy, nieco cuchnący syrop. Zlewała go do butelek i tym słodziła nam kawę, często smarowała chleb, a nawet piekła smaczne ciasta. Protestowaliśmy tylko z ojcem, gdy słodziła syropem buraczanym kluski na obiad”.
     
         Także miód doczekał się surogatu. Choć sztuczny miód wytwarzany był już przed I wojną światową, dopiero w czasie okupacji niemieckiej zaczął być wytwarzany na masową skalę. Popyt na niego był tak duży, że na czarnym rynku kilogram sztucznego miodu kosztował aż 100 złotych.
     
         Dużym codziennym problemem był niemal zupełny brak jaj. Jeśli nie posiadało się własnych kur na przydziałowe nie było co liczyć, a ich cena na czarnym rynku byłą zabójcza dla normalnej rodziny.
     
        W daniach mącznych, w szczególności w kluseczkach, sytuację ratowała gorąca woda. Ciasto z jej dodatkiem należało bardzo szybko wyrobić i od razu gotować. Kotlety z mielonego lub siekanego mięsa bez jajek mają tendencję do rozpadania się w trakcie smażenia. Jeżeli nie było jaj, wystarczyło dodać do nich na przykład… utartego surowego kartofla.
     
        Także z mąką był kłopot, a cena mąki  pszennej, białej i oczyszczonej osiągała poziomy wykluczające jej używanie w zwyczajnych domach. Pozostawały więc różnego rodzaju surogaty. Każda roślina oleista, z której wyciśnie się tłuszcz, w mniejszym lub większym stopniu nadaje się na mączkę. W ten sposób powstawała na przykład mąka dyniowa – jako produkt uboczny tłoczenia. Jako mąka służyły także  bób, groch, soja, nawet trawa, a konkretnie perz.
     
         Mąkę wytwarzało się ją z nasion perzu. Biorąc pod uwagę, że kłosy tej rośliny nie są obfite w ziarenka, była to żmudna i czasochłonna praca. Z mąki z perzu piekło się podpłomyki lub namiastkę chleba.
     
         W sytuacji totalnego braku mięsa zaczęto jadać koninę.  Jedna z autorek Elżbieta Kiewnarska, we wstępie do książki „109 potraw” przekonywała: „Z pokarmów białkowych nauczyliśmy się spożycia koniny, mięsa dawno stosowanego w kuchniach krajów zachodnich. Co do koniny, to trzeba tylko przezwyciężyć zakorzenione przesądy, przeszkadzające jej użycia. O co chodziło z tymi przesądami? W świadomości niejednego przedwojennego Polaka koń nie był obiadem. Był przyjacielem i pomocnikiem, który ciągnąc pług, zapewniał plony, który dumnie potrząsał grzywą zaprzężony do pięknego powozu, który wreszcie niósł ułana do boju, a potem prężył pierś, idąc pod nim na paradzie wojskowej”.
     
         W przedwojennej Polsce koń traktowany był jak członek rodziny, ciężko pracujący na utrzymanie  swoich właścicieli – nawet w obliczu głodu nie wszyscy byli w stanie przemóc się i zjeść koninę.
     
         Autorki okupacyjnych książek kucharskich zamiast biadać nad ciężkim losem koni, zaczęły przystosowywać tradycyjne przepisy na potrawy mięsne, wykorzystując koninę. Modyfikacjom uległa między innymi receptura na znaną w Polsce sztufadę , do której przygotowania tradycyjnie używano  cielęciny, kapłona (wykastrowanego koguta), dziczyzny lub mięsa wołowego.
     
         Z uwagi na brak opału istniała konieczność ograniczenia czasu jej gotowania, a konina jest bardzo twarda.  Elżbieta Kiewnarska znalazła proste rozwiązanie. Mięso należało przez 3–4 dni trzymać w zalewie z octu z dodatkiem pieprzu i liści laurowych. Tak zamarynowana konina nie potrzebowała długiego gotowania..
     
         Problem było kupienie tłuszczu do smażenia. Tłuszcze zwierzęce stały się towarem deficytowym. W tej sytuacji ratunkiem stały się oleje roślinne. Najpopularniejszy w Polsce olej rzepakowy był wcześniej odrzucany jako niesmaczny i brzydko pachnący. Jednak w czasie okupacji zaczęto go stosować w większości polskich domów.
     
        Tak więc kariera oleju rzepakowego lub słonecznikowego o wyglądzie płynnego złota, powszechnie stosowanego obecnie w Polsce jest, jak się okazuje, bardzo krótka.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Diuna cz. 2 to film dla mnie. Kreator i reżyser Denis Villeneuve kręci w ulubiony przeze mnie sposób, dlatego podoba mi się ten film, Przede wszystkim sposób kręcenia ma tu znaczenie, tempo i realizm. Termin realizm ma tu specyficzne znaczenie, którego nie rozumiecie. Niemniej jest on powszechnie używany i znaczy coś jak wiarygodność. Mamy zatem wiarygodną kreację świata, który nie jest aż taki za bardzo wiarygodny, o czym później. Dalej: praca kamery, kadrowanie, intelektualna praca przy tworzeniu poszczególnych kadrów, scenerii, i innych takich rzeczy. Muzyka i dźwięki. Faktycznie czasem nie wiadomo, czy to muzyka, czy słyszymy pracę maszyn. Na Gałęzi ma tu zupełną rację:

     

    Ma chłopak kłapane. My zaś jesteśmy na tej pustyni wśród jej mieszkańców. Przeżywamy ich niedole i bierzemy udział w dramatach. Mamy do czynienia z tragedią antyczną. Co do samej adaptacji książkowej Diuny (najsamprzód była książka Franka Herberta, potem inne książki i np. Gwiezdne Wojny Lucasa) to OK jest. Wbrew opiniom malkontentów wycięli to, co wyciąć było trzeba. Postacie, wątki, Gildię Nawigatorów. Nawigatorzy nie mają w Diunie nic konkretnego do roboty, dobrze więc, że ich nie ma. Jest za to sprawa Chani, o której później. Teraz kończę część bezspoilerową, chociaż nie wiem czemu. Diunę wydali wszak w 1965 roku i każdy miał czas się zapoznać. Ale żyjemy w ciężkich czasach, kiedy to masy obcują z wybitną literaturą, a rozmaici literaturoznawcy i -jak by to powiedzieć kulturalnie – poloniści nurzają się w odmętach grafomanii. Słuszną jest bowiem dykteryjka Red. Ziemkiewicza o Szymborskiej, która nie uwierzyła w istnienie Zajdla. Dlatego Diuna nie nadaje się do szkoły, bo nauczyciele nie mają pojęcia o literaturze. Dobra. Tera przechodzimy do świata rządzonego przez kobiety i narkomanów i zastanówmy się w świetle Imienia Róży nad kwestią fundamentalną:

    SPOILER

    O co tu chodzi w ogóle?

    Chodzą słuchy, że Herbert, który sam zbyt normalny nie był (jak to geniusz), stworzył Diunę jako przestrogę przed fundamentalizmem religijnym i w ogóle. Tyle że ludzie tak nie odczytali jego dzieła bo mu nie wyszło. Tu mamy Umberto Eco i jego doktryna o interpretacji dzieła. Idzie to tak, że odbiorca sobie interpretuje i nie można dywagować o tym, co poeta ma na myśli. Autor może sobie myśleć co tam chce i niekoniecznie przełożyć precyzyjnie swe zamiary na papier, taśmę filmową, czy nawet wyśpiewać. Jest tak? Krzysztof M Maj nawija na tej temat, o czym była mowa przy okazji listy lektur:


    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1355027,szkola-podstawowa-winna-uczyc-podstaw

    I dla mnie bohater Diuny, Paul Atryda, zwany Usulem i Muad'Dibem nie był antybohaterem, tylko bohaterem. Herbert pisał dalsze książki, żeby to jakoś odkręcić, ale ja odpadłem już na początku Mesjasza Diuny. Przedstawiam dlatego garść obiektywnych okoliczności:


    Planeta Diuna, czyli Arrakis ma kluczowe znaczenie dla Galaktyki, z uwagi na przyprawę (melanż, silne prochy). Aby zapewnić jej rdzennym mieszkańcom (Freemenom, zwanym w ułomnych tłumoczeniach Wolanami) wolność trzeba podbić wspomnianą Galaktykę. Przyprawa jest tak ważna, że opanowanie jedynego źródła jej pozyskania jest sprawą kluczową dla każdego. Więc albo my ich, albo oni nas. 


    Dalej mamy proroctwa, zaszczepiane przez żeński zakon (?) Bene Gesserit w celu bliżej niewiadomym. W filmie widać, że to one tak naprawdę rządzą i ich machinacje doprowadzają do katastrofy. I na końcu zaczynają się kłócić między sobą. Bardzo realistyczne przedstawienie. Typowe dla kobiet jest unikanie brania odpowiedzialności, więc nie biorą. Ale mają przemożny wpływ, jako prawdomówczynie, które wiedzą o wszystkim, bo słuchają każdej rozmowy. Żony, córki feudałów również są Bene Gesserit (dalej: BG) i są lojalne wobec owego zakonu, a nie ojców, mężów, etc. organów państwowych. Widać to i w pierwszej części, i w drugiej. Weźmy same knowania Irulany. Jessica się natomiast buntuje z miłości i to widać. Też realistyczny element, acz podobnie niezamierzony. Elementy rządów kobiet (matriarchatu) zostały tu celnie pokazane. 

    Szczytowym wykwitem knowań BG są proroctwa o pojawieniu się proroka, mesjasza itp. I tu mamy nawiązania do islamu. Ja jako liberał nie mam nic przeciw czerpaniu z islamu. Jest to jednak inna cywilizacja i `daje poczucie inności. Mamy jednak dosłowne określenia jak Mahdi, dżihad, które rażą swoją dosłownością. Jak widać aby zrozumieć Diunę trzeba czytać W Pustyni i w Puszczy. Jak przeczytałeś WPiP to wiesz, kto to Mahdi. A jak nie to nie. Ale nie to jest kluczowe: 

    Ustalmy najpierw kto ćpał? Ćpali mieszkańcy Diuny, Nawigatorzy, arystokracja… Czerwie tez ćpały. Zauważyliście, że nie dało się odwołać ludzi, którzy mieszkali na Arrakis dłuższą chwilę? Bo uzależnili się oni od przyprawy i albo musiałeś im ją dostarczać, albo umarliby. Dlatego wyrzucenie Harkonnenów jest problematyczne. Padyszach też pewnie ćpał i dlatego jest za stary w filmie. Ale w sumie to co z tego wynika? Nic.

    https://youtu.be/_hm2pVOHE_g?si=4NBsiLC4cc4x9Xe4

     

    Ponieważ wszyscy ćpali więc mieli wizje przyszłości, więc mamy paradoks: widzieli przyszłość Kwisatz Haderacha (dalej: KH), więc stworzyli proroctwa o nim, które się zaczęły spełniać. Paul wlazł na wielkiego czerwia, który się pojawił, bo miał wizję, że się ma pojawić. Itp. itd. Paul zyskuje prorokowane zdolności KH. Wszystko to jest niejasne. Owszem Fremeni, którzy pełnią rolę Starszych, Mniej Wykształconych z Mniejszych Ośrodków, wymuszają pewne działania na nim, ale takie są realia. To jest takie niejasne i materialisty nie mają racji rzucając się tutaj. 

    Fremeni mają być krytyką fanatyzmu i religianctwa ale z drugiej strony mamy przedstawicieli ateizmu i materializmu czyli Harkonnenów. I oni są jednak gorsi, bo są pokazani jako mordercy, sadyści itp. Reżim, który toleruje taką degenerację musi upaść i to jest poważna przestroga obecnie. Harkonnenowie są pokazani świetnie, Raban okazuje się mocny w ucieczkach, a ten młody jest walnięty jeszcze bardziej niż stary baron. I ich pląsy w czarno-białej dwubarwnej scenerii czarnego słońca… Batista gra doskonale i będę wam musiał zwrócić uwagę na jego walki:

    https://youtu.be/EeTMkRKqmkw?si=JsH748fewe16PhEZ

     

    Chani

    Kreacja Chani, granej przez Zendaye budzi spore kontrowersje. Ma tu rację Czerw Fantastyczny:

    https://youtu.be/H71r7HIjYcI?si=yu2lqN0vSLnSpbPw

     

    który wywodzi, że zrobili z Chani silną, dzielną niezależną. Faktycznie co chwilę fika ona, nie akceptuje niczego, zachowuje się bez sensu. Jest poważnie zepsuta w porównaniu z książką. W książce istnieje instytucje konkubinatu i Paul ożenił się z Irulaną politycznie, ale Chani była jego konkubiną. Dobrze pamiętam? Czy obyczaje fremeńskie były wzorowane na islamie i kilka żon można mieć? Panuje tam silny patriarchalizm i Paul dostaje żonę i dzieci po Dżamisie, którego zabija. Nie mam ochoty jeszcze raz czytać Diuny, żeby wyłapać takie niuanse. Ale patriarchalizm Fremenów jest starannie ukrywany przed widzem. Jak widzę walka tu trwa o interpretację pojedynczej sceny. Jeśli chcą kręcić Mesjasza Diuny to muszą Chani anulować i sprowadzić do poziomu książkowego. Dadzą radę?

    Pomijam w tym momencie lewaków, narzekających na biały mesjanizm u ludów, na polityczny wydźwięk, oni żyją w swoim świecie.

    My zaś mamy dzieło które trafiło na swój czas. Ludzie znużyli się blockbusterką spod znaku Marvela, DC, może czas zmienić repertuar? 

    O Diunie 2:

    https://www.filmweb.pl/film/Diuna%3A+Część+druga-2024-10003481

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dużą pomocą w przetrwaniu okupacji niemieckiej były doświadczenia  z okupacji niemieckiej z lat 1915-1918.
     
          Już wówczas Polacy nauczyli się zastępować je swojskimi zmiennikami. I tak np. w czerwcu 1917 roku „Głos Rzeszowski” przekonywał o wartościach koniczyny: „Stanowi ona znakomitą i bardzo pożywną jarzynę w rodzaju szpinaku, której spożycie absolutnie nie szkodzi zdrowiu i nie pociąga za sobą żądnych przykrych następstw”. I zalecali, iż „koniczynę, która ma służyć na pokarm dla ludzi, należy zbierać w czasie pierwszego okresu wegetacji około 10 do 15 centymetrów wysoką, możliwie świeżą i niezwiędłą. […] Nadają się do tego wszystkie rodzaje koniczyny, jednak wskazanym jest tak zwaną lucernę parokrotnie przegotować i zmieniać wodę tak, aby utraciła smak pewnej goryczy”.
     
         Jeszcze dalej w swoich sugestiach posunął się „Dziennik Poznański”, który w kwietniu 1916 roku zwracał uwagę na najnowsze odkrycie niemieckiej nauki: człowiek może jeść drzewa! „Każdy botanik wie o tym, że drzewo zawiera także składniki pokarmowe” – informowano. „Tymi składnikami są mączka, cukier, oleje. […] Można zużytkować [je – Godziemba] na pokarm dla ludzi. Chodzi tu przede wszystkim o drzewa takie, jak brzozy, lipy, jesiony, wiązy, topole”.
     
         Sceptyków przekonywano, iż  „uczeni niemieccy twierdzą, że ludzki żołądek mąkę drzewną łatwo trawi!”.
     
          Smakosze kawy mieli ją zastępować …… marchewkową kawą. Należało tylko upalić korzeń pokrajany w kostkę,  rozdrobnić, zalać wrzącą wodą i … kawa była gotowa..
     
          Popularna była także kawa z cykorii. W tym celu ususzyć liście cykorii lub upalić w piecu jej korzeń pokrajany w kostkę. Następnie się to rozdrabiało i dodawało do kawy zbożowej.
     
         Najczęściej jednak zastępowano kawę kawą zbożową domowej roboty. Aby ją zrobić, należało wziąć  „większy zapas żyta” i upalić je równo na jasnobrązowy kolor. Kolejnym krokiem było wystudzenie go, zmielenie i wsypanie do metalowej, szczelnie zamykanej puszki. Potem wystarczyło tylko ją zaparzyć.
     
          Kawa zbożowa zyskała na popularności od samego początku kolejnej okupacji niemieckiej. Gadzinowy „Nowy Kurier Warszawski” już w grudniu 1939 roku pisał z entuzjazmem: „ Warszawa od dawna używa, jako zdrowszej i pożywniejszej, kawy zbożowej. Wiele przezorniejszych gospodyń przygotowuje sobie kawę zbożową, paląc pszenicę, jęczmień i żołędzie. Smak jej nie ustępuje niemal kawie prawdziwej, ale skutek jest niewątpliwie lepszy. Nie szkodzi zdrowiu, a to chyba b. ważne”.
     
         W obliczu braku żywności nie wystarczały ogródki działkowe. Warszawa przekształciła się w  „miasto-ogród warzywny”. Zwyczajnym widokiem stały się kartofliska wyrastające w parkach i na miejskich placach. Nawet koło Zamku Królewskiego, „wśród srebrzystych świerków”, znalazły się „grządki z kartoflami”.
     
         Chcąc uzyskać jak największe plony, mieszkańcy miasta dbali o swoje ogródki. „Działkowcy”” z Pola Mokotowskiego chwytali wiadra i maszerowali do niewykończonego gmachu Urzędu Patentowego, w którego podziemiach była woda, która zasilała ich uprawy.
     
         Mieszkańcy domów położonych przy parku im. Romualda Traugutta podzielili między siebie olbrzymi, ponad dwudziestohektarowy teren zielony. Swoje dostała także Rada Główna Opiekuńcza, a za jej pośrednictwem najmłodsi warszawiacy, którym wyznaczono działeczki, na których mogli uprawiać warzywa. Kiedy przychodziła pora na plony, dzieci zbierały jarzyny i zanosiły je do domu.
     
         Oczywiście w parkach „Nur für Deutsche” nie można było nic uprawiać. Miały one pełnić tylko jedną funkcję – cieszyć oko rasy panów. Miasto mogło przymierać głodem, ale Niemcy nie mogli się zgodzić, aby na przykład Łazienki Królewskie (od 1940 roku zamknięte dla ludności polskiej) stały się nagle jedną olbrzymią grządką.
     
         Nieustanny bój o żywność trwał także w mieszkaniach miasta. Zamiast kwiatów na klombach przed wejściem oraz w skrzynkach na parapetach i balkonach rosła zielenina.
     
         Z kolei chcąc zapewnić sobie źródło mięsa, w  piwnicach, na strychach, w szopach, kuchniach, a nawet w łazienkach polskich domów hodowano króliki. Ich mięso jest zdrowe, a one same bardzo szybko rosły i jeszcze szybciej się rozmnażały. Dobrze przemyślane klatki zajmowały niewiele miejsca i można je było trzymać w mieszkaniu, a opieką nad królikami mogli zajmować się nawet najmłodsi członkowie rodziny.
     
         Dzieciom  trudno było wytłumaczyć, iż kolejne ich pociechy nagle znikały, a na talerzu pojawiało się dawno nie widziane mięso.
     
        W celu ułatwienia hodowli królików profesor Teodor Marchlewski, dziekan Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Jagiellońskiego, napisał w 1940 roku broszurę „Hodowla królików”, w której wytłumaczył,  jak dbać o króliki, jak je karmić, gdzie trzymać i wreszcie… jak je szybko i sprawnie zabić oraz oskórować.
     
          Na spokojniejszy żywot mogły liczyć w miastach kozy, których mięso nie należy do najsmaczniejszych. Ich głównym zadaniem było dostarczanie mleka. Kozy nie były objęte przepisami nakazującymi ich rejestrację i kolczykowanie, dlatego łatwo było nimi handlować, a  ich mleka – inaczej niż mleka krowiego – nie trzeba było przymusowo oddawać do zlewni.
     
          Ponadto koza niemal wszystko zje, co zdecydowanie ułatwiało ich hodowlę. To wszystko czyniło z kóz idealne zwierzęta gospodarskie na trudne czasy wojny.  W wielu pamiętnikach z okresu wojny można przeczytać, iż  „kozę miał tu co dziesiąty obywatel, wynika więc z tego, że okolica była zamożna, mlekiem kozim płynąca”.
     
          W miastach ofiarami polowań na mięso stały się gołębie. W obliczu braku mięsa,  rosół z gołębia stawał się kuszącą alternatywą. Ich delikatne i zdrowe mięso polecano w szczególności dla małych dzieci i dla osób o wrażliwym układzie pokarmowym.
     
           W lasach zbierano żołędzie, z których odpowiednio spreparowanych można było przygotować kawę, mąkę, a nawet jeść je jak ziemniaki. Gotowano je tak długo, wymieniając wodę, aż znikało zabarwienie, zawierające taninę, gorzki i szkodliwy dla człowieka garbnik.. Dopiero wówczas należało wysypać je na blachę, wyłożoną papierem, i wysuszyć bezpośrednio przy piecu. „Po kolejnych kilku dniach stały się twarde. Wówczas zmieliłam je w młynku na grubą mąkę. (…)  Część mąki prażyłam na patelni aż przybrała brązowo-czarny kolor. Powstały w ten sposób proszek zaparzyłam jak zwykłą kawę. Miała smak podobny do kawy zbożowej, gorzkawy, z lekko orzechowym posmakiem. (…)  Druga część mąki została wykorzystana na podpłomyki”
     
         Niektórzy robili także  chleb na zakwasie z mąki żołędziowej z dodatkiem pszennej razowej. „Był on dość ciężki, kruchy i z charakterystycznym lekko orzechowym posmakiem” – wspominała z warszawianek -  Wśród koneserów dobrego pieczywa pewnie nie znalazłby uznania. Ale głód w warunkach bezwzględnej wojny zaspokajał niezawodnie”.
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Nieoficjalny obieg towarów deficytowych rozwinął się niemal natychmiast po zajęciu Polski przez wojska niemieckie.
     
          Areną transakcji czarnorynkowych były targowiska, ulice, place i lokale gastronomiczne. Nielegalnie można było sprzedać i kupić wszystko. Wystarczyło znaleźć odpowiednio zmotywowanego nabywcę albo dobrze zaopatrzonego handlarza. Mimo niemieckich zakazów zawsze trafiali się ludzie gotowi zaryzykować.
     
          Polacy, Niemcy, volksdeutsche, Żydzi, wojskowi i cywile – praktycznie każda grupa zamieszkująca Generalne Gubernatorstwo trudniła się czarnorynkowym handlem. Odnotowała to nawet gadzinówka, „Nowy Kurier Warszawski”. W artykule z 15 listopada 1939 roku napisano, iż „Warszawa – miasto urzędnicze stała się nagle nie tyle ośrodkiem handlu, co handlującym. Śmiało można powiedzieć, że w chwili obecnej połowa mieszkańców trudni się handlem.” W rzeczywistości handlem zajmowali się niemal wszyscy warszawiacy.
     
         Konspiracyjne czasopismo „Walka” z 1941 roku nazywało rzeczy po imieniu: Warszawa była jedynym miastem w Europie, w którym można było kupić dosłownie wszystko.”
     
         Początkowo ludzie handlowali przede wszystkim towarami zgromadzonymi przed wojną. Ci, którzy zrobili znaczące zapasy, już w pierwszych dniach okupacji stawali się ważnymi postaciami czarnego rynku. Zapobiegliwi dysponowali nie tylko niepsującą się żywnością, ale też tekstyliami, drobnymi towarami pasmanteryjnymi (igły, nici, guziki, nożyczki), środkami czystości czy wreszcie opałem.
     
         Wielu właścicieli sklepów ukryło swój towar, żeby sprzedać go, kiedy ceny kilkakrotnie wzrosną, a towary pierwszej potrzeby staną się iście luksusowymi produktami.
     
         Polscy kupcy nagminnie prowadzili kreatywną księgowość, a  wpisywane do ksiąg liczby  nijak się miały do stanu faktycznego. Według rachunków interes ledwie zipał, choć półki uginały się od towarów, a ruch zawsze był duży. Do ksiąg wpisywano tylko tych zakupy dokonywane w hurtowniach, które były już gdzieś odnotowane. Kreatywna księgowość pozwalała na obniżenie podatków, które pobierali Niemcy. Tak więc zmniejszenie dochodów okupanta było działalnością patriotyczną!.
     
         Widoczną grupę wśród osób trudniących się nielegalnym handlem stanowiły żony polskich wojskowych, którzy przebywali w niewoli albo poza granicami Polski. Janina Surynowa-Wyczółkowska, autorka książki „Ze wspomnień straganiarki”, nazywa je Penelopami, które rozstały się ze swoimi Odyseuszami. W oczekiwaniu na ich powrót musiały sobie jakoś radzić. Spieniężały meble, ubrania czy biżuterię. A te, których mężowie przebywali gdzieś na Zachodzie, upłynniały zawartość przesyłanych przez nich paczek. W ten sposób wprost z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Bliskiego Wschodu na czarny rynek trafiały sardynki, rodzynki, migdały, kakao, czekolada, prawdziwa kawa i herbata.
     
         Za handel wzięło się również wiele kobiet obdarzonych talentami kulinarnymi. Sprzedaż własnych wypieków stała się dla nich źródłem utrzymania. Przygotowywały ciasta, ciastka i cukierki i rozprowadzały je w różnych miejscach, nawet na ulicach.
     
         Wypiek czegokolwiek był przez Niemców skrzętnie kontrolowany, jednak chętnych, by ryzykować, nie brakowało. „Mama robiła wszystko, - wspominała Hanna Kramar-Mintkiewicz - i piekła jakieś torty, i piekła jakieś pasztety, i dostarczała to do jakichś sklepów, do jakichś kawiarni”.
     
         Czarny rynek pełen był też złodziei. Okradanie niemieckich instytucji, transportów, składów, sklepów i przedsiębiorstw spotykało się z całkowitym zrozumieniem i było traktowane wręcz jak forma sabotażu i walki z okupantem. Dyskretnie wynoszono żywność, alkohol, materiały rzemieślnicze, materiały włókiennicze i inne.
     
         Niestety złodzieje nie ograniczali się do okradania niemieckich instytucji. Bandytyzm w okupowanych miastach i miasteczkach stał się codziennym problemem, w bardzo ograniczonym stopniu zwalczanym przez okupanta.. W październiku 1942 roku periodyk państwa podziemnego, „Agencja Prasowa”, opisywał, iż „Po ulicach Warszawy włóczą się teraz grupy wyrostków, nawet 12–14-letnich malców, którzy bez żenady handlują zrabowanymi przedmiotami. Szczególnie niepokojący jest fakt, że ogół publiczności nie reaguje na widok tej ohydy […]. Wstyd stwierdzić, że rabunkiem mienia plamią się nie tylko maluczcy, ludzie o niskim poziomie umysłowym, ale także osobniki o znamionach, a w każdym razie z aspiracjami inteligencji […].”.
     
         Wystarczyło mieć żyłkę do interesów, znać odpowiednich ludzi i dysponować choćby niewielkim kapitałem początkowym, aby zacząć naprawdę nieźle zarabiać. Za transakcjami stali dawni przemysłowcy, przedstawiciele klasy średniej czy wreszcie ziemianie, których wojna zagnała do miast.
     
         Kawiarnie stały się giełdami wszelkich towarów. „Pomiędzy stolikami krążyli ludzie, – wspominała Maria Ginter-  którzy mieli do sprzedania hurtowe ilości towarów. Skala prowadzonych w ten sposób interesów była wprost imponująca: – Mam wagon szarego mydła. – Próbkę masz? – Zaraz przyniosę, mam w szatni – po chwili ładuje się do lokalu z kubłem, który stawia pod stołem. Wszyscy wąchają, oglądają, próbują. Krzyżują się oferty i propozycje. Jeden ma pięćset kilo herbaty, drugi dwa wagony cukru, inny tonę ryżu. Każdy jest hurtownikiem, nikt detalem się nie zajmuje. Kantuj Niemca, ile wlezie”.
     
         Bez czarnego rynku sytuacja aprowizacyjna całej ludności Polski podczas okupacji byłaby katastrofalna. Zdawali sobie z tego sprawę nawet okupanci i w prywatnych rozmowach otwarcie to przyznawali. Oficjalnie Niemcy zdecydowanie zwalczali czarny rynek.
     
         Jedno z zarządzeń Generalnego Gubernatora wymierzonych w uczestników czarnego rynku stanowiło, że  „Kto towary, względnie przedmioty pierwszej potrzeby, przy których fabrykacji, opracowaniu lub rozdziale bierze zawodowo udział, zatrzymuje, aby postępowaniem swoim przyczynić się do uszczuplenia rynku lub wygórowania cen, będzie ukarany więzieniem, w ciężkich wypadkach karą śmierci.”
     
         Za inne przewinienia handlowe również groziło długoletnie więzienie lub śmierć. Do egzekwowania zarządzeń zaangażowano wszystkie służby. Ani zarządzenia, ani przykładne karanie nie odstraszało rzesz kupców oraz grubych ryb handlu i przemytu. Działało tu prawo popytu i podaży. Handel musiał się toczyć, a naczelnym zadaniem każdego handlarza było przechytrzenie lub przekupienie okupanta.
     
         Na warszawskim Kercelaku można było kupić niemal wszystko. Jeśli wiedziało się, kogo zapytać, można było tam kupić podrabiane dokumenty wyglądające identycznie jak niemieckie oryginały. Za odpowiednią opłatą dało się też podstemplować kenkartę, kupić zagraniczny paszport, lekarstwa czy broń. I to wszystko pod okiem niemieckich żandarmów, agentów kripo (Kriminalpolizei – niemieckiej policji kryminalnej) i gestapo, kręcących się pomiędzy tłumami kupujących i sprzedających.
     
          Przez długi czas władze Generalnego Gubernatorstwa traktowały Kercelak jak zło konieczne, jednak w  marcu 1941 roku Frank ogłosił bezwzględną walkę z warszawskim czarnym rynkiem. Coraz częstsze stawały się masowe łapanki na targowiskach, a niemiecka policja 4 sierpnia 1941 roku przeprowadziła obławę na Kercelaku, a w następnych dniach obstawiła warszawskie dworce. Akcja była powtarzana w następnych miesiącach, a 12 maja  1942 roku  w masowej łapance aresztowano kilka tysięcy osób i wywieziono do Dulagu (obozu przejściowego dla osób transportowanych na roboty do Rzeszy) na ulicy Skaryszewskiej.
     
          Ten sądny dzień nie zniszczył targowiska. W sierpniu 1942 roku funkcjonowało na nim wciąż ponad półtora tysiąca straganów. Kres Kercelaka nastąpił niedługo później, w nocy z 1 na 2 września 1942 roku na plac targowy spadły bomby zrzucane przez samoloty Armii Czerwonej. Spłonęło dwie trzecie stoisk. Polscy kupcy próbowali je odbudować, ale Niemcy w  październiku 1942 roku ponownie obstawili targowisko i doszczętnie je złupili.
     
         Zagłębie czarnego rynku zostało ostatecznie zlikwidowane. Czarnorynkowi handlarze zeszli do podziemia i nadal prowadzili interesy, tym razem z  lepszym kamuflażem.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Aby przeżyć wielu mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa zajęło się szmuglem żywności.
     
         Zamiast godzić się z sytuacją i żyć z dnia na dzień, wyprzedając resztki majątku za bochenek chleba, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć kombinować. Możliwości było wiele – handel, szmugiel, własny interes czy samodzielne produkowanie żywności. Wszystko zależało od sprytu i talentu. A zadanie ratowania żywieniowej sytuacji polskich rodzin brały na siebie przede wszystkim kobiety.
     
             W wielkich miastach przemyt nierozerwalnie wiązał się z koleją. W podmiejskich pociągach wprost zaroiło się od szmuglerów, przede wszystkim od kobiet – także żon oficerów i małżonek inteligentów.  Wszystkie one spieniężały głęboko ukryte na czarną godzinę precjoza, wsiadały do pociągu i wyruszały na wieś, aby kupić żywność.
     
           W związku z gigantycznym wzrostem ruchu pasażerskiego Niemcy zaczęli wprowadzać ograniczenia.   Zawieszali kursy i wymagali specjalnych zezwoleń na przejazdy pociągami. Jak pisze Ludwik Landau w „Kronice lat wojny i okupacji”, na początku roku 1943 w celu utrudnienia poruszania się handlarzom ograniczona została sprzedaż biletów kolejowych tygodniowych i miesięcznych. Zarezerwowane były dla ludzi zaopatrzonych w karty pracy i wydawane wyłącznie na trasy pomiędzy miejscem zamieszkania a miejscem zatrudnienia. Ponadto wprowadzano też ograniczenia ilości przewożonych towarów
     
               Wszystkie te trudności szmuglerzy umieli obejść. Przepustki można było kupić u przekupionych kasjerek. A limity przewozu? Niemcy nawet nie potrafili sobie wyobrazić wymyślonych przez Polaków coraz bardziej skomplikowanych, a niejednokrotnie wręcz szalonych sposobów ukrywania żywności w pociągach. Nie wystarczały obławy, przeszukania z psami niemal bezbłędnie wyczuwającymi nawet najgłębiej schowane pęto kiełbasy czy rewidowanie wybranych pasażerów. Strumień żywności nieprzerwanie płynął, a słynna polska zaradność wzbijała się na wyżyny.
     
             Czasopismo „Ekonomista Polski. The Polish Economist”, wydawane w latach 1941–1945 przez Stowarzyszenie Ekonomistów Polskich w Zjednoczonym Królestwie, komentowało sytuację następującymi słowami: […] obecnie krąży po Warszawie bon mot, że trzeba będzie po wojnie postawić pomnik „nieznanej handlarce”, dokonującej niekiedy cudów sprytu i wytrzymałości, aby dowieźć do miasta nieco artykułów spożywczych ze wsi.”
     
           Szmuglu nie udało się też powstrzymać za pomocą zarządzenia władz okupacyjnych z 15 lipca 1941 roku, mówiącego, że osoby uprawiające przemyt i paskarstwo będą wysyłane do Treblinki. To tylko spotęgowało determinację szmuglerów. Mając do wyboru aresztowanie i śmierć w obozie lub śmierć w walce – często wybierali to drugie. Jak wspomina Ludwik Landau, zdarzały się strzelaniny pomiędzy przemytnikami a niemieckimi służbami mundurowymi. Jedno z takich starć miało miejsce 13 lutego 1943 roku na Dworcu Wschodnim w Warszawie.
     
           Przemytnikom przyszli z pomocą polscy kolejarze stołecznej Elektrycznej Kolei Dojazdowej (EKD, po wojnie przemianowana na WKD). Opracowali oni bardzo rozbudowany system ostrzegania o obławach i łapankach. Robili też co mogli, aby umożliwić wyskoczenie z pociągu przed jego wjazdem na obstawioną przez Niemców stację.
     
          Symeon Surgiewicz, autor książki „Warszawskie ciuchcie”, wspomina przedstawiony kolegom po fachu konkretny pomysł, aby „w parowozach i wagonach porobić skrytki na mięso i różnego rodzaju produkty żywnościowe. […] Wydaje mi się, że należy przegrodzić jeden tender do wody, tak aby pod nią znajdowała się skrytka na półtorej, do dwóch ton mięsa […]”. Ponadto kolejarze robili inne schowki: ślepe ściany, skrytki pod nogami maszynistów i inne.
     
          Wtajemniczeni w akcję pracownicy warsztatów bardzo szybko uporali się z niezbędnymi przeróbkami i już wkrótce cały tabor EKD był przystosowany do okupacyjnych realiów. W efekcie warszawska kolejka podmiejska pachniała potem, mięsem, cebulą i żywym inwentarzem. Wagoniki były nabite do granic możliwości. Pasażerowie-szmuglerzy w znakomitej większości byli ubrani w łachmany, nie chcąc ryzykować swoich dobrych ubrań, wszak najpopularniejszą metodą przewozu była ta „na owijkę”. Szmugler ubierał się w długi płaszcz, przewiązywany w pasie, a pod nim kryło się całe jego bogactwo. W sekretnych kieszonkach jechała kasza, mąka i inne sypkie skarby, a w pasie przywiązany był baleron, kiełbasa lub kawał słoniny.
     
          Na niewygodnych drewnianych ławkach wagoników sadowiły się kobiety, upychając swoje pakunki pod nimi. Zdarzało się, że panie wiozły gęsi, kaczki, kury, ale częściej jajka. Kiedy wpadały w obławie, wolały rzucić koszem jaj o beton peronu z cichym syknięciem: „niech żrą jajecznicę”, niż oddać go Niemcom.
     
         Szmuglerzy nie tylko wymyślali coraz bardziej skomplikowane skrytki, lecz także zaczęli w większym stopniu korzystać z innych środków transportu. Ryzyka łapanki w pociągu najłatwiej było uniknąć mieszkańcom wsi przerzucającym żywność do miasta. Chłopi robili wozach skrytki, w których ukrywali worek pszenicy, ćwiartkę świni lub kosz ziemniaków.
     
         Inni wykorzystywali do transportu żywności rowery i pod osłoną nocy, pedałując, pokonywali nawet kilkadziesiąt kilometrów. W ten sposób szmuglowała między innymi pisarka Zofia Nałkowska. W swoich „Dziennikach czasu wojny” opisała wyprawy piesze i rowerowe do oddalonego od Warszawy o około 40 kilometrów Tłuszcza. Przywoziła stamtąd kartofle, jedną z podstaw okupacyjnego jadłospisu.
     
         W związku z rekwizycją przez Niemców większości samochodów znajdujących się w polskich rękach, szmugiel samochodowy prawie nie istniał. Do wyjątków należały m.in. firmy pogrzebowe.
     
          Niemcy ogromnie obawiali się wszelkich chorób zakaźnych i nie chcieli się stykać z trupami. Ten fakt wykorzystali szmuglerzy, ukrywając swój towar w… trumnach i jak gdyby nigdy nic, przewozili je różnymi szlakami, nie podlegając kontroli zawartości.
     
         Wiele osób wyruszało na szmugiel na własnych nogach, jednak ta metoda, zajmująca dużo czasu i pozwalająca zdobyć niewiele żywności, nie była efektywna. W przemycie pieszym wyspecjalizowali się mieszkańcy Łodzi, przemianowanej przez Niemców na Litzmannstadt.
     
          Przemytnicy wywodzili się ze wszystkich warstw społecznych. Przemytników, ze względu na skalę ich działalności, można podzielić na trzy zasadnicze grupy. Do pierwszej grupy należały rzesze mieszkańców miast ruszające na wieś w poszukiwaniu odrobiny jedzenia dla zaspokojenia głodu swojej rodziny. Takie osoby jechały po osełkę masła, trochę mąki, kartofli i kawałek mięsa. Przewoziły zwykle od kilku do dwudziestu kilku kilogramów żywności. Kontrabandę wozili na sobie, raczej nie korzystając z wymyślnych skrytek w pociągach.
     
          Drugą grupę stanowili ludzie szmuglujący żywność w dużych ilościach, z przeznaczeniem na handel. Jak wspomina Surgiewicz: „Każdorazowo przewozili od stu do dwustu kilogramów mięsa. Do pakowania używali specjalnych worków, plandek. Towar silnie krępowali, by nie zajmował zbyt dużo miejsca w schowkach. Zasadą było, że z żadnego ładunku nie mógł wystawać ani jeden gnat, czy jakaś kość. […]”.  Towar takich osób znikał na czas przejazdu w skrytkach wymyślonych przez kolejarzy. Zazwyczaj jeden pociąg zabierał około 10 ton żywności (głównie mięsa). W okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, przewoził jednorazowo nawet do 20 ton. Kolejarze pobierali od nich stosowne wynagrodzenie za swoje usługi.
     
          Ostatnią grupę przemytników stanowili ci, których można by nazwać rekinami szmuglu. Ludzie ci przewozili kontrabandę liczoną nie w kilogramach, a w tonach. Nie tracili czasu na upychanie swoich skarbów w skrytkach. Zamiast tego, sowicie opłacając wszystkich po drodze, wynajmowali całe wagony bądź ciężarówki, zaopatrzone w legalne papiery i eskortowane przez niemieckich żandarmów. Ta grupa zarabiała najwięcej i to jej przedstawiciele dorabiali się na wojnie całkiem sporych majątków. Według Tomasza Szaroty, autora książki „Okupowanej Warszawy dzień powszedni”, transport sześciu ton mąki ze wsi do Warszawy przynosił zysk w wysokości nawet 45 tysięcy złotych. A przeciętna pensja urzędnika w tym czasie wynosiła ok. 300-400 złotych.
     
           Miejscowości położone w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Warszawy wyspecjalizowały się w produkcji określonych towarów. Karczew, zwany w gwarze okupacyjnej „Prosiakowem”, był główną bazą zaopatrzenia Warszawy w tłuszcze, mięso i wyroby mięsne. Do tej stolicy rzeźników spędzano nocami stada bydła i trzody z województwa lubelskiego, rzeszowskiego i innych. W Karczewie dokonywano nocą uboju, by przekazać mięso na ranne pociągi.
     
          Jabłonna i okolice zamienione zostały w rozległą wytwórnię wódek. Bimber robiono tu tak doskonały, że nawet „znawcy” nie odróżniali go od wyrobów monopolowych. Powstały nawet wytwórnie nalepek i pieczęci do lakowania butelek.
     
          Piaseczno i Góra Kalwaria dostarczały stolicy mąkę, pieczywo w dużych ilościach oraz trochę mięsa. Grójec, Brzostowiec i Nowe Miasto nad Pilicą to ogromne bazy mąki, kaszy, pszenicy, żyta, kartofli i mięsa. Kolejką grójecką dowożono do Warszawy największe ładunki.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)

Strony