blogi

  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Wszystko zaczęło się od tego, że Łukaszek zaczął się skarżyć na hałasy. I to, co dziwne, z mieszkania Wiktymiusza. I co dziwniejsze, było to w nocy.
    - A co ty robisz w nocy? - zainteresował się tata. - Powinieneś spać.
    - Nie śpię. Nie mogę. Bo cały czas słyszę...
    - Co? - zainteresowali się wszyscy Hiobowscy, oprócz mamy Łukaszka, która była na demonstracji.
    - Nie co, tylko kogo. Słyszę mamę Wiktymiusza, która...
    I w tym momencie wpadła mama Łukaszka do mieszkania i niezadowolona zmarszczyła brwi.
    - To wy tak sobie siedzicie, rozmawiacie, nic nie robicie...
    - Jak to nic? - oburzyła się siostra, która korzystając z zamieszania weszła za mamą do pokoju. - Siedzimy i rozmawiamy. To jest coś!
    I mama Łukaszka wyrzuciła ją za drzwi.
    - Za co? - głosiła się z tamtej strony siostra. - Jak politycy tak mówią to jest dobrze!
    - To co, nikt nie idzie pomóc Polsce? - zirytowana mama założyła ręce. - Łukasz, może ty? Młodzież powinna wykazywać postawę patriotyczną!
    - Przecież patriotyzm jest faszystowski - zareplikował sennie Łukaszek. - Spać mi się chce...
    - Uchodźcom na granicy też się chce spać, a nie mają gdzie! Idziesz ze mną!
    I mama wyciągnęła go na korytarz.
    - Dokąd idziemy? - pytał Łukaszek.
    - Jest wiec na osiedlu. Pomagamy tym, co na granicy.
    - Znaczy Straży Granicznej?
    - No coś ty? Oczywiście, że migrantom! Jeden z nich, proszę ciebie, tydzień płynął wzdłuż rzeki, żeby się przemknąć!
    - A nie mógł przepłynąć w poprzek? - zapytała przysłuchująca się siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją z korytarza do pokoju.
    - Niemożliwe - replikował Łukaszek. - Według badań naukowców w wodzie morskiej człowiek wytrzyma przy tej temperaturze tytlko kilka godzin!
    - Ale tam nie ma morza! - zirytowała się mama. - Tam są rzeczki głębokie na pół metra najwyżej! Więc nie można porównywać! No! Idziemy!
    I poszli.
    Na wiecu przemawiała akurat - jakżeby inaczej - mama Wiktymiusza. Właśnie skandowała z tłumem czternastu osób jakieś hasło.
    - O, jest i młodzież - ucieszyła się mama Wiktymiusza na widok Łukaszka. - Chcesz coś powiedzieć do mikrofonu?
    - Nie - powiedział Łukaszek.
    - Tak - powiedziała mam Łukaszka.
    Łukaszek wziął mikrofon do ręki i spytał się co powiedzieć.
    - No jak to, nie słyszałeś co pani wołała? - załamała ręce mama Łukaszka.
    - Słyszałem! Ja co noc słyszę. Proszę pani - Łukaszek zwrócił się do mamy Wiktymiusza. - Tak nie można. Za ścianą jest mój pokój. Ja spać nie mogę...
    Mama Wiktymiusza spojrzała jednym okiem na gasnący gwałtownie entuzjazm mas.
    - Dalej, młody, skanduj do mikrofonu!
    - Ale co?
    - No jak to, nie słyszałeś co pani wołała? - napierała mama Łukaszka.
    - Mam to wołać?!
    - Oczywiście!
    - Do mikrofonu?! - Łukaszek był przerażony.
    - Tak!!! - wrzasnęła mama Wiktymiusza.
    I Łukaszek, a z nim i zgromadzeni zaczęli rytmicznie wołać:
    - Głębiej, głębiej!!
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  4
    W latach 1940-1941 Węgry odzyskały kolejne ziemie utracone na mocy traktatu w Trianon.

     
          Jest sprawą mało znaną, że przed przejęciem Besarabii i północnej Bukowiny Moskwa, chcąc wyłuskać Budapeszt z sojuszu z III Rzeszą, a także uzasadnić dokonaną w końcu czerwca 1940 roku aneksję ziem rumuńskich, zaproponowała Budapesztowi wsparcie w odzyskaniu Siedmiogrodu. Wiaczesław Mołotow w rozmowie z węgierskim ambasadorem 11 lipca 1940 roku zadeklarował, że „rząd radziecki traktuje węgierskie roszczenia terytorialne wobec Rumunii jako uprawnione”.
     
     
           Władze węgierskie liczyły jednak przede wszystkim na wsparcie ze strony Niemiec i Włoch.

     
           Po wkroczeniu Sowietów do Rumunii w końcu czerwca 1940 roku Budapeszt wystąpił z postulatem, że jeśli Rumuni pójdą na ustępstwa terytorialne wobec ZSRS, to władze węgierskie uznają, że tym samym kwestie granic zostały otwarte.  27 czerwca szef sztabu armii, generał Henrik Werth doprowadził do zwołania Najwyższej Rady Wojskowej, która zdecydowała, by część węgierskich jednostek skierować na tereny przygraniczne z Rumunią.
     
     
          11 lipca 1940 roku Hitler w trakcie rozmowy  z premierem Pálem Telekim i ministrem Istvánem Csákym zaproponował Węgrom pośrednictwo niemiecko-włoskie w rozwiązaniu sporów terytorialnych z Rumunia. Teleki podkreślił, że pośród wszystkich węgierskich dążeń rewizjonistycznych odzyskanie Siedmiogrodu jest ważniejsze, niż jakiegokolwiek innego terytorium. „Odzyskanie Siedmiogrodu – zaznaczył - to dla Węgier kwesta życia i śmierci, ultima ratio. Nie możemy z tego zrezygnować. Naród węgierski przez 21 lat krzyczał „nie, nie, nigdy”, więc teraz nie można powiedzieć narodowi, by krzyczał „tak, tak, na wieki”.
     
     
          W odpowiedzi Hitler przestrzegł węgierskiego premiera, że  „Węgry ani pod względem wojskowym, ani z racji ilości posiadanego wojska nie mają przewagi nad Rumunią na tyle, by liczyć na pewną wygraną”. Przypomniał przy tym, że na terenie Siedmiogrodu mieszkają nie tylko Węgrzy, ale i Niemcy. Ostatecznie, mając na uwadze „utrzymanie pokoju na Bałkanach” oraz „stałe dostawy rumuńskiej ropy” do Rzeszy, zaproponował, by „węgierskie rewizjonistyczne roszczenia były spełniane stopniowo oraz drogą rozmów”, a nie jakiejkolwiek akcji zbrojnej.
     
     
          W ten sposób narodził się plan podziału ziem Siedmiogrodu, który został przedstawiony przez Hitlera w rozmowie przeprowadzonej 26 lipca z premierem Rumunii Ionem Gigurtu.  Intencją Hitlera było utrzymanie obu krajów w orbicie swych interesów oraz umiejętne rozgrywanie węgiersko-rumuńskie animozji do swych celów, działając według znanej i sprawdzonej zasady „dziel i rządź”.
     
     
          Efektem niemieckiej sugestii, jeśli nie nacisku, były węgiersko-rumuńskie rozmowy przeprowadzone w dniach 16–24 sierpnia 1940 roku w mieście Drobeta-Turnu Severin (Szörényvár), które zakończyły się całkowitym fiaskiem.  W ich trakcie gen. Werth zadecydował, iż w razie ich niepowodzenia 28 sierpnia wojska węgierskie rozpoczną działania na froncie rumuńskim.
     
     
          Na kryzys błyskawicznie zareagowała strona niemiecka -  po konsultacjach z Włochami, szefowie dyplomacji obu państw Joachim Ribbentrop i hrabia Galeazzo Ciano wezwali swoich odpowiedników z Węgier i Rumunii na rozmowy do Wiednia w dniu 29 sierpnia. Hitler zaakceptował propozycję podziału Siedmiogrodu, w myśl której Węgrom miano dać tylko północny Siedmiogród wraz z większością Krainy Seklerów, natomiast Siedmiogród południowy, w znacznej mierze zasiedlony przez niemieckojęzycznych Sasów, którzy opowiedzieli się za pozostaniem przy Rumunii, miał – zgodnie z ich wolą – pozostać przy Bukareszcie.
     
     
          W Wiedniu Ribbentrop i Ciano, realizując powyższe ustalenia, jednoznacznie wskazali obu zaproszonym delegacjom, iż nowy konflikt na Bałkanach w żadnej mierze nie leży w interesie Niemiec, a Rzym także chciałby mieć tam spokój. Równocześnie obu delegacjom dano  24-godzinne ultimatum na zaakceptowanie przedstawionej propozycji.
     
     
         Po rozmowach z Ribbentropem i Ciano szef dyplomacji węgierskiej István Csáky zadepeszował do szefa MSW w Budapeszcie Ferenca Keresztes-Fischera z prośbą, żeby rząd natychmiast przyjął podyktowane w Wiedniu stanowisko Berlina i Rzymu. W stolicy Węgier zwołano Radę Koronną, która 21 głosami za, przy 10 sprzeciwu i jednym wstrzymującym się, postanowiła przyjąć niemiecki dyktat.
     
     
         W rezultacie 30 sierpnia 1940 roku o trzeciej po południu w Złotej Sali pałacu Belweder w Wiedniu czterej ministrowie spraw zagranicznych podpisali uroczyście porozumienie, które weszło do historii jako tzw. drugi arbitraż wiedeński. Spełniło się, choć nie do końca, węgierskie marzenie. Znaczna część terytorium Siedmiogrodu „powróciła do Ojczyzny”.
     
     
         Węgrzy wpadli w euforię i nikt  słuchał premiera Telekiego, który radził odzyskiwać utracone ziemie własnym wysiłkiem wojskowym, a nie na podstawie decyzji Niemiec, gdyż „po wojnie trzeba je będzie oddać”.
     
     
         W specjalnym rozkazie regent Horthy podkreślił, iż „niesprawiedliwość z Trianon zyskała w tej nowej odsłonie zadośćuczynienie. Ruszamy, by znowu przejąć we władanie kolejną część naszego tysiącletniego dziedzictwa. Przynosimy wyzwolenie naszym braciom z Siedmiogrodu od 22 lat cierpiącym pod jarzmem niewoli (…)”.

     
         Wprowadzenie w życie ustaleń drugiego arbitrażu wiedeńskiego nie zostało uznane przez Wielką Brytanię oraz Stany Zjednoczone.
     
     
         Po zajęciu północnego Siedmiogrodu Węgrom pozostała jeszcze sprawa tzw.  Południowej Prowincji, znajdującej się w składzie Jugosławii.
     
     
         Po przewrocie antyniemieckim w Belgradzie oraz wylądowaniu wojsk brytyjskich w greckich portach  Hitler zadecydował o ataku na oba te państwa. Jednocześnie zażądał od Węgrów zgody na przemarsz swych wojsk.
     
     
         Na naradzie przywódców węgierskich zgodzono się na przejazd niemieckich wojsk przez węgierskie terytorium oraz udostępnienie Niemcom  kolei i lotnisk. Decyzję tę podjęto przy sprzeciwie premiera Telekiego, który zaoferował podanie się do dymisji, której jednakże regent nie przyjął.
     
     
          Na kolejnej naradzie zadecydowano o udziale wojsk węgierskich w niemieckiej operacji przeciwko Jugosławii.  Na wieść o tym Pál Teleki nad ranem 3 kwietnia 1941 roku strzelił sobie w głowę, a wcześniej napisał ten oto dramatyczny list skierowany do regenta,  w którym podkreślił, iż  „sprzeniewierzyliśmy się – z tchórzostwa – umowie o wiecznym pokoju, płynącej z przesłania Mohacza. Naród czuje, że skalaliśmy jego honor. Stanęliśmy po stronie łajdaków, albowiem żadne gwałty, o których mówimy, nie są prawdą! Ani te wymierzone w Węgrów, ani nawet te przeciwko Niemcom! Będziemy hienami cmentarnymi!”
     
     
         W dniu samobójstwa premiera  regent Miklós Horthy podpisał rozkaz wprowadzenia do akcji węgierskich oddziałów, w tym jednostek specjalnych oraz lotnictwa. Następnego dnia konwoje niemieckie ruszyły przez terytorium Węgier na południe, a dwa dni później rozpoczęło się zajmowanie Jugosławii.
     
     
         W nagrodę Węgry otrzymały obszar wielkości 11 475 km2 z ludnością liczącą nieco ponad milion, spośród której tylko 39 proc. stanowili Węgrzy.
     
     
         W ten sposób zakończyło się „odzyskiwanie utraconych ziem”.  Na mocy polityki rewizji i „scalania ziem Korony św. Stefana”, w tym dwóch arbitraży wiedeńskich oraz zajęcia części Ukrainy Zakarpackiej oraz Południowych Prowincji (Délvidék), łączna powierzchnia Węgier zwiększyła się z 93 073 km2 do 171 753 km2, a ludność kraju wzrosła z 9,319 mln do 14,683 mln (z czego 77,3 proc. stanowili rodowici Węgrzy, przed tym procesem stanowiący 92,9 proc. ludności kraju).
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    T. Kopyś – Polityka zagraniczna Węgier w latach 1867-1945
    B. Góralczyk – Węgierski syndrom Trianon
    W. Felczak – Historia Węgier
    D. Deletant – Rumunia: Zapomniany sojusznik Hitlera
    R. Moorhouse – Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina
    5
    5 (2)

    4 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    jakby Polska do spółki z Putinem zabrała Ukrainie Lwów i potem się zdziwiła, że Niemcy zabrali jej Wrocław, Szczecin i Mazury. Niebywała wprost naiwność nacjonalistów.
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Przyczyna tych perturbacji została sprokurowana przez aliantów w Trianon, gdzie pogwałcono wszelkie zasady prawa międzynarodowego oraz zasadę narodowościową, którą sami alianci uznali za istotną w ustalaniu granic międzypaństwowych.

    Pozdrawiam
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    To prawda, z małym zastrzeżeniem. Otóż jeśli ktoś Ci ukradnie samochód, to masz dwa wyjścia. Albo czekasz aż policja złapie złodzieja, albo sam go łapiesz i wymierzasz karę. Pytanie co się bardziej opłaca zależy od systemu prawnego. W tym wypadku Węgrzy powinni sobie zadać pytanie, czy bardziej opłaca się walczyć o skrawki terytorium (które i tak zostaną utracone po przegranej wojnie), czy może lepiej pogodzić się ze stratami terytorialnymi, ale wyjść z izolacji i wypracować strategię wywierania wpływu na kraje sąsiednie, wreszcie budowania własnej pozycji w tym sojuszu i odbudowania Królestwa pod inną nazwą i innymi metodami.
    Ale do tego potrzebna jest chyba iskierka patriotyzmu, nie nacjonalizm.
    Podobny dylemat mamy i my, cały czas. Co lepsze: zabrać Lwów (i utracić resztę Ukrainy, a w konsekwencji też własną Niepodległość), czy odpuścić Ukrainie Lwów, ale wejśc na rynek ukraiński z inwestycjami, z biznesem, z sojuszem wojskowym, związać Ukrainę więzami, które trudno rozerwać, ponieważ są korzystne i przynoszą podniesienie stopy życiowej Ukraińców, ułatwiać i promować małżeństwa polsko-ukraińskie, nie tylko w szeregach elity itp. 
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    W tym wypadku nie można mówić o skrawakach terytorium, ale o niemal 2/3 terytorium, z tego co najmniej 30% zamieszkałego przez większość węgierską.

    Obecnie Polacy - poza okręgiem podwileńskim - nie stanowią takiej większości na ziemiach zagarniętych przez Stalina w 1944-1945.

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Docent zza morza  |  0

    Dziś na powiedzenie ludziom prawdy o tym konflikcie granicznym to nie stać żadnego z podwykonawców tej hucpy – ani Łukaszenki, ani Putina czy Morawieckiego - a tym bardziej ich zleceniodawców – elity nadzwyczajnej kasty globalnych banksterów, zwanej rotszyldami - których największą siłą jest permanentne pozostawanie w cieniu oraz skuteczne wypieranie się udziału w jakichkolwiek zainspirowanych przez siebie i skierowanych przeciwko ludziom i narodom poczynaniach – ew. winą - gdy tylko "sprawa się rypnie" - poprzez swoje media - nieodmiennie obciążając "swych ludzi", czyli topiąc i paląc właśnie podwykonawców danego "dzieła" - samemu przy tym zawsze zachowując "czyste konto"...

    I dlatego muszą oni teraz coraz bardziej desperacko gmatwać tropy oraz brnąć w kłamstwa i groteskowe skojarzenia - posuwając się, jak ostanio PMM, do stwierdzeń typu grożący nam atak na wschodnią flankę NATO”…

    A ponieważ słowa, czyny oraz deklaracje wsszelikich podwykonawców są - z natury rzeczy i z powodu zależności służbowych - niewiele warte, więc, by ukryć ten fakt - tym większą pianę wokół „doniosłości” ich poczynań biją dziś rotszyldowskie media - z atencją godną lepszej sprawy rozstrząsające i nagłaśniające każdy ich detal i szczegół…  

    1. Aktualny etap ogólnoświatowej wielkiej rotszyldowskiej rewolucji socjalistycznej polega na wepchnięciu do nas – ale raczej do „starej unii” (oraz zmuszenia jej do przyjęcia ich na swój garnuszek, rzecz jasna) - maksymalnie dużej ilości bardzo egzotycznych ludzi (i dlatego prawie w ogóle do nas nie pasujących) - mających stopniowo wywrócić do góry nogami ład społeczny wszystkich bez wyjątku europejskich narodów oraz cały nasz system wartości. 

    I dlatego mamy teraz jeden wielki cyrk przed kamerami na granicy - gdzie najwyraźniej odgrywany jest medialny spektakl dla frajerów, pelikanów i lemingów - bo w zupełnie innych miejscach – ci „uchodźcy” spokojnie, masowo, po cichutku i już bez przeszkód tę "tak bohatersko bronioną" naszą granicę sobie przekraczają, cały czas docierając do Niemiec - co wynika zarówno z raportów polskiej policji, jak i oświadczeń władz niemieckich... 

    2.  Bo gdy my dziś na granicy "bohatersko powstrzymujemy migrantów" – to tymczasem do Niemiec przez Polskę ostatnio dotarło ich już grubo ponad 10 tys. (a liczba ta stale rośnie), a wiemy, że stawka za taki transport - od Bugu do Odry - to 1,5 tys. dolarów od osoby. 

    A skoro tamtejsze władze nie stronią od ujawniania tak wysokiego poziomu nowoprzybyłych (i to przy obecnej niechęci Niemców do nowych fal migracyjnych) - to faktycznie musi on być dużo, dużo wyższy ...

    3. A mimo, że ta rotszyldowska polityka migracyjna w praktyce jest wielce antypolska, antyunijna i antyeuropejska - to czy nasz rząd odważyłby się dziś tak jednoznacznie „postawić” rotszyldom – skutecznie blokując ich nowy wielki strategiczny szlak migracyjny przez Białoruś do Unii??? No, bądźmy choć raz teraz poważni...

    Bo na to – moim zdaniem – PMM jest dziś po prostu „za cienki w uszach” … o totalnych nie wspominając – bo oni to pewnie - jako "zdeklarowane oraz wzorowe europejczyki i brukselczyki" - osobiście i uroczyście konwojowaliby każdy taki transport do Niemiec, na sygnale i pod flagą unijną - głupio i bezmyślnie (jak to totalni) psując efekt całej tej dialektycznej maskarady - bo Łukaszenka to tych migrantów na nas napuszcza (teza), my, odwracając uwagę świata, bohatersko przed nimi strzeżemy granicy (antyteza), a "uchodźcy" po cichu i bocznymi drogami spokojnie docierają sobie do Niemiec (synteza)...

    Czyli - PMM "robi dziś co musi - ale się nie cieszy" (zupełnie, jak "przy pandemii") - natomiast totalni, marząc by właśnie to robić, łkają po cichu i na boku nad omijającymi ich fruktami oraz bezpowrotnie umykającymi perspektywami, z potencjalną fuchą "u samych rotszyldów”, włącznie…

    4. Że też żaden "niezależny” dziennikarz z "wolnych i niezależnych mediów" w ogóle nie zainteresował się TAKIM WSPANIAŁYM TEMATEM? C-o-o-o, ...oni też - każdy jeden - pracują dla rotszyldów...???

    Bo dużo większy problem to wszyscy mamy nie wtedy, kiedy "wszyscy" – jednocześnie, nachalnie i „na jedno kopyto” - coś nam tam w telewizorze nagłaśniają (jeśli tylko umiemy dostrzec tricki i macki propagandy), ale wtedy, kiedy "ci wszyscy" - jak jeden mąż – jakichś kwestii i tematów w swoich mediach po prostu unikają... No i skąd mamy wtedy wiedzieć, że czegoś nie wiemy…???

    5. A jak w sumie wygląda dzisiejsza faza tej permanentnej – rozpisanej na wiele podmiotów oraz rozłożonej na pokolenia, dekady i stulecia – wielkiej, globalnej i bezlitosnej rotszyldowskiej, socjalistycznej rewolucji (faza obyczajowo-kulturowa - o nieuniknionych i wielce toksycznych skutkach - ale zapowiadająca się "niewinnie oraz lekko, łatwo i w sumie b-a-a-a-a-rdzo przyjemnie")?

    Bo wysłani przed stu laty do boju przez rotszyldów neomarksiści – mający wymyśleć marksizm na nowo po klęsce marksizmu klasycznego (gdy rewolucja na Zachodzie to się w ogóle nie udała, a w Rosji wyniosła do władzy nie „światły i świadomy klasowo proletariat”, jak Marks to „wielce naukowo” przewidział i przepowiedział (i za plecami którego ich ludzie mieli tam „elegancko” rządzić, knując plany podboju reszty Europy i świata) – ale najgorszych z najgorszych – czyli hordy lokalnych ćwierćinteligentów oraz "najwybitniejszych przedstawicieli" tamtejszego lumpenproletariatu oraz struktur przestępczych) - to naprawdę „musieli mieć łeb na karku” - stwarzając cały ten arsenał wielce nam dziś szkodzących - choć pozornie błahych, "niewinnych" i niepowiązanych ze sobą (a dzisiaj aplikowanych nam bez litości, bez umiaru i do woli) kroków, chwytów, metod i środków …

    Zapraszam na czwartą część cyklu "W rotszyldowskiej Europie" – trójczłonowy „Antypolski alfabet dzisiejszych rotszyldów – od A-borcji do Z-amordyzmu”:

    „Od P do Z” - https://www.salon24.pl/u/okiemdocenta/1181681,antypolski-alfabet-dzisiejszych-rotszyldow-od-p-do-z-4-3 

    "Od C do O”: https://www.salon24.pl/u/okiemdocenta/1181685,antypolski-alfabet-dzisiejszych-rotszyldow-od-c-do-o-4-2

    „Od A do B”:  https://www.salon24.pl/u/okiemdocenta/1176735,a-czegoz-to-rotszyldowie-zycza-dzis-sobie-od-nas-i-od-europy-4-1 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  4
    Po przyłączeniu Rusi Zakarpackiej w marcu 1939 roku Węgry uzyskały granicę z Polską.
     
          W Budapeszcie zauważono, iż stosunki polsko-węgierskie raczej obciążają niż wspomagają węgierskie plany przyłączenia Rusi, stąd też postanowiono położyć nacisk na bezpośrednie rozmowy z Berlinem. 14 stycznia 1939 roku Węgry przystąpiły do paktu antykominternowskiego
     
           Przeprowadzone w lutym 1939 roku wybory na Rusi Zakarpackiej, które przyniosły zwycięstwo Ukraińskiej Narodowej Partii Jedności  Wołoszyna, wzmocniły wpływy niemieckie w tej części państwa czeskiego. W czasie ww. wyborów dokonano symbolicznego przystąpienia Rusi do paktu antykominternowskiego, a niemieccy doradcy wojskowi i geologowie masowo napływali na Ruś.
     
          Rozwój sytuacji na Rusi spowodował uaktywnienie polsko-węgierskiej polityki, zmierzającej do likwidacji Ukrainy Zakarpackiej, jako „zarodka państwowości ukraińskiej” oraz przegrody terytorialnej pomiędzy Warszawą a Budapesztem.
     
         W Warszawie doskonale zdawano sobie sprawę, iż  bez zgody Niemiec Węgry nie są w stanie i nie mogą pozwolić sobie na prowadzenie polityki mającej na celu odzyskanie Rusi Zakarpackiej”.
     
         Za cenę wyrażenia zgody na przyłączenie Rusi Budapeszt był gotowy do daleko idącego podporządkowania swej gospodarki Niemcom oraz zagwarantowania nienaruszalności niemieckich interesów na Rusi.
     
         Na przełomie lutego i marca 1939 roku zadecydowano ostatecznie w Berlinie o rozbiciu Republiki Czechosłowackiej. Jednocześnie Niemcy wezwali do Berlina Tisę, aby zaproponować mu ogłoszenie niepodległości Słowacji. 15 marca Tiso zgodził się na tę propozycję i wystąpił z prośbą o niemiecką protekcję nad Słowacją. Jednocześnie Niemcy zakomunikowali Węgrom listę swych żądań w zamian za zgodę na zajęcie Rusi. Po ich akceptacji zaaprobowali plan zajęcia Rusi przez wojsko węgierskie.
     
         W celu zamanifestowania niezależności działania Budapeszt poinformował brytyjskiego posła G. Knoxa, że  wojska węgierskie wkroczą na Ruś, by Niemców postawić przed faktem dokonanym, gdyż „nie konsultowaliśmy tego z Niemcami; Węgry jako niezawisłe państwo uprawiają taką politykę, którą mogą prowadzić także jawnie”. Premier Teleki chciał utrzymać kontakty z mocarstwami zachodnimi, by nie zdawać się wyłącznie na łaskę i niełaskę Berlina.
     
         W tej sytuacji osłabła współpraca węgiersko-polska, a Budapeszt ograniczył się do poinformowania Warszawy, iż w przypadku gdy Słowacja „w formie wyczuwalnej, przyłączyłaby się do Niemiec lub gdyby oddziały niemieckie przekroczyły jej granice niezwłocznie okupujemy Ruś”.
     
         W dniu proklamacji niepodległości Słowacji, węgierski minister spraw zagranicznych wręczył czechosłowackiemu posłowi ultimatum z żądaniem opuszczenia przez wojska czeskie terytorium Rusi. Wołoszyn podjął próbę pójścia w ślady Tiso i proklamował powstanie „Ukrainy Karpackiej” jako „niezawisłego państwa pod niemieckim protektoratem”. Berlin nie uznał za stosowne nawet odpowiedzieć na stosowną depeszę swego podopiecznego.
     
         Wojska węgierskie w składzie trzech brygad piechoty, dwóch brygad kawalerii oraz brygady zmotoryzowanej w dniu 15 marca 1939 roku zajęły tymczasową stolicę Rusi Chust, przełamując sporadyczny tylko opór strzelców siczowych. Następnie ruszyli w głąb Rusi, osiągając 16 marca o godzinie 13.25  w okolicy stacji Beskid granicę z Polską. Wkrótce potem Węgrzy dotarli do Przełączy Tucholskiej, gdzie zostali powitani przez gen. Mieczysława Borutę-Spiechowicza.
     
         Tego samego dnia Horthy w depeszy do prezydenta Mościckiego pozdrowił go „w historycznej chwili, gdy na granicy polsko-węgierskiej żołnierz węgierski ściska prawicę żołnierza polskiego”.    
     
          Na Rusi Zakarpackiej wedle spisu z 1930 mieszkało 440 tyś. Rusinów, 110 tyś. Węgrów, 90 tyś. Żydów, 30 tyś. Czechów, 10 tyś. Niemców i 10 tyś. Rumunów.
     
         Stalin w tym samym czasie stanął przed dylematem, jak się odnieść do zmiany granic po rozpadzie Czechosłowacji. W Moskwie przychylono się do oddania Zakarpacia Węgrom, zamiast Niemcom, ponieważ wpływy węgierskie w tym regionie oznaczały zahamowanie rozwijającego się wspieranego przez Niemcy nacjonalizmu ukraińskiego. 
     
         W obliczu pogarszających się gwałtowanie stosunków polsko-niemieckich węgierski minister spraw zagranicznych Csáky w tajnej instrukcji do swych posłów z końca kwietnia 1939 roku zadeklarował, iż „oddalimy każde niemieckie żądanie, by oddziały niemieckie pieszo, na pojazdach czy koleją przeszły przez terytorium węgierskie dla zaatakowania Polski. (…) Jeśli Niemcy odpowiedzą na to groźbą użycia siły, kategorycznie oświadczę, że na użycie siły odpowiemy bronią”.  
     
          Od tamtej pory Berlin stale przypominał Budapesztowi tę odmowę z 1939 roku „w kontekście wszystkich dalszych węgierskich żądań dotyczących rewizji granic”
     
         Jednocześnie Węgry zdecydowanie stały po stronie państw „Osi”  - po przystąpieniu do paktu antykominternowskiego, wystąpiły z Ligi Narodów oraz zgodziły się na podporządkowanie swej gospodarki Berlinowi.
     
         Powrót do historycznej, wielowiekowej wspólnej granicy polsko-węgierskiej uznano w Budapeszcie za największe osiągnięcie Węgier w Europie Środkowej.
     
    CDN.
    5
    5 (2)

    4 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    jak bardzo Polska i Węgry uwikłane były w myślenie życzeniowe w tym czasie. Trzeba było zrozumieć, że Hitler gra o wszystko - i stosownie do tego równiez grać o wszystko. A tymczasem Warszawa i Budapeszt dokonywały... drobnych korekt granicznych i nie dostawały za to żadnych gwarancji pokoju, a wręcz przeciwnie - obietnicę wojny w szeregach Hitlera lub przeciw niemu. Żenujące jest wreszcie ten mały nacjonalizm, polegający na wykorzystywaniu słabości Czechów przy użyciu Niemców. Jakby w Budapeszcie i Warszawie zapomniano o wielkich ideach i wielkich planach...
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Nie zapominajmy, iż przez cały okres międzywojenny Czesi zrobili bardzo wiele aby nastawić do siebie bardzo krytycznie zarówno Warszawę jak i Budapeszt.

    Ta krótkowzroczna polityka Pragi musiała wydać takie owoce.

    Pozdrawiam
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Tak, pisałeś o tym. Ale też pisałeś o odmiennej postawie wojskowych. Może należało zorganizować w Czechach siatkę konspiracyjną i dokonać propolskiego zamachu stanu? Może tu znowu zaważył nasz polski nacjonalizm i wiara w to, ze własnymi siłami zbudujemy przemysł militarny i w ogóle co to my nie jesteśmy?
    Spójrzmy na sytuację ChRL i Tajwanu. ChRL nieprzypadkowo chcą połknąć Tajwan. Wiadomo doskonale, że mimo siły własnej, dopiero połknięcie Tajwanu uczyni z ChRL równorzędnego gracza dla USA. I to wynika z faktu, że niemal cały obecny rozwój technologiczny ChRL ma swoje źródło w Tajwanie, i w Kuomintangu. Bez tajwańskich inwestycji oni by tkwili w epoce Mao jeszcze długo.
    Obrazek użytkownika Godziemba

    Godziemba
    Utworzenie takiej siatki było niemożliwe, oficerowie czescy byli całkowicie podporządkowani politykom. Ci zaś z bezwzględnością traktowali opornych oficerów.

    W przypadku Chin nie tyle zdecydowały inwestycje tajwańskie, co otwarcie zainicjowane przez Deng Xiaopinga.

    Pozdrawiam
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  2

    Niejaki Andrzej Horubała był łaskaw spłodzić artykuł o Lemie zatytułowany "Dlaczego Stanisław Lem nie został wielkim pisarzem". Horubała jest teologiem politycznym właściwym działem do publikacji jest polityka a nie kultura. Znając zycie Salon24 wrzuci mi to do kultury. Jak już zmieniacie tytuły na głównej to chociaż raz dajcie jakiś fajny np: "Horubała w kącie stała" albo cuś. Portal Teologia Polityczna, który puścił te wynurzenia przekroczył wszelakie granice wszystkiego co świadczy o ostatecznym zdegenerowaniu tego środowiska:

    https://teologiapolityczna.pl/andrzej-horubala-dlaczego-stanislaw-lem-nie-zostal-wielkim-pisarzem?fbclid=IwAR0IB9T_dG3XLHJxiZ3AWa7Lem_xarSeoxw8m9Th7PF16xOai4hLZQxw72Q

    W każdym bądź razie ad rem:

    Jak Lem nie jest wielkim pisarzem to kto jest? Nikt nie jest. Zajdel może? Odmówienie Lemowi wielkości jest rozwiązaniem  karkołomnym w stopniu największym. Horubała kreuje się tu na rozpasanego satyra wyrzucając Lemowi niechęć do tzw "ruchańska", jak widać z owym seksem kojarzy mu się wielka literatura.  Nie zdołał on pojąć, że ta panienka w Solaris to nie jest kobieta, to nie jest człowiek, jest to nie wiadomo co i stąd bierze się ów  "Lęk, wręcz obrzydzenie, pomieszane z tkliwą litością i pożądaniem". Ciekawe czy Horubała czytał coś Lema bo wyraźnie zna biografie znanego makówkarza red. Orlińskiego chwilowo na wygnaniu. Zna też pozycję Gajewskiej, przynajmniej pobieżnie. Ale czego oni nie napisali tego Horubała nie wie. Weźmy >>bezsprzecznie najwybitniejsze dzieło Lema<<, dlaczego to ma być Solaris akurat a nie np. "Wizja Lokalna"? Wizji Lokalnej raczej nasz krytyk polityczny nie czytał bo jakby czytał to by wiedział że jest tam o holocauście wprost napisane bez metafor: przerabianie na abażur, komendant rozpaczający po śmierci rodziny main Gott dlaczego mnie to spotkało? etc etc. Weź człowieku najpierw czytaj a potem pisz a nie na odwrót. Nosz kufnia. To cała pierniczenie o podlaniu holocaustem jest odklejone od rzeczywistości po całości.

    Lem pisał o problemach raczej i jest to fakt niezbity. Weźmy najwybitniejszą Solaris i co z niej Horubała zrozumiał? Chyba poprzestał na obejrzeniu filmu z dupą Clooneya i dlatego tak truje. Solaris jest o niemożności kontaktu z odmiennym intelektem z którym nie mamy wspólnej bazy.To tak w największym uproszczeniu. Symetriady, antysymetriady itp. Nie wiadomo czy ten intelekt obcy istnieje:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1097362,solaris

    Kontakt z obcą cywilizacją stawia nas przed fundamentalnymi problemami innymi również. O tym jest Eden i Fiasko w różnych konfiguracjach. Niezwyciężony jest o przewagach nieinteligencji. I te problemy interesują Lema. Wszędzie musi być o dupach? Nie może być jednej książki bez nich? Owszem, bohaterowie są tam często fasadowi czyli pozorni. I służą głownie do opowiadania nam o ufokach, w sensie do przedstawiania nam ufoków, abyśmy mogli ich dojrzeć z naszej perspektywy. Weźmy takich Encjan. Ciekaw jestem co Horubała sądzi o Encjanach i problematyce ekstrapolacyjnej dziejobitni stanowiącej bekę z Fundacji Asimova? Pewnie nic nie sądzi a powinien bo jest tam o seksie wprost:

    Nie przemawiam we własnym imieniu, tylko jako rzecznik galaktycznych cywilizacji. Seks w ziemskim stylu jest im nieznany. Pod tym względem stanowimy w galaktyce coś w rodzaju potworniaka, któremu twarz wrosła w siedzenie, tyle że w skali globalnej. Rozród winien od początku przebiegać w pod kontrolą wzroku i tak jest wszędzie. Raz na dwa tryliony lat myli się ewolucji kierunek wyjść i wejść ciała. Biegli gwiazdowi twierdzą zgodnie, ze tu zaszedł ten fatalny wypadek. Prokreacja umieściła się w odchodowym odcinku ciała. Gatunki ziemskie stanęły tedy przed taką alternatywą: albo ukochać tę okolicę, albo wymrzeć. W samej rzeczy wszystkie ustroje, przenoszące śmierć nad paskudę wyginęły. Pozostało to, co okazało gotowość umiłowania traktów wydalinowych. Jest to naszą niezawinioną tragedią - kalectwem w wymiarze astronomicznym.

    i nie trzeba szukać jakiś metafor czy tam innego Beresia.

    II

    Obłok Magellana zestarzał się całkiem nieźle, tu pozostaję w sferze literatury fantastycznonaukowej. w porównaniu z jakimiś wsþólczesnymi Hyperionami czy Ślepowidzeniami (zelżonymi przeze mnie chyba już dostatecznie) trzyma się całkiem-całkiem. Fasadowy komunizm jest fasadowy. Konieczność rozgrzewania lamp przy komunikacji jest tu największym anachronizmem chyba. Czy lampy są w Solarisie? W każdym bądź razie nie ma wampirów i ogólnego porąbania. Jak na rok 1954? Za Stalina publikowane? No weźcie? Muszę jakoś przedstawić cykle o Tichym i Pirxie w oddzielnych wpisach. O Solaris już było:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1097362,solaris

    A to to jest  o czym niby:

    Lem niczym irytujący wujek-przemądrzalec konstruował te swoje światy, udawał, że nad tym wszystkim panuje, że nic co ludzkie i kosmiczne nie jest mu obce, ale przecież uchylał pytania podstawowe, tak jakby udawało się przeżyć tu swój los bez krwi, potu, łez i spermy, jakby dało się zamieszkać w sterylnych światach i z uśmieszkiem wyższości obserwować szamotanie naiwnych ludzi podległych lękom, żądzom, namiętnościom.

    Ilu bohaterów Lema się miota? Solaris, Powrót z Gwiazd? tylko tam? A Pirx/ten drugi we Fiasku? Na każdy z powyższych tematów jestem w stanie wygłosić tyradę, weźmy holocaust:

    W Podróży Jedenastej (Dzienniki Gwiazdowe) Ijon Tichy trafia na Karelirię gdzie mamy obraz społeczeństwa PRL: komunizm bez komunistów. U nas komunistów wszak nie było, jak się takiego przycisnęło to wyznawał, że musi się poświęcać bo jest przeciw ale jak coś to Ruscy wjadą itp. I tu mamy społeczeństwo robotów bez robotów. Zamiast robotów są przebrani agenci wysłani w celu okiełznania Kalkulatora, który jest wodzem rzeczonych blaszaków. Ciekawa refleksja aktualnościowa. Rąbane dzieci nie są dziećmi tylko lalkami i wszystko to jest fikcja.

    III

    Horubała dał nam obraz percepcji dzieł Lema z perspektywy pańć po polonistyce które jak nie wiedzą co mają myśleć to nie wiedzą co mają myśleć. Muszą mieć stosownie opisane w stosownej literaturze, bo jak nie to nie. Horubała ma proste kryterium: paczy czy jest o dupach. Jak nie ma to słabo. O co mu chodzi w ogóle? Owszem, może i Solaris jest najwybitniejszym dziełem Lema ale Wizja Lokalna jest jeszcze wybitniejsza od najwybitniejszej książki Lema. Lem powinien zaś dostać nobla choćby za wspomnianą Solaris a nie miał szans bo stosowna komisja jest za głupia po prostu. I taki jest sens mojego wywodu: za bardzo wyprzedził współczesnych którzy nie nadążyli.

    Nie chce mi się pisać o wszystkim, co tam nasz krytyk literacki polityczny wysmażył. Jak macie coś konkretnego do obgadania to dajcie znać w komciach.

    PS:

    Poczytajcie se jeszcze to:

    https://kompromitacje.blogspot.com/2021/11/gajewska-czyta-lema.html

    PS2: faktycznie kobieta nie jest bohaterką żadnej powieści Lema chyba. przeważają zwyklaki zmuszone do przekraczania własnych ograniczeń.

     
    5
    5 (2)

    2 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Domyslam się, dlaczego kobiety nie są głównymi bohaterami Lema. Otóż świat nauki i techniki to świat politechników. Politechnika była dawniej domeną niemal wyłącznie mężczyzn. Lem był pisarzem wybitnym - pełna zgoda. Żałuję, że nie czytałem wszystkiego co napisał, może czas nadrobić.
    Obrazek użytkownika stronnik

    stronnik
    Warto! BARDZO POLECAM obejżeć sobie w spkoju i ciszy wywiady z Lemem. Można je sobie wyszukać na/w youtube. Dopiero poznanie jego własnych komentarzy pozoliło mi zrozumieć niektóre wątki w jego książkach. Albo czytalem je będąc zbyt młodym? W każdym razie do Lema wróciłem po wielu latach jakieś pięć lat temu. Świetna lektura na czas lotu przez Atlantyk.
  •  |  Written by Docent zza morza  |  3

    Sytuacja pandemiczna jest coraz lepsza – bo w sumie to coraz mniej ludzi wszędzie umiera – ale niespodziewanie restrykcje pandemiczne mają być prawie wszędzie teraz b-a-a-a-a-ar-dzo zaostrzone …

    Zauważyliście manipulację – już tego nie uzasadniają liczbą zmarłych (bo ta na nikim nie robi już wrażenia?) - tylko wzrostem ilości zachorowań - liczbami niewiarygodnymi i systemowo od samego początku fałszowanymi - by znowu strachem zmusić ludzi do kolejnego etapu uległości?

    No bo jak można wierzyć w podawane nam codziennie i b. uroczyście liczby „nowych zachorowań”:

    1. przy błędnych w 97% odczytach testów PCR – bo te statystyki nabija się w laboratoriach karygodnym i nieodpowiedzialnym „namnażaniem wirusa” (a po 30 takich cyklach jego ilość tak wzrasta, że już praktycznie każda próbka„jest pozytywna” - i dlatego WHO zaleca minimum 35 cykli?)
    2. przy testach wychwytujących obecnie ślady każdej ostatnio przebytej infekcji koronawirusowej – nawet zwykłego przeziębienia sprzed pół roku - a ponadto, gdy teraz komuś „leci z nosa, lekko gorączkuje, łamie go w kościach i czuje się ogólnie rozbity” - to kiedyś miałby przeziębienie lub grypę - ale dzisiaj to na bank „musi mieć kowida” ...
    3. przy początku dorocznego sezonu grypowego - gdy ilość zagrypionych i przeziębionych oraz zapadających na wszelkie pozostałe coroczne, sezonowe infekcje - będzie teraz przez parę miesięcy systematycznie rosła - by samoczynnie i bez naszej ingerencji opaść na wiosnę ...???

    Bo u nas to teraz jest jesień i będzie zima – czyli wzrost wszelkich infekcji - jak co roku - mamy na bank (i dlatego krzywa zachorowań – według mediów - dramatycznie rośnie „tylko w Europie”) – ale na południowej półkuli to jest teraz akurat odwrotnie – teraz wiosna i nadchodzące lato – i dlatego coś b. cicho o grasującym tam kowidzie…?

    Ale spokojnie – jak u nas przyjdzie wiosna - to u nich będzie jesień - i kowid wtedy "przypomni o sobie" ruszając tam do nowego szturmu… i nowe rubryki zaczną nas na nowo straszyć.

    image

    "Ponad miliard ludzi na świecie nie posiada dokumentów tożsamości. Dla ludzi marzących o kontrolowaniu każdego człowieka na ziemi jest to duży problem. Oto rozwiązanie proponowane przez ONZ, Billa Gatesa oraz branżę szczepionkową. Nosi nazwę ID2020." 

    A skoro teraz najwyraźniej chcą sobie przetestować w Europie czy w tych wszystkich już „należycie wyszczepionych”  krajach ludzie są już wystarczająco wystraszeni, spacyfikowani i skołowani - że dadzą się teraz bez oporu złamać totalnym, wszystko paraliżującym i w 100% nieuzasadnionym lockdownem – to dlatego - nieoczekiwanie i wbrew wszelkiej logice - uderzają teraz w kraje „najbardziej wyszczepione”?

    Bo gdy kraje "starej unii” osiągnęły już poziom 75-80% „wyszczepionych” (u nas ledwie 50%) - to, gdyby w tej całej pandemii chodziło o kwestie stricte medyczne i epidemiologiczne – to „walczyć z kowidem”  należałoby teraz dużo bardziej intensywnie raczej tutaj oraz w pozostałych „nowych krajach unijnych”, o podobnie „katastrofalnie” niskim poziomie „wyszczepień”  - jeszcze bardziej wzmagając kampanię strachu, być może siłą zaciągając nieszczepionych „na zastrzyk”, masowo wyrzucając nieszczepionych z pracy, zamykając ich w domach oraz poprzez totalne lockdowny paraliżować gospodarkę oraz całe życie społeczne.

    Bo jeśli na kowidowym widelcu to jest teraz nawet Irlandia – kraj z 93% poziomem „wyszczepień”!!! – bo jeśli nawet tam pandemia może teraz mieć katastrofalne skutki” - to czemu miały służyć te wszystkie szczepienia i wprowadzanie w atmosferze niespotykanej presji i histerii do ludzkich organizmów „preparatów o jeszcze niezbadanych długookresowych efektach”...?

    Dlaczego więc  dziś na pierwszy ogień idą te kraje - które pod wpływem „wyszczepień” miały rzekomo być „najlepiej przed kowidem zabezpieczone” …?

    A skoro te „wyszczepienia” miały przede wszystkim gwarantować nam łagodniejszy przebieg choroby (bo mimo „wyszczepienia” – to ludzie chorują, jak chorowali - ani mniej, ani więcej niż przedtem) – to b. mało się tu „sztymuje” bo jeśli obecne zakażenia kowidem są rzekomo tak groźnie:

    • to albo wtedy, przy pierwszej fali „wyszczepień”,
    • albo teraz – KTOŚ ŁŻE JAK PIES… (licząc na naszą dezorientację, zmęczenie, „pogodzenie z losem” czy naszą tradycyjnie „krótką pamięć” – bo większość z nas to z trudem kojarzy dziś, co nam mówiono i co z nami wyrabiano kilka miesięcy temu?)

    Bo „dawki przypominające” - czyli nieoczekiwany, niczym nieuzasadniony oraz wbrew wszelkiej logice i bez jakiejkolwiek obiektywnej potrzeby - powrót brutalnych represji - to zawsze był instrument dyktatorskiej władzy nad nami, rytualnie wszystkim uświadamiający - KTO TAK NAPRAWDE NAMI RZADZI.

    A gdyby kogoś zainteresowało - komu i do czego potrzebna jest ta cała pandemia - opierając się na starej, dobrej i wielokroć sprawdzonej - jeszcze rzymskiej zasadzie - "cui prodest scelus, is fecit" - "ten uczynił, kto miał z tego korzyść" - to kłaniam się i zapraszam. 

    - = > Ludzie-przecież-99,86%-z-nas-oparło-sie-kowidowi

    P.S. Podobne mechanizmy występowały w poprzedniej – bolszewickiej - fazie tej permanentnej, wielkiej, globalnej rotszyldowskiej rewolucji socjalistycznej – i na terenach jako pierwszych przez nią podbitych, czyli w Związku Sowieckim - gdzie „w miarę postępów w budowie socjalizmu zaostrzała się walka klasowa”.

    Czyli, gdy ludzie we sowietach byli już wystarczająco spacyfikowani i sponiewierani – i nawet nie marzyli o jakimkolwiek oporze i sprzeciwie wobec władzy bolszewickiej - wtedy nagle spadały na nich dodatkowe – nieoczekiwane i niezasłużone, bo niczym nieuzasadnione – brutalne represje – po prostu przypominające im, KTO TAK NAPRAWDĘ NIMI RZĄDZI…

    O co więc dziś w tej całej pandemii chodzi – o „walkę z kowidem”, czy o walkę z nami…?

    image

    "Strach to broń i narzędzie"

    5
    5 (3)

    3 Comments

    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    Tekst zaczyna się typowo dla rosyjskiej propagandy...
    Najpierw rozszczelnianie: podaj wątpliwości, które wszyscy mamy.
    Następnie uszczelnianie: wątpliwości uznaj za pewniki
    Rekonstrukcja: pewniki niech będą podstawą dla budowy teorii spiskowej
    Normalizacja: Żydzi, Żydzi, wszystko Żydzi.

    :-)))))))))))))))))))))))
    Obrazek użytkownika Docent zza morza

    Docent zza morza
    się w końcu zdecydować?
    Bo albo" rosyjska propaganda", albo "Zydzi"...?
    Nie przystaje tak stać w rozkroku, wywijając... wiadomo czym. 
    Bo ani to wygodne, ani obyczajne, ani konstruktywne...
    Obrazek użytkownika alchymista

    alchymista
    "Żydo-banderowcy" :-))))))))))))))))))))
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Jakoś tak się złożyło, że Łukaszek wraz ze swoimi kolegami był w sklepie, kiedy ostro dyskutowali na temat ekstremistów. Nie, nie zamachowców, czy obcokrajowców, tylko osób o skrajnych poglądach politycznych. I tak oto nerwowo okularnik z trzeciej ławki dowodził, że można podzielić ekstremistów na lewicę i prawicę, a Gruby Maciek dudnił spokojnie, że ekstrema ma to do siebie, że nie idzie jej odróżnić.
    - Mylisz się chłopcze - nie wytrzymałą i wtrąciła się pani sklepowa w słowo Grubemu Maćkowi. - Można ich odróżnić i to bardzo prosto. Mogę wam to pokazać.
    - Proszę bardzo! Bardzo proszę! - zakrzyknęli obaj adwersarze.
    - Na początek prosty test. Klient płaci w sklepie za towar. Czyje są te pieniądze?
    - Sklepikarza - odparł Łukaszek a obaj jego koledzy kiwnęli potakująco głowami.
    - No i widzicie, żadna z was ekstrema. Ale poprośmy na chwilę do kasy... Kogo by tu poprosić... - wzrok pani sklepowej błądził po klientach aż wreszcie wybrała młodego człowieka w bluzie z napisem "sprywatyzować tlen!". - Chodź no tu kolego. Jest pytanie. Jeśli klienci płacą za towar w sklepie to czyje są to pieniądze?
    - Na pewno nie sklepu - uśmiechnął się zwycięsko młody człowiek. - Już Margaret Thatcher powiedziała, że sklep nie ma żadnych swoich pieniędzy, ma tylko to, co zbierze od klientów. To są ich pieniądze, a niektórzy myślą, że to prywatny fundusz sklepikarza, który może sobie za niego kupować co mu się spodoba! Te pieniądze są własnością całego społeczeństwa!
    Pani sklepowa skasowała zakupy młodego człowieka i kiedy wyszedł pani oznajmiła, że to był ekstremista prawicowy.
    - Chyba lewicowy - zauważył Łukaszek.
    Pani sklepowa tylko na niego spojrzała, a potem poprosiła jedną panią w koszulce z napisem "zbieram na życie" bo usiadła na chwilę za kasą. Pani w koszulce skasowała zakupy trzem osobom, ale - ciekawa rzecz- pieniędzy nie schowała do kasetki, lecz położyła je obok.
    - Jak pani myśli, czyje są te pieniądze? - zagadnęła pani sklepowa. - Klientów?
    - Co też pani - odparła bezbarwnie pani w koszulce. - Przecież je oddali.
    - To może sklepu?
    - Co też pani. A komu je dali? Mnie. Są to więc - pani w koszulce uśmiechnęła się lekko - moje pieniądze.
    - No i widzicie - pani sklepowa odwróciła się do chłopców. - To jest ekstremizm lewicowy.
    - Chyba prawicowy - rzekł Łukaszek. - Silnie rozwinięte poczucie własności...
    Pani sklepowa znowu na niego spojrzała i w tym momencie zadudnił głos Grubego Maćka:
    - Ej, ona chce spłynąć z hajsem!
    Panią w koszulce udało się zatrzymać w drzwiach sklepu i odebrać jej utarg. Pani jednak nie zrezygnowała, wróciła do lady i zaczęła męczyć o pieniądze. Żeby jej dać, bo ona nie przeżyje do pierwszego.
    - Jeśli chodzi o jedzenie, to jest tu jadłodajnie... - zaczęła pani sklepowa ale pani w koszulce jej przerwała:
    - Nie przeżyję bez Netflixa.
    - Anie myślała pani iść do pracy? - zaciekawił się okularnik.
    - Nie - pokręciła głową pani w koszulce. - Upriorytetowałam życie i stwierdziłam, że muszę żyć w zgodzie z samą sobą.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  1

    Powalę was tezą niepopularną: nie trzeba było zaczynać z Łukaszenką. Jakieś Biełsaty, Agnieszka Romaszewska odklejająca się co chwilę, to, tamto. Tzn albo trzeba było zrobić akcję która obali Łukaszenkę od razu albo nic. Chcieliście moralne wzmożenie to macie. Willa  dla Cichanouskiej? Tak to tylko wkurzyliście Łukaszenkę i macie. Guzik możemy to będziemy szturać Łukaszenkę w zadek. I zdziwienie, że się zirytował. Ale oni tego nie rozumieją, kolejne brednie o moralnej wyższości itp. Dlatego robią ich jak chcą na zasadach realnych. To tyle na  początek.

     

    Przejdźmy teraz do kasiorki: Czemu Onet, TVN, Ochojska, Hołdys, Giertych, Lis, Staśko etc etc nie podają docelowej przepustowości? Łukaszenka otworzył wszak nowy kanał przerzutu nielegałów do Niemiec. Pytania do nich: ile on wyciąga z tego kanału brutto kasiory w dewizach i komu musi odpalać działkę a kto robi za frajer? Takie ustalenia najpierw trzeba podjąć i wtedy zobaczymy, co dalej. Tymczasem żaden nie podaje. Powtarzam:

    1. Jaka jest przepustowość docelowa tego kanału przerzutowego? Tysiąc dziennie? Dwa? Pięć?
    2. Ile Łukaszenka wyciągnąc chce z tego kasy?
    3. Komu odpala działkę a kto robi za frajer?

    Gdyby podjąć narrację PO, Tuska, Ochojskiej, itp i wpuszczać jak leci?Jak będzie debata w UE to powinni nasi domagać się odpowiedzi na te kwestie.

    image

    Przypominam, że  żaden z owych inwazantów nie kwalifikuje się do azylu, bo przecież siedzą na Białorusi i tam powinni prosić o azyl jak im coś nie pasi. Żaden też nie chce azylu w Polsce tylko do Niemiec chcą. I teraz jest tu taka pułapka: jak my ich przepuścimy do Niemiec to Niemcy będą ich wyłapywać i odsyłać do nas. I zgodnie z umową mu musimy ich zamknąć. I się zacznie pyszczenie Ochojskiej o obozach koncentracyjnych. Z kolei jak będziemy ich znowu puszczać do Niemiec to się  może skończyć i upadkiem strefy Schengen i kontrolami na granicach wewnętrznych UE. Co swoją drogą jest nieuchronne.

     

    Popatrzcie teraz na skutki tej afery: Łukaszenko dostał kaskę od migrantów i dostanie od Unii. Został uznany jako prezydent Białorusi. Ujawniło się stronnictwo proputinowskie u nas obejmujące TVN, Onet, PO, itp szpionów. Łukaszenka otwiera kanał przerzutowy a ci lecą mu z pomocą. Putin daje propozycję rozwiązania kryzysu: zapłaćcie Baćkowi. Watykan staje rękę w rękę z Putinem.

    Zauważcie, że nie organizują demonstracji pod ambasada Białorusi. Ochojska ani Giertych ani Lis ani PO. Ciekawe czemu?

    Ciekawe czemu nikt nie wysunie żądania wobec Łukaszenki aby zabrał całe towarzystwo z granicy do siebie do Mińska i tam ich albo deportował albo utrzymywał? No czemu nie? Merkel do niego dzwoniła i co? Jak nie wysuniecie żądania to nie ma opcji żeby zostało zrealizowane.

    Jakie jeszcze postulata powinniśmy wysunąć?

     
    Zakwaterowanie inwazantów w Parlamencie Europejskim i TSUE. A tamtejsi funkcyjni niech se poszukają kwater na mieście. Jak im tak zależy. A jak nie to stawiamy szybką kolej z roczną przepustowością 10 milionów nachodźców i niech se ich przyjmują. Zwrotów z kolei nie przyjmujemy my.
    5
    5 (2)

    1 Comments

    Obrazek użytkownika karlin

    karlin
    warto byłoby trochę inaczej pograć, bo z tego co czytałem, to przy najmniej do jakiegoś czasu polska mniejszość była tam traktowana lepiej, niż na Litwie, a podczas embarga nałożonego przez Rosję, polskie towary jechały przez Białoruś, i opuszczały ten kraj jako białoruskie. Ale to by i tak niczemu nie zapobiegło. Obecny kryzys, to kondensacja niemieckich i rosyjskich strachów oraz żądań, przy zezwoleniu rządzącej w tej chwili, ruskiej agentury w USA. Łukaszenka to przy tym wszystkim krasnal.
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Na jesieni 1938 roku Węgry na mocy pierwszego arbitrażu wiedeńskiego uzyskały część ziem słowackich.
     
          W czasie lutowych rozmów polsko-węgierskich w Warszawie w 1938 roku, w których uczestniczył regent Hothy oraz minister spraw zagranicznych István Csáky,  ustalono postępowanie obydwu państw  na wypadek kryzysu czechosłowackiego. Cieszyn miał przypaść Polsce, a terytorium Słowacji pozostać wspólnym protektoratem Polski i Węgier.  
    Politycy obu państw byli zgodni co do tego, że Anschluss to kwestia najbliższego czasu i w obliczu spodziewanych zmian w regionie podjęli decyzję o współpracy.
     
         Od lata 1938 roku aż od końca tego roku trwały rozmowy polsko-węgierskie na temat wspólnej granicy, w której widziano zabezpieczenie na przyszłość obu państw. Polska strona podkreślała, że Słowacja może pozostać w ramach Węgier tylko na podstawie uczciwego porozumienia. Jeszcze w październiku 1938 roku Warszawa obiecała politykom słowackim pomoc w ogłoszeniu suwerennego państwa, co nie spotkało się z pozytywnym odzewem w Budapeszcie. Brano Słowaków w obronę, ale warunkiem tej obrony była likwidacja związków słowackich z Pragą. Polski MSZ popierał jedynie zajęcie Rusi Zakarpackiej przez Węgry.
     
         Podczas wizyty Horthyego w Kilonii 22 sierpnia 1938 roku kanclerz Hitler zaprezentował koncepcję wspólnego ataku Niemiec, Węgier i Polski na Czechosłowację. Za udział w interwencji zbrojnej przeciw Czechosłowacji Hitler zaoferował Węgrom całą Słowację i Ruś Zakarpacką. Węgry jednak nie zgodziły się przyjąć tej oferty, co Hitler miał następująco skomentować: „Kto chce zasiąść do stołu, musi najpierw pomóc w jego nakryciu”.
     
          Ostateczne rozstrzygnięcie losów Czechosłowacji nastąpiło w trakcie konferencji w Monachium. W jej trakcie nie rozważano jednak żądań terytorialnych Węgier, lecz pozostawiono je pod rozwagę podczas przyszłego arbitrażu.
     
           Po konferencji monachijskiej doszło do wielokrotnej wymiany not pomiędzy Pragą a Budapesztem (w myśl ustaleń konferencji kwestie sporne czechosłowacko-węgierskie miały być rozwiązane na drodze rokowań pomiędzy tymi państwami). W dniach 9–13 października 1938 roku doszło do rokowań węgiersko-słowackich w Komarnie w sprawie granicy. Szef delegacji węgierskiej Kánya stał twardo na stanowisku, że granicę należy wytyczyć, mając na uwadze dane ze spisu ludności z 1910 roku, a Słowacy dążyli do tego, aby podstawą były dane ze spisu ludności z 1930 roku. Z czasem pojawiła się nawet propozycja autonomii dla Węgrów na Słowacji, potem wymiany ludności oraz przekazania Madziarom jedynie 5700 kilometrów kwadratowych terytorium z 400 000 ludności (w tym 320 000 Węgrów). Kánya uznał to za niewystarczającą propozycję i zerwał rozmowy.
     
         Po fiasku rozmów w Komarnie Horthy wysłał do Berlina  Kálmána Darányiego, aby ten uzyskał pomoc w sporze. Hitler doskonale wykorzystał tę misję: po pierwsze nie zgodził się, aby Węgry rozwiązały spór na drodze militarnej, a po drugie zaproponował Budapesztowi przystąpienie do paktu antykominternowskiego i wystąpienie z Ligi Narodów. W tych okolicznościach premier Imrédy wydał 18 października oświadczenie o tym, że polityka Węgier będzie zgodna z polityką państw osi.
     
         Wobec niejasnej postawy polityków węgierskich, dążących do rewizji granic, ale stroniących od jej realizacji w powiązaniu z III Rzeszą, w Berlinie nakreślono własny plan wobec Czechosłowacji, ale też wobec państwa słowackiego, które miało powstać w wyniku rozpadu Czechosłowacji. W Niemczech obawiano się tego, że kolejny rząd węgierski może być w mniejszym stopniu proniemiecki, a wówczas podporządkowana Węgrom cała Słowacja mogłaby się wyrwać spod kontroli Berlina. 7 października 1938 roku w Berlinie zadecydowano, że na Słowacji zostanie proklamowana niepodległość, ponieważ okrojona Słowacja nie byłaby zdolna do samodzielnego bytu, a sąsiedzi od południa i północy mogliby podzielić ją pomiędzy siebie. W tych okolicznościach rząd słowacki był skazany na współpracę z Berlinem, a nie z Budapesztem.
     
         Równocześnie toczyły się rozmowy węgiersko-polskie na temat ewentualnej akcji w sprawie Rusi Zakarpackiej i wspólnej granicy. Wreszcie w połowie października 1938 roku hrabia István Csáky spotkał się z ministrem Ciano w Rzymie. Nakłaniał on włoskiego kolegę do poparcia Węgier, twierdząc, że silne Węgry to ograniczenie wpływów niemieckich. Ciano ostrzegł jednak, że poddanie się procedurze arbitrażowej mogłoby narazić Budapeszt na porażkę.
     
         Po klapie w Komarnie , 18 października 1938 roku Budapeszt skierował na północ silne oddziały wojska. W trzy dni później ok. stu tysięcy Węgrów demonstrowało pod pomnikiem bohatera Wiosny Ludów gen.  Józefa Bema za przyjaźnią polsko-węgierską.
     
         W  takich okolicznościach do akcji włączyły się, a  raczej przyspieszyły działania, także dyplomacje Włoch oraz III Rzeszy. Po obradach szefów dyplomacji: Niemiec – Joachima Ribbentropa, Włoch – Galeazzo Ciano, Węgier  – Kálmána Kányi oraz Czechosłowacji  – Františka Chvalkovskýego oraz przy udziale premiera Słowacji Jozefa Tisy oraz Ukrainy Karpackiej Augustyna Wołoszyna, 2 listopada 1938 roku w  pałacu Belwederskim w  Wiedniu ogłoszono dokument, który przeszedł do historii jako tzw. pierwszy arbitraż wiedeński  Węgry właśnie odzyskały obszar 11 927 km2 utraconych w Trianon, zamieszkały przez 1  062  022 mieszkańców, spośród których 84,1  proc. stanowili Węgrzy.  
     
         Ponieważ na podstawie ustaleń pierwszego arbitrażu wiedeńskiego nie spełniono węgierskich postulatów dotyczących Rusi Zakarpackiej  (Węgry zyskały jedynie 1523 km2 ze 173 tys. mieszkańców), władze w  Budapeszcie postanowiły pójść za ciosem i nie oglądać się nawet na Niemców i samego Hitlera. Ten bowiem oceniał, że Węgrzy „chcą zbyt wiele” oraz domagają się łupów „za tanio”.
     
         Nie zważając na te obiekcje, znajdujący się na fali i  czujący ogromne społeczne poparcie rząd w Budapeszcie postanowił dokończyć terytorialne zmiany metodą faktów dokonanych. Wysłano na Ruś Zakarpacką grupy dywersantów. Ta decyzja  Budapesztu wywołały furię w Berlinie. Hitler wymusił na  Mussolinim skierowanie do  Budapesztu jednobrzmiących  not dyplomatycznych, w których przypomniano węgierskiemu rządowi, iż wyznaczone przez nie granice w Wiedniu są ostateczne. Jednocześnie wezwano Budapeszt  do  zrezygnowano z wszelkich prób siłowego dokonywania zmian granic.
     
          Zdecydowane przekonanie Budapesztu, że na terenie Rusi Zakarpackiej trzeba iść dalej, doprowadziło do wystosowania kolejnej oficjalnej noty III Rzeszy z 21 stycznia 1939 roku, zakazującej Węgrom podejmowania samodzielnych akcji o  charakterze wojskowym. Była to próba zapobieżenia ich samodzielności w odpowiedzi na planowane już wtedy w Berlinie zajęcie Czechosłowacji. Wystosowano notę z Berlina dlatego, że na Węgrzech uruchomiono ponownie własne wojsko, które raz jeszcze ruszyło w  kierunku Rusi Zakarpackiej,  z  jednym oficjalnie podnoszonym politycznym celem: utworzenia wspólnej granicy polsko-węgierskiej.
     
         Negatywne stanowisko Berlina związane było z długofalowym planem rozgrywania tzw. kwestii ukraińskiej, związania ze sobą Słowacji i pełnego uzależnienia Czech i Moraw oraz uzyskania od Węgier i Polski wysokiej ceny za zgodę na ich wspólną granicę.
     
         Hitler nie zamierzał ustąpić w sprawie polsko-węgierskiej granicy dopóki  nie zyska uległości Warszawy w sprawie Gdańska.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Rewizjonizm stał się podstawą polityki zagranicznej Węgier w okresie międzywojennym.
     
          Na podstawie traktatu pokojowego podpisanego 4 czerwca 1920 roku w Trianon Węgry utraciły na rzecz Rumunii traciły one obszar 103 093 km2 i 5 257 467 ludności, na rzecz Czechosłowacji 61  633 km2 i  3  517 568 ludności, na rzecz Królestwa Serbii, Chorwacji i Słowenii 20  551 km2 oraz 1  509 295 ludności, oraz na rzecz Austrii w  Burgenlandzie (4020 km2 ), Włoch i nawet Polski (dwie wioski na Spiszu, zamieszkałe przez 230 osób). Kraj, który do wojny liczył 282  870 km2 , został okrojony o  189  907 km2 i  zmniejszył się do rozmiarów 92  963 km2 , natomiast z szacowanej na 18 mln 264 tys. ludności stracił ponad 10 mln 649 tys. (z  czego ponad 30 proc. to byli rodowici Węgrzy) i  zmniejszył się ludnościowo do zaledwie 7  615 117 osób.
     
          Traktat z Trianon stał się otwartą,  niegojącą się raną w świadomości zdecydowanej większości Węgrów, którzy nie mogli pogodzić się z rozczłonkowaniem kraju i wyrzec się aspiracji narodowych w Europie Środkowej. W  języku potocznym pojawiło się  powiedzenie: „Nie jest prawdziwym Węgrem ten, którego nie boli Trianon”. Odtąd na wszystkich uroczystościach wołano: „Nie, nie, nigdy!” oraz „Okrojone Węgry to nie kraj, Wielkie Węgry to raj”.
     
         16 stycznia 1921 roku na Placu Wolności w  Budapeszcie odsłonięto cztery pomniki symbolizujące oderwane ziemie, tzw. irredenta szobrok, a  na środku placu ustawiono kwietnik z  mapą Wielkich Węgier jako głównym motywem
     
          Nic więc dziwnego, iż w  okresie międzywojennym, utożsamianym z regentem -  admirałem Miklósem Horthym,  kraj żądał tylko jednego  – rewanżu.
     
          Polityka zagraniczna Węgier w okresie międzywojennym była oparta na założeniach rewizjonizmu, czyli na próbie zmiany postanowień traktatu w Trianon. Wykorzystywano do tego zarówno mocarstwa, jak i organizacje międzynarodowe oraz działające na terytorium Węgier organizacje o rewizjonistycznym profilu działania.
     
          W lipcu  1927 roku powstała na Węgrzech Magyar Revíziós Liga (Węgierska Liga Rewizjonistyczna), na której czele stał Ferenc Herczeg. W ruchu rewizji granic dużą aktywnością wykazywali się László Ottlik oraz Benedek Jancsó. Ten ostatni twierdził, że Węgry utraciły terytorialną jedność, ale zachowały jedność w sferze kultury, gospodarki i demografii.
     
         Teoria o państwie Świętego Stefana i doktryna o Koronie Świętego Stefana stały się połączoną ideą, która w pewien sposób legitymizowała politykę zagraniczną w czasach Horthyego, zmierzającą do rewizji granic. Rewizja była połączona z nową polityką narodowościową międzywojennych Węgier, która opierała się ona na trzech filarach. Po pierwsze, zmierzano do asymilacji żyjących na Węgrzech społeczności niewęgierskich; po drugie, dążono do wypełnienia międzynarodowych zobowiązań wynikających chociażby z małego traktatu wersalskiego; po trzecie, prowadzono taką politykę względem narodowości, aby w wypadku przyłączenia utraconych obszarów polityka ta stała się atrakcyjna dla ludności niewęgierskiej.
     
          W polityce międzynarodowej Węgry nie dążyły do militarnego odzyskania utraconych obszarów. W 1922 roku Królestwo Węgier zostało przyjęte do Ligii Narodów i na jej forum starano się dokonać pokojowej rewizji postanowień traktatu trianońskiego.
     
          Węgry dopiero w październiku 1928 roku poparły koncepcję paktu Brianda-Kelloga, pozostawiając sobie jednak „furtkę” w postaci stwierdzenia, że „trzeba zapewnić możliwości do naprawy niesprawiedliwości na drodze pokojowej”. To otwierało drogę do rewizji granic przy wykorzystaniu pokojowych metod.
     
         Próbą wyrwania państwa z izolacji politycznej był układ włosko-węgierski z 5 kwietnia 1927 roku. Zawierając układ z Węgrami Mussolini dążył do zdobycia przyczółków w Europie Środkowej i na Bałkanach oraz wyparcia stamtąd wpływów Niemiec i Francji. Poparcie Włoch dla sprawy węgierskiej ograniczało się tylko do dostaw broni.
     
         Węgrzy nie zapomnieli też o Polsce. Budapeszt liczył na poparcie Warszawy dla podjęcia działań na rzecz  ustanowienia granicy polsko-węgierskiej poprzez zwołanie konferencji w Wiedniu. Rząd polski wycofał się jednak z tych obietnic, tym bardziej że popieranie rewizjonizmu węgierskiego zaszkodziłoby stosunkom polsko-rumuńskim.
     
         18 kwietnia 1928 roku Piłsudski stwierdził, że przykłada do całego zagadnienia dużą wagę, obiecując poruszyć sprawę optansów z rumuńskimi sojusznikami. Uznał jednocześnie, iż realizacja tych zamiarów węgierskiej polityki może nastąpić tylko przy wykorzystaniu umiarkowanych środków.
     
        W 1928 roku polska dyplomacja próbowała dodatkowo pomóc w podpisaniu traktatu państwowego pomiędzy Węgrami i Rumunią. Ceną porozumienia miało być zapewnienie neutralności Węgier na wypadek wojny rumuńsko-sowieckiej, Węgry miały natomiast zagwarantować nienaruszalność granic trianońskich (w zamian za gwarancję autonomii dla Węgrów w Siedmiogrodzie).
     
        W pierwszej połowie lat 30. pojawił się też pomysł przystąpienia Węgier do Międzymorza według idei Piłsudskiego. Idea ta została bardzo serdecznie przyjęta nad Dunajem. Pewne różnice pomiędzy Warszawą a Budapesztem tkwiły jedynie w tym, iż Węgrzy uważali, że do takiego bloku powinny wejść: Polska, Węgry, Austria, Niemcy i Włochy, ale nie brali pod uwagę państw Małej Ententy, które dla Polski stanowiły istotny element zarówno Międzymorza, jak i proponowanej potem przez Józefa Becka Trzeciej Europy. Należy jednak przypomnieć, że Węgry i Polska miały rozbieżne interesy względem Czechosłowacji (poza dążeniem do wspólnej granicy). Różnie oceniano przyszłość Słowacji. Węgry chciały jak najdalej posuniętej rewizji ziem słowackich, a Warszawa planowała uczynić z tych ziem protektorat zależny od siebie i zapewne włączyć je do przyszłego bloku – Trzeciej Europy
     
         Podczas rozmowy z premierem  Gömbösem w październiku 1934 roku  z Piłsudskim był bardzo ostrożny wobec węgierskich nadziei na rewizję granic i stwierdził jedynie, że Węgrzy powinni wyczekiwać odpowiedniego momentu na ich realizację.
     
    Po dojściu Hitlera do władzy politycy węgierscy dążyli do zbliżenia z Niemcami, które były najważniejszym partnerem handlowym Budapesztu (30% importu oraz 27% węgierskiego eksportu). Premier  Gyula Gömbös uważał, że z pomocą Niemiec uda się zrealizować rewizje postanowień trianońskich
     
          Co prawda w kwietniu 1936 roku premier Marian Kościałkowski zapewnił w Budapeszcie stronę węgierską, że Warszawa nie ma żadnych ambicji terytorialnych na Rusi i w Słowacji, ale zmieniło się to w 1937 roku. Polskie koła wojskowe miały plany w związku ze Słowacją, polegające na stworzeniu unii z tym krajem. W tej sytuacji rząd węgierski rozpoczął negocjacje z liderem nacjonalistów słowackich, księdzem Jozefem Tiso, i zgodził się na warunki przyłączenia Słowacji do Węgier (m.in. niezależny parlament słowacki oraz osobny skarb).
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by stronnik  |  0
     Na łamach tygodnika Sieci znajduje się tekst autorstwa  Dominika Zdorta pod tytułem Elektryfikacja. Polecam w miarę możliwości przeczytać ów tekst.

    Jako że techniką i techologiami zajmuję się na codzień zawodowo, mogę napisać, że dzień w którym będziemy mogli pojeździć po Polsce elektrycznym samochodem z takim samym komfortem jaki daje nam samochód z silnikiem cieplnym, jest tak odległy, że ani ja ani autor artykułu, tego dnia niestety nie doświadczymy. Możliwe że doświadczą tego nasze wnuki. A i to nie jest takie pewne. Po prostu energia elektryczna z racji ograniczeń idących z bardzo wielu kierunków, nie nadaje się do bezpośredniego stosowania w pojeździe z zamiarem pokonywania nim długich odcinków bez doładowywania. O pojazdach ciężarowych nie wspominając. Rozwój technologii grzęźnie w coraz bardziej skomplikowane i kosztowne technologie i rozwiązania. Ale nadal wszystko co się nadaje to oferta tylko nieco lepsza od dotychczasowej. Przełomu raczej nie należy się spodziewać.

    Piszę to z całą odpowiedzialnością jako znawca tematu dystrybucji energii na poziomie subatomowym. Raczej prędzej niż później nastąpi przejście na paliwo wodorowe, bo tu rysuje się znaczący skok jakościowy związany z gęstością energii w jednostce objętości. To kwestia rozwoju technologii w kilku kluczowych kwestiach nad którymi już od jakiegoś czasu się pracuje. Tyle że nie w Polsce. I chyba w działaniach polityków, zwlaszcza niemieckich oraz lewackich, raczej chodzi o opóźnienie tego momentu gdy energia zamknięta w wodorze zdominuje rynek.

    W sposób niekontrolowany. A pokusa przejęcia kontroli jest ogromna. Zwłaszcza w Niemczech.

    Do tego czasu z perspektywy Niemiec można liczyć na podporządkowanie sobie kilku państw, będących dostarczycielami zysków tanim kosztem z jednoczesnym w tym czasie zmonopolizowaniem produkcji wodoru i kluczowych elementów technologii. Do tego czasu North Stream ma służyć jako rozwiązanie pomostowe, dające ciągłość i możliwość pogłębienia dominacji. To jest chyba ten ostatni moment gdy jeszcze jest to możliwe, zanim technologia wodorowa znacząco się upowszechni i uniknie zmonopolizowania.

    Jednak perspektywa niemieckiego monopolu nas czeka, jeśli nie przeciwstawi się temu duża część społeczeństw Europy już dziś. Potem będzie bardzo trudno lub niemożliwe wyjście spod dominacji, bo nie będziemy dysponowali kadrą naukową i odpowiednimi laboratoriami ani wystarczającą dozą suwerenności, by przełamać monopol. Przejście na wodór pod dyktando Niemców, będzie oznaczało stagnację w dziedzinie rozwoju produkcji energii z innych źrodeł na bardzo długie lata, co pozwoli im calkowicie zdominować rynek i dystrybucję.

    Najpierw jednak ma się dokonać możliwie nagłębsza przemiana polityczna oraz nastąpić pełne uzależnienie energetyczne Europy Środkowej od dostaw energii z Niemiec. Aby w perspektywie wprowadzić nową technologię jako gotową ofertę bez żadnej możliwości niezależnego rozwoju. Stosując sprawdzone metody administracyjne, fiskalne, ekonomiczne i gospodarcze oraz polityczne. Do tego ostatniego potrzebna jest dziś Unia. Wszak cała Europa Środkowa stanie pod unijnym przymusem dostosowania standardów do korzystania z nowej czystej energii. Pochodzącej oczywiście z Niemiec.

    Tak jawi mi się plan opracowany dla nas przez jakże zawsze "troskliwych" Niemców, naciskajacych na nas z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy i w obliczu bardzo wątpliwych zysków związanych z działaniami w imię tzw zmian klimatycznych w rodzaju wiatraczków i paneli słonecznych. Zadając sobie podstawowe pytanie: Po co to wszystko i w imię czego musimy zjeść tę żabę? I dlaczego wlaściwie tylko my? Odpowiedź jawi się niezwykle prosta.

    Oni już od dawna mają plan "zagospodarowania" nas, w kontekście przejścia na wodór, który jest trudną technologią, ale stoimy przed już uchylonymi drzwiami do niej. Rosyjski gaz, to tylko narzędzie do podporządkowania nas w wystarczającym stopniu. Potrzeba niemieckiej dominacji w dystrybucji rosyjskiego gazu oraz histeria klimatyczna to dziś jedynie metoda na odciagnięcie nas od rozwoju pozyskiwania energii z innych niż niemieckie źródeł. Przecież wiedzą że do ruskich już nie wrócimy, a zloża gazu w szelfie norweskim są ograniczone i kiedyś się skończą. Poza tym gdy uda się im wprowadzić wodór, ruski gaz natychmiast stanie się bardzo złym żródłem zmiany klimatu.

    Ten plan jest rozpisany na długie lata. Znacznie dłuższe niż trwa jedna czy dwie kadencje rządów PiS.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Hiobowscy pierwszy raz wybrali się stolicy na Marsz Niepodległości.
    - To się źle skończy - wieszczyła mama Łukaszka, no i okazało się, że miała rację.
    Problemy były zresztą od samego początku. Na przykład, mama Łukaszka oświadczyła, że nie pojedzie.
    - Nie przyłożę ręki do marszu faszystów! - oświadczyła.
    - Ale na marszu nie idzie się rękami, tylko nogami - zauważyła siostra Łukaszka i mama wyrzuciła ją za drzwi.
    Jednak po naradzie z przewodniczącą osiedlowego koła Komitetu Obrony Dewiacji, czyli mamą Wiktymiusza, zmieniła zdanie i oznajmiła, że jedzie. Będzie pełnić rolę reporterki i monitorować faszystowskie hasła i zachowania.
    No i pojechali.
    Zaparkowali na przedmieściu stolicy, dojechali do centrum komunikacją miejską i ledwo wysiedli trafili na przykrą scenę. Policja znosiła na bok ulicy jakąś grupkę agresywnych seniorów.
    - Faszystowskie służby mundurowe nękają niewinnych ludzi! - zachłysnęła się mama Łukaszka.
    - Nie wykonują poleceń policji i blokują trasę pokojowego marszu - tłumaczył policjant.
    Jeden z seniorów wulgarnie krzyczał, że polski rząd to okupanci zmuszający go do rodzenia martwych płodów.
    - I to ma być pokojowy marsz? - mama załamała ręce.
    - I tu panią mam! Jeszcze jest przed marszem! - uśmiechnął się zwycięsko jeden z policjantów.
    - Więc dlaczego jesteśmy aresztowani - pytała z oburzeniem jakaś pani z transparentem "zamknąć wolnościowców".
    - Żeby marsz był pokojowy - wyjaśnił drugi policjant.
    I marsz faktycznie był pokojowy. Pomimo tego, że brało w nim udział wiele tysięcy ludzi nie było żadnych incydentów.
    - I co? Łyso? - zapytał z satysfakcją policjant mamę Łukaszka.
    - Marsz jeszcze się nie skończył - mama Łukaszka zacisnęła pięści.
    I jakby na zawołanie zrobił się tumult. Z bocznej uliczki wpadła w tłum grupa kilkunastu rozpędzonych osób. Rozpoczęło się przewracanie przechodniów, krzyki, piski, tumult.
    - Faszyści! - pisnęła radośnie mama Łukaszka, sięgnęła po telefon i ruszyła w kierunku zamieszanie by je uwiecznić telefonem.
    - Co tam się dzieje? - zaniepokoił się policjant i wraz z kolegami podążył za mamą Łukaszka.
    No i to był błąd, bo sprawcy obiegli nieliczny policyjny patrol i zaczęli atakować coraz to nowych przechodniów. Można było zauważyć dwie ciekawe rzeczy: po pierwsze atakowali wyłącznie kobiety, a po drugie atak polegał na wręczeniu kartki i długopisu z prośbą o podpis.
    - Wyłudzają pieniądze metodą na wnuczka! - głos babci Łukaszka drżał z oburzenia.
    - Wpychają zgody na eutanazję! - wtórował dziadek.
    - Albo co gorsza zrzeczenie się mieszkania! - tata Łukaszka był również oburzony.
    Łukaszek nie powiedział nic bo rozglądał się niespokojnie gdzie zniknęła jego siostra. Kilka metrów dalej leżała na asfalcie na plecach, jeden z napastników wpychał jej w dłoń długopis a drugi podstawiał kartki do podpisu. Łukaszek tylko krzyknął "zakręt" po hiszpańsku i wraz kilkoma osobami runął na napastników. Kilka sekund później to atakujący leżeli bezradnie na jezdni przytrzymywani dziesiątkami rąk. Policjant przeglądał ich dokumenty.
    - Studenci? - pytał nie dowierzając trzymanym w ręku legitymacjom.
    - Pewno socjologia albo jakiś inny gender! - zawołał ktoś z tłumu.
    - Politechnika - jęknął ze wstydem jeden ze studentów.
    - Uczelnie techniczne były ostatnim bastionem zdrowego rozsądku wśród polskich uczelni wyższych - rzekł ze smutkiem policjant. - Co was ukąsiło?
    - Plan równości płci - wybąkał student.
    - Że co?
    - Nasza uczelnia ogłosiła wejście na ścieżkę prowadzącą do absolutnego zrównania ilości osób obu płci.
    - Nadal uważają, że są dwie płcie, nie jest tak źle - odetchnął z ulgą policjant.
    - Nie jest tak źle?! - zakrzyknął z rozpaczą student. Jest jedenasty listopada a my nadal nie znaleźliśmy wymaganej przez uczelnię liczby studentek aby rozpocząć naukę! Jeśli do połowy miesiąca ich nie znajdziemy to przyjdzie nam powtarzać rok! Uczelnia narzuciła nam absurdalnie wysoki procent!
    - Jaki procent? - spytał ostrożniej policjant.
    - Procent studentek. To jest warunek, żeby w ogóle nasz kierunek ruszył z zajęciami.
    - Mówi pan absurdalnie wysoki... A... Ile procent.
    - Dziesięć.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Przyznam się szczerze że PiS mnie zaskoczył swoim ostatnim wyskokiem. Wybrał bowiem ucieczkę do przodu i rozciągnął patronat państwowy nad Marszem Niepodległości. Marsz ten stał się wizytówką środowisk narodowych, które musiały wywalczyć ten Marsz, z przyczyn o których później. Jeśli PiS marzy o poszerzeniu swej bazy politycznej to podobne działania powinny być oczywiste, tymczasem zaskoczyły obserwatorów areny politycznej u nas.

      Porozmawiajmy teraz o stronie inteligentnej inaczej:

      Fikanie przeciw Marszowi jest aktem skrajnej głupoty bo z jednej strony kojarzy się z komuną, która zakazywała obchodzenia 11 Listopada, Święta Niepodległości i Piłsudskiego. I Dmowskiego. Bardzo się źle to kojarzy tym bardziej że animatorami są tu komuniści. Wyzywanie porządnych ludzi od faszystów też się źle kojarzy u nas ze staliniętami. Tym bardziej że animatorami są tu stalinięta. Żeby nie było nieporozumień: z punktu widzenia Wandy Wasilewskiej patrioci polscy są faszystami bo tak kazał Stalin ich nazywać. Wasilewska się obraziła jak Polska nie została republika radziecką w ramach ZSRS i pojechała tam na zad bo nie była w stanie wytrzymać w kraju nieradzieckiem. Spadkobiercy jej ideowi teraz ożywieni są nadzieją zamienienia naszej Ojczyzny w republikę sowiecką w ramach Eurokołchozu (ZSRE) stąd ich zmasowane działania.

       

      Mamy tu jeszcze skutki lewicowej doktryny wykluczenia: Marsz zaczął skupiać ludzi skazanych przez lewicę na marginalizację i exterminację i wyginięcie. Lewaki próbowały blokować i paralizować Marsz ale nie udało im się to, bo na ich demonstracje chodzi mało kto. Próba zaangażowania juleczek w walkę z Marszem była nieporadna i śmieszna. Nie kumali też, że Antiifa, wezwana z Niemiec nie przysporzy im popularności. Niemiec antifiarz dziwił się wyraźnie, że kojarzy się go z Gestapo i SS. Niezorientowany taki. Tak lewaki napompowały frekwencje do 250 000 tysięcy. Sukces frekwencyjny Marszu jest zasługa Wyborczej, Krytyki Politycznej, Blumsztajna itp i ich prowokacji jak palenie budek przed ambasadą i wozów TVN. Było myśleć wtedy.

      Ja zaś uważam się za prekursora, pisałem bowiem już dawno że gubernator Hans Frank zakazał zgromadzeń powyżej siedmiu Polaków a tu dwieście tysięcy wychodzi na ulice. No to  lewaki muszą protestować, tym bardziej że ożywia ich duch konferencji Gestapo-NKWD w Zakopanem z ustaleniami:

      • Wymiana informacji między ZSRR oraz III Rzeszą na temat polskiej konspiracji.
      • Eliminacja polskiej elity przywódczej oraz polskiej inteligencji.
      • Działania zmierzające do wynarodowienia Polaków w celu pozbawienia ich tożsamości narodowej i włączenie populacji narodowości polskiej w narody obu krajów w ramach germanizacji bądź rusyfikacji.

       

      Co, może nie idą po tej linii?

       

      W każdym bądź razie w tym roku mamy irracjonalny wierzg Trzaskowskiego który na razie zrobił klapę. Sądy się skompromitowały po raz kolejny lekceważąc znaczenie pandemii i lokdaunów. Tamte nie rozumieją, że skoro nie mają siły aby zwalczyć patriotyzm to nie powinny się wygłupiać i wierzgać, bo tylko nas wzmacniają i okazują dowodnie swą zdegenerowaną naturę. Coroczne prowokacje, zwożenie kostki brukowej są żałosne dlatego, bo ich strajki kobiet jednorazowo robią więcej chlewu niż cały Marsz w swej historii. Dewastacje, kamiory butelki, napady... Dokumentacja jest filmowa.

      W każdym razie teraz w końcu pojechali po Trzaskowskim tak, jak zasłużył. Czytałem na forum Wyborczej glosy frustratów. Trzaskowski jak ci nasz Marsz nie pasuje to se zrób swój marsz podległości, zrób se święto podległości, tylko kto na to przyjdzie? Nikt. Ryzyko jest takie, że Trzaskowski spróbuje ataku wręcz dlatego wojewoda kazał mu pochować ławki i pozabierać kamiory. Trzaskowski Wzniesie czerwony sztandar rewolucji i bedzie powtórka z 1920 roku z Bitwy Warszawskiej. Co poradzisz jak nie poradzisz. Widok kwęku staliniąt obrażających się za celne podsumowanie ich postawy jest paradny. Jak im tłumaczyłem wiele razy: jak wchodzisz do ringu to musisz się liczyć z zarobieniem fangi w nos. Jak to wyzywało, jak się piekliło, że naziole, że faszyści. Teraz płacze.

      U nas znalazły się arbitry elegancji, że niby nie można. Jak nie można jak można. Same przeprosiny nie wystarczą: najpierw niech te Krytyki Polityczne, Wyborcze, KODy, Razemy, Galopujące Majory uskutecznią pokutę urządzając marsz pokutny z posypywaniem głów popiołem, łkaniem, kwileniem  i wszelaką ekspiację za zbrodnie oszczerstwa. Czyli wyzywania porządnych ludzi od faszystów.
      5
      5 (1)
    •  |  Written by Godziemba  |  2
      10 listopada 1936 roku prezydent Mościcki wręczył Rydzowi buławę marszałkowską.
       
           10 listopada 1936 roku w godzinach rannych prezydent Mościcki awansuje generałów Sosnkowskiego i Rydza-Śmigłego do stopnia generała broni. Następnie tego samego ofiaruje Rydzowi buławę marszałkowską. Cała uroczystość odbywa się więc bez gen. Sosnkowskiego.
       
            Przy trasie przejazdu traktem Królewskim na Zamek zgromadziły się tłumy Warszawiaków. Z okien i balkonów zwisały biało-czerwone flagi oraz przystrojone zielenią i kwiatami portrety Piłsudskiego, Mościckiego i Rydza-Śmigłego. Wzdłuż jezdni stanął szpaler żołnierzy z bronią u nogi. Za nimi w drugim rzędzie stanęli członkowie związków i organizacji przysposobienia wojskowego oraz społecznych; młodzież szkolna, harcerze, związki robotnicze, cechy i stowarzyszenia rzemieślnicze.
       
           Na dziedzińcu zamkowym na dywanie postawiono postument okryty flagą narodową z orłem i popiersiem Piłsudskiego. Od postumentu ku Bramie Grodzkiej położono długi czerwony chodnik. Na głównym balkonie zawieszono sztandar warszawskiego oddziału Związku Legionistów i dwa sztandary wojsk polskich z okresu wojen napoleońskich.
       
           Przy bramie oczekiwała kompania zamkowa ze sztandarem i orkiestra. Na dziedziniec przez Bramę Zegarową wkroczyły poczty sztandarowe wszystkich pułków i formacji wojskowych z całej Polski, prowadzone przez generała Bończę-Uzdowskiego. Za pocztami zajęły miejsce pułkowe delegacje wszystkich rodzajów broni.
       
           O godzinie drugiej po południu przybyli: premier Składkowski, marszałkowie sejmu i senatu, członkowie rządu, wojewodowie, kardynał Kakowski, ksiądz prymas Hlond, metropolita prawosławny Dionizy, superintendent kościoła ewangelickiego ksiądz Bursche, głowa wyznania karaimskiego Hahan han Szepszer, attaché wojskowi wszystkich państw.
       
           Pół godziny później przybył na Zamek w eskorcie szwadronu ułanów samochód z Rydzem-Śmigłym.
       
            Przy dźwiękach marsza generalskiego na dziedziniec wszedł minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki. Wkrótce po nim zjawił się szef gabinetu wojskowego prezydenta gen. Schally w towarzystwie adiutanta przybocznego prezydenta kapitana Hartmana i złożył przed popiersiem marszałka Piłsudskiego buławę marszałkowską z oksydowanego srebra przyozdobioną monogramem ERS umieszczoną w czerwonym futerale. Wewnątrz na metalowej tabliczce wyryto napis: „Marszałkowi Polski Edwardowi Śmigłemu- -Rydzowi — Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Ignacy Mościcki”.
       
           Przy dźwiękach hymnu narodowego przez Bramę Grodzką weszli na dziedziniec prezydent i gen. Rydz-Śmigły w otoczeniu adiutantów.  Wraz z końcowymi dźwiękami hymnu prezydentowi, Najwyższemu Zwierzchnikowi Sił Zbrojnych złożył meldunek minister spraw wojskowych generał Kasprzycki. Następnie Mościcki wygłosił mowę. „Naczelny Wodzu Sił Zbrojnych - mówił prezydent -Dzisiejszy dzień jest dla mnie dniem radosnym, a mam nadzieję, że okaże się on ważny dla całej Polski, zaznaczając się w historii naszego odrodzonego państwa jako moment wysokiej doniosłości. W dniu tym wręczam ci, naczelny Wodzu, buławę marszałkowską jako symbol twej wielkiej roli w państwie. Buława hetmańska, którą za chwilę ci podam, nie jest jedynie oznaką najwyższego stopnia wojskowego. (…)  Masz razem z prezydentem, szanując jego obowiązki konstytucyjne, prowadzić Polskę ku świetności. Tytuł do tej roli sam sobie wyrąbałeś poprzez długoletni trud. Tym trudem, współpracując bezpośrednio z wielkim naszym marszałkiem, przyczyniałeś się zawsze szczęśliwie do stworzenia i ugruntowania naszej niepodległości. Niech więc dzisiejsza uroczystość związana z twoją osobą i odczuta radośnie w całej Rzeczypospolitej jeszcze więcej doda twego ducha w pracy dla drogiej nam Ojczyzny”.
       
           Zegar na wieży zamkowej wybił godzinę piętnastą, gdy gen. Schally wziął szkatułę. Mościcki wyciągnął z niej buławę i wręczył ją Rydzowi.  Orkiestra ponownie odegrała hymn narodowy, a po nim „Pierwszą Brygadę”. Powietrzem wstrząsnęły salwy armatnie.
       
            Gdy wszystko ucichło, Rydz-Śmigły wyprężył się na baczność i  trzymając w ręku buławę marszałkowską zabrał głos. „Panie prezydencie! – powiedział - Nie byłbym żołnierzem, gdybym nie był głęboko poruszony w chwili, kiedy Najwyższy Zwierzchnik Sił Zbrojnych, Głowa Państwa, ze słowami życzliwej zachęty i przyjaznego uznania wręcza mi buławę. Dokonuje się to wśród tych starych murów królewskich, które w przeszłości były siedzibą królewskiego majestatu Polski, wśród tych murów, które nasiąkły odgłosami kroków dawnych hetmanów polskich, idących tu z buławą w ręku. Ta chwila dokonuje się w obecności naszych dumnych, zwycięskich sztandarów wojskowych, w obecności moich kolegów-towarzyszy wojny, którzy razem ze mną dawali swój najwyższy wysiłek, aby spełnić rozkaz naszego wielkiego nauczyciela wojny, twórcy Polski dzisiejszej, marszałka Józefa Piłsudskiego. (…)  Gdy patrzę w tej chwili na księgę rachunku mego życia, to dzień dzisiejszy nie jest zapisany po tej stronie, która zawiera dorobek mego życia, ale widzę go po stronie, która zawiera dług mego życia. Dług, który mam dopiero do spłacenia. Spada na mnie trudne zadanie: przekazania niepomniejszonej tej buławy i tej godności, która została otoczona najwyższym blaskiem chwały i niezmierzoną, głęboką zasługą Pierwszego Marszałka Polski — przekazania jej następnym pokoleniom, trudzącym się w służbie Ojczyzny. Jeżeli trudno jest przewidywać rezultaty swej pracy wtedy, kiedy ona łączy się z losem Narodu, znajdującym się w ręku Opatrzności, jeżeli zuchwalstwem jest dawać w tych okolicznościach jakiekolwiek zapewnienia, to sądzę, że wolno jest człowiekowi zawsze dać jedno zapewnienie: zapewnienie czystości intencji i zamierzeń, i rzetelności wysiłków”.
       
            Następnie prezydent i marszałek przeszli na nabożeństwo do kaplicy zamkowej, gdzie biskup połowy Wojska Polskiego odprawił nabożeństwo, podczas którego poświęcono buławę.
       
           Tylko nieliczni zwrócili uwagę na znamienny fakt - marszałek Piłsudski otrzymał swą buławę z rąk żołnierza szeregowego, gdy Rydz-Śmigły z rąk prezydenta.
       
           Tego samego dnia Mościcki odznaczył marszałka Orderem Orła Białego. Co bardzo znamienne nie uczynił tego osobiście, ale z polecenia prezydenta zrobił to w mieszkaniu Rydza gen. Schally.  Okoliczności odznaczenia były wydarzeniem nie praktykowanym przy odznaczaniu, szczególnie tak wysokim orderem.
       
           Następnego dnia 11 listopada odbyła się wielka i okazała defilada wojskowa na Polu Mokotowskim. O godzinie dziesiątej zjawił się marszałek Rydz witany hymnem narodowym. Śmigły w towarzystwie gen. Kasprzyckiego przejechał samochodem przed frontem zgromadzonych oddziałów dokonując przeglądu wojska. W tym czasie premier z ministrami stanęli u podnóża kopca usypanego w miejscu, gdzie po raz ostatni żegnano defiladą marszałka Piłsudskiego.
       
             Na koniec uroczystości gen. Kasprzycki wraz z generalicją obdarował marszałka karabelą z przełomu XVII—XVIII wieku o rękojeści ze złoconego srebra, wysadzanej drogimi kamieniami.
       
           Po mszy w katedrze św. Jana, na placu Na Rozdrożu nowy marszałek przyjął kolejną defiladę. Aleje Ujazdowskie zostały udekorowane biało-czerwonymi flagami rozciągniętymi pionowo na masztach, których szczyty ozdobiono orłami wojskowymi. Po stronie Parku Ujazdowskiego wzniesiono obszerne trybuny, a pośrodku ustawiono niewielką z orłem siedzącym na pęku rózeg liktorskich dla prezydenta. Obok Mościckiego zajął w niej miejsce premier Składkowski i pierwszy wiceminister spraw wojskowych gen. Głuchowski. Poniżej umieszczono skromne, obwiedzione sznurem i umajone kwiatami podium ze skrzyżowanymi buławami, z którego Rydz-Śmigły odbierał defiladę salutując unoszoną w ręku buławą.
       
           Prasa rządową pisała o nowym marszałku w samych superlatywach, jednak wielu „starych” piłsudczyków uważało, że godność ta należała się jedynie Józefowi Piłsudskiemu, a Edward Śmigły-Rydz nie zasługiwał na takie wyróżnienie. Pamiętali, jak Piłsudski w rozmowie z prezydentem rzekł zdecydowanie: „ Polska w okresie pokoju nie będzie miała marszałka”. Walery Sławek uznał datę mianowania nowego marszałka Polski za „najsmutniejszy dzień w swoim życiu”. Gen. Lucjan Żeligowski wytknie Mościckiemu, że mianowanie generała Rydza-Śmigłego marszałkiem nastąpiło wbrew woli Komendanta.
       
            Na emigracji w Czechosłowacji Witos za Korfantym powtórzył: „ Rydz — kieszonkowy Napoleon”. Cat-Mackiewicz po latach przyznał:  „Był to w dosłownym znaczeniu bałwan. Ludzie go ulepili własnymi rękami, bo był im potrzebny, a potem wołali: „Wodzu, prowadź nas”, a on mógł tylko jeździć popychany na taczkach”.
       
      Wybrana literatura:
       
      C.  Leżeński  Kwatera 139. Opowieść o marszałku Rydzu-Śmigłym
      R.  Mirowicz - Edward Rydz-Śmigły. Działalność wojskowa i polityczna
      Kazimierz Sosnkowski, żołnierz, humanista, mąż stanu w 120 rocznicę urodzin
       
      M. Lepecki – Pamiętnik adiutanta Marszałka Piłsudskiego
        
      P. Wieczorkiewicz – Historia polityczna Polski 1935-1945
       
      P. Stawecki – Następcy Komendanta
      5
      5 (1)

      2 Comments

      Obrazek użytkownika alchymista

      alchymista
      że Rydz-Śmigły zamiast pozbierać ewentualny bałagan, który zawsze powstaje po śmierci wielkiego wodza, doprowadził machinę wojennę do rozprężenia. Większość generałów, która dowodziła w 1939 roku - zawiodła. Dowodzeni przez Marszałka sprawdzili się, bez Niego - zawiedli. Zawiódł też generał Kasprzycki. Najbardziej żal mi Dęba-Biernackiego. To mógł byc naprawdę wybitny oficer, ale musiał czuć nad sobą ciężką rękę.
      Obrazek użytkownika Godziemba

      Godziemba
      Postawiłem kiedyś tezę, iż młodzi, zdolni oficerowie, którzy znakomicie sprawdzili się w 1920 roku, potem spoczeli na laurach, przestali się rozwijać wojskowo i na fatalne tego efekty nie trzeba było czekać - w 1939 roku zdecydowanie zawiedli.

      Pozdrawiam
    •  |  Written by Godziemba  |  4
      Wierząc w brak ambicji politycznych gen. Rydza-Śmigłego, prezydent Mościcki mianował go w maju 1935 roku Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.
       

             Po śmierci Marszałka Piłsudskiego, należało rozstrzygnąć, kto zostanie jego następcą w wyposażonym w ogromne prerogatywy urzędzie Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych.
       
       
            W grę wchodziło jedynie dwóch kandydatów. Starszeństwo wojskowe należało do gen. dyw. Kazimierza Sosnkowskiego, twórcy Związku Walki Czynnej, szefa sztabu I Brygady, dowódcy Armii Rezerwowej w czerwcu 1920 roku, wieloletniego ministra spraw wojskowych, po 1926 roku inspektora armii, kilkakrotnie zastępujące Marszałka w GISZ podczas jego dłuższych urlopów zagranicznych na Maderze i w Egipcie.  
       
       
            Z kolei gen. dyw. Edward Rydz-Śmigły, był dowódcą 1 pp. I Brygady, szefem  Polskiej Organizacji Wojskowej w latach 1917-1918, w wojnie polsko-bolszewickiej dowódcą armii, a po 1921 roku inspektorem armii.
       
       
            Sosnkowski był bardziej samodzielny, o wieloletnim doświadczeniu na najwyższych stanowiskach państwowych,  wiele bieglejszym politykiem i administratorem, a także szerzej myślącym strategiem. Śmigły miał zaś dużo większe doświadczenie frontowe, bliższy kontakt z wojskiem i – co mogło być decydujące – brak sprecyzowanych poglądów politycznych. „Po Piłsudskim – wspominał Miedziński – miał objąć schedę Sosnkowski, lecz był on niewygodny pewnym sferom legionowym, otoczenie należycie to zaurzędowało”.
       
       
            Adiutant Marszałka kpt. Lepecki zanotował słowa Piłsudskiego z listopada 1934 roku: „o ile będzie deszcz albo silny wiatr, albo mróz, to na pewno nie będę przyjmował defilady. Wtedy niech ją przyjmie Śmigły”. Z tej informacji nie wynika jednak, by decyzja Marszałka miała jakieś głębsze podłoże i stawiła wskazówkę co do kwestii następstwa w wojsku. Gdyby Piłsudski pragnął, aby jego następcą został Rydz, dlaczego nie mianował go generałem broni, przecinając raz wszelkie dyskusje.
       
       
            Wkrótce po śmierci Marszałka, w nocy 12 maja 1935 doszło do zwołania Rady Gabinetowej, w trakcie której kilka głosów za kandydaturą Szefa zostało stłumionych fałszywym stwierdzeniem, iż Sosnkowski był „w niełasce u Komendanta”. Ponadto doskonale wiedziano, iż Sosnkowski jest gorącym zwolennikiem „pojednania narodowego”, w konsekwencji którego miało dość do „utworzenia rządu koalicyjnego”. „Byłem też zdania – wspominał Generał – że w tych warunkach podzielenie się odpowiedzialnością z opozycją, obejmującą prawie całkowity wachlarz stronnictw politycznych, stanowi abc politycznego rozsądku”.
       
       
           Mościcki dążący do wzmocnienia swojej pozycji, obawiał się autorytetu Sosnkowskiego. Pamiętał przy tym, jak skończyło się inicjatywa Rydza wejścia do rządu ludowego Daszyńskiego w listopadzie 1918 roku. Piłsudski po powrocie z Magdeburga w brutalnych słowach zbeształ go za to, mówiąc: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.   I zakazał mu raz na zawsze zajmowania się polityką.  W konsekwencji Mościcki, licząc że Rydz uszanuje wolę zmarłego, mianował go nowym Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.
       
       
            Rok później 15 maja 1936 roku na inauguracyjnym posiedzeniu rządu Składkowskiego Śmigły wygłosił przemówienie, formalnie poświęcone sytuacji polityczno-militarnej Polski.  Jednak większość obecnych odebrało je jako przejście Generalnego Inspektora do ofensywy. Postawił się jakby ponad rządem, a całe posiedzenie potraktował trochę po wojskowemu — jak dowódca na odprawie udziela ministrom wskazówek, wytycza zadania.
       
       
             Zaniepokoiło to wyraźnie Mościckiego. Generał, który miał zająć się wojskiem, zaczynał stawać się politykiem, który chce w państwie coraz więcej znaczyć. W połowie czerwca prezydent zwołał na Zamku posiedzenie Rady Gabinetowej, na której zamierzał wskazać właściwe miejsce Generalnemu Inspektorowi.
       
       
            Prezydent zaczął od przypomnienia, że obowiązkiem wszystkich obywateli kraju jest przede wszystkim przestrzeganie nowej konstytucji, w której nie ma  i nie może być żadnych pozakonstytucyjnych sił, pozakonstytucyjnych ośrodków władzy. Stąd też cały rząd, premier i ministrowie, pamiętać muszą o swych prawach i obowiązkach. Konstytucja stwierdza wyraźnie, iż są oni odpowiedzialni tylko przed prezydentem. Rząd jest rządem prezydenta, on wyłącznie, a nie kto inny ustala jego politykę, kieruje nim.
       
       
             W trakcie przemówienie Mościcki nagle stracił wątek. Cisza trwała prawie minutę. Nagle ministrowie zauważyli, oto stoi przed nimi nie majestat Rzeczypospolitej, nie prezydent, lecz niedołężny starzec. Mościcki opanował się, pamięć mu wróciła i mógł zakończyć przemówienie.
       
       
           Incydent ten wywarł duże wrażenie na ministrach, szczególnie na wicepremierze Kwiatkowski – zaufanym człowieku prezydenta. W paru rozmowach dał do zrozumienia prezydentowi, że Rydzowi jako przedstawicielowi wojska należy zapewnić odpowiednią pozycję w państwie.
       
       
             Prezydent wahał się, ale ostatecznie ustąpił – w połowie lipca 1936 roku w trakcie rozmowy z premierem zaproponował specjalne uhonorowanie Rydza. W rezultacie Składkowski ogłosił 15 lipca 1936 roku okólnik głoszący, iż „Zgodnie z wolą Prezydenta Rzeczypospolitej generał Rydz-Śmigły, wyznaczony przez Marszałka Piłsudskiego jako pierwszy Obrońca Ojczyzny i pierwszy współpracownik Pana Prezydenta w rządzeniu państwem, ma być uważany i szanowany jako pierwsza w Polsce osoba po Panu Prezydencie Rzeczypospolitej”.
       
       
             Składkowski wydał ten okólnik, mimo że  podsekretarz stanu przy Radzie Brzozowski przekonywał go, iż „ po pierwsze nie wolno uzupełniać konstytucji okólnikiem prezesa Rady Ministrów. Dopuszczalną formą mógłby być tu dekret prezydenta RP z mocą ustawy. Po drugie żenująca jest czołobitność tego dokumentu wobec wymienionej z nazwiska osoby. Stawia to nawet generała Rydza-Śmigłego w dwuznacznej sytuacji, gdyż albo ma on autorytet dzięki temu, co sam sobą przedstawia, i wówczas nie trzeba nikomu zalecać, by okazywano mu „objawy honoru i posłuszeństwa”, albo nie ma takiego autorytetu, a wówczas nakazy, choć potrzebne, nie mogą być skuteczne”.
       

            Prezydent nie zamierzał pomagać premierowi i Składkowski sam musiał „zjeść tę żabę”. Rydz nie zaprotestował przeciw takiej formie uhonorowania jego osoby, uznając że okólnik stanowi poważny krok na drodze zdobycia przez niego pełnej władzy w Polsce. Utwierdzało go w tym przekonaniu otoczenie, w którym znaczną rolę odgrywał wyga polityczny – Bogusław Miedziński.
       
         
          W październiku 1936 roku Mościcki zadecydował  o dodatkowym uhonorowaniu Rydza.
       

            Udając się na kurację na Węgry 15 października 1936 roku gen. Sosnkowski, zgodnie z obowiązującymi obyczajami, jako inspektor armii odmeldował się u prezydenta, czyli najwyższego zwierzchnika Sił Zbrojnych. Mościcki zaprosił go na śniadanie do Spały. W trakcie rozmowy, w której wziął udział także gen. Rydz-Śmigły, prezydent nawet nie wspomniał o planowanych awansach dla obu generałów.
       

           W parę dni później Sosnkowski wyjechał do Budapesztu na kurację. 8 listopada 1936 roku oficer sztabu Generała podpułkownik dyplomowany Alfred Krajewski otrzymał z Kancelarii Wojskowej Prezydenta RP list adresowany do gen. Sosnkowskiego, w którym Mościcki zawiadamiał, że  z okazji święta- niepodległości Śmigły zostanie mianowany marszałkiem, a generał Sosnkowski jako najstarszy żołnierz Rzeczypospolitej proszony jest o wręczenie mu buławy. Ppłk Krajewski w trakcie rozmowy telefonicznej informuje o liście Generała, który po namyśle mówi: „Panie pułkowniku, proszę powiadomić kancelarię prezydenta, że za późno na mój przyjazd. Pozostanę na kuracji”.
       
      CDN.
      5
      5 (4)

      4 Comments

      Obrazek użytkownika alchymista

      alchymista
      Mościcki miał chyba kolejną dziurę umysłową, że ośmielił sie namawiać Sosnkowskiego do wręczenia buławy Śmigłemu!
      A tak serio, nie wiedziałem, że Sosnkowski zastępował Marszałka na stanowisku GISZ po 1926 roku. Zapewne było to tylko formalne zastępstwo, ale jednak...
      Mnie się wydaje, że dobrym GISZem byłby Gustaw Orlicz-Dreszer, jako człowiek bardzo zdecydowany i rzutki, faktyczny autor zamachu majowego. Jedyna wada: alkoholizm. Ale to nie dyskwalifikuje oficera; wielu było wybitnych wodzów-alkoholików (mniej lub bardziej). Taka profesja...
      Obrazek użytkownika Godziemba

      Godziemba
      Orlicz-Dreszer był znakomitym oficerem liniowym, ale od NW wymaga się także zdolności sztabowych.

      Mościcki chciał w ten sposób dodatkowo upokorzyć "Szefa".

      Pozdrawiam
      Obrazek użytkownika alchymista

      alchymista
      Nie znając dobrze historii XX-lecia, mam takie pytanie: ile wiemy o rozwoju intelektualnym Orlicza po zamachu majowym? Ogólnie wiadomo, że był fanem lotnictwa, co wskazywałoby na umysł wynalazczy i kreatywny. Może gdyby nie zginał zostałby taki "Guderianem lotnictwa"? Kto wie? Może pogodziłby interesy lotnictwa bombowego i lotnictwa myśliwskiego i wytyczył nowe ścieżki rozwoju lotnictwa?
      Obrazek użytkownika Godziemba

      Godziemba
      Mało na ten temat wiadomo. Jedyna biografia generała skupia się po 1926 roku na jego działalności politycznej i społecznej.

      Osobiście uważam, iż problemem polskiej kadry generalskiej II RP było to, iż wielu generałów zamiast pogłębiać swoją wojskową wiedzę, zajęło się różnymi "cywilnymi" projektami, z wielką stratą dla polslej mysli militarnej.

      Pozdrawiam
    •  |  Written by Smok Eustachy  |  4

      Z Hansem Zimmerem problem jest następujący: jedynie jeden film z jego muzyka jest oglądalny a następne już są problematyczne. Ja widziałem najpierw Blade Runnera 2049  a potem Dunkierkę dlatego muzykę BR2049 oceniłem wysoko a z Dunkierką miałem problemy. Z kolei ci co najpierw obejrzeli Dunkierkę a potem BR sarkali często na soundtracka bladerunnerowego. Teraz mamy zaś Diunę w reżyserii Denisa Villeneuve z muzyka wspomnianego Zimmera: co chwilę świszczoły jakieś, dudnienia. Ryczą tam a jak ma  być podniośle to wyją. Aaaaaaaaauuuuuuu! Muzyka to jakąś melodię powinna mieć, jakiś rytm, jakieś cokolwiek. Zwróćcie uwagę na pierwszy dźwięk filmu: takie beczenie z wiadra. Tu macie linka do fajnego soundtracka a potem będą już tzw spoilery:

       
       

      SPOILER ALERT

      Apentuła

      Niewdziosek

      Te

      Będy

      Gruwaśne

      I jedziem:

       

      Diuny Herberta nie da się zekranizować tak, żeby Atrydzi nie wyszli trochę na głupków bo to Herbert spaścił jednak podejście ich przez Harkonnenów. Problemy filmu można pogrupować w sposób następujący:

      1. Problemy wynikające z bycia wierną adaptacją, czyli przeniesienie baboli książkowych.

      2. Hermetyczność, czyli bycie ekranizacją. Widz, który poszedł z ulicy na ten film nie zakuma czemu nie ma komputerów? Że był Terminator wcześniej i wojna z maszynami i zakazali komputerów. Co to mentat? Feudalizm może pojąć.

      3. Styl reżysera: dłużyzny, itp.

       

      W każdym razie: mamy świat dalekiej przyszłości, gdzie ludzie zaludnili całą Galaktykę naszą. Mają tam chyba jakiś rodzaj nadprzestrzeni, czyli hyperspejsa. Albo WARPa. Film tego nie objaśnia. W każdym razie teraz jest to haj-speed bo na haju podróżują naćpani przyprawą z planety Arrakis, zwanej Diuną. Ponieważ "Diuna" pada w filmie raz widz może to przeoczyć i nie wie co to jest ta Diuna czyli o czym jest film. Podobnie Blade Runner 2049 tegoż samego twórcy popadł w hermetyczność i nie tłumaczył się jako oddzielne dzieło widzom. Nie dowie się widz, dlaczego baron Harkonnen lata: jest tak zapasiony że samodzielnie nie utrzymuje się na nogach w kupie i ma antygrawitacyjne napędu zainstalowane spaślak.  Diuna jest zamieszkiwana od wieków przez kolonistów nazywanych Freemenami czyli Wolanami, bo mieszkają na Woli. Egzegeza idzie tu po linii: na Woli (Justowskiej) jest ZOO a w ZOO są osły. I tu mamy klamrę spinającą osly z Fremenami.

      Książka była wyraźnie inspirowana islamem: mamy terminy takie jak dżihad, mahdi etc. Wspomniani Fremeni to tacy beduini mieszkający na pustyni. Film boi się zaś używać terminu dżihad i nie ma zakończenia, bo to jest 1 część i będzie druga. W każdym razie władcą jest tzw padyszach, który nadaje różne planety w lenno rodom.Arystokratom. U nas takiego czegoś nie było ale jest jakieś przeniesienie stosunków własności z Europy Zachodniej. Nie ma natomiast kolejnej warstwy lenników, czyli rycerzy/szlachty. Poczytajcie sobie Potop i popatrzcie na Radziwiłła, czemu był wielkim panem? Brak szlachty powoduje pewne wrażenie pustki społecznej i pustki na ekranie. Ale niech mają. W każdym razie mamy padyszacha, arystokratów, planety. I aby to wszystko grało musi być Gildia Kosmiczna, której Nawigatorzy są w stanie prowadzić wielkie statki kosmiczne. Teoretycznie neutralni, w praktyce sprzeniewierzyli się swoim zasadom wspierając Harkonnenów.

      Harkonnenowie są jednym z rodów arystokratycznych i są niedobrzy, dlatego wyglądają paskudnie. Atrydzi są zaś dobrzy dlatego wyglądają wspaniale, harmonijnie i prezentują się okazale. Padyszach obawia się rosnących wpływów Atrydów i dlatego knuje intrygę mającą ich wykończyć. Atrydów jest dwóch w owym okresie dlatego intryga imperialistów może się udać. Gdyby byli jacyś przedstawiciele innych rodów na planecie sprawa byłaby nie do ukrycia.

      Mamy też wstrętne babsztyle czyli zakon Bene Gesserit, który knuje po swojemu i zamierza stworzyć Kwizath Haderacha, czyli nadczłowieka o niezwykłych walorach mózgowych. Widoki na takiego Haderacha ma teoretycznie główny bohater czyli Paul Atryda. Jak to u kobiet wszystko się im pierniczy i miesza, co powoduje różne perturbacje.

       
       II
      Rozprawiłem się nieco z założeniami świata przedstawionego pora więc na kilka zdań o obsadzie: Android z Blade Runnera przekwalifikował się na Harkonnena, zastępcę barona i jego kuzyna (?!?). Poe Dameron porzucił Rebelię i został szefem rodu Atrydów i ojcem Paula. Wypada w tej roli dobrze i fajnie. Wydobył się z bagienka sekłeli i zaistniał. Niestety zginął i nie zobaczymy go już w kontynuacji Star Warsów. Lady Jessika: nie i  nie. Czemu ona tak kwili? W drugiej części filmu już lepiej. Młody - wbrew opinią co niektórych recenzentów - na plus.
       
      Mnie się podoba takie tempo prowadzenia narracji. Podoba mi się i już. Tak se siądę i paczę. Nawet na nudną pustynię. Obiektywnie to kadry słabe, puste. Ale podoba mi się. Ponieważ coś tam kumam z książki więc mentat dla mnie jasnym jest. Bene Gesserit i założenia prezentowanej cywilizacji. Wyszedł natomiast odcinek Star Treka: Prodigy i to mi się nie podoba. Kicają i uciekają i uciekają i biegną. To mnie nuży i nudzi. Krupci się natomiast Diuna nie podobała. Walka rodów - nic nowego mówi. Długie. Tak się filmów nie robi teraz bo za dużo gadają. Nudne. Na "Moje wspaniałe życie" se pójdzie.
       
      III
      Aby mogli uskuteczniać walkę wręcz Herbert wprowadził tzw tarcze, które są przebijalne tylko dla wolnych przedmiotów, co broń palną czyni nieskuteczną. Ale na promień lasera reagują eksplozją. Czyli trzeba ostrzeliwać wrogów laserem z dystansu i eksplodują. Tyle jest tu sensu i logiki. Nie wyjaśniają też czemu nie ostrzeliwują czerwi rakietami i artylerią lufową? Zdaje się bez czerwi nie ma przyprawy, ale z filmu się tego nie dowiemy. Chyba. Czerwie się plączą po pustyni i atakują kogo popadnie i tyle.
       
      Czy Diuna jest filmem z RiGCziKiem? Wg mnie tak. W roboczym rankingu przewyższa Sekłele Gwiezdnych Wojen i Marvela. Poza Thorem Ragnarokiem który jest lepszy. Porównanie z Zackiem Snyderem i jego cutem? Ligi Sprawiedliwości? Ciekawe zagadnienie.
      Film subiektywnie oceniam na plus i czekam na 2 część. Ale dalszych książek nie ekranizujcie bo tam Herbert odleciał. Porównanie z Diuną z 1984 roku postaram się zrobić, bo tam występuje Sting. A na koniec super muzyka filmowa, czyli nie z Diuny:
      5
      5 (4)

      4 Comments

      Obrazek użytkownika Danz

      Danz
      Ciekawa recenzja, mnie się ten film akurat podobał (porównując z męczącym koszmarkiem "Foundation", czy problematycznym "Raised by wolves" (tak dobrze przyjętym przez filmowych krytyków.)
      Główny bohater, Tymek Chalamet, uniósł rolę przyszłego mesjasza Duny.  Moim zdaniem jest przekonywujący.  W nowej Diunie jest sporo skrótów myślowych, a pewne niuanse zrozumie ten ktoś kto przeczytał książkę, ale przecież trudno wszystko przełożyć z książki na film (daje 4 plus).
      Bene Gesserit, czyli mroczne siostry imperium, wypadły dużo lepiej niż w oryginalnej Diunie.  Poza tym dużo rozmachu montażowego, melanżu pustynnej scenografii i dobrej muzyki.  Czarna doktor Liet Kynes to oczywiście skrzywienie polityczno-poprawne i najsłabsza postać w filmie.  
      Film wciąga, pozostaje sobie życzyć aby obiecana część 2 nie była wpadką.
      Pozdrawiam.

      Cytat:
      Jeśli będziecie żądać tylko posłuszeństwa, to zgromadzicie wokół siebie samych durniów. 
      Empedokles

      Obrazek użytkownika karlin

      karlin
      zapamiętałem głównie klaustrofobiczny nastrój, i ten dziwaczny kult potu, po którym nie wiedziałem, czy chce mi się pić, czy juz nigdy nie wezmę do ust szklanki wody.
      Film był niezły, dla mnie lepszy niż BR 2049. Ale zdecydowanie wolałbym, gdyby fatalna ekranizacja "Fundacji" odbya się kosztem jednego filmu, a z "Diuny" zrobili serial, bo czekanie dwa-trzy lata na wyjaśnienie, że to larwy produkują Przyprawę, a jazda na nich to główny fun bohaterów, to jednak gruba przesada.  
    •  |  Written by stronnik  |  0
      Myśląc o trwającym ataku na Pokskę, polski rząd i Unijne czy też niemieckie domaganie się zmian w organizacji polskich sądów, przyszło mi do głowy pytanie.

      Czy i na ile wiążące są traktaty?

      oraz

      Czy traktaty obowiązują obie strony czy tylko jedną?

      Bo gdy się czyta treści poszczególnych punktów umowy traktatowej to wynika z nich że dwie strony się do czegoś zobowiązują. Niby nie jest to powiedziane wprost, ale traktat to rodzaj umowy. Więc jednak... 

      Podpisujac Protokół Brytyjski w moim rozumieniu umowa dotyczy dwóch stron. Unia uznaje że ustrój polskich sądów jest wyłączną domeną Polski.
      Do czego zaś, jeśli w ogóle, zobowiązuje to rząd Polski? Czy szerzej Polskie państwo. Jak rozumieć zapis Protokołu w tym kontekście?

      Ja rozumiem to jako jednoznaczne przyjęcie przez Polskę obowiązku pilnowania tej sprawy (w obrębie polskiego prawa) w rozumieniu odrębności od praw rządzących tymi sprawami w pozostałych państwach członkowskich.

      Zatem czy aby ewentualne podjęcie rozmów na temat organizacji polskich sądów z Unią w celu osiągnięcia kompromisu, nie jest jednoznacznym wypowiedzeniem umowy traktatowej? Czy taka zmiana nie powinna pociągnąć za sobą obowiązku renegocjacji traktatu? Oraz dalsze tego konsekwencje?

      ORAZ

      Czy polski rząd ma w ogóle prawo do takich negocjacji w świetle podpisanego traktatu oraz polskiego ustawodawstwa w tej dziedzinie?
      Bo tu jednak będzie się liczył każdy argument i każdy przecinek aby rozwikłać tę zagadkę. Być może ta sprawa powinna znaleźć swój finał w Trybunale Konstytucyjnym?

      Bo pojawia się pytanie czy odejście od zapisów traktatu według reguł prawa wynika z postanowień ad hoc, podejmowanych przez rząd w każdym czasie i okolicznościach czy skoro rezygnujemy z jakiejś domeny zapisanej w traktacie to wymaga to czegoś innego niż tylko deklaracji o rezygnacji czy unieważnienia zapisu?

      Mam wątpliwości.
      5
      5 (2)
    •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
      Hiobowscy w ramach "Nowa wersja starej historii" obejrzeli ekranizację "Małego Księcia".

      Mały Książę łapał, gazował, zabijał lisy i okradał ich nory. Z zabitych lisów robił smalec, kołnierze i nawóz pod kapustę. Nie lubił lisów, uważał je za brudne, tępe szkodniki. Eksterminując je robił więcej miejsca dla swoich wilków. Mały Książę kochał wilki. Wyrywał też róże i palił nimi w piecu. Uważał, że świat byłby lepszy bez róż, które tylko oplatają wszystko łodygami i wysysają soki. No i zabierają miejsce życiowe kartoflom. Mały Książę uwielbiał kartofle. Za niedościgły smak, piękno kwiatów, za kolor bulw harmonizujący z kolorem jego munduru. Gazował tak i zabijał, palił i niszczył, aż w końcu złapał go leśniczy i powiedział: "Mały Książę, ty sobako! Róże i lisy są pod ochroną. Trzeba ponieść odpowiedzialność za to, co się zrobiło". Hodowca róż powiedział "Aj waj, a ja muszę dostać pieniądz za wszystkie zniszczone szklarnie" choć wcześniej żadnej szklarni nie miał. Ale Mały Książę odpowiedział: "To nie ja, to monarchiści!". Po czym podzielił się pieniędzmi ukradzionymi lisom z leśniczym i hodowcą róż. I zgodnie w trójkę ogłosili, że winnymi pogromu róż są lisy. "My też ginęliśmy" obruszyły się lisy, ale nikt ich nie słuchał. W telewizji Małego Księcia i w gazecie hodowcy róż nazwano lisy różożercami i pisano, że lisy mają się wstydzić swojej postawy bo nie dość gorliwie ratowały róże z łap monarchistów. No i oczywiście lisy mają zapłacić odszkodowanie. Wszystkim.
      5
      5 (1)
    •  |  Written by Docent zza morza  |  0

      To już piąta część cyklu „W rotszyldowskiej Europie”:

      1 - To-rotszyldowie-nam-dziś-zagrażają-a-nie-Berlin-czy Bruksela

      2 - Oto-twoje-miejsce-robaczku-w-rotszyldowskim-świecie

      3 - Czy-z-rotszyldowskiego-matrixa-da-się-jeszcze-uciec?

      4 - A-czegóż-to-rotszyldowie-życzą-dziś-sobie-od-nas-i-od-Europy?

      A efektem tego masowego prania europejskich mózgów w pożądanym „postępowym und nowoczesnym kierunku” ma być brak naszego sprzeciwu przed powstaniem wielkiej, tym razem już ostatecznej euroutopii, prawdziwego raju na ziemi…

      image

      A utopia ta dąży do odgórnego, arbitralnego - ponad głowami Europejczyków i bez pytania nas o zdanie (bo je przecież dobrze znają!!!) - utworzenia jednolitej, bezwzględnej i zamordystycznej socjalistycznej eurofederacji, czyli jednolitej administracji kontrolującej i nadzorującej wszystkie „lokalne europlemiona”, na poszczególnych „terytoriach etnicznych” - czyli „tubylców” - tak irytujących brukselskie eurokadry.

      A ta eurofederacja to ma powstać od Lizbony aż co najmniej po Ural - na gruzach wszystkich państw narodowych i po ich likwidacji - być może i siłowej, gdy już zawiedzie brukselska „perswazja finansowa i ekonomiczna”. A wykorzysta się do tego „armię europejską”…

      Bo Polska razem z pozostałymi krajami unijnymi po prostu ma zniknąć z mapy rotszyldowskiej Europy, która ma bezustannie rosnąć, by coraz więcej krajów i narodów wpadało do ich saka, aby ta ich wymarzona przyszła socjalistyczna eurofederacja (jako jeden z planowanych 10 regionów świata bezpośrednio pod ich RZĄDEM ŚWIATOWYM) była jak największa.

      I dlatego dziś nie zanosi się na kompromis w polskiej (ani w unijnej!!!) polityce, bo nie ma do tego żadnych przesłanek, skoro osią konfliktu jest spór egzystencjalny i cywilizacyjny. Bo albo Polska będzie dalej istnieć, albo Jej po prostu „u rotszyldów” nie będzie.

      image
      Bo dziś w Polsce mamy jedynie partię entuzjastycznie probrukselską oraz partię lekko brukselsko-sceptyczną (i jednocześnie umiarkowanie propolską), a reszta sceny politycznej to niewiele znaczące didaskalia. A podział na PIS i antypis powinien nam szalenie ułatwiać orientację …

      A probrukselska znaczy prorotszyldowska (czyli kierująca się rotszyldowską, a nie polską racją stanu!!!), bo to właśnie antynarodową, rewolucyjno-utopijną agendę rotszyldów dziś realizuje biurokracja brukselska oraz jej narzędzia polityczne w poszczególnych krajach unijnych.  

      image

      Chcecie do tego mieć tu hebrajski jako język urzędowy, bo to przecież dziś jedyny „powszechny, współczesny, żywy i dynamiczny język” (bo przecież ani łacina, ani greka, prawda?), który w dodatku „w 100% jest neutralny i żadnego narodu ani regionu europejskiego dziś nie faworyzuje” ...? Znacie „lepszego i równie naturalnego kandydata” ...???

      Ale to nie będzie tak, że bez znajomości hebrajskiego od razu nic nigdzie nie załatwisz ani nie przeczytasz żadnego pisma urzędowego - tylko na pierwszym etapie każdy kandydat na lokalnego urzędnika czy policjanta lub wojskowego wyższego szczebla będzie musiał wykazać się znajomością co najmniej dwóch języków –„lokalnego narzecza” i tego paneuropejskiego, brukselskiego...

      A nieuniknioną „śrubę to przykręci się” lokalsom trochę później, gdy już cała lokalna biurokracja będzie działać „jak jeden mąż” i wypełni każdy rozkaz i każdą dyrektywę "Brukseli"...

      Podobnie już kombinowali z Judeopolonią w czasach I. wojny światowej - urzędnicy w tym ich wyimaginowanym państwie też przecież mieli być dwujęzyczni... 

      Bo rotszyldowskie plany i zamierzenia to rozpisane są na dekady, pokolenia i stulecia. Ale nas nie uczy się rozumowania takimi kategoriami i w obliczu ich ekspansji jesteśmy jak te dzieci we mgle…

      Podobnie kombinują teraz ze szczepionkami - gotując tę żabę równie powoli - i to nie te pierwsze dawki mają nam poważnie zaszkodzić, ale potencjalnie dopiero te następne… Bo ci „dobroczyńcy i filantropi”  to jednak wcale a wcale nie chcą naszego dobra, a nawet wprost przeciwnie …

      Rok 2013 - Federalna-Europa-już-za-kilka-lat

      Rok 2017 – image

      - = > Stany_Zjednoczone_Europy

      A drogą do osiągnięcia tych celów jest kłamstwo, perfidna manipulacja i powszechnie - 24/7/365 - bo przecież jesteśmy przedmiotem nieustannego eksperymentu i przedmiotem ich permanentnej medialnej „terapii szokowej” – sztucznie wzbudzany i paraliżujący STRACH, np.:

      • przed gniewem „Brukseli” i „obcięciem funduszy”,
      • przed kowidem,
      • przed „dniem jutrzejszym(bo przyszłość to „zapowiada się katastrofalnie” – chyba, że dojdzie do ich rewolucji, a wtedy „wszystko się od razu unormuje i naprawi"...)
      • już nie przed „ociepleniem klimatu”, ale przed „zmianami klimatycznymi” (które zawsze były, są i będą – niezależnie od ilości powstającego CO2, bo jego przyrost zwykle jest ich skutkiem, a nie przyczyną),
      • przed „atomem”,
      • przed brakiem tego i owego („na rynku”, „w ofercie” lub we własnym organiźmie)
      • przed nadmiarem czegokolwiek (j. w.)
      • przed cenami i idącymi w górę
      • przed kursami idącymi w dół
      • przed starością, chorobami i śmiercią (bo przecież wszyscy mamy być „wiecznie piękni i młodzi”)
      • przed „następnym kryzysem” (który już jest planowany)
      • w zasadzie „przed wszystkim” – bo komercyjna logika medialna uwypukla wszystko to, co nienormalne, katastrofalne, bulwersujące i szokujące – bo newsy normalne i przewidywalne „są nudne i nie sprzedają się”
      • przed samym życiem i drugim człowiekiem – bo wszechmocne i wszechobecne media cały czas utrwalają w nas obraz nieprzewidywalnego, niebezpiecznego i nieobliczalnego świata (bo głównie takie właśnie wydarzenia i ludzkie czyny są w nich relacjonowane) - a do tego teraz bliźni"może cię zarazić" ...
      • przed … (tutaj to wymyśli się „cuś nowego” – bo permanentnie straszeni ludzie w końcu przestają myśleć, stając się spanikowaną tłuszczą oraz łatwym do emocjonalnego sterowania tłumem - gotowym wtedy działać wbrew logice oraz wbrew swym własnym interesom – co jest przecież „stanem optymalnym i wysoce pożądanym”.

      image

      A wszystko to jest nam sączone do ucha głównie poprzez sprawdzone mechanizmy „deep state”, gdzie trudno kogokolwiek ważnego złapać za rękę, bo prawdziwi animatorzy pokazywanych nam (i jednocześnie"wystawianych nam na odstrzał”) kukiełek, to zawsze sprytnie sami kryją się w cieniu ….

      P.S. Nikomu z Czytelników nie wolno przy tym zapominać, że „ci rotszyldowie”, tak naprawdę, to „w ogóle nie istnieją” - a jeśli już, to jedynie jako „mecenasi sztuki, filantropi oraz wielcy humaniści” ...

      A wszystko inne jest teorią spiskową i przejawem antysemityzmu… hihihi. Ale nie wszyscy rotszyldowie przecież są Rothschildami, prawda?…

      image

      P.S. 2 W latach 70-tych XVIII wieku grupa wpływowych, acz bardzo dyskretnie działających w cieniu, europejskich bankierów (znanych jako „rotszyldowie”, od nazwiska rodu najbardziej wtedy wśród nich wpływowego) ogłosiła dyskretnie „w stosownych kręgach”  tajny eurokonkurs, przyznający pokaźny eurogrant w złocie na wypracowanie strategii oraz rewolucyjnej taktyki potencjalnie czyniącej z nich najpotężniejszą, zakulisową władzę na kontynencie (i potencjalnie – na całym świecie).

      Wygrała poniższa koncepcja (zgłoszona przez „Bawarskich Illuminatów”):
      * zniszczenie monarchii i innych uporządkowanych form rządów
      * zniesienie własności prywatnej
      * zniszczenie wśród ludzi patriotyzmu
      * zniszczenie życia rodzinnego oraz ustanowienie grupowego wychowywania dzieci
      * zniszczenie wszystkich religii (a głównie chrześcijaństwa)

      Ta strategia jest cały czas nadal realizowana i stosownie w każdym kolejnym pokoleniu aktualizowana i modernizowana, krok po kroku przybliżając jej sponsorów i zleceniodawców do celu …

      A wtedy - drżyjcie i płaczcie, narody!

      5
      5 (2)
    •  |  Written by Docent zza morza  |  0

      image

      - = > "Manifest-z-Ventotene-podstawa-ideowa-Unii-Europejskiej."

      To jest czwarta część cyklu –„W rotszyldowskiej Europie”:

      1 - "To-rotszyldowie-nam-dziś-zagrażają-a-nie-Berlin-czy-Bruksela."

      2 - "Oto-Twoje-miejsce-robaczku-w-rotszyldowskim-świecie"

      3 - "Czy-z-rotszyldowskiego-matrixa-da-się-jeszcze-uciec?"

      Niewątpliwie pragną oni przede wszystkim naszego POSŁUSZEŃSTWA – jak to każda władza. I mamy tak myśleć i tak postępować, jak oni sobie tego życzą, kształtując nasze serca i umysły od dziecka, bo – po opanowaniu świata mediów, polityki i kultury – chcą by też i system edukacji w każdym kraju był w coraz większym stopniu pod ich wpływem.

      Świat uniwersytecki to już w zasadzie wszędzie mają pod kontrolą… A stopniowo przyjdzie kolej i na wcześniejsze szczeble edukacji.

      Myślicie, że „zalecenia i wytyczne WHO w sprawie edukacji seksualnej przedszkolaków” są całkiem przypadkową aberracją…? Już dziś są w USA obszary, gdzie te instrukcje, całkiem poważnie, próbuje się wcielać w życie …

       - => "Edukacja-seksualna-dla-pięciolatków."

      Niewątpliwie na wszelkie sposoby i za każdą cenę chcą nas odwieść od Boga – ale wcale nie dążą do zastąpienia Go Człowiekiem – jak się niekiedy błędnie uważa (choć oni sami od dawna czują się „bogami tej planety”) – tylko chcą Jego moralność, prawa i nauki zastąpić etyką i logiką swego własnego bożyszcza - PIENIĄDZA… gdzie „każdy jest do kupienia” i „wszystko jest na sprzedaż” – co w końcu zniszczy i nas, i planetę.

      image

      Fundamentem ich aktualnej antyeuropejskiej krucjaty są neomarksistowskie tezy Szkoły Frankfurckiej z dwudziestolecia międzywojennego (a do reorientacji doktrynalnej doszło, gdy sromotnie zawiódł sponsorowany przez nich marksizm klasyczny – bo okazało się, że najbardziej rozwinięty i najbardziej świadomy klasowo proletariat przemysłowy Europy Zachodniej to koncertowo po I wojnie światowej „olał”  ich rewolucję, a do władzy dochodzili wtedy jedynie na peryferiach - w mękach i poprzez morze przelanej krwi – wbrew tamtejszemu proletariatowi, i tylko dzięki poparciu ze strony lokalnego miejskiego i wiejskiego lumpenproletariatu…).

      Bo ich doktryna to nigdy nigdzie  nie przemawiała do ludzi pracy, a tylko do lokalnych „niebieskich ptaków” , marginesu społecznego, zawodowych kryminalistów oraz drobnych złodziejaszków… czyli specjalistów od życia na cudzy koszt.

      A ponadto w 1914 roku okazało się, że lansowana przez nich "ponadnarodowa świadomość klasowa" oraz "ponadnarodowa solidarność proletariacka"  w ogóle nie istnieją, bo europejskie masy robotnicze i chłopskie ochoczo wtedy pomaszerowały na wojnę pod narodowymi sztandarami… Brrrr … "No, jak tak można, no jak...???"

      Ale przecież ich utopijno-rewolucyjna doktryna „nadal była słuszna”, tylko najwidoczniej „masy do niej jeszcze nie dorosły”. I dlatego trzeba było najpierw te masy „wyedukować” i tak im namieszać w głowach, by na ich grzbietach rotszyldowscy rewolucjoniści (słyszeliście o tym, by jakakolwiek rewolucja gdziekolwiek zaatakowała kiedykolwiek jakiś bank?) mogli już lekko, łatwo i przyjemnie (no i „bez tego całego cholernego oporu”) dorwać się do władzy i zacząć budowę obiecywanego wszystkim (i przez „wszystkich”  tak przecież wyczekiwanego!) „socjalistycznego raju na ziemi”.

      Bo władza zdobyta i utrzymywana siłą zawsze jest niepewna, i lepiej byłoby tak opanować i zainfekować ludzkie umysły, by ludzie ochoczo (i najchętniej, „z pieśnią na ustach”) akceptowali przygotowane dla nich kajdany (a nawet sami sobie, pod nasze dyktando, wzajemnie je nakładali).

      Bo oni to mają ambicję myśleć za nas wszystkich i za każdego z osobna – jako znani „dobroczyńcy ludzkości i filantropi” – a oprócz posiadania „szczerych chęci do naprawy i poprawienia świata", tak do tego górują intelektualnie i moralnie nad nami, że po prostu „tak będzie najlepiej dla wszystkich” …

      A sponsorowani przez nich marksiści to mieli udowodnić, że „cała ludzkość” niecierpliwie czeka na "nieuchronną" (bo zgodną z "duchem czasów") rewolucję obstalowaną przez ich animatorów i sponsorów. Bo rzekomo tak działają odkryte przez nich „prawa rozwoju społecznego” – „po kapitaliźmie socjalizm, a później komunizm” …

      image

      I tak marksizm niepostrzeżenie przeobraził się w neomarksizm, zwany „kulturowym”, bo teraz to już nie stosunki produkcji oraz zmiany w „bazie ekonomicznej” miały kształtować „masową rewolucyjną świadomość”, ale odgórne przemiany"w nadbudowie" - poprzez przejęte instytucje społeczne i rządowe (pamiętacie hasło „długiego marszu przez instytucje”?) oraz w szeroko rozumianej sferze kultury - miały za zadanie – niepostrzeżenie i „małymi kroczkami” - formatować umysły oraz produkować nowych - ale nadal ciemnych jak tabaka - mentalnych rewolucjonistów. I dopiero kadry partii rewolucyjnej miały wskazać im „wroga” i poprowadzić do ostatecznego boju …

      A miejsce proletariatu przemysłowego miał teraz zająć „proletariat mniejszościowo-zastępczy”, bo tym razem to „cierpiące i ciemiężone mniejszości” miały być podpuszczane i podjudzane na ludzi stanowiących ostoję ładu społecznego i modele zachowań:

      • np. młodzież na dorosłych (i pokolenia na pokolenia),
      • kobiety na mężczyzn,
      • mniejszości etniczne na „hegemona narodowego”,
      • „homosie” na „heteryków”,
      • rozmaite subkultury na obowiązujący wzorzec kulturowy,
      • a całe społeczeństwa na „władzę”, bo rzekomo wszyscy zawsze są jej „ofiarą”, itp. …

      I tak to potajemnie wypowiedziano nam wszystkim rotszyldowską wojnę cywilizacyjno-kulturową … stawiającą nam wszystko na głowie, kreującą swój sztuczny, wydumany, utopijny świat i perfidnie, i z uśmiechem na ustach - „robiącą z nas wariata” – czyli podważającą mądrość pokoleń oraz negującą świat wokół nas oraz wynikający z jego oglądu zdrowy rozsądek; a także atakującą wszelką normalność, bo wyszukiwanie potencjalnych sfer konfliktu oraz eksploatowanie wszelakich napięć społecznych miało przybliżać ich wymarzoną rewolucję (wedle ich teorii krytycznej – krytykuj wszystko tak długo i zawzięcie, aż ludzie przestaną widzieć sens we własnym istnieniu, stracą wiarę, zasady i wartości, pogrążając siebie i cały swój świat, a przede wszystkim własne dzieci i rodziny.)

      I to właśnie wśród postulatów Szkoły Frankfurckiej należy szukać korzeni zła trapiącego dziś nasze kraje i społeczeństwa oraz cały nasz kontynent.

      Bo to ona uznała, że do zwycięstwa rewolucji (rotszyldowskiej, rzecz jasna, niezależnie od jej kryptonimu, legendy i kamuflażu) niezbędne jest …

      image
       
      Brzmi znajomo…? Toż to fundament ich dzisiejszej potajemnej rewolucji, realizowanej głównie następującymi - wielce toksycznymi i perfidnymi - ścieżkami...

      • aborcyjną - „rób, dziewczyno, karierę i konsumuj sobie, konsumuj - usuwając swoje >wpadki<"
      • antychrześcijańską - „kościół do kruchty i precz z bałwochwalstwem!”
      • antydemokratyczną - „po co wam jednomyślność albo zasada jeden kraj=jeden głos, skoro większemu i tak wolno więcej?”
      • antyeuropejską - „zdeprawujemy Zachód tak, że będzie śmierdział”
      • antynarodową - „precz z >nacjonalizmem, rasizmem, populizmem i faszyzmem< - oraz >antysemityzmem<, rzecz jasna"
      • antywspólnotową - „dzieląc was, zniszczymy wam wszelkie więzi oraz kolektywną mądrość i moralność”
      • bezgraniczną -  "po co wam jakieś granice? - szczególnie te w zachowaniu? - >róbta, co chceta - anything goes!<"
      • bezkompromisową -„bo jest tylko jedna prawda i jedna droga - nasza!”
      • bezstresową - "dziecku niczego nie odmawiaj, nie kieruj nim ani niczego go nie ucz" (bo to rola naszego państwa)"
      • biurokratyczną -"bo zbrodnia zza biurka – ale >dla dobra ludzkości!!!< - nie jest zbrodnią"
      • demoralizacyjną - „dobro zastąpimy złem - nagradzając i lansując podłość, świństwo i cwaniactwo”
      • depopulacyjną - „na świecie max. 500 mln ludzi, a Polaków to góra 16-17 mln”
      • despotyczną - „nie ma granic ani tabu dla naszej władzy – bo nasz wzniosły cel uświęca wszelkie środki”
      • destrukcyjną - "trzeba wszystko wam zniszczyć i zburzyć, bo nasz nowy porządek może wyłonić się tylko z chaosu"
      • eko - „zabij się, robaczku – dla dobra klimatu i planety!”
      • feministyczną - „walka płci” zamiast „walki klas”
      • feudalną - "koniec z klasą średnią - bo potrzeba nam jedynie służby i lokajów - a biedotę (czyli 85-95% ludzi), to się stopniowo zutylizuje"
      • genderową - „każda z naszych 50+ płci lepsza i ważniejsza od praw natury”
      • hedonistyczną - "każdy wszystko może - tylko twój interes i tylko twoje potrzeby się liczą"
      • homo - „bo najwięcej dzieci rodzi się w małżeństwach jednopłciowych”
      • huxlejowską - "zaaplikujemy ci naszą rewolucję >naukowo, bezboleśnie i niepostrzeżenie<"
      • iluzyjną - "każda nasza nowa iluzja, trick czy moda to wasza nowa rzeczywistość"
      • korporacyjną – „każdy nowy milioner-udziałowiec ważniejszy od miliona konsumentów”
      • korupcyjną - "kto nam z ręki je (grzecznie się zadłużając i nas słuchając) – temu odpuszczamy i żyć pozwalamy”
      • kowidową - „oddajcie nam swoją wolność w zamian za obietnice”
      • komunistyczną - "nie będziesz nic posiadać – i będziesz szczęśliwy”
      • kuszącą - "po co ci mąż, a dzieciom ojciec - skoro nasze państwo może z powodzeniem go zastąpić?"
      • laicką - „Bóg już was porzucił – mamy dla was nowych, lepszych, świeckich bogów”
      • liberalną - "prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat” + ">naturalne< nierówności, oligarchizacja i kartelizacja gospodarki”
      • migracyjną - „precz z europejską Europą!” + "cała EUropa dla wszystkich, tylko nie dla Europejczyków"
      • neomarksistowską - „dajcie nam waszą młodzież, a już jej nie poznacie”
      • nieodpowiedzialnościową - ">róbta, co chceta!!!< – ale to społeczeństwo winne jest waszych przestępstw i ekscesów!”
      • "nowoczesną" - „kobiety do pracy, a dziećmi to już (nasze) państwo się zajmie”
      • orwellowską - "wojna to pokój - wolność to niewola - ignorancja to siła"
      • oszukańczą - „im mniej wolności – dla waszego bezpieczeństwa!!! – tym lepiej” + "im mniej wiecie i umiecie - tym (dla nas) lepiej"
      • perwersyjną  -„precz z >uprzedzeniami< - bo dzisiejsze zboczenia i dzisiejszy margines to wasza jutrzejsza norma"
      • politpoprawną -„to my decydujemy, co wolno wam myśleć i mówić"
      • postępową - „postęp lepszy od tradycji, bo wszelkie zmiany są tylko >na lepsze<”
      • prawnie-człowiekową „prawem człowieka wszystko to, co jest dziś zgodne z naszą agendą”
      • probrukselską - Bruksela ma zawsze rację” – a krajom unijnym coraz mniej wolno”
      • rajsko-utopijną„po rewolucji wszystkim będzie lepiej, a wszelkie dolegliwości, problemy i ograniczenia znikną”
      • relatywistyczną - „obiektywnych kryteriów ani prawd nie ma - bo z waszą prawdą jest jak z d…ą – każdy ma swoją – ale nasza zawsze górą”
      • równościową - „wszyscy są równi – ale niektórzy są przecież równiejsi…”
      • seksualną - „orgazm celem i sensem życia – a nowy związek może okaże się lepszy?”
      • socjalistyczną -„każda nasza regulacja, subwencja i dyrektywa lepsza od wolnego rynku”
      • subiektywną - „nie ma prawd obiektywnych ani uniwersalnych zasad i standardów – ale pamiętaj, że to my mamy rację na każdym etapie - mimo, że >etapy się cały czas zmieniają<"
      • tolerancyjną - „bo >musicie< entuzjastycznie akceptować każde zło, każde kłamstwo i każdą głupotę”
      • zamordystyczną -„karać was będziemy za najmniejszy sprzeciw i nieposłuszeństwo"
      ... stanowiące oś totalitarnej i bezlitosnej „narracji” (uff, mają rozmach, s…y) ich mediów oraz ich polityków, ich celebrytów oraz ich „autorytetów, zwłaszcza tych "moralnych” i „naukowych”. 

      Bo jedną z plag współczesności jest coraz mniej przyzwoity i coraz mniej zrozumiały akademicki bełkot – gdzie lewackiej rotszyldowskiej polityce (od „eko” po „homo”) usiłuje się nadać status i pozory „naukowości”, choć nie spełnia ona (podobnie jak każdy inna polityka) żadnego z kryteriów procesu badawczego i naukowego, w większości będąc bezpodstawną, wydumaną hucpą bez wsparcia w dostępnej wiedzy, naturalnych procesach czy obiektywnych faktach.

      Takie to „prawdy” płyną dzisiaj do nas ex catedra, od rana do wieczora - szczególnie z radia i telewizora…

      I choć wydawać by się mogło, że jest to rewolucja głównie obyczajowo-kulturowa, to jednak ona nadal jest socjalistyczna, tyle że tym razem wybrano całkiem nowy, innowacyjny i dużo lepiej zakamuflowany modus operandi…

      C.D.N.

      Część piąta – „Dlaczego „Bruksela” docelowo chce likwidacji Polski” – 5 image

      5
      5 (1)