blogi

  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Marimonte (Bielany) Livin’Praga, Orzechowa (Włochy) Vista Wawer, a wkrótce Ale!KEN – GH Development oferuje w sprzedaży mieszkania od 1 do 5 pokoi w tych lokalizacjach warszawskich Zawsze dokładamy wszelkich starań, aby jakość wykonania i poziom obsługi były na najwyższym poziomie. W chwili obecnej prace planistyczne, które już wkrótce zaowocują ofertą ponad 2400 mieszkań w naszych nowych inwestycjach – informuje Spółka na swojej stronie

    Tak zaczyna się artykuł Krzysztofa Podrackiego  http://www.salon24.pl/u/newsy/1457268,wolska-31-a-dzialalnosci-gh-development Zaraz po tym ukazuje jednak inne oblicze GH Development, znacznie mniej korzystniejsze. Przypomina bowiem sprawę Wolskiej 31, która ciągnie się już od 2020 roku

    Wolska 31

    Przypomnijmy spółka Gadbrook należąca do GH Development w 2020 roku nabyła działkę od Wojciecha Jaworskiego przy ul. Wolskiej 31, zapłaciła I ratę. Pozostałej należności jednak sprzedający się nie doczekał i w tej sytuacji uchylił się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu. Pomimo tego, belgijska firma ani nie zapłaciła pozostałej części należności ani nie zwróciła wówczas działki.

    Czy kiedykolwiek zamierzyła wywiązać się ze swoich zobowiązań? A może liczyła że druga strona się wykrwawi w procedurach prawnych i finansowych, i będą mieli działkę kupioną za tzw. przysłowiowy „bezcen”?

    – zastanawia się portal. Tak czy owak:

    Sprawa trafiła do Sądu (wydział ksiąg wieczystych), który rozstrzygnie sprawę, o ile wcześniej nie zostanie przedstawiona ugoda pomiędzy stronami. Jednakże warto zauważyć, że wydział karny Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli oraz Sąd Okręgowy wydział karno-odwoławczy w wyrokach z 2022 i 2023 roku potwierdziły że Wojciech Jaworski w dalszym ciągu nie utracił prawa własności do nieruchomości i pozostaje jej właścicielem.

     

    Sprawę opisują media

    Sprawą zainteresowały się media, artykuły w DoRzeczy, Fronda, ŻycieStolicy, Warszawskim wieczorze, Serwis21, Blog-n-roll, 3obieg, Info24 i inne, które opisały całą historię

    Mimo wysiłków kancelarii prawnej dewelopera straszącej media skutkami z art.212 k.k., wezwaniami do usunięcia określonych artykułów opisujących sprawę (uległo m.in. DoRzeczy oraz Fronda), sprawa Wolskiej 31 wraca jak boomerang, a mechanizmy stosowane wobec media przez dewelopera ujawnił m.in. portal Serwis21.

     

    Czy GH Development opłaca się brnąć dalej?

    Warto dodać, iż sprawa Wolskiej 31 jest znana na rynku nieruchomości, a opinie nt. belgijskiej spółki delikatnie mówiąc nie należą do najbardziej pochlebnych.

    W warunkach ujemnej demografii (czyli spadku ludności), konkurencja w zakresie sprzedaży nowych mieszkań może być coraz bardziej ostra. Kupujący będą także mieli na względzie wizerunek dewelopera, którą kreują m.in media.

    Sprawa Wolskiej 31 dopóki nie zostanie rozwiązana będzie rzucała cień na GH Development i część nabywców albo powstrzyma się od kupna, albo zażąda znacznej obniżki cenowej. Co więcej będzie każdorazowo przypominana przy kolejnych inwestycjach Belgów. 

    A zatem czy warto brnąć dalej?

    konkluduje autor artykułu.

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Marimonte (Bielany) Livin’Praga, Orzechowa (Włochy) Vista Wawer, a wkrótce Ale!KEN – GH Development oferuje w sprzedaży mieszkania od 1 do 5 pokoi w tych lokalizacjach warszawskich Zawsze dokładamy wszelkich starań, aby jakość wykonania i poziom obsługi były na najwyższym poziomie. W chwili obecnej prace planistyczne, które już wkrótce zaowocują ofertą ponad 2400 mieszkań w naszych nowych inwestycjach – informuje Spółka na swojej stronie

    Tak zaczyna się artykuł Krzysztofa Podrackiego  http://www.salon24.pl/u/newsy/1457268,wolska-31-a-dzialalnosci-gh-development Zaraz po tym ukazuje jednak inne oblicze GH Development, znacznie mniej korzystniejsze. Przypomina bowiem sprawę Wolskiej 31, która ciągnie się już od 2020 roku

    Wolska 31

    Przypomnijmy spółka Gadbrook należąca do GH Development w 2020 roku nabyła działkę od Wojciecha Jaworskiego przy ul. Wolskiej 31, zapłaciła I ratę. Pozostałej należności jednak sprzedający się nie doczekał i w tej sytuacji uchylił się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu. Pomimo tego, belgijska firma ani nie zapłaciła pozostałej części należności ani nie zwróciła wówczas działki.

    Czy kiedykolwiek zamierzyła wywiązać się ze swoich zobowiązań? A może liczyła że druga strona się wykrwawi w procedurach prawnych i finansowych, i będą mieli działkę kupioną za tzw. przysłowiowy „bezcen”?

    – zastanawia się portal. Tak czy owak:

    Sprawa trafiła do Sądu (wydział ksiąg wieczystych), który rozstrzygnie sprawę, o ile wcześniej nie zostanie przedstawiona ugoda pomiędzy stronami. Jednakże warto zauważyć, że wydział karny Sądu Rejonowego dla Warszawy-Woli oraz Sąd Okręgowy wydział karno-odwoławczy w wyrokach z 2022 i 2023 roku potwierdziły że Wojciech Jaworski w dalszym ciągu nie utracił prawa własności do nieruchomości i pozostaje jej właścicielem.

     

    Sprawę opisują media

    Sprawą zainteresowały się media, artykuły w DoRzeczy, Fronda, ŻycieStolicy, Warszawskim wieczorze, Serwis21, Blog-n-roll, 3obieg, Info24 i inne, które opisały całą historię

    Mimo wysiłków kancelarii prawnej dewelopera straszącej media skutkami z art.212 k.k., wezwaniami do usunięcia określonych artykułów opisujących sprawę (uległo m.in. DoRzeczy oraz Fronda), sprawa Wolskiej 31 wraca jak boomerang, a mechanizmy stosowane wobec media przez dewelopera ujawnił m.in. portal Serwis21.

     

    Czy GH Development opłaca się brnąć dalej?

    Warto dodać, iż sprawa Wolskiej 31 jest znana na rynku nieruchomości, a opinie nt. belgijskiej spółki delikatnie mówiąc nie należą do najbardziej pochlebnych.

    W warunkach ujemnej demografii (czyli spadku ludności), konkurencja w zakresie sprzedaży nowych mieszkań może być coraz bardziej ostra. Kupujący będą także mieli na względzie wizerunek dewelopera, którą kreują m.in media.

    Sprawa Wolskiej 31 dopóki nie zostanie rozwiązana będzie rzucała cień na GH Development i część nabywców albo powstrzyma się od kupna, albo zażąda znacznej obniżki cenowej. Co więcej będzie każdorazowo przypominana przy kolejnych inwestycjach Belgów. 

    A zatem czy warto brnąć dalej?

    konkluduje autor artykułu.

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Ukazał się właśnie trzeci sezon Dziwnych Nowych Światów (ang. Strange New Words – dalej SNW), u nas opóźniony na platformie Skyshowtime o 2 tygodnie względem reszty świata. Jest tam za to lektor i napisy, a nie ma dabingu (eng. Dubbing, nie mylić z Dublinem). Tytuł też przetłumaczyli kontrowersyjnie jako Nieznane Nowe Światy. A niech mają. Przypominam, że jest to serial będący prekłelem pierwszego Star Treka [1], o czym pisałem już [2]. Na razie jest dobrze, a w porównaniu z konkurencją nawet bardzo dobrze. Obecnie bowiem przyzwoicie się trzyma Godzilla i Kong oraz Star Trek. Gwiezdne Wojny słabo a Marvel kiepsko. Tzw. DCU, czyli batmany i supermany, przeżywa restart, ale pierwsze efekty są zachęcające. Co tam jeszcze jest? Wiedźmin szoruje po dnie razem z Rings of Pała, Koło Czasu skancelowane i nudne. Fantasy zarąbana jak widać poza Legendą Vox Machiny (ale to kreskówka). Kowboj Bebop skasowany, He Man zarąbany przez Netflixa.

    Na tym tle ufoki prezentują się okazale. Przypominam, że jedne ufoki latają cumlem (lok. smoczek) a drugie dysponują omletem z dwoma rurkami z kremem na widelcach. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z proceduralem, czyli odcinki stanowią w większości zamknięte całości, ale są historie główne ciągnące się przez serial. Mamy tez znakomitą oprawę graficzną, przewyższającą Gwiezdne Wojny o niebo. Scenariusze kompletne, fabuły kompetentne na tle. Na tym kończę część bezspoilerową, spoilery muszę jednak rozpocząć od odwołania do klasyki fantastyki. Po odwołaniu będą spoilery:

    Apentuła niewdziosek, te będy gruwaśne

    W koć turmiela weprząchnie, kostrą bajtę spoczy,

    Oproszędły znimęci, wyświrle uwzroczy,

    A korśliwe porsacze dogremnie wyczkaśnie!

    Trzy, samołóż wywiorstne, gręzacz tęci wzdyżmy,

    Apelajda sękliwa browajkę kuci.

    Greni małopoleśny te przezławskie tryżmy,

    Aż bamba się odmurczy i goła powróci.

    Scenarzyści SNW wyraźnie oglądali Orville, nie widzieli natomiast Star Trek Discovery. Tu i tu (w SNW i Orville) mamy bowiem załogą skupioną wokół kapitana, który umożliwia bohaterom rozwinięcie zdolności i umiejętności, koordynuje ich działania, w decydujących momentach wkracza ze swoimi pomysłami. Jest to bardzo nowatorskie podejście fabularne z jednej strony, a z drugiej klasyczne (kpt. Picard). Antytezą jest wadm. Holdo z Ostatniego Jedi, jednoosobowa katastrofa przez brak komunikacji. Proceduralność i postawienie kapitana na czele to prosta i łatwa recepta na sukces produkcji. Dwa oficjalnie dostępne u nas odcinki są odmienne od siebie. Pierwszy,  Hegemony - Part Two to klasyczne gwiezdne wojny jakich od dawna nie ma w Gwiezdnych Wojnach. Mamy tu bowiem konflikt z straszliwymi Gornami, których okrucieństwo przewyższa jedynie wrodzone bestialstwo. Gornowie są jacy są, takie gady, posiadają jednak słabe strony. Kpt. Pike i załoga Enterprise wykorzystują słabości Gornów aby ich pokonać. Posługują się intelektem, kreatywnością, czyli działają w stylu Star Treka. Nie robią też tym Gornom większej krzywdy. Mamy za to fenomeny kosmiczne jak podwójne gwiazdy, promieniowanie itp. Mamy też drugi wątek – infekcję kpt Betel, która cudem uchodzi z życiem. Ratuje ją Spock z siostrą Kaplicą. Co to za pomysł, żeby pielęgniarkę nazwać Kaplicą (ang Chapel)? Przecież to się źle kojarzy. Ogólnie angielski zwyczaj posiadania pospolitych nazwisk jest dla nas dziwny. Romansowe relacje owej siostry ze Spockiem dodają tu głębi, bo w poprzednim sezonie rzuciła go.

    https://youtu.be/kQhye50sikk?si=7Ot9GpBtmpEfqgbn

    Wątek ten jest rozwinięty w drugim odcinku, Wedding Bell Blues, gdzie pojawia się ta menda Q. A raczej jego synek tzw. Młody Q. Zmienia on rzeczywistość tak, że Spock ma wziąć ślub z Kaplicą, a jej obecny chłopak doktor Roger Korby ma być drużbą. Intryga jest taka, że Spock, który przecież na Wolkanie ma cały czas oficjalną narzeczoną, przebija iluzję Młodego Q dzięki sile swej miłości. Obecny Kaplicy też przebija, próbują jakoś udaremnić, nie udaje się jednak, pojawia się deux et machina czyli Q i przywołuje synalka do porządku. Jest to opowiastka w stylu TNG, czyli Następnego Pokolenia, mieszcząca się w tradycji opisywania kontaktów z cywilizacjami wszechnocnikowymi, tj, pardon wszechmocnikowymi.

    Powyższe rozważania minimalizują zagadnienie zgodności świata przedstawionego i przedstawiają perspektywę w maksymalnym stopniu niefanowską. Fan podniesie bowiem kwestię zgodności z innymi opowieściami. I starają się tu wyraźnie autorzy. Bohaterowie w pierwszym sezonie zachowywali się nieTOSowo, z biegiem odcinków zmieniają się wyraźnie. Przełomowa była tu wizyta z przyszłości serialu Lower Decks, gdzie załoganci USS Cerritos przekazali informację o roli załogantów Enterprise w uniwersum. Spock już się zachowuje w swoim stylu klasycznym. Swoją drogą jedi powinni w spockowy sposób reagować w różnych Akolitach. Przeintelektualizowanie, wyrafinowanie, rozumowanie. Jest tu dobrze. Faktem jest też, że Młody Q ma swoje korzenie w TOS i nie koliduje ani z TNG, ani z Vojadżerem. Jakoś se radzą twórcy. Część fanów spodziewa się natomiast wyrżnięcia załogantów Enterprise niepojawiających się w TOS. Ja mniemam jednak, że do tego nie dojdzie.

     

    Mamy bowiem świetny serial, rozwijający motywy startrekowe, z ciekawymi efektami i pewnym rozmachem. Poprawnie konstruowane fabuły są tu. A Ortegas (sternica) kocha się w kpt, Piku. Podobnie jak w Orville, dowodzonym przez kpt. Mercera, załoganci są rozbudowani, każdy z głównych bohaterów ma sporo miejsca, znamy ich, dlatego przejmujemy się ich losem. )nie tak jak w Discovery, gdzie tylko Michasia i Michasia).

    Dowiadujemy się też, że Pike był ministrantem, co mu się chwali. Mamy pewne odejście od nieszczęsnego założenia twórcy ST Gienka Rodeberry’ego, czyli bezbożności świata przedstawionego. Czyniło ono jego wizję utopijną, a nawet nierealną z powodów oczywistych, których nie będę nawet rozwijał.

    _______

    Ustanowienie w centrum serialu białego mężczyzny jest oczywistym odejściem od łołka. Liczne bohaterki wymagają jednak kilku zdań komentarza:

    Wyobraźcie sobie że Kaja Godek zostaje prezydentem. I co: feministki ucieszą się z faktu, że kobieta objęła ten urząd? Podobnie jest z marszałek Witek i innymi pisówami. Czy była radość, że tyle kobiet obsadza stanowiska? No nie była. Znajcie dialektykę. One nie były wliczane do kobiet bo nie są porąbane. Dla tamtych kobietą i jej sukcesem jest wyznawczyni lewactwa. Bohaterki SNW nie walczą z patriarchatem i samczą dominacją bo się słuchają Pike’a i go wspierają. Jak Witek Kaczora. Co innego było w Diunie 2, gdzie Zendaya skakała co chwilę do oczu Paulowi Atrydzie i mu fikała. Co innego było w Discovery i w Akolicie.

    Postawę kpt. Pike można natomiast przedstawić jako toksyczną męskość [3]. Pojmijcie to oglądając filmik

    https://www.cda.pl/video/25718212a0

     

    Spock może być zaś interpretowany jako przedstawiciel simpiarstwa i białorycerstwa z uwagi na porzucenie przez siostrę Chapel. Kaplica zaś to przykład hipergamii. Porzuca Spocka na wieść o doktorze Rogerze Korby. W owej chwili jest on bardziej atrakcyjny niż Spock. Doktor Korba jest bowiem galaktycznym autorytetem w danej chwili. Kaplica jest przy tym doskonale emocjonalna rzucając Spockowi (który ma wciąż oficjalną narzeczoną) jakąś ściemę. Wszystko u niej się rozgrywa w sferze podświadomości.

    Kwestie, których nie podjąłem teraz będę omawiał przy okazji kolejnych odcinków.

    Przypisy:

    1. https://www.filmweb.pl/serial/Star+Trek-1966-31454

    2. https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/938557,star-trek-nieznany

    3. Feministki nazywają tak normalną męskość aby zamaskować swe uprzedzenia i myślenie stereotypami. 

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by alchymista  |  0
    Wczoraj mnie olśniło podczas lektury książeczki Zofii Brzozowskiej i Mirosława Leszko, że głęboka cześć Nowogrodzian wobec Sofii - Mądrości Bożej - ma zupełnie inne znaczenie, niż uważają badacze rosyjscy.
    O co chodzi?
    Mianowicie sprzecznie z tradycją bizantyjską, obywatele Republiki Nowogrodzkiej uczynili Mądrość Bożą swoją patronką. Ten kult Sofii był jaskrawo niezgodny z tradycją bizantyjską i zahaczał o herezję. W ikonografii na nowogrodzkich monetach Sofia była przedstawiana w szatach cesarskich, otwartej koronie na głowie, z berłem. Byłaby więc swego rodzaju wirtualnym "królem", ale to tylko pierwsza połowa interpretacji. Badacze rosyjscy podnoszą podobieństwo kultu Sofii do kultu Świętego Marka w Wenecji. Na weneckich monetach Doża odbierał bowiem insygnia swojej władzy od tego świętego. Inni badacze rosyjscy dość prostacko łączą Sofię z kultem militarnym, bo... jej wizerunki znajdowały się na sztandarach wojskowych Nowogrodu!
    Jak to zwykle u uczonych bywa odrzucają najprostszy wniosek, że Sofia nie tyle symbolizowała mądrość bożą, co raczej ZBIOROWĄ MĄDROŚĆ NARODU NOWOGRODZKIEGO. Jest to jakby sakralizacja demokracji - odpowiednikiem jej był kult Ducha Świętego w Rzeczypospolitej jako patrona jedności.
    Gdy mówimy o jedności, to oczywiście nie tej sztucznej, wymuszonej knutem, pałką i strachem, ale dobrowolnej. W wielogłowym zgromadzeniu parlamentarnym bardzo trudno o jedność, a jeszcze trudniej o mądrość. Najwyraźniej nasi przodkowie mieli głównie problem z jednością, a Nowogrodzianie - z mądrością swoich zgromadzeń. Dlatego też modlili się do mądrości bożej, aby spłynęła na ich wiec i umożliwiła podejmowanie mądrych decyzji.
    Wiece nowogrodzkie zwoływano na plac soborowy przed Soborem (cerkwią) Świętej Sofii w Nowogrodzie. Świadczy to o tym, że Sofia była nie tyle patronką Nowogrodu jako miasta, ile raczej patronką zebrań parlamentarnych, patronką wspólnoty republikańskiej, podobnie jak w I RP patronem Sejmów był Duch Święty.
    Reasumując, widać wyraźnie, że "zachodniość" jakiegoś kraju nie musi automatycznie wiązać się ze ścisłą przynależnością do cywilizacji łacińskiej tak jak ją rozumiał Koneczny. Pojęcia demokratyczne, republikańskie, mogą nieoczekiwanie wykiełkować w łonie cywilizacji niby to sprzecznej z zachodnią tradycją, o ile ludziom tak się podoba i o ile potrafią należycie "skalibrować" świat pojęć własnej cywilizacji. Daje to nadzieję na powrót Dobra tam, gdzie świat pogrążony jest w ciemnościach.

    Jakub Brodacki
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Sprawa Wolskiej 31 znów na łamach mediów. Tym razem za sprawą portalu https://Info24.idsl.pl, a przyczynkiem stało się ogłoszenie GH Development:

    Poszukujemy działek informacyjnych. Jeżeli posiadasz informacje nt. działek w Warszawie, Trójmieście oraz we Wrocławiu z możliwością zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej zapraszamy do kontaktu.

    – informuje GH Development na swojej stronie internetowej.


    Portal tymczasem przypomina, że:

    ZASTRASZANIE MEDIÓW WS. WOLSKIEJ 31?

    Właściciel nieruchomości przy ul. Wolskiej 31 popełnił właśnie ten błąd. W 2023 roku sprawę opisywały media, m.in. Fronda, DoRzeczy, ale po jakimś czasie artykuły znikały z przestrzeni publicznej. Wiele osób nie wiedziało dlaczego?

    W listopadzie 2024 r. mechanizm ujawnił portal Serwis21.  19 listopada portal otrzymał 2 wezwania do zaniechania naruszenia dóbr osobistych od GH Development 5 sp. z o.o. i spółki Gadbrook (należąca do grupy GH Development) – reprezentowani przez Góralski & Goss sp. p. a.

    W wezwaniach domagano się zaprzestania publikowania oraz rozpowszechniania rzekomo jako nieprawdziwe artykuły, powołujące się m.in. na DoRzeczy a ujawniające, że spółka Gadbrook należąca do GH Development nie zapłaciła za kupioną działkę (a właściwie zapłaciła tylko I ratę) oraz że w tej sytuacji sprzedający się uchylili się od uchylił się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu (sprawa jest w sądzie). 

    W wezwaniu prawnicy spółki grozili konsekwencjami art.212. kodeksu Karnego. W ten sposób albo zastrasza się dane medium, albo ten dla spokoju woli usunąć artykuł.

     

    SPRAWA W SĄDZIE

    Portal przytoczył jednak informację zawartą w jednym z pism procesowych prawników właściciela tj. kancelarii Chmaj i Partnerzy, w którym można przeczytać:

     

    ZABRAKŁO DOBREJ WOLI

    Oczywiście nie przesądzamy sprawy, dokona tego Sąd. Ale mimo zastraszania mediów, w mediach niezależnych pojawiają się publikacje, które zaczynają ważyć na wizerunku belgijskiej Spółki.

    I może dlatego Gadbrook (czyli de facto Gh Development) deklaruje „dobrą wolę”,

    tyle że na deklaracjach się kończy, bo do tej pory nie zawarto żadnej ugody, jest jedynie przeciąganie struny przez stronę belgijską.

    A zatem czy naprawdę ktokolwiek chce jeszcze ryzykować sprzedaż swojej działki tej firmie? Czy pośrednicy nieruchomości chcą ryzykować swoją reputacją? - konkluduje portal.

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Redaktor Ziemkiewicz ma rację i nie ma racji. Przedstawia on bowiem podstawy marketingu politycznego, mówi, że kampania pozytywna, że topiki, że to, że sio. I na tej podstawie oświadcza, że wygrana Trzaskowskiego przeczy wszelakim regułom sztuki. I tu ma rację, bo nie da się kampanią negatywną, brakiem topików, naśladowaniem Komorowskiego, obsadą sztabu, etc. Ale różnica jest na tyle mała, że w końcu kiedyś totalni wygrają na zasadzie fluktuacji i sprzeczność z zasadami będzie osiągnięta. Ale co mi tam.

    Kaczor powinien w końcu po tym tryumfie otrzymać tytuł Kaczissimusa Maximusa, bo pokonał nie tylko Tuska, ale i Ursulę, TSUE, wszelakie europarlamenty, TVNy, Wyborczą, etc. Wszystko to otoczone gronem akolitów. Z nimi sprawa jest trudniejsza, nie mogę bowiem tu opisać charakteru Platformy Obywatelskiej. Musiałbym użyć bowiem słów uważanych za obelżywe i powiedzą, że blog, że to, że sio. Słowa cenzuralne nie oddają natomiast skali problemu.

    Mogę lakonicznie powiedzieć, że PO najlepiej opisuje termin popierniczenie. Jest to partia popierniczonych po prostu. Funkcjonariusze jej i elektorat muszą albo sami być popierniczeni, albo akceptować opierniczenie i się z nim identyfikować. Tzn wszędzie się zdarza jakiś wyskok, ale w PO jest klimat afirmacji. Weźcie Jachirę: gdzie indziej bo pląsnęła raz, drugi i by ją wyrzucili a tu jest na sztandarach. Weźcie ciamajdan. Przecież po pojawieniu się filmów ze zmartwychwstania Diduszki dalej grzali temat jego męczeństwa. Weźcie exponowanie takich postaci jak Szczerba, Zembaczyński, Joński itp.

    Weźcie tego ostatniego marszała lubuskiego: jest to zapyerdalacz, czyli osobnik przekraczający prędkośc, siadający na zderzaku, a potem zajeżdżający drogę. Że taki jest i wpisuje się w Platformę to jedno, a reakcje na jego występek to drugie. No i właśnie o to chodzi. Przecież filmik z nim obejrzało miliony ludzi zanim było wiadomo, że to on. Ludzie wyrobili sobie opinię i nie zmienią tak łatwo. Mówię tu o elektoracie. Z drugiej strony mamy reakcje sekty zapyerdalaczy.

    Mamy w końcu obecne wyskoki Romana (Giertycha) oskarżającego „braci kamraci” o skręcenie wyborów. I znowu są wypowiedzi popierające. Siedem procent leci w sondażach na pysk. Czy ten trynd nie okaże się czasem trwały? Koalicjanty się dystansują tutaj.

    Cała ta zabawa sprawia, że nie ma dyskusji tam. Nikt nie stawia pytań takich jak: czy sztab przypadkiem powinien być obsadzony przez osoby stabilne psychicznie? Miziołek wyznała, że platformersy pytały ją: czemu PiS nie prowadzi kampanii negatywnej? I nie potrafiły pojąć odpowiedzi. Nieskuteczna jest taka kampania i już. Tymczasem jedna i ta sama ekipa przegwizduje tamtym kolejne wybory bez refleksji, do której nie są zdolni. Nikt teraz nie pyta się tam o rolę Tuska w tym bałaganie, o kierowniczą rolę Ursuli, etc, etc?

    Wystarczyło im powtórzyć drugą kampanię Kwaśniewskiego, który opowiadał ludziom, że jest fajny, Jola jest fajna. Że jak zagłosują na niego to też będą fajni i nie będzie zadym. Czaskoski mógł opowiadać o kładce, że jest fajna, że będzie fajnie itp. Tymczasem odebranie pisiorom kasy było fundamentalnym błędem, zintegrowało bowiem elektorat. I ludzie zaczęli wpłacać. Nie zadzwonili do Markowskiego i Sadurskiego, żeby ci zamknęli papę, bo nie pomagają.

    Na koniec dodam, że termin Kaczissimus Maximus trzeba tłumaczyć idiomatycznie jako Kaczka Największa.

    https://youtu.be/HH4HMTD95w8?si=mAXF_6GQczgfHXNX

    Roman o fałszerstwach

    https://youtu.be/4Js9N3Nrifs?si=L8TUsGEk3RBsd0lY

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    6 na 10 to w przypadku Gwiezdnych Wojen porażka. Tutaj bowiem produkcja na start dostaje co najmniej 8/10 za samo bycie starłorsem. Względny sukces serialu wynika natomiast z odpowiedniego tzw targetowania: oglądają ci, którym się podoba, a ci, którym się nie podoba nie oglądają i nie minusują. Dodatkowo produkcja ta przewyższa Załogę Szkieletora (Skeleton Crew) i Akolitę. Wszystko zresztą przewyższa Akolitę, nawet Holiday Special. 2 sezon Andora jest zatem najlepszą z ostatnich produkcji gwiezdnowojennych. Co za porażka. Większa oglądalność przyniosłaby jednak wyraźne obniżenie ocen.

    Tera będzie spoiler, którego nie zaznaczam specjalnie, bo to bez sensu:

    Sukces Andora wynika z obsadzenia mężczyzny w roli głównej, to raz. Dodatkowo jest tam Luthien który kuma czaczę. I to wystarczyło plus nieirytowanie fandomu łołkiem w promocji produkcji. Jest też kilka pozytywów: Mon Mothma w porównaniu z Zieloną z Akolity, czy tam tą całą Holdo to niebo a ziemia jednak. Jest kilka dobrych scen, jak wyprowadzenie wspomnianej liderki Rebelii z senatu np. Są one osadzone jednak w realiach natury wątpliwej.

    II Ględzenie

    Musze objaśnić jak widzę problem ględzenia na przykładzie. Użyję teledysku Uprising Sabatonu, który trwa 5 minut a nie 8 godzin i opowiada ciekawszą historię niż ten cały Andor. Robił go ktoś kto rozumie o co chodzi w filmie, dlatego nie wezmą go do Gwiezdnych Wojen bo się zna na rzeczy. Puśćcie sobie to bez dźwięku bo o ile wokalista coś tam śpiewa czy tam ryczy. No robi różne takie rzeczy.

    O tyle historia która ilustruje ów utwór jest samodzielna. Pierwsze ujęcie to jakiś dwóch leszczy którzy malują Hitler Kaput na ścianie, zrywają niemiecką flagę, ergo są przeciw. Dalej mamy scenę represji, widać że ich złapali, Niemcy zatrzymali losowych przechodniów, jakąś kobiecine, faceta w kapeluszu itp. Mamy ujęcie jakiejś szyszki okupacyjnej (nie wiem kto to jest, ale nie ważne dla tego kontekstu) która dopisuje 100 Polaków za jednego Niemca. To samo pojawia się na plakacie na ścianie. Niemcy ładują zatrzymanych na samochody, widać że będzie grubo. Jednego chłopaka dziewczyna wciąga przez bramę, za która chronią się ludzie. Dalej mamy egzekucję, przejmującą. Ci stoją za ścianą i nic nie mogą zrobić.

    Jasno, konkretnie, bez zbędnej paplaniny samymi obrazami pokazali dramat okupacji.



    https://youtu.be/lzeNBRbWXpI?si=QNs2hceVMy9VawBE

    Dalej widać reakcję, zaprzysiężenie powstańców i przygotowanie do walki. Dalej mamy godzinę 17 i wybuch Powstania Warszawskiego, walkę z Niemcami. Przejmująca jest scena, jak Szwab – szycha podpala makietkę. Znowu bez zbędnej paplaniny, samym obrazem, pokazują jego nikczemność. Potem widzimy płonącą Warszawę. Mamy dobijanie rannych.

    Kilka słów o wątku miłosnym: dziewczyna ratuje chłopaka, przypadkowe spotkanie. Ona jest sanitariuszką, on walczy i zostaje ranny. Wydaje mu się (majaczy) że ona go opatruje itp. Ale z tego co widzę to wydaje mu się i na końcu umiera.

    Całość podsumowuje komentarz: dziękuję kamerzyście, że cofnął się do czasów 2 Wojny Światowej i nagrał to wideo”.

    Piszę o tym bo coś we mnie pękło w momencie zamachu na Ghorman, nie chce mi się wracać do tej sceny, bo jest ciemna i fatalna. Ale przypadkowo ginie tam jakaś babka i druga pierniczy przemowę lżąc jednego gostka, rzekomo odpowiedzialnego (ale nie w tym stopniu jak pyskująca). Opowiada jakieś peany na cześć poległej, tylko że nie widzieliśmy z nich nic. Nic nam nie pokazali, mamy wierzyć na słowo wyrzutowi nieopanowanego kłapania paszczą. Że jeszcze ona przyczepia się do niego – to już jest skandal. W czasie ucieczki pitoli. Mam dość.

    Dodam, że teledysk nie miał trzystu milionów dolarów budżetu, występują tam jacyś rekonstruktorzy i inne leszcze. Ale wygląda o niebo lepiej i ma o niebo więcej sensu.

    Przekaz teledysku jest zrozumiały dla normalnego widza, będzie natomiast totalnie nieczytelny dla aktywiszcza kształconego w zwalczaniu patriarchalizmu, którego elementem jest kapitalizm. O tym trzeba pamiętać.

    III Ghorman

    Jest sobie taka planeta Ghorman. Praktycznie bezludna. Mieszka na niej 800 000 (słownie: osiemset tysięcy) ludzi, a to jest tyle co nic. W Krakowie znajdziecie podobną liczbę mieszkańców. Tymczasem pojawia się problem, że Imperium chce tam kopać coś tam i nie wie co zrobić z mieszkańcami i pająkami, które tkają lokalny jedwab. Nie są w stanie ich skomasować na terenie powiedzmy wielkości powiedzmy Grenlandii a gdzie indziej se kopać? Jeśli są w stanie dowieźć machiny zdolne przeorać całą planetę to w drugą stronę mogą wywieźć ludzi.

    Ale dobrze. Niech im będzie że mamy osiemset tysięcy ludzi i oni się buntują. To pokażcie bunt óśmset tysiąca mieszkańców a nie placyk. Placyk jest co prawda asfaltowany, w Akolicie nie doszli jeszcze do tej technologii. Mamy placyk na który przylazło paru gości i o to są mecyje. Z powyższych powodów nie interesują mnie wydarzenia na Gorman. Skoro nie jesteście w stanie pokazać przełamywania oporu 0,8 miliona mieszkańców to róbcie kameralną historię, jak w Mando. Tam pokazali retrospekcje ze zniszczenia Mandalory jakieś chyba? W pierwszych trzech filmach nie było większych problemów ze skalowaniem, tera są. Można to poprawić od ręki, wystarczy że na Ghorman doliczymy się 90 miliardów i już inaczej to wygląda.

    Drugim problemem Ghorman jest francuszczyzna: mówią tam jezykiem brzmiącym jak francuski, noszą berety, są jakieś odniesienia do Allo Allo (zestrzeleni piloci). W lżejszym serialu by to uszło jakoś, ale Andor ma być na poważnie chyba? To jest ten sam poziom co skutery Vespa w Bobie Fetcie i jego Księdze. Weźcie to jakoś tak przetwórzcie, żeby wyglądało oryginalnie.

    IV Mon Mothma

    Z Mon Mothmą (dalej MM) jest problem taki, że niczym nie kieruje. Zajmuje się wydumanym problemem ślubu córki. Z tego co widzę próbowali jej nadać cechy charakteru Kemali Harris a zachowuje się jak pisior. Tzn miała być kompletnie odklejona od rzeczywistości a nie rozumie że mówienie to nie jest działanie.

    Córka ma zawrzeć aranżowane małżeństwo i Mon Mothma to przeżywa dramatycznie. Tymczasem córka akceptuje i wchodzi w to. Taki jest dramat pierwszy a drugi to przygotowania do kłapania paszczą. MM chce powiedzieć że Palpatine jest niedobry co ma zrobić jakość i przełom. Nie ma to sensu bo równie dobrze mogłaby wystąpić w radio Wolna Galaktyka i tam edukować.

    Popatrzcie na siebie: mogą wam przytoczyć mnóstwo takich przemówień, CEP Zajączkowskiej,. CEP Jakiego, mogę przytoczyć wykończenie Pani Basi, bezprawne kajdanki, represje, areszty wydobywcze, bezprawne wejścia do TVP, zdjęcie prokuratora krajowego, kasację mandatów, ostatnie wały z lawą kampanią, które były już przy okazji wyborów samorządowych w Krakowie i co? I nic. Jak byliście po stronie darksajda tak jesteście bo tyle są warte takie przemówienia. Imperium istniało już 15 lat i każdy wiedział, co ma wiedzieć i bez kłapaniny.

    V Konspiracja

    Konspiracja to najsłabszy element serialu. Nie przestrzegają jej zasad w ogóle. Nie używają kryptonimów i pseudonimów. Np. nie powinni mówić o Yavinie, tylko mieć kryptonim, np. >Kura 1< Ci co tam są nie powinni wiedzieć, gdzie są. Powinny być punkty przeładunkowe, na których ładowaliby ludzi do swoich statków i wywozili na Yavin. Jakim cudem Imperium nie dowiedziało się o Yawinie nie wiem? Tzn. wiem. Imperium nie ma mocy przerobowych po prostu. To całe BBI liczy około dwudziestu ludzi, dowodzonych przez majora i liczba spraw którymi się są w stanie zajmować jest ograniczona. Rebelia z kolei to pięć (5) osób. I taka jest skala działań. Dedra ma stopień porucznika i nie widać za bardzo ludzi, którymi dowodzi. Jakby Luthen miał trochę rozumu to by sobie znalazł kumpla i by się rozdzielili i Imperium nie miałoby środków żeby ich szukać.

    Problem skali (którego nie ma w Oryginalnej Trylogii) łatwo można było rozwiązać lokalizując wydarzenia na obszarze będącym mentalnym odpowiednikiem Powiatu Bieszczadzkiego. Wtedy ograniczony rozmiar Dedry nie stanowiłby problemu (Zauważcie że Kloss nie był jeden. Obok niego mamy Stirlitza). Problemem jest też brak działań Biura Bezpieczeństwa na Ghorman. Od 3 lat planeta jest w kręgu najwyższego zainteresowania Imperium i nie ma tam żadnych werbunków. Powinni werbować masowo po typowej linii zapiłeś w robocie? strzeliłeś w ryj sąsiada? Nakłapałeś na Impusia? No masz problem ale my jesteśmy łagodni. Pomożesz nam to my pomożemy tobie. Odkrywczym by było gdyby było tam tak jak w enerdówku – wszyscy opozycjoniści w różnych komórkach okazali się kablami. Ale jeden nie wiedział o drugim i udawali. Lem pokazał coś podobnego w Tragedii Pralniczej, gdzie wszyscy okazali się pralkami? A Kalkulator? Kto czytał ten wie. Wszystkie zbuntowane roboty okazały się agentami. A tu widzimy jak Tony  Gilroy (dalej: Mały Antoś) wyobraża sobie konspirację. Tymczasem u nas każdy powinien przeczytać Kamienie Na Szaniec chyba. Polecam też takie dzieło:

    AGENTURA PAŃSTWO POLICYJNE - M. W. ALEXANDER

    https://unikatksiazki.pl/politologia-stos-miedzynarodowe/1170983124-agen...

    Kupiłem se to w drugim obiegu. Pozwala ogarnąć metody inwigilacji.

    Imperium natomiast, zamiast powołać organizację konspiracyjną złożoną z samych agentów, wysyła Sirila, który nawet nie wie co jest grane. Obyczajówka na linii Dedra-Siril jest fajna (teściowa!) ale to to jest nieporozumienie jednak. Ochrana jak inwigilowała bolszewizm? Kreując go. Zasadą działania imperialnych powinno być obchodzenia od strony radykalizmu: powołanie swojej organizacji, która będzie zarzucać Rebelii zdradę ideałów i bratanie się z Imperium. Podobnie obecnie totalni zarzucają pisiorom prorosyjskość. Mechanizm ten sam. 

    Podsumowanie

    Moja ocena jest subiektywna, gdyż skupiam się na aspektach ważnych dla mnie. Jak dla kogoś światotwórstwo nie jest ważne to inaczej będzie odbierał tą produkcję. W Nowej Nadziei pokazali część Imperium, sugerując że gdzieś tam jest reszta. Proste, Jak masz budżet na 3 czołgi to pokaż te 3 czołgi ale zasugeruj, że gdzieś dalej jest 300. A nie suponuj, że 3 czołgi to wszystko. W Imperium Kontratakuje też to rozumieli pokazując wydzieloną eskadrę Vadera. W Powrocie Jedi mamy lokalną w sumie awanturę na Endorze. I Ackbar zdaje sobie sprawę, że nie mają szans. Czy to Lando jest.

    Światotwórstwo dało by się jeszcze przeżyć ale mamy kwestię gatunku. Andor jest reklamowany jako Thriller a ma elementy dominujące opery mydlanej. Pojawia się kultowy text >chcesz o tym porozmawiać?< będący memem, dźołkiem, etc. Od lat 90-tych ubiegłego stulecia zresztą jest symbolem pustego dialogu, nabijania czasu itp. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: jak zapuszczam se podkast to oczekuję, że ktoś tam będzie kłapał paszczą nawet i przez trzy godziny. Jak se zapuszczam MMA to oczekuję walenia się po mordach. Ale gdy ktoś mi reklamuje MMA a siedzą i gadają to jestem poirytowany. Podobnie w odwrotnej sytuacji: gdy oczekuję debaty a się leją po mordach to nie. Gdyby Andor był reklamowany jako Niewolnica Isaura w kosmosie to bym się ekscytował i kibicował amorom Dedry i Sirila, Andora i Brix. Brix zadziałała zgodnie z zasadami redpila: zrobiła se dziecko z Andorem i zwiała. Będzie szukać teraz betabankomata.

    VI

    Jest tu kilka sensownych scen, np. odwetowe rozstrzelanie niewinnych. Ale to powinno na początku ustanawiać opresyjność reżimu. Mają problem z pokazaniem, czemu właściwie Imperium jest niedobre. A niechby w odcinku Boryna siał (ze zbożem) przeprowadzili kolektywizację. Od razu by było wiadome o co chodzi. Niechby Luthien szukał Gwiazdy Smierci aktywnie. A nie że mu kabel powiedział. Gdyby serial był o poczynaniach kabla to by był ciekawszy. Byłby on niczym Kloss dwulicowy itp. A tak to nie ma nic odkrywczego, wkręcają w reklamach, łołka za bardzo ni ma. Antosia męczą Gwiezdne Wojny. Robot, nazywany tam Droidem utrudnia opowiadanie historii. Jak chce kręcić Niewolnicę Izaurę to niech kręci a tu niech się odtenteguje od Star Łorsa. Nie wiem na ile Geekosfera ma rację twierdząc, że miało być pierwotnie pięć sezonów z których zrobili dwa. No zanudzilibyśmy się na śmierć jakby zamiast 3 odcinków z danego roku dostalibyśmy osiem pełnych zapychaczy. Z drugiej strony mamy wydażenia offskrin, których nie widzimy a o których nam mówią.

    Andorowi daję słabe 6/10. Co Sekcja 31 i Mando robią dobrze a Andor źle? Drugiego wpisu tu trzeba. 

    O Andorze na FIlmwebie:

    https://www.filmweb.pl/serial/Gwiezdne+wojny%3A+Andor-2022-866824
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Czy można mieć zaufanie do GH Development pyta portal https://serwis21.blogspot.com/2025/05/przedsprzedaz-mieszkan-przez-gh.html w kontekście inwestycji Marimonte:
    Z przyjemnością informujemy, że rozpoczęliśmy przedsprzedaż apartamentów w naszej prestiżowej inwestycji na Bielanach przy ul. Marymonckiej 4! Tuż przy stacji Metro Słodowiec. Marimonte to połączenie wysokiej jakości, komfortu i doskonałej lokalizacji, w otoczeniu zieleni, parków i terenów rekreacyjnych.

    - informował w marcu belgijski deweloper Gh Development.

    Serwis21 przytacza komentarz internautki Weroniki C.
    Deweloper, który w okresie lęgowym ptaków wycina wszystkie drzewa, w tym te stare położone w rogu działki, gdzie trudno wyobrazić sobie, że będzie stała choć jedna ściana jakiegokolwiek budynku. Przy alei Słowiańskiej i ul. Marymonckiej wycięte WSZYSTKIE drzewa, które mogły cieszyć również przyszłych mieszkańców. SKANDAL - komentuje w internecie Weronika C.


    Ale pytanie Serwis21 jest wynikiem innej inwestycji, o której wspomina internauta Edmund Grabowski:

    Jako potencjalny klient wyrażam obawy przed zakupem mieszkania od Państwa firmy z uwagi na ostatnie artykuły, które powstały o Państwa firmie i jej praktykach. Jak Państwo odniesiecie się do artykułu z 15 listopada 2023, który pojawił się na portalu Dorzeczy? 

    Chodzi o Wolską 31. Spółka Gadbrook sp. z o.o. z grupy GH Development, w styczniu 2020 roku „zakupiła” ten teren. Słowo "zakupiła" jest trochę na wyrost albowiem do dziś deweloper nie zapłacił za tą działkę, a właściwie wpłacił tylko pierwszą ratę, co stanowiło ok. kilkanaście procent wartości. Reszty już nie uregulowała. I to fakt bezsporny. 

    W sądzie rejonowym dla Warszawy Woli toczy się postępowania przeciwko GH Development, które ma na celu odzyskanie działki przez Wojciecha Jaworskiego. Można odnieść jednak wrażenie, że belgijski deweloper jednak nie chce zakończenia sprawy tj. uregulowania pozostałej należności czy też zwrotu nieruchomości, bo to by już uczynił. Może liczy, że druga strona się finansowo wykrwawi lub też że z przyczyn naturalnych nie będzie już w stanie prowadzić dalszego postępowania (wiadomo że postępowania sądowe w Polsce są długotrwałe)?. - zauważa portal Serwis21

    Tak czy owak sprawa Wolskiej 31 stawia pytanie - czy można mieć zaufanie do dewelopera, który stosuje takie praktyki?

    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
     

    Musimy wyeliminować [1] gości, którzy przez dekady sadzili farmazony o wymaganiach współczesnego pola walki. Że są takie wymagania i jakieś graty ich nie spełniają. Tj. mieliśmy jakieś graty w stylu czołgów T-72, T 55, jakieś armaty, zestawy przeciwlotnicze itp. Przestarzały sprzęt, al;e po modernizacjach. I zamiast zmagazynować to, zakonserwować to skasowali. Tymczasem istniało przekonanie wśród laików, że w razie czego się on przyda. Neosoviecka inwazja na Ukrainę pokazała, że sprzęt taki by mógł np. zwalczać drony, zabezpieczać teren kraju przed wrogą dywersją, uzupełnić straty. Jak się szpecurów zahaczyło w tym temacie to wyjaśniali oni, że Rosja to nasze brateńki są, nasi druzja, a Putin to duszeńka nasza luba, nasz człowiek w Moskwie. Ze strony Rosji zatem nic nam nie grozi.

    Drugim popularnym motywem był absolutny brak decyzyjności. Tu Bronisław Komorowski się odznaczał. Jak się go spytali o cokolwiek to odpowiadał, że po pierwsze poleci do sojuszników pytać się, co ma robić. Sam nie wie bowiem nic i nic nie umie. Tak było. Stąd wziął się pomysł, żeby wykroić jakąś brygadą ekspedycyjną na nowym sprzęcie, która będzie działać na misjach. A reszta będzie na szrotach działać. Stąd takie pomysły, jak misyjny czołg Anders, absolutnie nam nie przydatny.

    Było jeszcze takie pouczenie popularne, że jak się zaczniemy zbroić to Rosja się poczuje urażona i się obrazi, a jak będziemy bezbronni to się nie obrazi i będzie fajosko.

    Trzeba opracować procedurę wyrzucenia z eksperctwa takich nieudanych pseudoexpertów i wprowadzenie ekspertów. 

    II

    Zakupy PiS noszą znamiona nowoczesności w połączeniu z planami fabrykacji u nas czołgów K2 i haubic K9. Raczej niechcący zyskiwaliśmy na znaczeniu dla USA. W wypadku konfliktu na Dalekim Wschodzie bylibyśmy w stanie wysłać Koreańczykom Południowym liczne części zamienne, lufy, amunicję, gotowe maszyny itp. I moglibyśmy negocjować z USA. Moglibyśmy powiedzieć: patrzcie, jesteśmy ważni bo wspieramy kluczowy kierunek dalekowschodni. A Niemcy co wspierają? Guzik wspierają. Oczywiście to teoretyczna możliwość bo PiS ideologicznie odrzuca negocjacje: z wrogami nie można rozmawiać, a z przyjaciółmi nie można się targować bo to przyjaciele.

    Ważnym elementem tych zakupów była natychmiastowość: sprzęt od razu zaczął napływać, umożliwiając szybkie wdrożenie. Jak ktoś chce zapoznać się z skutecznym i szybkim sposobem wprowadzenia nowego sprzętu to niech se poczyta na Wikipedii artykuł o F 16: pierwsza wersja miała słabszy radar itp., ale szybko ją wprowadzili, szkolili pilotów, obsługę, całe jednostki na nowym sprzęcie. W międzyczasie weszła wersja docelowa do przygotowanych jednostek, a pierwsze F 16 doznały modernizacji dociągających je do standardu docelowego.

    U nas natomiast maniera była taka, że najpierw czekali na doprowadzenie sprzętu do doskonałości, co trwało lata. W międzyczasie pięć razy zmienia się koncepcja, jest zdejmowane finansowanie. Popatrzcie na cyrk jaki się dział przy okazji wdrażania Kraba. Aby uwalić Kraba Komorowski wyjechał z akcją na Szeremietiewa nawet. Pomijam już fakt, że nie wiedzieli o specyfice podwozia. Że nie potrafią zrobić.

    Abyśmy byli wiarygodnymi partnerami dla Amerykanów winniśmy posiadać:

    1. CPK, czyli duże lotnisko zdolne do odebrania znacznych transportów lotniczych. Jakby co.

    2. Infrastrukturę portową, zdolną do odbioru znacznych transportów morskich, w tym paliwa.

    3. Rurociągi, którymi to paliwo może zasilać wojska amerykańskie.

    4. Autostrady na linii północ-południe.

    Tymczasem CPK uwalone, port oddany Niemcom, etc etc. Ergo słuszne będzie przekonanie, że nie chcemy się bronić przed ruskimi. Istnienie ogromnego stronnictwa kompradorskiego czyniło plany pisoskie mało realnymi. Prawdopodobne było, że dojdzie do tego, co jest teraz. Przecież PiS nie miał nawet większości arytmetycznej. Nigdy.

    Alternatywą natomiast były jakieś pomysły niemieckie. Super Leopardy. Tylko czas realizacji jakiś chory. Kto to pamięta jeszcze?

    To jest mental taki. Wyobraźmy sobie rozpoczęcie produkcji gdzieś w 2030 roku. Pińć sztuk, dla nas pierwsze egzemplarze trzy lata później, też ze 3. Wdrożenie tego na 2040. Jakoś tak.

    III Borsuk

    Kto pamięta korwetę Gawron? Miało tego być siedem sztuk, ale skręcili to do jednego ORO Ślązak, który nie dostał rakiet, więc dla Rosji był niegroźny, bo bezbronny. Wpędził on stocznię w problemy, bo wymagał nakładów, które się miały rozłożyć na 7 okrętów. A tak to koszty stałe na jeden okręt się rozłożyły (!), czyli wcale. Czyli jego koszt wrósł. I jakoś zapomnieli we Wikipedii napisać że to Tusk skreślił program.

    W każdym razie zamówienie zaledwie 111 Borsuków, będących gąsienicowymi Bojowymi Wozami Piechoty, wygląda na próbę analogicznego zaorania Huty Stalowa Wola. Koszty rozkręcenia produkcji seryjnej rozłożą się na mała liczbę wozów, które przez to będą drogie. Nieopłacalne będą i projekt zostanie uwalony, a producent z długami. I będzie można go oddać Niemcom. Dodatkowo niemiecka Puma czeka. Puma nie pływa a Borsuk pływa. Dlatego Puma jest lepiej opancerzona i prostsza w budowie.

    Wyobraźcie sobie przetarg na konie dla wojska. W II RP np. Stadniny oferują konie a jeden gościu wielbłądy. I okazuje się, że wymogi są stopniowo zmieniane tak, że wielbłądy nagle spełniają kryteria. Może się okazać, że nagle pływanie nie jest ważne, a ważny jest pancerz. A wymóg pływania podraża projekt, wymaga ukształtowania kadłuba, zamontowania napędu itp. Borsuk dostosowany do niepływania może być niekonkurencyjny zatem.

    Przypisy:

    1 – z debaty publicznej. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Drugi sezon Andora wyszedł i wynurzenia osobników mających wcześniejszy dostęp budzą przerażenie. Ochy i Achy jakie to niby cudo, jak widać Disnejowi opłaca się dawanie wcześniejszych dostępów. Ja zaś zaprezentuję wam gorzką, spoilerową prawdę. 

    https://youtu.be/SekuPZ8irZk?si=Suq8nCIubjD2ngRa

    UWAGA SPOILER

    Mamy kontynuację pierwszego sezonu skonkretyzowaną w czterech wątkach: Wątek Andora, wątek Mon Mothmy, wątek zboża i wątek Deidry i Sirila - imperialnych fanatyków i funkcjonariuszy. Coraz bardziej razi uboga technika: mają roboty, mają loty międzygwiezdne a nie mają czujników ruchu, podczerwieni, WiFi, Blutufa. Przecież robot może monitorować na bieżąco i oceniać, bo rozumie co się mówi. Dalej imperialna bezpieka ma rozmach stołecznej komendy Milicji, paru gości tam siedzi i tyle. Nie są w stanie nic ogarnąć bo jest ich za mało.

    Poczekajcie bo dopiero trzy pierwsze odcinki wyszły i co tidzień będą kolejne 3 wychodzić. Także o trzech pierwszych odcinkach piszę. Są one zaprzeczeniem sztuki filmowej, która powinna pokazywać a nie mówić. Taki jest sens istnienia filmu jako filmu. Tutaj natomiast non stop ględzą. Pleplają: pleple, pleple, pleple (głosem Smolenia). W miejscach i momentach niestosownych. Np. na przyjęciu weselnym, gdzie ktokolwiek może usłyszeć przypadkiem. Dialogi te powinni przeprowadzać w szczelnym akustycznie pokoju, takim jaki jest w ambasadach: ściągasz buty i wchodzisz do wytłumionego pomieszczenia, aby uniknąć podsłuchu. Ci są niefrasobliwi. Podobnie w wątku Andora ów bohater strzela gadkę motywacyjną, która jest w danym momencie bez sensu. Bo ktoś może przypadkowo usłyszeć. Zabrnęli już tak daleko, że nie mogą się cofnąć. Ale muszą peplać i peplać. Skoro mechanika, która jest obiektem motywacji się boi to pokażcie, że się boi.

    Filoni z Favreau rozumieją tą mechanikę filmową. W Mandalorianinie jest wiele scen zrobionych po filmowemu, np. moment w którym rusza on na ratunek Grogu w imperialnej opresji. Bardzo dobra scena. Generalnie Andor nie ma startu do Mandalorianina i w ogóle do tzw Filoniverse.

    Przejdźmy do kolejnego elementu świata przedstawionego, czyli do konspiracji. Rebelianci nie stosują zasad konspiracji i nie mówcie, że jeszcze się nie znają, że początkujący są. Imperium powinno ich wszystkich wyłapać bez problemu, a że ich nie łapie? Tak samo nieudolne jest jak Rebelia i się nie zna na łapaniu. Popatrzcie sobie na Klosa, jakie tam metody stosują. Pseudonimy, znaki rozpoznawcze. Doniczkę w oknie mają nawet. Jest doniczka po prawej: możesz wejść. Szyfry, kryptonimy, etc. Dziura w niebie by się nie zrobiła jakby zaprezentowali nam profesjonalną konspirację, nawet z uwypukleniem dwulicowości. Ale widz amerykański nie zrozumie postaci Klossa, który niby jest w Abwehrze oficerem, ale naprawdę infiltruje ją. Podobnie ja infiltrowałem konwent Imladris. Dygresja taka.

    Mon Mothma mogłaby by taką postacią podwójną, z jednej strony szyszka impierialna a z drugiej szef rebelianctwa. Niestety nie jest gdyż niczym nie kieruje, a Rebelią to na pewno. Przeżywa ślub córki, że pod przymusem niby jest. Ale córeczka jest za, podoba jej się. Ergo MM jest odklejona bo projekcjuje na nią odczucia ze swojego ślubu i nieudanego małżeństwa. A węzeł małżeński aranżowany to nic nowatorskiego nie jest. Raczej powszechnym rozwiązaniem to było u nas. Więc nic specjalnego.

    Owa Mon wydaje się mniemać, że walkę z imperium da się prowadzić przemowami w senacie i wydaje się nie pojmować skutków walki zbrojnej. I to po wojnach klonów, gdzie straty były spore wszak. Przeżywa wykończenie księgowego, podczas gdy w tym samym czasie w zbożu Andor wykańcza dziesięciu szturmowców i nikt się nimi nie przejmuje. Że jak tak można?

    Zboże zaś ewidentnie zostało wprowadzone w reakcji z Rebel Moona. Tam Snyder wprowadził wojnę kosmiczną o zboże wartości ok 60 000 dolarów. Disney więc stwierdził, że też musi mieć zboże. Tak działają korporacje: jedna robi coś głupiego a reszta naśladuje. Mamy zatem grupę kolegów Andora ukrywających się w zbożu, nie mają nowych tożsamości, nic. Nie mają przećwiczonych działań na wypadek pojawienia się imperialistów, którzy ostatnio byli tam 10 lat temu, czyli na początku istnienia Imperium. Nie mówcie nawet, że się nie da słałszować tozsamości, bo mamy do czynienia z galaktyka, gdzie istnieją miliardy planet, istot róznych, są grupki taka jak Ewoki itp. Pomysł z nadawaniem PESELu wszystkim mieszkańcom jest zatem idiotyczny (Solo). Pomysł z lokalizatorem jest jeszcze głupszy, bo nie ma sensownego wyjaśnienia jego działania (Mandalorianin). Dlatego jestem przeciwny tzw. rozszerzaniu universum, bo ono psuje to, co jeszcze nie zostało popsute.

    Gdyby Imperium, czy też cała Galaktyka miała rozmiar Powiatu Bieszczadzkiego wszystko nabrałoby sensu: mamy miasta jak Sanok czy Lesko czy Ustrzyki Dolne, mamy osady, mamy niedźwiedzie, mamy pustki. A tak to nie wiem o co chodzi. Andor przenika tajności bazy Imperium, czyli musi mieć lewe papiery i ti specjalne. Potem leci na miejsce spotkania z drugim rebeliantem. Nie ma tam żadnych kodów, pojawia się przypadkiem (dwa przypadki mamy: rebeliantów tych i inspekcję imperialną) grupa rebeliancka która zaczyna się zwalczać wzajemnie. Nie mam siły do tego.

    Wnętrza są za to w końcu jasne, porzucili modę mroczną znaną z Star Treka Discovery choćby. Na tle innych produkcji Andor przewyższa Akolitę, bo wszystko przewyższa Akolitę. Jest słabszy od Sekcji 31, która: konsekwentnie jest filmem a nie pseudoserialem, ma zaawansowane technologie jak przesunięcie fazowe i nanoUFOk, tajna grupa jest tajna, jest nawet cesarzowa, której potworność przewyższa Imperium. Zauważyliście, że Austriacki Akwarelista od razu rozgonił towarzych a Palpatine męczył się z senatem dwadzieścia lat? To tak na marginesie.

    Nie oglądajcie zatem tego Andora bo to pomieszanie z poplątaniem. 6/10 Kontrast między pląsami na ślubie a walką w zbożu - to jest główny moment serialu. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka była bardzo niezadowolona.
    - Podobno wczoraj u was w szkole był prezydent stolicy? - spytała syna.
    - Pierwsze słyszę.
    - Nawet był u was w klasie.
    - To ciekawe, bo go nie widziałem.
    - Może po prostu go nie rozpoznałeś, nie spodziewałeś się...
    - Coś ty! Nikt go nie widział. Nie było go i tyle.
    Mamie Łukaszka zaczęły trząść się ręce.
    - Jak możesz... Szkalować polityka tej formacji... Patrz tutaj...
    I mama Łukaszka pokazała mu artykuł w regionalnym dodatku Wiodącego Tytułu Prasowego.
    - Widzisz? Prezydent stolicy pokazuje dokument, że wygrał konkurs rzutów osobistych w koszykówce.
    - Przecież to... - machnął ręką Łukaszek i sięgnął po smartfona. - Widzisz? To jest profil naszej szkoły. Tu jest wpis o konkursie rzutów. I są zdjęcia. Czterdzieści sześć zdjęć. I nigdzie go nie ma.
    Mama zacięła usta, zmarszczyła czoło i wyszła z kuchni. Słychać było jak do kogoś telefonuje. Wróciła później do kuchni i nie odezwała się ani słowem.
    - O! - zauważył po paru minutach Łukaszek patrząc przez okno. - To nasz pan od informatyki. Biegnie do szkoły. Dziwne.
    Kwadrans później mama Łukaszka dostała esemesa. Przeczytała go z satysfakcją i poprosiła Łukaszka by jeszcze raz zajrzał na profil szkoły. Na ten wpis o konkursie rzutów.
    - Przecież to było wczoraj, co dziś mogło się zmienić... - zaczął Łukaszek i zamarł. We wpisie nie było już czterdziestu sześciu zdjęć ale czterdzieści osiem.
    - Dwa dodano przed chwilą - dukał zaskoczony Łukaszek.
    - No otwórz je, popatrz, popatrz dobrze - naprowadzała go mama. - Widzisz! Widzisz, jest! A mówiłam od początku, że był, tylko go nie rozpoznałeś! A on był na tym konkursie, na tej samej sali gimnastycznej co ty!
    - Gdzie on niby stoi? Który to ten prezydent?
    - No ten niski, w czapce kominiarce.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Znaczne opóźnienie programu budowy amerykańskiego ciężkiego czołgu sprawiło, iż pierwsze M26 trafiły do Europy dopiero na początku 1945 roku.
     
     
               Pierwsze egzemplarze czołgu M26 dotarły do portu w Antwerpii w styczniu 1945 roku i zostały przydzielone (po 10 sztuk)  dwóm dywizjom pancernym US Army, 3. i 9.
     
     
                 Do pierwszego starcia czołgów M26 doszło wieczorem 26 lutego 1945 roku, kiedy uległ zniszczeniu jeden M26 z amerykańskiej 3. Dywizji Pancernej, Czołg próbował się przedrzeć przez zaporę wzniesioną na drodze, a jego pozycję zdradził pożar pobliskich gruzów, na którego tle zarys wieży pojazdu stał się widoczny dla załogi znajdującego się blisko, ale niezauważonego przez Amerykanów, niemieckiego czołgu ciężkiego Tiger Ausf. E; z odległości niespełna 100 m wpakował w M26 trzy pociski.
     
     
                Nazajutrz inny M26 z tej samej dywizji pomścił  go, niszcząc innego „Tygrysa” Ausf. E czterema strzałami z odległości około 860 m. Pierwszy z wystrzelonych pocisków, typu M304 HVAP-T, zniszczył jedną z rozmieszczonych w przodzie kadłuba przekładni głównych niemieckiego czołgu, i unieruchomił go. Drugi pocisk, T33 AP-T, trafił i przebił dolną część grubej tarczy działa czołgowego, a eksplozja wewnątrz „Tygrysa” wyeliminowała ten wóz bojowy z walki.
     
     
               W czasie walk o Kolonię 6 marca 1945 roku M26 z 3. Dywizji Pancernej zniszczył trzema strzałami niemiecki czołg typu Panther. Ten pojedynek wozów pancernych sfilmował operator z Korpusu Łączności US Army. Ujęcia z tego filmu  są często wykorzystywane w filmach dokumentalnych o wojnie w Europie.
     
     
              Najsławniejsza akcja z udziałem czołgów M26  miała miejsce 7 marca 1945 roku, gdy cztery M26 z 9. Dywizji Pancernej wspomogły zdobycie kolejowego mostu im. Ludendorffa na Renie w Remagen.
     
     
                Do końca marca 1945 roku do Europy dostarczono kolejnych 40 czołgów M26. Przydzielono je amerykańskiej 9. Armii, z czego 22 trafiły do 2. Dywizji Pancernej, a pozostałych 18 do 5. Dywizji Pancernej. Na początku kwietnia 1945 roku 11. Dywizja Pancerna z 3. Armii generała George’a S. Pattona otrzymała 30 M26. Jednak wtedy wojna w Europie do biegała końca i nie doszło już do pojedynków między M26 a czołgami niemieckimi.
     
     
                Wraz z zakończeniem walk na froncie europejskim Amerykanie skoncentrowali wysiłek zbrojny na zmaganiach na Pacyfiku. Na Okinawie japońskie armaty przeciwpancerne 47 mm zniszczyły wiele słabo opancerzonych czołgów M4. W rezultacie do walk o tę wyspę postanowiono wprowadzić 12 M26. Czołgi M26 dotarły na Okinawę już po zakończeniu tam walk, w lipcu 1945 roku.
     
     
               Już po II wojnie światowej M26 otrzymał oficjalną nazwę General Pershing, na cześć generała Johna J. „Black Jacka” Pershinga, który dowodził Amerykańskim Korpusem Ekspedycyjnym (AEF) we Francji podczas I wojny światowej.
     
     
                W maju 1946 roku M26 przeklasyfikowano i zaliczono do czołgów średnich, gdyż w US Army przewidywano w tym czasie opracowanie czołgów znacznie większych i cięższych. W myśl nowej klasyfikacji czołgi lekkie mogły ważyć do 25 t, a wszystkie czołgi o masie od 26 do 55 t uznano za średnie. Masa czołgów ciężkich wynosiła od 56 do 85 t, natomiast czołgi ważące od 86 t określano mianem superciężkich.
     

               Mimo że w początkach wojny amerykańskie wojska pancerne nie przejawiały większego zainteresowania czołgami ciężkimi, to  Departament Uzbrojenia zainicjował we wrześniu 1943 roku prace projektowe nad kolejnym typem takiego czołgu. Wyniki analiz wskazywały, że po zaplanowanej inwazji w Europie Zachodniej jednostki armii amerykańskiej natrafią tam na system fortyfikacji wzdłuż granic Niemiec, znany jako Wał Zachodni albo Linia Zygfryda. Mając to na względzie, Departament Uzbrojenia przewidywał potrzebę opracowania nowego czołgu ciężkiego z działem zdolnym do rozbijania grubych betonowych ścian.
     

               Departament Uzbrojenia przewidywał budowę ciężkiego czołgu, wyposażonego w działo 105, chroniony przez odlewany pancerz czołowy o grubości ponad 200 mm. W czołgu, oznaczonym jako T28,  nie przewidywano zastosowania obrotowej wieży. Pojazd był również pozbawiony współosiowego, sprzężonego z uzbrojeniem głównym karabinu maszynowego.
     

               Ponieważ T28 miał być pojazdem bezwieżowym, od marca 1945 roku tego wozu bojowego nie określano już mianem czołgu ciężkiego. Nieco później wprowadzono oznaczenie 105 mm GMC (Gun Motor Carriage – działo samobieżne) T95.  Dopiero w maju 1945 roku rozpoczęto montaż dwóch egzemplarzy T95. Wkrótce potem projekt anulowano.
     
     
               Należy także wspomnieć o planach opracowania czołgu dorównującemu parametrom niemieckiego Tygrysa.  Jeden z nich, uzbrojony w armatę kalibru 105 mm w wieży, otrzymał oznaczenie T29, a drugi, oznaczony symbolem T30, w działo 155 mm w wieży. Wieże tych czołgów ciężkich były całkowicie odlewane.
     
     
               W marcu 1945 roku Komisja Uzbrojenia wybrała 6-miejscowy T29  i zarekomendowała wyprodukowanie 1200 sztuk czołgu. Jednak zakończenie walk w Europie, a  przede wszystkim kapitulacja Japonii w sierpniu 1945 roku, spowodował wstrzymanie programu T29; powstał tylko jeden egzemplarz tego 70-tonowego pojazdu, a drugi znajdował się wtedy w trakcie budowy.
     
     
                Brak zainteresowania US Army projektami rozwoju broni pancernej w okresie międzywojennym sprawił, iż dopiero u progu II wojny światowej rozpoczęto prace nad stworzeniem amerykańskich czołgów. Priorytetowe potraktowanie budowy średniego czołgu oraz niechęć dowództwa amerykańskich wojsk pancernych do ciężkich czołgów doprowadziło do tego, iż pierwsze amerykańskie ciężkie czołgi trafiły na front dopiero na początku 1945 roku, kiedy wojna w Europie zmierzała do końca.
     
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    M. Green – Amerykańska broń pancerna w II wojnie światowej
     
    A. Zasieczny - Czołgi II wojny światowej
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Wiktymiusza ze swoim synem i mama Łukaszka bez swojego syna wracały z zakupów. Narzekały na polskie sądownictwo.
    - Mama miałaś mi kupić lody - marudził Wiktymiusz.
    - Lody bez robaków są bardzo drogie, a te z robakami się skończyły.
    - To co mam lizać?
    - Pietruszkę sobie poliż - mama Wiktymusza sięgnęła do torby i kontynuowała rozmowę z mamą Łukaszka:
    - To skandal co narobiła poprzednia władza. Neosędziowie, dopuszczani do neosądzenia przez neoprezesów, siedzących w swoich neotrybunałach...
    - A to wszystko przez prezydenta - kiwała głową mama Łukaszka i kiedy tak kiwała zauważyła kątem, że ktoś ku nim biegnie.
    Był to Łukaszek.
    - Wy... Tu... sobie... spokojnie idziecie... - sapał. - A tam... Pod blokiem... Karetka stoi... I czeka... A licznik bije...
    Obie mamy spojrzały na siebie.
    - Karetka? Do kogo? - zapytała mama Łukaszka.
    - Do was! - Łukaszek wskazał mamę Wiktymiusza.
    Mamę zatkało.
    - Ale jak to? Kto? Ja jej nie wzywałam, mąż w pracy... Kto to zrobił?
    - Chodźmy się dowiedzieć - zaproponowała mama Łukaszka i wszyscy szybkim krokiem ruszyli pod blok. Musieli trochę zwolnić, bo Wiktymiusz apatycznie wlókł się za nimi liżąc pietruszkę.
    Wreszcie dotarli na miejsce.
    Karetka faktycznie stała pod blokiem. Zdenerwowany lekarz przechadzał się wokół pojazdu. Na ich rozłożył ręce i krzyknął:
    - No ileż można czekać!
    - Ale o co chodzi, co się stało - jąkała się mama Wiktymiusza połykając powietrze.
    - Chodzi o niego - lekarz wycelował palec w Wiktymiusza.
    Wiktymiusz upuścił pietruszkę.
    - Zamienili go w szpitalu, wiedziałem, prawie jak w serialu! - wołał Łukaszek.
    Wiktymiusz zaczął płakać.
    - Przestań błaznować, bo ci wytnę oko - zgromił lekarz Łukaszka i wyjął z karetki jakieś papiery. - Cztery lata temu pani syn padł ofiarą ataku wyrostka...
    - Jesteśmy tolerancyjni, nie będziemy składać zawiadomienia na migrantów, zwłaszcza na młodocianego - zapewniła pospiesznie mama Wiktymiusza.
    Lekarz spojrzał na nią złym okiem.
    - Niech mi pani nie przerywa, nie dokończyłem zdania. Pani syn padł ofiarą ataku wyrostka robaczkowego.
    - I dopiero teraz przyjeżdżacie go wyciąć? - spytała domyślnie mama Łukaszka.
    - Bez przesady, na wyrostek nie czeka się cztery lata - machnął ręką lekarz.
    - Tylko trzy - zachichotał ktoś z tłumu.
    Lekarz puścił tę zaczepkę mimo uszu i znów zajrzał w papiery.
    - Operacja się odbyła i wyrostek został usunięty. Jest tylko jeden problem. Operował neochirurg.
    - To znaczy? - spytała słabo mama Wiktymiusza.
    - To znaczy, że zabiegu dokonała nielegalnie dubler dopuszczony do zawodu przez nielegalnie wybrany neoorgan samorządu lekarskiego. Oldizba lekarska...
    - Oldizba???
    - Stara, legalna izba. Nakazała uchwałą cofnięcie wszystkich skutków jego operacji.
    - Zaraz - zamachał rękami Łukaszek. - Chyba nie chce pan powiedzieć, że przyjechaliście po niego żeby mu wszyć z powrotem...
    - Tak - rzekł uroczyście lekarz.
    Wszyscy spojrzeli na Wiktymiusza, który znowu lizał pietruszkę.
    - Przecież to jakiś absurd! - zakrzyknęła mama Wiktymiusza niepomna, że jeszcze niedawno pomstowała na neosędziów. - A koszta?
    - Państwo pokryje. Praworządność nie ma ceny.
    - Ale niech pan pomyśli, a jak go znowu rozboli? Drugi raz będziecie mu wycinać? - argumentowała mama Łukaszka.
    - Będziemy.
    - NFZ zapłaci, co? - odezwał się Łukaszek. - Odkryliście żyłę złota. Podwójne wycinanie wyrostka u pacjenta. Ale jest jeden problem, o którym chyba nie pomyśleliście.
    - No, słucham - lekarz założył ręce na piersi.
    - Od tamtej operacji minęły cztery lata. Jego wyrostek dawno zgnił na śmietniku...
    - A właśnie, że nie! Poszedł na rosół! - i lekarz widząc, że niektórzy widzowie tej sceny zaczynają mdleć albo łapać się za usta dodał pospiesznie:
    - Żartowałem! Odpady medyczne się pali!
    - Jeśli został spalony to co mu teraz wszyjecie? - spytał chytrze Łukaszek.
    - Pomyśleliśmy o tym! Mamy dawcę - uśmiechnął się zwycięsko lekarz i dorzucił:
    - Z Ukrainy.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Dopiero zwycięstwo Niemców w wojnie 1939 roku skłoniło niektórych dowódców amerykańskiej armii lądowej do zainicjowania programu budowy czołgu ciężkiego.
     
     
             Początkowo nowy czołg ciężki miał być pojazdem wielowieżowym, tak jak niektóre z ciężkich wozów Armii Czerwonej z końca lat 30., w rodzaju czołgów ciężkich T-35.
     
     
             Projekt ten szybko zarzucono na rzecz czołgu z pojedynczą dużą wieżą i działem kalibru 76 mm. W grudniu 1940 Departament Uzbrojenia zawarł kontrakt z zakładami Baldwin Locomotive na budowę prototypu czołgu ciężkiego. Czołg miał ważyć ok. 50 ton i być wyposażony w armatę 76 mm oraz 2-4 karabiny maszynowe. W czołgu o oznaczeniu T1 miano wykorzystać  9-cylindrowego, gaźnikowego, chłodzony powietrzem silnik gwiazdowy oznaczenie Wright G-200 Model 781C9GC1 o mocy 700 KM przy 1950 obr./min. W podwoziu zastosowano układ HVSS (poziomego zawieszenia sprężynowo-spiralnego).
     
     
              Pierwszy egzemplarz czołgu T1 dostarczono w sierpniu 1941 roku, nadając mu oznaczenie T1E2. Bez załogi i zapasu amunicji prototyp miał masę 55 t. Jego długość wynosiła 612 cm, a szerokość i wysokość 312 cm. Najmocniejsze opancerzenie (127 mm) zastosowano w przodzie wieży.
     
     
              Gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, zapadła decyzja o skierowaniu T1E2 do masowej produkcji, mimo wielu wad tego czołgu. Dla sprostania zapotrzebowaniu na wielką liczbę czołgów ciężkich, zaproponowano zbudowanie części z nich z wykorzystaniem spawanych płyt pancernych w kadłubie oraz napędu dieslowskiego w postaci czterech silników General Motors 6-71, połączonych z dwoma układami przeniesienia napędu typu Hydramatic. W takiej wersji czołg nosił oznaczenie T1E4. Inny wariant tego czołgu ciężkiego, z kadłubem ze spawanych płyt, lecz z oryginalnym silnikiem Wright G-200, był znany jako T1E3.
     
     
               W kwietniu 1942 roku Komisja Uzbrojenia przyjęła nowe nazewnictwo modeli T1E2 i T1E3. Ten pierwszy  otrzymał oznaczenie czołg ciężki M6, a T1E3 – M6A1.
     
     
               W grudniu 1942 roku pierwsze seryjne M6 wyjechały z hal montażowych. W tym samym miesiącu ówczesny dowódca amerykańskich wojsk pancernych, generał Jacob Devers w liście do gen. Lesleya J. McNaira, naczelnego dowódcy wojsk lądowych, wskazując, iż „w związku z kolosalną masą i ograniczoną przydatnością taktyczną [M6], ten czołg ciężki nie jest potrzebny wojskom pancernym. Wzmocnienie uzbrojenia czołgu ciężkiego nie rekompensuje niedostatków wynikających z cięższego opancerzenia”, zalecał wstrzymanie programu rozwoju czołgu ciężkiego.
     
     
               Opinia wyrażona przez Deversa stanowiła odzwierciedlenie powszechnego podówczas przekonania w amerykańskich wojskach pancernych, że więcej sensu ma przerzucenie za morze dwóch czołgów średnich, które na pokładzie transportowców zajęłyby tyle miejsca, ile jeden czołg ciężki. Służby logistyczne US Army podzielały zdanie Deversa na temat czołgów ciężkich, co ostatecznie doprowadziło do zaniechania produkcji M6. Ostatecznie powstało zaledwie 40 egzemplarzy tego czołgu.
     
     
               Pomimo anulowania programu produkcji seryjnej M6 Departament Uzbrojenia kontynuował próby z tymi czołgami, licząc na zmianę nastawienia dowództwa sił pancernych. Przeprowadzone próby z dalszym zwiększeniem grubości pancerza oraz wyposażeniem czołgu w armatę o kalibrze 90 mm nie wpłynęły na zmianę pancerniaków.
     
     
                M26 – tak jak czołgi serii M4 – miał współosiowy karabin maszynowy kalibru 7,62 mm w wieży oraz jeszcze jeden z przodu kadłuba, obsługiwany przez drugiego kierowcę. Istniała również możliwość zamontowania kaemu 12,7 mm na stropie wieży czołgu M26
     
     
               Dopiero w grudniu 1943 roku zadecydowano o wznowieniu prac nad nowym ciężkim czołgiem , który otrzymał początkowo oznaczenie T26, a jego kolejne modyfikacje T26E1 oraz T26E3.
     
     
               W listopadzie 1944 roku ruszyła  produkcja – w zakładach zbrojeniowych Fisher Tank Arsenal – T26E3.  Od marca 1945 roku produkcja T26E3 odbywała się również w Detroit Tank Arsenal. W tym sa mym miesiącu T26E3 stał się oficjalnie znany jako czołg ciężki M26.
     
     
              Masa bojowa M26 wynosiła 46 t, a maksymalna grubość pancerza – na poziomej tarczy działa, wykonanej z odlewanej stali – 114 mm. Niemal pionowe boki obracanej elektrycznie, odlewanej wieży czołgu miały grubość 76 mm. Grubość odlewanej czołowej płyty pancernej kadłuba czołgu M26 wynosiła 4 cale (101 mm), a jej pochyłość 46 stopni. Dolna część przodu kadłuba, również z odlewanej stali, miała 3 cale (76 mm) grubości oraz 53-stopniowy skos. Boczny pancerz był pionowy, 76-milimetrowy i wykonany ze spawanych płyt stalowych.
     
     
              W M26 w od różnieniu od czołgów M4 zastosowano podwójny układ kierowniczy; kierowca siedział z przodu kadłuba po lewej stronie, natomiast drugi kierowca, obsługujący karabin maszynowy w kadłubie, na prawo od niego. Takie rozwiązanie okazało się możliwe dzięki użyciu skrzyni biegów Torqmatic, bez ręcznej dźwigni sprzęgła, znanej z ręcznego układu przeniesienia napędu w czołgach M4.
     
     
              W podwoziu M26 zastosowano opracowany pod nadzorem Departamentu Uzbrojenia system drążków skrętnych, z 12 osobno resorowanymi kołami jezdnymi – po sześć po obu stronach kadłuba. Czołg miał całkowicie stalowe gąsienice typu T81, o szerokości 24 cali (61 cm), lub ich ulepszoną wersję, znaną jako T81E1. Ośmiocylindrowy, chłodzony cieczą silnik gaźnikowy Ford GAF osiągał moc 500 KM przy 2600 obr./min, co zapewniało czołgowi prędkość maksymalną 40 km/h na drodze. Zasięg M26 w jeździe z przeciętną szybkością po utwardzonej drodze wynosił ponad 160 km. a więc był zbliżony do czołgu typu M4.
     
     
              Lufa działa 90 mm M3 czołgu M26 miała długość 472,5 cm. Podobnie jak w niemieckich działach z późniejszych lat wojny, w amerykańskich armatach czołgowych stosowano hamulec wylotowy, który zarówno zmniejszał odrzut, jak i częściowo utrudniał nieprzyjacielowi zlokalizowani pozycji stacjonarnego działa lub czołgu prowadzącego ostrzał.
     
     
               Pocisk M304 HVAP-T, cechujący się prędkością początkową 1021 km/h, przebijał pancerz grubości 221 m z 457 m (a zatem był dwukrotnie skuteczniejszy niż standardowa amunicja). Z 1000 jardów (914,5 m) przebijał 201-milimetrowe opancerzenie, a z 2000 jardów (1829 m) – 155-milimetrowe. Ponieważ okazało się, że te pociski odbijały się od stromego pancerza czołowego czołgu Panther (PzKpfw. V) z odległości mniejszej niż 450 jardów (411,5 m), opracowano inny typ amunicji. Była ona znana jako przeciwpancerne pociski smugowe (AP-T) T33 i stanowiła wariant standardowego, jednolitego pocisku M77, utwardzony za pomocą dodatkowego hartowania i zaopatrzony w cienką metalową owiewkę, poprawiającą właściwości aerodynamiczne. Przy prędkości początkowej 853,5 m/s, a więc dużo mniejszej od M304 HVAP-T, T33 był w stanie przebić czołową płytę pancerza „Pantery” z odległości około kilometra.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka się uparła i zmusiła cała rodzinę by obejrzeli w Telewizji Publicznej najnowszy film Hognieszki-Alland "Przesłuchanie '50". Jak sam tytuł wskazywał akcja działa się w roku 1950. Tematem filmu było przesłuchanie najbliższej współpracowniczki lidera partii opozycyjnej.

    Przesłuchiwana została przywieziona w środę do budynku prokuratury. Tam poprosiła o obecność swojego pełnomocnika. Prokurator Wrzowa-Esek odmówiła mówiąc:
    - Żyjemy w czasach powojennych, gdzie „po lasach grasują bandy”, państwo wciąż jest zagrożone i trzeba działać w sposób niestandardowy. Prokurator ma prawo sam oceniać, jakie działanie jest zgodne z interesem społecznym. Ja mam odwagę to robić. Ci, którzy mnie najgłośniej krytykują – nie.
    - Mam powody by wątpić w pani obiektywność - powiedziała słabo przesłuchiwana. Bo nie kto inny jak sama pani prokurator wynosiła kilka lat temu informacje dotyczące śledztwa by pomóc kandydatowi PZPR na prezydenta.
    - W takim razie oprócz mnie będą jeszcze dwie osoby, w których obiektywność na pewno pani nie wątpi - odezwała się pani prokurator. - Będzie to sędzia Trybunału Konstytucyjnego z nadania PZPR i mecenas Gierman-Rotych, poseł na Sejm z ramienia PZPR.
    Wymienieni panowie weszli i przesłuchanie się zaczęło.
    - Nie ma protokolanta? - zdziwiła się przesłuchiwana.
    - Będziemy protokołować na zmianę - oświadczył poseł Gierman-Rotych.
    - Ale ja mam problemy ze wzrokiem i nie dam rady przeczytać.
    - To nic, my pani przeczytamy, a pani tylko się podpisze - zatarł ręce zadowolony sędzia z PZPR.
    Przesłuchanie trwało pięć godzin. Po tym przesłuchiwana wróciła do domu w bardzo złym stanie psychicznym, a w sobotę zmarła.
    I się zaczęło.
    W niedzielę ukazał się nadzwyczajny dodatek do "Selektywnej Prawdy", prasowego organu organizacji Zemsta Proletariatu. Tam redaktor Czujciech-Wonowski opisywał zawartość protokołu przesłuchania. Nie podał kto mu go udostępnił, ale za to podał, że był to trzy osoby. Podobno przesłuchiwana opowiedziała, że widziała na własne oczy jak jej szef, lider opozycyjnej partii, kupił plany budowy wieżowca na wsi.
    W poniedziałek wywiadu udzielił młody rzecznik prokuratury.
    - Przesłuchiwana miała zaledwie sześćdziesiąt sześć lat, to jeszcze krzepki wiek, doskonale zniosła pięć godzin przesłuchania - powtarzał przez pół godziny po czym zbladł i zemdlał. Okazało się, że z odwodnienia. Natychmiast dostał od prokuratury tydzień planowanego urlopu na żądanie.
    Po sekcji zwłok okazało się, że przesłuchiwana zmarła na zawał.
    We wtorek opublikowano protokół z pięciogodzinnego przesłuchania. Miał siedem linijek. Podano tam, że przesłuchiwana była zdenerwowana i odmawiała odpowiedzi. Nie było ani słowa o planach wieżowca na wsi, ale redaktor Czujciech-Wonowski się tym nie przejął. Miał nową teorię. Współpracowniczkę opozycji po złożeniu zeznań zabił lider opozycji, żeby nie złożyła zeznań.
    Prokurator Wrzowa-Esek zagroziła procesem każdemu kto będzie mówił o tym, że wobec przesłuchiwanej stosowano metody stalinowskie.
    - To podłe kłamstwo! Przecież wróciła do domu z wszystkimi paznokciami! I nie było żadnego przytrzaskiwania jąder szufladą!
    Głos zabrał prokurator generalny.
    - Zachowanie prokurator podczas przesłuchania nazwałbym kurtuazyjnym. Nie wolno łączyć przesłuchania ze śmiercią. Kto podniesie ręką za takim połączeniem... - tu prokurator zawiesił głos - temu władza ludowa tą rękę odrąbie!
    Ludzie jednak łączyli.
    Wszyscy się wypowiadali.
    I osoby pełniące funkcje, i ci co nie pełnili.
    I chudzi i grubi, i chamscy i mili.
    I starzy i młodzi, i mali i duzi.
    Bruneci i łysi, blondyni i...
    No premier Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej się właśnie nie wypowiadał. Podano tylko komunikat, że zachorował.
    W poniedziałek podczas weekendu na nartach skręcił sobie środkową nogę.

    - Jak to dobrze, że to tylko film - zawołała mama Łukaszka po zakończeniu emisji. - U nas teraz takie rzeczy się nie dzieją, prawda?
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1944 roku amerykańskie fabryki zaczęły produkować czołgi M4 drugiej generacji.
     
     
                 Starania podejmowane przez Departament Uzbrojenia w celu utrzymania wartości bojowej czołgów typu M4 na odpowiednim poziomie, doprowadziły do znacznego przeprojektowania przedniej części kadłuba Shermana oraz wprowadzenia licznych modyfikacji. Większość M4 drugiej generacji uzbrojono w potężniejsze działo 76,2 mm w wieży. Pierwsze egzemplarze nowego typu powstały w styczniu 1944 roku i otrzymały oznaczenie M4A1(76)W.
     
     
               Jednakże bardzo szybko liczba zmian i usprawnień, których wprowadzenia w czołgach M4 się domagano, stała się tak znaczna, że niezbędne stało się przerobienie całej konstrukcji. Prace nad tym zaczęły się w lipcu 1943 roku, a ich w rezultacie powstały dużo lepsze czołgi M4 drugiej generacji.
     
     
               W grudniu 1943 roku wytwórnia Chrysler rozpoczęła prace nad tym projektem, a w lutym 1944 roku zaprezentowano prototyp czołgu.
     
     
               Najpoważniejsza zmiana, wprowadzona w większości czołgów M4 drugiej generacji, polegała na użyciu potężniejszego działa czołgowego kalibru 76 mm, w nowej, większej, odlewanej wieży. Jednocześnie zrezygnowano z ruchomej osłony przed tarczą działa na rzecz poziomej tarczy działa o grubości 89 mm. Wielu czołgistów uważało jednak, że nowa podstawa jest za lekka jak na działo kalibru 76 mm, i przyczynia się do jeszcze większej niecelności tej
    armaty w czasie strzelania.
     
     
                Inną ważną innowacją w M4 drugiej generacji było wprowadzenie nowej wieżyczki dla dowódcy pojazdu, zaopatrzonej w sześć wielowarstwowych wizjerów ze szkła pancernego, rozmieszczonych równomiernie wokół klapy włazu, na którego osłonie znajdował się też peryskop typu M6.
     
     
                Zewnętrznym, łatwo zauważalnym elementem wyróżniającym odlewaną i spawaną górną część kadłuba czołgów M4 drugiej generacji był brak wystających klap włazów kierowcy i strzelca zajmującego miejsce w kadłubie. Wiązało się to z faktem zastosowania nieznacznie pogrubionej (64 mm) płyty czołowej kadłuba ze spawanych płyt pancernych, pochylonej pod kątem około 47 stopni. To inne ustawienie pancerza czołowego w M4 drugiej generacji pozwoliło na wprowadzenie nowych, większych klap z przeciwwagą ponad stanowiskami kierowcy i strzelca, co obu tym czołgistom znacznie ułatwiło wchodzenie do pojazdu i wychodzenie z niego.
     
     
               Wraz z wprowadzeniem wspomnianych większych klap w M4 drugiej generacji, w czołgach tych pojawił się również nieznacznie podwyższony, wystający element tylnej części wieży.
     
     
               Wprowadzone zmiany w kształcenie wieży miały na celu  wygospodarowanie miejsca dla nowych, powiększonych górnych klap w kadłubie. 
     
     
               Czołgi M4 pierwszej generacji miały zawieszenie sprężynowe VVSS i gąsienice szerokości 42,1 cm  Wady tego podwozia stały się szybko oczywiste dla wszystkich. Stąd też w M4 drugiej generacji zastosowano zupełnie nowe zawieszenie systemu HVSS oraz gąsienice szerokości 58,5 cm. Wprowadzenie zawieszenia HVSS zwiększyło masę czołgów M4 drugiej generacji o mniej więcej 3000–5000 funtów (1360–2270 kg), w zależności od typu zastosowanych gąsienic. Zwiększyła się także, z osłonami chroniącymi przed piaskiem i kurzem, szerokość czołgu – do 299 cm.  Większa szerokość nowych gąsienic w zawieszeniu typu HVSS wpłynęła korzystnie na zredukowanie nacisku jednostkowego na podłoże i tym samym na  lepsze pokonywanie przeszkód terenowych.
     
     
                 W czołgach M4 drugiej generacji większość  nabojów do czołgowego działa rozmieszczono w dolnej części kadłuba, w specjalnych stojakach pod obrotowym koszem wieży. Miało to na celu zmniejszenie ryzyka pożaru w wyniku przebicia przez nieprzyjacielski pocisk pancerza czołgu oraz łusek nabojów, wcześniej umieszczonych wyżej w kadłubie i koszu wieży. Czołgi te wyposażono w takie metalowe zasobniki z cieczą, znane jako czołgi z „mokrymi” komorami amunicyjnymi, mimo iż przeprowadzone  próby wykazały,  że takie „mokre” komory nie dość skutecznie gasiły podpalony ładunek miotający w trafionych czołgach.
     
     
                 Do największych problemów z działem czołgowym kalibru 76 mm w czołgach M4 drugiej generacji należał silny płomień, wydostający się z armatniej lufy podczas wystrzału, co skutkowało przesłonięciem ostrzeliwanego celu przez dym i pył.  „Ponadto płomień wylotowy [lufy działa] 76 mm był na tyle wielki, - napisano w memorandum sztabu US Army – że w praktyce uniemożliwiał obserwowanie [skutków prowadzonego] ognia z wnętrza czołgu. W rezultacie po oddaniu strzału z działa 76 mm w kierunku nieprzyjacielskiego czołgu załoga [czołgu M4] była chwilowo oślepiona. Nie mogła ob serwować skutków oddanego strzału, a w przypadku, gdy strzał ten był niecelny, była narażona na zniszczenie, zanim zdołała oddać następny strzał”.
     
     
                 Dla uporania się z tym problemem zaproponowano dwa rozwiązania: po pierwsze, zastosowanie dłuższego zapalnika w łusce naboju 76 mm, poprawiającego spalanie ładunku miotającego, a po drugie, wprowadzenie hamulca wylotowego i osłony wylotu lufy działa.  Jednocześnie opracowano model działa z gwintem o większym skręcie, który poprawiał  stabilność pocisku w locie, co z kolei skutkowało nieco większą skutecznością w przebijaniu pancerzy przy strzelaniu z większych odległości.
     
     
               W celu zwiększenia skuteczności działa 76 mm Departament Uzbrojenia doprowadził do opracowania nowej amunicji do tej ar maty – pocisku smugowego przeciwpancernego o zwiększonej energii kinetycznej, który załogi amerykańskich czołgów nazywały  Hyper-Shot. O ile cały pocisk (z łuską) ważył nieco ponad 8,5 kg, o tyle pocisk właściwy, o masie 4,25 kg, składał się z twardego rdzenia z węglika wolframu, z aluminiową powłoką, czepcem i owiewką. Osiągając prędkość początkową 1036 m/s, pocisk ten przebijał z 457 m pancerz grubości 157 mm (a zatem był prawie dwukrotnie skuteczniejszy w porównaniu z dotychczasowym pociskiem). Z ponad 900 m podobno przebijał 135-milimetrową płytę pancerną, z około 1370 m – pancerz 116 mm, a z około 1830 mm – 98 mm.
     
     
                 W sumie wytwórnia Chrysler wyprodukowała od marca 1944 roku do kwietnia 1945 roku 4542 egzemplarze czołgów M4 drugiej generacji, które otrzymały oznaczenie M4A3(76)W.
     
     
               Jednocześnie od stycznia 1944 do lipca 1945 roku w wytwórni Fisher Body (filii General Motors)  wyprodukowano 3426 egzemplarzy czołgu M4A1(76)W, będącego pewną odmianą czołgu M4 drugiej generacji.
     
     
               W ramach pomocy Lend-Lease wojska brytyjskie otrzymały 1330 sztuk M4A1(76)W bez systemu HVSS. Brytyjczycy nadali im nazwę Sherman IIA. Ponadto Brytyjczycy otrzymali kilkaset czołgów   M4A1(76)W z HVSS, których nazwano  Sherman IIIAY.
     
     
               180 czołgów  M4A1(76)W (bez HVSS) otrzymała polska 1. Dywizja Pancerną.
     
     
               W lutym 1944 roku zakłady zbrojeniowe Fisher Tank Arsenal rozpoczęły produkcję czołgów M4A3(75)W, która trwała do marca 1945 roku; do tego czasu powstało 3071 pojazdów tej wersji. M4A3 drugiej generacji nie miał nowej odlewanej wieży, tylko „starą” czołgów M4 pierwszej generacji.
     
     
               Ogółem amerykańskie fabryki wyprodukowały w okresie II wojny światowej ponad 50 tysięcy różnych typów czołgów M4.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    M. Green – Amerykańska broń pancerna w II wojnie światowej
     
    A. Zasieczny - Czołgi II wojny światowej
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Doświadczenia z walk sprawiły, iż na bieżąco dokonywano szeregu modyfikacji w amerykańskich czołgach M4.
     
     
                Do debiutu bojowego czołgu M4 doszło w Afryce Północnej, dokąd we wrześniu 1942 roku dotarło prawie 300 amerykańskich czołgów.
     
     
               Czołgi te, przystosowane na miejscu przez brytyjskich mechaników do działań w warunkach pustynnych, co polegało m.in. na zastosowaniu osłon chroniących przed piaskiem i innego brytyjskiego wyposażenia odegrały ważną rolę w powstrzymaniu przez wojska brytyjskie niemieckiego marszu na Egipt.
     
     
               Kolejne dostawy M4 do Afryki Północnej uczyniły z Shermanów najliczniej reprezentowany typ czołgu na tym teatrze działań wojennych. Amerykańskie czołgi zyskały dobrą opinię wśród Brytyjczyków. Jeden z angielskich oficerów przekonywał nawet, iż „Sherman to najlepszy czołg na świecie, lepszy od wszystkich innych, które mamy, a także lepszy od całego sprzętu niemieckiego. I pozostanie najlepszym czołgiem przez najbliższe pięć lat”.
     
     
               W ramach operacji Torch, czyli lądowania amerykańskich wojsk w Afryce Północnej,  Niedoświadczeni amerykańscy czołgiści po raz pierwszy starli się z zaprawionymi w bojach wojskami niemiecki mi w Afryce Północnej w grudniu 1942 roku, gdy pluton pięciu czołgów M4 z 2. Dywizji Pancernej został szybko zniszczony przez celny ogień niemieckich dział czołgowych i przeciwpancernych.
     
     
               W lutym 1943 roku Niemcy dokonali  ponad 3-kilometrowego wyłomu w amerykańskich pozycjach na przełęczy Faid w Tunezji, zmuszając Amerykanów do bezładnej ucieczki. W czasie bitwy na przełęczy Kasserine Amerykanie stracili ponad 100 czołgów M4.
     
     
               Pomimo tych strat ponoszonych w Afryce Północnej wielu amerykańskich czołgistów uważało M4 za świetny sprzęt, w pełni odpowiadający wymogom ówczesnego pola walki. Inni jednak wskazywali, iż na łatwość zapalania się M4  - „gdyby były dieslami, nigdy by do tego nie doszło, ale te benzynowe pojazdy zapalają się po pierwszym albo drugim trafieniu i wtedy trzeba z nich uciekać. Nikt za nimi nie przepada. Wolelibyśmy diesle”.
     
     
                Wbrew przeświadczeniu amerykańskich czołgistów, czołgi M4 płonęły nie z  powodu benzyny, ale składowanej w pojazdach amunicji. Kiedy pocisk przeciwpancerny przebijał pancerz górnego kadłuba czołgu M4, często trafiał w stelaże z amunicją do czołgowego działa, rozmieszczone głównie po bokach górnej części kadłuba, powodując w ciągu kilku sekund zapłon ładunku miotającego w metalowej łusce.
     
     
                Ograniczenie grubości pancerza Shermana spowodowane było koniecznością uwzględnienia ówczesnych ograniczeń - dźwigi z tamtych czasów na większości okrętów transportowych nie były w stanie przenosić jednorazowego ładunku o masie ponad 35 t. Mosty pontonowe, używane przez US Army w początkowych latach wojny, także miały nośność do 35 t.
     
     
               Jednocześnie  amerykańscy konstruktorzy, określając grubość opancerzenia czołgu M4, nie wzięli pod uwagę szybkiego tempa rozwoju niemieckiej broni  przeciwpancernej w trakcie II wojny światowej. Postęp w tej dziedzinie  spowodował, że czołgi typu M4 okazały się za słabo opancerzone.
     
     
               W końcowych latach wojny jeszcze większe niebezpieczeństwo dla czołgów M4 stanowiło masowe  użycia przez żołnierzy niemieckich ręcznych pancerzownic rakietowych z  kumulacyjnymi głowicami bojowymi Panzerschreck  i  Panzerfaust („Pancerna pięść”).  Aby w jakimś stopniu uchronić się przed zagrożeniem ze strony tej broni,  amerykańscy czołgiści zaczęli obkładać swoje pojazdy workami z piaskiem lub cementem oraz  zapasowymi ogniwami gąsienic. Przeprowadzone testy wykazały, iż te zabezpieczenia w niewielkim stopniu ograniczały zniszczenia czołgów. Worki z piaskiem stanowiły  dodatkowe obciążenie pewnych podzespołów i elementów układu jezdnego czołgu. Z tego powodu Generał George S. Patton odnosił się nieprzychylnie do użycia worków z piaskiem w swojej 3. Armii.
     
     
                Z kolei podczas walk na Pacyfiku japońscy żołnierze umieszczali miny magnetyczne na gąsienicach oraz samym czołgu, by unieruchomić ten pojazd. Oprócz worków z piaskiem amerykańscy czołgiści mocowali do boków swoich czołgów drewniane deski o wymiarach 5 na 30 cm, pozostawiając między nimi a pancerzem czołgu kilkunastocentymetrową szczelinę, w którą wlewali rozrobiony cement. Drewniane deski uniemożliwiały mocowanie min magnetycznych, a  zastygły cement miał redukować skuteczność pocisków przeciwpancernych japońskich armat kalibru 47 mm. Inni amerykańscy czołgiści mocowali na czołgach brezentowe płachty, które powodowały zsuwanie się min magnetycznych z pancerzy.
     
     
               Żołnierze wojsk amerykańskich po raz pierwszy zetknęli się z czołgami Panther podczas walk we Włoszech na początku 1944 roku. Nieliczna ich liczba na włoskim froncie sprawiła, że dowództwo US Army doszło do mylnego wniosku, że wojska niemieckie wyposażono w nieliczne czołgi Panther (i równie niewiele czołgów ciężkich PzKpfw. VI Tiger Ausf. E). Stąd też nie dostrzegano potrzeby opracowania odpowiedniego uzbrojenia głównego dla amerykańskich czołgów.
     
     
               W trakcie walk z niemieckimi Panterami w Normandii okazało się, pancerz czołowy tego czołgu był odporny na przeciwpancerne pociski działa 75 mm czołgu M4.
     
     
              Gdy w 1942 roku powstał czołg M4, w US Army uznano, iż będzie to wóz bojowy, przeznaczony przede wszystkim do dyskontowania sukcesów taktycznych na linii frontu, nie zaś do bezpośrednich starć z nieprzyjacielskimi czołgami. Zgodnie z koncepcją gen. Lesleya McNaira, dowódcy amerykańskich wojsk lądowych, do zwalczania czołgów wroga przeznaczone były niszczyciele czołgów.  Walki we Francji dobitnie udowodniły, iż była to błędna koncepcja.
     
     
               Pułkownik S.R. Hinds, z grupy bojowej  2. Dywizji Pancernej, stwierdził iż  „mimo często wpajanej zasady taktycznej, że nie należy się angażować w starcia z czołgami nieprzyjaciela, musiałem stawać do takich pojedynków niemal nieustannie, aby wywiązać się
    z wyznaczonych mi zadań”.
     
     
              Z kolei podpułkownik Wilson Hawkins, dowódca 3. Batalionu 67. Pułku Pancernego 2. Dywizji Pancernej wskazywał, iż „mówi ło się, że nasze czołgi mają atakować nieprzyjacielską piechotę i nie powinny uczestniczyć w starciach z czołgami przeciwnika. Z moich do świadczeń wynika, że taka idealna sytuacja nigdy nie ma miejsca i podczas wszystkich działań zaczepnych musimy z konieczności walczyć z niemieckimi czołgami. W związku z tym konieczne jest zaprojektowanie czołgu, odpowiednio przystosowanego do prowadzenia takich pojedynków”.
     
     
              Kłopoty czołgów M4 w starciach z czołgami Panther skłoniły generała Dwighta Eisenhowera  do odesłania jednego ze swoich podkomendnych do Stanów Zjednoczonych w lipcu 1944 roku, by tam postarał się po szukać jakiegoś rozwiązania tego problemu. Zademonstrowano mu łoże armatnie typu M4 z działem M3 kalibru 90 mm, mającym stanowić uzbrojenie główne wieży planowanego czołgu ciężkiego M26.  
     
     
               Czołgi  M26 zadebiutowały na froncie zachodnim dopiero w lutym 1945 roku w tak małej liczbie, że nie wywarły większego wpływu na przebieg walk w Europie przed zakończeniem wojny w maju 1945 roku.
     
     
               W armii brytyjskiej nie popełniono podobnego błędu, wcześniej podejmując poszukiwania armaty czołgowej, zdolnej do przebijania pancerza czołowego nowych czołgów niemieckich.  Wybór padł na szybkostrzelną armatę 17-funtową (76,2 mm) Mark IV (Mk IV). Czołgi M4 lub M4A4 wyposażone w te działa nazywano Firefly.
     
     
               Program przezbrojenia czołgów w wojskach amerykańskich w brytyjskie armaty 17-funtowe Mk IV ruszył dopiero pod koniec walk w Europie; przezbrojono wtedy 100  M4.
     
     
               Od wiosny 1943 roku wzmacniano opancerzenie wieży czołgów M4. Oryginalne łoże armatnie M34, z tarczą grubości 76 mm i węższą 51-milimetrową ruchomą osłoną przed nią, zastąpiono 89-mili metrową tarczą z odlewanej stali i poszerzoną, 2-calową (51-milimetrową) osłoną za nią.
     
     
               W trakcie walk ujawniły się także słabości systemu kierowania ogniem w czołgach M4.  „ Z powodu nadmiernie rozproszonego obrazu w peryskopie M4 strzelanie z czołgowego działa ograniczone jest – zapisano w raporcie – prawie w zupełności do stosowania tradycyjnej artyleryjskiej metody wstrzeliwania się w cel i przekazywania celowniczemu informacji korygujących w miliradianach. […] Współosiowy teleskop ma bardzo niewielką przydatność; a jego optyka jest niezadowalająca, gdyż skutkuje niekorzystnym rozszczepieniem wiązki światła.”
     
     
                  Na wiosnę 1943 roku Departament Uzbrojenia zainicjował program modernizacji tysięcy najwcześniej wyprodukowanych czołgów M4.   Doświadczenia z przebiegu walk wykazywały, że wystające klapy włazów kierowcy i strzelca w przedniej płycie pancernej spawanego kadłuba czołgu M4 to punkty mniej odporne na pociski. Aby wyeliminować ten problem, przed tymi klapami do spawano do kadłuba nieduże pancerne płyty 1,5-calowej grubości (38 mm), pod kątem około 35 stopni w stosunku do pionu.
     
     
               Latem 1943 roku w zakładach zbrojeniowych zaczęto produkować nowe odlewane wieże Shermanów. Usunięto w nich otwory strzeleckie, umożliwiające ostrzeliwanie się z broni krótkiej z wnętrza czołgu, a tzw. cienkie miejsce w pancerzu (koło stanowiska celowniczego) zostało pogrubione.
     
     
               W celu ograniczenia pożarów amunicji,  na zewnętrznej powierzchni wieży, w górnej jej części, dospawano, na wysokości stelaży na amunicję kalibru 75 mm, dodatkowe płyty pancerne – jedna po prawej stronie, a dwie po lewej.
     
     
               Napływające z jednostek liniowych meldunki świadczyły o tym, że gąsienice szerokości 42 cm w układzie zawieszenia VVSS w czołgach M4  nie zawsze zapewniały odpowiednią zwrotność i ruchliwość w czasie jazdy terenowej. W tej sytuacji zapadła decyzja o zastosowaniu specjalnych elementów w kształcie kaczego dziobu, polepszających przyczepność, a zarazem redukujących nieco nacisk jednostkowy czołgu na podłoże.
     
     
     
    CDN
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    U taty Łukaszka w pracy pojawił się jakiś czas temu nowy kierownik, Sidosław-Rakorski. Nie lubił go prawie nikt oprócz kilku osób, więcej kierownik wpadł na pomysł, ze załatwi wszystkim podwyżki.
    W piątek, pod koniec pracy kierownik przyszedł do biura w towarzystwie swoich zwolenników. Miał bardzo sprytny plan. Jeśli podziękuje dyrektorowi za podwyżki, których jeszcze nie ma, to łasy na pochlebstwa dyrektor na pewno je wprowadzi.
    Wszedł z marszu do gabinetu dyrektora i powiedział:
    - Thank you dyrektorze.
    - Że co? - dyrektora zatkało.
    - Za podwyżkę, którą dostaniemy.
    Krzyk dyrektora było słychać w całym biurze. Zaczął od "kretynie", potem poinformował, że wysokość płacy nie ulegnie zmianie, a potem powiedział jeszcze kilka rzeczy. Gdyby opuścić przekleństwa to powiedział tylko "i", "się" oraz "twoją matkę".
    Kierownik wyleciał z gabinetu dyrektora jak z procy.
    - Ale pogrom - zauważył Kubiak, kolega taty Łukaszka. - Co za głupek.
    - Jaki pogrom?! - obruszył się jeden ze zwolenników kierownika. - Sukces!
    - I na czym polega sukces tego sukcesu? - zapytał tata Łukaszka.
    - No jak to, nie widzieliście? - odezwał się drugi zwolennik. - Dyrektor przyjął kierownika w swoim gabinecie i rozmawiali jak równy z równym! Dyrektor siedział grzecznie i słuchał żądań kierownika, który naprostował go do pionu!
    - Wy się z niego nabijacie, a powinniście stać za nim murem! - rzucił trzeci zwolennik. - W końcu to wasz kierownik!
    - Powiem więcej - wtrącił entuzjastycznie czwarty zwolennik. - W tych tak trudnych czasach Sidosław-Rakorski uzyskał bezpośrednie zapewnienie od dyrektora, że pensje nie ulegną obniżce! Wszystkie! Wasze też! I co, łyso wam?
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wiosną 1942 roku amerykańskie fabryki rozpoczęły produkcję średniego czołgu M4, znanego powszechnie jako Sherman,
     
     
               Dnia 31 sierpnia 1940 roku amerykańskie dowództwo wojsk pancernych wydało szczegółową specyfikację. Zgodnie z nią nowy czołg średni, na który zgłoszono zapotrzebowanie, miał być wyposażony w zamontowane w wieży działo kalibru 75 mm.
     
     
              Dopiero 18 kwietnia 1941 roku ustalono, iż projektanci nowego czołgu mieli wykorzystać podwozie czołgu M3, napędzanego chłodzonym powietrzem 9-cylindrowym benzynowym silnikiem gwiazdowym typu Continental Motors. Miało to przyspieszyć projektowanie i produkcję nowego czołgu średniego – bez zakłócania trwającej produkcji czołgów serii M3. Jednocześnie postanowiono, iż  górna część kadłuba planowanego czołgu będzie wykonana z pancerza odlewanego lub spawanego, natomiast dolna część kadłuba miała się składać ze spawanych stalowych płyt pancernych. Wieżę z odlewanej stali zamierzano zwieńczyć uzbrojoną w karabin maszynowy, odlewaną wieżyczką dowódcy załogi, znaną już z dotychczasowych czołgów średnich M3.
     
     
               W czerwcu 1941 roku Komisja Uzbrojenia zleciła budowę naturalnej wielkości drewnianej makiety i modelu pilotażowego nowego czołgu, znane go jako czołg średni T6. Po wykonaniu tej makiety i wprowadzeniu kilku zmian w projekcie  rozpoczęto prace nad egzemplarzem prototypowym z odlewanymi górnym kadłubem i wieżą oraz nitowaną i spawaną dolną częścią kadłuba.   W T6 zachowano układ zawieszenia czołgów M3, charakteryzujący się kołkami podtrzymującymi gąsienice nad podzespołami ślimacznic zawieszenia sprężynowego (VVSS) oraz przekładnię główną, mieszczącą się wewnątrz obszernej, składającej się z trzech połączonych sworzniami części obudowy z odlewanej stali, która stanowiła zarazem dolną przednią część korpusu czołgu
     
     
               30-tonowy prototypowy czołg T6 powstał ostatecznie 2 września 1941 roku.  Wysokość całego czołgu, wraz z wieżyczką dowódcy, wynosiła 289,5 cm. Ważną innowację stanowiła możliwość regulacji prędkości obrotu wieży, wprawianej w ruch obrotowy przez celowniczego przy użyciu specjalnej dźwigni. Możliwość obserwacji okolicznego terenu zapewniał celowniczemu zamocowany nad jego głową, skierowany do przodu peryskop, który znajdował się na górnej przedniej pochyłej części wieży i posiadał  regulowaną opancerzoną osłonę, chroniącą górną część peryskopu.
     
     
               Po obu bokach wieży znajdowały się otwory strzelnicze, przez które załoga mogła się ostrzeliwać z broni krótkiej, oraz peryskopy i opancerzone drzwiczki. Kierowca czołgu korzystał ze szczeliny obserwacyjnej z pancerną osłoną w przodzie górnej części kadłuba, natomiast na stanowisku strzelca znajdował się peryskop, później zastąpiony przez podobny osłonięty wizjer.
     
     
               W wyniku dokonania inspekcji prototypowego czołgu przez przedstawicieli Departamentu Uzbrojenia polecono wprowadzenie pewnych zmian, spośród których najważniejsza  polegała na usunięciu opancerzonych drzwi po bokach górnego kadłuba, ponieważ stanowiły one słaby punkt w opancerzeniu czołgu. Zamiast nich zainstalowano pojedynczy luk ewakuacyjny w podłodze czołgu, bezpośrednio za siedziskiem strzelca, obsługującego broń maszynową w przodzie kadłuba. Zażądano także usunięcia odlewanej wieżyczki dowódcy pojazdu. Została ona zastąpiona przez obrotowy, 2- częściowy, płaski, okrągły właz, wyposażony w obracający się w zakresie 360 stopni peryskop typu M6. Ta zmiana zredukowała wysokość czołgu T6 do 2,7 m. Szczeliny strzeleckie z peryskopami po bokach wieży czołgu T6 zastąpiono pojedynczym otworem tego rodzaju, bez peryskopu, po lewej stronie wieży.
     
     
               W październiku 1941 roku Departament Uzbrojenia oficjalnie przyjął do uzbrojenia nowy czołg średni, o kryptonimie M4. Miesiąc później rozpoczęła się budowa przedseryjnych egzemplarzy czołgu M4. W grudniu 1941 roku Komisja Uzbrojenia postanowiła wprowadzić pewne rozróżnienie w oznaczeniach określonych modeli tych czołgów; te z górnym kadłubem z odlewanej stali były znane jako czołgi średnie M4A1 (na bazie czołgu T6) , natomiast czołgi z górną częścią kadłuba ze spawanych płyt pancernych nazywano czołgami średnimi M4.  Kadłuby z odlewanej stali do czołgów typu M4 były łatwiejsze i tańsze w produkcji aniżeli te ze spawanych płyt pancernych. Jednakże w tamtym czasie budowanie nowych samolotów i okrętów wojennych uważano za ważniejsze od produkcji czołgów, więc działającym w Stanach Zjednoczonych odlewniom brakowało mocy przerobowych, by móc wywiązać się na czas z zadania dostarczenia zakładom zbrojeniowym odpowiedniej liczby górnych części kadłubów do czołgów M4.
     
     
               W lutym 1942 roku Departament Uzbrojenia przejął pierwszy egzemplarz M4A1 z wytwórni lokomotyw Lima.  Drugi czołg tego typu przetransportowano do Wielkiej Brytanii, z wymalowaną na boku nazwą własną MICHAEL – na cześć Michaela Dewara, szefa brytyjskiej misji, zajmującej się zakupem czołgów w Stanach Zjednoczonych.
     
     
              W marcu 1942 roku wytwórnia samochodowa Pressed Steel Car Co. podjęła produkcję M4A1, a w maju tego samego roku rozpoczęto ją w zakładach Pacific Car and Foundry. Te trzy zakłady produkowały M4A1 do grudnia 1943 roku, a do tego czasu zbudowano tam 6281 egzemplarzy tego typu.
     
     
              W lipcu 1942 roku firma Pressed Steel Car rozpoczęła produkcję czołgu średniego M4. Wkrótce w produkcję tych czołgów włączyły się cztery inne wytwórnie: Baldwin Locomotive Works, American Locomotive, Pullman Standard Car oraz państwowe zakłady zbrojeniowe – Detroit Tank Arsenal. Do czasu zakończenia produkcji w styczniu 1944 roku ogółem zbudowano 6748 czołgów tego typu.
     
     
               Grubość spawanych płyt pancerza czołowego w kadłubie czołgu M4 wynosiła 2 cale (51 mm), a jego pochyłość 56 stopni. Identyczną grubość miał pancerz czołowy wersji M4A1, jednak z powodu bardziej opływowego kształtu górnej części kadłuba ukos ten wynosił od 37 do 55 stopni. Grubość pancerza w górnej części boków kadłuba M4 i M4A1 wynosiła 1,5 cala (38 mm). Wykonana z odlewanej stali wieża w czołgach obu tych wersji miała grubość od 76 mm do 89 mm .  Boczne ściany wieży miały grubość 51 mm i były prawie pionowe.
     
     
             Maksymalny zasięg operacyjny czołgów M4 i M4A1 wynosił około 195 km.
     
     
               Latem 1942 roku w czołgach M4 i M4A1 zrezygnowano z dwóch nieruchomych karabinów maszyno wych kalibru 7,62 mm w przedniej płycie pancernej kadłuba.
     
     
              Montowany od 1943 roku karabin maszynowy 12,7 mm, rozmieszczony na stropie wieży czołgu M4, był o wiele mniej lubiany przez amerykańskich czołgistów niż kaemy 7,62 mm, z których strzelało się z wnętrza kadłuba, o czym świadczy treść raportu US Army z marca 1945 roku :   „Amerykański kaem kal. 0,30 cala [7,62 mm] jest uważany za jeden z naszych najlepszych typów uzbrojenia. Cechuje się wystarczającą szybkostrzelnością. To broń solidna i niezawodna, nawet w najtrudniejszych warunkach. Amerykański kaem kal. 0,50 cala [12,7 mm] ma te same zalety. Jest dobrą bronią przeciwlotniczą, ale zainstalowany na czołgu wydaje się nieprzydatny do rażenia celów na ziemnych”. Wychylanie się z wnętrza czołgu, aby strzelać z kaemu 12,7 mm było, w sytuacji ostrzału nieprzyjaciela, narażaniem się na śmierć.
     
     
              Poza nieznacznymi różnicami między spawanym kadłubem M4 a odlewaną górną częścią kadłuba M4A1 oba te podtypy były niemal identyczne; ich silniki, układ napędowy i zawieszenie nie różniły się od siebie. W obu tych modelach zastosowano 9-cylindrowy, chłodzony powietrzem, gaźnikowy silnik gwiazdowy typu Continental Motors, o mocy 400 KM przy 2400 obr./min.
     
     
              Amerykanie testowali także zastosowanie w czołgach M4 silników dieslowskich. W ten sposób powstał czołg o oznaczeniu M4A2, który posiadał dwa silniki dieslowskie. W sumie od kwietnia 1942 roku do maja 1944 roku zbudowano 8053 sztuk tego czołgu.  Jednocześnie  Departament Wojny wydał zarządzenie, na mocy którego w wyposażeniu wojsk amerykańskich walczących na innych kontynentach miały się zna leźć tylko te czołgi typu M4, w których zastosowano silniki benzyno we. Uznano, że rozwiązanie takie ułatwi zaopatrywanie jednostek bojowych, gdyż tylko jeden rodzaj paliwa – benzyna – był potrzebny zarówno amerykańskim czołgom, jak też innym pojazdom, używanym przez  US Army. Czołgów typu M4 z napędem dieslowskim używano więc do celów ćwiczebnych na terytorium Stanów Zjednoczonych lub też wysyłano je, w ramach programu Lend-Lease, wojskom sojuszniczym.
     
     
              Wyjątkiem był Korpus Piechoty Morskiej, który dysponował pod koniec 1943 roku około  200 M4A2.  Szybko czołgiści piechoty morskiej docenili zalety M4A2 – przebieg walk wykazał, iż zastosowanie dwóch silników umożliwiało wycofanie się uszkodzonego czołgu w bezpieczne miejsce nawet z jednym sprawnym silnikiem. Ponadto olej napędowy był dużo mniej łatwopalny w porównaniu z lotną i wybuchową benzyną.
     
     
               Armia brytyjska otrzymała 5041 egzemplarzy czołgu typu M4A2, który był lubiany przez brytyjskich czołgistów z racji na stosunkowo łatwą obsługę i eksploatację. Brytyjczycy nazywali je Sherman III.  Wcześniej do Brytyjczyków trafiło 2096 M4, określanych jako Sherman I., oraz 942 M4A1, określanych jako Sherman II.  Sherman to oficjalna brytyjska nazwa amerykańskich czołgów typu M4, nadana na cześć dowódcy z lat wojny secesyjnej, Williama Tecumseha Shermana. W armii amerykańskiej nazwa ta nie uzyskała oficjalnej sankcji, choć była dość popularna wśród amerykańskich czołgistów z okresu II wojny światowej. Dopiero w dziesięcioleciach powojennych powszechnie się przyjęła i dziś czołg ten znany jest głównie pod tą nazwą.
     
     
               W ramach pomocy Lend-Lease Armia Czerwona otrzymała 1990 sztuk M4A2. Prawie 400 M4A2 trafiło do jednostek wojsk Wolnej Francji.
     
     
               W zakładach Ford Motors od czerwca 1942 do września 1943 wyprodukowano także 1690 sztuk czołgu z 8-mio cylindrowym silnikiem gaźnikowym Forda ( o praktyczniej mocy 450 KM) , który otrzymał oznaczenie M4A3.  Większość z M4A3 wyprodukowanych przez Forda trafiła do jednostek ćwiczebnych w Stanach Zjednoczonych, a jedynie niewielka ich liczba wzięła w walkach w Europie i na Pacyfiku. Armia brytyjska przejęła tylko sześć M4A3 Forda, nadając im nazwę Sherman IV.
     
     
              W zakładach Chryslera wyprodukowano od lipca 1942 do września 1943 roku 7499 egzemplarzy czołgu, wyposażonego w gaźnikowy silnik  Chrysler Multibank A57, oznaczonego symbolem M4A4.  Większość z nich  (7167 sztuk)  przekazano Brytyjczykom, którzy nadali im nazwę Sherman V.  Z pozostałych dwa wysłano Armii Czerwonej, 274 wojskom Wolnej Francji w Afryce Północnej w 1943 roku, a  22 trafiły do amerykańskiego Korpusu Piechoty Morskiej, który wykorzystywał je wyłącznie do celów ćwiczebnych.
     
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1943 roku niemieckie „Tygrysy” dominowały na polu walki.
     
     
              Pierwszymi jednostkami wyekwipowanymi w czołgi Tiger Ausf E, zgrupowanymi w schwere Kompanien (sKp), były bataliony Pułku Pancernego „Grossdeutschland”. Początkowo bataliony te uzbrojone były   nie tylko w PzKpfw VI, ale również PzKpfw III. Wedle ówczesnej taktyki „Panzer VI i Panzer III zawsze powinny ze sobą współdziałać. (…) Oba plutony PzKpfw III można skierować do zadań zwiadowczych na czele lub na flankach [ugrupowania]. [Czołgi te] chronią PzKpfw VI przed drużynami przeciwpancernymi piechoty i nadają się do atakowania siły żywej lub lokalnych celów”.
     
     
               Przebieg działań wykazał, że PzKpfw III, przewidywany jako osłona dla czołgu Tiger, nie był w stanie wytrzymać nieprzyjacielskiego ostrzału w czasie prowadzonego natarcia. Sowieccy artylerzyści skupiali swój ogień na PzKpfw III. „Z punktu widzenia gotowości bojowej jednostki wydaje się celowe zatrzymanie w składzie tylko czołgów Tiger, - napisano w raporcie -  gdyż już samo zajmowanie się częściami zamiennymi do PzKpfw III, oprócz części zamiennych do ciężkich „Tygrysów”, wymaga utrzymania dużej i rozbudowanej sekcji naprawczej. Z tego powodu właściwe jest ograniczenie jednostek „Tygrysów” do jednego typu czołgu – PzKpfw VI”.
     
     
               We wrześniu 1942 roku doszło do pierwszej akcji bojowej z udziałem czołgów Tiger Ausf E; miało to miejsce na południe od jeziora Ładoga, a operacja ta zakończyła się fiaskiem. „Tygrysy” z 502 Baonu Czołgów Ciężkich weszły do walki na terenie trudnym, podmokłym i nieodpowiednim dla takich wozów pancernych. Jeden Tiger został zniszczony, a wszystkie pozostałe doznały poważnych uszkodzeń.
     
     
                Tiger Ausf E szybko jednak zademonstrował swoje walory bojowe na froncie wschodnim. Niemieckie samodzielne bataliony czołgów ciężkich odnosiły tam spektakularne sukcesy.
     
     
               Dowództwo 503 Baonu Czołgów Ciężkich (45 Tygrysów) w raporcie z października 1943 roku tak podsumowało efekty walk baonu na Łuku Kurskim: „Sukcesy: [zniszczono] 501 nieprzyjacielskich czołgów, 388 dział przeciwpancernych, 79 dział przeciwlotniczych, 7 samolotów Straty własne: 2 oficerów, 1 kancelista, 12 podoficerów, 29 szeregowców; ogółem: 44 Straty własne w czołgach: 7 zniszczonych przez czołgi sowieckie, 6 przez działa 12,2 cm i 5,7 cm [122 mm i 57 mm], 1 przez „koktajle Mołotowa” użyte przez sowiecką drużynę do walki z czołgami, 1 [pomyłkowo] przez Sturmgeschütze [niemieckie samobieżne działa szturmowe], 3 wskutek bezpośredniego ognia artylerii, 1 na skutek awarii przekładni głównej (czołg zniszczony przez załogę), 1 wskutek awarii silnika (czołg zniszczony przez załogę), 1 przez pocisk, który przebił kadłub (czołg zniszczony przez załogę), 4 przez pociski, które przebiły kadłub między podwoziem a osłoną gąsienic, pozostawiając duże szczeliny w pancerzu (czołgi odwiezione do Rzeszy na remont generalny)”.
     
     
               W tym okresie baon mógł codziennie wystawiać do walki przeciętnie 12 sprawnych czołgów Tiger.  Aż trudno uwierzyć, że wspomniana jednostka była w stanie zniszczyć tak wielką liczbę nieprzyjacielskich wozów bojowych, mając na co dzień do dwunastu czołgów nadających się do walki.
     
     
               Tygrysa było bardzo ciężko zniszczyć. „Ogółem naliczyliśmy 227 śladów trafienia pociskami z rusznic ppanc, 14 trafień pociskami z dział ppanc 5,7 cm [57 mm] oraz 11 z dział ppanc 7,62 cm. – napisano w jednym z raportów z 1943 roku – Ostrzał poważnie uszkodził podwozie z prawej strony. Elementy łączące kilka kół jezdnych uległy zniszczeniu, pękły dwa drążki skrętne. Oś tylnego koła napinającego też została uszkodzona”. Mimo takich uszkodzeń Tiger zdołał przejechać jeszcze 60 km. Trafienia pociskami doprowadziły do powstania szczelin na niektórych spawach. „Na skutek silnych wstrząsów zaczęło wyciekać paliwo z czołgowego zbiornika. Zauważyliśmy wiele odprysków na ogniwach gąsienic, co jednak nie wpłynęło poważniej na mobilność czołgu”.
     
     
               Jeśli nie liczyć amerykańskiego działa ppanc 57 mm czołowy i boczny pancerz czołgu Tiger okazał się odporny na pociski z prawie wszystkich typów broni ppanc, w tym niemieckiej 7,5-cm PaK. Po celnym strzale z sowieckiego działa 7,62 cm, oddanym z niewielkiej odległości, pojawiły się pęknięcia na czołowej płycie pancernej oraz tarczy [czołgowej] armaty. Sowiecka rusznica przeciwpancerna nie stanowiła zagrożenia dla „Tygrysa”; pociskom z tej broni udało się – z bardzo nieznacznej odległości – wyszczerbić czterocentymetrowe leje w pancerzu.
     
     
               W 1944 roku Przewaga PzKpfw VI Tiger Ausf E nad innymi typami czołgów wyraźnie zmalała. Sowieckie dowództwo wyciągnęło wiele trafnych wniosków z przebiegu walk i mogło liczyć na praktycznie nieograniczone rezerwy ludzkie oraz produkcję swoich fabryk.
     
     
               Na froncie zachodnim czołgi Tiger nie mogły zostać użyte z takim skutkiem jak na wschodnim. Wpływ na to miało ukształtowanie terenu, ale przede wszystkim znacznie lepsze wyszkolenie taktyczne alianckich żołnierzy.
     
     
               „Wojska amerykańskie i brytyjskie zawsze starają się uniknąć otwartego, ruchomego starcia oddziałów czołgowych, ponieważ uważają, że ustępują nam pod względem elastyczności dowodzenia i skuteczności dział czołgów. – napisano w niemieckim raporcie - Ataki z udziałem czołgów są przeprowadzane przez przeciwnika tylko wówczas, kiedy można liczyć na odpowiednie wsparcie ze strony artylerii i sił powietrznych. Po wczesnym zauważeniu ognia otwartego przez nasze działa przeciwpancerne i czołgi, nieprzyjacielskie oddziały starają się zniszczyć te działa i czołgi ogniem artyleryjskim (…) i wstrzymują swoje czołgi, czekając na wsparcie ogniowe”.
     
     
               W czasie natarcia wojska amerykańskie często korzystały z zasłony dymnej, osłaniając flanki swoich natarć prowadzonych z użyciem czołgów poprzez stawianie takiej zasłony, skrywającej własne czołgi i stanowiska broni przeciwpancernej.
     
     
               Ponadto alianckie „czołgi wchodzą do walki tylko ściśle współdziałając z piechotą. Oddziały piechoty wspierają nawet pomniejsze ataki grup pięciu do ośmiu czołgów” – napisano dalej w ww. raporcie. Wielokrotnie natarcia przeprowadzane były w nocy, co utrudniało Niemcom obronę.
     
     
               Tygrysów było zdecydowanie za mało. Mogły one odnosić sukcesy w wielu bitwach, niemniej nie mogły wygrać wojny.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    T. Anderson - Tygrys. Legendarny czołg
    D. Fletcher, D. Willey - Czołg PzKpfw. VI Tiger I Historia – budowa – eksploatacja
    A. Zasieczny - Czołgi II wojny światowej
    0
    Brak głosów

Strony