blogi
-
| Written by Danz | 0 Brak głosów -
| Written by Danz | 0 (1) -
| Written by Godziemba | 0
Od lat 70. W PRL obowiązywał de facto system dwuwalutowy.
Prawdziwie rewolucyjnym krokiem było wprowadzenie w 1960 roku tzw. bonów dolarowych PKO, niebędących walutą sensu stricto, lecz „pomocniczym środkiem rozliczeniowym”, obowiązującym wyłącznie na terenie kraju. W nich wypłacano zarówno środki przekazywane z zagranicy odbiorcom w kraju, jak i część zarobków Polakom pracującym za granicą na państwowych kontraktach. Posiadały niezwykle istotną cechę - można było nimi swobodnie obracać. W rezultacie ich wolnorynkowy kurs niewiele ustępował prawdziwym dolarom.
Wprowadzenie bonów dolarowych utrudniło milicji walkę z waluciarzami, pomimo podniesienia w 1960 roku wysokości grzywny za handel walutami do miliona złotych, kwoty wówczas niewyobrażalnej. Zwalczanie przestępczości dewizowej przypominało jednak walkę z wiatrakami.
Fale paniki na rynku z powodu kryzysów międzynarodowych i lęku przed kolejnym konfliktem wojennym (kryzys berliński w 1961, kubański w 1962, inwazja na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku) albo z powodu regularnie powtarzających się pogłosek o wymianie pieniędzy (np. w 1963, 1968 1969) powodowały nie tylko wykup makaronu, cukru i konserw, ale także wzrost kursu dolara i większy popyt na złoto.
Charakterystyczny był pod tym względem rok 1968. „Marcowe wypadki wstrzymały do kwietnia ruch na czarnym rynku. – napisano w raporcie milicji - W tym okresie zapotrzebowanie na obce walory i złoto wzrosło. Z uwagi na minimalną podaż tych walorów na rynku kurs ich uległ podwyższeniu. Ceny na dolary w banknotach wzrosły odpowiednio: w małych nominałach do 125 zł, a nominałów większych do 132 zł za jednego dolara”.
Jedną z najistotniejszych sił napędowych tego sektora czarnej giełdy był od końca lat pięćdziesiątych do początku lat siedemdziesiątych nielegalny import artykułów luksusowych (odzieży, zegarków etc.) oraz przede wszystkim złota, przynoszącego największe zyski.
Z jednej strony służby celne i milicja ścigały przemyt oraz rozpracowywały „gangi dewizowo-przemytnicze”, z drugiej instytucje uprawnione do skupu kruszców - „Veritas”, „Ars Christiana”, a przede wszystkim państwowy „Jubiler” - dbały, aby złoto płynęło od obywateli możliwie szerokim strumieniem, i starały się nie zrażać ewentualnych sprzedających. Ceny złota ustawiono w skupie na takim poziomie, że opłacało się je przemycać specjalnie w celu odsprzedaży państwu.
Po liberalizacji w obrocie złotem, doszło w 1970 roku do zmian w zakresie posiadania dolarów - zezwolono na zakładanie prywatnych, oprocentowanych kont dewizowych. Posunięcie to okazało się nadzwyczaj skuteczne - do 1979 roku wkłady w bankach urosły do 438 mln dolarów. Posiadanie konta dewizowego umożliwiało również otrzymanie paszportu na wyjazd na Zachód bez konieczności starań o zaproszenie bądź przydział walut przez państwo (tzw. promesy).
Równocześnie w 1971 roku zintensyfikowano operacje przeciwko handlarzom walutami. Jednak fala wielkich akcji przeciwko czarnemu rynkowi walutowemu dość szybko opadła i do końca epoki gierkowskiej podobne operacje już się nie powtórzyły.
1 stycznia 1974 roku rozpoczęło działalność Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego „Pewex”, które nie tylko przejęło od Banku PKO „działalność handlową w zakresie eksportu wewnętrznego”, ale również błyskawicznie stworzyło gęstą sieć sklepów, z bogatą ofertą towarów i cenami często niższymi niż na Zachodzie. Państwo zaczęło sprzedawać w Peweksie artykuły produkcji krajowej, które w 1977 roku dały 60% wpływów.
Powstał system zachęt dla kupujących, w tym takie skalkulowanie ceny dwóch najpoważniejszych artykułów w ofercie Peweksu - samochodów i krajowej produkcji alkoholu - że nawet przy zakupie dewiz po czarnorynkowym kursie owe ceny były nieco niższe niż tego samego alkoholu w sklepach, a nowych samochodów na giełdzie.
Obroty sklepów dewizowych, a tym samym strumień walut płynących do państwowej kasy rosły szybko. Nic też dziwnego, że nawet sądy pobłażliwiej traktowały przestępstwa dewizowe, jeżeli zakup miał na celu wpłacenie waluty na konto czy zakupy np. w Peweksie.
Postępująca „dolaryzacja” kraju prowadziła zarówno do utraty zaufania do rodzimej waluty, jak i niechęci do opłacanej w niej pracy, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych przeciętna płaca wynosiła bowiem, według kursu czarnorynkowego, około 35 dolarów.
Posiadanie walut stawało się kryterium prestiżu społecznego i podziału na „lepszych” -zaopatrujących się w Peweksach oraz „gorszych”, dysponujących tylko rodzimą walutą i skazanych na normalne, świecące pustkami sklepy.
W 1981 roku kurs dolara oszalał i na początku grudnia osiągnął 500 zł, a po ogłoszeniu stanu wojennego dochodził do 1000 zł, aby na wiosnę ustabilizować się na poziomie 400 zł.
Czynnikiem podtrzymującym czarny rynek było zablokowanie kont dewizowych, z których można było do października 1982 roku wypłacać wyłącznie bony, a i później utrzymano liczne ograniczenia.
Poważnym impulsem dla czarnego rynku walutowego było zarządzenie ministra finansów z końca 1984 roku znoszące wszelkie ograniczenia w dysponowaniu dewizami złożonymi na kontach dewizowych. Nic też dziwnego, że na prywatnych kontach dewizowych przechowywano w 1987 roku już 2 mld dolarów.
Działania władz komunistycznych były coraz bardziej schizofreniczne. Państwowy bank kupował od obywateli ewidentnie przemycone z zagranicy złote monety i sztabki, płacąc za nie przeliczanymi po niezłym kursie dewizami, które można było od razu wpłacić na konto walutowe.
Jednocześnie w dalszym ciągu podtrzymywano opinię, że dewizowo-handlowe operacje bazujące na wysokim kursie dewiz wpływają „negatywnie na kształtowanie wyobrażeń i postaw społecznych. Pogłębiają tendencje do lekceważenia pracy w kraju oraz nieufność do krajowej waluty. Formują równocześnie kult dolara i pracy w krajach zachodnich”.
Milicja kontynuowała walkę z „przestępczością dewizowo-przemytniczą”, ale nic nie mogło zatrzymać przejścia społeczeństwa nawet nie na system dwuwalutowy, ale wręcz porzuciło rodzimy pieniądz dla dolara. O ile w 1976 roku oszczędności w dewizach stanowiły 7,8% złotówkowych, w 1980 - 16,6%, w 1983 - 45,1%, to w 1986 - 78,7%, aby w 1988 osiągnąć 320%. O ile też w 1982 roku obrót wszystkich rodzajów sklepów eksportu wewnętrznego wyniósł 366,3 mln dolarów, to w 1988 roku prawie 700 mln, co stanowiło około jednej czwartej całej sprzedaży detalicznej w kraju. Wszelkie większe prywatne transakcje - kupno samochodu, mieszkania, działki etc. - zawierano w dewizach.
Przełomem w dotychczasowej polityce komunistycznych władz było umożliwienie w marcu 1989 roku zakładania prywatnych kantorów wymiany walut. Największy sukces odniósł Aleksander Gawronik, biznesmen mający doświadczenia zarówno z czarnego rynku walutowego, jak i współpracy z tajnymi służbami. Uzyskał on – dzięki wsparciu tajnych służb pierwsze zezwolenie i otworzył kantor tuż przy przejściu granicznym w Świecku 16 marca 1989 roku o godzinie 0.01.
W ciągu kilku miesięcy NBP wydał około 2 tys. zezwoleń na prowadzenie kantorów. Otwierały je banki, Orbis, Pewex, Baltona, biura turystyczne i, jak pisał w 1989 roku Paweł Tarnowski, „przede wszystkim indywidualni obywatele z gotówką i żyłką biznesmena, którzy doszli do wniosku, że właśnie tą drogą najlepiej i najszybciej pomnożą i tak już niemały (ocenia się, że na rozruch trzeba mieć kilkadziesiąt milionów złotych) kapitał”. Nie ulegało wątpliwości, że wielu z nich pracowało wcześniej jako cinkciarze pod Peweksami i bankami.
Dewizowy rozdział czarnego rynku został ostatecznie zamknięty w końcu marca 1990 roku, kiedy na mocy zarządzenia prezesa NBP dopuszczono do obrotu również „złoto dewizowe”, a w kantorach na tablicach z kursami walut dopisano ceny złotych krugerrandów i dwudziestodolarówek.
Wybrana literatura:
J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
M. Bednarski - Drugi obieg gospodarczy. Przesłanki, mechanizmy i skutki w Polsce lat
osiemdziesiątych
D. Stola - Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949−1989(1) -
| Written by Godziemba | 0
W okresie PRL w każdym większym mieście spotykało się cinkciarzy.
„Niemal od połowy wieku — pisał w 1988 roku Jan Nieporowski — dolarowe strumyki, wijąc się pomiędzy betonowymi barierami, stawianymi przez biurokrację, zlewały się w jedną, rwącą, pełną wirów i szumowiny, dziś już miliardową rzekę. Rzekę dziwną, w części płynącą na powierzchni, w części podziemną, na jednym brzegu trochę uregulowaną, na innym zupełnie dziką. Cały czas uwijają się przy niej decydenci, bankowcy, milicjanci, a przede wszystkim – niezniszczalni cinkciarze”.
Początkowo uczestników czarnego rynku walutowego nazywano „czarnogiełdziarzami”, „waluciarzami” lub „konikami. Termin „cinkciarz” ugruntował się w języku polskim dopiero w latach 60., kiedy turystom z Zachodu proponowano w języku angielskim korzystną wymianę walut. Spolonizowane „change money” przybrało więc najpierw brzmienie „cinksiarz” lub „cynkciarz”, by na początku lat siedemdziesiątych przybrać formę „cinkciarz”.
Po wojnie wśród „waluciarzy” można było „spotkać intelektualistę, przedstawiciela wolnych zawodów, nauczyciela, młodych złodziejaszków [...], byłych studentów, młodych terminatorów, byłe służące i zwykłych przestępców; wszystkich ludzi, których z normalnego życia wytrąciły wojenne wypadki, a którzy po mistrzowsku, cierpliwie i zręcznie usiłowali utrzymać się na powierzchni morza śniegu pokrywającego Warszawę”.
Nic dziwnego gdyż oficjalne zarobki, zarówno robotników, jak i inteligentów, były bowiem dosłownie głodowe, natomiast handel, zwłaszcza nielegalny, gwarantował znacznie wyższy standard życia.
Większość waluciarzy, oferujących swoje usługi, była zazwyczaj podwykonawcami, korzystającymi z kapitałów handlarzy stojących wyżej w czarnorynkowej hierarchii i otrzymującymi za pośrednictwo ustaloną prowizję.
Nieraz prywatne sklepy stanowiły zakonspirowane kantory wymiany. Najczęściej były to sklepy jubilerskie. I np. Jan Łada, właściciel dwóch sklepów jubilerskich na ul. Marszałkowskiej, „trudnił się od 1945 roku do lutego 1949 roku nielegalnie handlem walutą obcą na wielką skalę. Utrzymywał on kontakty z szeregiem znanych handlarzy walutą, a wysokość dokonanych transakcji wahała się od 200 do 300 dolarów jednorazowo. Walutę obcą zakupywał od znanych handlarzy i od osób nietrudniących się handlem walutą zawodowo”.
Po wprowadzeniu przez komunistów w 195 roku zakazu nie tylko handlu ale także posiadania dolarów handlarze zaczęli działać w większej konspiracji. „W porównaniu do pierwszych lat powojennych – emigrant z Polski opowiadał w Radio Wolna Europa - sytuacja zmieniła się o tyle, że nie ma już w miastach określonych punktów, gdzie można spotkać handlarzy dewizami i załatwić z nimi transakcje. Trzeba więc wiedzieć, gdzie ich szukać, ale każdy mający głowę na karku może do nich trafić”.
„Miejscami spotkań [handlarzy] — opowiadał inny przybysz z Polski — pozostały nieliczne kawiarnie, bramy, sklepy [...]. W porannych godzinach (najczęściej 11-ta) schodziło się w umówionym miejscu kilka ”wpływowych” osobistości, które uzgadniały kurs. [...] Takim umówionym miejscem w Warszawie, gdzie uzgadniano kurs dzienny, był zegar dworca kolejki EKD na ul. Nowogrodzkiej i tu o 11-tej wmieszane w tłum zadyszane postacie wymieniały swe zdania co do bieżącej wartości dolara i szybko znikały w rozmaitych kierunkach”.
Transakcje odbywały się zazwyczaj nie bezpośrednio, ale na tzw. skrzynkę. Była to trzecia osoba, do której podchodził kupujący, już po wpłaceniu należnej sumy. Czasami bywała to kobieta z dzieckiem w wózku, nieraz jako skrzynka służyły sklepy, gdzie spotkania nie budziły podejrzeń. Stosunkowo rzadko natomiast finalizowano transakcje w mieszkaniach prywatnych, zwłaszcza że kara groziła wszystkim, również przechowującym waluty.
Dopiero popaździernikowa odwilż „otworzyła ponownie bramy do raju dla giełdziarzy. Zaczęto znowu waluty nosić przy sobie, spotykano się znów mniej więcej otwarcie” .
Rozpoczął się ponad trzydziestoletni okres prawdziwej prosperity dla handlarzy walutą. Długotrwała dobra koniunktura w naturalny sposób wpłynęła na wykształcenie się wewnętrznie zhierarchizowanego systemu, „z podziałem zadań i ról, własnym językiem, obyczajami, zachowaniami i rytuałami, metodami działania i strategiami obronnymi”.
Prawdziwe „grube ryby” handlu walutami pozostawały w cieniu. Tzw. bankierzy lub „organizatorzy” obracali olbrzymimi jak na owe czasy sumami, tysiącami dolarów, kilogramami złota. To oni ustalali zasady gry na czarnym rynku i w dużym stopniu go kontrolowali. Dla nich skupowane dolary były kapitałem obrotowym, wykorzystywanym do szeroko zakrojonych operacji „handlu zagranicznego” — importu złota, kamieni syntetycznych lub niedostępnych w kraju artykułów konsumpcyjnych.
Wśród głównych aktorów warszawskiego czarnego rynku nie brakowało postaci tak barwnych jak Andrzej Rzeszotarski („Hrabia Lolo”, „Wujo”), z wykształcenia inżynier, wesołego, towarzyskiego bon vivanta, mającego według ówczesnej wiedzy potocznej powiązania z władzą.
Zazwyczaj jednak „bankierzy” starali się nie wchodzić jej w oczy, prowadząc pozornie przeciętne życie. Na przykład zatrzymany w 1973 roku i skazany w 1976 roku na 12 lat Tomasz Szczypułkowski pracował jako nauczyciel w technikum, jego żona była bileterką.
Z kolei przez ręce sądzonego w tym samym czasie i skazanego na sześć lat więzienia kelnera Bolesława Krasuckiego „przeszło w latach 1960-1973 389 kg złota, 1850 monet dwudziestodolarowych, 820 pięcio- i 410 dziesięciorublówek, sto austriackich dukatów, waluty warte 57 tys. dolarów”.
„Bankierom” podlegali zarówno szeregowi handlarze, pracujący na ulicy, jak i pośrednicy („ogiery”, „szkapy”), skupujący dewizy od mających kontakty z cudzoziemcami stałych dostawców (prostytutki, taksówkarze, portierzy, szatniarze, kelnerzy) lub od dostawców przypadkowych.
Jeżeli przeciętny „konik” był zazwyczaj drobnym detalistą, to „ogierów” można zaliczyć do „półhurtowników”, operujących już znacznie większymi kwotami.
Na ulicach, w portach, hotelach, restauracjach, dworcach, w pociągach międzynarodowych, przed bankami i sklepami Peweksu czy Baltony widać było szeregowych cinkciarzy, potrafiących zazwyczaj błyskawicznie ocenić klienta.
W relacjach między cinkciarzami a klientami szybko wykształcił się system zachowań i zrozumiały dla obu stron zestaw kodów. „Sprzedaż jest najciekawsza. – napisano w pracowaniu RWE - Nasz rozmówca zaczepił „konik” i spytał o „papier” - nie wolno pytać o dolar, ponieważ to odstrasza lub „konik”, widząc nowicjusza, żąda wygórowanej ceny. Jeżeli włada się „giełdziarską mową” - wówczas „konik” widzi, że ma przed sobą „kozaka”, którego nie da się „zrobić na dupę”. Rozmówca uzgodnił po 99 zł za dolar. Następnie kazano mu przejść do pobliskiej kawiarni [...] i tam czekać. (Dewiz ze względu na bezpieczeństwo nigdy nie należy nosić przy sobie). W międzyczasie „konik” czy „dupa” [towarzysząca mu dla kamuflażu partnerka] skoczyła do „bankiera” i pobrała odpowiednią ilość dolarów, płacąc cenę w zależności od tego, po ile przedtem ich „szkapa” sprzedał „wujowi”. Mniej więcej 3 punkty do 4-rech niżej 99 zł (1 pkt.- 1 zł), tak aby „koniki” mogły zarobić. Dolary tym razem przynosi „konik”, idąc w towarzystwie „dupy” - nie wzbudzając tym samym podejrzeń. Transakcja odbywa się w najgłębszej tajemnicy”.
Część cinkciarzy nie miała również żadnych skrupułów przed stosowaniem całej palety oszustw, od tradycyjnej już podmiany pieniędzy w ostatniej fazie transakcji, po wyrafinowane zabiegi socjotechniczne. Na przykład na początku lat 70. jeden z warszawskich waluciarzy miał po większej transakcji pokazywać legitymację kuratora sądowego, oświadczając: „Aresztuję was za handel dewizami”. Wtedy kontrahenci zadowalali się puszczeniem, rezygnując z pieniędzy.
CDN.
(1) -
| Written by Marcin Brixen | 0
Zaczęło się od tego, że kiedy Hiobowscy chcieli pojechać po zakupy. Podeszli do samochodu, spojrzeli i...
Pod samochodem widniała wielka plama oleju.
- Zepsuł ci się - rzekła z satysfakcją mama Łukaszka do taty Łukaszka. - Cha cha, dobrze ci tak!
- Mi się zepsuł? - spytał powoli tata Łukaszka.
- No tak, i teraz będziesz musiał go naprawiać! A my...
- A wy w tym czasie pojedziecie samochodem po zakupy, co?
Uśmiech z twarzy mamy Łukaszka zniknął jakby starty gąbką.
- Idźcie na tramwaj - poradził tata. - A Łukasz niech zostanie ze mną. Spróbujemy dojechać do warsztatu.
Tata z Łukaszkiem zostali a pozostali członkowie rodziny udali się na przystanek tramwajowy.
Wbrew pesymistycznym przeczuciom taty Łukaszka silnik samochodu odpalił. Wolno, wolniutko wytoczyli się z parkingu i pojechali przez miasto. Dojechali do warsztatu oznaczonego wielkimi tablicami "warsztat" i wjechali na podwórze. Nie zdążyli nawet wysiąść gdy już kim wybiegł z hali jakiś mechanik. Od wyjścia krzyczał do nich:
- Czy samochód jest sprawny? Ale czy samochód jest sprawny?
Tata Łukaszka spojrzał ze zdziwieniem na syna i odparł:
- Oczywiście, że nie.
Pan mechanik zaczął strasznie krzyczeć, że jest zakaz wjazdu na teren warsztatu popsutymi samochodami.
- To jakie mogą wjeżdżać? - spytał Łukaszek.
- Oczywiście sprawne!
Tata Łukaszka zaczął się śmiać i powiedział, że przecież to nie ma sensu, żeby do warsztatu przyjeżdżały tylko sprawne auta, skoro warsztat jest od tego by naprawiać zepsute auta. Pan mechanik uniósł się ponownie, oświadczył, że na wjeździe do warsztatu jest stosowna tablica. Łukaszek poszedł obejrzeć tablicę a pan mechanik tłumaczył, co to jest profilaktyka i przeglądy aut.
- Rzeczywiście, jest napisane, że warsztat tylko dla sprawnych samochodów - zawołał Łukaszek.
- Dlaczego? - pytał tata Łukaszka.
- Nakapie mi pan olejem na pozbruk! Proszę natychmiast wyjechać mi z warsztatu - komenderował pan mechanik. - I wrócić do domu. Proszę pana o numer telefonu. Zgłaszam pana na policję, ma pan dwa tygodnie izolacji samochodu z ruchu drogowego, przez ten czas musi pan usunąć usterkę. Niech pan nawet nie myśli o jeździe niesprawnym autem. Policja będzie dwa razy dziennie kontrolować czy pojazd stoi na parkingu.
- Jak mam usunąć usterkę?! - zawołał zrozpaczony tata Łukaszka. - Przecież nie mogę jechać do warsztatu!
- Poprzez teleporadę. Zainstaluje pan w smartfonie obowiązkową aplikację e-warsztat i korzystając z tej platformy połączy się pan z naszym pracownikiem. On pana poprowadzi przez proces naprawczy.
Tata Łukaszka westchnął głęboko i zapytał pana mechanika, czy nie można by było jednak naprawić samochodu tutaj, przez siłę fachową.
- Jak pan to sobie wyobraża? - pan mechanik nagle stał się czujny i przyjazny.
- Wyobrażam to sobie tak, że panowie mi naprawiacie wóz, a ja wam płacę.
- A, prywatnie. No jasne. Możemy się dogadać - pan mechanik zajrzał pod wóz Hiobowskich. - To będzie kosztować mniej więcej tyle. Niech pan podjedzie tu do warsztatu na osiemnastą.
- A co z tymi tablicami, zakazami i zachlapaniem pozbruku olejem? - nie wytrzymał Łukaszek.
Mechanik wzruszył ramionami i oświadczył:
- Podłoży się jakąś folię.(2) -
| Written by Marcin Brixen | 0
Tata Łukaszka poszedł na kolację ze swoimi znajomymi. Mama Łukaszka też miała iść, ale nie mogła. Walczyła. Walczyła o prawo gejów do prowadzenia auta bez prawa jazdy. Tata Łukaszka tego nie rozumiał, ale jego znajomi rozumieli to świetnie i wybaczyli nieobecność mamy Łukaszka. Byli to bowiem osoby europejskie, wykształcone, świadome, tolerancyjne i tak dalej.
Siedzieli w lokalu, pili drogie wino, jedli drogą potrawę i narzekali na drożyznę powodowaną przez rząd.
- Drożyzna jest na całym świecie - spróbował delikatnie tata Łukaszka.
- Znajomi zaraz się zjeżyli.
- Po pierwsze, to drożyzna w Polsce jest spowodowana inflacją, która jest spowodowana tym, że rząd rozdaje moje pieniądze jak szalony różnym patologiom żyjącym za pięćset plus - wyliczał znajomy. - Po drugie, gospodarki światowe są połączone i to co robi rząd Polski ma wpływ na inne gospodarki.
- Czyżby kurs złotówki miał wpływ na kurs dolara? - zastanowił się tata Łukaszka.
- Oczywiście, że nie - zaśmiała się znajoma. - To co robi rząd Polski, nie ma wpływu na inne państwa. Jesteśmy w izolacji, z wszystkimi pokłóceni, wszyscy na izolują.
Tata Łukaszka stłumił jęk i zrobił facepalma.
- No nie mów mi, że popierasz rząd! - żachnął się znajomych. - Tych...
Zadzwonił telefon taty Łukaszka. Na ekranie wyświetlił się napis "Fotowoltaika".
- Znowu oni - rzekł tata Łukaszka z niechęcią i dodał do ignorowanych.
- Myślałam, że fotowoltaika już się skończyła - rzuciła znajoma.
- Bo się skończyła - rzekł gorzko tata Łukaszka. - Przerzucili się na atomistykę. Teraz oferują domowe reaktory jądrowe.
- Ale dlaczego dzwonią do ciebie? - znajomy wzruszył ramionami. - Przecież ty mieszkasz w bloku. Reaktor stawia się w ogródku...
- Mają podobno taki model ekstra slim, który można wsunąć z podnośnika przez drzwi balkonowe - wyjaśnił tata Łukaszka. - Nie słyszeliście?
- Nie - znajoma pokręciła głową. - Do nas nie dzwoni fotowoltaika. Ani atomistyka.
- Szczęściarze.
- No, nie do końca - znajomy zrobił niewyraźną minę. - Do mnie dzwoni... Ale proszę cię o dyskrecję.
- Jasne.
- Pegasus.
- Że co?
- Mówię: do mnie dzwoni Pegasus - powtórzył szeptem znajomy.
- Skąd wiesz? - tata Łukaszka był wstrząśnięty. - Przecież Pegasusa nikt nie używa...
- Oj, widzę, że się ogląda reżimową telewizję - znajoma pogroziła mu żartobliwie palcem. - Oczywiście, że to narzędzie jest, i jest wykorzystywane. Nie tylko przeciwko opozycji, nie tylko przeciwko demokracji, ale przeciwko ludziom. Zwykłym ludziom. Takim jak my.
Tata Łukaszka chciał coś powiedzieć, ale telefon znajomego zaczął nagle wibrować, zagrał jakąś melodyjkę, a czarny ekran rozbłysnął napisem "żona".
- No i co ty na to? - triumfował znajomy. - Czy moja żona dzwoni teraz do mnie? No oczywiście, że nie, siedzi teraz obok mnie i jak sam możesz zauważyć, tu leży jej telefon i ona z niego nie korzysta. Więc kto to może być?
Tata Łukaszka milczał.
- Pegasus - westchnęła znajoma i wstała. - No, chłopcy zostawiam was na chwilę. A sama idę do toalety zmienić podpaskę! - zagrzmiała na cała salę.
- Przecież nie masz okresu - zauważył cicho znajomy.
- Nie mam, no to co? Trzeba odczarować tą mieszczańską moralność. Trzeba przełamać miesiączkowe tabu!
I poszła.
- Naprawdę dzwoni do ciebie Pegasus? - tata Łukaszka nadal był w szoku.
- Coś ty - znajomy zachichotał. - To Pamela. Taka moja przyjaciółka z Tindera. Studentka. Jestem jej FWB.
- FWB?
- Friend with benefit. Płacę jej na patronite, w zamian ona mi... No wiesz.
- Zdradzasz żonę??? Z studentką???
- Co cię tak szokuje, wśród studentek to normalne. Nie czytasz "Wiodącego Tytułu Prasowego"? Na tysiąc sto dwadzieścia studentek tysiąc sto dziewiętnaście uprawia sex working, tego dowiodły badania przeprowadzane na grupie sześciu osób!
- Ale że zdradzasz...
- Szszsz! - uciszył tatę znajomy. - Ona wraca!
Znajoma zasiadła przy stoliku, uśmiechnęła się i chciała już coś powiedzieć, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Na ekranie wyświetlił się napis "mąż". Spojrzała na swojego małżonka. Był blady i głośno łykał ślinę.
- To... Tego.., Kto to dzwoni?
Znajoma dla odmiany bardzo się zaczerwieniła.
- No, ten... Pegasus...(2) -
| Written by Godziemba | 0
W 1950 roku komuniści zakazali Polakom posiadania dolarów.
Dolary stały się nie tylko rodzajem długoterminowej, pewnej lokaty, ale w coraz większym stopniu kapitałem obrotowym, umożliwiającym lepszą konsumpcję. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w PRL zapanował w rzeczywistości system dwuwalutowy i „wszystkie dzieci dorastające w PRL w latach siedemdziesiątych od najmłodszych lat uczyły się tej podstawowej zasady, że są dwa rodzaje pieniędzy — prawdziwe i polskie” .
Zanim to jednak nastąpiło, w 1945 roku minister skarbu przypomniał przedwojenne dekrety Prezydenta RP z 1936 i 1939 roku, zakazujące obrotu „zagranicznymi środkami płatniczymi” oraz ich wywozu za granicę. Za łamanie przepisów groziła w 1945 roku kara pięcioletniego więzienia i grzywna (200 tys. zł), a w przypadkach skrajnych, „jeżeli sprawca uczynił sobie proceder z popełnienia [tych] przestępstw”, sąd mógł wymierzyć nawet karę dożywocia i nieograniczonej grzywny.
Łatwiej było jednak wydać rozporządzenie niż je wyegzekwować. Okolice warszawskiego hotelu „Polonia” (na rogu ulicy Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich) stały się bezpośrednio po wojnie centrum nielegalnego obrotu dolarami. Także skarb państwa uzupełniał skromne zapasy dewiz na czarnym rynku.
Funkcjonariusze UB wskazywali w końcu 1946 roku jako najważniejszych klientów czarnej giełdy, oprócz „emigrantów narodowości żydowskiej”, przede wszystkim młynarzy, producentów urządzeń młyńskich, jubilerów, restauratorów oraz „przestępcze elementy spośród funkcjonariuszów przemysłu i handlu państwowego i uspołecznionego” .
Powracający do Polski przywozili dewizy i złoto, wyjeżdżający próbowali je wywieźć. Uciekinierzy z Polski, i Polacy, i Żydzi, wymieniali posiadany majątek na walutę i złoto, mające ułatwić nowe życie za granicą. „Żydzi narzekają, - napisano w sprawozdaniu Polskiej Misji Wojskowej w Niemczech w 1946 roku - że ostatnio na wszystkich punktach granicznych panują kolosalne zaostrzenia, albowiem nie ma ostatnio osoby, której by na granicy „coś” nie zabrali. To właśnie „coś” waha się w granicach 1000 do 2000 dolarów, względnie biżuterii odpowiedniej wartości. [...] O kolosalnych sumach pieniędzy w walucie zagranicznej, jaką posiadają obozowicze, świadczy fakt, iż w tygodniu ubiegłym zabrano jednemu tragarzowi Herszowi Mandelbachowi z Łodzi na urzędzie NKWD w pobliżu Szczecina w rosyjskiej strefie 11 200 dolarów. Człowiek ten dorobił się w kraju na szmuglu sacharyną”.
Kiedy jesienią 1946 roku czarnorynkowy kurs dolara osiągnął niebotyczny poziom 1 tys. zł, Ministerstwo Skarbu złagodziło represje wobec czarnej giełdy walutowej, co obniżyło kurs i „wywołało dodatni wpływ psychologiczny na zahamowanie tendencyj spekulacyjnych”.
Liberalizacja nie trwała jednak długo. Od połowy 1947 roku wraz z „bitwą o handel” funkcjonariusze MO oraz Komisji Specjalnej do Walki ze Spekulacją Komisji Specjalnej rozpoczęli zdecydowanie walkę z „nielegalnym” obrotem dolarami.
Brak niezbitych dowodów przestał być przeszkodą do skazania czarnogiełdziarza na kilka miesięcy obozu pracy. „Jakkolwiek rewizja osobista przeprowadzona u podejrzanych nie ujawniła posiadania obcej waluty - pisano w raporcie po obławie w okolicach „Polonii” w 1947 roku - a z krajowej waluty tylko 3600 zł u Lipińskiego i 3042 zł u Jarzębowskiego, niemniej jednak z zeznań świadka Orłowskiego oraz z okoliczności, iż podejrzani nie mają stałego źródła utrzymania, [wynika], że są oni pośrednikami, „naganiaczami” w handlu obcą walutą” .
Coraz dotkliwsze represje (zwykły szeregowy handlarz otrzymywał najczęściej wyrok od 3 do 6 miesięcy obozu pracy) prowadziły do uzupełniania marynarek specjalnymi kieszeniami oraz przechowywanie dolarów u osób pozostających poza podejrzeniami (dozorców, znajomych).
Prawdziwie ciężkie czasy dla handlarzy dolarami nadeszły w 1950 roku po wejściu w życie ustawy walutowej, zakazującej nie tylko nielegalnego handlu dewizami, ale wręcz ich posiadania. Dewizy należało odsprzedać po śmiesznie niskim kursie państwu lub oddać je w depozyt. Wydaje się, że stosunkowo niewielka liczba Polaków pozbyła się walut.. Większość złotych i papierowych dolarów została głęboko ukryta w rozmaitych schowkach.
Agent UB informował, że „w rozmowie z prywatną inicjatywą z bazaru Różyckiego dowiedziałem się, że każdy z nich posiada walutę w dolarach miękkich, będzie chciał sprzedać, a kupić walutę w dolarach złotych, który które z kolei będzie zakopywał w ziemię”. W tej sytuacji minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz wydał w listopadzie 1950 roku rozkaz nr 050, nakazujący „dla osiągnięcia efektu odstraszającego, dla ukrócenia rozpasania przestępców walutowych” przygotować pokazowe procesy waluciarzy.
Ofiarą tego rozkazu niejednokrotnie stawali się ludzie posiadające drobne kwoty w dolarach. Dobrym przykładem może być Katarzyna Mościcka z podwarszawskiego Zacisza, której 20 grudnia 1950 roku wykazano, że „posiadała bez zezwolenia Komisji Dewizowej 1 banknot dolarowy, otrzymany w 1947 roku od Zofii Gawareckiej w zamian za ofiarowaną jej kurę”. Z kolei ofiarodawczyni zarzucono, że „w roku 1947, czasu bliżej nieustalonego, wbrew obowiązującym przepisom wprowadziła do obrotu jednego dolara USA, wręczając go Krystynie Mościckiej w zamian za otrzymaną od niej uprzednio kurę” .
W lipcu 1951 roku stanęła przed Komisją Specjalną mieszkanka Ciepielina pod Pułtuskiem, której zarzucano, że „do dnia 9 lutego 1951 roku [...] wbrew obowiązującym przepisom nie odsprzedała Narodowemu Bankowi Polskiemu posiadanych dwóch dolarów USA, które w połowie stycznia 1951 roku otrzymała w drodze przesyłki z zagranicy”. Razem z nią został oskarżony znajomy, który wziął od niej dolary i w ciągu tygodnia nie zaniósł ich do NBP.
Pomimo uchwalenia w 1952 roku ustawy karnej dewizowej, przewidującej za obrót „wartościami dewizowymi” od 2 do 10 lat więzienia (a przy „zawodowstwie” - nawet dożywocia), czarny rynek walut nie zamarł., zwłaszcza że zapowiadane wyroki śmierci co prawda zapadały, z zasady nie były jednak wykonywane.
Plan sześcioletni doprowadził do gwałtownego spadku wartości krajowej waluty i do inflacji. Kto miał jakieś rezerwy pieniężne natychmiast zamieniał je na dolary. Ten zaś, kto złotówek nie miał, ale trzymał zakopane w ogródku dolary, co jakiś czas sprzedawał je „na życie”.
Niemałe znaczenie miała powszechna na wsi tradycja tezauryzowania w złocie, której komunizm nie był w stanie zwalczyć. Na przykład chłopi z dawnego zaboru rosyjskiego środki uzyskane ze sprzedaży zboża, warzyw i mięsa najchętniej lokowali w złotych rublach. Kupowaną w jesieni popularną monetę pięciorublową, tzw. świnkę, sprzedawano na przednówku.
Ten, kto przetrzymał dewizy i złote monety do jesieni 1956 roku, mógł odetchnąć z ulgą. W listopadzie 1956 roku Sejm uchwalił ustawę znoszącą zakaz posiadania dewiz, złota i platyny, pozwolono także na podjęcie z banku „wartości dewizowych” zdeponowanych tam po październiku 1950 roku. Utrzymano jedynie zakaz prywatnego obrotu walutami.
Podczas zorganizowanej w Ministerstwie Finansów konferencji prasowej nie ukrywano, że liberalizacja przepisów ma na celu „uruchomienie tezauryzowanych obecnie walut, wykorzystanie ich - przede wszystkim - dla poprawy zaopatrzenia w surowce i maszyny rzemiosła oraz w nawozy sztuczne, środki owadobójcze, materiały budowlane i także maszyny - rolników. [...] Umożliwienie posiadaczom tych walut np. budowy domku jednorodzinnego, otwarcia rzemieślniczego warsztatu, intensyfikacji produkcji rolnej itp. - powinno ich zachęcić do wykorzystania tych możliwości, a gospodarce narodowej przysporzyć towarów na rynku”.
Czarny rynek handlu dolarami natychmiast się ożywił. Odwaga staniała i ludzie bojący się wcześniej nawet myśleć o posiadaniu złotych monet czy dewiz teraz - zgodnie z zasadą „niepewne czasy, pewny dolar” - zaczęli lokować w nich oszczędności.
Czynnikami podtrzymującymi czarny rynek było olbrzymie zróżnicowanie kursów dolara. I tak np. turyści odwiedzający Polskę otrzymywali za dolara 24 zł, czyli czterokrotnie mniej, niż oferował czarny rynek. Nic dziwnego, że oficjalnie wymieniano jedynie obowiązkowy limit. Przesyłane z zagranicy dla obywateli PRL waluty przeliczano po 72 zł. Mogli oni otrzymać również tzw. czeki dolarowe PKO, uprawniające do zakupu zagranicznych towarów. Jednak zaopatrzenie w sklepach PKO było, zwłaszcza w latach 50. bardzo marne.
CDN.
(2) -
| Written by Marcin Brixen | 0
Pani Sitko i Łukaszek stali pod osiedlowym sklepem warzywniczym i zaglądali do środka.
- Co się tak czaicie? - poirytowany pan sprzedawca wyjrzał na zewnątrz. - Wchodzicie czy nie?
- Sprawdzaliśmy, czy pan nie zbankrutował - wyjaśniła pani Sitko. - Bo tak pięć lat pan już bankrutuje...
- I nic - uzupełnił Łukaszek.
- A co, chcielibyście żebym zbankrutował?! - zapienił się pan sprzedawca wpuszczając ich do sklepu. - Wszyscy się na mnie czają! Wszyscy chcą mnie wykończyć!
- Może ja gdzie indziej kupię te pomidory - bąknęła pani Sitko i próbowała się wycofać.
- Nowy nie ma! - pan sprzedawca złapał ją za rękaw. - Pani przyszła tu po pomidory i pani wyjdzie z tymi pomidorami!
- Cie.. cieszę się...
- Może pan powiedzieć, kto są ci wszyscy, którzy chcą pana wykończyć? - łagodnie spytał Łukaszek. - Czy s ą tu z nami w tym pokoju?
- Nie denerwuj mnie dzieciaku! Założysz własny biznes, to zobaczysz jak to jest! Wszyscy cię zjedzą! A pierwsza to elektrownia!
- Prąd, rozumiem... - pokiwała głową pani Sitko.
- Nic pan inie rozumie! Dostałem rachunek ostatnio, to do nich zadzwoniłem! I niech pani sobie wyobrazi, że próbowali mnie oszukać rządową propagandą! Że oni, dostawcy energii, nie mają wpływu na jej cenę! Przecież to są kpiny! Kto jak nie oni są odpowiedzialni za cenę ich produktów?! Kto, jak nie oni powinni starać się o to, by zmniejszyć cenę tego, co oferują?! A oni do mnie, że to wina tego, że rzekomo dziesięć lat temu Tunald-Dosk albo Kowa-Epacz coś podpisali! Wskazywanie na nich palcem to żałosna próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności i przerzucenia ich na kogoś innego i świadczy wyłącznie o elektrowni! Co? Czego chcesz mały?
- Mam pytanie - Łukaszek podniósł palce do góry. - Czemu te pomidory takie drogie?
Pan sprzedawca zawrzał gniewem.
- A co ty sobie myślisz, że ja sobie wymyślam cenę z kapelusza?! Ja ją estymuję, a nawet powiem więcej, kalkuluję! Ja te pomidory kupuję u dostawcy, też muszę mu coś zapłacić! Cena zawiera też różne opłaty! Słyszałeś ty kiedyś dzieciaku o podatkach?! A poza tym ja też muszę z czegoś żyć! A ty mi tu jakieś bzdury wygadujesz, że cena pomidorów zależy od mnie!(3) -
| Written by Godziemba | 0
W latach 80. nastąpiło nasilenie przestępstw związanych z nielegalnym obrotem alkoholem.
W październiku 1981 roku wprowadzono reglamentację alkoholu. Każdemu dorosłemu Polakowi przysługiwał najpierw litr, a od stycznia 1982 roku zaledwie pół litra alkoholu.
Ukoronowaniem walki z pijaństwem za pomocą przepisów i ograniczeń była ustawa z 26 października 1982 roku o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Najbardziej dotkliwy przepis dotyczył zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach i w gastronomii, między godz. 6. a 13.
Tym samym powstały znakomite warunki dla nieoficjalnego obrotu alkoholem, przynoszącego krociowe zyski. Zniknęli meliniarze, a pojawili się „spekulanci alkoholem”. Monitorująca nielegalny rynek Komenda Główna MO podkreślała, że reglamentacja radykalnie zmniejszyła liczbę drobnych handlarzy alkoholem, mających teraz problemy zarówno z jego zakupem, jak i z ewentualnym wytłumaczeniem posiadania większej ilości.
Większą szansę mieli teraz hurtownicy, dysponujący odpowiednim kapitałem (również w dewizach), kontaktami, możliwościami organizacyjnymi i technicznymi. Szybko powstał cały wachlarz technik pozyskiwania alkoholu - od kreatywnego wykorzystywania państwowych producentów, przez kradzieże i fałszerstwa kartek, po zakupy w sklepach dewizowych.
Najprostszym sposobem było zdobycie alkoholu u źródła - w państwowych wytwórniach. Fabryki „Polmosu” prowadziły pod presją związków zawodowych i często za zgodą miejscowych władz własną politykę dystrybucyjną, zarówno przyznając pracownikom prawo do zakupu dużych ilości alkoholu, wymieniając go za produkcję innych zakładów, jak również sprzedając bezpośrednio, z pominięciem sieci handlowej, instytucjom i osobom prywatnym.
Dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego, na początku lutego 1982 roku praktycznie zlikwidowano „alkoholowe” deputaty dla pracowników oraz zakazano sprzedaży alkoholu przez „Polmosy” poza oficjalną siecią handlową. Jednocześnie wymieniono część pracowników dozoru, zaś całym załogom „Polmosów” zwiększono o 20% pensje (co miało ich powstrzymywać przed kradzieżami).
Pomimo tych działań nie zlikwidowano nadużyć w zakładach spirytusowych. Podstawową ich metodą było generowanie nadwyżek w produkcji, dzięki np. stosowaniu górnych norm ubytków i tzw. zaników produkcyjnych. Podczas transportu najczęściej wykorzystywano normę tzw. stłuczek. Jak wskazywał w maju 1984 roku gen. Edwin Rozłubirski przy przewozach np. octu lub denaturatu stłuczek było dziesięć razy mniej niż w przypadku wódki czy spirytusu. Tylko w 1983 roku podczas transportu kolejowego „stłukły” się alkohole o wartości ponad 729 mln zł. „Tradycyjne” kradzieże były wielokrotnie mniejsze..
Ponadto sposoby kradzieży stały się coraz bardziej wyrafinowane, np. w 1983 roku w Lublinie grupa kierowców i konwojentów dostarczających alkohole do sklepów Peweksu „opracowała metodę otwierania i zamykania [butelek] bez uszkodzeń nakrętek aluminiowych, co pozwoliło im opróżniać butelki z wódek i spirytusu, a napełniać wodą i z tą zawartością zdawać odbiorcy”. Sprawców nie wykryto.
Odbiorcami alkoholu z nadwyżek czy kradzieży byli zarówno drobni meliniarze, jak też prawdziwi hurtownicy – przede wszystkim pracownicy sklepów monopolowych oraz szefowie placówek gastronomicznych. I tak np. w 1982 roku ajentka restauracji w Księżym Dworze koło Działdowa upłynniła ponad 43 tys. butelek wódki, osiągając zysk w wysokości 9 mln złotych. Ajenci poznańskich barów „Dobosz” i „Osiedle” sprzedali ok. 20 tys. butelek. Doniesienia o sprzedaży kilku tysięcy flaszek alkoholu były na porządku dziennym.
Skomplikowany system zamienników (kawa, czekolada itp. za alkohol) praktycznie uniemożliwiał skuteczny nadzór. Nic więc dziwnego, iż na początku 1982 roku w jednym ze sklepów na warszawskim Mokotowie sprzedano bez kartek 6934 butelki wódki, a placówka w Kutnie upłynniła poza reglamentacją od lipca 1981 do lipca 1982 roku ok. 16 tys. butelek.
Próbowano również tuszować nielegalne operacje przez powtórne rozliczenie wykorzystanych już kartek na alkohol lub przez ich podróbki. I tak w jednym tylko sklepie WSS w Szczecinie znaleziono 3320 fałszywych kartek. Kartki na alkohol podrabiano powszechnie w całym kraju.
Równie opłacalne było kreatywne wykorzystywanie zarządzenia dającego urzędnikom administracji państwowej prawo przyznawania specjalnych przydziałów alkoholu z okazji narodzin, ślubu bądź zgonu. Powszechna strategią było np. zgłaszanie „w urzędach stanu cywilnego dokumentów w sprawie zawarcia małżeństwa jedynie w celu uzyskania zaświadczenia umożliwiającego zakup większej ilości alkoholu na uroczystość weselną. Po uzyskaniu zaświadczenia zainteresowani rezygnują z zawarcia związku małżeńskiego”.
Jak ustalono w lutym 1982 roku trzej mieszkańcy Siedlec zostali oskarżeni o „wykup alkoholu na sfałszowane zaświadczenia i dalszą jego sprzedaż po cenach spekulacyjnych. Zabezpieczono komplet czcionek drukarskich, stemple, maszynę do pisania, służące do fałszowania zaświadczeń, uprawniających do zakupu alkoholu z tytułu uroczystości weselnych”. W sumie wykupili oni ponad 1500 butelek wódki, zarabiając 750 tys. zł.
Czarnorynkowe ceny alkoholu były tak wysokie, a dolarowe, peweksowskie na tyle niskie, że opłacało się kupować wódkę w sklepach Pewexu, następnie ją odsprzedawać z zyskiem kanałami nieoficjalnymi.
W sklepach Peweksu alkohol można było bowiem kupić nie tylko bez kartek, ale również od rana, a nie od „ustawowej” godziny 13. Nic dziwnego, że były one drogą zaopatrzenia handlarzy alkoholem również po zniesieniu reglamentacji.
Rezygnacja wiosną 1983 roku z reglamentacji alkoholu ograniczyła w niewielkim stopniu nielegalny handel. Zanikły jedynie oszustwa kartkowe i wyłudzanie zaświadczeń, ale nie inne metody uzyskiwania nadwyżek.
Zniesienie racjonowania alkoholu i jednoczesne wprowadzenie ograniczeń godzin jego sprzedaży stanowiły doskonały fundament odbudowy systemu tradycyjnych melin.
Nic też dziwnego, że do drugiej połowy lat osiemdziesiątych alkohol był prawdziwym bohaterem spekulacyjnych statystyk - jeszcze w 1987 roku handel nim stanowił około 60% wszystkich przypadków nielegalnego obrotu artykułami rynkowymi.
Ograniczające swobodę sprzedaży alkoholu przepisy ustawy z 26 października 1982 roku zostały zniesione 19 lipca 1990 roku, podcinając byt większości melin. Z czarnego rynku zostali jednak wyeliminowani tylko detaliści. Prawdziwi hurtownicy mieli się dobrze, a alkohol stał się - obok benzyny — jednym z filarów szarej strefy epoki transformacji.
Paradoksalnie bimber wcale nie przeszedł do historii i, mimo oficjalnego zakazu, produkuje się go powszechnie. Jedni czynią to z biedy, inni - jak na początku lat 80. - w ramach swoistego hobby, a samogon stał się atrakcją nawet eleganckich stołów!
Wybrana literatura:
J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989
M. Bednarski - Drugi obieg gospodarczy. Przesłanki, mechanizmy i skutki w Polsce lat
osiemdziesiątych
K. Kosiński - Historia pijaństwa w czasach PRL. Polityka-obyczaje-szara strefa-
patologie(2) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Jak można mówić że eksperyment to nie eksperyment skoro to eksperyment?
Elementem integralnym tego wpisu będą obrazki, takie jak ten:

A tu wprowadzam element tekstowy znaleziony na necie:
Styczeń 2021 - Zaszczepieni nie zarażają się.
Luty 2021 - Zaszczepieni mogą się zarazić, ale nie zachorują.
Marzec 2021 - Zaszczepieni mogą zachorować, ale przebieg choroby będzie lekki.
Kwiecień 2021- Zaszczepieni mogą mieć ciężki przebieg choroby, ale nie trafią pod respirator.
Czerwiec 2021 - Zaszczepieni mogą potrzebować leczenia respiratorem, ale nie umierają.
Wrzesień 2021 - Zaszczepieni mogą umrzeć, ale nie w cierpieniu.
Październik 2021 - Zaszczepieni mogą umierać w bólu i cierpieniu, ale z czystym sumieniem.
Styczeń 2022 - Zaszczepieni, którzy umarli idą do nieba, gdyż troska o innych była dla nich priorytetem.
Nie wiem kto jest autorem zestawienia ale niech ma atencję. W każdym razie oddaje ten wywód istotę problemu. Przejdźmy teraz do następnego obrazka:

I szczepy miały taką linię ideową na początku. Nie miały jednak żadnych podstaw do wysuwania takich twierdzeń bo szczepionka była nieprzetestowana z przyczyn obiektywnych, jak krótki czas od opracowania. Dodatkowo wiadomo, że wirusy tego typu mutują (zmieniają się) ze swej natury. Jakie wysuwali zatem argumenta?
Argumentem jedynym w zasadzie była jakaś inna szczepionka, która kiedyś tam zadziałała na inną chorobę. Chorobę o innej charakterystyce, zaraźliwości i przebiegu. Szczepionka oparta na innej technologii i w dodatku dawno temu wycofana. Polio tu było na topie. Oczywistym jest, ze opieranie się na takiej chybionej analogii musiało spowodować dobrze umocowany intelektualnie sprzeciw. Szczepy zrobiły z siebie durniów i nie spodobało się takie zachowanie kolektywowi.
Mówiąc analogicznie wyobraźcie sobie, że producent wypuszcza na rynek auto (samochód) bez żądnych testów i testuje na klienteli. Jeden walnie w drzewo bo układ kierowniczy niesprawny to poprawią. Drugi walnie w drzewo bo hamulce niesprawne. Trzeciemu fotel się załamie. Tak można zbudować obraz testowania na ludziach i tak też testowali szczepionkę opowiadając te kocopały.
Mamy tu znaczenie statystyczne oczywiście terminów zarażanie i zakażanie. Jednemu czy drugiemu może się zdarzyć że złapie po szczepieniu ale będą to liczby tak małe, że bez znaczenia. A na pewno nie 20% zmarłych i 40% zakażonych. To są ilości statystycznie znaczące o czym później. Tzn od razu:
Tak duży procent zakażonych zaszczepionych przekreśla sens paszportów covidowych i innych takich przywilejów dla osób zaszczepionych (czyli dla mnie). Bo mogą one zakażać i chorować. Szczepy które boją się zarażenia od nieszczepa demonstrują swoją niepełnosprawność intelektualną gdyż od szczepa tak samo się mogą dobrze zarazić a szczepów się nie boją. Tu mi została zwrócona uwaga ze mamy 2 oddzielne zjawiska:
1. Osoba która zetknęła się z wirusem ale go odparła od razu. Nie zachorowała ona w ogóle ale przeciwciała się pojawiły u niej.
2. Osoba która zachorowała, ale przechodzi Covida łagodnie (np. po szczepieniu). Może mieć objawy tak niewielkie, że nie zauważa ich albo lekceważy. Ale będzie zarażać.
I żaden szczep, nawet najbardziej rozpasany nie przedstawia badań ile jest tych drugich przypadków? Osoby takie w ogóle nie będą testowane chyba że przypadkiem i jest to szara strefa umykająca statystykom. Ale zarażają. I dlatego pojawają się informacje że niektóre kraje rezygnują z paszportów szczepiennych a stawiają na testy. Zjawisko takiego zarażania może powodować nieoczekiwanie szybsze rozpowszechnianie wirusa i większą skalę choroby. A może być tak że jednak jest mniejsza. Bez badań nie wiadomo bo mają ten problem gdzieś. Ktoś mi tu jakieś badania podrzucał ale były nie po naszemu i w ogóle tego nie znajdę teraz. Możecie się szczepy popisać nauką prezentując ustalenia ale jakoś ani jeden się nie pali. Weźmy na przykład tego:
https://twitter.com/WolnoscO/status/1480480006124056579
Postuluje on paszporty które zwiększają rozprzestrzenianie się choroby co świadczy o wyjątkowym braku pomyślunku. A jeśli mówimy o obowiązku to tak. Szerokie kręgi twierdzą, że skoro reżim uważa że szczepienia powinny być obowiązkowe to niech wprowadza obowiązek ale niech weźmie odpowiedzialność za skutki uboczne. Teraz ubezpieczyciel powie Ci że szczepienie jest dobrowolne, eksperymentalne i nie dostaniesz nic. Projekty rządowe raz że nie weszły przez tyle czasu a dwa ich zakres jest śmieszny.
Skoro Francja obcięła termin ważności jednodawkowego Johnsona z roku do 4 miesięcy to znaczy że eksperyment był i się nie udał. Szczepionka nie trzyma parametrów i chyb wycofali ją już? Na milionach pacjentów był przeprowadzony test który się nie udał. Bo miała rok trzymać a trzyma 4 miechy (Jak to zauważył właściciel S24). A tak w ogóle to miała chronić w nieskończoność wedle Horbana.
II Śmiertelność
Przypadek Pospieszalskiego pokazuje że być może amantadyna nie jest tak skuteczna. Jak twierdzi znalazł lekarza który osłuchiwał go co parę dni bo w ten sposób można wychwycić problemy zanim dadzą objawy kliniczne. Jak to jest teraz ze śmiertelnością? Mamy niższą czy wyższą niż gdzie indziej? Jak wygląda w ogóle leczenie? Dzwoni gościu do przychodni z objawami i w ramach teleporady kierują go na test? Jak ma się udać tam? Nie każdy ma auto a nawet jak ma to z gorączką nie pojedzie. TAXI nie. Autobus? No nie wiem. Oczekuję tu na expose tego gościa od certyfikatów z tłita wyżej.
Dalej gościu dostanie paracetamol i ma siedzieć w domu? Tak?
Na tym etapie powinien być osłuchiwany kilka razy i który lekarz to postuluje? W każdym razie u nas się tego nie robi. Jak chory ma szczęście to mu przejdzie a jak nie to uprzedzających dziań nie będzie i do widzenia. Tak to wygląda?
III Kurator
Wśród funkcjonariuszy PiS są osobniki kompetentne i kurator z Krakowa powiedziała prawdę, że szczepionki to eksperyment i hieny się na nią rzuciły. Może ona mówić prawdę bo nie jest z branży i nie ryzykuje urlopem na Malediwach. Że jej nie fundną. Rada medyczna przy premierze chce się podawać w proteście do rezygnacji. Jak jej reżim nie odwoła. Spokojna wasza pisoska. Można ich wrzucać do przerębli, prażyć prądem i lutować po pysku piąchopiryną i będą się trzymać stołka bo muszą pilnować szczepionkostwa, żeby leku nie było.Właśnie a propos: Pojawiła się informacja że śródziemnomorski lek jakiś pomaga na Covida, w sensie łagodny przebieg choroby jest. Czy szczepy się ucieszyły? Powiedzieli że szybko sprawdzą dzięki czemu ludzie nie będą umierać i tracić zdrowia? No nie. Głucha cisza jest i nie słyszałem, żeby Horban albo ten drugi Pyrć się egzaltował. Ano widzicie jak im na zdrowiu zależy.
Podsumowując: Eksperyment się nie powiódł w dziedzinie medycznej, odporności stadnej ni ma, nie zarażania ni ma za cenę blokowania poszukiwań skutecznych leków. Jak masz znajomego weterynarza to Ci może Iwermektynę przypisze na konia i ocalejesz.
Jeśli mówimy zaś o skutkach ubocznych to coraz popularniejszy jest termin koincydencja: gościu zszedł na zawał po 3 tygodniach od cepienia ale nie wnikamy czy to przez cepienie bo byśmy związek przyczynowo-skutkowy musieli obadać. Nie mamy w tym interesu więc wpisujemy że koincydencja.(2) -
| Written by Danz | 0 Całość:„To są gigantyczne koszty, które chce nam zafundować Frans Timmermans, który jeśli chodzi o „Fit for 55” nie mówi o kwestiach klimatycznych, tylko o ideologicznym szaleństwie, które doprowadzi do ubóstwa energetycznego, a co przerażające - zagraża bezpieczeństwu naszego kraju” - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl wiceminister klimatu Jacek Ozdoba.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Ile Polska wyda na Fit for 55? Te kwoty są zatrważające! Kaleta: Koszty unijnej polityki dla Polski do 2030 roku to 2 BILIONY złotych
wPolityce.pl: Z wyliczeń Banku Pekao wynika, że koszt wprowadzenia „Fit for 55” wyniesie dla Polski 2 bln zł. Czy to nie jest horrendalna suma w porównaniu z efektami, jakie ma przynieść ten pakiet klimatyczny, a mianowicie zupełnie minimalny, niemalże niedostrzegalny spadek temperatury? Jak Pan to ocenia?
Jacek Ozdoba: Kwoty, które prezentuje pan premier Sasin, są przerażające. Eksperci Banku Pekao wyliczyli, że transformacja będzie kosztowała ponad 2,4 bln. Odejmując nawet środki unijne, pożyczki i wiele innych jeszcze instrumentów finansowych, które też przecież nie są za darmo, to i tak ponad 1,2 bln wszyscy za to zapłacimy. Przedstawione dane pokazują, że czteroosobowa rodzina zapłaci 256 tysięcy złotych, a jeden obywatel - 64 tys. złotych. To są gigantyczne koszty, które chce nam zafundować Frans Timmermans, który jeśli chodzi o „Fit for 55” nie mówi o kwestiach klimatycznych, tylko o ideologicznym szaleństwie, które doprowadzi do ubóstwa energetycznego, a co przerażające - zagraża bezpieczeństwu naszego kraju. Zagraża bezpieczeństwu, dlatego że musimy stabilne źródło energii zastąpić niestabilnym źródłem, jakim są OZE, lub zmuszeni będziemy do importu gazu z kierunku wschodniego, a Władimir Putin ma określone cele związane z ekspansją jeżeli chodzi o uzależnienie od tego surowca.
https://wpolityce.pl/gospodarka/581290-wywiad-ozdoba-fit-for-55-to-gwozd...(1) -
| Written by Danz | 0 (1) -
| Written by Danz | 0 (1) -
| Written by Danz | 0 - Putin stawia sprawę jasno: Kiedy byliśmy słabi, wykorzystaliście to i zabraliście to, co historycznie należało tylko do nas; teraz opamiętaliśmy się, przezwyciężyliśmy liberalny obłęd i przezwyciężamy zdradzieckie - atlantyckie - tendencje lat 80-90 w samej Rosji i jesteśmy od teraz gotowi do prowadzenia konstruktywnego dialogu z pozycji siły.
- pisze teraz Dugin na swoim profilu na VKontakte, rosyjskim odpowiedniku Facebooka - jako przykłady "radzenia sobie" podaje - "Gruzja 2008, Krym i Donbas 2014, kampania syryjska. W niektórych miejscach odzyskaliśmy naszą pozycję, a Zachód nic nam nie zrobił", ale także to, że Rosja "radzi sobie z sankcjami i "kolorowymi rewolucjami".
- Teraz Rosja jest gotowa do kontynuowania euroazjatyckiej rekonkwisty, czyli do ostatecznego wyrzucenia proamerykańskich sieci, w tym liberalno-oligarchicznych zdradzieckich compradorów z całej naszej strefy wpływów.
- pisze Dugin.
Całość:
https://www.tysol.pl/a77299-Aleksander-Dugin-ideolog-kremlowskiego-imper...Brak głosów -
| Written by Godziemba | 0
PRL-owskie państwo znajdowało się w sytuacji schizofrenicznej – potrzeby budżetu skłaniały do maksymalizacji sprzedaży alkoholu, zaś plaga pijaństwa i połączone z nią wymierne straty - do jej ograniczania.
Wobec nikłej skuteczności kampanii antyalkoholowych sięgano po bardziej rygorystyczne zakazy. W połowie lat 50. uchwalono dwie ustawy antyalkoholowe, ograniczające możliwość sprzedaży i konsumpcji alkoholu m.in. w miejscu pracy, hotelach robotniczych, domach kultury i przyznające radom narodowym uprawnienia do ograniczania liczby punktów sprzedaży, czasu pracy, ilości oferowanej klientom wódki czy wręcz wprowadzania lokalnej prohibicji np. w dni wypłat czy święta państwowe. Od 1966 roku alkohol i papierosy można było kupować oficjalnie dopiero po ukończeniu 18 roku życia.
Lata siedemdziesiąte przyniosły z jednej strony olbrzymi wzrost spożycia alkoholu, z drugiej - kolejne zakazy, zmniejszanie liczby punktów sprzedaży. W rezultacie „na miejsce [...] każdego zamkniętego punktu legalnego - alarmowało Ministerstwo Sprawiedliwości - z reguły powstają jak grzyby po deszczu ruchliwe punkty nielegalnej sprzedaży na bazarach, targowiskach, w bramach i mieszkaniach prywatnych”.
Formy obrotu były zróżnicowane - od sprzedawania alkoholu w miejscach publicznych (np. na targowiskach), przez tzw. meliny z alkoholem „na wynos”, do oferujących na miejscu wyszynk, usługi seksualne czy paserskie.
Najlepszymi klientami melin byli robotnicy. Meliny, nazywane początkowo również „potajemkami” lub „bunkrami”, powstawały wszędzie tam, gdzie pojawiały się „koparki, dźwigi, spychacze [...] gdzie pojawi się napis: obiekt X lub Y w budowie. [...] Rozwijają się doskonale w otoczeniu barakowej prowizorki hoteli robotniczych i wśród odgłosów stąpań gumowych butów po lepkiej glinie.”
Na przykład w Warszawie w latach sześćdziesiątych większość z około 400 rozpoznanych przez MO melin mieściła się w dzielnicach przemysłowych - na Woli, Żoliborzu, Pradze- Północ i Pradze-Południe. „Milicji znane są takie newralgiczne punkty - informowała w 1959 roku warszawska popołudniówka - gdzie w promieniu 100 m działa 12 melin, w których „babcie”, „ciocie” i „wujkowie” prowadzą zakazany handel”.
Czasami meliny były bezpośrednio w zakładach pracy, prowadzone zazwyczaj przez portierów, dozorców czy pracowników technicznych. Zakładowi meliniarze byli cenieni i często chronieni przez załogę. Kiedy w Warszawskiej Spółdzielni Ogrodniczej przyłapano na takim procederze jednego z portierów i dyrektor podjął decyzję o jego zwolnieniu, spotkał się z gwałtownym sprzeciwem nie tylko pracowników fizycznych, ale również umysłowych a nawet kadry kierowniczej.
W sytuacji „wyższej konieczności” z oferty melin korzystali także przedstawicieli innych grup społecznych, intelektualistów nie wyłączając. Według prowadzonych w połowie lat osiemdziesiątych przez Jerzego W. Wójcika badań prawie 55 % osób z wyższym wykształceniem miało kontakt z melinami. I to w sytuacji, gdy właściciele melin, aby zminimalizować ryzyko, obsługiwali zazwyczaj krąg zaufanych klientów
Mimo że ceny alkoholu były na melinach dużo wyższe niż w sklepach, klienci nie czuli się bynajmniej pokrzywdzeni, wręcz przeciwnie, w razie wpadki bronili meliniarza. W tym wypadku kluczową rolę grały względy pragmatyczne - trzeba było oczywiście płacić więcej, ale jednocześnie tylko melina gwarantowała zarówno dostęp do alkoholu przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, jak i niekiedy zakup na kredyt. Ponadto likwidacja meliny oznaczała utratę - przynajmniej na jakiś czas - nieograniczonego dostępu do alkoholu.
Posiadanie nawet sporej ilości „monopolowego” alkoholu nie było też, w odróżnieniu od bimbru, karalne. Milicja musiała więc zdobyć jasne dowody na nielegalny obrót albo zatrzymując sprawców na gorącym uczynku.
We własnym mieszkaniu handlarze przetrzymywali wyłącznie niewielkie ilości alkoholu, nieraz w otwartych butelkach, sugerujących spożycie na miejscu. Ilości hurtowe były gromadzone np. u sąsiadów lub w piwnicy. Niektórzy sprzedawali alkohol z samochodów. Jednak w latach osiemdziesiątych stawało się to ryzykowne, pojazd można było bowiem skonfiskować jako „narzędzie przestępstwa”. Nie groziło to w przypadku handlu w mieszkaniach - przepisy nie pozwalały na pozbawienie meliniarza lokalu lub jego wykwaterowanie.
W rezultacie tylko niewielki odsetek rozpoznanych właścicieli melin udawało się doprowadzić do sądu lub kolegium. Lecz i w takich przypadkach zapadały najczęściej łagodne wyroki – kilkutysięczne grzywny i kilkumiesięczne areszty, zazwyczaj w zawieszeniu.
Powody takiej wyrozumiałości były ekonomicznej i społecznej natury. Przecież handlowano nie produkowanym nielegalnie samogonem, lecz „monopolowym” alkoholem, bez szkody dla państwowej kasy. Już w lutym 1946 roku urzędnik Ministerstwa Administracji Publicznej instruował wojewodów, że zbyt rygorystyczne zwalczanie nielegalnej sprzedaży wódki monopolowej „jest szkodliwe z uwagi na interes Skarbu państwa, gdyż ogranicza zbyt artykułów monopolowych, obłożonych opłatami skarbowymi”.
Na zjawisko to wskazywał w połowie lat osiemdziesiątych dziennikarz „Polityki”, pytając, dlaczego „surowo karze się tych, którzy pędzą, a łagodnie traktuje się meliniarzy. Ani dużych wyroków w prasie, ani kar pozbawienia wolności. [...] Znający życie wiedzą, że sprzedaż bimbru w melinach należy do rzadkości. [...] Królują w nich wyroby monopolowe i wódki „peweksowskie”, ponieważ korzystniejszy jest przelicznik i większe zyski. Z meliny zysk ciągnie meliniarz, zarabia na tym monopol państwowy, no i coś z tego ma „Pewex”..
Nic dziwnego, że zlikwidowana melina albo się szybko odradzała, albo była zastępowana przez nową. I np. w 1966 roku w Warszawie zlikwidowano 119 melin, ale powstało 250 kolejnych. Spośród z tych 119 - 35 likwidowano po raz drugi, dziewięć - trzykrotnie, trzy - czterokrotnie.
Cały ten budowany od dziesięcioleci system załamał się w 1981 roku.
CDN.
(1) -
| Written by Smok Eustachy | 0 
Putin jest jaki jest bo takie jest jego zbójeckie prawo. Realizuje swe plugawe interesa tak, aby wyszło na jego. Własnym interesem kieruje się. A ze Unia się też jego kieruje a nie swoim? To już problem Unii.
Wróćmy jednak do ostatniego kryzysu migracyjnego wykreowanego przez Łukaszenkę bez większych trudności. W jego rezultacie Merkel musiała wydzwaniać do Łukaszenki i tyle Unia się nawojowała. W każdym bądź razie kluczowa jest tu rola Putina: kierownicza i inspirująca, co żadnej wątpliwości nie ulega. Spodziewać się mogliśmy, że zwolennicy Putina hurtem poprą działania Łukaszenki. W pewnym momencie cały atak poszedł na nas bo na Litwie, Łotwie, Estonii jak ktoś otwarcie się przyzna że jest sługusem Putina to jest skończony. U nas nie: Putin może liczyć na opozycję totalną czyli PO, Hołownię, SLD aż do elektoratu Trzaskowskiego w drugiej turze czyli 10 milionów ludzi. TVN, Gazeta Wyborcza, okopress itp. Nie ma zatem obciachu w przyznaniu się do Putina bo w tym elektoracie to jest plus. To zjawisko odróżnia nas od wspomnianych krajów.
Nie powinno was dziwić też że stronnictwo prounijne jest zarazem proputinowskie i spełnia z radością polecenia i wytyczne Putina. Czym są bowiem Nordstrimy o które Merkel walczyła chyba 16 lat (tak podaje Ziemkiewicz)? Ano podporządkowują one Europe energetycznie Putinowi: Niemcy mają rozprowadzać rosyjski gaz po Europie a pieniądze z tego gazu mają Rosji umożliwić podbicie np. Ukrainy. Były kanclerz Niemiec Gerhard Fritz Kurt Schröder został podwładnym Putina jako dyrektor konsorcjum Nord Stream. Podobnie były premier Francji Francois Fillon podporządkował się Putinowi jako zarząd Sibura.Nie dziwcie się zatem proputinowskiemu stanowisku Zachodu bo tam tylko marzą o intratnej rosyjskiej posadce.
Dzisiaj słyszałem o jakiś przeciekach wg. których Tusk dostał misję przekazania Polski pod rosyjski protektorat co się może wiązać z wyprowadzeniem nas z UE. Nie jest to takie nieprawdopodobne a jest prawdopodobnie zważywszy na logikę wydarzeń. Oto Biden przekazał Rosji tereny aż po Bug. Dodatkowo da łzgodę USA na Nord Stream 2 jeśli nie zaatakuje Ukrainy. Czyli Rosja wycofa swą armadę z granicy z Ukrainą na jakiś czas i zgodę na strima dostanie. Układy z Rosją praktycznie zawsze kończą się tak:
- Rosja w zamian za konkretne koncesja udziela mglistych obietnic na przyszłość,
- i tak tego nie dotrzymuje, jak jej pasuje to zrywa.
- i wtedy domagają się kolejnego porozumienia z Rosją.
I tak się to toczy.
Przejdźmy teraz do energii i emisji: Różne takie zielone i inne zawsze postulowały działania dziwnym trafem prorosyjskie, przede wszystkim likwidację atomu. Obecnie jeśli mówimy o źródłach energii to mamy albo nieistniejące, czyli np. fuzja termojądrowa czyli tokamaki. Nie ma tego i nie wiadomo czy będzie. Albo wątpliwe ekologicznie jak wiatraki i panele słoneczne. Dalej mamy rosyjskie źródła energii czyli gaz i ropa przede wszystkim. Ale węgiel też. Dalej mamy tradycyjny węgiel np. nasz który jest im solą w oku. Dalej mamy atom.
i teraz zobaczcie kto rezonuje po rosyjsku? Przecież w Niemczech jedyną i w ogóle narracją jest narracja antyatomowa. Niemcy zamknęli 3 elektrownie i do końca tego roku zamkną wszystkie. Jak się to ma do ograniczania emisji CO2? Przecież te elektrownie już są nie trzeba ich budować. O tzw odnawialnych już pisałem i to jest kpina.
II
Nasze ograniczenie emisji dwutlenku węgla nie ma żadnego znaczenia bo Chiny i cały Daleki Wschód stawiają elektrownie węglowe z taką emisją, przy której nasze ograniczenia są nieznaczne, nieznaczące i niezauważalne. Czyli się wygłupiamy po prostu skazując na biedę, głód i bezrobocie. Jak Unia działa w interesie Rosji? Np. akcja ekologiczna likwidacji pieców na groszek, węgiel itp i zastąpienie ich piecami gazowymi. Oczywiście dofinansowane przez Unię. A potem gigantyczna podwyżka cen gazu i płaćcie frajerzy Putinowi.
W tym kontekście nasza elektrownia atomowa nie powstanie, mówię wam.(2) -
| Written by Smok Eustachy | 0
Areszt tymczasowy jest u nas nadużywany i często jest traktowany jako kara. Faktycznie. Teraz 3 miesiące dostał wandal co pomazał kościół hasłami. Pokazuję i objaśniam co jest tu istotne: raz maksymalny teoretyczny wymiar kary za dany zdegenerowany występek a dwa szansa mataczenia. I jeśli ktoś pyskuje sądowi że się nie stawi i w ogóle ucieknie to 3 miechy ma jak w banku. Co innego jeśli wyrazi gotowość współpracy i powie, że się stawi. I słusznie wyciągnęliśmy tu kolesia który wybił szybę w synagodze i poszedł do aresztu. Chodzą słuchy, że był chory psychicznie i wyraził gotowość współpracy a mimo to dostał. Słusznie zatem toczymy bekę z tamtych którzy pokazują swoją hipokryzję, rasizm, degenerację oburzając się z powodu 3 miesięcy za dewastację świątyni.Pojawia się jednak pytanie: czemu to tyle trwa i nie można zamknąć sprawy w tydzień? tydzień czasu na przygotowanie aktu oskarżenia w takiej sprawie nie wystarczy?
Areszt to nie jest kara tylko środek zapobiegawczy ciemna maso aprawna. No.
II
Z Łukaszenką sprawa jest dwuznaczna. Jakby się ktoś spytał pisowców co Łukaszenka może nam zrobić to otrzymałby typową odpowiedź maniowielkościową: Jesteśmy w UE, w NATO jesteśmy, takie potęgi stoją za nami więc co Łukaszenka może? Nic nie może. No i macie kryzys taki, że z największym trudem udało się go ogarnąć. I wysiłkiem. To tak jak w boksie: jak wchodzisz na ring to lutujesz gościa ale musisz się liczyć z ciosami tamtego. Że oberwiesz. Dlatego byłem i jestem zdania żeby Łukaszenki nie drażnić jakimiś popieraniami opozycji szemranej proputinowskiej i telewizją Biełsat i innymi. Albo zrobić taką akcję że go od razu obalamy, albo się powstrzymać. Nie słuchaliście mnie to teraz macie.
Łukaszenka otworzył sobie kanał przerzutowy nielegalnych imigrantów na zachód z czego miał mieć kasiorkę. W tej sytuacji jedynym naszym ratunkiem było utrzymać granicę. I tu WOT okazało się sukcesem bo żołnierze WOT zgłaszają się na wezwanie a ci zwykli to w 40% na zwolnienie idą. Takie mnie dochodzą słuchy.
W każdym razie prof. Antoni Dudek też tu się odklejał bo nawet jeśli 10 000 się przedarło to jest to nic w porównaniu z docelową przepustowością tego kanału. Otwarte szturmy zostały odparte.
Docelowo miało to wyglądać tak, że nachodźcy owi chcieli się nielegalnie przedostać do Niemiec. Niemcy mogliby ich łapać i do nas odsyłać. My zaś musielibyśmy ich pilnować aby nie uciekali do Niemiec. Czyli obozy dla nich robić. Rozumie to CEP Ochojska, która postulowała aby parafie przyjmowały po rodzinie. Przecież parafia nie jest w stanie ich przypilnować aby nie nawiali. Celem Ochojskiej było zatem utworzenie takich obozów i atakowanie reżimu a to za warunki tam panujące, a to że kraty są, a to że łapią. W ten sposób potęgować kryzys chce.
Teraz natomiast jest pora na remanent i skatalogowanie zwolenników Łukaszenki: TVN, Platforma obywatelska, biskupi, Gazeta Wyborcza, etc etc. Ja mam to robić? W rozmowie z Tomaszem Terlikowskim odkleja się teolog fundamentalny dr Monika Białkowska:
Chroń nas Panie Boże przed "teolożkami" i ich odklejeniem. Zwróćcie uwagę na furię, której ataki obserwowaliśmy w momencie gdy oczywistym się stało, że wygrywamy. Łukaszenka został zmuszony do zaprzestania ściągania migrantów i zaczął odsyłać ich z powrotem. Blokując przemyt zademonstrowaliśmy nasz humanitaryzm i ewangelię i to powoduje rozpacz dr Moniki Białkowskiej: setki tysięcy ludzi zostało uchronionych przed poniewierką i niepewnym losem. Zauważcie, że ona, Terlikowski, biskupi etc etc powstrzymali się przed wezwaniem Łukaszenki do zabrania tych ludzi wraz z kotem znad granicy. Czemu Putin nie zabrał ich do Moskwy? Przysłał nad granicę jakiś pyskaczy trzeba było im powiedzieć niech zabierają towarzycho.Po linii służbowej powinni zaapelować do Putina o taki gest humanitarny.
III
O atomie i gazie będzie oddzielny wpis gdyż to co bajdurzy Terlikowski w inkryminowanej audycji jest smutne i żałosne. Przybiły mnie te wyznania. W nowym wpisie poruszę kwestię zależności od Putina: kto i dlaczego wypełnia jego polecenia i dlaczego jest to PO, TVN, Ochojska, Wyborcza etc.(3) -
| Written by alchymista | 0 
Przywykło się sądzić, że Polską rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego. Nie jest to prawda. Ogólnie rzecz biorąc ciężko wysnuć jakieś wnioski z przypadkowych rozmów lub obserwacji tego co się pisze w „internetach”, ponieważ różne trendy są sterowane z lewa lub z prawa, z przodu, z tyłu, z dołu i z góry.
Czasami jednak wystarczy wejść na służbowego chata, na którym piszą głównie ludzie młodzi, dwudziestolatkowie, i można sobie to potraktować jako sondaż opinii oraz sondaż światopoglądu, łącznie z czymś w rodzaju „ukrytego programu” (hidden curriculum).
Wiem, piszę mętnie, ale nie chcę ujawniać swojego źródła informacji ani nawet cytować poszczególnych wypowiedzi czy panującego tam (na czacie) nastroju. Przejdę więc od razu do wniosków: Polską rządzą nie dwie trumny, ale trzy. Wszyscy podlegamy ich wpływom, i choć próbujemy też szukać innych autorytetów, ale niestety mgła mózgowa jest silniejsza od naszej woli. Tworzymy różne wysepki normalności, czasem się nam wydaje, że są nas tysiące i miliony, ale rzeczywistość może się okazać zdecydowanie bardziej okrutna.
Pierwsza trumna, która rządzi młodzieżą polską to trumna Janusza Korwina-Mikke. Rzecz nie w tym, że JKM żyje i ma chyba dobre geny, bo sprawia wrażenie okazu zdrowia. Rzecz w tym przecież, że JKM jest już nie sobą, ale własnym memem i czymś w rodzaju mumii Lenina w mauzoleum. JKM wiecznie żywy. Jego recepta jest prosta: niech wolny rynek i niskie podatki pogodzą wszystkie sprzeczności, a będzie raj na ziemi. Prawda, że trafia do młodych? Trafia! Przecież spory PO-PiS są takie nużące, a wystarczy obniżyć podatki, znieść monopole i będzie po prostu byczo.
Druga trumna, która rządzi młodzieżą polską, to trumna Adasia Michnika. Ten również zdrowie ma żelazne, jak na te ilości fajek, które wypala, bezceremonialnie zatruwając otoczenie. Ale sam w sobie Adaś Michnik nie ma już wpływu na własny wizerunek, który przejęli jego fanatyczni zwolennicy. I gdyby nagle Adaś Michnik jakimś cudem zamienił się w zagorzałego pisiora, to i tak wyznawcy nawet tego nie zauważą. Mem Adasia jest silniejszy, niż on sam.
Trzecia trumna, która włada młodzieżą polską to trumna Bolesława Piaseckiego. Przez chwilę wahałem się, czy nie napisać „Romana Dmowskiego”, ale wtedy musiałbym Adasia zamienić na Józefa Piłsudskiego i wszystko byłoby odrealnione. Nie, Adaś owładnął tą częścią inteligencji polskiej, która przed wojną była lewicowa, liberalna lub sanacyjna. Zmienił ją, zniekształcił na swoją modłę. Podobnie Roman Dmowski nie byłby szczęśliwy patrząc na swoich dzisiejszych zwolenników, maszerujących w wielotysięcznych pochodach lub wymądrzających się o „realiźmie politycznym”. Natomiast Bolesław Piasecki byłby, i owszem, bardzo zadowolony. W końcu obecna „endecja” absolutnie nie stwarza dla Rosji żadnego zagrożenia, podobnie jak pozostałe dwa nurty…
Mniej więcej po trzydziestce młody (jeszcze) człowiek dorasta i jego poglądy stają się mniej ostre, mniej radykalne lub rewolucyjne. Zaczyna się stawać konserwatystą, „dziadersem”. Ale młodzieńcze infekcje drążą organizm nadal i popychają ku konkretnym wyborom politycznym. Sprawiają, że polityczne projekty, wielkie partie wyborcze takie jak PO czy PiS, nadal nie są rozwojowe, a przynajmniej nie są tak rozwojowe, jak mogłyby być. Bo przecież po trzydziestu latach od upadku ZSRS już dawno powinniśmy być chociażby w ścisłym sojuszu z Ukrainą. Tymczasem ani trumna Michnika, ani trumna JKM, ani trumna Piaseckiego nie popchnie nikogo w tym kierunku. Wręcz przeciwnie, chcemy się kontentować tym, co mamy. Nie mamy świadomości, że jeśli nie zainwestujemy tych „talentów”, które nam dano, stracimy i to, co jeszcze mamy.
Oczywiście, ktoś może uznać, że niesłusznie odnoszę wszystko do relacji z Moskowią. Ale spójrzmy na sprawy uczciwie. Jedyny sposób, by się zdefiniować, polega na zdefiniowaniu przeciwnika. Moskowia jest naprawdę naszym jedynym, egzystencjalnym przeciwnikiem. Jedynym państwem, które dąży do naszego zdeptania i zniszczenia. Konsekwentnie, od wielu stuleci. Dlatego wszystko w Polsce powinno się obracać wokół pytania: jak wypchnąć Moskowię za Dniepr, jak doprowadzić to alko-państwo do wewnętrznego rozkładu a potem częściowej odbudowy, ale już na nowych, ludzkich zasadach. Tymczasem o czym toczą się debaty w Polsce? W najlepszym razie o tym, jak zachować te granice, które Osóbka-Morawski wynegocjował u łaskawego Stalina.
A zatem, zakopać te trzy trumny/memy i przysypać grubą warstwą piasku to zadanie na kolejne trzydziestolecie. Pytanie brzmi nie „czy”, ale „jak”. Być może wiatr dziejów przyniesie nam podpowiedzi. Kto ma uszy, niechaj słucha!
Jakub Brodacki
(2) -
| Written by Godziemba | 0
Do największego rozkwitu bimbrownictwa doszło w latach 80.
Badania prowadzone nad nielegalnym gorzelnictwem wskazują, że zjawisko to zanika, kiedy za średnią pensję można kupić 60–70 butelek wódki. Tymczasem w PRL przelicznik ten wynosił zaledwie ok. 30 butelek!
Wódka była w Polsce Ludowej relatywnie dwukrotnie droższa niż przed wojną i jedną z najdroższych w Europie. Tym samym każda zwyżka cen alkoholu powodowała wzrost nielegalnego gorzelnictwa. Zasada, że „cena bimbru musi [...] pozostać w bezpiecznej odległości od monopolówki” obowiązywała do końca PRL.
Z ekonomicznego punktu widzenia produkcja bimbru była doskonałym interesem. Przy dominującej produkcji wiejskiej, podstawowe surowce — ziemniaki, zboże, mąka etc. — pochodziły z własnego gospodarstwa. Nawet kiedy podstawowym surowcem stał się cukier, jego wyższy koszt był niwelowany przez np. większą wydajność. W rezultacie koszt wytworzenia samogonu stanowił zazwyczaj tylko niewielką część ceny podobnej ilości „monopolówki”.
Cenę zbytu kształtowały przede wszystkim ryzyko wpadki oraz możliwości finansowe klientów. „My zawsze uderzamy w środek — opowiadał zawodowy bimbrownik - Czym więcej kosztuje wódka, tym wyżej podnosi się ten środek. [...] Z kila cukru, no niech kila i parę deka więcej, zrobię litr samogonu. To litr kosztuje mnie 15 złotych. Litr wódki ile kosztuje, 70 zł? — To ja muszę bić tak: muszę na litrze zarobić dużo bo inaczej po co mi ten interes, po co ja mam ryzykować, ale nie mogę chcieć za dużo, bo u mnie nie będą kupować. Muszę wziąć tak, żeby było dużo drożej niż 15, ale dużo taniej niż 70” .
Warunkiem naprawdę hurtowej działalności był bowiem dobrze zorganizowany zbyt. Ten zaś gwarantowały przede wszystkim duże miasta. Nic też dziwnego, że po zakończeniu wojny codziennym zjawiskiem były nielegalne gorzelnie wykrywane w peryferyjnych dzielnicach miast lub na przedmieściach.
Z dystrybucją nie było większych problemów dzięki prywatnej sieci handlowej i gastronomicznej. Właściciele sklepów, kawiarni i knajp z jednej strony dążyli po prostu do maksymalizacji zysk z drugiej zaś handlowali bimbrem z racji niedoboru legalnego alkoholu.
„Nieomal w każdej kawiarni lub podobnych przedsiębiorstwach gastronomicznych, - napisano w raporcie - a także w wielu sklepach spożywczych odbywa się nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych i to zarówno w naczyniach zamkniętych, jak i do spożycia na miejscu. Również zjawiskiem często występującym jest nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych na placach targowych ze straganów i budek, a nawet wprost na ulicach”.
Był to proceder powszechnie akceptowany, a sprzedawców nieraz wręcz chroniono. Np. w listopadzie 1955 roku milicja z ubecją przeprowadziła razem z MO i UB kontrolę lokali całej Warszawie. „Jeden z nielegalnie prowadzonych lokali restauracyjnych przy ul. Litewskiej 15, gdzie sprzedawano „bimber” — napisał funkcjonariusz MO — poleciłem Urzędowi Śledczemu zamknąć i pozostawić do decyzji ob. Premiera. Właścicielka lokalu przy przeprowadzaniu rewizji spowodowała napad oddziału Wojska Polskiego, stacjonującego Litewska 14 na organa Milicji Obywatelskiej, w wyniku której nastąpiła strzelanina i pobicie szeregu milicjantów i rozbrojenie ich przez kompletnie pijany wyżej wymieniony oddział”.
W podwarszawskim Legionowie działały wręcz „firmy” zajmujące się produkcją urządzeń gorzelniczych, co umożliwiało utrzymanie produkcji na odpowiednio wysokim poziomie i szybkie uruchomienie wytwórni w razie wpadki.
W związku z nasilonymi represjami, od końca 1946 roku bimbrownie były przenoszone „do najodleglejszych wsi, w lasy i bagna, do których częstokroć, wskutek złego stanu bezpieczeństwa i złych warunków drogowych, organa Ochrony Skarbowej i Milicji Obywatelskiej mają utrudnioną ingerencję. Ponadto tajne gorzelnictwo przenosi się z zabudowań gospodarczych w pola i powojenne bunkry, przesuwając czas pracy na godziny nocne”.
W miastach decydującym ciosem dla istniejących do tej pory sieci dystrybucyjnych było zniszczenie w czasie „bitwy o handel” większości prywatnych placówek handlowych i gastronomicznych i poddanie jeszcze istniejących rygorystycznemu nadzorowi.
W konsekwencji aż do początku lat osiemdziesiątych cechą alkoholowego czarnego rynku w miastach były meliny, gdzie handlowano przede wszystkim wódką „monopolową”.
Wpadki, zarówno producentów, jak i pośredników, były zazwyczaj rezultatem donosów. „Niemal wszystkie przypadki trafiające do sądu - napisano w raporcie - są rezultatem oskarżeń sąsiedzkich. Producent i sprzedawca bimbru musi żyć w przyjaźni z sąsiadami. Jeśli pokłóci się z kimś, od razu MO otrzymuje informację.
Najwięcej bimbrowników było tam, gdzie poziom akceptacji dla władz był niski, a tradycja, w tym okupacyjna, pędzenia samogonu najdłuższa. Tak więc do rejonów „bimbrowych” zaliczano ziemie dawnych zaborów rosyjskiego i austriackiego, okolice Warszawy, Białostocczyznę, Kieleckie, Łódzkie, Lubelszczyznę, Krakowskie (gdzie na Sądecczyźnie tradycyjnie już pędzono śliwowicę), Rzeszowszczyznę.
Oprócz produkcji na sprzedaż wielu bimbrowników produkowało jedynie na własny użytek. Granica między oboma rodzajami nielegalnego gorzelnictwa stopniowo się przesuwała, a zawodowcy coraz bardziej ustępowali amatorom, którzy w latach osiemdziesiątych zostali prawdziwymi panami pola walki.
Podczas bimbrowego boomu z lat 70. I 80. ponownie doszło do „urbanizacji” nielegalnego gorzelnictwa. Ten powrót umożliwiły przemiany technologiczne, w tym przede wszystkim upowszechnienie cukru jako surowca wyjściowego. Kiedy zacier przygotowywano z ziemniaków lub mąki, musiało być go po pierwsze stosunkowo dużo, zaś „cykl produkcyjny był dość długi i kłopotliwy, fermentująca w beczkach pulpa okropnie śmierdziała i to łatwo mogło zdradzić producenta”. Technologia oparta na cukrze pozwalała na przygotowywanie niewielkich „domowych” ilości zacieru (np. zgodnie z receptura grunwaldzką - 1 kg cukru, 4 litry wody, 10 dkg drożdży), zaś proces produkcyjny był łatwy i niewymagający specjalnie skomplikowanych urządzeń. Wystarczyła kuchenka, kran z zimną wodą i nieco zmodyfikowany czajnik.
Przemianom uległ również zbiorowy portret bimbrownika. Jeżeli wcześniej pędzeniem samogonu zajmowali się w miastach przede wszystkim robotnicy, to stan wojenny uczynił z niego aktywność inteligencką. „Jest moda na pędzenie.- napisano w raporcie - Panuje ona przede wszystkim w kręgach inteligencji. Pan magister i pan inżynier wymieniają receptury, wspólnie degustują, udoskonalają aparaturę. W trakcie rodzinnych i towarzyskich przyjątek już nie śledziki [...], szarlotka [...], ani nalewka [...] są przedmiotem chwały gospodarzy. Ale bimber!”.
CDN.
(2) -
| Written by Godziemba | 0
Już w 1945 roku władze komunistyczne rozpoczęły walkę z bimbrownikami.
Wpływy ze sprzedaży alkoholu stanowiły w okresie PRL-u niebagatelny odsetek dochodów państwa, z rzadka spadając poniżej 10%, a zazwyczaj oscylując wokół 11–15,5%.
Niewielkie efekty pierwszych działań sprawiły, iż na początku października 1945 PPR zwróciła się do PSL, PPS i „Wici” z propozycją współpracy „w dziedzinie walki z bimbrem”, a minister propagandy otrzymał polecenie „rozwinięcia kampanii propagandowej na rzecz zwalczania „bimbru”. Jednocześnie minister sprawiedliwości nakazania sądom rozstrzyganie spraw „bimbrowych” w pierwszej kolejności.
Dzięki wysokim nagrodom dla informatorów w 1946 roku władze mogły pochwalić się zlikwidowaniem prawie 28 tysięcy bimbrowni. Olbrzymie zapotrzebowanie na samogon sprawił, iż ciągle powstawały nowe nielegalne gorzelnie, a niskie ceny zboża sprzyjały produkcji samogonu.
W 1947 roku państwowe zakłady spirytusowy znacząco zwiększyły swoją produkcję, jednocześnie radykalnie zaostrzono represje dla bimbrowników. W zwalczanie nielegalnego gorzelnictwa została zaangażowana Komisja Specjalna, która przejęła od sądów wyrokowanie w tzw. sprawach bimbrowych. W efekcie do obozów pracy trafiło ponad tysiąc bimbrowników, którzy stanowili prawie jedną czwartą wszystkich nowych więźniów.
W 1953 roku w walce z nielegalną produkcją alkoholu zerwano z dotychczasowym podejściem karno-skarbowym na rzecz karno-administracyjnego, uznając problem za wygasający. Milicja zrezygnowała nawet z rejestrowania poszczególnych przypadków nielegalnego gorzelnictwa.
Po przemianach 1956 roku i zmniejszeniu represji wobec społeczeństwa, wielu bimbrowników powróciło do swego „zawodu”. W rezultacie w 1958 roku okazało się, że Polacy kupili ponad 10 mln litrów czystego spirytusu mniej niż w poprzednim roku. Jednocześnie wyraźnie wzrosła, zwłaszcza na wsi, sprzedaż cukru i drożdży, np. w województwie warszawskim o 60%, a w kieleckim o 40%.
Jednocześnie wznowiona walka z bimbrownictwem wpisywała się w rozpoczętą w tym czasie rozprawę z tzw. podziemiem gospodarczym. W 1958 roku podwojono wprowadzone w końcu 1957 roku premie dla milicjantów za wykrycie gorzelni, a prokuraturę zmobilizowano do zaostrzenia represji wobec sprawców.
Wiosną 1959 roku gazety były pełne informacji o przygotowywanej nowej ustawie, zaostrzającej kary dla bimbrowników. Tytuły nie pozostawiały wątpliwości: „Bimbrownictwo nie będzie popłacać” czy „Przed pogromem bimbrarzy”.
Uchwalona 22 kwietnia 1959 roku ustawa o zwalczaniu niedozwolonego wyrobu spirytusu obowiązywała, z niewielkimi zmianami aż do 26 kwietnia 2001 roku! Na jej mocy już sam fakt produkcji bimbru, nawet w niewielkich ilościach na tzw. własny użytek, był zagrożony karą do 3 lat więzienia i grzywną od 5 tys. zł, a w „znacznych rozmiarach” — od 2 do 5 lat i grzywną nie niższą niż 30 tys. zł. Nie trzeba było również zatrzymywać sprawcy na gorącym uczynku, karalny był bowiem już sam fakt posiadania lub przechowywania aparatury czy gotowego produktu.
Wkrótce po jej wejściu w życie (1 czerwca 1959 roku) gazety zapełniły się doniesieniami o surowych karach więzienia i wysokich grzywnach dla bimbrowników. Produkcja nielegalnego alkoholu przestała się opłacać. Spadła gwałtownie liczba wykrytych nielegalnych gorzelni.
„Rok bieżący — pisał wiosną 1963 roku dziennikarz „Polityki” — jest jednym z ostatnich, kiedy można jeszcze pisać o bimbrze. Niedługo będzie to egzotyka, pojedyncze śmieszne wypadki, w każdym razie nie temat. Bimber jako problem, jako plaga zejdzie bezpiecznie do grobu” .
Nadzieje okazały się płonne, gdyż podwyżka cen alkoholu jesienią 1963 roku błyskawicznie zwiększyła zapotrzebowanie na cukier, drożdże, duże czajniki i szklane rurki. Liczba wykrytych bimbrowni wzrosła o ponad 50%, osiągając ponad 1500 przypadków. Następna podwyżka cen alkoholu w 1969 sprawiała, iż w 1969 roku wykryto 1847, w 1970 roku 2908, a w 1971 roku 5378 gorzelni.
Relatywny spadek cen alkoholu w drugiej połowie lat 70. sprawił, iż jednocześnie zmniejszyła się produkcja nielegalnych gorzelni. Na przykład w 1977 roku, kiedy wódka była najtańsza, liczba ujawnionych gorzelni wyniosła zaledwie nieco ponad 1500.
Wprowadzenie stanu wojennego, reglamentacja alkoholu spowodowała gwałtowny wzrost bimbrownictwa. W 1982 roku wykryto ponad 15 tysięcy nielegalnych gorzelni, dziesięć razy więcej niż w 1981 roku. Według ówczesnych, chyba znacznie zaniżonych szacunków, w kraju działało prawie 150 tysięcy nielegalnych gorzelni, jednak większość z nich produkowała na własne potrzeby. To zaś skłaniało prokuraturę do stosunkowo łagodnego traktowania takich przestępców. I tak, na przykład w 1984 roku wykryto w województwie krakowskim 357 przypadków bimbrownictwa, wszczęto tyleż postępowań, ale tylko wobec czterech osób prokuratura zastosowała areszt tymczasowy.
Nielegalny wyrób alkoholu okazał się jednym z najważniejszych powodów odkładania cofnięcia reglamentacji cukru, który — zdaniem wielu decydentów — będzie przeznaczony przede wszystkim na produkcję samogonu.
„Wydaje mi się, - przekonywał Antoni Gryniewicz - że demonizujemy wszyscy problem bimbrownictwa w Polsce, nawet w tych rozmiarach, w jakich dzisiaj jest. [...] Powtórzę [...] za Komendą Główną [MO], która robi szacunki, ile tego bimbru w Polsce może się pędzić. Na podstawie badań, na podstawie wyników kontroli, represji, różnych represyjnych środków. Otóż są takie szacunki, że około 40 mln litrów. [...] O ile się może zwiększyć ilość bimbrowników, bimbrownictwo o ile. O 100%, nie wierzę w to, o 50%, ale załóżmy pesymistycznie, że o 50% zwiększy się liczba bimbrowników, co to jest? To jest 20 tys. ton cukru...” .
Ta liczba nie mogła wpłynąć na stabilność rynku. I rzeczywiście, zniesienie reglamentacji cukru w listopadzie 1985 roku nie doprowadziło do jakiejkolwiek „bimbrowej rewolucji”.
Jednocześnie ustawa o szczególnej odpowiedzialności karnej z maja 1985 roku jeszcze bardziej zaostrzyła kary za nawet pośredni kontakt z bimbrownictwem. W efekcie czego dochodziło do absurdalnych sytuacji.
W końcu 1985 roku głośna stała się historia emeryta z Katowic, wcześniej niekaranego, zatrzymanego za pomoc chorującemu na kręgosłup sąsiadowi w przestawieniu słoja z zacierem z podłogi na stół (co uznano za pomocnictwo). Dodatkowo w śledztwie wyznał, że wcześniej dostarczył sąsiadowi 2 kg cukru — ze świadomością, na co zostaną przeznaczone — do listy przewin dołączono godzenie się na nielegalną produkcję. W rezultacie emeryta skazano na 8 miesięcy bezwzględnego więzienia i 50 tys. zł grzywny.
Po 1989 roku dzięki taniemu alkoholowi z przemytu bimbrownictwo przestało się opłacać i można powiedzieć, że stało się egzotyką.
CDN.(2)
Strony
- « pierwsza
- ‹ poprzednia
- …
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- …
- następna ›
- ostatnia »