blogi

  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Mówię o zjawisku które jest i wzbudza niedowierzanie. Że niby nie wiadomo i nie ma badań. Ale mamy tu konkretny przykład toksyczności dzięki któremu możemy pokazać zjawisko. Nie powinno was dziwić że jesteśmy w kręgu Krytyki Politycznej, która wyrasta na matecznik patologii tego typu.

    Ale co się stało? Niejaka Agnieszka Szpila dostała nagrodę Grand Press i miała tam wystąpić na gali mając tyle samo czasu co inni. Zapragnęła jednak dłuższej wypowiedzi i zadzwoniła do przewodniczącego jury. Nie jest jasne czy on w ogóle miał tu coś do gadania? Sam wspomniany Andrzej Skworz twierdzi że kto inny był władny.

    W efekcie Szpila nie przyjęła nagrody i zaczęła bluzgać. Czyli zachowywać się przemocowo. Różnimy się i kobieta jest słabsza od mężczyzny dlatego preferuje inne formy przemocy: uderzenie w reputację itp.

    Na tym przykładzie widać że jest przyzwolenie na przemoc ze strony kobiet. Bo owa Szpila bluzga na wspomnianego Skworza i jakoś nikt nie potępia jej wyskoków. Kobiecie bowiem wolno więcej i na tym polega wspomniany przez nią patriarchat:

    „Nie odebrałam Grand Pressa przede wszystkim dlatego, że na tydzień przed galą rozmawiałam przez telefon z totalnym martwiakiem – reprezentantem ginącego gatunku mężczyzn podtrzymujących bez żenady gnijące i rozpadające się teraz na naszych oczach struktury patriarchatu. I wciąż przeżywam skutki tej rozmowy, odczuwam je przede wszystkim w ciele. Wszystko mnie boli. Czuję się brudna, opluta, zhańbiona."

    Tymi słowami zbluzgała wspomnianego Skworza. Wyzwiska te to przykład drugiego składnika toksycznej żeńskości: stawia się w roli ofiary i przedstawia się jako ofiara. Mężczyzna zaś ma być twardy a nie miętki. W obecnych czasach dominacji matriarchatu faceci coraz częściej jednak będą przejmować zachowania kobiece. Zjawisko to bywa określane kryzysem męskości. Takie czasy.

    Kobieta buduje obraz rzeczywistości na podstawie swoich uczuć i emocji, a nie na podstawie faktów, co wyraźnie widać w omawianym przykładzie: rzeczywistość nie ma dla niej znaczenia. Zadzwoniła do przewodniczącego jury, czego robić nie powinna bo nie można wpływać na suwerenną opinię jurora. On był w ogóle niekompetentny w tej sprawie. Twierdzi, że nie bluzgał i ma świadka. Ona zaś nie ma nagrania, ale bez skrupułów korzysta ze swojej uprzywilejowanej pozycji społecznej.

    Facet jak kłamie to wie że kłamie tymczasem kobieta może się przekonać, że to prawda jest. Stąd się brały różne wymogi tradycyjnokulturowosamcze aby przyjmować świadectwa przynajmniej 2 kobiet. Jedna może być bowiem odklejona jak pani Szpila. Zaraz jednak pojawią się różne białorycerze i simpy wywodzące tezę, że skoro ona jest zbulwersowana to ktoś musiał ją zbulwersować.

    Jeśli komuś natomiast przyszła do głowy Amber Heard przy okazji to słusznie przyszła.

    Na koniec zajmijmy się wspomnianym konkursem: guzik mnie on obchodzi i laureaty jego. Zająłem się nim tylko dlatego aby objaśnić na przykładzie podstawowe składniki toksycznej żeńskości: przemoc i jej specyficzne formy, stawianie się w roli ofiary, odklejenie. Zauważcie że w przestrzeni publicznej nie ma w ogóle mowy o toksycznej żeńskości i jej przejawach.

    W kontraście wprowadzę tu wywalenie psychologa Rafała Olszaka, który wcale nie bluzgał, pisał za to prawdę na Tłiterze, np.:

    „Zazwyczaj kobiety radzą sobie z odrzuceniem poprzez wchodzenie w rolę ofiary i oczernianie faceta. Działaj. Psychologom przyda się więcej klientów”.

    A tak na marginesie: czy owa osoba pisarska nie akceptuje wulgaryzmów jako środka wyrazu? Razem z Lempart nie bluzgała? Czy bluzgała?

    https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/slub-od-pierwszego-wejrzenia-tvn-psycholog-rafal-olszak-usuniety-dlaczego

    https://www.press.pl/tresc/74256,szef----press----o-telefonicznej-rozmowie-z-agnieszka-szpila_-jedno-zdanie-prawdy

    https://ksiazki.wp.pl/agnieszka-szpila-wyjasnia-powod-nieprzyjecia-nagrody-grand-press-czuje-sie-brudna-opluta-6844927566473856a

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    5 listopada 1922 r. przeprowadzono wybory do Sejmu I kadencji, a tydzień później do Senatu I kadencji.
     

         W trakcie niezwykle ostrej kampanii wyborczej w 1922 roku zgłoszono 19 państwowych list wyborczych.
     

         Związek Ludowo-Narodowy, Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Rolnicze i Chrześcijańska Demokracja utworzyły wspólny blok wyborczy pod nazwą Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej.
     

         Ugrupowania centrowe stanowiły: Polskie Centrum (powstałe z połączenie Narodowego Zjednoczenia Narodowego i Stronnictwa Katolicko-Ludowego), Centrum Mieszczańskie, Narodowa Partia Robotnicza, PSL „Piast”, Unia Narodowo-Państwowa oraz Zjednoczenie Państwowe na Kresach.
     

         Lewica utworzyła następujące listy: PSL „Wyzwolenie”, PSL „Lewica”, Chłopskie Stronnictwo Radykalne, PPS oraz komunistyczny Związek Proletariatu Miast i Wsi.
     

        Mniejszości narodowe wystawiły wspólną listę pod nazwą Blok Mniejszości Narodowych Rzeczypospolitej Polskiej. Większość Ukraińców galicyjskich zbojkotowała wybory, jedynie polonofilskie organizacje stworzyły listę pod nazwą Agrarna Ukraińska Chłopska Partia tzw. Chliborobów. Ponadto Żydzi galicyjscy wystawili swoją listę Komitet Zjednoczonych Stronnictw Narodowo-Żydowskich, na  Żydzi z Królestwie Żydowski Demokratyczny Blok Ludowy. Z kolei żydowscy socjaliści utworzyli dwie listy: Ogólny Żydowski Związek Robotniczy w Polsce „Bund” oraz Żydowski Robotniczy Komitet Wyborczy „Poalej Syjon”.
     

        W wyborach przeprowadzonych 5 listopada 1922 r. wzięło udział 8,8 mln obywateli, spośród 13 mln uprawnionych do głosowania. Frekwencja wyniosła 67,7 proc. Najwyższa była w Wielkopolsce – około 87 proc. Najniższa w województwach stanisławowskim – 32 proc. i tarnopolskim – 35 proc. Wiązało się to z ww. bojkotem wyborów przez galicyjskich Ukraińców, nie uznających przynależności byłej Galicji Wschodniej do państwa polskiego.
     

        Jeśli chodzi o frekwencję w okręgach, to wyniosła od 89,95 %  w Szamotułach do 31,23 % w Stanisławowie. W b. zaborze pruskim oprócz Szamotuł największa była w Ostrowie (88,74 %), a najniższa w Hucie Królewskiej (64,7 %). Na terenie b. zaboru rosyjskiego największa była w Koninie (87,61 %), a najniższa w Grodnie (65,65 %). W Małopolsce największa była w Jaśle (77,18 % i Krakowie (75,96 %), a najniższa w Stanisławowie (31,23 %) i Złoczowie (33,10 %). Na Kresach największą zanotowano w Wilnie (66,30 %) i Krzemieńcu (62,47 %), a najniższą w Brześciu nad Bugiem (47,81 %) i Święcianach (50, 88%).
     

        Największe poparcie w wyborach – 28,95 proc. - otrzymał Chrześcijański Związek Jedności Narodowej, tworzony przez Związek Ludowo-Narodowy, Narodowo-Chrześcijańskie Stronnictwo Ludowe i Chrześcijańską Demokrację. W sumie prawica zdobyła 163 mandaty (134 w okręgach i 29 z listy państwowej).  Na 62 okręgi wyborcze lista ta nie uzyskała mandatów jedynie w 12 (m.in.: Zamość, Tarnów). Największe poparcie uzyskano w Warszawie, zdobywając aż 7 mandatów na 14 możliwych oraz powiecie warszawskim 4 na 5 mandaty. Prawica największe wpływy miała w województwach pomorskim, wielkopolskim, warszawskim i białostockim. W największych miastach (Warszawa, Łódź, Poznań, Kraków i Lwów) zdobyła 18 na 33 mandaty – ponad 54%.
     

         Drugi wynik uzyskał Blok Mniejszości Narodowych – 15, 86 proc., w którego skład weszli Ukraińcy, Białorusini, Niemcy, Żydzi i Rosjanie. Dodatkowo mandaty poselskie, łącznie 23, zdobyli również kandydaci startujący z listy ludowców żydowskich, syjoniści galicyjscy oraz Agrarna Ukraińska Chłopska Partia – tzw. Chliborobi.
     

        Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast” w wyborach otrzymało 13,08 proc. głosów, Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” – 10,93 proc., Polska Partia Socjalistyczna – 10,28 proc., Narodowa Partia Robotnicza – 5,37 proc. Komuniści startujący w wyborach pod nazwą Związku Proletariatu Miast i Wsi uzyskali poparcie 1,37 proc. – głosowało na nich 121 tys. Wyborców (dodatkowo Komunistyczna Partia Górnego Śląska uzyskała 0.005 % głosów (5,4 tyś. Wyborców).
     

         PSL „Piast” zdobyło w sumie 70 mandatów (58 w okręgach i 12 z listy państwowej), wyprzedzając Blok Mniejszości Narodowych – 66 ( w tym 55 z okręgów). PSL „Piast” największe poparcie uzyskał w Nowym Sączu (3 z 6 mandatów), Tarnowie ( 5 z 7 mandatów) i Jaśle (4 z 6 mandatów). W Małopolsce ludowy uzyskali 40 z 59 mandatów.
     

        Z kolei blok mniejszości największe poparcie uzyskał w Kowlu, Łucku, Krzemieńcu, Brześciu nad Bugiem i Nowogródku. W tych okręgach zdobył 22 na 26 mandaty.
     

        PSL „Wyzwolenie” zdobyło 49 mandatów, w tym 41 w okręgach, a PPS 41 mandatów, w tym 27 w okręgach. Najwięcej  mandatów PSL „Wyzwolenie” zdobyło w Królestwie Polskim (Kielce i Iłża). Z kolei w województwach wschodnich : poleskim, wileńskim i nowogrodzkim ludowcy okazali się najsilniejszą partią polską. Zaś socjaliści najwięcej mandatów (po 3) uzyskali w Warszawie, Krakowie i Pińsku.
     

        NPR zdobyła 18 mandatów, w tym 15 w okręgach, a Komitet Zjednoczonych Stronnictw Narodowo-Żydowskich 15 mandatów, w tym 13 w okręgach.
     

        Inne partie obsadziły 22 mandaty, wszystkie z list okręgowych: Polskie Centrum  - 6 mandatów, Chłopskie Stronnictwo Radykalne – 4 mandaty, Chliborobi – 5 mandatów, Związek Narodowo-Żydowski – 2 mandaty, komuniści – 2 mandaty (Warszawa i Będzin), PSL-Lewica  - 2 mandaty, Żydowski Demokratyczny Blok Ludowy – 1 mandat.
     

         Pozostałe listy zgłoszone w wyborach nie uzyskały żadnego mandatu.
     
     
        W porównaniu do składu Sejmu Ustawodawczego najwięcej mandatów (24%) straciły stronnictwa centrowe
    . Największy w 1922 roku klub w Sejmie Ustawodawczym PSL „Piast” utracił w sumie 26 mandatów. Jednak prawdziwą klęskę poniosło Polskie Centrum , które uzyskało zaledwie 6 mandatów.
     

        Prawdziwe zwycięstwo uzyskał Blok Mniejszości Narodowych.  W Sejmie Ustawodawczym ludność niepolska miała zaledwie 17 posłów, w nowym aż 66. Gdy dodamy do tego 23 mandaty zdobyte przez inne listy mniejszości, liczba ta wzrośnie do 89 mandatów (ponad 20% wszystkich posłów).
     

        Ponadto wybory wzmocniły w Sejmie I kadencji zarówno prawicę jak i lewicę.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Ponad rok po uchwaleniu konstytucji marcowej, 28 lipca 1922 roku Sejm Ustawodawczy uchwalił ordynację do Sejmu i Senatu RP.
     
     
           Po uchwaleniu 17 marca 1921 roku przez  Sejm Ustawodawczy  ustawy zasadniczej  jego misja była spełniona, choć nadal nie rozstrzygnięta była kwestia przynależności Górnego Śląska oraz Wileńszczyzny. Dopiero po ostatecznych  decyzjach w tych kwestiach oraz wielomiesięcznej dyskusji, Sejm zadecydował o kształcie nowej ordynacji wyborczej.
     
     
          W myśl ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu, uchwalonej przez Sejm Ustawodawczy 28 lipca 1922 roku,  prawo wybierania przysługiwało każdemu obywatelowi Rzeczypospolitej bez różnicy płci, który w dniu ogłoszenia wyborów w Dzienniku Ustaw ukończył 21 lat i nie został w myśl przepisów ordynacji tego prawa pozbawiony. Prawa tego nie posiadały osoby pozostające w czynnej służbie wojskowej. Bierne prawo wyborcze posiadali wyborcy, także wojskowi, niezależnie od miejsca zamieszkania, którzy do dnia ogłoszenia wyborów ukończyli 25 lat.
     
     
           W przypadku wyborów do Senatu, czynne prawo wyborcze miały osoby, które ukończyły 30 lat, a bierne osoby, które osiągnęły 40 rok życia.
     
     
            Prawo kwestionowania wybieralności danej osoby do parlamentu należało do decyzji Sądu Najwyższego. W ten sposób uniemożliwiono komisji wyborczej wykreślanie kandydata z listy.
     

          Zgodnie z Konstytucją marcową wybory do Sejmu I kadencji były powszechne, równe, tajne, bezpośrednie i proporcjonalne. Wybierano w nich 444 posłów, z których 372 w 64 okręgach wyborczych a 72 z list państwowych. Największym był okręg miasto stołeczne Warszawa, w którym wybierano 14 posłów, najmniejsze natomiast były okręgi czteromandatowe.
     

           Wprowadzenie list państwowych miało – wedle Peretiakowicza – „przyczynić się do podniesienia poziomu umysłowego Sejmu. Pozwoli bowiem stronnictwom postawić na liście państwowej i wprowadzić do Sejmu szereg ludzi fachowych, którzy są niezbędni dla pracy ustawodawczej, którzy jednak mogą być nieznani szerszym kołom w swoim okręgu, gdyż nie biorą udziału w agitacji politycznej i nie przemawiają na wiecach. Postawienie na liście państwowej umożliwia im pozyskanie mandatów bez względu na kwestie popularności lokalnej. Przy systemie listy państwowej kandydaci wybrani na tej liście są wprawdzie zależni od stronnictwa ale za to zupełnie niezależni od  wyborców, którzy zwykle zabierają wiele czasu posłom swego okręgu, żądając usług i popierania spraw prywatnych. Posłowie listy państwowej mogą cały swój czas poświęcić sprawom publicznym i pracy sejmowej”.
     

           Zdecydowanym krytykiem utworzenia list państwowym był natomiast prof. Rostworowski uważając, iż listy państwowe są sprzeczne z konstytucją, „która nakazuje, by ciała reprezentacyjne, Sejm i Senat składały się z osób wybranych – a nie – w części wybranych, a w części z prawa powołanych”.
     

         W przypadku wyboru danej osoby zarówno z listy okręgowej jak i listy państwowej, kandydat winien oświadczyć Generalnemu Komisarzowi Wyborczemu w ciągu tygodnia od ogłoszenia wyników wyborów, który mandat przyjmuje.
     

         Ordynacja wyborcza nakazywała każdy okręg wyborczy podzielić na obwody głosowania, przy czym żaden obwód głosowania nie powinien liczyć więcej niż 3000 mieszkańców.
     

          Nad przebiegiem wyborów czuwała Państwowa Komisja Wyborcza, która składała się z Generalnego Komisarza Wyborczego oraz 8 członków, przedstawionych przez osiem najliczniejszych klubów poselskich ustępującego Sejmu. Podstawowym zadaniem PKW był rozdział mandatów z list państwowych. Generalnego Komisarza Wyborczego na wniosek Rady Ministrów mianował Prezydent spośród trzech kandydatów, rekomendowanych przez zebranie prezesów Sądu Najwyższego.
     

          Przy okręgowych komisjach wyborczych ustanowieni zostali komisarze wyborczy mianowani przez Ministra Spraw Wewnętrznych
     

          W myśl postanowień ordynacji wyborczej mandat posła wygasał w wyniku jego śmieci, zrzeczenia się mandatu, utraty prawa wybieralności,  w przypadku nie uczestnictwa bez stosownego usprawiedliwienia w 15 kolejnych posiedzeniach Sejmu, odmówienia złożenia ślubowania, objęcia płatnej służby państwowej (z wyjątkiem stanowisk ministra, podsekretarza stanu lub profesora wyższej uczelni).Wygaśnięcie mandatu stwierdzał Sejm.
     

         W przypadku wyborów do Senatu, każde województwo stanowiło jeden okręg wyborczy. Taki sam status miała także Warszawa. Tym samym Polska została podzielona na 17 okręgów wyborczych, w których wybierano 93 senatorów. Najwięcej senatorów wybierano w województwach lwowskim i kieleckim. Pozostałych 18 senatorów wybierano z list państwowych.
     

          W momencie uchwalenie ordynacji wyborczej doszło do przyspieszenie wzrostu inflacji w Polsce. Gazety wprowadziły „Co wczoraj wzrosło”,  informując przykładowo 1 września 1992 roku, że taryfy osobowe PKP wzrosły o 50–60%, podobnemu wzrostowi cen uległy tytoń, gazety, taryfy pocztowe czy towarowe. We wrześniu wzrosły opłaty tramwajowe ze 100 marek do 200 marek.
     

          Ciągły wzrost cen towarów spowodował w ostatnim kwartale 1922 roku szereg strajków: przedsiębiorców komunalnych, pracowników pocztowych, włókniarzy, w telefonach warszawskich, górników w Zagłębiach Dąbrowskim i Chrzanowskim i wielu innych.

         
          Wielotygodniowy spór Piłsudskiego z prawicą sejmową zakończył się 31 lipca 1922 roku mianowaniem na prezesa ministrów prof. Jana Nowaka, który stworzył gabinet popierany przez lewicę i centrum. Dopiero wtedy, 17 sierpnia 1922 roku Naczelnik Państwa podpisał dekret (opublikowany następnego dnia w Dzienniku Ustaw). wyznaczający na 5 listopada 1921 roku wybory do Sejmu. Wybory do Senatu miały odbyć się tydzień później.  
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Polscy sportowcy zadebiutowali na igrzyskach w 1924 roku.
     
     
          W 1921 roku ostatecznie zadecydowano, że w roku Igrzysk VIII Olimpiady (1924) rywalizacja w konkurencjach zimowych odbędzie się w Chamonix, na kilka miesięcy przed rozpoczęciem igrzysk letnich w Paryżu. Początkowo nie miała ona jednak statusu olimpijskiego, ponieważ działacze MKOL chcieli się przekonać, czy igrzyska zimowe uzyskają właściwą rangę.
     
     
           Na przełomie stycznia i lutego 1924 roku przedstawiciele zimowych dyscyplin spotkali się we francuskiej miejscowości Chamonix.
     
     
            Początkowo impreza funkcjonowała pod nazwą Tydzień Sportów Zimowych, dopiero VIII Kongres Olimpijski w Pradze w maju 1925 roku uznał ją za I Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Medale dostarczono zawodnikom drogą pocztową.
     
     
            W zawodach wzięli udział także reprezentanci Polski. Ekipa składała się z grupy narciarzy i panczenisty Leona Jucewicza, a na jej czele stał prezes Polskiego Związku Narciarskiego – ppłk dr Władysław Osmolski oraz przedstawiciel Polskiego Związku Łyżwiarskiego – J. Wyczałkowski.
     
     
             Ze względu na komplikacje z dotarciem koleją na miejsce zawodów, polscy olimpijczycy spóźnili się na ceremonię otwarcia igrzysk. W tej sytuacji na defiladzie reprezentował Polskę dziennikarz i publicysta – Kazimierz Smogorzewski, niosąc narodową flagę.
     
     
            Spośród zawodników polskich najlepszą pozycję – ósmą – zajął panczenista Leon Jucewicz z AZS Warszawa, który był pierwszym sportowcem oficjalnie reprezentującym Polskę na stracie olimpijskich zawodów.
     
     
            Spośród narciarzy najkorzystniej zaprezentował się Andrzej Krzeptowski I  z SN PTT Zakopane, który w kombinacji klasycznej (obecnie określanej jako norweska) zajął 19. pozycję.
     
     
             „Krzeptowski skakał poprawnie, - napisał w sprawozdaniu dr Stanisław Polakiewicz - lecz nie osiągnął większej odległości. Nic w tem dziwnego, gdy się zważy, że nie rozporządzał w Polsce większą skocznią, która nadawałaby się do wyrobienia długości i pewności skoku. Wszystkie zaś małe skocznie krajowe miały zbyt łatwy doskok, dający bardzo słabe ciśnienie – przejście z nich na wielkie skocznie jest zbyt trudne.
     
     
              Na największej w kraju skoczni Jaworzynce (Wielka Krokiew została otwarta 22 marca 1925 roku), gdzie trenowali Polacy, można było uzyskiwać odległości nie większe niż 30 m, tymczasem obiekt w Chamonix pozwalał na skoki nawet pięćdziesięciometrowe. Krzeptowski uzyskał 33 i 32 m, co pozwoliło mu zająć w klasyfikacji skoków miejsce 21.
     
     
              W patrolu wojskowym, z którego po II wojnie światowej rozwinął się biathlon – Polacy wypadli najgorzej. Na trasie zemdlał Witkowski, jednak po odzyskaniu świadomości kontynuował bieg. Z kolei Wójcicki połamał narty.
     
     
              W maratonie narciarskim Witkowski zajął ostatnie miejsce, tracąc do zwycięzcy   2 godz. 40 min do zwycięzcy. Znaczną część trasy biegł jednak na resztkach jednej swojej narty, drugą natomiast pożyczył od kibica.
     
     
             Tak więc olimpijski debiut polskich zawodników wypadł więc dość słabo. Niemniej liczył się sam udział i zebranie doświadczeń z wielkiej imprezy. Do Francji udała się także nasza narciarka, mistrzyni Polski, Elżbieta Ziętkiewiczowa, która jednak nie została dopuszczona do rywalizacji z mężczyznami.
     
     
              Na letnie igrzyska rozgrywane w Paryżu (4 maja-27 lipca 1924) pojechało 78 polskich sportowców, którzy dotarli do stolicy Francji, jadąc koleją najniższą, trzecią klasą.
     
     
             Trudna sytuacja finansowa Polski sprawiła, iż występ Polaków nie był do końca pewny.
     
     
             Na czele ekipy stali działacze PKIOL: prezes ks. Kazimierz Lubomirski, Wacław Znajdowski oraz sekretarz Jerzy Giżycki.
     
     
            Chorążym reprezentacji Polski na Igrzyskach VIII Olimpiady był Sławomir Szydłowski, startujący w rzucie oszczepem i rzucie dyskiem.
     
     
             Większość polskich lekkoatletów odpadła w klasyfikacjach, a  a jedynym sklasyfikowanym zawodnikiem był Antoni Cejzik z  warszawskiej Polonii. „Wyniki Cejzika obliczone według punktacji dziesięcioboju – napisano w „Stadjonie” zapewniłyby mu czwarte miejsce na Olimpjadzie... w Antwerpii. W Colombes nie odegrał żadnej roli. Oto naoczne, bliskie kryterjum jak daleko świat sportowy poszedł naprzód w ciągu czterech lat”. Ostatecznie Cejzik zajął 11. miejsce na 36 startujących w dziesięcioboju.
     
     
             Wybitny znawca lekkiej atletyki Zygmunt Głuszek, napisał po latach: „Oceniając start paryski z perspektywy czasu, jasne jest, że wynik wyprawy nie mógł być inny. Początkująca polska lekkoatletyka, oprócz wielkiego zapału do pracy zawodników, nie posiadała nic więcej. (…)   W ciągu 28 lat historii nowoczesnych igrzysk olimpijskich inne kraje, korzystając z lepszych warunków niż Polacy, zdołały wypracować sobie taką przewagę, że o nawiązaniu z nimi jakiejkolwiek walki nie mogło być na razie mowy. Kto się łudził, ten w Paryżu stanął twarzą w twarz z niezbyt wesołą rzeczywistością. Okazało się, że trzeba będzie jeszcze wiele pracy i usprawnień organizacyjnych, aby móc nawiązać kontakt przynajmniej ze średnią klasą europejską”.
     
     
            Porażką zakończył się udział bokserów, z których żaden nie wygrał walki, okazało się dobitnie, iż  od najlepszych dzieliła ich przepaść. „Trudno winić tu zawodników, - napisał dr. Polakiewicz - którzy dali z siebie wszystko i walczyli do upadłego. Winę ponoszą ci, którzy niewłaściwie i zbyt optymistycznie osądzili poziom naszego pięściarstwa”.
     
     
            Także szermierze, w tym jedyna Polka startująca w Paryżu, Wanda Dubieńska, odpadali regularnie w swoich eliminacjach.
     
     
             Podobnie było w przypadku wioślarzy, jednak doświadczenie zdobyte podczas igrzysk dało efekty nadspodziewanie szybko, gdyż Osiecimski-Czapski już rok później, na ME w Pradze, zdobył pierwszy medal w historii polskiego wioślarstwa – brązowy .
     
     
              W zapasach Wacław Okulicz-Kozaryn zajął 7 miejsce w stawce 27 zawodników. W strzelaniu z pistoletu do sylwetek Marian Borzemski zajął dziewiąte miejsce.
     
     
             Dopiero ostatniego dnia igrzysk Polska zdobyła medale. Pierwszy medal w dziejach naszego olimpizmu zdobyła drużyna kolarzy torowych, w składzie: Józef Lange  z WTC Warszawa, Jan Łazarski z KKCiM Kraków, Tomasz Stankiewicz z WTC Warszawa i Franciszek Szymczyk z WTC Warszawa. Wywalczyli oni srebrny medal w wyścigu pościgowym na 4 km.  
     
     
            Drugi medal, tym razem brązowy, zdobył w jeździectwie por. Adam Królikiewicz.
     
     
             Z kolei polska drużyna WKKW zajęła siódme miejsce. Jednym z członków drużyny był  późniejszy dowódca Armii Krajowej, Tadeusz „Bór” Komorowski „Bór”.
     
     
             Debiut polskich sportowców na igrzyskach olimpijskich trudno więc uznać za sukces.
     
     
             Sytuacja odmieniła się diametralnie, kiedy do udziału w lekkoatletyce dopuszczono kobiety. Cztery lata później w Amsterdamie polskie lekkoatletki wypadły znakomicie. Polska reprezentacja udowodniła wówczas, że gdy nie ma opóźnień szkoleniowo-organizacyjnych w porównaniu z innymi państwami, stać ją na najlepsze wyniki.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    R. Sujecki – Życie sportowe w Drugiej Rzeczypospolitej
     
    B. Tuszyński - Polscy olimpijczycy XX wieku
     
    Zarys historii sportu w Polsce 1867-1997
     
    W. Lipoński - Dzieje sportu polskiego
     
    W. Lipoński - Polacy na olimpiadach
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Wojna polsko-bolszewicka uniemożliwiła polskim zawodników udział w Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku.
     
     
          Sportowcy polskiego pochodzenia po raz pierwszy wystąpili na igrzyskach olimpijskich podczas zawodów w Londynie w 1908 roku.
     
     
          Startowali jednak w barwach obcych państw, dlatego nie uznaje się tej daty za nasz oficjalny debiut olimpijski. I tak, Felicja Pietrzykowska, reprezentująca Austrię, wzięła udział w turnieju tenisowym, ale od padła już w pierwszej rundzie. Znakomicie natomiast wypadł w konkursie skoków do wody Jerzy Gajdzik, występujący w amerykańskich barwach. W skokach z trampoliny zdobył on brązowy medal.
     
     
         Podczas V Olimpiady w Sztokholmie w 1912 roku, pochodzący ze Lwowa, reprezentujący Austrię, w biegach eliminacyjnych na 200 i 400 m zajął trzecie miejsce, a dalszych etapów kwalifikowało się wówczas jednie dwóch pierwszych zawodników.
     
     
         „Startowałem po raz pierwszy na wielkich zawodach. – wspominał po latach - Stadion mnie oszałamiał,  czterdzieści tysięcy. Ogromne to, wielkie... A nasz, lwowskiej Pogoni – do czego to porównać? Każda narodowość miała wydzielony sektor. Śpiewano narodowe pieśni i wznoszono okrzyki. Cóż za doping! Na trybunach tylko kilku Polaków, w tym między innymi Kazimierz Hemerling i Zygmunt Kłośnik-Januszowski, pierwsi polscy sprawozdawcy. Stremowany, nie oswojony z atmosferą zawodów olimpijskich, osiągnąłem słabsze wyniki od tych, na które oczekiwałem”.
     
     
         Kilku Polaków reprezentowało w czasie tych igrzysk barwy Rosji. Byli to piłkarze: Borejsza i Fiodor Rymsza, strzelec Oswald Reszke, lekkoatleta Piotr Gajewski, a także jeźdźcy – Sergiusz Zahorski i Karol Rόmmel.
     
     
         Największe emocje wzbudził start Rόmmela w konkursie skoków. Do ostatniej przeszkody szło mu znakomicie i miał duże szanse nawet na złoty medal. Jednak na ostatniej przeszkodzie jego koń „Ziablik” potknął się, co spowodowało upadek, po którym trafił do szpitala. W efekcie ukończył rywalizację na dziewiątym miejscu w stawce 31 jeźdźców.
     
     
         Król Szwecji, Gustaw V przesłał do szpitala wierną kopię złotego medalu, uznając, że Rόmmel zasługuje na wyróżnienie.
     
     
         I Zjazd Polskich Zrzeszeń Sportowych i Gimnastycznych odbył się, dzięki inicjatywie Warszawskiego Koła Sportowego,  w dniach od 20 do 22 września 1918 roku w Warszawie. Podczas obrad honorowy prezes zjazdu  prof. Eugeniusz Piasecki zaproponował utworzenie centralnej instytucji, która kierowałaby polskim sportem. Opracowano także ujednolicone przepisy różnych dyscyplin i konkurencji sportowych oraz zainicjowano organizację tzw. „igrzysk narodowych” w celu lepszego przygotowania naszych zawodników do rywalizacji na arenie międzynarodowej.
     
     
         Z okazji zjazdu, na Agrykoli odbyły się zawody w różnych dyscyplinach sportowych, wzorowane na programie i regulaminie igrzysk olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku.
     
     
        Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę rozpoczęto tworzenie zorganizowanego ruchu sportowego w obrębie całego kraju. W oparciu o Ustawę o wolności zrzeszania się w organizacje z dnia 8 stycznia 1919 roku oraz rozporządzenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 18 stycznia  przystąpiono do tworzenia narodowych związków poszczególnych dyscyplin.
     
     
         Do podstawowych zadań związków sportowych należało: „opracowywanie i wydawanie ujednoliconych regulaminów i przepisów, zgodnych z przepisami międzynarodowych federacji; ustalanie planów szkolenia; przeprowadzanie zawodów i rozgrywek wszystkich szczebli oraz organizowanie w Polsce imprez międzynarodowych; zatwierdzanie rekordów Polski w sportach wymiernych; szkolenie i mianowanie instruktorów, trenerów i sędziów sportowych; reprezentowanie poszczególnych dyscyplin wobec władz polskiego sportu i w odpowiednich federacjach międzynarodowych; przygotowanie i ustalanie składu polskiej reprezentacji w poszczególnych dyscyplinach do udziału w imprezach międzypaństwowych i międzynarodowych, a zwłaszcza mistrzostwach Europy, mistrzostwach świata oraz igrzyskach olimpijskich”.
     
     
        Pierwszym związkiem sportowym, który utworzono w II Rzeczypospolitej był Polski Związek Lekkoatletyczny, który powołano11 października 1919 roku w siedzibie Krakowskiego Towarzystwa Lekarskiego. Prezesem związku został Tadeusz Kuchar, a siedzibą organizacji mieściła się w Lwowie. W trakcie zjazdu  podjęto uchwałę o konieczności powołania Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
     
     
        Następnego dnia utworzono Komitet Udziału Polski w Igrzyskach Olimpijskich, którego prezesem został dr Stanisław Polakiewicz, lwowski adwokat i działacz sportowy.
     
     
        Komitet, nad którym protektorat objął Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, powstał podczas posiedzenia w Hotelu Francuskim w Krakowie, przede wszystkim dzięki zaangażowaniu działaczy galicyjskich.
     
     
        Krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny” 19 listopada zaproponował inną nazwę: Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich. Została ona przyjęta na posiedzeniu w Warszawie 1 grudnia 1919 roku. Ustalono wówczas statut organizacji, a na jej prezesa wybrano księcia Stefana Lubomirskiego.
     
     
        Siedziba PKIOL mieściła się w Warszawie, w gmachu Ministerstwa Zdrowia Publicznego, w Al. Ujazdowskich. Za główne wyzwania PKIOL uznał potrzebę jak najszybszej organizacji kolejnych związków sportowych oraz przygotowanie i wysłanie reprezentacji narodowej na Igrzyska VII Olimpiady w Antwerpii.
     
     
        Udział w igrzyskach miał zaprezentować na forum międzynarodowym odrodzoną Rzeczpospolitą.
     
     
        Trochę później powstała pierwsza z organizacji gier zespołowych – Polski Związek Piłki Nożnej. W Warszawie w dniach 20-21 grudnia 1919 roku spotkali się działacze 31 stowarzyszeń i klubów piłkarskich, którzy na prezesa PZPN wybrali doktora medycyny Edwarda Cetnarowskiego, a na główną siedzibę związku – Kraków (od 1928 roku była nią Warszawa).
     
     
         Przygotowania PKIOL do planowanego startu olimpijskiego w roku 1920 polegały przede wszystkim na wsparciu zawodników, mających pojechać na igrzyska. Sportowcy uzyskali  urlopy z wojska oraz  pomoc wojska w szkoleniu.
     
     
         Pomimo przygotowania lekkoatletów, jeźdźców konnych, drużyny piłkarskiej, szermierzy i tenisistów zagrożenie państwa agresją bolszewicką zadecydowało , iż PKIOL podjął 12 lipca 1920 roku uchwałę o wycofaniu naszej reprezentacji.
     
     
         Sierpniowe zmagania olimpijskie zbiegły się z krwawą walką o utrzymanie niepodległości Polski i zatrzymanie ekspansji komunizmu na zachód Europy. W zwycięskiej wojnie wzięło udział około 90% zawodników zakwalifikowanych uprzednio do belgijskich igrzysk,  a kilku z nich  poniosło śmierć.
     
     
        W Antwerpii  wzięło jednak udział dwóch sportowców polskiego pochodzenia.  Startujący w drużynie Stanów Zjednoczonych Józef Krzyczewski zdobył brązowy medal w przeciąganiu liny, natomiast w zapasach  uczestniczył zawodnik o nazwisku Szymański.
     
     
        Do programu igrzysk w Antwerpii włączono hokej na lodzie i konkurencje łyżwiarstwa figurowego, co sygnalizowało wzrost zainteresowania MKOl zimowymi dyscyplinami.
     
     
    CDN.
     
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0

    Rozmowa z byłym prezesem państwowej spółki zbożowej Elewarr Danielem Alain Koroną, który w latach 2018-2022 wyprowadził spółkę z finansowego dołka i doprowadził do rekordowych zysków, dziś współpracującego ze Związkiem Zawodowym Rolnictwa "Korona".
     

    Rolnicy, izby rolnicze, agroUnia wiele mówią o zalewie zbożem ukraińskim. Jednak zdaniem resortu rolnictwa do tego nie doszło.
    Do zalewu rynku nie doszło, ale z powodów logistycznych, i na ten czynnik wskazywałem już na początku lipca, ale także z powodu otwarcia korytarza zbożowego przez Morze Czarne. Ale import z Ukrainy wpłynął na rynek, zwłaszcza w południowo-wschodniej Polsce i zdestabilizował sytuację. Od 1 lipca do 20 listopada zaimportowano według danych celnych ok. 1,3 mln ton zbóż z czego prawie 1 mln ton kukurydzy. Mówimy zaimportowano, ale nie wiemy ile z tzw. tranzytu przez Polskę zostało w kraju. Odnośnie rzepaku zaimportowano już ponad 0,5 mln ton. I nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie tegoroczne rekordowe zbiory. Ok. 3,6 do 3,8 mln ton rzepaku, ponad 27 mln ton zbóż podstawowych a razem z kukurydzą ok. 34-36 mln ton. Zapasy ubiegłoroczne wynosiły 3 mln ton zbóż (ministerstwo rolnictwa nawet mówiło o 5 mln ton) a import będzie rzędu 3 mln ton rocznie. Oznacza to, że przy obecnych trendach importowych, podaż wyniesie ponad 5 mln ton rzepaku i ok. 40-42 mln ton zbóż. Zużycie krajowe zaś to ok. 3,2 mln ton rzepaku i 25-27 mln ton zbóż. Eksport rzepaku jest minimalny, eksport zbóż według KOWRu 2,5 mln ton w ciągu 3 miesięcy. Najwyższy do tej pory eksport wynosił ok. 9 mln ton rocznie. Zatem można się spodziewać, że w przyszłym sezonie, będziemy mieli zapasy rzędu 1-1,5 mln ton rzepaku i nie mniej niż 6-8 mln ton zbóż, chyba że eksport nam wzrośnie, ale to jest problematyczne. Przy takiej nadpodaży, ceny skupowe muszą się obniżać, i to następuje. A w przyszłym roku, w żniwach przy takim stanie zapasów i dalszym imporcie, sytuacja może jeszcze bardziej pogorszyć się.

    Czyli ceny będą się obniżać?
    Mówiłem o krajowych czynnikach. Jednak cena krajowa jest pochodną czynników krajowych oraz cen giełdowych zagranicznych, a te są wynikiem wielu czynników, głównie oczekiwań w zakresie np. rozwoju gospodarczego w Chinach, cen ropy, cen soi i oleju palmowego w przypadku rzepaku, prognoz w zakresie produkcji, konsumpcji zbóż, oleistych itd. itd. Słowem bardzo wielu czynników. Stąd trudność jakiegokolwiek prognozowania, gdyż te czynniki są zmienne. Generalnie na dzień obecny, nie ma dużego potencjału wzrostu cenowego, choć wykluczyć go nie można. Obecnie obserwujemy jednak spadek cen rzepaku, pszenicy i kukurydzy.

    W mediach rolniczych pojawiły się fragmenty wypowiedzi Ministra Rolnictwa z komisji sejmowej dotyczące rynku rzepaku, że import jest konieczny a cena wynosi 3245 zł/t.
    Tak, minister rolnictwa Henryk Kowalczyk na komisji sejmowej 25 października, rozminął się delikatnie mówiąc z rzeczywistością. Import rzepaku, uwzględniając tegoroczne zbiory nie jest konieczny, a w owym czasie średnia cena kształtowała się jak podają cenyrolnicze.pl w granicach 2900 złotych tona. Dziś cena jest jeszcze niższa. Ceny zbóż też spadają. Przypominam, że nie kto inny jak minister rolnictwa apelował do rolników na początku żniw, by wstrzymywali się ze sprzedażą zbóż, bo ceny będą rosły. I gdzie był ten wzrost. Dziś rolnicy i firmy handlowe liczą straty.

    To rzeczywiście problem. A co w tej sytuacji może zrobić minister rolnictwa?
    Najważniejsze to nie chować głowy w piasek, mówić że wszystko jest w porządku, kiedy gołym okiem widać narastający problem i dramat. Nie chodzi też, jak proponowały izby rolnicze, by nakazać państwowej spółce Elewarr skup kukurydzy po znacznie wyższych cenach niż rynek, to byłoby krótkotrwałe i docelowo przeciwskuteczne. Elewarr nie jest dotowany z budżetu, działa w oparciu o własne środki i kredyt skupowy, musi mieć możliwość kształtowania swoich cen skupowych i wypracowania marży. Wraz z ZZR KORONA wystąpiłem do rządu o wprowadzenie kontroli fitosanitarnej także w przypadku deklarowania przeznaczenia technicznego przy imporcie zboża czy rzepaku. W ten sposób unikniemy zmianę przeznaczenia towaru już w trakcie lub po odprawie celnej. Po drugie występujemy, choć nie wiem jak odniosłaby się do tego Unia Europejska, o przywrócenie stawki VAT na zboże importowane. To nie zamyka drogi do importu, ale za to utrudnia płynność finansową przy imporcie. To najdelikatniejsze środki w celu zahamowania nadmiernego napływu zboża i rzepaku.

    A może trzeba przestawić produkcję na ekologiczną? Ministerstwo Rolnictwa chce zachęcić rolników do tego.
    Oczywiście, chciałbym by żywność była ekologiczna, bez chemii, o lepszej jakości, i jak najbardziej wspieram rozwój takiej produkcji. I oczywiście należy promować taką żywność. Ale szczerze, produkcja ekologiczna nie daje takich samych plonów jak tradycyjna, a ceny takiej żywności są wyższe. W warunkach inflacji i drożyzny, ludzie kupują co tańsze, bo zwyczajnie brakuje pieniędzy. Na razie zatem, to żadne rozwiązanie.

    Dziękuje za rozmowę.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     Ostatni mecz w piłce nożnej przed wybuchem wojny reprezentacja Polski rozegrała 27  sierpnia 1939 roku z Węgrami.
     
     
          We wrześniu 1936 roku polska drużyna poniosła największą porażkę w okresie międzywojennym przegrywając z Jugosławią w Belgradzie 3:9. 
     
     
          „Deszcze lały w Belgradzie ponoć od kilku dni.  - wspominał debiutujący w bramce Edward Madejski -  Mecz też toczył się w strugach wody. Na mokrej, śliskiej nawierzchni nasz kapitan, Heniek Martyna, czuł się fatalnie. Już na wstępie dał się ograć Marjanoviciowi, który z bliska strzelił. (…) W dziesięć minut po akcjach jego stroną padły dwa dalsze gole... Tuż przed przerwą jeszcze dwa! Byłem załamany, choć nic nie mogłem sobie zarzucić, bo strzały były nie do obrony, a piłka na dodatek śliska (...)”.
     
     
          Po pierwszej połowie  rywale prowadzili aż 5:0, i polska drużyna  szczęśliwie uniknęła kompromitującej, dwucyfrowej porażki.
     

          Kilka dni później Polska zagrała na stadionie Legii w Warszawie z Niemcami. Mecz, po dobrej grze naszej reprezentacji, zakończył się remisem 1:1.
     
     
           Drużyna prowadzona przez trenera Józefa Kałużę grała na coraz wyższym poziomie, i  po roku w pełni zrehabilitowała się, pokonując Jugosławię w dwumeczu eliminacyjnym do MŚ we Francji w 1938 roku.
     
     
           W wyniku wcześniejszego losowania pierwszym – i jak się niebawem okazało ostatnim – rywalem Polaków 5 czerwca 1938 roku była reprezentacja Brazylii, jedna z najsilniejszych drużyn na świecie.
     
     
          Polska reprezentacja wystąpiła w następującym składzie: Edward Madejski, obrońcy – Władysław Szczepaniak (kapitan zespołu), Antoni Gałecki, pomocnicy – Wilhelm Góra, Edward Nyc, Edward Dytko, napastnicy – Ryszard Piec I, Leonard Piątek, Fryderyk Scherfke, Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz. Trenerami byli Marian Spoida i Tadeusz Foryś.
     
     
          Przeciwnicy byli zdecydowanymi faworytami meczu i to oni po strzale Leonidasa objęli po 15 minutach prowadzenie. Jednak już po pięciu minutach, dzięki akcji Ernesta Wilimowskiego i zachowaniu zimnej krwi przez Fryderyka Scherfkego, padła wyrównująca bramka.
     
     
           Tak wspominał tamtą akcję jej zdobywca – Fryderyk Scherfke: „Poszedł z piłką [Wilimowski] wzdłuż pola karnego z lewej na prawą stronę, mijając dwóch obrońców, jakby wcale nie myślał o strzeleniu na bramkę. Nagle stanął w miejscu, ograł trzeciego Brazylijczyka i ruszył w kierunku bramkarza... Minął go, ale Batatais rzucił się za nim, złapał za koszulkę, albo za nogę, nie pamiętam. Gwizdek! Karny. To była moja robota. Strzeliłem w prawo, bramkarz nie zdążył”.
     
     
           Po pierwszej bramce strzelonej przez Polaków na MŚ w piłce nożnej mecz sędziowany przez Szweda Ivana Eklinda stał się jeszcze bardziej emocjonujący. Wprawdzie po pierwszej połowie przeciwnicy prowadzili 3:1, jednak na początku drugiej części, gdy zaczął padać deszcz,  biało-czerwoni osiągnęli nad rywalami przewagę. Szczególnie gol Wilimowskiego wyrównujący wynik na  3:3 wzbudził powszechne uznanie. Jeden z francuskich dziennikarzy tak opisywał moment zdobycia bramki przez Wilimowskiego: „Następuje naprawdę patetyczny moment, bo Wilimowski całkowicie sam przechodzi bez żadnego trudu defensywę brazylijską i niczym cyrkowy artysta wyrównuje szanse obu drużyn, budząc burzę okrzyków i sympatię widowni dla Polaków”.
     
     
           Po 90 minutach był remis 4:4. Ostatecznie Polska, w obecności około 15 tys. widzów na stadionie, przegrała mecz 5:6 – po dogrywce. Bohaterem naszej drużyny był Ernest Wilimowski, zdobywca aż czterech goli.
     
     
          Po porażce reprezentacja Polski odpadła z MŚ, które wówczas, począwszy od pierwszej fazy, rozgrywano systemem pucharowym.
     
     
          Dzięki walecznej postawie polski zespół zyskał uznanie polskich i zagranicznych komentatorów, a nazwisko Wilimowskiego wymieniane było przez wszystkich znawców futbolu.
     
     
          Ostatni mecz w piłce nożnej przed wybuchem wojny reprezentacja Polski rozegrała 27  sierpnia 1939 roku. Rywalem był zespół węgierski, wicemistrzowie świata sprzed roku.
     
     
          W składzie polskiej drużyny znaleźli się: na bramce – Adolf Krzyk, w obronie – Władysław Szczepaniak i Edmund Giemsa, w pomocy – Wilhelm Góra, Edward Jabłoński I oraz Edward Dytko, w ataku – Henryk Jażnicki (zmienił go w 31. minucie Stanisław Baran), Leonard Piątek, Edward Cebula, Ernest Wilimowski oraz Paweł Cyganek.
     
     
          Początek spotkania w wykonaniu biało-czerwonych był bardzo słaby, i Węgrzy po 33 minutach prowadzili już 2:0. Na szczęście Wilimowski zdobył kontaktową bramkę i nastąpiła znacząca poprawa gry  polskich piłkarzy. Do przerwy przegrywaliśmy 1:2, ale w drugiej połowie Polska dyktowała warunki gry. W 64. minucie Wilimowski wyrównał wynik meczu, a niecałe 10 minut później bramkę z rzutu karnego strzelił Piątek. Ostatni gol, ustanawiający wynik na 4:2 dla Polaków, strzelił znów Wilamowski.
     
     
         Historia zatoczyła koło – pierwszy i ostatni pojedynek w okresie międzywojennym stoczyliśmy z drużyną Węgier.
     
     
          Zaplanowane na początek września 1939 roku dwa spotkania – z Bułgarią w Warszawie, oraz z Jugosławią w Belgradzie nie doszły do skutku z powodu wybuchu II wojny światowej.
     
     
          Łącznie w dwudziestoleciu międzywojennym reprezentacja Polski w piłce nożnej rozegrała 86 oficjalnych meczów międzypaństwowych, z których 26 zakończyło się zwycięstwem, a 15 remisem.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    R. Piotrowski – Niezwykły świat przedwojennego futbolu
     
    R. Sujecki – Życie sportowe w Drugiej Rzeczypospolitej
     
     
    R. Gawkowski - Futbol dawnej Warszawy
     
    Encyklopedia piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Dzieje reprezentacji
    Polski
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Pierwszym w dziejach oficjalnym meczem reprezentacji Polski w piłce nożnej było spotkanie z Węgrami, które odbyło się 18 grudnia 1921 roku w Budapeszcie. Sędziował je Czech Ernst Grätz.
     
     
          Polska reprezentacja zagrała w składzie: bramkarz – Jan Loth II, obrońcy – Ludwik Gintel, Artur Marczewski, pomocnicy – Zdzisław Styczeń, Stanisław Cikowski, Tadeusz Synowiec (jako kapitan zespołu) oraz napastnicy – Stanisław Mielech, Wacław Kuchar, Józef Kałuża, Marian Einbacher i Leon Sperling. Trener był węgierski szkoleniowiec Imre Pozsonyi.
     
     
         Od początku spotkania gospodarze mieli wielką przewagę. Nie mogło to jednak dziwić, gdyż Węgrzy od 1902 roku rozegrali już 79 międzynarodowych meczów.
     
     
          Jeden z uczestników meczu, Edmund Szyc, wspominał po latach, że wówczas: „(...) była paskudna pogoda. Miasto przykryła warstwa śniegu, a choć boisko było oczyszczone, to jednak bardzo trudne, błotniste, ciężkie. To był nasz atut, bo gospodarze mieli lepszą technikę i trudniej im było na takiej nawierzchni pokazać klasę”.
     
     
        Jedyna bramka w spotkaniu padła w 18. minucie pierwszej połowy. Po zamieszaniu pod polską bramką Jenö Szabo silnym strzałem z bliskiej odległości pokonał Jana Lotha.
     
     
         Najdogodniejszą szansę na strzelenie gola dla reprezentacji Polski miał Wacław Kuchar, który w 22. minucie znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Potrącony przez Polaka węgierski bramkarz upadł na murawę.  Sędzia nie odgwizdał jednak faulu, a mimo to Kuchar nie oddał strzału do pustej bramki, tylko zajął się cuceniem węgierskiego goalkeepera.  Dopiero wówczas sędzia czechosłowacki Grätz przerwał grę...
     
     
          Ostatecznie mecz, który obserwowało 8 tys. widzów, zakończył się minimalną porażką Polaków 0:1, co było sukcesem polskiej reprezentacji.
     
     
          W latach 20. polska drużyna reprezentacyjna nie odnosiła większych sukcesów, pozostając średniakiem na arenie europejskiej.
     
     
          Na olimpiadzie w Paryżu w 1924 roku polska drużyna w pierwszym meczu przegrała 0:5 z Węgrami i odpadła  z turnieju.
     
     
          Rywalem Polaków w eliminacjach do turnieju piłkarskich MŚ’1934 we Włoszech była Czechosłowacja. Pierwszy z dwóch planowanych meczów odbył się 15 października 1933 roku w Warszawie na stadionie Legii, w obecności około 15 tys. kibiców.
     
     
          Trener Józef Kałuża wystawił silny skład: w bramce zagrał Spirydon Albański, na obronie: Henryk Martyna i Jerzy Bułanow (kapitan), w pomocy: Józef Kotlarczyk II, Jan Kotlarczyk I, Aleksander Mysiak oraz napastnicy: Władysław Król, Michał Matyas, Józef Nawrot, Karol Pazurek, Edmund Majowski.
     
     
         Spotkanie było wyrównane, ale po pierwszej połowie prowadzili goście 1:0  po golu Silnego. W 52 minucie Henryk Martyna wykorzystał rzut karny i wyrównał na 1:1. Do 77. minuty utrzymywał się remis, jednak bramka zdobyta przez Pelcnera ustaliła ostateczny rezultat spotkania sędziowanego przez rumuńskiego arbitra – Denisa Xifando.
     
     
         Po meczu szef czechosłowackiej federacji piłkarskiej komplementował polską drużynę, wskazując, że „ postęp polskiego futbolu jest niezaprzeczalny. Ta drużyna potrafi walczyć do ostatniej sekundy, niezrażona niczem i nikim. Nawet w ataku, który tak krytykujecie, widać przebłyski myśli taktycznej, pewnej koncepcji, a to już wiele”.
     
     
         Do rewanżowego spotkania nie doszło -  PZPN poinformował o rezygnacji z wyjazdu do Pragi niemal w ostatniej chwili, a 11 kwietnia 1934 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zakomunikowało, że „wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym”. Niewątpliwie przyczyną takiej decyzji był kryzys w ówczesnych stosunkach polsko-czechosłowackich.
     
     
         Drużyna Czechosłowacji otrzymała walkower, a  PZPN został zmuszony przez Międzynarodową Federację Piłkarską (FIFA) do zapłacenia wysokiego odszkodowania, mającego stanowić „realny zwrot spodziewanych korzyści, jakie można było osiągnąć zyskami w meczu z Polską”. Sumę oszacowano na 10 tys. złotych (2 tys. dolarów amerykańskich).
     
     
          W 1936 roku polska drużyna piłkarska wzięła udział w berlińskich Igrzyskach Olimpijskich.
     
     
          W turnieju piłkarskim uczestniczyło 16 drużyn. Nie prezentowały one wysokiego poziomu, gdyż wiele europejskich i południowoamerykańskich reprezentacji wystawiło rezerwowe składy.
     
     
          Do Berlina pojechało  22 piłkarzy: Spirydion Albański (Pogoń Lwów), Franciszek Cebulak (Legia Warszawa), Edward Dytko (Dąb Katowice), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Antoni Gałecki (ŁKS Łódź), Wilhelm Góra (Cracovia), Walerian Kisieliński (Polonia Warszawa), Józef Kotlarczyk (Wisła Kraków), Edward Madejski (Wisła Kraków), Henryk Martyna (Legia Warszawa), Michał Matyas (Pogoń Lwów), Walenty Musielak (HCP Poznań), Teodor Peterek (Ruch Wielkie Hajduki), Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Fryderyk Scherfke (Warta Poznań), Władysław Szczepaniak (Polonia Warszawa), Jan Wasiewicz (Pogoń Lwów) oraz Gerard Wodarz (Ruch Wielkie Hajduki).
     
     
         W pierwszej rundzie reprezentacja Polski pokonała amatorską reprezentację Węgier 3:0. W ćwierćfinale pokonaliśmy amatorską drużynę Wielkiej Brytanii 5:4, mimo, iż w 56 minucie wygrywaliśmy już 5:1. Trzy bramki dla Polski zdobył Gerard Wodarz.
     
     
         Półfinałowym rywalem Polaków była Austria, z którą Polska wielokrotnie wygrywała. Tymczasem Polacy rozegrali najgorsze spotkanie w turnieju i ulegli przeciwnikom 1:3.
     
     
         Mecz o brązowy medal rozegrały drużyny Polski i Norwegii, która w ćwierćfinale sensacyjnie pokonała gospodarzy turnieju – Niemców. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Norwegów 3:2. 
     
     
         Polskie władze sportowe oceniły ten występ jako nieudany, a prezes PZPN gen. Bończa- Uzdowski musiał na początku 1937 roku odejść ze stanowiska.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Powiedźcie mi kto u nas gra na środku pomocy, tzw rozgrywającego? Bo nie zauważyłem. Zauważyłem problemy w obronie: brak krycia, zostawianie miejsca, nieobstawione sektory, asekuracja słaba. Niewychodzenie do przeciwnika. Reprezentacja nasza jest dodatkowo mało ruchliwa, przecież przy każdym naszym zawodniku było czterech Arabów Saudyjskich czyli musieli mieć 40 zawodników na boisku. Jak to jest możliwe w ogóle? Tak było na początku meczu Polska - Arabia Saudyjska w fazie grupowej Mistrzostw Świata w Katarze w roku 2022.

    Ale jeśli w 2 meczach nie straciliśmy bramki to nasza obrona nie mogła zagrać źle. Musiała zagrać dobrze i w efekcie mamy pierwsze miejsce w grupie i do wyjścia z grupy wystarczy nam remis z Argentyną. To inni muszą nas gonić. Kiedy ostatnio doszło do takiego fenomenu na Mundialu? W 1982 roku? Nieważne. Widać że nasz trener Czesław Michniewicz zaproponował żałosną taktykę murowania dostępu do naszej bramki i liczenia na kontrę. W meczu z Meksykiem prawie się udało gdyż Lewandowski wywalczył karnego. Ale zawodnik faulowany nie może strzelać karnego, co jest oczywistą zasadą bo przestrzela i Lewy nie strzelił. Z Arabią się udało, bo strzeliliśmy bramkę i tamci musieli gonić wynik i się otworzyć.

    Co do Lewandowskiego to ewidentnie realizuje on wskazania trenera: ma sobie łazić z przodu na desancie, nie wdawać się w obronę i czekać na dośrodkowanie czyhając na błąd obrońcy. Z taką taktyką, wyglądającą koszmarnie Arabowie nie potrafili sobie poradzić a i Meksyk nie przełamał jej. Zwróćcie uwagę na dużą ilość niecelnych ich strzałów. Część pudłowali sami z siebie ale często nie wychodzili na czystą pozycję strzelecką: albo jednak ktoś ich naciskał, albo ktoś zasłaniał itp. Szkoda ich bo byli lepsi od nas.

     

    Polska zaś umie grać tylko w układzie 4-4-2 a w innych mamy problemy. Każdy układ ma swoje niuanse, inna jest asekuracja, zmiana pozycji itp. Wydaje się że realnie graliśmy 6-3-1 co daje za małą siłę ognia z przodu i oddaje środek boiska. W praktyce 2 pomocników schodzi do obrony a jeden napastnik cofa się do pomocy i z przodu zostaje samotny Lewandowski który nie ma komu odegrać piłki. Nie jesteśmy w stanie wykorzystać wiązania przez niego obrońców. Zawsze ze 2 łazi za nim i inny zawodnik, gdyby był i dostał podanie, miałby łatwiejszą drogę do bramki. Taki Piątek np. Dlatego dzisiaj Michniewicz wprowadził Piątka na koniec żeby Lewy miał z kim rozgrywać. Słuszna zmiana. A zostawienia Casha to olbrzymie ryzyko. Grał on tak nieprzemyślanie że łatwo mógł zarobić drugą żółtą kartkę.

    II

    Do wyjścia z grupy wystarczy nam remis. Aby wyjść z pierwszego miejsca musimy wygrać z Argentyną i Arabia nie może wygrać z Meksykiem. Obecnie mamy bilansy bramkowe takie:

     

    1. Polska 2 strzelone żadnej straconej = +2

    2. Argentyna 3 bramki strzelone, dwie stracone = +1

    3. Arabia Saudyjska 2 bramki strzelone, trzy stracone = -1

     

    4. Meksyk nie strzelił nic i 2 stracił = -2

    Czyli jeśli wygramy z Argentyną to Arabia musi wygrać z Meksykiem z bilansem +4. Strzelić musi mu o 4 bramki więcej niż on jej przynajmniej.

    Jeśli zremisujemy z Argentyną to mamy 5 punktów, Argentyna 4. Decyduje wynik meczu Arabia-Meksyk. Jeśli Arabia wygra to wchodzi z 1 miejsca. Jeśli zremisuje to ma 4 punkty i bije się z Argentyną na bilansy bramek. Meksyk ma szanse na wyjście z grupy jeśli wygra z Arabią i Argentyna przegra z Polską. Wtedy bije się z Argentyną bilansem bramek i jeśli wygra wysoko to wychodzi. Musi nadrobić 2 bramki różnicy. 3 bramki musi strzelić więcej niż stracić.

     

    Jeśli my zremisujemy z Argentyną i Arabia nie wygra z Meksykiem to wchodzimy z 1 miejsca. 

    Jeśli przegramy z Argentyną to mamy 4 punkty i wtedy decyduje wynik meczu Arabia Saudyjska-Meksyk:

    1. Jeśli Arabia wygra to wchodzą Argentyna i Arabia.

    2. Jeśli będzie remis to bijemy się bilansem z Arabią i wchodzimy.

    3. Jeśli Meksyk wygra to ma 4 punkty jak my i musi nadrobić różnicę bilansu 4 bramek. Czyli rozmiary porażki się tu liczą.

    Nawet jeśli przegramy z Argentyną to mamy szanse jeśli Arabia nie wygra z Meksykiem. Mam nadzieję że się nie walnąłem w obliczeniach, w co wątpię. Ale będą emocje. 30 listopada gramy o 20. Ale będzie jazda. 

    PS: Michniewicz chociaż wygląda godnie, porządnie się ubiera. 

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0
    Dobrze że są jeszcze ludzie potrafiący w swej twórczości zachować klimat Gwiezdnych Wojen. Ich zaangażowanie daje nadzieję na przyszłość:


    https://youtu.be/0SPVvbOwU0Q

    A teraz przejdźmy do serialu Andor, który fortunnie zakończył swój pierwszy sezon. Pisałem o nim już

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1252748,gwiezdne-wojny-andor

    a teraz zaznaczam, że będą spoilery. Od razu powiem, że ustępuje on startrekowemu Lower Decks. Czemu on zresztą nie ustępuje? Nie ustępuje Kenobiemu i Pierścieniom Władzy, podobnie jak Kenobi jest też przykładem biedaserialu. Pierścienie Władzy Amazona biorąc pod uwagę rzekomy budżet też nie wyglądają dobrze. Prawdopodobnie nie mieli tam deklarowanego pół miliarda dolarów tylko połowę z tego albo nawet jedną trzecią dlatego wygląda to tak ubogo.

    Andor słusznie może być sklasyfikowany jako biedaserial bez polotu. Uzasadnienie tego wniosku podam jednak za paywallem, tj. pardon, za spoilerem:

    UWAGA SPOILER

    Konstytutywną cechą Andora jest jego amerykańskość: funkcjonariusze w 1 odcinku to typowe typy, czy też archetypy amerykańskiego skorumpowanego policjanta. Orkiestra w ostatnim też wygląda jak amerykańska tradycyjna orkiestra. Przykłady można mnożyć. Kontrowersyjny kałach to próba powiązania Rebelii z Fidelem Castro, tzw ruchami narodowowyzwoleńczymi finansowanymi przez Moskwę (Czerwone Kmery np.) i innymi takimi. I dowodem na brak polotu ten kałach jest. Braku wyobraźni dowodem jest. Kreatywności i rozeznania. Czego jeszcze jest dowodem ów kałach?


    Drugą podstawową cechą Andora jest popsuta immersja, czyli światotwórstwo. Tak sobie paczę na Imperium i nie wiem czy to jest potężne imperium obejmujące galaktykę z milionami gwiazd i planet? Nie wygląda. Ilu funkcjonariuszy potrzeba na każdej planecie zaludnionej i zaalienowanej (zaufoczonej) miliardami osobników? Jak rozbudowana musi być ich hierarchia? Nad nimi są jeszcze układowi, sektorowi itp. To jest potężna drabina funkcyjnych i potężna masa ludzi i innych takich tych. Tymczasem ta Dedra żąda w pewnym momencie akt wszystkich incydentów rabunkowych. Powinna dostać a z milion przypadków dziennie. I jak to przeanalizuje i wnioski wyciągnie? Jest ona porucznikiem więc na dnie hierarchii galaktycznej stoi, takich jak ona musi być miliardy. W ostatnim odcinku jakiś imperialny chce pokazać miejscowym potęgę imperium. I parudziesięciu funkcyjnych wyłazi. Żenada to jest. Co najmniej miliona szturmowców powinni użyć.

    Schemat stosują taki, że planeta to jest odpowiednik miasteczka na Dzikim Zachodzie. Takiego z westernów. Loty międzyplanetarne są odpowiednikiem podróży dyliżansem i konno między tymi miastami. Planeta Ferrix to jest jedna dziura tak naprawdę z jedny, placem, zamieszkała przez garstkę mieszkańców. Na dłuższą metę taka kreacja światotwórcza jest nie do utrzymania bo jest absurdalna. Żenująca jest. Dlatego wieje nudą bo nie pozwala się wczuć w świat przedstawiony, tak jak Blade Runner/BR2049, gdzie też tempo narracji było powolne.

    W odróżnieniu oglądając Orville widać ograniczenia budżetowe, ale widać że starają się wycisnąć jak najwięcej z tego co mają. Kenobi i Andor to jest zaś jakieś przepalanie kasy. Widać różnicę podejścia fachowych twórców fanowskich (Seth MacFarlane, Jon Favreau etc) i jakiegoś nie wiadomo kogo w ogóle.

    II

    Andora ratuje gra aktorska, ratują go takie wątki jak więzienie. Tam gdzie potrafią złapać odpowiednią skalę działań prowadzonych w świecie przedstawionym to sobie radzą. Bohaterowie są w dużej mierze klasyczni: mają jakieś skrzywienia i traumy, aktorzy będący męskimi szowinistycznymi świniami (Luthen, Serkis) dźwigają ciężar świata przedstawionego. Wątek Mon Mothmy przespałem w większości ale nie zachowuje się ona jak GoGaladriel. Kilka scen jest fajnych oprócz tego. Przeżycia zmieniają ich, często na lepsze.


    Pierwszy sezon oceniam w związku z tym 6/10. Jest to szczytowe osiągnięcie obozu Kennedy. Serial jest dobrze profilowany, czyli ci co im się nie podoba nie oglądają go i nie minusują. Stąd dość wysokie oceny. Skutek jest tu taki, że dość mała liczba ocen jest, np. na IMDB. Jeden z drugim biadoli: czemu takiego super seriala nikt nie ogląda.

    o Andorze:

    https://www.filmweb.pl/serial/Andor-2022-866824/episode/1/12


     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Duże emocje wywoływały w przedwojennej Polsce także mecze drużyn różnych narodowości oraz z różnych części kraju.
     
     
          Pod koniec marca 1930 roku piekło rozpętało się w Warszawie po tym, jak piłkarze żydowskiej Gwiazdy stracili bramkę w meczu z Warszawianką. Ofiarą niepohamowanej złości tych pierwszych padł strzelec gola Jan Luxenburg, którego bramkarz Gwiazdy „nagrodził” kopniakiem, a nadbiegający z drugiej strony obrońca – sierpowym w policzek.
     
     
           Do walki dołączyli się kibice obu drużyn. Sytuację opanowała dopiero interwencja porządkowych, którzy polali gorące głowy wodą z pobliskiego hydrantu.
     
     
            W 1934 roku przerwano mecz ukraińskiego Sian Przemyśl z Pogonią Stryj, bo wpierw polowanie na kości rywala urządzili sobie piłkarze, a potem do bitwy dołączyła się publiczność. Sprawozdawca „Raz, Dwa, Trzy” donosił  po meczu, że „doszło do dzikiej kopaniny wzajemnej, pomiędzy graczami, a następnie do rękoczynów. Gdy sędzia przerwał grę, na boisko wpadł tłum z laskami”.
     
     
           Głośnym echem odbiła się zwłaszcza afera z udziałem ŁKS-u i posiadającego niemieckie korzenie Unionu. 21 maja 1922 roku powtórzono spotkanie obu zespołów, bo pierwsze starcie zakończyło się awanturą. Na powtórzony mecz Union delegował drużynę swoich kilkunastoletnich juniorów, ponieważ starsi zawodnicy Unionu „oświadczyli wyraźnie, że milsze są im godność osobista i zdrowie, których dla tego rodzaju gier nie chcą narażać na szwank”. 
     
     
            Zdaniem Niemców w trakcie pierwszego spotkania ełkaesiacy nie tylko grali bardzo brutalnie, ale i obrzucili rywala stekiem ordynarnych obelg. ŁKS winą za awanturę obarczał natomiast piłkarza Unionu, który uderzył w twarz kapitana ŁKS-u. W oficjalnym, przesłanym prasie stanowisku klubu Zygmunt Skibicki przekonywał zatem, że do żadnego wymyślania od „szwabów” tamtego dnia nie doszło, że to rywal polował na kości ełkaesiaków, a cios wymierzony przez gracza Unionu musiał się przecież spotkać z reakcją jego kolegów.
     
     
           Gorące spory dzieliły kibiców drużyn z różnych części II RP.  Ci ze Lwowa nie lubili poznaniaków, uznając ich za „Germańców”  Kraków zarzucał Śląskowi, że tam afera goni aferę, a piłkarze zaglądają do kieliszka. Warszawa darła koty z Krakowem, bo chociaż stolica, to stolicą polskiego futbolu nazywał się gród wawelski. Wszyscy  solidarnie dokładali Łodzi za to, że Łódź sportowa wpatrzona była tylko w pieniądze.
     
     
            Poznaniacy kpili z Kongresówki. Warszawiacy śmieli się z krakowskich „centusiów”, Lwów kłócił się z Górnym Śląskiem, a biedne Wilno o obłudę oskarżało resztę kraju.
     
     
           W kwietniu 1934 roku podczas meczu we Lwowie warszawskiej Polonii z miejscową Pogonią  w rolę czarnego charakteru wcielił się Józef Pazurek, który swą frustrację z powodu słabej gry „Czarnych Koszul” wyładował najpierw na Michale Matyasie, a następnie na kapitanie Pogoni Alfredzie Zimmerze, uderzając go pięścią w nos. Sędzia wyrzucił brutala z boiska, a że lwowskie batiary podobnego zachowania nie zwykły puszczać płazem, schodzących na przerwę polonistów z opresji musiała ratować policja.
     
     
           W 1931 roku jeden z piłkarzy Pogoni Lwów został w trakcie zawodów tak niemiłosiernie zelżony przez publiczność, że w pewnym momencie wpadł w tłum i – jak kilkadziesiąt lat później Eric Cantona – pobił jednego z kibiców.
     
     
          We Lwowie w 1934 roku, ze względu na rosnącą liczbę ekscesów, „skandaliczne wypadki, rozwydrzenie na boiskach, zupełny zanik kultury sportowej wśród graczy i publiczności” rozważano nawet zawieszenie okręgowych rozgrywek na rok. W ich miejsce planowano rozgrywać gry pucharowe” bez punktów, co miało zapewnić ich spokojniejszy przebieg.
     
     
          Wśród klubów żydowskich także panowały nierzadko gorące konflikty. I tak, lewicowy antysyjonistyczny Bund wspierał Jutrznię, która z kolei nie znosiła Makkabi, największego klubu żydowskiego w II Rzeczpospolitej, przywiązanego do tradycji syjonistycznych i z tego względu nierozgrywającego swoich zawodów w soboty. To właśnie na meczach krakowskiego Makkabi pojawiali się ortodoksyjni Żydzi z pejsami i w chałatach. Tam też starcia Jutrzenki z Makkabi nazywano „świętą wojną”, na wzór starć  Cracovii z Wisłą.
     
     
           Do ekscesów dochodziło także podczas meczów międzynarodowych.
     
     
           Do najsłynniejszej bójki z udziałem drużyny zagranicznej doszło w 1921 roku podczas meczu drużyny Krakowa z węgierskim Újpesti TE Budapeszt. Po brutalnym faulu jednego z węgierskich zawodników do rękoczynów przystąpił Adam Kogut, wsparty następnie przez Henryka Reymana. Szybko do „zabawy” dołączyła krakowska publiczność i ostatecznie Węgrów przed  zbiorowym linczem uratowała rozpaczliwa interwencja działaczy krakowskich.
     
     
           Z kolei w 1933 roku podczas meczu krakowskiej Wisły w Paryżu niejednokrotnie dochodziło do brutalnych fauli gospodarzy, którzy poszli na całość po ostatnim gwizdku.  W ruch poszły pięści, a w trakcie szamotaniny w szatni trener gospodarzy uderzył  w twarz Edwarda Ałaszewskiego. Sprawa tak dalece zbulwersowała opinię publiczną, że otarła się o polską ambasadę w Paryżu.
     
     
          „Tu profesjonalizm i półprofesjonalizm, tam sprawa żydowska i pseudo-żydowska, ówdzie klubowe porachunki i boje o berła matadorów. Wrzawa ta nie jest co prawda nowością, acz nigdy może jeszcze nie była tak głośną. Rozlega się przy tym w całym niemal kraju, każdy okręg ma swoją smutnej sławy aferę, która porusza piłkarski światek” – narzekał w 1924 roku „Przegląd Sportowy” na rozkład moralny, degrengoladę obyczajów i zwłaszcza na kwitnące „chwasty antagonizmu”.
     
     
          Już na początku lat dwudziestych narzekano, że rywalizacja sportowa przeradza się często w „antagonizm i niezdrową walkę grubo podejrzanymi środkami”.  O stosowanie tych „podejrzanych środków” oskarżano także prasę, nierzadko relacjonującą wydarzenia przez pryzmat własnych klubowych sympatii.
     
     
            Zbulwersowani przedstawiciele władz apelowali do władz związku piłkarskiego, aby bezzwłocznie zajął się „sanacją międzyklubowych stosunków i nie przeszkadzając zdrowej rywalizacji ubić głowę perfidnej hydrze, której na imię klubowy antagonizm”.
     
     
           Elity apelowały, piłkarska centrala strofowała niegodziwców dyskwalifikacjami, „Związek Związków” raz po raz groził palcem, a w drugiej połowie lat trzydziestych drużyny po wyjściu na murawę, jeszcze przed rozpoczęciem gry, wysłuchiwały odczytywanego przez arbitra „dekretu rządowego” nawołującego do przestrzegania zasad fair play. Na niewiele się to zdało.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    R. Piotrowski – Niezwykły świat przedwojennego futbolu
     
     
    R. Gawkowski - Futbol dawnej Warszawy
     
    J. Goksiński Jan -  Klubowa historia polskiej piłki nożnej do 1939 roku
     
    A. Bogusz -  Dawna Łódź sportowa 1824–1945
     
    R. Gawkowski - Sport w II Rzeczpospolitej
     
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Danz  |  0
    Jesteśmy po pierwszym meczu w kolejnym historycznym mundialu,  tym razem na ziemi pustynnej, w dalekim Katarze.  Nie przegraliśmy tego meczu, ale i nie wygraliśmy. Można powiedzieć historyczne 0:0, bo przecież wszystkie mundiale w XXI wieku zaczynaliśmy od... przegranej. Czy jest z czego się cieszyć? Chyba tylko z tego, że Meksykanie nie zdołali nam tej bramki strzelić. Co martwi,  to niewykorzystany karny (będzie się śnił Lewandowskiemu do końca życia), beznadziejna gra „do przodu” i brak myśli taktycznej trenera Czesława.
    Czy może być lepiej? Arabia Saudyjska wygrała z Argentyną, a szejkowie ogłosili święto narodowe po historycznym zwycięstwie. Szejkowie teraz tanio skóry nie sprzedadzą. Krótko mówiąc może być ciężko, ale chyba do tego jesteśmy już przyzwyczajeni.  Czy znowu będzie remis? Czy może już mecz o honor?

    Nastroje w kadrze nie są najlepsze, to co ludzie wypisują na tyterze i w komentarzach, to lepiej nie przytaczać. Za dużo złych emocji.

    Nasi kadrowicze niczym nas nie zaskoczyli, Zieliński i Zalewski zawiedli. Lewandowski nie imponował.  Chyba się kończy era Lewandowskiego i jego pokolenia. Na następnych mundialach będzie średnio, więc cieszmy się tym co oglądamy. Może być i tak, że za 4 lata będziemy kibicować komuś innemu niż Polacy, bo nas na mundialu po prostu nie będzie.
    5
    5 (1)

Strony