blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Józef Sigalin był zdecydowanym zwolennikiem dekretu Bieruta o nacjonalizacji warszawskich gruntów.
     
     
          W chwili wkroczenia wojsk sowieckich do lewobrzeżnej części Warszawy spośród dziewięciuset osiemdziesięciu siedmiu zabytkowych budynków zniszczone całkowicie były siedemset osiemdziesiąt dwa, częściowo – sto czterdzieści jeden. Ocalały sześćdziesiąt cztery. Z sześćdziesięciu czterech warszawskich kościołów zachowały się zaledwie cztery. Planowa polityka niszczenia miasta
     
     
            Koncepcja przyszłego miasta kształtowała się przede wszystkim w pracowniach BOS-u, przy pewnym wykorzystaniu prac prowadzonych w czasie okupacji (np. przebicie Marszałkowskiej na Żoliborz) , a nawet przed wojną.
     
     
          Warszawa drugiej połowy XIX wieku była miastem świadomie degradowanym przez rosyjskiego zaborcę, tak więc jej przebudowa była istotnym zadaniem, niezrealizowanym, po odzyskaniu niepodległości.
     
     
         Dla komunistycznych władz  odbudowa stolicy stała się pretekstem do kreowania – za pomocą architektury - własnej politykę historyczną.
     
     
         W wyniku rozmów Sigalina ze  Spychalskim tymczasowym kierownikiem Biura Odbudowy Stolicy został Jan Zachwatowicz. Wraz z nim pracę – w przydzielonych trzech budynkach na rogu ulic Chocimskiej i Skolimowskiej - rozpoczęli: Piotr Biegański, Stanisław Albrecht, Jerzy Bielaszewski i Władysław Skoczek.
     
     
          W lutym 1945 roku nowym szefem BOS-u został Roman Piotrowski (w latach 30. związany z lewym skrzydłem PPS, od 1942 roku członek PPR), a jego zastępcą Józef Sigalin. Zachwatowicz, niekwestionowany autorytet w dziedzinie konserwacji, objął kierownictwo Wydziału Architektury Zabytkowej BOS.
     
     
         Sigalin reprezentował BOS na zewnątrz i utrzymywał kontakty – dzięki swoim znajomościom wśród komunistów - z aparatem administracyjnym i politycznym.
     
     
          W zakresie planów i polityki urbanistycznej Biuro działało samodzielnie, szukając poparcia u Bieruta, w częstych konfliktach z Ministerstwem Odbudowy oraz Zarządem Miejskim. „Dyrektorem naczelnym BOS był Roman Piotrowski,  - wspominał Eugeniusz Ajewski - zwany popularnie „Tata BOS”, wszystkie jednak sprawy organizacyjno-polityczne przejął Józef Sigalin. […] Był szarą eminencją BOS-u. Jego zaletą była duża zdolność organizacyjna, a tajemnica powodzenia polegała na ścisłym kontakcie z prezydentem PRL Bierutem.”
     
     
          Sigalin zatrudniał i zwalniał ludzi, decydował o remontach budynków, sporządzał harmonogramy, a jako oficer (w stopniu majora) załatwiał z wojskiem materiały potrzebne do codziennego funkcjonowania instytucji.
     
     
          Uchwalony w 1945 roku roczny plan odbudowy Warszawy został poprzedzony dekretem wywłaszczeniowym Bieruta, na mocy którego znacjonalizowano grunty warszawskie. Sigalin był od początku zdecydowanym zwolennikiem likwidacji prywatnej własności gruntów w stolicy i można domniemywać, iż był jedną z osób, która przekonała Bieruta o konieczności podjęcia takiej decyzji.
     
     
          W „Wiadomościach Gospodarczych”, organie reaktywowanej Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie i Naczelnej Rady Zrzeszeń Kupieckich RP, wskazywano, iż „jeżeli była zrozumiała potrzeba reformy rolnej i wywłaszczenie obiektów ziemiańskich w imię potrzeb społecznych, reprezentowanych przez 60 proc. ludności kraju, to nie jest do wytłumaczenia potrzeba wywłaszczenia parceli budowlanych na rzecz miasta dla celów jego odbudowy i dalszej rozbudowy”.
     
     
           Z kolei  PSL-owska „Gazeta Ludowa” słusznie podkreślała, iż  najważniejszym skutkiem dekretu nie będzie tylko to, „że wszyscy ludzie prywatni przestaną odbudowywać swoje poniszczone domy i domki”,  ale przede wszystkim jego konsekwencje moralne. „Ludzie Warszawy zostali wygnani ze swoich domów na bezdomną tułaczkę albo popędzeni w głąb Niemiec do pracy i koncentracyjnych obozów. Pod względem materialnym ludność Warszawy została zniszczona doszczętnie. I dzisiaj ludzie tej właśnie zniszczonej, spalonej Warszawy, pozbawieni dobytku, mieszkań i domów, mają być obdarci z ostatniej własności, jaka niektórym pozostała, a jaką są place po zburzonych domach. […] Nie bogaci, lecz biedni są poszkodowanymi tym dekretem. Nie kamienicznicy, lecz właściciele ruin, nie kapitaliści, lecz ubodzy właściciele drobnych placów budowlanych”. […] Praca nad odbudową miasta jest rzeczą ważną, ale sądzimy, że miasto winno służyć człowiekowi, a ci, którzy odbudowują stolicę, winni służyć jej mieszkańcom. Dążenie do ułatwienia sobie pracy odbudowy Warszawy kosztem ludzi Warszawy nie może być uznane za słuszne i sprawiedliwe.”
     
     
          Analizując przedstawione plany przebudowy stolicy wielu krytykowało zburzenie budynków na stosunkowo najmniej zniszczonym Powiślu  w celu zbudowania bulwarów nad Wisłą oraz wyburzenie kilkudziesięciu domów na Marszałkowskiej w celu poszerzenia tej ulicy.
     
     
          Kierowane de facto przez Sigalina Biuro Odbudowy Stolicy nie zamierzało tłumaczyć się ze swych planów. Nic więc dziwnego, że w „Gazecie Ludowej”  podkreślano, iż  „BOS, jak na prawdziwego dyktatora przystało, puszcza mimo uszu wszelkie głosy krytyczne. Nic go nie wzruszają narzekania, nic sobie nie robi z dowcipów i najwyraźniej ma za nic opinię publiczną”.
     
     
          Mając wsparcie Bieruta i innych decydentów Sigalin konsekwentnie forsował plan odbudowy. Sam wszedł także w skład egzekutywy PPR przy BOS-ie, założył też   Związek Zawodowy i zorganizował Klub Sportowy BOS. W obu organizacjach objął stanowisko prezesa, a w barwach BOS-owskiej drużyny piłkarskiej rozegrał nawet na stadionie Legii kilkanaście meczów.
     
     
         Z jego inicjatywy  zawiązała się też wkrótce spółdzielnia mieszkaniowa Bosówka, która wybudowała kolonię  dziewięćdziesięciu tak zwanych domków fińskich dla pracowników BOS-u. Było to pierwsze osiedle mieszkaniowe wzniesione w Warszawie po wojnie.
     
     
          Na początku września 1945 roku Sigalin przejął sprawy związane ze stołecznymi przeprawami przez Wisłę, przede wszystkim odbudową zniszczonego Mostu Poniatowskiego. Huta Kościuszko w Chorzowie zadeklarowała gotowość wykonania w ciągu 4 miesięcy całości konstrukcji stalowej. Zawalenie się w trakcie montażu czwartego przęsła  opóźniła oddanie mostu do użytku. Ostatecznie 22 lipca 1946 roku most został uroczyście otwarty, a Sigalin odznaczony przez Bieruta  Orderem Odrodzenia Polski.
     
     
         1 stycznia 1946 roku Sigalin został formalnie zdemobilizowany, zachowując jednak prawo posiadania pistoletu.
     
     
         Jednocześnie  w obliczu głosów kwestionujące jego kompetencje zawodowe postanowił dokończyć studia architektoniczne na Politechnice Warszawskiej. Warunkiem złożenia pracy dyplomowej było zdanie egzaminów z historii architektury polskiej i nowożytnej oraz uzyskanie zaliczeń od poszczególnych profesorów. Jednym z nich był Jan Zachwatowicz, formalnie podwładny Sigalina w BOS-ie.  Ostatecznie przygotował pracę dyplomową, zdał egzamin z wynikiem dobrym i otrzymał tytuł zawodowy inżyniera architekta.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Sprawdzony na wielu frontach komunistycznej pracy partyjnej i wojskowej Józef Sigalin w styczniu 1945 roku stanął na czele Biura Odbudowy Stolicy.
     
     
           Po wybuchu wojny Sigalin wraz z żoną i szwagrem dotarli do Brześcia nad Bugiem, gdzie dowiedzieli się o agresji sowieckiej na Polskę.  Wszyscy postanowili udać się do Wilna, gdzie Sigalin wstąpił do komitetu rewolucyjnego, zajmującego się wyłapywaniem i przekazywaniem Sowietom polskich żołnierzy i policjantów.
     
     
           Sigalin opuścił Wilno wraz z ewakuującymi się wojskami sowieckimi, i w listopadzie 1939 roku dotarł do Krzemieńca, gdzie objął stanowisko kierownika budowy kopalni węgla brunatnego.
     
     
           W grudniu 1939 roku objęła go przymusowa paszportyzacja, w ramach której nadawano obywatelstwo sowieckie mieszkańcom polskich Kresów i uciekinierom z ziem okupowanych przez Niemców.
     

         Jednocześnie złożył podanie o przyjęcie w szeregi Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), ale władze sowieckie z nieufnością odnosiły się do byłych członków rozwiązanej polskiej partii. Sigalinowi wystarczyć musiały stanowiska przewodniczącego komisji rewizyjnej krzemienieckich związków zawodowych, sekretarza Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom oraz męża zaufania w wyborach do sowieckiej Rady Najwyższej.
     
     
           Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej uciekł z żoną z Krzemieńca na motorze i dotarł do Kijowa, skąd zostali ewakuowani specjalnym pociągiem  KC Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy do Charkowa.
     
     
           W Charkowie Sigalin, dzięki wsparciu gorliwej stalinistki Elżbiety Szemplińskiej-Sobolewskiej, pisząc artykuły na temat Polski do lokalnej gazety „Komunista”.  Wydał też swoją pierwszą książkę zatytułowaną „Tri dni”, która była typowym produkcyjniakiem o sowieckich  robotnikach walczących z faszystami.
     
     
           W Charkowie kilkukrotnie spotkał się też z Wandą Wasilewską, która doceniając jego talent propagandzisty, poleciła mu nawiązać kontakt z członkami moskiewskiej redakcji „Nowych Widnokręgów”, gdzie poznał Jerzego Borejszę.
     

          We wrześniu 1941 roku został ewakuowany do Leninabadu w Tadżykistanie, gdzie został  kierownikiem wydziału budowlanego właśnie w fabryce jedwabniczej „Czerwony Tkacz”.
     

         W marcu 1942 roku zgłosił się na ochotnika do Armii Czerwonej i po krótkim przeszkoleniu został skierowany jako do 524 specjalnego batalionu samochodowego, z którym trafił do Iranu, gdzie prowadził ciężarówki z pomocą amerykańską w ramach o lend-lease’u.
     
     
           W maju 1943 roku Sigalin został zwolniony z Armii Czerwonej i wrócił do Leninabadu, gdzie otrzymał wezwanie od Wasilewskiej do przyjazdu do Moskwy, gdzie w czerwcu 1943 roku uczestniczył w pierwszym zjeździe Związku Patriotów Polskich.
     
     
          Nazajutrz po zakończeniu zjazdu Sigalinowie wyjechali z Moskwy w kierunku Sielc, gdzie formowała się 1 Dywizja Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki. Sigalin został oficerem politycznym.
     
     
          W aparacie politycznym dywizji dominowali byli członkowie KPP -  w 1943 roku na stu sześćdziesięciu ośmiu politruków 1 Dywizji byłych KPP-owców było sześćdziesięciu ośmiu.
     
     
          W  lipcu 1943 roku został adiutantem Berlinga, zastępując na tym stanowisku swojego przyjaciela Zygmunta Sobolewskiego. Jednak już we wrześniu tego roku  zdał służbę w adiutanturze Berlinga i objął funkcję zastępcy szefa 1 Oddziału Sztabu Dywizji. Odznaczył się męstwem w bitwie pod Lenino, za co został  odznaczony sowieckim medalem „Za odwagę”.
     
     
           Do głównych zadań aparatu propagandowo-oświatowego 1 Dywizji należało przekonywanie żołnierzy, że polskich oficerów w Katyniu wymordowali Niemcy.  30 stycznia 1944 roku zorganizowano nawet specjalne uroczystości w lesie katyńskim. W specjalnym kazaniu kapelan 1 Korpusu mjr Wilhelm Kubsz podkreślił „zwierzęce okrucieństwo hitlerowskich oprawców” i prosił Boga, by uczynił kościuszkowców narzędziem swojej kary.
     
     
           Uczestniczący w tych uroczystościach Sigalin nie wiedział, iż w Katyniu sowieccy oprawcy zamordowali jego brata – Romana.
     
     
          W maju 1944 roku złożył  wniosek z prośbą o przyjęcie go w szeregi Polskiej Partii Robotniczej, jednak wobec krytycznej opinii Jakuba Prawina, który zarzucił mu niechęć do pracy polityczno-wychowawczej w 1 Dywizji, odłożono rozpatrzenie jego sprawy na kilka miesięcy.
     
     
           Ostatecznie w sierpniu 1944 roku komisja wojskowa, złożona z Edwarda Ochaba i Zygmunta Okręta, zaliczyła Sigalinowi staż partyjny z lat 1931–1938 i uznała go za godnego przyjęcia w szeregi Polskiej Partii Robotniczej.
     
     
          W końcu lipca 1944 roku Sigalin dotarł do Chełma jako członek grupy agitacyjnej. Wkrótce potem Zambrowski i Ochab skierowali go do sztabu Rokossowskiego, gdzie miał odgrywać rolę oficera łącznikowego, pomagać Sowietom w nawiązywaniu kontakty z ludnością zajmowanych terenów, prowadzić agitację i współorganizować aparat administracyjny.
     
     
           W dniu, w którym Armia Czerwona zdobyła Lublin, sowiecki dowódca polecił mu natychmiast wyruszyć do miasta, gdzie ponownie spotkał się z Ochabem i Zambrowskim, którzy prowadzili rekonesans.
     
     
           Jego żona - Anna Sigalin (w stopniu chorążego) otrzymała pracę w administracji resortu sprawiedliwości PKWN, a on sam dołączył do redakcji „Rzeczpospolitej”, której redaktorem naczelnym był Jerzy Borejsza.
     
     
         W sierpniu 1944 roku dołączył  do grupy ponad stu oficerów oficjalnie zatrudnionych w strukturach PKWN. Sigalin  stanął na czele utworzonego w ramach Resortu Gospodarki Narodowej i Finansów PKWN Działu Odbudowy, który miał zająć się planami odbudowy zniszczonej Warszawy.
     
     
          W celu zorientowania się w sytuacji w końcu września wyjechał z Lublina do Warszawy, na Pragę, gdzie mieścił się Zarząd Miejski ze Spychalskim jako prezydentem.
     
     
          W związku z zatrzymaniem sowieckiej ofensywy pod Warszawą prace nad odbudową miasta uległy zahamowaniu, a Dział Odbudowy zajął się organizacją wydziałów budownictwa w zajętych przez Sowietów polskich województwach.
     
     
          Na początku listopada 1944 roku z inicjatywy Sigalina doszło do pierwszego zebrania  Architektów Wyzwolonych Ziem Polskich, któremu przewodniczył Lech Niemojewski – znany profesor Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Przedstawił on sprawozdanie z okupacyjnych prac stołecznych architektów, a Sigalin – sekretarz zebrania – wygłosił referat programowy „Organizacja odbudowy Polski w zakresie architektury, urbanistyki i budownictwa”, w którym zaproponował powołanie samodzielnego, podległego wyłącznie PKWN Biura Odbudowy Stolicy.
     
     
          W rezultacie, 20 listopada 1944 roku Dział Odbudowy przekształcono w Biuro Planowania i Odbudowy podległe Prezydium PKWN. Szefem Biura został ekonomista i profesor Wydziału Architektury PW Michał Kaczorowski,  a  jego zastępcą – Józef Sigalin.
     
     
          W połowie listopada 1944 roku zastępca Spychalskiego Władysław Czerny przesłał do Lublina memorandum, w którym podkreślił, iż  „Warszawa musi być odbudowana w całości, z tym by stan zniszczenia został w pełni wykorzystany w kierunku ogólnego uzdrowienia organizmu miasta z jego przedwojennych niedostatków i schorzeń”.
     
     
           3 stycznia 1945 roku Krajowa Rada Narodowa podjęła uchwałę o odbudowie stolicy, a 14 stycznia Biuro Planowania i Odbudowy rozpoczęło oficjalne prace.
     
     
          Wreszcie 22 stycznia 1945 roku prezydent Spychalski utworzył Biuro Organizacji Odbudowy Warszawy, które zmieniwszy 14 lutego nazwę na Biuro Odbudowy Stolicy, stało się odpowiedzialne za całokształt prac nad odbudową stolicy.
     
     
         Kwestia samej odbudowy Warszawy to temat na osobny esej.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    A. Skalimowski – Towarzysz odbudowy
     
     
    W. Honkisz - W pierwszym szeregu. Forowanie, kształcenie i działanie korpusu oficerów politycznowychowawczych maj 1943 – maj 1945
     
     
    A. Krzak - Terrorystyczna i wywrotowa działalność organizacji komunistycznych w Polsce w latach 1921–1939
     
     
    R. Spałek - Działalność Wydziału Wojskowego KPP w Warszawie i dzielnicach podmiejskich (1927– 1938). Zarys problemu
     
     
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Czy właściciele mieszkań, za sprzedaż lub wynajem mieszkań, będą podlegać karze? Niedorzeczne, a jednak. Sejm i Senat przegłosowali ustawę o zmianie ustawy o charakterystyce energetycznej budynków oraz ustawy - Prawo Budowlane. Jak informuje portal Serwis21 - Zgodnie z zapisami ustawy (art.11 ust.1) jeżeli, obywatel będzie chciał wynajmować lub sprzedać mieszkanie w budynku wielorodzinnym, będzie musiał sporządzić dla tego lokalu świadectwo charakterystyki energetycznej – i samodzielnie pokryć jego koszty. Równocześnie art.11 ust.4 nie zezwala na odstąpienie przez najemcę lub nabywcę prawa otrzymania świadectwa charakterystyki energetycznej. Właściciele mieszkań, którzy zlekceważą obowiązek, narażają się na karę grzywny (nawet 5 tys. złotych). Ustawę zgodnie głosowali posłowie koalicji rządzącej i opozycji, no bo przecież jest zgodna z wymogami Unii Europejskiej. Jedynie Konfederacja była przeciwna ustawie.  Teraz trafi na biurko prezydenta, który może podpisać lub odmówić podpisu. O odmowę podpisu tej ustawy zwróciło się do prezydenta Andrzeja Dudy - Stowarzyszenie Interesu Społecznego WIECZYSTE. Jak stwierdza Stowarzyszenie wysokość opat za mieszkania jest w stosownej proporcji pochodną kosztów wspólnych budynku i kosztów indywidualnych centralnego ogrzewania. Tym samym świadectwo energetyczne mieszkania nie odzwierciedli faktycznego zużycia danego mieszkania, będzie tylko biurokratycznym dodatkowym wymogiem przy wynajmie lub sprzedaży mieszkania. Ma zatem wyłącznie na celu obarczanie właścicieli mieszkań nową opłatą (która nieuchronnie wzrośnie), za którą ostatecznie zapłacą najemcy mieszkań (a przecież czynsze są już wysokie) oraz nabywcy. zob. też https://serwis21.blogspot.com/2022/10/skandal-sejm-przegosowa-iz-za-brak.html  
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Józef Sigalin już w młodzieńczych latach  związał się z ruchem komunistycznym.
     
     
          Józef  Sigalin urodził 6 listopada grudnia 1909 roku w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, fabrykantów kefiru.
     
     
          Po ukończeniu szkoły podstawowej naukę kontynuował w Gimnazjum Męskim Michała Kreczmara. Tam też w 1927 roku wstąpił do Związku Młodzieży Komunistycznej (od 1930 roku Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej).
     
     
          W tym samym roku zdał maturę oraz podjął studia na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Po dwóch semestrach zrezygnował jednak ze studiów, angażując się w działalność w  Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej Życie (od 1932 roku Organizacji Młodzieży Socjalistycznej Życie), który był formalnie niezależny, ale w rzeczywistości pozostawał pod silnymi wpływami Komunistycznej Partii Polki.
     
     
            Sigalin został skierowany do „roboty” na Powiślu i Mokotowie. Jego praca partyjna  polegała na agitowaniu wśród studentów i przyciąganiu ich do ruchu.
     
     
          Równocześnie rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej, gdzie uzyskał w 1930 roku tzw. półdyplom.
     
     
          Tego samego roku otrzymał wiosną otrzymał rozkaz stawienia się w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie, gdzie ostatecznie związał się  z Komunistyczną Partią Polski. Wstępując w 1931 roku do partii, przyjął pseudonim „Józef Smolny”.
     
     
          Zadaniem członków komórek wojskowych KPPP było zbieranie danych na temat liczby żołnierzy, ich morale, gotowości bojowej danej jednostki, rodzaju i ilości posiadanego sprzętu. Informacje te trafiały najpierw do Wydziału Wojskowego KPP, a następnie do wywiadu sowieckiego. Tak więc Sigalin był współpracownikiem wywiadu sowieckiego.
     
     
          Po przejściu szkolenia w Zambrowie Sigalin został przydzielony do 31 pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie kontynuował swoją szpiegowską robotę,  awansując na członka Komitetu Garnizonowego KPP.
     
     
           W 1932 roku Sigalin ukończył szkolenie wojskowe w stopniu podporucznika rezerwy i po zwolnieniu z wojska nadal pracował w Wydziale Wojskowym PPR. Podlegała mu tak zwana Warszawa Podmiejska (Nowy Dwór, Jabłonna, Zegrze, Modlin), gdzie był obwodowcem. Musiał cieszyć się całkowitym zaufaniem kierownictwa partii, gdyż – wedle instrukcji – do „roboty wojskowej należy wyznaczać ludzi najbardziej pewnych i zaufanych, mających za sobą poważny stan pracy partyjnej. Przy czym należy zwracać uwagę, aby ludzie ci nie byli rozkonspirowani. K[omitety] D[zielnicowe] znać muszą bolączki żołnierzy, wysunąć formy walki żołnierskiej i znaleźć sposoby mobilizacji masy żołnierskiej do tej walki. Do koszar przenosić ogólnopolityczne akcje partyjne i walki robotnicze. Robota wojskowa postawiona być musi jako jedno z głównych zadań każdej komórki i każdego jej poszczególnego członka. […] Masówki i narady żołnierskie, kolportaż literatury i akcje techniczne pod koszarami powinny być formami codziennej pracy wśród żołnierzy”.
     
     
          Warszawa Podmiejska była bardzo ważnych odcinkiem „wojskówki” , gdyż jednostki WP znajdujące się na jej terenie „ostrzem swoim skierowane – jak zapisano w instrukcji KPP - przeciwko rewolucyjnej Warszawie. A więc z punktu widzenia zadania, jakie faszyzm nakreślił dla garnizonów Warszawy i W-wy Podmiejskiej, praca na tym terenie nabiera ogromnego znaczenia i będzie decydowała o naszym powodzeniu w narastających wypadkach rewolucyjnych”.
     
     
          KPP działało w wojsku głównie poprzez rozprowadzanie na terenie koszar ulotek i komunistycznych czasopism, jakich jak „Nowiny Żołnierskie”, „Na Przyzbie”, „Pogadanki Żołnierskie”, „Koszary”. W redakcji tego ostatniego Sigalin pracował do 1934 roku. W tym też roku po otrzymaniu informacji, że znalazł się pod obserwacją policji, zgodnie z zaleceniem partii,  czasowo  „zerwał robotę”.
     
     
          Pomiędzy rokiem 1931 a 1935 Sigalin poznał między innymi Stanisława Radkiewicza (po wojnie ministra bezpieczeństwa publicznego), Leszka Krzemienia (z czasem szefa Kancelarii Wojskowej prezydenta Bolesława Bieruta), Aleksandra Zawadzkiego (szefa Rady Państwa) oraz Jakuba Bermana. Trudno było po 1945 roku w Polsce Ludowej o bardziej wpływowych znajomych.
     
     
          Po ukończeniu podchorążówki wstąpił do Państwowej Szkoły Budownictwa, warszawskiego technikum budowlanego, które w 1935 roku uzyskując dyplom zawodowego budowniczego. Następnie podjął studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, których w związku z wybuchem wojny, nie ukończył.
     
     
          W trakcie studiów, w 1934 roku ożenił się z młodszą o trzy lata Anną (Hanną) Kornberg, która była siostrą jego towarzysza z „wojskówki” KPP, Adama Tafta.
     
     
           W 1938 roku  Komintern na polecenie Stalina rozwiązał KPP. Zgodnie z zaleceniami Moskwy członkowie partii mieli podejmować indywidualną działalność w związkach zawodowych i innych legalnych organizacjach społecznych. Sigalin z kilkoma prokomunistycznie nastawionym kolegami z Wydziału Architektury utworzył Klub Dyskusyjny Architektów przy Stronnictwie Demokratycznym. Zaczął także pisywać do pisma „Czarno na Białem”, w którym publikowali także m.in.:  Jerzy Borejsza, Władysław Broniewski, Stanisław Jerzy Lec, Leon Chwistek i Maria Dąbrowska.
     
     
          W drugiej połowie 1938 roku zetknął się z Wandą Wasilewską i Wiktorem Groszem, oraz zawarł bliską znajomość z architektem Marianem Spychalskim, od 1935 roku kierownikiem Wydziału Planu Ogólnego w Zarządzie Miejskim w Warszawie. Z inicjatywy Spychalskiego wziął udział w przejęciu władzy przez grupę prokomunistyczną w Oddziale Warszawskim Stowarzyszenia Architektów Rzeczpospolitej.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
     
    O ponowne uruchomienie i kontynuację programu pomocy dla hodowców trzody chlewnej tzw. Locha Plus, zaapelowali do premiera Mateusza Morawieckiego, przewodnicząca Związku Zawodowego Rolnictwa "Korona" - Alina Ojdana oraz Daniel Alain Korona - były prezes Elewarru. W piśmie skierowanym do premiera czytamy, że:

     

        Od początku 2021r. ubyło blisko 42 tysiące gospodarstw produkujących trzodę chlewną. W lipcu br. liczba zarejestrowanych stad trzody chlewnej wynosiła 61,5 tys. tj. o 4,7 tys. mniej polskich stad niż pod koniec marca i 10,7 tys. mniej niż w listopadzie ubr. Dla przypomnienia w 2015 roku było  244,8 tys, a to oznacza, że w ciągu 7 lat ubyło aż 75% zarejestrowanych stad trzody chlewnej. Tak drastyczny spadek liczby gospodarstw hodujących trzodę chlewną budzi wielki niepokój, wśród Izb Rolniczych, Związków Zawodowych, ale przede wszystkim samych hodowców.
     
        Równie dramatycznie przedstawia się sytuacja pogłowia. Na początku lipca br. wynosiło ono 9,72 mln sztuk, a dla porównania na początku roku było 10,14 mln sztuk. Do takiej sytuacji przyczyniły się m.in. wzrastające koszty produkcji (nawozy, pasze, energia) i choroba ASF.
     
        Należy zauważyć, że spadek liczby stad i pogłowia w II kwartale br przyhamował, w II kwartale wskaźnik spadku pogłowia wynosił 0,6% (61271 świń) wobec 3,5% w pierwszym kwartale. Nie bez znaczenia na ten stan rzeczy miał  program pomocy dla hodowców trzody chlewnej czyli tzw. Locha Plus. Polegała na przyznaniu pomocy 1000 zł do każdych urodzonych 10 prosiąt i była wypłacana wyłącznie do 5000 prosiąt (czyli dla 500 loch). Koszt programu szacowany był na 400 mln złotych. Program zakończył się w czerwcu br. i był bardzo dobrze oceniany jako program odbudowy pogłowia trzody chlewnej przez Izby Rolnicze, Związki Zawodowe, Organizacje Rolnicze i przez samych hodowców. Stąd też apel o kontynuację tego programu, celem powstrzymania upadku kolejnych gospodarstw rolnych, oraz wsparcia odbudowy pogłowia trzody chlewnej.
     
        W dramatycznej sytuacji znaleźli się hodowcy trzody chlewnej, utrzymujący trzodę chlewną w strefach z ograniczeniami w związku z ASF, którzy sprzedali trzodę chlewną w I kwartale 2022 roku. Według obietnic Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi Pana Henryka Kowalczyka, tak jak w 2021 roku, miał zostać uruchomiony program dotyczący wyrównania kwoty utraconego dochodu, ze sprzedaży świń za I kwartał 2022 roku
     
        Przypomnijmy, że rolnicy ze stref z ograniczeniami w związku z ASF w I kwartale 2022 roku, sprzedawali tuczniki poniżej kosztów produkcji w cenie 3,50 zł/kg żywca. Tym samym popadli w spiralę długów wobec firm paszowych i banków.
     
        Wobec powyższego apelujemy o uruchomienie programu dla rolników, którzy prowadzą hodowlę trzody chlewnej w strefach z ograniczeniami w związku z ASF (wyrównania kwoty utraconego dochodu za I kwartał 2022 roku), którzy z przyczyn od nich niezależnych nie sprzedali świń w IV kwartale 2021 roku. 
     
        Upadek hodowli trzody chlewnej będzie miał skutki także na inne branże, nie tylko mięsną ale także zbożową. W żywieniu świń stosuje się bowiem mieszanki paszowe, w którym głównym składnikiem jest zboże, ale wzbogaca się je śrutami poekstrakcyjnymi.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
     
    Podjęte pod koniec lat 30. plany budowy metra w Warszawie, zostały przerwane przez wybuch II wojny światowej.
     
     
          Pierwsza, zainicjowana w latach 1927–1930, poważna próba rozpoczęcia budowy metra w Warszawie została udaremniona przez światowy kryzys finansowy.
     
     
          Przedłużający się kryzys znacząco nadszarpnął popularność władz miejskich. Na początku 1934  na wniosek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które odrzuciło przedstawiony mu przez władze Warszawy budżet, rząd rozwiązał dotychczasową radę miejską. Jednocześnie - w uzgodnieniu z przedstawicielami rządu - dymisję ze stanowiska prezydenta miasta złożył Zygmunt Słomiński. Niejako w nagrodę został dyrektorem przedsiębiorstwa „Tramwaje i Autobusy m.st. Warszawy”.
     
     
         Zdekompletowanie Zarządu Miejskiego pozwoliło rządowi wprowadzić zarząd komisarycznego.  Na początku marca 1934 roku komisarycznym prezydentem Warszawy mianowano zaufanego człowieka obozu rządzącego – Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego, który po niespełna czterech miesiącach został szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.  Jego miejsce 30 lipca 1934 roku zajął Stefan Starzyński, ówczesny wiceprezes Banku Gospodarstwa Krajowego.
     
     
         Najważniejszym zadaniem Starzyńskiego było uzdrowienie finansów miasta. Ofiarą nowego prezydenta został m.in. Słomiński, który utracił swoją funkcję w Tramwajach i Autobusach Warszawy. Dymisji towarzyszyło przemówienie Starzyńskiego, w którym wspominał o niechlujstwie i szastaniu miejskimi pieniędzmi.
     
     
           Miasto borykało się z wieloma problemami, które administracja nowego prezydenta zaczęła stopniowo rozwiązywać, zyskując sobie rosnące uznanie warszawiaków.
     
     
         Jednak w obliczu znacznego spadku liczby pasażerów warszawskich tramwajów i związanego z tym zmniejszenia ich przepełnienia, budowa metra przestała być sprawą niecierpiącą zwłoki.
     
     
        Prace koncepcyjne związane z koleją podziemną kontynuowano na Politechnice Warszawskiej, gdzie wykonano około 200 projektów dotyczących wybranych zagadnień związanych z metrem. Na Wydziale Inżynierii Politechniki Warszawskiej istniał Gabinet Dróg żelaznych elektrycznych miejskich i zamiejskich, którego kierownikiem był inżynier Józef Lenartowicz, a starszym asystentem inżynier Jan Wacław Kubalski.
     
     
         Dopiero w 1938 roku  władze stolicy powróciły do koncepcji kolei podziemnej.  Zagadnienie nowych inwestycji, w tym budowy metra, stało ważnym punktem kampanii wyborczej prezydenta Starzyńskiego.
     
     
         Utworzono wtedy Biuro Studiów Kolei Podziemnej, na którego czele stanął ww. Jan Kubalski. „Prezydent Starzyński poinformował Radę Miejską o powołaniu przy dyrekcji Tramwajów i Autobusów Miejskich Biura Budowy Metro w stolicy. Na czele Biura stanął inż. doc. Kubalski, dotychczasowy naczelnik wydziału budowlanego dyrekcji tramwajów. Do zadań Biura należeć będą prace projektodawcze i próbne prace w terenie. Przewidziana jest budowa jednej na razie linii metro z Wierzbna na Żoliborz. Prace przygotowawcze Biura potrwają około półtora roku, po czym dopiero przystąpić będzie można do robót terenowych. Koszt budowy kolei podziemnej jest bardzo znaczny. 1 kilometr kosztować będzie około 8 mil. zł”.
     
     
          Nowe Biuro mogło rozpocząć pracę nad przygotowaniem budowy metra opierając się na przygotowanych przez Wydział Planowania Miasta planach szczegółowych dla 6500 ha,  czyli dla przeszło połowy powierzchni miasta. Sporządzane plany szczegółowe zawierały rezerwy terenów przeznaczonych pod tunele, stacje, a nawet zaplecze techniczne przyszłych linii kolei podziemnej.
     
     
          Równocześnie prezydent Starzyński poprosił Inspektorat Obrony Powietrznej Państwa o uwagi dotyczące obronności, które należałoby wziąć pod uwagę, przygotowując projekt kolei podziemnej. Zastrzegał jednocześnie, że dostosowanie go do wymogów obrony przeciwlotniczej czy do wykorzystania tuneli metra do przejazdu składów kolejowych oznaczałoby znaczny wzrost kosztów tej inwestycji. Stąd, jak stwierdzał Starzyński, w przypadku takich specjalnych wymagań pojawiłaby się potrzeba pokrycia tych dodatkowych kosztów.
     
     
         Zapewne pragnął w ten sposób uzyskać włączenie budowy warszawskiego metra do budżetu przeznaczonego na obronność kraju. Było to o tyle uzasadnione, że w obliczu pogorszenia sytuacji międzynarodowej kraju coraz więcej państwowych środków przeznaczano na obronność, co nie rokowało najlepiej dla tak kosztownej inwestycji, jaką była budowa metra.
     
     
         Równocześnie zmiany w stolicy sprawiły, iż uznano za konieczne zaktualizowanie przez Biuro Studiów Kolei Podziemnej przebiegu planowanych tras. W oparciu o prace Działu Regulacji przygotowano „ Plan sieci metra w opracowaniu” zaprezentowany na otwartej 13 października 1938 roku wystawie „Warszawa wczoraj, dziś, jutro”.
     
     
          Zorganizowana w nowo otwartym budynku Muzeum Narodowego wystawa ukazywała imponujący dorobek czteroletnich rządów prezydenta oraz plany na przyszłość, wśród których była budowa metra. Według zaprezentowanej wtedy koncepcji powstać miały trzy linie o łącznej długości 46 kilometrów:
     
    „A – łącząca Mokotów z Żoliborzem, biegnąca w Śródmieściu wzdłuż Marszałkowskiej i Nalewek – o długości 9 km;
    B – linia okólna, przebiegająca z Dworca Zachodniego przez Wolę, Śródmieście, most Kierbedzia i Pragę do Dworca Wschodniego i z powrotem do Dworca Zachodniego przez Saską Kępę, planowany most na Wiśle, dzielnicę Marszałka Piłsudskiego i Ochotę – o długości 21,5 km;
    C – z Bielan, wzdłuż planowanej ówcześnie trasy N-S, na Służewiec, gdzie powstawał nowy tor wyścigów konnych – linia o długości 15,8 km”.
     
          Koszt realizacji pierwszych linii miał wynieść 200 milionów złotych. Dla porównania koszt wszystkich inwestycji miejskich w latach 1934–38 wyniósł 118 milionów złotych.
     
     
          Pod koniec roku 1938 Biuro Studiów Kolei Podziemnej zatwierdziło przebiegi linii A i B, rezygnując  z przeprowadzenia linii A pod placami Napoleona, Piłsudskiego i Teatralnym, zamiast tego projektując jej przebieg pod Marszałkowską, Ogrodem Saskim i placem Bankowym. Potwierdzono również wydłużenie jej – zamiast zaczynać się na placu Unii Lubelskiej i kończyć na nieistniejącym dziś placu Muranowskim, miała docierać dalej, na Żoliborz i Mokotów.
     
     
          Linia B miała biec z Woli na Pragę pod Ogrodem Saskim i przekraczać Wisłę mostem. W związku z tym konieczne były dalsze badania gruntu, które uzupełnić miały poprzednie prace badawcze wykonane w latach 1927–1929.
     
     
         Wyniki badań ukazały, że warunki geologiczne Warszawy są trudniejsze, niż wcześniej oceniano. Podsumowując wyniki badań, Henryk Stamatello przestrzegał, że „bezkrytyczne traktowanie iłów poznańskich jako idealne podłoże budowlane może narazić na powstanie w czasie budowy niespodzianek o poważnych skutkach”.
     
     
          W czteroletnim planie inwestycyjnym miasta stołecznego Warszawy 1938/39 r. – 1941/42 r. zaplanowano na metro środki w wysokości 2,2 mln złotych tylko na prace przygotowawcze. „Jakkolwiek budowa metra – tłumaczono -  jest bardzo pożądana, nie przewiduje jej się w niniejszym planie. Z jednej bowiem strony prace przygotowawcze wymagają dłuższego czasu, z drugiej zaś wielki koszt tej inwestycji utrudnia jej realizację. W okresie czteroletnim zostanie zakończona pierwsza faza, mianowicie badania terenowe, opracowanie szczegółowych projektów i roboty wstępne”.
     
     
          W rzeczywistości w preliminarzy budżetowym na 1939 roku zapisano na potrzeby metra zaledwie 180 tyś złotych,
     
     
          Jeszcze latem 1939 roku rozpoczęto kolejną serię wierceń badawczych na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich.
     
     
          Wybuch II wojny światowej stanowił punkt zwrotny w historii Warszawy. Stefanowi Starzyńskiemu nie dane było zasłynąć jako twórcy warszawskiego metra.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    J. Jastrzębski – Sto lat warszawskiego metra. Od pomysłu do realizacji
    Warszawa II Rzeczypospolitej
    J. Kulski - Z minionych lat życia 1892–1945
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1918 roku powstał pierwszy projekt budowy metra w Warszawie.
     
     
        W latach 1917–1918 w Sekcji Regulacji Miasta powstał pierwszy miejski projekt warszawskiego metra, sporządzony przez architekta Tadeusza Tołwińskiego i inżyniera Bohdana Słubickiego. 
     
     
         Cała trasa miała mieć długość 6,1 kilometra i „zaczynać się na Mokotowie, na ulicy Puławskiej, między dzisiejszymi ulicami Narbutta i Madalińskiego. Dalej miała przebiegać do ronda Mokotowskiego (dzisiejszy plac Unii Lubelskiej), biec pod Marszałkowską prosto aż do ostrego skrętu w Sienną (obecnie ten odcinek to ulica Sienkiewicza), by przejść pod placem Wareckim (obecnie placem Powstańców Warszawy) i skręcić w Mazowiecką. Następnie linia prowadzić miała pod placem Saskim (obecnie plac Piłsudskiego) i dalej pod Wierzbową, Bielańską i Nalewkami (czyli dzisiejszą ulicą Bohaterów Getta) do nieistniejącego obecnie placu Muranowskiego (znajdował się mniej więcej u zbiegu dzisiejszych ulic Lewartowskiego i Stawki)”. Projekt przewidywał budowę dwanaście stacji.
     
     
          Tunel metra miał zaledwie 3,00 m wysokości i 3,10 m szerokości, co oznacza, że miałby być jednym z najmniejszych na świecie – jedynie  najstarsza linia w Budapeszcie ma tunel o wysokości 2,65 m.
     
     
          Równocześnie przewidywano budowę w następnej kolejności drugiej linii metra, która miała   zaczynać się na Mokotowie na wysokości dzisiejszej ulicy Racławickiej i biec wzdłuż dzisiejszej alei Niepodległości przez Pole Mokotowskie aż do ul. Błońskiej.  Trasa ta licząca około 3,3 km nie miała przecinać się z pierwszą linią metra.
     
     
         Projektowana pierwsza linia  łączyła główny dworzec kolejowy z placem Wareckim, przy którym znajdowała się poczta główna, placem Teatralnym będącym siedzibą władz miejskich, placem Saskim, przy którym znajdowały się instytucje wojskowe.
     
     
         Po odzyskaniu niepodległości nowe polskie władze podjęły decyzję o przebudowie warszawskiego węzła kolejowego i budowie linii średnicowej, co zdezaktualizowało ww. plany przebiegu pierwszej linii metra.
     
     
         Miejskie władze postulowały wybudowanie fragmentu tunelu metra jednocześnie z budową linii średnicowej, jednak ta propozycja została w 1923 roku ostatecznie odrzucona. Ten spór świadczy o tym, jak poważnie władze Warszawy traktowały budowę metra i jak dużą wagę przykładano do przebiegu jego trasy pod ulicą Marszałkowską,  ustalonego w projekcie Tadeusza Tołwińskiego.
     
     
         W 1926 roku sprawę budowy metra przejęła Dyrekcja Tramwajów Miejskich, która zdawała sobie sprawę, iż szybki wzrost liczby mieszkańców stolicy (w 1925 roku przekroczył 1 milion) spowodował, iż  komunikacja miejska, szczególnie w Śródmieściu, sięgnęła niemal kresu swych możliwości.  
     
     
         W najbardziej ruchliwych punktach stolicy – jak skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi czy Krakowskie Przedmieście w pobliżu pomnika Mickiewicza – natężenie ruchu tramwajowego było tak duże, że dalsze zwiększenie jego częstotliwości mogłoby zacząć zagrażać bezpieczeństwu.
     
     
          Planowane wprowadzenie komunikacji autobusowej z braku odpowiednich arterii ulicznych nie mogła zaradzić istniejącym problemom. Uznano więc za konieczne „przeniesienie komunikacji publicznej pod ziemię”.
     
     
          Przedstawiony w 1927 roku projekt  przewidywał docelowo wybudowanie siedmiu linii metra o łącznej długości 46 km, przy czym 26 km w tunelu, a 20 km na powierzchni.
     
     
        Opracowana w roku 1927 sieć metra miała składać się z następujących linii:
    A – od pl. Unii Lubelskiej, Marszałkowską, przez pl. Napoleona (obecnie pl. Powstańców Warszawy), pl. Saski (obecnie pl. Piłsudskiego), pl. Teatralny, Bielańską i Nalewkami do pl. Muranowskiego (nieistniejący obecnie plac, w którego miejscu znajduje się zbieg ulic Stawki i Lewartowskiego) – długości 5 km;
    B – od Dworca Wschodniego przez projektowany most na Wiśle na osi ulicy Karowej, pl. Saski, pl. Żelaznej Bramy, Hale Mirowskie, Chłodną, Wolską do rogu Płockiej – długości 6,3 km;
    C – ul. Chmielną, Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem do zbiegu z ul. Karową – długości 3,25 km;
    D – od pl. Unii Lubelskiej, al. Szucha, Al. Ujazdowska, Nowy Świat do rogu ul. Chmielnej – długości 2,25 km;
    E – zachodnia linia okólna – z pl. Unii Lubelskiej, Batorego, przez tereny Pola Mokotowskiego, Pasteura, Grójecką, Towarową, Okopową, do pl. Muranowskiego – długości 9,5 km;
    F – wschodnia linia okólna – z pl. Na Rozdrożu przez projektowany most na Wiśle, tereny wystawowe na Saskiej Kępie, Pragę i powrót na lewy brzeg Wisły mostem kolejowym pod Cytadelą do pl. Muranowskiego – długości 11,5 km;
    G – z pl. Na Rozdrożu, Nowowiejską przez plac Zbawiciela i Polną, a następnie wzdłuż dopiero projektowanej ówcześnie arterii północ-południe na Żoliborz – długości 8,2 km.”
     
     
         Uznana za priorytetową linia A miała przebieg powtarzający niemal dokładnie projekt z 1918 roku.
     
     
           Realizację całości przewidziano na 35 lat, w ciągu 10–12 lat zakładano zaś realizację linii A i B.  Stacje końcowe linii A i B miały być tak zaprojektowane, by umożliwić w przyszłości ich ewentualne wydłużenie. Planowano, że linie obsługiwać będą czterowagonowe pociągi, kursujące w trzyminutowych odstępach.
     
     
         Po zatwierdzeniu przez miasto planów sieci metra niezwłocznie przystąpiono do prac przygotowawczych. Rozpoczęto wiercenia badawcze mające na celu określenie warunków geologicznych.
     
     
          W latach 1928–29 wykonano 99 próbnych wierceń wzdłuż planowanego przebiegu linii A i B, które wykonała  firma Inżynierowie Rychłowski, Wehr i S-ka. Na ich podstawie uznano, iż  warunki geologiczne umożliwiają budowę metra.
     

        Przy Biurze Budowy Dyrekcji Tramwajów powołano Referat Kolei Podziemnej, na którego czele stanął Józef Lenartowicz.
     
     
          Inwestycji sprzyjała również zmiana na stanowisku prezydenta Warszawy. W lipcu 1927 roku został  nim Zygmunt Słomiński, który wcześniej przez kilka lat pełnił funkcję naczelnika Wydziału Technicznego Magistratu m.st. Warszawy.
     
     
         Na początku roku 1929 przystąpiono do pertraktacji z konsorcjami zagranicznymi, które miałyby sfinansować budowę warszawskiego metra. Władze miejskie chciały udzielić koncesji na budowę i eksploatację kolei podziemnej bez jakiegokolwiek udziału miasta w finansowaniu tej inwestycji i bez jakiejkolwiek gwarancji zysków dla potencjalnego koncesjonariusza.
     

         Wobec braku zainteresowania takim ryzykownym finansowo rozwiązaniem rozpatrywano również możliwość wybudowanie tunelu przez miasto, natomiast koncesjonariusz dostarczyłby wszystkie urządzenia potrzebne do funkcjonowania metra. Następnie zajmowałby się jego eksploatacją przez okres 35 lat.
     
     
         Wybuch wielkiego kryzysu zniweczył ten plany. Od pierwszej połowy 1930 roku magistrat został zmuszony do znacznego ograniczenia wydatków inwestycyjnych.
     
     
         Permanentny deficyt w miejskiej kasie i brak perspektyw współpracy z dysponującym niezbędnymi funduszami inwestorem, sprawiły że realizacja zakrojonych na szeroką skalę planów musiała zostać odłożona w czasie.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by alchymista  |  0

    Podobno pamiętniki można pisać nie wcześniej, niż po 40 roku życia. A kiedy można pisać o kobietach?

    No cóż, zapewne wtedy, gdy trafi się już na wybrankę i towarzyszkę życia, i można spokojnie rozważyć wszystkie te, które się w swoim życiu minęło, codziennie mija i będzie mijać. I tak z grubsza rzecz biorąc są trzy typy: kobiety sterylne, kobiety tandetne i kobiety zmysłowe.

    Kobiety sterylne przypominają stewardessy lub modelki z wybiegów mody. Są tak idealne, że chętnie oglądamy je na obrazach dawnych mistrzów w muzeum lub jako wykute w marmurze boginie. Zwykle są trochę oziębłe, oczekują „poważnego związku”, zobowiązań, małżeńskiej rutyny, traktują mężczyzn jako swoich podwładnych (i nazywają to „miłością”), mają zupełnie jasne plany życiowe i najczęściej prezentowane są jako typowe „kobiety sukcesu”. Ponieważ miewają trudności ze znalezieniem stałego partnera, więc – jak podejrzewam – skłaniają się ku lesbijstwu. W tej grupie znajdują się też kobiety inteligentne, wykształcone, oczytane, nierzadko związane ze światkiem akademickim. Te, co prawda, nie zawsze są idealne pod względem urody, ale zaliczam je do tej grupy awansem z uwagi na cechy umysłu.

    Kobiety tandetne prezentują się tandetnie lub lubią się otaczać tandetnymi przedmiotami. Są często z natury ładne, ale nieatrakcyjne, ponieważ nie mają gustu. Ubierają się zawsze modnie, co oznacza, że gdy modne są spodnie zwężające biodra, tłuszczyk wychodzi im górą i myślą, że są za grube. Albo kaleczą sobie ciało tatuażami, gdyż uważają, że jakoś muszą je ukarać za niedoskonałość. Albo noszą grube brwi a la Breżniew, bo taka jest moda. Ich realna atrakcyjność polega więc na entuzjaźmie. Są ciepłe, entuzjastyczne, prawdziwe przyjaciółki i kumpelki, chętnie słuchają tego, co inni mają do powiedzenia, co pozwala przymykać oczy na ich ewidentne wady. Prawdopodobnie stanowią większość kobiet w ogóle, tę ludową większość, która ma niesamowite kompleksy na punkcie swojego pochodzenia, rodziny, wyglądu, wykształcenia i w ogóle wszystkiego. Te kobiety to tzw. „poręczny standard”, dlatego najczęściej tworzą związki. Nie zawsze są to związki udane lub szczęśliwe, ale w ogóle są.

    Kobiety zmysłowe to kobiety, które są obiektem westchnień mężczyzn, którzy jednak są na ogół zbyt nieśmiali, by je podrywać lub obawiają się, co powiedzą inni koledzy, gdy trzeba im będzie taką wybrankę przedstawić. Te dziewczyny po prostu lubią seks w najszerszym tego słowa rozumieniu, co jednak nie oznacza, że są nimfomankami albo prostytutkami.

    Podzieliłbym je na dwa podtypy: te, które lubią tworzyć wokół siebie zmysłową atmosferę i te, które szukają po prostu ukochanego pieszczocha na całe życie.

    Ten pierwszy podtyp lubi mężczyzn uwodzić i roztaczać swoją nadkobiecość dokoła w taki sposób, który budzi piekielną zazdrość u koleżanek, przeto w przeciwieństwie do kobiet sterylnych i kobiet tandetnych mają niewiele przyjaciółek i najczęściej są poddawane procedurze „shadow ban”, zwanej dawniej cichym, towarzyskim ostracyzmem. Bo kobiety najbardziej ze wszystkiego nie cierpią oryginalności u innych kobiet (co innego u mężczyzn).

    Drugi podtyp podobnie spotyka się z towarzyskim ostracyzmem, ale z innego powodu. Mogą to być kobiety pryszczate, nieforemne, nieproporcjonalne w budowie ciała, z nadwagą, z biustem zbyt dużym w oczach ich zazdrosnych koleżanek, nie potrafiące się ani dobrze ubrać, ani umalować, bezpretensjonalne, tolerancyjne, niemal bezgranicznie wyrozumiałe, namiętne, głęboko przeżywające miłość fizyczną.

    Mój jedynie słuszny pogląd w tej sprawie jest taki, że kobieta zmysłowa, w obu swych wariantach (często przemieszanych), była dominującym rodzajem kobiety w czasach przedpotopowych, gdy dobór naturalny praktycznie wycinał kobiety sterylne i kobiety tandetne z populacji, a pozostawiał przy życiu tylko te najlepiej przystosowane do życia. Czasy się jednak zmieniły. Postęp medycyny, przeżywalność noworodków – wszystko to sprawiło, że miejsce dla kobiet zmysłowych zaczęło się drastycznie kurczyć i zaczęły one być spychane w ogóle na margines życia społecznego. Jeśli ktoś myśli, że znalazły one swoje powołanie w przemyśle pornograficznym, to jest w błędzie. Statystyka jest nieubłagana i kobiety zmysłowe stały się po prostu bezwględną rzadkością. Możliwe, że jakiś 1% aktorek czy nagich modelek to kobiety zmysłowe, ale to naprawdę białe kruki. Czasami widujemy je na ulicy, w pracy, w kościele – zwracają one uwagę wszystkich mężczyzn i nienawistne spojrzenia wszystkich kobiet. Coraz częściej są też samotne. Spróbujmy je przytulić i docenić!

     

    Jakub Brodacki

    5
    5 (3)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    U Hiobowskich wybuchła dyskusja na temat homoseksualizmu wśród zwierząt. Według dziadka Łukaszka zjawisko to nie istniało w przyrodzie poza człowiekiem.
    - Ależ to oczywista bzdura - uniosła się mama Łukaszka i sięgnęła po "Wiodący Tytuł Prasowy", który w lokalnym dodatku informował o powstaniu w ich mieście pierwszego w kraju zoo LGBT.
    - Wreszcie zamknęli gejów w klatkach - rzekł z zadowoleniem dziadek.
    - A wcale, że nie! - zaperzyła się mama Łukaszka. - To jest zoo, które pokazuje, że są wolne zwierzęta!
    - Bez klatek? - zainteresowała się siostra Łukaszka.
    - No, aż tak to nie. ale mogą sobie wybrać płeć, zaimki, a nawet z kim współżyją!
    - Bzdura - orzekli Hiobowscy.
    - No to chodźmy do tego zoo, sami zobaczycie - rzuciła mama Łukaszka.
    I poszli. Wybrali się też z nimi sąsiedzi: Wiktymiusz ze swoją mamą.
    Na drugi dzień wybrali się do zoo. Mieściło się na drugim końcu miasta. Było dosyć małe.
    - Zwiedzanie jest z osobą przewodzącą - poinformowała pani z recepcji.
    Na szczęście nie czekali długo. Już po paru minutach podeszła do nich osoba płci nieokreślonej, o niepokojąco wysokim BMI, ubrana w obszerny strój i mająca turkusową grzywkę.
    - Witam. Jestem osobą przewodzącą - oznajmiła turkusowa grzywka. - Proszę za mną a wszystko państwu pokażę.
    - Wystarczą zwierzęta - odparła z godnością babcia i ruszyli. Trasa był krótka. Kulminacyjnym punktem była wizyta u rysia.
    - Niech mnie osoba przewodząca daruje - nie wytrzymała mama Łukaszka. - Ale to miało być zoo LGBT.
    - No i?
    - No i nie jest.
    - Dopiero zaczynamy - sumitowała się osoba przewodząca. - Ale tu już mamy zaczątek prawdziwego zoo LGBT. Ale już tyle czasu zwiedzamy a państwo nie zapytali mnie o zaimki.
    - A są tu gdzieś? - siostra Łukaszka rozejrzała się po klatkach.
    - Są właśnie tu - osoba przewodząca pokazał rysia. - Otóż jak państwo wiecie płeć jest zależna od wielu rzeczy. Kontekstu, pogody, nastroju. Niestety, język polski w prawie każdym słowie musi tą płeć określić. Powiedziałam, powiedziałem. A co z innymi? Na szczęście jest literka x którą wstawiamy w odpowiednie miejsce i tak oto mamy "powiedziałxm", słowo, które jest akceptowalne dla wszystkich.
    - A jaki to ma związek z rysiem? - spytał zmęczonym głosem tata Łukaszka.
    - Na tabliczce jest imię, zobaczcie sami.
    Na tabliczce był napis LYNX.
    - Widzicie? - triumfowała osoba przewodząca. - Rano może być to Lyna, w południe Lyni, a wieczorem Luno. I wszystko pasuje.
    Hiobowscy wraz z mamą Wiktymiusza żywo dyskutując szli w stronę wyjścia gdy zauważyli, że nie ma wśród nich Wiktymiusza. Cofnęli się. Stał przy niewielkim wybiegu i wołał, że chce pogłaskać kangurka.
    - Nic nie widać zza tych drzew - stwierdził dziadek Łukaszka. - Co tam jest?
    - Kangurek - upierał się Wiktymiusz.
    Zza drzew wyszła kura.
    Gruchnął śmiech. Śmiano się minutę, albo dwie i śmiech ucichł gdy zza kolejnego drzewa wyskoczył kangurek.
    - Jak to tak, trzymacie dwa gatunki razem? - zdziwił się Łukaszek.
    - A co w tym złego? - zaperzyła się osoba przewodząca. - To raczej fakt, że gatunki trzeba od siebie separować powinien napawać nas zdumieniem. Tutaj, w naszym zoo, wszystkie gatunki są wolne. Żyją jak chcą, z kim chcą i uważają się za kogo chcą. Po prostu to jest zagroda z kangurami.
    - A kura? - spytała zdumiona mama Wiktymiusza.
    - Kura po prostu identyfikuje się jako kangur - wyjaśniła osoba przewodząca.
    - Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? Mogę pogłaskać kangurka? - pytał w kółko Wiktymiusz.
    Osoba przewodząca w końcu się zgięła i zgodziła. Podeszła z boku, otworzyła jakieś małe drzwiczki i weszła na teren zagrody. Po czym schyliła się i podstawiła Wiktymiuszowi do pogłaskania kurę.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Agresja sowiecka na Polskę w 1939 roku w sposób znaczący wpłynęła na morale dużej liczby polskich żołnierzy.
     

         W momencie agresji sowieckiej na Polskę, armia polska nie została jeszcze pobita i w dalszym ciągu walczyła z Niemcami.
     

         Wiele jednostek, które mocno ucierpiały w trakcie walk z Niemcami było w trakcie reorganizacji. 
     
     
           Wszystkie polskie pułki piechoty wykształciły w okresie pokoju środowiska pułkowe, skupiające nie tylko oficerów zawodowych, ale także oficerów i podoficerów rezerwy. Tak więc dopóki pułk istniał – dopóki istniało środowisko pułku, zawsze można było go odbudować, wystawiając taką liczbę batalionów, na ile wystarczało oficerów rezerwy i  pułkowego esprit de corps. I tak czyniono we wrześniu 1939 roku.
     
     
          Spośród 90 pułków piechoty czasu pokoju przed 17 września całkowicie rozbitych było jedynie 13 pułków, a także 13  innych było pułkami jedynie z nazwy. Reszta jednak funkcjonowała w lepszej czy gorszej kondycji.
     
     
         Plan mobilizacyjny zakładał, że bataliony marszowe miały być wysyłane dopiero po 15. dniu mobilizacji powszechnej. Tymczasem bataliony marszowe (kompanie marszowe) uzupełniały pułki już od pierwszych dni walk. Tak były uzupełniane zarówno pułki pomorskie i wielkopolskie, jak i małopolskie.  Świadczy to dobrze o efektywności administracji wojskowej.
     
     
          Tak więc sytuacja była dynamiczna – polskie pułki piechoty były we wrześniu 1939 roku rozbijane, odbudowywane, a niektóre ponownie rozbijane.
     
     
          Bardzo ważną rolę w  reorganizowaniu Wojska Polskiego miała Warszawa. Zasoby stolicy pozwoliły na wystawienie kilku improwizowanych pułków rezerwowych i na odtworzenie gotowości bojowej wielu pobitych pułków, a nawet dywizji.
     
     
         Podobnie ważną rolę odgrywał Modlin oraz  ośrodki miejskie na Lubelszczyźnie.
     
     
          Co istotne – odtworzenie gotowości bojowej pułku trwało dość krótko,  nie przekraczało tygodnia, czasem trwało kilka dni.
     
     
         Charakterystyczne jest to, że niemal wszystkie pułki, które można uznać za pełnowartościowe 17 września, były pułkami stacjonującymi przez kilka dni w jednym miejscu. Potwierdza to, że w czasie wojny 1939 roku bardzo poważnym problemem były straty marszowe.
     

          W wojskowych magazynach i składach znajdowała wiele uzbrojenia. W większości zostało ono ewakuowane do wschodniej Polski i mogło zostać wykorzystane przez jednostki, którym udało się wycofać. Istniały również środki transportu, którymi można było przewieźć uzbrojenie pozostawione w składach w środkowej Polsce. Ze Stawów pod Dęblinem samochodami i autobusami przewożono uzbrojenie na Polesie (m.in. dla późniejszej 60. DP), a transportem kolejowym – na przedmoście rumuńskie.
     
     
          W dniu 17 września duch bojowy szeregowych żołnierzy Wojska Polskiego nie był jeszcze  zły. Nie doszło do „rozpełznięcia” się formacji bojowych w stylu tak fatalnym, jak miało to miejsce w Norwegii, Holandii czy Francji
     
     
          Nie było fali dezercji  ani w Małopolsce, ani w Wielkopolsce. Armia „Pomorze” – przechodząca obok swych garnizonów i domów rodzinnych – wręcz odbudowała swoją zdolność bojową. Pewne problemy nastąpiły na Lubelszczyźnie, jednak i tam generał Bortnowski zdołał zreorganizować rozproszone formacje. Także zgrupowanie generała Sosnkowskiego – przechodzące przez Małopolskę Wschodnią – zwiększało swoją spoistość, a Rusini z tych jednostek nie wykorzystywali okazji do ukrycia się wśród życzliwej im ludności.
     
     
          Po agresji sowieckiej sytuacji uległa zasadniczej zmianie. I tak np. liczba żołnierzy dywizji Armii „Karpaty”, którzy przeszli w odwrocie dziesiątki kilometrów i 16 września zwyciężyli w Lasach Janowskich, po otrzymaniu informacji o sowieckiej agresji błyskawicznie stopniała.
     
     
    Generałowi Sosnkowskiemu nie udało się przebić do Lwowa nie dlatego, że nie miał na to szans – jeszcze rankiem 17 września miał nad Niemcami olbrzymią, kilkukrotną przewagę. Następnego dnia był jednak od nich kilkukrotnie słabszy. Tego dnia  „wiadomości o przekroczeniu granicy polskiej przez armie sowieckie  - jak wspominał gen. Sosnkowski - [...] dotarły jakimś sposobem do wojska i rozeszły się lotem błyskawicy, wywołując zrozumiałe przygnębienie”.
     
     
          Załamali się nie tylko szeregowi żołnierze, lecz także oficerowie – „major S. [...] wypowiedział jawnie posłuszeństwo dowódcy dywizji i odmaszerował samowolnie ze swym batalionem, oświadczając, że idzie poddać się Niemcom”.
     
     
          19 września generał Sosnkowski podjął mimo wszystko próbę przebicia się do Lwowa. Gdy to się nie udało postanowił maszerować dalej na wschód. 20 września spośród kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, którymi dysponował jeszcze 17 września, zostało przy nim „tysiąc, mniej więcej, bagnetów”. Po nocnym marszu jego kolumna liczyła już tylko 500 ludzi. Wreszcie, gdy przyszło ruszyć w ostatni etap drogi, „w miejscu, gdzie [...] zostawiliśmy kolumnę, nikogo już nie było”. Ugrupowanie  generała Sosnkowskiego nie zostało ani rozbite w boju, ani otoczone i zmuszone do poddania się, tylko rozeszło się do domów.
     
     
          Podobnie było także na innych odcinkach frontu.  Jeszcze 17 września 10 000 polskich żołnierzy twardo broniło swoich pozycji na Kępie Oksywskiej. Następnego dnia większość z nich po prostu rozeszła się  do swoich pobliskich domów. Ich dowódca – pułkownik Stanisław Dąbek – nie mając kim dowodzić, popełnił samobójstwo.
     
     
          W tym czasie zadaniem Frontu Środkowego, liczącego,  nie uwzględniając kawalerii oraz drobnych pododdziałów marszowych, 50 batalionów piechoty, wspieranych przez ponad setką czołgów oraz ponad 200 dział,  było jak najszybsze przedostanie się na przedmoście rumuńskie.
     
     
          Rankiem 17 września generał Szylling zaproponował marsz przez pola leżące na południe od Tomaszowa Lubelskiego. Drogę zagradzał jedynie stojący w Narolu kombinowany pułk pościgowy z niemieckiej 28. Dywizji Piechoty. Uderzenie na Tomaszów Lubelski pozwalało na wykorzystanie całości sił Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej.
     

         Bitwa rozpoczęła się rankiem 18 września. Jak wspominał dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej: „natarcie rozwinęło się szybko i łatwo”. Wojska podchodzące pod Tomaszów zostały powitane przez Niemców wiadomościami o najeździe sowieckim nadawanym przez gigantofony kompanii propagandowej.
     
     
          Informacje o sowieckiej odebrały wolę walki zarówno szeregowym żołnierzom, jak i dowódcom. Ponawiane przez trzy dni polskie próby wyjścia z zaciskającego się okrążenia nie przynosiły rezultatów, w dodatku ze wschodu zaczęły napływać wysunięte formacje Armii Czerwonej.
     
     
          W tej sytuacji 20 września zgrupowanie generała Tadeusza Piskora kapitulowało wobec Niemców. W sumie do niemieckiej niewoli trafiło 80 000 polskich żołnierzy, z tego ponad 50 000 poddało się – z powodu załamania się morale - jeszcze przed formalną kapitulacją.
     
     
           Taki był przerażający skutek wieści o sowieckiej zdradzie, oznaczającej przekreślenie jakichkolwiek szans na obronę ojczyzny.
     
     
          Oczywiście nadal bronili się żołnierze w Warszawie, Modlinie, spoistość zachowała Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”, ale agresja sowiecka w sposób zdecydowany wpłynęła na załamanie się morale polskich żołnierzy.


    Wybrana literatura:
     
    T. Pawłowski – Sowieci nie wchodzą. Polacy mogli wygrać w 1939 roku
    M. Porwit - Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 r., t. 1–3
    L. Moczulski - Wojna polska. Rozgrywka dyplomatyczna w przededniu wojny i działania
    obronne we wrześniu i październiku 1939 roku
    R. Szawłowski  - Wojna polsko-sowiecka 1939
    K. Sosnkowski - Cieniom Września
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Agresja sowiecka na Polskę ujawniła zły stan Armii Czerwonej.
     

         W trakcie mobilizacji ujawnił się duży chaos organizacyjny, który sprawił, iż do 11 września, a więc do dnia, w którym pierwotnie miano zakończyć ześrodkowanie wojsk do uderzenia na Polskę, do jednostek stawiło się jedynie 80% rezerwistów. Znacznie gorzej przedstawiał się mobilizacyjny pobór koni oraz środków transportu mechanicznego. Liczba pozyskanych z gospodarki narodowej pojazdów mechanicznych objęła jedynie 40%  pierwotnych planów.
     

        To wszystko sprawiło, iż do dnia agresji na Polskę jednostki sowieckie nie osiągnęły pełnej gotowości bojowej. Nie dziwiły więc meldunki, zgodnie z którymi „jednostki 121 DS. po postoju w granicach Mińska ruszyły do granicy, posiadając w swych szeregach 400 osób częściowo umundurowanych, z których wielu było w kapciach, boso, w cywilnych spodniach i cyklistówkach; „286 samodzielny batalion saperów 36 KS przybył bez parku pontonowego i kompanii technicznej (…) na skutek złej jakości traktorów otrzymanych z gospodarki narodowej. (….) Transport samochody, przybyły z gospodarki narodowej, posiada słabe ogumienie i faktycznie prawie połowa jest już zepsuta, brakuje opon, dętek, części zapasowych”.
     

         Razem w agresji na Polskę miało wziąć udział 466 516 sowieckich żołnierzy, wyposażonych w 5500 wozów bojowych, w tym 4850 czołgów.
     
     
          Po stronie polskiej na wschodzie, znajdowały się nieliczne oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza, Brygady Rezerwowej Kawalerii Wołkowysk i Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” oraz rozbite oddziały wojska polskiego, wycofujące się po walkach z Niemcami.
     
     
         Mimo przewagi wroga i zaskoczenia żołnierze polscy oraz mieszkańcy stawiali dzielny opór. W wielu miejscowościach doszło do potyczek z sowietami, m.in. pod Kowlem, Sarnami, Baranowiczami, Tarnopolem. Do rangi symbolu przeszła obrona Wilna (18–19 września), Grodna (20–21 września), a także bitwa pod Kodziowcami (w nocy z 21 na 22 września) stoczona pomiędzy pułkiem ułanów z sowieckim oddziałem pancernym, czy dwudniowa bitwa pod Szackiem (28–29 września) stoczona przez oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza pod dowództwem gen. Wilhelma Orlik-Rückemanna.
     
     
         Polskie straty w trakcie walk z Sowietami sięgnęły 6 do 7 tysięcy zabitych i 10 tysięcy rannych, podczas gdy Armia Czerwona według ówczesnych oficjalnych danych straciła 737 żołnierzy, ranne zostały 1862 osoby.
     
     
        Łatwe zwycięstwo nad Polską wprawiło sowieckie polityczne i wojskowe kierownictwo w euforię. 13 listopada 1939 roku dowódca 4. Armii, Wasilij Czujkow w wygłoszonym w Mińsku przemówieniu, transmitowanym również przez radio, buńczucznie stwierdził:  „Jeśli partia nakaże, uczynimy jak w pieśni: Na Warszawę, na Berlin”.  Na telegramie z tą informacją, Stalin zanotował:  „Do towarzysza Woroszyłowa. Czujkow jest najwyraźniej durniem, o ile nie wrogim elementem” .
     
     
         Stalin nie chciał zawczasu niepokoić niemieckich sojuszników. Mieli oni wszak prowadzić wojnę przeciwko zachodnim mocarstwom „kapitalistycznym”.
     
     
        Analiza przebiegu agresji sowieckiej na Polskę nie dawała przesłanek do zwycięskiej euforii, w jaką wpadli Czujkow i inni generałowie Stalina.
     
     
        I tak na przykład bardzo źle przebiegała mobilizacja oddziałów artyleryjskich. Także samo użycie wojsk nie obyło się bez wielu błędów, organizacyjnego chaosu, licznych awarii traktorów. W trakcie przemarszów oddziały sowieckie porzuciły olbrzymie ilości amunicji artyleryjskiej.
     
     
        Wprost katastrofalnie wyglądała sytuacja jednostek kolejowych, które nie były przygotowane do walki i zawiodły, jak przyznano w późniejszym raporcie.
     
     
       Bardzo źle funkcjonowała współpraca między poszczególnymi częściami jednostek. W czasie ataku ogniowego przedzierające się naprzód oddziały szybko wpadały w panikę.
     
     
        Gdy dochodziło do starć z polskimi obrońcami, oddziały sowieckie ponosiły spore straty osobowe i sprzętowe.
     
     
       Wiele strat Armia Czerwona poniosła nie tyle ze strony polskich obrońców, co niekompetencji własnych dowódców, którzy nie potrafili nawet czytać map i błądzili ze swymi żołnierzami. Dochodziło niejednokrotnie do bratobójczej wymiany ognia. Także zaopatrzenie oddziałów było fatalne, stąd w wielu wspomnieniach mieszkańców polskich Kresów przewijały się obrazy obdartych i brudnych czerwonoarmistów, którzy zardzewiałe karabiny mieli przewieszone przez plecy na sznurkach. Wyszło wtedy na jaw, iż pomimo olbrzymich ilości sprzętu Armia Czerwona była kolosem na glinianych nogach.
     
     
        Wojskowe i polityczne kierownictwo sowieckiego państwa nie zwracało uwagi na te niedoskonałości i wpadło w euforię zwycięstwa, zamiast wyciągnąć wnioski z doświadczeń kampanii. Dopiero przebieg wojny z Finlandią przyniósł pewne otrzeźwienie i skłonił Stalina do pewnych zmian w wojsku.
     
     
        W kwietniu 1940 roku Stalin z perspektywy czasu wypowiadał się na ten temat niezwykle krytycznie: „Strasznie zaszkodziła nam polska kampania, ona nas zepsuła. Pisano artykuły, wygłaszano przemówienia, że nasza Armia Czerwona jest niezwyciężona, nikt jej nie dorówna, że wszystko ma, jest bez skazy, nigdy nie miała i nie ma braków. […] Nasza armia nie pojęła, […] że wojna w Polsce była wojskowym spacerkiem, a nie wojną”.
     
     
        Jesienią 1939 roku jednak na Kremlu panowała atmosfera przełomu: dziewiętnaście lat po nieudanej próbie przedarcia się do Europy, po klęsce pod Warszawą, obrano wreszcie drogę „polityki ofensywnej”, zaczęto realizować naczelne hasło Lenina o szerzeniu rewolucji z bronią w ręku. Polska przeszkoda została zniszczona, a Związek Sowiecki przeszedł od
    rewolucyjnej defensywy do ataku.
     
     
        Decydujące znaczenie miał fakt, że dzięki sojuszowi z Niemcami Związek Sowiecki zdobył wschodnie obszary Polski, a kolejne zdobycze terytorialne (kraje bałtyckie, Besarabia i Finlandia) zdawały się niemal pewne. Do tego w Europie toczyła się wymarzona przez bolszewików imperialistyczna wojna, w której nie uczestniczyły oddziały sowieckie.
     
     
        Równocześnie ZSRS zapewnił sobie dzięki umowie gospodarczej z Niemcami dostawy nowoczesnych instalacji i maszyn, mających służyć dalszej budowie i rozbudowie przemysłu zbrojeniowego.
     
     
        Udało się wreszcie stworzyć bezpośrednią granicę niemiecko-sowiecką, o czym marzyli już Lenin i Trocki.
     

         Niespełna trzy tygodnie przed wybuchem wojny z Niemcami, 4 czerwca 1941 roku na posiedzeniu Głównej Rady Wojennej Andriej Żdanow przyznał, iż  „Wojny z Polską i Finlandią nie były wojnami obronnymi. Wstąpiliśmy na drogę polityki ofensywnej. […] Przystąpiliśmy do realizacji leninowskiego hasła”. Hasła, które nakazywało, aby  „w razie konieczności zwycięski proletariat ruszył przeciwko kapitalistycznym państwom nawet z wykorzystaniem środków militarnych” – aby szerzyć rewolucję”.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
    B. Musiał – Na zachód po trupie Polski
     
    C. Grzelak – Kresy w czerwieni. Agresja Związku Sowieckiego na Polskę w 1939 roku

    R. Szawłowski – Wojna polsko-sowiecka 1939

    Agresja sowiecka na Polskę w świetle dokumentów. 17 września 1939 

    M. Kornat – Polska 1939 roku wobec paktu Ribbentrop-Mołotow

    J. Łojek – Agresja 17 września 1939 r.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Stalin był żywo zainteresowany wybuchem „imperialistycznej” wojny, od której Związek Sowiecki w miarę możliwości trzymałby się z dala, aby zachować siły na końcowe stadium konfliktu i dopiero wówczas zaatakować osłabione państwa europejskie.
     
     
          3 marca 1939 roku w czasie przemówienia w Leningradzie Andriej Żdanow tłumaczył, iż Związek Sowiecki pragnie oszczędzać swoje siły, dopóki będzie się można rozliczyć „z Hitlerem i Mussolinim, i jednocześnie z Chamberlainem”.
     
     
          W dniu 10 marca 1939 roku Stalin w trakcie wystąpienia inaugurującego XVIII zjazd WKP(b) dał wyraźnie do zrozumienia, iż pragnie poprawy wzajemnych stosunków z III Rzeszą. Jednocześnie skrytykował próby wciągnięcia Moskwy do bloku antyniemieckiego, zarzucając Francji i Wielkiej Brytanii podsycanie sporu niemiecko-sowieckiego, stwierdzając że nie pozwoli, by Związek Sowiecki „został wciągnięty do konfliktów przez podżegaczy wojennych, którzy przywykli do tego, by inni wyciągali za nich kasztany z ognia”.


           Na początku maja 1939 roku uchodzący za rzecznika zbiorowego bezpieczeństwa Litwinow (Żyd z pochodzenia) został zastąpiony przez Wiaczesława Mołotowa, sprawującego jednocześnie obowiązki szefa sowieckiego rządu. Nowy szef sowieckiej dyplomacji nie krył swego przychylnego stosunku do negocjacji z III Rzeszą.


          W czerwcu 1939 roku Dmytro Manuilski, zaufany współpracownik Stalina, na zamkniętym posiedzeniu Kominternu oceniając toczące się rozmowy z Francuzami i Brytyjczykami podkreślał:  „Starają się o nasze względy, prawie tak jak kiedyś o bogatą moskiewską pannę [śmiechy na sali], ale my znamy cenę naszego piękna [aplauz] i jeśli bierzemy ślub, to tylko za odpowiednią opłatą [śmiechy, aplauz]”.
     

          Gdy rozpoczęte w maju negocjacje niemiecko-sowieckie nie posuwały się naprzód, a jednocześnie zainicjowano rozmowy sowiecko-francusko-brytyjskie, w czerwcu 1939 roku Hitler oświadczył, że jeśli dojdzie do zawarcia sojuszu mocarstw zachodnich z Moskwą, odwoła atak na Polskę.


           Negocjacje z państwami zachodnimi były kartą przetargową w ręku Stalina, dzięki której chciał skłonić Hitlera do współpracy z Moskwą. Gra ta przyniosła oczekiwany skutek – w końcu lipca 1939 roku niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop w rozmowie z sowieckim chargé d’affares Gieorgijem Astachowem wyraził gotowość podzielenia się z Moskwą krajami bałtyckimi oraz Polską.
     
     
           O ile mocarstwa zachodnie nie miały nic do zaoferowania, to Hitler był  niezwykle wspaniałomyślny, zgadzając się na oddanie de facto Moskwie połowy Polski oraz krajów nadbałtyckich, terenów, które i tak zamierzał potem zagarnąć.
     
     
        W trakcie negocjacji z Niemcami latem 1939 roku Andriej Żdanow zanotował słowa Stalina:  „Wrogów ich własnymi rękami zniszczyć, a pod koniec wojny sam pozostań silny”.
     
     
          Po podjęciu decyzji o zawarciu porozumienia z Niemcami,  Stalin  na posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b), stwierdzając, że „sprawa wojny czy pokoju weszła w stadium krytyczne. Jej rozwiązanie zależy wyłącznie od nas. Jeżeli zawrzemy traktat z Anglią i Francją, Niemcy będą zmuszone odstąpić od planów agresji i ustąpić wobec stanowiska Polski. Będą też szukać ułożenia stosunków z mocarstwami zachodnimi. W ten sposób będziemy mogli uniknąć wybuchu wojny, lecz dalszy rozwój wydarzeń poszedłby wówczas w niewygodnym dla nas kierunku. Natomiast jeśli przyjmiemy niemiecką propozycję zawarcia z nimi paktu nieagresji, to umożliwi to Niemcom atak na Polskę i tym samym interwencja Anglii i Francji stanie się faktem dokonanym. Gdy to nastąpi, będziemy mieli szansę pozostania na uboczu wojny. Będziemy mogli z pożytkiem dla nas czekać na odpowiedni moment dołączenia do konfliktu lub osiągnięcia celu w inny sposób. Wybór więc jest dla nas jasny: powinniśmy przyjąć propozycję niemiecką, a misję wojskową francuską i angielską odesłać grzecznie do domu”.
     
     
         Z kolei szef sowieckiego rządu Mołotow na nadzwyczajnej sesji Rady Najwyższej ZSRS w dniu 31 sierpnia dowodził, iż „układ o nieagresji między Niemcami a ZSRS stanowi zwrotny punkt w historii Europy, ale i nie tylko Europy”. Przypominając skutki wojny 1914-1918, wskazywał, iż wrogość między Rosją a Niemcami zawsze przynosiła tym krajom największe straty.

       
          Jednocześnie Mołotow kłamliwie zapewniał, iż „podstawowe znaczenie niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji polega na tym, że dwa największe w Europie państwa porozumiały się co do tego, aby położyć kres wzajemnej wrogości, by zlikwidować niebezpieczeństwo wojny i żyć wspólnie w pokoju. W ten sposób zawęża się pole możliwych konfliktów militarnych w Europie. Jeśli nawet nie uda się uniknąć tych konfliktów, to skala działań militarnych będzie obecnie ograniczona. Niezadowoleni z tej sytuacji mogą być jedynie podżegacze do wojny ogólnoeuropejskiej, ci, którzy pod maską umiłowania pokoju chcieliby rozpętać ogólnoeuropejski pożar wojny”.
     
     
          Już po agresji niemieckiej na Polskę, 7 września 1939 roku w trakcie narady na Kremlu Stalin tłumaczył swym współpracownikom, iż  „Wojna toczy się między dwiema grupami państw kapitalistycznych […]. Nie mamy nic przeciwko temu, aby krwawo ze sobą walczyły i osłabiały się. Nic złego w tym, jeśli Niemcy zachwieją najbogatszymi kapitalistycznymi krajami (przede wszystkim Anglią). […] Hitler, nie rozumiejąc i nie chcąc tego, sam niszczy i podkopuje system kapitalistyczny. […] Możemy manewrować, wygrywać jedną stronę przeciwko drugiej, tak aby jeszcze mocniej wodziły się za łby. Układ o nieagresji w pewnym stopniu pomaga Niemcom. W następnym kroku wesprze się drugą stronę”.
     

         Równocześnie określając Polskę jako państwo faszystowskie, które gnębi między innymi Białorusinów i Ukraińców, podkreślił, że „ w obecnych warunkach zniszczenie tego państwa oznaczałoby, że będzie o jedno państwo faszystowskie mniej! Nie stanie się nic złego, jeśli w następstwie rozgromienia Polski rozszerzymy system socjalistyczny na nowe terytoria i nową ludność”.
     

        Ostateczną decyzję o rozpoczęciu agresji na Polskę Stalin podjął dopiero po upewnieniu się, że Francja i Wielka Brytania nie rozpoczną ofensywy na zachodzie. Szef Gabinetu premiera Francji Daladiera Edouard Pfeiffer, który pracował dla sowieckich służb wywiadowczych, przekazał Moskwie informacje o tajnych ustaleniach konferencji Rady Najwyższej Sprzymierzonych w Abbeviile z 12 września 1939 roku.
     
    CDN.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Everyman  |  0

    Historia łgarstwa w polityce jest zapewne tak długa jak sama polityka. Spisywanie antologii kłamstwa od zarania dziejów przerasta możliwości nawet najambitniejszych autorów, lecz zwrócenie uwagi na polski wątek tej historii i ograniczenie jej do aktualnych fragmentów wydaje się kuszące.

    Kuszące? To przesada, bo wabić może tylko demaskowanie politycznych blagierów, zaś grzebanie w spisie ich dokonań może budzić wyłącznie odrazę. Czasem skondensowanie absurdu w postawach politycznych szalbierców skłania do uśmiechu, choć tylko przez chwilę, bo całokształt jednak wywołuje niesmak. Najlepszym tego przykładem są ostatnie wystąpienia przewodniczącego PO i dobry ma pomysł któryś z prawicowych polityków by skalę kłamstw mierzyć w „tuskach”.

    Oprócz tych cynicznych, wypowiadanych w oczy oniemiałej publiki są kłamstwa z pozoru niewinne, w rodzaju śnieżnej kuli przekształcającej się z czasem w lawinę. Przykładem niech będzie na wskroś fałszywa interpretacja wypowiedzi J. Kaczyńskiego o tzw „gorszym sorcie”. Ilość obrażonych, przypisujących prezesowi PiS pogardę wobec rodaków doprawdy zdumiewa, zwłaszcza jeśli policzyć tych, którzy – świadomie lub nieświadomie – jego wypowiedź wzięli bezpośrednio do siebie. Jarosław Kaczyński powiedział w jednym z wywiadów odnosząc się do skłonności niektórych europosłów do oczerniania własnego kraju: „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach NIEKTÓRYCH ludzi, tego najgorszego sortu Polaków”. No, jeśli z „niektórych” tak szybko i bezkrytycznie zrobiło się „wielu”, to ja również nie powinienem obawiać się krytyki uznając – do wyboru - intelektualny potencjał lub dobrą wolę obrażonych za sort … nie najwyższy.

    Podobny mechanizm wywołuje falę kłamstw w rodzaju „Kaczyński dzieli Polaków” lub „Kaczyński gra Smoleńskiem”. O ile pierwsze kłamstwo to przejaw głupoty, bo oznacza, że każde zdanie niezgodne z polityczną linią PO jest źródłem podziału narodu, o tyle to drugie – oznaką skrajnej podłości, którą najłatwiej zrozumieć tym, którzy doświadczyli straty kogoś najbliższego.

    Bywają kłamstwa seryjne. Tu prym wiodą media, a szczególnie te żyjące z kłamstw „całą dobę”. Założenie jest takie by rzetelny przekaz zastąpić serią informacji skierowaną przeciw politycznemu rywalowi w myśl zasady „rzucaj błotem, coś zawsze przylgnie do przeciwnika”.

    Dowód? Bardzo proszę! Wystarczy przejrzeć nagłówki i tytuły felietonów Onetu. Nieważne kiedy – można codziennie. Ilość plugastwa wystrzeliwana jak ze starej katiuszy przytłacza, choć paradoksalnie przynosi nieoczekiwany skutek. Nawet pobieżna lektura skłania do wyciągnięcia następujących wniosków: po pierwsze – nie można żyć normalnie w kraju, którego rzeczywistość jest wykrzywiona jak ta, przedstawiana na łamach wspomnianego portalu, więc by do normalności wrócić, należy czym prędzej z Onetu się ewakuować. Po drugie – nawet gdyby kiedyś w pojawiła się tam prawda, jak ją odróżnić od nasyconych niechęcią fejków i półprawd? Nie da rady!

    Można żartować i pękać ze śmiechu widząc polityczne fikołki i szpagaty, można z politowaniem kiwać głową nad ośmieszającymi się kolejnymi kłamstwami politykami i zakłamanymi mediami, lecz nie można zapominać, że z małych kłamstw rodzą się te wielkie, dotykające całe pokolenia.

    Oby nam nie przyszło znów tego doświadczyć …

     

    5
    5 (4)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Najgorszą pozycją w budżecie państwa jest dotacja partyjna dla PO. Totalni mogą w każdej chwili z niej zrezygnować i przeznaczyć na coś sensownego ale jakoś nie chcą. Pisze o tym dlatego bo cały czas pojawiają się głosy że można przesunąć środki budżetowe z tego na tamto. Na onkologię np. z TVP czy coś. Jakoś rządzili 8 lat i nie poprzesuwali. Mieli dość czasu. Była zaś akcja obcinania wydatków w ministerstwach za Tuska i zdrowiu obcięli też.

    Po 24 lutego się zmieniła sytuacja bo jak jakiś kretyn zaczyna wywodzić, że po co czołgi, F-35, na onkologię przeznaczcie lepiej, to teraz można mu powiedzieć że jak ruskie wejdą to będzie miał Buczę i Mariupol a nie onkologię. Jest to argument o znacznej sile przekonywania szerokich kręgów opinii publicznej. Trochę się krępią jeszcze zaprzeczać ale to się zmieni. Owszem, inni tam trollowali że po co 500+, czołgi lepiej kupmy. Takie akcje były problematyczne bo totalni zaczęli by kłapać, że po co, że prowokujemy Rosję, że nie grozi wojna w regionie, itp itd. Pisior nie miał jeszcze dowodów empirycznych na słuszność swych założeń. To jest taka sytuacja w której urywa się winda ale do momentu uderzenia nie ma dowodu, że walnie w glebę i się rozpierniczy. Jak już się rozpierniczy to wtedy wiadomo ale jest za późno. W każdym razie Kaczor rozumiał co się szykuje i przestrzegał.

    II

    Często toczyłem bekę wywodząc, że PiS to grupa rekonstrukcyjna sanacji ale obecnie minister Błaszczak działa nie po sanacyjnemu. Mamy szybkie, konkretne zakupy będące wynikiem całościowych analiz. Za sanacji to czołg 4 TP opracowywali latami. Była to bezlicencyjna kopia czołgu brytyjskiego, który miał fundamentalny wady koncepcyjne. Anglicy za dużo chcieli więc postanowili że sami zrobią taki. Guzdrali się z nim do 1939 roku w którym został skreślony. Podobnie od zakupu licencji na Vickersa do wprowadzenia 7 TP minęło sporo latek. Podobnie PZL P 38 Wilk i inne. Teraz mamy filozofię inną: pierwsze egzemplarze szkolne już w tym roku, dostawy od przyszłego i błyskawiczne wprowadzenie.

     

    https://youtu.be/k6zob_WkYww

     

    Po rozpasanych zamówieniach na czołgi, haubice, samoloty, bewupy przyszła pora na helikoptery: reżim wysłał zapytanie do USA w sprawie 96 śmigłowców szturmowych AH-64 Apache. Ile nas one by wyniosły? Jarosław Wolski opowiada, że ok 60 miliardów złotych. Czy ja dobrze słyszę? W każdym bądź razie poczekajmy na odpowiedź USA bo 96 Apaczy to oni są w stanie wyprodukować w rok.

    Nie jest to wbrew enuncjacjom wspomnianego Wolskiego najlepszy śmigłowiec bo jest lepszy Komancz. Tj. nie ma go bo okazał się tak monstrualnie drogi że nie wszedł. Możliwościami przewyższa jednak Apacza i jedyny problem z nim jest taki, że go nie ma. Apacza w porównaniu z innymi śmigłowcami wyróżnia radar na górze, nad wirnikiem. Jest tam też pełno różnej elektroniki rozpoznawczej ergo Apacz może prowadzić rozpoznanie będąc w całości schowany. Ma działko, rakiety, pewien pancerz. Czy się nam opłaca? Nie wiem i to zależy od ceny i naszych możliwości. Na pewno nasza 18 Dywizja ma wyglądać tak jak amerykańska dywizja ciężka, winna mieć zatem też Apacze.

    III

    Rosomak nie chce pływać. Wersja Rosomaka z nową wieżą miała pływać ale nie chce pływać więc nie będzie pływać. I tu jest alternatywa optymistyczna: Rosomaki z tą wieżą w ogóle nie będą pływać, dostaną mocniejszy pancerz, taki jak afgańskie Rosomaki. Wymontują im pędniki itp. Nie jestem bowiem entuzjasta pływania gdyż: komplikuje pojazd, wymóg ten powoduje ograniczenie opancerzenia i odporności wozu, podnosi cenę. Na Ukrainie coś tam pływa ale ponoć średnio wychodzi to pływanie. Jest problem z wyjeżdżaniem na drugi brzeg, który musi być przygotowany. BWP 1 ważył 14 ton a nowe bewupy pod 30 i tu jest różnica.

    Drugim problematycznym postulatem jest zdolność do transportu lotniczego: ograniczenie rozmiarów i masy co wpływa na pancerz.

    Nowa wieża ma być bezzałogowa i mieć rakiety przeciwczołgowe, czyli dopiero teraz Rosomak stanie się bewupem pełną gębą.

    I tu gratuluję Agencji Uzbrojenia czy tam tej osobie która podjęła konkretną decyzję: nie pływa i kij z tym. Nie będzie pływał. Tu jest pora na przywołanie mojego textu ministerialnego:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1246728,biurokracja-mon-podsumowanie

    Opisuję tu co i jak: PiS nie miał siły politycznej aby wyczyścić MON więc obchodzi jego struktury. 

    IV

    Wchodzi do testów nowy zestaw umundurowania z kamizelkami kuloodpornymi. Testy takie powinny potrwać rok. A na pewno do wiosny pierwsza faza. Jak przejdzie to testy w warunkach zimowych to seria przedprodukcyjne można robić. Jeśli potem rozkręcą produkcje na poziomie 20 000 rocznie to będzie miało to jakiś sens. 200 000 w 10 lat? Czy 40 000 rocznie i 5 lat?

    V

    Czy ktoś w ogóle liczy przewidywane koszty tych programów z uwzględnieniem lat realizacji? Wątpię. Zwrócę jednak uwagę na powtarzające się androny. Co niektórzy bredzą bowiem na granicy epatowaniem upośledzeniem umysłowym. Nie przyjmują do wiadomości fundamentalnych zasad współpracy z Koreańczykami: transfer technologii do nas, przeniesienie produkcji, zgoda na wprowadzanie przez nas modyfikacji. Mówię tu o nowym Krabie: Z obecnym Krabem łączy go podwozie. Pierwsze sztuki koreańskie już w sumie są wyprodukowane, dlatego nie są tak wypasione jak nasze. Ale produkcja krajowa? Dlaczego ma nie mieć naszych luf? Będzie miała nasze lufy ze Stalowej Woli jeśli HSW będzie w stanie je wyprodukować. A jak nie to nie. Skokowo zapotrzebowanie na armatohaubice samobieżne wzrosło gdzieś tak pięciokrotnie: z 24 do ok 125 sztuk rocznie. Lufy: jeszcze więcej bo trzeba wymieniać zużyte lufy w Krabach walczących na Ukrainie. Tymczasem jeden z drugim biadoli, jak to zaoramy se Hutę, jej lufownię i wszystko. Co za brednie. Dywersja normalnie.

    I na koniec stawiam kwestię konkretną: zastąpienie sprzętu postsowieckiego: I mamy zagadnienia takie jak: stopień zastąpienia. Za PO ewidentnie był przewidywany niski stopień zastąpienia: docelowo zostalibyśmy z 300 czołgów, ze 100 Krabów, ile bewupów? Czy PO planowało zastąpienie Goździków 122mm Krabami w ilości 1 do 1?

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Po roku 2014 nie było możliwe skokowe zwiększenie wydatków na uzbrojenie. Z tego okresu pochodzą opowieści o onkologii, mieszkaniach, itp. Po co nam F-35, lepiej wydajmy na mieszkania czy cuś. Krym to daleko a Donbas to w zasadzie gdzie jest w ogóle? Są to tereny rosyjskie tak naprawdę i Putin jak je zajmie to już nic nie będzie zajmował. Jak już pisałem dopiero po 24 lutego tego roku (2022) nastawienie się zmieniło. Lewica wydała oświadczenie, że zmądrzała, a PO? Czy są jakieś wypowiedzi platformersów? Wydaje się, że delegowali oni zwalczanie uzbrojenia do dołów i expierdów. Element kaczofobiczny fika to tu to tam a w prasie pojawiają się wynurzenia byłych dowódców, generałów w stanie spoczynku umysłu chyba. Ja już o nich pisałem ale dodam, że są oni wierzchołkiem góry lodowej i przed zakupami trzeba było się pozbyć licznych kadr na stanowiskach będących w stanie permanentnego delirium, często wywołanego totalniactwem:

    https://www.salon24.pl/u/smocze-opary/1247463,blaszczak-zamowil

    W tej notce zadaję pytanie: Jak mogło to funkcjonować z takimi szpecami u steru?

    Zanim przejdę do dzisiejszego tematu, czyli umowy na FA 50 i utworzenia 5 dywizji podlaskiej, kilka zdań o zastępowalności sprzętu:

    I

    Wiadomo było około roku 2000 (dwutysięcznego) ile mamy czołgów, samolotów, armat, bewupów, transporterów itp. Wiadomo było, że w końcu trzeba będzie je wymienić, pojawia się pytanie: w jakiej proporcji? Z pomocą przychodzą nam Niemcy którzy zostawili sobie około 300 czołgów Leopard i 80 armatohaubic Panzerhaubitze 2000 (PzH 2000). Niemcy tyle mają to po co nam więcej? Przecież Europie nie grozi wojna, Rosja jest naszym partnerem, Sikorski chciał ją przyjąć do NATO. Zapraszał Ławrowa na doroczne spotkanie ambasadorów z ministrem spraw zagranicznych. Działalność Sikorskiego była szkodliwa bardzo, demonstrował on pragnienie poddaństwa nie tylko wobec Rosji ale i Niemiec. Ale ja nie o tym.

    W czołgach to 90 nowych fabrycznie Twardych i ok 250 używek Leopardów zapewniało odpowiednią ilość czołgów w perspektywie dekad. W dziedzinie artylerii dupochron nie zdecydował się na uwalenie Kraba, bo uwalenie tego projektu było zbyt ryzykowne i Krab jakoś przehibernował do momentu zamówienia 120 sztuk. Przy czym nasza artyleria w owym czasie opierała się na armatohaubicach 122mm Goździk. Było tego mnóstwo, można było redukować je przez dekady. Podobnie jak czołgi T-72 Goździki mogły być długo na stanie będąc już dawno niesprawnymi i zużytymi.

     

     

    Wiadomo było natomiast że lotnictwo będzie zredukowane liczebnie do ok maksimum 100 sztuk zachodnich odrzutowców. Może 150. Nie będzie tu zastępowania jeden do jeden bo ile by kosztowało zastąpienie stu niesprawnych Su-22?

    Jak już pisałem wprowadzili stosunkowo liczne kołowe BWPy Rosomak, które jednak miały rakiety przeciwpancerne w planach. Opancerzenie średnie (za słabe na Afganistan), za to wieżyczka z działkiem 30mm była. Produkcja wozów pomocniczych i wsparcia niezbędnych na szczeblu brygady była w planach. W sumie to były one zbędne z powodów o których wyżej. Totalne opowiadają że jakieś plany były modernizacji BWP-1, że nowy bewup miał być. Takie bajki nam serwują.

    Pojawił się Anders który miał swoją wersję bojowego wozu piechoty i został uwalony. Kraba się nie odważyli a tego się odważyli. Czy on miał nowoczesny kadłub zapewniający wysoką odporność przy niskiej masie? Ciekawe zagadnienie.

    W każdym bądź razie prawdopodobne było kurczenie się armii przy okazji wycofywania się porosyjskiego sprzętu.

    II FA-50

    Poszła umowa na nie i już są obsuwy w porównaniu. We wcześniejszych zapowiedziach pierwsze 12 sztuk miało przyjść w 2023 roku chyba a teraz miedzy 2023 i 20205 rokiem. Ciekawe ile ich przybędzie w 2023 roku? Czy np osiem czy dwa. Dodatkowo trzeba będzie dopłacić do możliwości przenoszenia najnowszych rakiet przeciwlotniczych AMRAAM. Z kolei my nie mamy starszych wersji. Hm. Wbrew opiniom co niektórych mniemam, że jak czegoś potrzebujemy to zamawiamy i płacimy. Przypuszczam też, że aby wsadzić pilota za stery F-35 musi on wcześniej odbyć wcześniej kilka lotów naddźwiękowych z instruktorem i samodzielnie. A szkolne Bieliki są poddźwiękowe. I tu jest część tajemnicy zamówienia FA 50. Druga część to ilość. Po wyjściu MiGów 29 potrzebujemy odpowiedniej liczby maszyn żeby się wyrobić. A MiGi są na wykończeniu, być może na Ukrainie. Powinny już dawno tam być, przynajmniej połowa. Su 22 są chyba za cienkie na Ukrainę.

    https://twitter.com/krzysztof_atek/status/1570726278113955840

    III 5 dywizja

    O masz:

    https://polskieradio24.pl/5/1222/artykul/3038099,5-dywizja-zmechanizowana-minister-blaszczak-wojsko-polskie-wraca-do-ostrody

    Dywizja ma być powołana "jak najszybciej" czyli nie wiadomo, kiedy. Jak najszybciej to może i znaczyć za 10 lat. Albo 20. Jeśli szybciej się nie da? Mam nadzieję że pierwszym etapem będzie budowa koszar bo podobno te co były w czasach zasadniczej służby wojskowej się rozeszły. Nie tu jest problem:

    Po 24 lutego (rozpoczęcie sowieckiej inwazji na Ukrainę) mnóstwo sprzętu zeszło nam ze stanu. I liczne jednostki zostały bez uzbrojenia. Jeśli masz coś na stanie to spoko: Goździk może być niesprawny, jeden może nie mieć lufy, drugi gąsienic, trzeci silnika, ale sztuka jest sztuka. Jeśli do tego dodamy konieczność tworzenia nowych oddziałów to może się zrobić taki bałagan, że stare jednostki utracą zdolność bojową a nowe nie zyskają i będzie kiszka.

    Wolałbym żeby najpierw uzupełnili braki w jednostkach istniejących, co zajmie 5 lat minimum a nie rozcieńczali wszystkiego na 5 dywizji. Ale zobaczymy. Miejsce formowania jak najbardziej OK.

    IV 

    I teraz wracam do naszych potrzeb: ile nowych czołgów potrzebujemy aby zastąpić T-72 i Twarde? Ile Krabów/Krabów2 aby zastąpić Goździki? Od odpowiedzi na te pytania powinna się rozpocząć debata. Odpowiedzi mogą być różne w zależności od opcji politycznej. Jest jeszcze opcja techniczna: zakładamy że 1 Krab zastąpi np. 3 czy 4 Goździki bo ma większą donośność i ciężki pocisk. Pytanie jest też takie: na ile nowy moździerz Rak zastępuje Goździka? I po stosownych obliczeniach mamy nasze potrzeby określone wg stanu na rok 200 czy też 2022.

    Wikipedia uprzejmie donosi że mieliśmy maksymalnie 530 Goździków i 111 Dan. Proste obliczenia wskazują, że pisowcy chcą je zastąpić w stosunku 1:1. Ponieważ Krab ma możliwości o niebo większe niż Goździk przeto nasza siła ognia rośnie dramatycznie. Goździk zasięg 15 kilometrów i masa pocisku 22 kilogramy. Krab - 40 kilometrów i 43 kilogramy wagi. Klasyczny pocisk bez gazogeneratora to 32 kilosy zasięgu. Rozrysujcie sobie te zasięgi jako stosowne koło. Niebo a ziemia.

    Dalej mamy rakiety: Mamy 75 zmodernizowanych wyrzutni Langusta i 90 niezmodernizowanych Gradów. Są to wyrzutnie rakiet niekierowanych. Ile tego było w roku 2000? Nie chce mi się nawet sprawdzać. Ile HIMARSów potrzebujemy aby to zastąpić?

    Tutaj roztrząsam problem od strony zastępowalności ale istnieje drugi kierunek dywagacji: od strony potrzeb:

    Jak już pisałem z poczynań totalnych wyłania się obraz nielicznej armii symbolicznej na wzór Niemiec.

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Nadzieja na budowę nowoczesnej stolicy II RP legła w gruzach w 1939 roku.
     
          Obok eleganckich sklepów, w gorszych dzielnicach miasta kwitł  handel uliczny. „Mimo  coraz liczniejszych rozporządzeń, zarządzeń, przepisów i sankcji karnych ilość  sprzedawców  ulicznych nie maleje, ale rośnie, bo wraz z nimi rośnie ilość branż ulicznego  handlu” – pisał w  1935 roku na łamach „Słowa” Ksawery Pruszyński. I dodawał: „Można  nabyć płaszcz  używany i można  nabyć nie używane ubranie. Są szewcy, którzy zaczepiają  przechodnia na  Chmielnej i  prowadzą do siebie do sutereny: trudno na kiju nosić cały kram trzewików.  Kupuje się  wieszadła do ubrań, grzebyki, książki, przybory do golenia, do szycia i do pisania,  czekolady i lody, zabawki dla dzieci, laski, krawaty, skarpetki, spinki, czapki, zapalniczki i  kamienie do  zapalniczek. (…) O rozległości tego handlu, o jego ogromnym wprost zasięgu,  nie mamy  pojęcia. Mają go jedynie właściciele sklepów, mają go sądy i ma
    go policja. Trójca  najzupełniej, właśnie wobec powszechności tego zjawiska, bezsilna. Można mnożyć przepisy  porządkowe, potrajać wymiar kary, zwiększać w gazetach ilość gromiących artykułów. Jeden z księży biskupów wydał nawet w tej sprawie list pasterski. Ale okazuje się coraz bardziej, że  zagadnienie handlu ulicznego należy do tego rodzaju problemów społeczno-gospodarczych,  których nie podobna rozwiązać jakimikolwiek środkami czy nakazami policyjnymi”.
     
         Najpopularniejszym targowiskiem Warszawy był tak zwany Kercelak, założonyw latach sześćdziesiątych XIX wieku na placu między ulicą Wolską a Lesznem.  „Przemierzam szybkimi krokami halę, gdzie więzie kiełbas zwisają fantastycznie  nad  skomplikowaną mozaiką salcesonów, połcie słoniny zalegają półki, karkowiny poprzerastałe tłuszczem wabią smakoszów” – opisywała Kercelak w 1938 roku Pola Gojawiczyńska. „Błądzę między rzędami warzyw, barwnym dywanem o wyszukanym doborze  kolorów. (…) Uliczki z zapachem tkanin i przędzy, gdzie nogawice spodni bujają na wietrze, a  armia marynarek na wieszakach imituje tłum pozbawiony głów, z lśniącym zakrętasem drutu  zamiast szyi. Zapach skóry unosi się nad szpalerem butów. Woń przedziwnych ulików i
    szmalcówek ostro dymi z błyszczących beczek. Wabi mnie łagodne gruchanie gołębi w spiętrzonych klatkach”.
     
         Amatorów tanich mebli i kolekcjonerów antyków przyciągał pchli targ ówczesnej Warszawy. „Niemal w środku miasta istnieje ogromny dziedziniec z niskimi budynkami,  nazywa się Pociejów, a mieszkają tam wyłącznie żydowscy handlarze meblami. Jest ich  mnóstwo. Sklepiki są ciasne, ciemne, przepełnione. Poszczególni kupcy mają po dwadzieścia  czy dwadzieścia pięć pomieszczeń zapchanych meblami wszelkiego rodzaju, nowoczesnymi,  stylowymi, tandetnymi, antykami, rozmaitymi kompletami. Sąsiednia ulica nazywa się Bagno.  Wygląda podobnie. Są tu niesłychanie piękne rzeczy” – pisał Julije Benešić.
     
         W październiku 1938 roku w nowym gmachu warszawskiego Muzeum Narodowego otwarto wystawę „Warszawa wczoraj, dziś i jutro”. Gigantyczna ekspozycja ukazywała drogę, jaką przeszła stolica Polski w ciągu ostatnich lat. Setki zdjęć, planów, makiet prezentowały kierunki rozwoju miasta, projekty rozbudowy przemysłu, sieci komunikacyjnej, nowe inwestycje przewidziane na lata 1940, 1945, 1950. Ogrom dokonań, śmiałość zamierzeń budziły dumę i nadzieje na przyszłość nie tylko wśród mieszkańców  Warszawy.
     
          Niestety nadzieje te legły w gruzach w 1939 roku.  Z upalnym sierpniem pospiesznie kończono wakacje, w  zatłoczonych pociągach ostatni letnicy, uczniowie, rezerwiści,   urzędnicy skracający urlopy,  pełni obaw, wracali do domów. Warszawa przygotowywała się do niemieckich nalotów.
     
         Prezydent Starzyński przez radio wzywał mieszkańców miasta do budowy schronów, kopania  rowów przeciwlotniczych, okna zabezpieczano paskami papieru. Przed sklepami ustawiały się długie kolejki zapobiegliwych gospodyń, gromadzących zapasy mąki, cukru, kaszy, konserw.
     
         W dniu 31 sierpnia 1939 roku ogłoszono powszechną mobilizację.
     
         „Ranek śliczny, słoneczny, trochę przymglone niebo” – pisała Monika Żeromska o pierwszym dniu września 1939 roku, który zastał ją w podwarszawskim Konstancinie. „Nocne strachy wydają mi się nie bardzo prawdziwe, przesadzone. Stoję na mamy balkoniku i  oglądam, jak codziennie ostatnio, manewry naszych samolotów. Chodzą tam, strasznie  wysoko, maleńkie, jaśniejsze od nieba krzyżyki, błyskające co chwila w słońcu ostrym  mgnieniem blasku. Tak patrzę, patrzę, (…) kiedy nagle z jednego z tych lśniących punktów  wycieka z początku cienka, a potem rozszerzająca się czarna linia, łukowato przekreślająca  niebo. To nie manewry, to bitwa, to wojna. Zestrzelony samolot jak nadziany na czarną  strzałę znika za szczytami brzóz. Wszystko się w tej chwili zmienia. Nasze życie, nasz świat i  my już jesteśmy kim innym, zupełnie niewiadomym”.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    M. i J. Łozińscy – W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne
    M. Drozdowski - Warszawiacy i ich miasto w latach Drugiej Rzeczypospolitej
    T. Jaroszewski - Piękne dzielnice. Uwagi o architekturze luksusowej w Warszawie w latach trzydziestych
    J. Trybuś – Warszawa niezaistniała
    Z. Pakalski -  Warszawa moich wspomnień 1935–1939
    M. Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski
    M. Żeromska - Wspomnienia
    5
    5 (2)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Daniel Alain Korona - były prezes Elewarru, który wyciągnął spółkę z finansowego dołka i doprowadził do rekordowych wyników, zaapelował do Sejmowej Komisji ds. Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych o odrzucenie proponowanych zmian w ustawie o biokomponentach i biopaliwach ciekłych, albowiem nie prowadzą one do uproszczenia przepisów legislacyjnych, jak również negatywnie wpłyną na sytuację ponad 100 tys. polskich gospodarstw rolnych uprawiających rzepak.
     
    Jak zauważa Korona - nowelizacja, jak twierdzą środowiska rolnicze, może spowodować spadek popytu na polskie estry produkowane z oleju rzepakowego o co najmniej 400 tys. ton, co przełoży się nawet na 1 mln ton nasion rzepaku, a w konsekwencji doprowadzi do pogorszenia sytuacji w rolnictwie. Sama zapowiedź projektu ustawy wpłynęła już negatywnie na obecne ceny rzepaku w Polsce. Dodatkowo warto przypomnieć, iż rzepak jest bardzo cenną rośliną w płodozmianie. 
     
    Były prezes Elewarru zauważa także, iż zmniejszenie poziomu biokomponentów do paliw nie spowoduje istotnej zmiany cenowej paliw na stacjach benzynowych. Obecnie cena oleju roślinnego technicznego kształtuje się na poziomie 1300-1400 euro/tona, a uwzględniając dobre zbiory roślin oleistych na świecie, nie można wykluczyć spadku cenowego. Tymczasem cena diesla na giełdach to 1077 usd/tona. Oznacza to, uwzględniając parytet walutowy i proponowany poziom zmian biokomponentów w paliwach, że nie spowoduje ona obniżki cen paliw (co najwyżej o 1 grosz).

    (za Serwis21)
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie lat 30. Warszawa przeżywała gwałtowną przemianę.
     
        Warszawa doczekała się także lepszego oświetlenia. Instalowano coraz więcej latarni elektrycznych, a stare, gazowe, nadal obecne w pejzażu miasta, pieczołowicie konserwowano i udoskonalano. W Śródmieściu, wzdłuż traktów handlowych, wieczorny zmrok rozjaśniały reklamy, wielobarwne, ruchome neony i jasne sklepowe witryny – najwięcej było ich na Nowym Świecie, najelegantszej warszawskiej ulicy. „Reklamy i wystawy. Elektryczne  jelenie  skaczą poprzez minuty, zezowate Chińczyki kiwają głowami za szybą, bramy kin   wytapetowane ciałami wampów, lale fryzjerskie w fiołkowych perukach, tureckie pieczywo,  buty z krokodylej skóry, podane na szklanych, świecących podstawkach, żywe kobiety w  puszystych lisach, w smugach perfum i lepszego życia, samochody trąbią, z kawiarń leci  muzyka i zapach wanilii, radio krzyczy w sodówce, w sklepie „His master’s voice” na srebrzystej płytce kręci się tancerka – dusza gramofonu” – opisywała Nowy Świat końca lat trzydziestych Maria Kuncewiczowa.
     
         Wieczorne spacery po luksusowych handlowych traktach należały do ulubionych warszawskich rozrywek. Wytworne sklepy i magazyny największe wrażenie robiły na przyjezdnych. „Zabytki i osobliwości historyczne Warszawy mają licznych miłośników, ale  żaden przeciętny turysta nie wyjedzie ze stolicy, zanim nie spędzi co najmniej paru godzin  przed wystawami, choćby na Marszałkowskiej i na Nowym Świecie. (…) stają olśnieni  przepychem sklepów spożywczych, istnym rogiem obfitości wszelkich płodów ziemi –  złocistej krągłości owoców, krwistych płatów mięsiwa, lśniących pokładów ryb, brunatnych brył i wieńców wędlin, srebrnych piramid konserw. Nie mieści się ów przepych w pełnych po  brzegi sklepach, wylewa się na ulicę, zagarnia stragany, rozkłada się u stóp przechodni.  Starsi  dziwią się niespotykanej za czasów ich młodości, obfitości nowalii, które robią wiosnę  w  sklepach już w grudniu” – pisano w Przewodniku literackim po stolicy.
     
          Zachwalano również warszawskich krawców i domy mody: „W bogatszym od  Warszawy Paryżu, lubiącym oszczędzać, nie widzi się tylu futer i lisów wśród niezamożnej  publiczności, co u naszych syren. (…) Modele szybciej się opatrują i Warszawa je porzuca  prędzej aniżeli ogniska mody światowej. (…) Stąd liczne wyprzedaże – raj przyjezdnych (…).  Mimo drabiny cen, przystosowanych do różnych kieszeni, a co najważniejsze, do różnych  ambicyj, Warszawa jest tania, tania w stosunku do innych miast Polski, a także zagranicy.  (…) Samodziały lniane i wełniane, wyrabiane w zapadłych głuszach Polesia lub  Wileńszczyzny, łudząco przypominają ostatnie kreacje Rodier i Chanela, największych  dyktatorów mody paryskiej, dzięki czemu nasz przemysł ludowy oblegany jest najbardziej  przez damy z francuskiego korpusu dyplomatycznego. (…) Owe samodziały stają się coraz  bardziej modne wśród elity Warszawy dzięki specjalnym rewiom mody polskiej, z modelami
    opracowanymi przez szkoły zawodowe przy współudziale artystek ze Szkoły Sztuk  Pięknych”.
     
         W  latach 30. w Warszawie był tylko jeden duży dom handlowy -  Braci Jabłkowskich na  Brackiej, zatrudniający aż dwustuosobowy personel. Inne znane firmy prowadziły zwykle kilka filii swoich salonów, usytuowanych w reprezentacyjnych punktach miasta. W latach trzydziestych partery starych kamienic, dotąd zajmowane przez mieszkania, przebudowywano na nowoczesne lokale handlowe i usługowe, stare sklepy zaś szybko modernizowano. „Żyjemy w epoce wielkiej ewolucji w architekturze. Sklep jest także architekturą i z nią  razem przechodzi swoją przemianę” – przekonywał w 1936 roku poświęcony sztuce miesięcznik „Arkady”.
     
         „Zblazowany przechodzień wielkiego miasta nie zatrzyma się przed brzydkim sklepem i  bezładnie ułożoną wystawą. – pisano dalej - Klienta trzeba zwabić, sklepem  ładnym, architekturą  frapującą i  zapraszającym wnętrzem. Wieczorem z dala już kokietuje  niepokojąco jarzący się  neon lub efektownie oświetlone wnętrze. Publiczność jest jak ćma  lecąca do światła. (…)  Architekci nie powinni ani przez chwilę wahać się przed „wyjściem  na ulicę”. Ignorowaliśmy  ją zbyt długo. Obecnie już wiemy, że sklep, tworzący  nierozerwalną całość z domem,  wymaga równie przemyślanego projektu. Ulica staje się  interesująca, a dobrze  skomponowane sklepy tworzą wraz z eksponatami jedno wielkie  „muzeum dla tłumu”.
     
         Współpracę z właścicielami firm handlowych chętnie podejmowali znani i modni architekci i  plastycy: Lucjan Korngold, Edward Eber, Jacek Rotmil, Stanisław Rottberg, Kazimierz  Lichtenstein, Zygmunt Stępiński, Jadwiga i Janusz Ostrowscy, Tadeusz Gronowski.  Przykładem najnowszych tendencji w architekturze i wzornictwie tamtych lat były między  innymi sklepy firmowe Sucharda, Philipsa, salon jubilerski Jubilart czy sklep z materiałami  firmy English Woolen Company.  Witryny i wnętrza tych nowoczesnych, luksusowych magazynów  oszałamiały klientów jakością szlachetnych materiałów wykończeniowych, metali, dużych tafli szkła, luster, marmurów. Starannie zaprojektowane
    oświetlenie, jasne i łagodne, wydobywało elegancję prostych form  architektonicznego wystroju i wyposażenia. Komfort zakupów zapewniały miękkie dywany,  wygodne fotele i kanapy. W jednym z warszawskich salonów obuwniczych ustawiono  specjalny aparat rentgenowski – na ekranie można było dokładnie obejrzeć, jak układa się  stopa wewnątrz mierzonego buta!
     
    CDN
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie lat 30. w Warszawie zbudowano szereg nowoczesnych budynków mieszkalnych.
     
         Nowością stały się  tak zwane apartment house, składające się z małych, ale za to komfortowo wykończonych i wyposażonych mieszkań. Pierwszy budynek tego typu powstał w 1935 roku przy ulicy 6 Sierpnia (dzisiejszej Nowowiejskiej), według projektu Juliusza Żórawskiego i wzbudził duże zainteresowanie. „Pokoje wprawdzie są małe, może nawet zbyt  małe, ale przecież nie chodziło tu bynajmniej o duże mieszkania rodzinne z całym arsenałem  mebli i pamiątek, lecz o niewielkie apartamenty kawalerskie, dla młodych małżeństw lub  kulturalne „pied a terre” dla przyjezdnych” – pisał na łamach „Arkad”  architekt Piotr Lubiński.
     
           „Domów tego typu w Polsce dotąd nie było. (…) Ogrzewanie centralne, stale gorąca woda bieżąca. Służba wspólna dla wszystkich mniejszych mieszkań, posiada swoje pokoje na  dole, a klozety na korytarzu. Łazienki z wejściami od nisz sypialnych są urządzone  znakomicie i wyposażone w ładne wanny, umywalnie, klozety, bidety, apteczki i grzejniki do  ręczników".
     
            Dobrze notowanym, snobistycznym adresem stała się mała, cicha uliczka – aleja Przyjaciół. W końcu lat trzydziestych powstało tam kilka luksusowych domów z   komfortowymi mieszkaniami. Jeden z nich, dzieło architektów Jerzego Gelbarda i Romana Sigalina należał do dyrektora znanej firmy Siła i Światło, Janusza Regulskiego oraz jego żony, Haliny. „Reprezentacyjny hall wejściowy jaśniał białym alabastrem, parapety okienne  wykonano z marmuru karraryjskiego, w kuchniach zainstalowano „automatyczne chłodnie  bezmotorowe” firmy Elektrolux – apartment house z prawdziwego zdarzenia musiał być  wyposażony w najnowsze urządzenia techniczne”.
     
          W innej nowo wybudowanej kamienicy w alei Przyjaciół eksperymentalnym rozwiązaniem były windy dowożące lokatorów wprost do mieszkań. Zainstalowano w niej także domofony.
     
           Lokatorzy komfortowych apartamentów czy nowo budowanych, ekskluzywnych willi chętnie prezentowali ich efektowne wnętrza nie tylko znajomym i przyjaciołom– udostępniali fotografie prasie, z dumą opowiadali o wyposażeniu swych domów, wymieniali znane i modne nazwiska architektów i plastyków. Któż nie był ciekaw, jak mieszkają gwiazdy filmu, kabaretu, przemysłowcy i tuzy ówczesnej finansjery.
     
             „Po  urządzeniu willi okoliczni sąsiedzi przychodzili do nas – pisał Antoni Jaroszewicz - z prośbą o pozwolenie obejrzenia  wnętrza domu. Było ono rzeczywiście  ostatnim krzykiem komfortu. Sprowadziłem wtedy z  Anglii wyposażenie łazienki, z armaturą  ze złoconego brązu. Drzwi i okna malowali dwaj  majstrowie, których zaprosiłem z Paryża.  Ściany były tapetowane salubrą i teką do mycia.  Okna i szklane drzwi sięgały do podłogi,  szyby lustrzane systemem pałacowym miały kształt  kwadratów. Kazałem położyć piękne  parkiety, wybudować różnokolorowe kominki. W suterenie znajdowała się kuchnia i pralnia  według ostatnich wymogów nowoczesnej techniki. Na drugim piętrze mieściły się dwa  pokoje dla służby z łazienką i podręczną kuchenką. Razem było dziewięć pokoi”.
     
          Modernizowano również nawierzchnie ulic. Kocie łby znikały z reprezentacyjnych, ruchliwych traktów śródmiejskich, w ich miejsce układano znacznie lepszą, granitową bądź bazaltową kostkę. Pierwsza asfaltowa nawierzchnia pojawił się na ul. Mazowieckiej. „Pamiętam opowiadanie mojej Babci – pisał Zbigniew Pakalski – która widząc przed sobą  gładką, błyszczącą powierzchnię (…) bała się przejść przez jezdnię i poprosiła jakiegoś pana  o pomoc i podanie ręki. Wydawało się jej, że jest ślisko jak na tafli lodu. Potem sobie z tego  żartowała, kiedy asfalt pojawił się i na jej ulicy Siennej, i na wielu innych w centrum”.
     
     
          W komunikacji publicznej pierwsze miejsce  zajmowały  tramwaje. Z roku na rok było ich coraz więcej – w rozbudowującym się mieście  Dyrekcja  Tramwajów i Autobusów uruchamiała nowe połączenia. Na najważniejszych  trasach,  biegnących do Śródmieścia z Mokotowa, Ochoty i Żoliborza, część  starych  wagonów wymieniono na nowoczesne, wygodne „pulmany”. Ich wnętrza, utrzymane  w  jasnej, kremowej tonacji, zdobiły fotografie widoków Warszawy, miękkie siedzenia dla pasażerów wyściełane były prawdziwą skórą, a w drugim wagonie tramwaju, przeznaczonym  dla palących, montowano chromowane popielniczki.
     
          Linie autobusowe, które uzupełniały przeciążoną sieć tramwajową, w końcu lat trzydziestych  zaczęły obsługiwać nowe chevrolety montowane w warszawskich zakładach Lilpopa; zastąpiły one wysłużone francuskie autobusy marki Somua.
     
            W końcu lat 30. w Warszawie zarejestrowanych było około 3500 prywatnych samochodów.   Wraz z rozwojem motoryzacji obok eleganckich, zwykle czarnych lśniących limuzyn, prowadzonych przez zawodowych szoferów w liberiach, pojawiły się popularne fiaty, citroëny i tanie DKW – warszawiacy złośliwie rozszyfrowywali nazwę niemieckiej firmy jako „Dykta, Klej, Woda”.
     
          Latem na ulice wyjeżdżały odkryte kabriolety. „Jeżdżenie takim autem, szczególnie  wieczorem i w pogodne dni świąteczne, należało do dobrego tonu. Specjalnie na dwóch  niedzielnych trasach wybiegających za miasto, można było dostrzec sporo takich wozów z  elegancko, sportowo ubranymi pasażerami. Pierwsza z nich prowadziła Alejami  Ujazdowskimi, Belwederską i Sobieskiego do Wilanowa, a druga świeżo wyasfaltowaną  jezdnią Wału Miedzeszyńskiego do Otwocka” – wspominał Zbigniew Pakalski.
     
         Karierę zaczęły robić dużo tańsze motocykle, dwuosobowe i „rodzinne” z koszem, którymi łatwiej poruszało się po wąskich, śródmiejskich ulicach.
     
          Najwięcej było rowerów – na nowo budowanych arteriach już wtedy wytyczano pierwsze rowerowe ścieżki, a na parkingach montowano specjalne stojaki. W opinii rowerzystów, za pojazdy wyższej klasy uchodziły tak zwane „balony” na grubych oponach, produkowane przez firmę Kamińskiego.
     
    CDN.
    5
    5 (3)
  •  |  Written by Everyman  |  0
    Sam już nie wiem, czy podczas śledzenia polityki podeszły wiek to przywilej czy raczej przekleństwo. Z jednej strony niedobrze się robi gdy „gadające głowy” mielą te same od lat komunały i partyjne zaklęcia, z drugiej zaś – pojawia się rodzaj satysfakcji, gdy podstarzałe cwaniaki próbują seniorom, wcisnąć coś, co już przed laty było zwykłym kitem, a nam się dziś wyświetla prosty komunikat: nie ze mną te numery!

    Z perspektywy osoby wiekowej łatwiej porównywać i trudniej dać się nabrać zarówno na gloryfikowanie niegdysiejszej mizerii jak i stawianie pomników sędziwym dziś miernotom. Jakże nam, seniorom nie zżymać się z zażenowania gdy dzisiejsi klakierzy wznoszą hymny na cześć takich tuzów niedawnej historii jak choćby Wałęsa, Tusk, Balcerowicz, Miller, Kołodko czy Bieńkowska. Czas pokazał prawdziwą miarę ich dokonań. Brr! Nigdy więcej!

    Niestety, historia jest bardziej skomplikowana niż wspomnienia seniora, bo młodych przybywa i to w ich głowach odkłada się obraz dziejów celowo wykoślawiany przez zachłannych na władzę politycznych bankrutów. Pozostaje zastanawiać się tylko w jakim procencie ich szalbierstwa skierowane są do skłonnych do uwierzenia w każde kłamstwo idiotów, a w jakim – do młodzieży właśnie. Powoli klasyką się stają Tuska zmagania z prawdą, co dla starszych jest tylko godną politowania szarpaniną, lecz dla młodych, nieświadomych cynicznej manipulacji, okazać się może zwodniczą przynętą. Czyż tak trudno uwierzyć małolatom, że dobra ciocia Kopacz wymyśliła 500+, a sam Tusk był największym wrogiem Putina?

    Żonglerka kłamstwami ma wadę, którą łatwo dostrzec niezależnie od wieku okłamywanego odbiorcy - zdemaskowana budzi odrazę. Dopóki jednak zastępuje prawdę potrafi zdemolować odbiór rzeczywistości. Czy nie świadczy o tym choćby ostatnie badanie Pollsteru? Za Tuska żyło się lepiej 53% Polaków, za Morawieckiego tylko 47%. Horrendum jakieś! Jeszcze chwila i aktualnie rządzących oskarży się o wywołanie pandemii, wojny w Ukrainie nie mówiąc o nieodwracalnych zmianach klimatu …

    Co więcej, manipulatorzy opinią publiczną doszli do perfekcji w zamianie wektorów. Gdy trzeba potrafią podczepić się pod postulaty prawicy mącąc w głowach potencjalnych wyborców i przekierować ich niechęć w całkiem inne sektory. Widoczne to już było podczas kampanii prezydenckiej Trzaskowskiego, a dziś nie mają już żadnych oporów. Polityka społeczna PiS – wczoraj rozdawnictwo, dziś – OK, lecz najgroźniejsze źródło inflacji (dla mniej rozgarniętych zwolenników opozycji w Polsce, Europie i na świecie), reparacje wojenne od Niemiec – wczoraj: co za bzdura! Dziś – owszem, ale PiS tego nie jest w stanie załatwić itd., itp., itd...

    No cóż, życie to nie bajka. Dla młodych taką miałbym radę: nie raz przyjdzie Wam połknąć żabę, lecz zdecydowanie odradzam flirtowanie z zombie.
    5
    5 (2)

Strony